Wrzesień 5th, 2010 · 4 Comments
„(…)Poezja to ogień, nie dym. Albo twarz, poezja to twarz, a poetyckość to powłóczysty, muskający ją welon. Poetyckość ma się tak do poezji jak ładne porównanie do wyjebanej w kosmos metafory. Poezja spada na łeb jak donica z balkonu. To moment, sekunda, błysk. Impuls, porażenie. Piorun, bo poezja jest pionowa. A poetyckość jest pozioma, rozlewa się w prawo i w lewo, żeby dłużej się nią zachwycać. Jak pranie na wietrze. A poezja to sznur, na którym to wilgotne, zalotne pranie wisi. Poetyckość to petting, poezja to rżnięcie. Poezja to odejmowanie, redukowanie, to kucie żelaza. A poetyckość to dodawanie, to dmuchanie kolorowego szkła. Poetyckość to choroba, to wysypka poezji, to huba na jej drzewie.(…)”
napisze Janusz Rudnicki w rozdziale zatytułowanym „Jeżdżąc” i, mimo, że język Rudnickiego jest bardzo oddalony od zwięzłego i harmonijnego języka poezji, można by ten podsumowujący akt literacki pogląd rozciągnąć na artystyczne credo jego prozy.
Janusz Rudnicki za Gombrowiczem, który oczekiwał od literackiej wypowiedzi swobody, a równocześnie wewnętrznego, niemal biologicznego przymusu (słynne porównanie z robieniem siku pod krzaczkiem), opowiada się za tą frywolnością, która równocześnie niesie ze sobą grozę życia. Swobodnie, jak motyl przysiadując to tu, to tam, czy to będzie dworzec w Kędzierzynie-Koźlu, czy obóz koncentracyjny w Bergen-Belsen, ulice i skwery Pragi, Berlina, Hamburga, Warszawy, zawsze okiem zdawałoby się niedbałym, pospiesznym, dostajemy wybrane i wypreparowane z realizmu obrazy, a przy tym niesłychanie znaczące.
Wbrew pozorom lekkości i niewielkiej objętości tej książki, esencjonalności anegdot i gawęd, pisanych prostym językiem ale pozornie tylko łatwo zrozumiałych dostajemy potężną dawkę prawdopodobnej diagnozy tzw. polskości, czyli opisu Polaka poza granicami ojczyzny. Polaka, który daleki jest wprawdzie od obiegowych o nim powiedzonek, jednak nadal „wybrakowanego”, a autor mimo to jakby starał się go nawet cały czas usprawiedliwiać. Rudnicki-pisarz zachowuje się trochę tak jak zakochana kobieta w nieporadnym mężczyźnie i jeśli w wywiadzie oficjalnie przyznaje się, że wszystkie postacie safanduł, nieudaczników i pechowców to on sam, to faktycznie, narratorzy opowiadań budzą nieodmiennie sympatię. Dla osłody w drugiej części, w „Tekstach drugich”, dostajemy opowieści o tym, że sławni ludzie, tak wielkie osobowości jak Hans Christian Andersen, James Joyce, Alma Mahler-Werfel czy Marek Hłasko, też nie sprostaliby trudnościom tzw. pospolitego życia dzisiaj, polskiemu wyzwaniu dzisiaj, tak, jak i nie udawało się tamtym sprostać w ich życiu. Według mnie właśnie ta druga część książki jest kluczem do, jak to sam autor określił, „pokraczności” i perypetii bohaterów części pierwszej, którzy nie potrafią wywiązać się z najprostszych, narzuconych im losowo zadań.
W tytułowym opowiadaniu „Śmierć czeskiego psa”, bohater podejmując pracę wyprowadzacza psa, staje się bezwiednie jego konsumentem, jak w słynnym opowiadaniu Gombrowicza o spożywaniu Bolka Kalafiora. Takich komediowych opowieści z dziedziny czarnego humoru dostajemy mnóstwo. Dzieją się one za przyczyną bądź rządzących w państwach przepisów, jak opowieść o oddawaniu krwi na granicy w Zgorzelcu, czy o znikających w mieście pokrywach „gulików”, kradzionych i sprzedawanych masowo na złom, a w powstających tym sposobem dziurach, jak w filmie „The Beatles”, wszystko w mieście znika.
Metoda ta, niosąca ryzyko komediowego spłycenia, nigdy nie doprowadza do tzw. placków czy dowcipów okolicznościowych, opartych jedynie na śmiesznych wydarzeniach. Wszystko, co Rudnicki umieścił w tym niewielkim zbiorze opowiadań, ma zawsze drugie dno, ma zawsze filozoficzny kontekst, a rubaszność języka, jego prostota i pozorna nieporadność obrazowania, niesie nas, czytających, zawsze w kierunku jeszcze innych przestrzeni, niedopowiedzeń i pokrewieństw z tym, co doskonale znamy.
Jest jednak w tych tekstach siermiężność pozbawiona gombrowiczowskiego esprit, tej arystokratycznej, modernistycznej odrębności, namaszczenia, którym pisarze poprzednich epok odgradzali się od czytelnika świadomie lub nie, ale dystans autora do czytelnika zawsze się czuło. Janusz Rudnicki mówi w wywiadzie, że jego intencją jest pomóc rodakom:
„Pomóc więc im można w tym sensie, żeby uwolnić ich od ciężkiego worka z przeświadczeniem o własnej wyjątkowości.”
Dlatego być może bohater, wcielający się w różne role: zbieracza ślimaków po czeskiej stronie, w gościa w pasiastej piżamie na gali pokazu “Katynia” Wajdy w Berlinie, nauczyciela liceum itd. jest bliski dzisiejszym losom Polaków, Polaków innych już, walczących o swoje losy inaczej, a jednak uwikłanych w dalszym ciągu w toksyczną polskość, której nie udało im się pozbyć. Rudnicki podejmuje tę literacką konfrontację odmiennie niż pokolenie najmłodsze, którego reprezentantem jest Masłowska. Klarowność opowiadań z surrealistycznymi scenami służy mu jednak skuteczniejszemu i trafniejszemu portretowaniu Polaka ze względu na przynależność wiekową do kilku pokoleń, do epok, którym świadkował, w których Polak cały czas skądś jest, dokądś podąża i gdzieś idzie.
