TRZYDZIEŚCI SONETÓW WRZEŚNIOWYCH (11)

11.
Nieczynny jest już kamieniołom,
zarasta woda w wyrobisku,
puszki po piwie, ślad po ognisku,
na urąganie bufetom i stołom.

Dano już odejść ludziom-wołom,
co wieźli głazy na stację pobliską,
nie ma też szyn. Zabrali wszystko.
Deszcz mży. Smutno wkoło,

bo kwaśne są ruiny industrialne,
i choć są dawne, to nie stroi
ich Goethe w ozdobniki żadne:

bluszcz, laur, ani cytryna,
tu nie dojrzewa. Sami swoi:
podagrycznik, oset, pokrzywa.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

TRZYDZIEŚCI SONETÓW WRZEŚNIOWYCH (10)

10.
Wieś jest piękna z perspektywy ptasiej,
oglądam ją w słońcu po wyjściu na górę,
dollhouses wyglądają najczulej,
aż chce się wziąć do ręki lilipucią krasę.

W tych samych domach trwają pokolenia
folksdojcze, komuniści, a teraz faszyści,
każdy się przystosuje, każdy swoje myśli,
dach odnawiany także kolor zmienia.

Dochodzi tutaj jazgot elektrycznej kosy.
O, wyszedł w śnieżnobiałej koszuli,
kosi trawę. Niesie się dźwięk do góry,

niosą się odgłosy
wsi zaprzątanej,
wsi wciąż tej samej.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

TRZYDZIEŚCI SONETÓW WRZEŚNIOWYCH (9)

9.
Pająk rozpostarł swą mandalę,
pilnie tkał i złapał muchę.
Mogę ją zniszczyć jednym ruchem
gwałtownym. Mogę też i wcale

nie reagować… Nie kiwnie mój palec
na to łajdactwo jawne, na dwa losy kruche,
na system pajęczy! Nikt by mu nie uszedł
(a jednak wykonanie misterne pochwalę)…

Błyszczą pajęczyny w słońcu wrześniowym,
jak tarcze nadajników tajnych do galaktyk.
Tak bym chciała już więcej nie być tam, gdzie łowy,

inne zamieszkiwać przestrzenie!
I tak, jak te nadajniki, wpatruję się w statek,
który właśnie żegluje po słonecznym niebie.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

TRZYDZIEŚCI SONETÓW WRZEŚNIOWYCH (8)

8.
Zacierają się dnia pory, noce są ciemniejsze,
zwalnia zegar od większej wilgoci,
zanim się wszystko skończy i się osieroci,
archeologiem będę, górnikiem i mędrcem.

Wejdę w świat podziemny jak do Lety,
nikt na mnie tam nie czeka, nie żąda opłaty,
wszystko już zapłacone, a żadne opiaty
nie zamienią na fantom. Mam stare bilety,

dokumenty, kartki żywnościowe
by przetrwać nawet w skrajnej biedzie.
Jestem syta jak trup w piramidzie.

I kiedy Pan Bóg-konduktor zakrzyknie GOTOWE
odjadę już bez bagażu (los za mną go wlókł).
Nie każdy w końcu może. Nie każdy by mógł.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

TRZYDZIEŚCI SONETÓW WRZEŚNIOWYCH (7)

7.
Wiatr zerwał się, przydusił suche wrzosy,
zimo arktyczne zawładnęło izbą,
już czas, już czas, już dzban wodę wynosił,
i już skończyłam z tą wierutną misją.

Bywały dni, że jeszcze jak kłosy
zbierałam z pól pamięci przenikliwość żyzną,
ku przestrodze i w trosce o losy,
aby rzeczywistość nie była dla wygody inną.

Lecz sen się nagle zjawił, nakazał donosy
z zaświatów przyszło KGB,
już sama odpowiadam, zbędne waprosy

w pośpiechu by zdążyć, lub nie.
Wprawdzie jest zimno, lecz wiatr hula wolny,
jako dowód na istnienie swobody.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

TRZYDZIEŚCI SONETÓW WRZEŚNIOWYCH (6)

6.
W zorane pola poprzez twarde skiby,
w pochylonej nawłoci żółć,
w czerń lasu. Nie zmieści się przybysz,
ciasno w kadrze. Nie obejmie mnie już.