Tags: czytam więc jestem
“(…)Nie pamiętam tej kobiety, w której chodzę
i z którą sypiam. Cudzym oddycham, w cudze
włosy wsuwam dłonie. Kim piszę,
kim będę to czytać?”
[Łóżko, w którym leżę, puste]
Tak napisała Julia Szychowiak w zbiorze wierszy „Po sobie”, uhonorowanych nagrodą Silesiusa 2008 za poetycki debiut
Minęły dwa lata i w najnowszym tomiku Julii Szychowiak pytanie to powtarza się nieustannie, niemal przy każdym wierszu.
Brak autora, brak podmiotu lirycznego i wszelkie braki intelektualne, jakie czytelnik odczuwa podczas czytania i wysiłku ich zrozumienia, rekompensuje przynajmniej niewielki rozmiar samych utworów jak i zamknięta w tom ich niewielka liczba. Lapidarność myśli poetyckiej nasuwa nieodmiennie pytanie, czy ten tytułowy wspólny język chce zawłaszczyć też językiem czytelnika i niepokojące myśli o tę wspólnotę dręczą już do końca lektury.
„Dla mnie będzie pusto, skądkolwiek się biorę;
dla ciebie, może, gotowa byłabym być.”
[Dla mnie będzie pusto, skądkolwiek się biorę]
napisze poetka po dwóch latach od zdawałoby się, chwilowego, młodzieńczego dyskomfortu psychicznego, jak gdyby nigdy nic, upewniając siebie i czytelnika, że permanentnemu stanowi hibernacji uczuciowej i intelektualnej musi zaświadczyć również kolejny tomik zatytułowany „Wspólny język”, że ani jego potencjalny czytelnik nie jest tym wybranym, dla którego być może „gotowa byłabym być”, ani też językowej wspólnoty z nim nie potrzebuje.
Oszczędność przekazu poetyckiego Julia Szychowiak maskuje jego ubogością i po jakimś czasie przebywając w kręgu tych samych, powtarzanych odkryć egzystencjalnych typu ” [Weszłam pod wodę, żeby myśleli, że tonę]”
bohaterka tych wierszy jawi się coraz wyraźniej, jako prowokatorka niespełnień i konsekwentnej niezgody na pełnię życia.
„Własny język, którym trzeba się dzielić
z innymi.”
[To niebezpieczne]
powie podmiot liryczny, dając czytelnikowi do zrozumienia, że nie tylko nie pragnie się z nim skomunikować, nie tylko nie traktuje go jako powiernika, ale jest on dla niej wręcz śmiertelnym wrogiem. Może w wierszach Szychowiak dochodzimy właśnie do kresu powinności poety, który już nie musi nie tylko konfesyjnie się uwalniać od świata powierzeniem tego, co go boli, ale też i nie musi się wcale wypowiadać.
Podmiot liryczny odmawia właściwie komunikacji z każdym obiektem, który się napatacza, nie tylko czytelnikowi.
Nie nawiązuje z psem:
„(…)biegł za mną ślepy pies,
nie poznał swojego pana,(…)”
[Myśmy już się żegnali]
Nie nawiązuje z kochankiem:
„(…)Nie mówiliśmy dużo,
łatwo o błąd.(…)”
[Ilekroć kładę się nago, przypominam sobie]
Stany lękowe podmiotu lirycznego rejestrowane na ostatnim wydechu, na wycieńczeniu psychicznym, kiedy pozostawia się ślady istnienia już mimowolnie, jak duchowe odchody, przybierają niekiedy kształty sygnałów, mające na celu nieznacznie tylko zobrazować stan, w jakim się on znalazł:
„Nie zamykajcie mi oczu, nie mogę być wszędzie
jednakowo martwa.(…)”
[Nie zamykajcie mi oczu, nie mogę być wszędzie]
Uwięzienie jakie odczuwa nie budzi młodzieńczego buntu, dążenia do wolności, staje się przyzwyczajeniem, chronicznym marazmem w pewnym sensie stanem nawet pożądanym:
„(…)Wolność to będzie ten balkon, rozcięty
winoroślą, zamknięty spokój.”
[Prawie słyszę]
Depresyjne przedstawienia wspólnoty w złym przebywaniu z kimś pokrewnym, gdzie łączy się bohaterka wierszy z drugą osobą przepaściami, dachami, wspólnym niebem, nieistnieniem, dla której nie ma twarzy, ledwo zarys:
„(…) ale moja twarz jest nieczytelna.(…)
[Chciałabym ją opisać]
charakteryzuje każdy wiersz tego zbioru, jak zapis tajemniczej choroby, która nie ma końca i nie ma nadziei ani na śmierć, ani na wyleczenie. Zimno i martwota, gdzie:
„(…)Dłonie są wszędzie tam,
gdzie wcześniej było zimno(…)”
[Prawie słyszę]
jest wszechobecne i wszechwładne. Całość brzmi jak jeden wielki hymn kajdaniarski, a z jego nikłych pomruków czytelnik wnioskuje, że poezja, to skarga pokolenia, które nie tylko nie prosiło się na świat, ale na dodatek znalazło się na nim wolą nieistnienia.
Ponieważ tomik „Wspólny język” jest w tej samej poetyckiej patowej sytuacji minorowej, jak poprzedni tomik „Po sobie”, należy się spodziewać, że kolejne utwory Julii Szychowiak będą kontynuować tę linię egzystencjalnego zaniku. Prawdę mówiąc, jestem ciekawa, czy są granice zanikania, czy ten proces autodestrukcji dziać się może w nieskończoność, bo jak czytam w wywiadach z autorką, poetka ma się dobrze i nie jest to kliniczny zapis toczącej ją choroby psychicznej, tylko poetycka kreacja sposobu przeżywania życia.
Tags: czytam więc jestem
Wrzesień 2nd, 2010 · 7 Comments
On zmarł
pies już nie będzie
mu spał na ziemniakach
by nie zamarzały
przez zimę
on zmarł
stary bękart -
ten drań. Ponieważ
nie ma nic
w nim wierzytelności w niczym
więc
na śmierć
jest chory
on
sieroce kuriozum
braku
żywego tchnienia
cały jest niczym
on zmarł -
skurczona skóra.
Głowę połóż
mu na krześle
a nogi na innym
tak dynda
jak akrobata
Miłości brak.
Utracił więc
ją, jest nieznośny -
bowiem
musi się golić
uprawiać miłość,
w środku wyje
w upadku i trwodze -
urodził go człowiek
i on też
go spłodził
oszust
śmierć
w oczach
wywróconych wstecz
a światło – wydrwione
i
miłość pierzcha
zakopcie to
ukryjcie twarz
bo wstyd.
Tags: czytam więc jestem
Jeśli Jean Baudrillard, badając współczesne społeczeństwa konsumpcyjne dochodzi do paradoksalnego wniosku, że nadprodukcja, obfitość w erze, zdawałoby się powszechnej szczęśliwości w zaspokojeniu potrzeb tak ogromnej liczby ludzi, wzmaga światowe ubóstwo, to coś podobnego dzieje się właśnie z polską poezją, której zaistnienia w takiej obfitości nasz kraj nigdy nie doświadczył i zarazem takiego jej upadku. Na dodatek szał wydawania całego swojego dorobku poetyckiego w jednym opasłym tomie i przedstawiania go do oceny jurorom dorocznej prestiżowej nagrody literackiej znokautuje nawet najwytrwalszych i najuczciwszych urzędników, a co dopiero dobrowolnego czytelnika, który podobno czyta dla przyjemności.
Przyznam się ze skruchą, że ze „Zdartymi okładkami” walczę już od trzech miesięcy i wczoraj kończąc powtórne czytanie całości, zaobserwowałam dziwne zjawisko znikania we mnie tekstów, i gdyby nie posłowie autora po ukończeniu szóstej setki wierszy i wyłuszczeniu, przez Matywieckiego, o co mu chodzi, zniknęłyby nieodwracalnie.
Sam tytuł sugeruje, że miłośnik poezji nie rozstaje się z tym tomem ani minuty, że obwozi go po tramwajach, czyta w kolejkach, czekając na otwarcie kiosku z piwem i podczas jego picia. Świadczy o tym również okładka tomu, wytłuszczona i wyszmelcowana, w stanie rozpadu i kompletnego zaczytania. Ale to tylko efekt pracy grafika Biura Literackiego, marketingowo wyśmienity, by czytelnik uległ złudzeniu, że zanim tomik trafił do niego, przeszedł przez tysiące rąk, należących do wszystkich grup społecznych i zawodowych.
Niestety czytając ten tom dochodzę do wniosku, że Piotr Matywiecki odważając się po napisaniu biografii Tuwima, kontynuować pisanie poezji, zachowuje się jak uparty nudziarz, który nie spocznie, póki wszyscy słuchacze nie ogłoszą go największym poetą świata, byleby tylko już zakończył wieczór autorski. Jak u każdego nudziarza, bardzo trudno uchwycić istotę tkwiącego w nim uporu i artystowskiego zacięcia, ale spróbuję na podstawie kilku wybranych wierszy to udowodnić.
„(…)A ponieważ wiersze są we władzy czytelnika (to przez Ciebie chcę być widziany, poznawany na wskroś i osamotniany) – wyznaję Tobie, Czytelniku, moją pokorę.(…)”
napisze Matywiecki w posłowiu.
Ach, Panie Piotrze, ja Czytelnik, 100% masochistka, na mnie Pan, jak na niewolnika, jak na podtrzymywacza w orgiach seksualnych u de Sade’a, nakłada to brzemię, ten ciężar niewyobrażalny i mówi Pan jeszcze o pokorze?
W cytowanym posłowiu Piotr Matywiecki zapewnia, że główną inspiracją jego poetyckiej twórczości jest Biblia, nie omieszkując przy tym narzucić na Czytelnika kolejne obowiązki:
„(…)Przez długie lata czytając Biblię i pisząc wiersze inspirowane Biblią chciałem się zagubić w Świętych Mrokach. Obrazy biblijne są macierzyste dla najczystszego patrzenia – widzi się je, a one karmią oczy widzeniem całego świata, z Biblii wydobywa się wzrok nad wzrokami. A przecież Pismo Święte jest też Księgą paradoksalnych, samozaciemniających się egzystencji, mędrców wzajemnie doprowadzających się do szaleństwa. Chciałbym, żeby czytelnicy odczuli w moich wierszach bojaźń – drżenie obrazu i drżenie myśli(…)”
Z dwóch wywiadów, jakie znalazłam w Sieci z poetą Matywieckim jednoznacznie wynika, że jednak cała jego praca poetycka nastawiona jest na własne poetyckie przeżycie, co sprawdza się, czytając tę poezję, właściwie nigdy nie uwolnioną od autora. Matywiecki mówi, że jego idolami słowa poetyckiego jest Rilke i Apollinaire, a jednak nigdy nie dokonuje artystycznego przerwania pępowiny – jak dzieje się u tych geniuszy – łączącej artefakt z twórcą. Na przestrzeni tych około siedmiuset wierszy, kompilacji jedenastu tomików, zbiorowi luźnych wierszy drukowanych w prasie, pisanych specjalnie do tej edycji i także starych, przerabianych na nowo w zużyciu poetyckiego impulsu, który zaistniał w młodości, można w dowolnym miejscu zakończyć lekturę, nuda jak w wypadku przebywania w jednej celi z człowiekiem i wielkość wyroku jest już bez znaczenia.