Mogłabym, oczywiście, wędrować na niby,
mogłabym nawet za tobą pójść,
a jednak nie mogę, bo jestem zza szyby,
to tylko lustro weneckie. Ot, ciut

pozostałości po zapale!
Horyzont rwie się czasem
wyrasta drzewo nagle

i jest coś trwale wieczne
pomnożone lasem.
Jak czyste powietrze.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

TRZYDZIEŚCI SONETÓW WRZEŚNIOWYCH (5)

5.
Przestrzeń rzeki jest nerwem wymierzonym w niebo,
sylwetki wędkarzy stłamszone na brzegu,
jakby Wielki Architekt nasmarował kredą
kierunek pójścia w nicość z pytaniem dlaczego.

Śluza zniewoliła wody zastałą niemrawość
pływają w niej jak plwociny kawałki papieru,
nieboskłon skłania do czynu. Zaraz będzie lało,
wiatr rozpędzi brutalnie to lelum polelum.

I co, że się tak miota zewnętrzność w przyrodzie,
prezentuje bezczelnie swoje widzimisię,
zawsze będę maleńką postacią na moście,

lekceważonym czujnikiem popychanym w niszę.
Przyjdą, pójdą. Jutro to nie dzisiaj…
A ja zapamiętam, a ja to opiszę.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Dziennik wiejski (9)

 3 września 2012, poniedziałek. W literaturze mysz może mieć norkę wyposażoną w łóżeczko, być ładnie ubraną myszką z maleńką miotełką, schludną, krzątającą się gospodynią, która kładzie do maleńkich łóżeczek swoje trzydzieści myszątek i śpiewa im kołysanki. Literatura wszystko może zrobić z tym trzęsącym się ze strachu rozkosznym, puszystym bytem, który za każdym razem, jak naciskam klawisz laptopa przerażony znika w swojej czarnej szczelinie powstałej z odpadniętego tynku.
Patrzę więc z niepokojem na moich sześćdziesiąt segregatorów, w których jest już poukładanych mnóstwo przeźroczystych koszulek w dwunastu miesiącach, a tam słowa, słowa, słowa.
A przecież te słowa, nim zastygną w jakiejś konfiguracji też są trzęsącym się, płochliwym i niepewnym bytem.
Samo zgromadzenie takiej ilości segregatorów było nie lada wyczynem, bo zawsze mi ich brakowało. Pokaźny wysyp nastąpił, jak robiłam ilustracje do „Promyczka jutrzenki” i korzystałam z kserografu przy biurze, które wskutek transformacji ustrojowej zdecydowało wszystkie swoje segregatory  wyrzucić. Ponieważ byłam tam codziennie, nie pytając o zgodę zabierałam tyle, ile mogłam unieść aż do momentu, kiedy śmieciarka resztę wywiozła. Nie pytałam, bo wszystko było tajne, napisy na segregatorach pewnie też i tym sposobem wykazałam spryt życiowy. Niestety, przyjechał Rysiek, który jeszcze nie był listonoszem, tylko chodził wzdłuż torów i sprawdzał ich bezpieczeństwo i jak zobaczył, że mam tyle w domu segregatorów, zabrał mi trochę, czyli tyle, ile mógł unieść do pociągu do Zabrza, a potrzebował na „Tygodniki Powszechne” i ze względu na monstrualny format TP, dwa razy tyle do posklejania. Te archaiczne, wykonane z wysokogatunkowej tektury z grubymi, żelaznymi zaczepami na kartki papieru okazały się najskuteczniejsze w mojej kolekcji. Widocznie państwo dbało o wygodę urzędników i kładło nacisk na doskonałość segregatorów, które nie miały złego zgryzu i kartki nie wylatywały.
Nigdy nie zdecydowałam się na zakup segregatorów, jakoś udawało mi się przynosić je ze śmietników. Kilka przywiozłam z Nowego Yorku, też leżały na śmietniku, piękne, czerwone, ale dopiero po przywiezieniu do Polski zorientowałam się, że są na inne koszulki i musiałam  robić  nowe  dziurki w polskich koszulkach. Jakoś wierzę, że segregatory w których już coś było posegregowane, są bardziej gościnne, niż takie dziewicze, ze sklepu. Bardzo zresztą trudno literaturę pozbawić buchalterii.  Ale nie ma na to rady. Kiedy wyjmuję z koszulki stary list, bilet tramwajowy, fotografię, to w mózgu otwierają mi się całe pokłady zamkniętych wcześniej wiadomości o tym, o czym chcę pisać. W każdym razie ja tak mam.  

Zaszufladkowano do kategorii 2012, dziennik ciała | Otagowano , , | Dodaj komentarz