Matywiecki szczerze pisze o powiązaniach swojej twórczości z duchem narodu żydowskiego, o tragiczności losów jego rodziny, o gettcie warszawskim, o miłości do Warszawy, a jednak nic z tych rzeczy do wierszy Martywieckiego nie przenika. Są cały czas zbieraniną poszarpanego, słownego zapisu na przestrzeni lat, z której nigdy nie rodzi się poeta, z której przy niesłychanej pracowitości i skuteczności wydawniczej nigdy nic nie wynika. Strach pogrążać się w tych nie uwolnionych od Autora wierszach, w tej intymności jemu tylko właściwej, w tym psychoterapeutycznym procesie, gdzie najczulszy Czytelnik, najbardziej autorowi sprzyjający, nie ma czego szukać. Tak, jak wiersze religijne, pisane bardziej na kształt medytacji modlitewnych są hermetycznym zapisem jednostkowego przeżycia religijnego, tak dzieje się w wierszach gloryfikujących geniusz sztuk plastycznych. Modny w PRL grafik Gielniak, wcześnie zmarły w sanatorium na gruźlicę, tak samo umiłowany przez literatów jak Nikifor, zajmuje – jak zwierza się Matywiecki – u niego, „wzrokowca” poetyckiego, takie same nieważne miejsce, jak Golem, jak Kafka, jak Konopnicka, jak Chlebnikow. Nie mam pojęcie z jakiego klucza Matywiecki bierze na warsztat sławne ikony kultury światowej. Nie omieszka Piotr Matywiecki napisać też wiersza o Van Goghu, który w poezji polskiej zajmuje niemal tak samo ważne tematycznie miejsce, jak koty.
Niewiele dowiaduję się o życiu podmiotu lirycznego w odległych już czasach i ta poetycka retrospektywa nie daje też wyraźnego kierunku ewolucji myśli artystycznej autora. Dlatego też, zgodnie z preferencjami i wskazaniami na co ma ten pożądany Czytelnik baczyć, w wywiadzie samego autora, skupię się jedynie na tomiku wydanym w 1998 roku, który wszedł edycyjnie do „Zdartych okładek”, bo ten tom wymienia jako ten, który Matywiecki sobie ceni najbardziej.
„Zwyczajna, symboliczna, prawdziwa” to zbiór około siedemdziesięciu krótkich wierszy. Obok różnych przypadkowych spostrzeżeń, w moim pojęciu banalnych i nieważnych, które Piotr Matywiecki rozdmuchuje do jakiś fundamentalnych prawd i objawień, [„szklanka herbaty”: „(...)Nagie tłumy ciszy/zebrały się w herbacie(...)”] warto skupić się bardziej na portretach osób żyjących (Hartwig) i nieżyjących (Stachura, Gielniak, Weil, Rilke, Słowacki, Dickinson, Lechoń, Horacy) by ten fenomen nietrafności, niecelności poetyckiego obrazowania, rozwikłać.
Juli Hartwig Piotr Matywiecki poświęca dwa wiersze „[Jaki będzie kolor zmartwychwstania]” i „[Zanim wejdzie w czyjeś spojrzenie]”, gdzie subtelnie usiłuje nazwać niewyraźne i zamazywane kontakty międzyludzkie. Gorzej jest jednak z próbą zamykania w kilku zaledwie wersach dorobku Edwarda Stachury. Wiersz „Stachura” porównuje rozwój kultowego poety polskich hippisów do stanu niemowlęctwa. Jeśliby chociaż jeden miłośnik Stachury to przeczytał, zatrząsłby się w słusznym proteście i oburzeniu. W „Tarczy” poświęconym Simone Weil Matywiecki w paru zdaniach, w moim pojęciu nietrafnych, próbuje sentencjonalnie podsumować fenomen francuskiej myślicielki, który jest dla niego czymś odległym i oddzielonym od innych ludzi, jedynie dla niej wydaje się on ludziom wspólny. „Gielniak” to powtórzenie afektacji dwóch innych wierszy w innych tomach, gdzie autor bardziej rozwodzi się nad przedwczesną śmiercią linorytnika. Znamienne jest to, co towarzyszyło mi w liceum; narzucanie odbioru czarnobiałym linorytom Gielnika koloru, tak, jakby mu mało było jeszcze zachwytów nad tym, co tam faktycznie widać. Wiersz „Rilke”, jak mówi w wywiadzie Poeta, to mistrz Matywieckiego, posiada jakby to określić bardziej obrazowo, drugorzędne cechy płciowe. Marginalia, które Matywiecki zauważa w poezji Rilkego, być może dla fana jego poezji są niesłychanie ważne. Ale Rilke, to poeta wielkiego bogactwa samej materii poetyckiej, to wulkan energii, natomiast Matywiecki, jak i w każdym ze swych niedopowiedzianych zawieszonych wierszy, podobnie traktuje poetyckie wizerunki:
„(…)„Daje oczom zwierząt
świat i swoje oczy i zaświat.(…)”
[Rilke]
Wysnute, daleko idące wnioski z wiersza Rilkego o krowie i jej spojrzeniu, Matywiecki stara się narzucić całemu światopoglądowi poety, determinującego jego twórczość.
Nie inaczej jest ze Słowackim. Ironiczny obraz poety w Paryżu, który pragnie jałowość własnej egzystencji napełnić aniołami, lazurami i całym sztafażem romantycznych akcesoriów, a „Światło wstanie z martwych bez słowa”, ponieważ taki jest rytm przyrody i słońce, czy poeta chce, czy nie, to i tak „wstanie”, przekłuwa wprawdzie balon nadęcia, wyniesiony ze szkoły, jednak w tej migawce brakuje mimo wszystko tego hołdu, jaki poeta oddaje poecie, bo to, że giganci poezji są przez ich późnego wnuka, Matywieckiego uwzględniani w jego twórczości, to to jeszcze nie jest hołd.
Pisanie mniejszych o większych jest w konsekwencji zawsze sprawą szemraną. Dickinson w oczach Matywieckiego, to poetka lapidarna, pełna niedopowiedzeń. W sumie, to podziwiam Matywieckiego, że poważył się na portret Dickinson, bo z nią to zawsze na dwoje babka wróżyła i właściwie czytelnik, a tu jest nim Matywiecki, może włożyć w swoją interpretację, co tylko zechce i zawsze będzie to właściwe. Ale już z Lechoniem, według mnie przesadził, bo czy faktycznie, tragedia Lechonia?
„Traktował siebie jak partnera
w poważnej, uprzejmej rozmowie.
Kiedy temat konwersacji
wymógł na nim zmianę tonu,
przestał pisać dziennik
i zabił się.”
[Lechoń]
Ciekawe są konkluzje Matywieckiego na temat starożytnych. W innym zbiorze wierszy, w utworze zatytułowanym „[na każde pokolenie przychodzi godzina]” Homer umiera, staje się dla kolegów podmiotu lirycznego – poetów, rówieśników – martwy, wiersz prorokuje, że przyjdzie kryska na matyska, że jak Bóg Kubie, że tym jego rówieśnikom też, jak Homerowi, na pohybel…
Natomiast w wierszu „Nasze złoto” Matywiecki upomina się o Homera, jako o poetycką ascezę, którą nazywa tarczą przed złym pisaniem wierszy, przeładowanymi przymiotnikami itp.
Natomiast w wierszu „Po Odysei” Matywiecki stawia tezę, że Homer nie miałby na naszym współczesnym świecie nic do roboty, bo waga tych naszych problemów jest starożytnym nie równa:
„Dlaczego nie widzę?
- zapytał Homer. Ktoś odpowiedział:
- bo ślepo jest na ziemi.
Traw za dużo, oczom duszno.”
Obraz Horacego to przywołanie prostoty starożytnych, obrazu sielskiej przyrody i w tym wierszu właściwie nie ma ani nostalgii za nieodwracalnym, ani też i podziwu:
„(…)W obłoku i chwili -
jaskółka!”
[Horacy]
Podsumowując moją lekturę z prawie siedmiuset utworów Piotra Matywieckiego, autora, którego biografią Tuwima zachwycałam się na moim blogu Piotr Matywiecki „Twarz Tuwima” Nominowani do nominowanych Nike 2008, ze smutkiem muszę stwierdzić, że nie wiadomo dlaczego pisarz tej miary, twórca esejów i wartościowych książek o polskiej literaturze i narodzie żydowskim nie może powstrzymać się od publikowania wierszy, które od biedy każdy student polonistyki by popełnił nawet w charakterze ghostwritera, nawet za cenę zrzeczenia się praw autorskich, nawet za niewielkie honorarium, za jakąkolwiek zapłatę, ale za zapłatę.
Nikt z dobrej woli, z potrzeby serca takich wierszy by nie napisał
Tags: czytam więc jestem
AKT XIX
Żegnaj, mój miły!
Żadne dopełnienie
nie jest już władne zamieszkiwać we mnie,
nie mam więcej zaufania, bym nowe losy powitała chętnie,
już nie mam siły.
Ostatni raz, gdy cała się otwieram
w nagości zwierzeń ma bezbronność chwili -
- rozmowy treść obnaży formę. Kroki
jednokierunkowe, jak tekst na papierze
w nieskromność śmiercionośnych rozstań. Żegnaj, miły!
Nie przychodź już, jako ktoś inny,
jak nieproszony gość, bo swego się nie prosi
do wnętrza
królewskiego, do wątków archetypu, narracji, co wyręcza
najwybredniejszy sposób współistnień, gdzie zasadność
nie tłumaczona jest obcym. Oczywistość? Po co.
I tak się wypełni osobno, w skrytości, cicho i niepostrzeżenie.
Los
będzie jak natura, co determinując wybór, tłocząc żywioł w czasu żyły
nie uwzględniła ciebie. Żegnaj, żegnaj miły!
Tags: 2010 · Nie daję ci czytać moich wierszy
Dobrze by było mieć w najnowszej literaturze takiego bezkompromisowego Chrystusa, który biegałby z biczem satyry po wszystkich literackich skupiskach i roznosił w proch ich sprzedajność i chytrość. Niestety Jaś Kapela zawsze jest tym tłumem sprzedawczyków, tymi faryzeuszami, którzy w własnym łonie hodują własnego Hrystusa, który powołany jest tylko po to, by udowodnić światu, że nic się nie da zrobić. Bezradność Hrystusa właściwie nie jest już nawet cynizmem czy zimną kalkulacją, ale takim lekceważącym głosem tumiwisizmu zadufanym i pewnym tego, że zawsze to będzie bezkarne.
Pierwsza powieść Jasia Kapeli „Stosunek seksualny nie istnieje” już właściwie trywializowała dokonania współczesnych filozofów cytatem z Slavoja Žižka, ale mieściło się to w ramach młodzieńczego wygłupu. Powieść została ujęta we współczesny dialog dwóch chłopców ogarniętych nienasyconą manią seksualną podsycaną łatwo dostępną pornografią, a tytułowy temat starał się autor skutecznie rozwinąć, korzystając z własnych doświadczeń i przemyśleń. Pisałam o tym na blogu w wątku Jaś Kapela „Stosunek seksualny nie istnieje” po lekturze świeżej i mimo wszystko zajmującej.
Dwa lata później wydana przez Jasia Kapelę kolejna powieść jest już wielkim spłyceniem i literackim ubóstwem. Minimal art można uprawiać z nadmiaru i dzięki umiejętności zamykania na niewielkiej przestrzeni pojemnych pojęć. Natomiast lektura „Janusza Hrystusa” przynosi niedosyt nie tylko formalny i znaczeniowy, ale też energetyczny. Powietrze, które uchodzi z bohatera powieści, młodzieńca, który już jest pisarzem, ale pisarzem nie bardzo wiedzącym, po co nim jest, udziela się czytelnikowi tak bardzo, że ten zaczyna zastanawiać się z niepokojem, czy priorytety takiej literatury to już zjawisko w dzisiejszych czasach docelowe. Oczywiście, Jaś Kapela warsztatowo jest o wiele sprawniejszy od podobnych produkcji literackich, zalewających właśnie portale internetowe, ale marazm, nazywany mylnie nihilizmem, jest taki sam.
Przede wszystkim pisząca młodzież myli rolę autora z rolą budowanej postaci. Nigdy jeszcze w liczącej się literaturze nie zdarzyło się, że pisarz, powołując do literackiego życia głupca, był równie głupi. Jeśli w „Januszu Hrystusie” mamy wpływy postaci „Mistrza” powołanej przez Marcina Świetlickiego powieściowym cyklem „kryminałów”, czy Adasia Miauczyńskiego z filmu Marka Koterskiego „Dzień świra” – a o tych fascynacjach Jasia Kapeli dowiadujemy się właśnie z poprzedniej powieści „Stosunek seksualny nie istnieje” – to chyba Jaś Kapela nie zwrócił uwagi, jak te postacie są budowane. Świetlickiego „Mistrz” to dojrzały mężczyzna po przejściach, wypalony alkoholem i jego dekadencka i szczątkowość bardziej jest bliska stanowi egzystencjalnemu bohatera „Mdłości” Sartre’a, niż jakiemuś pierwotnemu lenistwu, jak dzieje się u Kapeli. Podobnie reżyser Koterski stwarza człowieka naszych czasów jako ofiarę zewnętrzności, wobec której jednostka jest bezsilna i przegrywa, płacąc chorobą umysłową, nerwicą i jałowością życia. Jaś Kapela stwarzając Janusza Hrystusa powołuje jednostkę wyjałowioną na własne życzenie, wyalienowaną w swojej pustce i z samego siebie, i ze świata. Oczywiście, najprawdopodobniej i tacy ludzie istnieją, ale groteska artystyczna musiałaby być o wiele bardziej drastyczna, by nam, czytelnikom dała okazję do głębszych przemyśleń. Być może, że właśnie te tzw. przemyślenia są stawką w grze literackiej, gdyż autor określa swojego bohatera do końca, nie dając szansy na żadne dywagacje. Monolog wewnętrzny Janusza Hrystusa, „Obcego” dzisiejszych czasów, nie naprowadza nas na żadne tropy przyczyn stanu pewnego młodego mężczyzny, który żyje w stabilnym egzystencjalnie stanie, skutecznie na dodatek funkcjonuje w życiu literackim, swoje przemyślenia sprzedając i pobierając za nie pieniądze. Letarg, w jakim tkwi, nie przeszkadza mu wieść życia na każdym planie – seksualnym, zawodowym i rodzinnym. Jeśli w środku powieści partnerka głównego bohatera i równocześnie narratora go opuszcza, to dzieje się to taką samą koleją rzeczy, jak kończenie innych czynności fizjologicznych typu defekacja czy jedzenie.
Literaturze dzisiejszych czasów potrzebne są takie postacie, jakie znamy z filmów Kevina Smitha jak Jay i Cichy Bob, ale umieszczeni w fabule i narracji, stają cię bardziej wiarygodni i lepiej określają stan, w jakim dzisiejszy bohater tkwi, i na czym polega jego komiczna tragiczność. U Jasia Kapeli mamy jedynie lekko zarysowany kształt, zbyt ogólny, by mógł ujść schematowi i zbyt jednoznaczny, by mógł ożyć.
Tags: czytam więc jestem
Sierpień 25th, 2010 · 5 Comments
Zdecydowałam się na swoim blogu zareagować na widoczny w Sieci proces upadku portali literackich wynikły w moim pojęciu bardziej z zaniedbania, niż istotnych przyczyn. Ponieważ codziennie odwiedzam wszystkie najważniejsze portale literackie i ta bezcenna wiedza, jaką pozyskuję o tym, co się w poezji współczesnej dzieje, jest mi bardzo potrzebna, dlatego postanowiłam moim blogowym głosem opowiedzieć się przeciwko zamykaniu portalu rynsztok. List dotyczy wątku na rynsztokowym forum właściciela rynsztoka, przemka łośki „Tak to się kula” z 24 sierpnia 2010 roku, gdzie zadaje pytanie: „Czy jest sens kontynuować działanie tego portalu?”
Jestem tylko czytelnikiem rynsztoka, nigdy się na tym portalu nie rejestrowałam i też nie bardzo się w nim orientuję, bo zaczęłam go czytać dopiero od dwóch lat, przedarłam się trochę przez usunięte komentarze w „ścieku”, ale nie dałam rady, nie rozszyfrowałam nigdy tożsamości piszących i rozszczepienia użytkowników na kilkadziesiąt avatarów. Bardzo to wszystko zniechęcało do czytania, bo wyczuwałam w tym wszystkim jakąś zmianę reguł gry w toku życia portalu, nie wiem, nie mam pojęcia, co tam się działo, ale dla postronnego czytelnika, widza, takiego jak ja, nie był to objaw pozytywny. Zawsze, rozpaczliwie szukając w Sieci głosów alternatywnych do poprawnościowych stylów innych portali literackich, brałam jednak pod uwagę to, że rynsztok powstał z buntu, z odszczepienia, z pokrzywienia się nieszufladzie i z żalem obserwowałam, jak wszystko w Sieci zlewa się w jedną sieciową pulpę, że ta sama produkcja literacka, te same komentarze, te same mądrości, dublowane są, na zdawało się odrębnym sieciowym miejscu, przeznaczonym przecież do innych celów. Przypomniało mi to taktykę reżimu komunistycznego, który w stanie wojennym w ciągu jednej nocy potrafił wymienić skład redakcji zbuntowanego miesięcznika literackiego, którego czytelnicy łaknęli i go wykupywali, zasiedlić tam ją swoimi ludźmi, nawet w stopce nie pisząc, że taka wymiana nastąpiła.
Czytając rynsztok, te tajemnicze nicki, zdawało mi się, że nastąpiła tu właśnie jakaś okropna podmiana, jakiś komunistyczny przewał i to przecież w przyzwoleniu właścicieli rynsztoka. Jak napisałam, nie znam kulisów portalu, nie uchwyciłam sensu toczących się tam dyskusji. Ale nie rozumiem zupełnie, coś niedochodowego, wolnego z założenia, mogło się tak w Sieci stoczyć.
Bardzo bym chciała, by nie likwidowano historycznych niemal portali literackich. Bardzo bym chciała, by one ożyły i by trwały, tak, jak nieszuflada tak i rynsztok powinny stać się portalami o bardzo wyraźnym profilu artystycznym i korzystając z odpływu wszystkich sieciowych mętów na TRUML i liternet pl. natychmiast wprowadzić zakaz powrotu, zakaz uczestniczenia w innym portalu. Użytkownicy nie powinni zasiedlać równocześnie wszystkich sieciowych portali, bo ja, by przekonać się, że spotykam tego samego nudziarza pod innym szyldem, wytracam cenny czas sieciowy i dopiero po przeczytaniu widzę, że zostałam nabrana. Jako czytelnik ja tego sobie nie życzę, mnie to osłabia i zniechęca do Sieci. Jeśli komuś zależy na dobru Internetu, powinien dbać o jego higienę.
Poza tym portal literacki (a podobno rynsztok to portal „elitarny”) musi być jednak portalem twórczym, a nie marketingowym, bo od marketingu są inne portale i nie powinno się mieszać tych rzeczy. Portal społecznościowy o profilu literackim winien mięć te same cechy, co awangardowa grupa artystów, która używa swojej wspólnoty jako eksperymentu i laboratorium, a nie jako punktu sprzedaży. Dlatego tylko tutaj mogą objawić się wszelkie anomalie, skandale, obscena i wszystko to, czego tzw. szersza publiczność by nie strawiła. Jako właścicielka bloga wiem, jak trudno utrzymać w Sieci żywe i aktualizowane miejsce. Jednak blogi pojedynczych osób są za słabe, by wytrzymały konkurencyjność zdeprawowanych, dużych portali literackich mających duże pieniądze, zaopatrzonych w najnowsze narzędzia. Dlatego bardzo bym chciała, by przejrzysty i funkcjonalny rynsztok przeobraził się w prawdziwy portal poetycki, który automatycznie przyciągnąłby osamotnionych na blogach ludzi. Można by po prostu ich imiennie pozapraszać, natomiast nie dopuszczać do uczestnictwa ludzi duchowo obcych, którzy bardzo dobrze czują się na nowo powstałych portalach komercyjnych takich, jak liternet pl. i TRUML. Nie musi to odbywać się środkami administracyjnymi, sami zrezygnują, czując się na rynsztoku źle. Czytałam wczoraj na TRUMLU dyskusję, gdzie użytkownicy np. nie życzą sobie w swoich szeregach ludzi mądrych (wątek na forum TRUMLA „czego nie lubię w poezji”):
„(…) W poezji nie lubię POETÓW co to się zowią. Tych natchnionych, najmądrzejszych, oczytanych i oczekujących oczytania od innych.(…)”
[majhewa, 20 sierpnia 2010 o godzinie 07:31]
Tags: 2010 · dziennik ciała
AKT XVIII
Ten czas
nad ziemią, by drżała,
zanim wchłonie, przytrzyma,
już nie odda ciała,
ten czas,
między nami, ten sam,
co się rozkoszuje ogrodem,
zawsze lgnie tam,
gdzie suchy sen
wolny od treści,
gdzie sen bezcielesność zmienia
w pamięć, w materiał w kompresji,
spalony czasem bez płomienia.
Twój śmiech,
twój śmiech,
będzie wytworem, zamiast
bólem, co wsiąka. Ziemia
ból przetworzy, jak czas.
Tags: 2010 · Nie daję ci czytać moich wierszy
Sierpień 23rd, 2010 · 5 Comments
- Jak się czuje Podzwon?
- Zniosłem go rano w torbie z IKEI i nawet zrobił kupę. Nie chciał zjeść kawałka kiełbasy z pastylką, zacisnął zęby, ale po spacerze zjadł. I merda ogonem nawet. Szczeka jakiś pies u ciebie?
- Nie, to u ciebie szczeka. Pewnie za oknem.
- Nie, u mnie za oknem nie szczeka. Słyszę w słuchawce, że szczeka.
- To u ciebie. Zobacz, może to Podzwon w drugim pokoju.
- Nie, to nie Podzwon, to głos szczeniaka. Przecież wiem, jak szczeka Podzwon.
- Ale idź i zobacz, może to Podzwon.
- Tak, to Podzwon szczekał. Takim zmienionym głosem. Leży w przedpokoju… on chyba umiera…Pewnie się męczy… A ta cipa powiedziała, żeby z nim przyjść za tydzień… to te pastylki go wykończyły… Żeby nie wiedziała, w jakim jest stanie… Ale z niej weterynarz!… Serce powiększone… Przecież on się dusi… Musi strasznie cierpieć…
- (z płaczem) on umiera…
- to go gładź… całe szczęście, że mnie tam nie ma…
- on już jest gdzieś indziej… on na mnie nie reaguje… wylatuje mu woda z pyska…on cierpi… mogła go przecież uśpić, by tak nie cierpiał… co ja mam zrobić… co ja mam zrobić…
- to może wyjdź… Podobno zwierzęta idą w las umierać w samotności…
- No wiesz!… Mam go samego zostawić!… Co ja mam zrobić…
- mój ojciec był w agonii 12 godzin, przyjechało pogotowie, odjechało i nic…
- to może trwać kilka godzin… przecież go nie dobiję… Jak mam dobić… Czym? – On cierpi… Zadzwonię do niej, niech przyjedzie, niech da mu zastrzyk, nie, nie mam jej telefonu…niedziela… nie wiem, nie znam nazwiska… to weterynarz na naszym osiedlu…oni to robią specjalnie, by mieć kasę, przecież widziała w jakim jest stanie… co ja mam robić, on cierpi… zadzwonię do ciebie potem…
- Podzwon nie żyje (z płaczem), to trwało dwie godziny…
Tags: 2010 · dziennik ciała
Sierpień 22nd, 2010 · 4 Comments
Przewrotny tytuł zestawu najnowszych wierszy 89 letniej poetki nie zostawia żadnych wątpliwości: wszystko jest jasne, wyjaśnione i oczywiste. Drugi człon tytułu jest zwykłą kokieterią jedynie. Wiersze, nawet jeśli zawierają w pewnych momentach tembr perswazji poetyckiej w pytajniku, dają zawsze jednoznaczną odpowiedź, pewność i żadna kontrowersja nie ma w nich miejsca. Podobnie recepcja poezji i całego twórczego życia kobiety, która wykonała gigantyczną pracę translatorską, wydawniczą, podróżniczą i dożyła późnej równie aktywnej i twórczej starości, jest jednoznacznie jasną stroną zarówno poetki, jak i kultury polskiej. Bardzo trudno coś niejasnego napisać o tych ponad czterdziestu wierszach, pisanych tylko dla jaśniejszego czytelnika, a jeśli ktoś odważy się mieć wątpliwości, natychmiast zostanie zakwalifikowany jako ciemny.
A jednak spróbuję podjąć ryzyko polemiki, czytając te bardzo starannie dobrane wiersze o tematyce zawsze odnoszącej się do egzystencji wyższej, szlachetniejszej. Podmiotem lirycznym najczęściej jest autorka, sędziwa poetka, której żywot szlachetny, dobrze przeżyty, jest podstawą i główną materią poetyckich przemyśleń, spotkań z nietuzinkowymi ludźmi i przebywania w szlachetnych miejscach, a także, a to jest chyba najważniejsze, spotkania ze swoimi szlachetnymi myślami. Gorset tej szlachetności pieczętuje każde poetyckie dokonanie i podziw bierze, że zbliżający się do śmierci człowiek może żyć w takiej jednoznaczności percepcji świata, pełnego przecież kontrowersji i jak rtęć, nieuchwytnego.
Krytycy piszą, że wiele wierszy w tym tomie są wierszami religijnymi. Nie wiem, czy można nazwać wiersz „Alleluja”, „Nie wie” czy „Słowo” wierszami mającymi coś wspólnego z metafizyką, czy oprócz zupełnych oczywistości katolickiej obrzędowości, zawierają coś jeszcze. Może najbardziej zdeklarowaną córką Kościoła Julia Hartwig zdaje się być w wierszu „Getsemane”, gdzie poetka rozważa problem pośrednika między Bogiem, a człowiekiem, zgodnie z doktryną kościoła, ingerencją siły trzeciej w postaci Anioła, który jest bardziej iluminacją i wiedzą, niż czynną siłą sprawczą.
Wchodząc w dwudziesty pierwszy wiek, poetka nie ma żadnych wątpliwości, co do posiadanej wiedzy na temat świata, w którym przyszło jej żyć, nie wychodzą więc one spoza katechetycznych schematów. Podobnie dzieje się w wierszach podejmujących próbę odczytania sławnych dzieł sztuki i osobowości artystów. Wiersz „W hołdzie dla Tintoretta” poetka przywołując obraz „Ostatniej wieczerzy” pędzla Jacopa Tintoretta, w jego wielopostaciowości uczestniczenia w biesiadzie, widzi, wprawdzie nikłe, ale jednak powiązania z własnymi przeżyciami:
„(…)bo przy stole zasiądzie wielu/ tak wielu że nikt nie będzie pytany/ o kartę tożsamości/Czy to powód by od razu skazać się na małość?/ nie kochać i nie podziwiać/ i będąc osobno nie być razem?(…)”, ale nic z tego nie wynika, wiersz skręca na dogmat istnienia Boga, który stworzył niebo i ziemię.
Pozostałe wiersze nie są poetycką ucztą, są spłatą tajemnego długu ludziom pośród których przebiegło poetce życie, wielkich i sławnych osobowości, takich jak „(…)Edelman Kołakowski Michnik Mazowiecki Geremek Kuroń Lutosławski Frasyniuk Bujak Wujec… (…)”którym „(…)zapewne obca doskonałość(…)”
[Do przyjaciół]
ale ze względu na ich niewątpliwą szlachetność, znajduje w swoim wierszu dla nich miejsce.
Do panteonu osobistych spotkań z wielkimi dołączają w wierszu „Via Condotti” Miłosz i Turowicz, w wierszu „Profesor” sławny chiński dysydent Kangu Zhengguo. Ta kolekcja osób, zwana przez krytykę postawą obywatelską poetki, uzupełniona jest też innymi sławami świata Zachodu, w jakiś zawsze sposób powiązanymi z życiem mentalnym autorki. Z Baudelaire’m, Braque’m, Raïssą i Jacquesem Maritain’em, z Rossinim.
Osobnym zabiegiem artystycznym jest, niestety nielicznym w tym zestawie, wkomponowanie osobistego przeżycia w obraz innego poety. Tak dzieje się w wierszu „Dans le vieux parc solitaire et glacé”, dedykowanym Januszowi Pasierbowi, którego tytuł jest cytatem z wiersza Paula Verlaine „Colloque sentimental”, w którym poeta francuski opisuje pusty, zimny park. Julia Hartwig szczęśliwie łączy ten poetycki obraz z przypomnieniem spotkania księdza Janusza Pasierba „spod kołnierza jesionki wyglądała biała koloratka” w jesiennym, zimnym parku, którego nastrój zapowiadał jego śmierć.
Najciekawsze są jednak wiersze osobiste, w których chociaż na chwilę poetka zwalnia z uciążliwego trzymania fasonu i staje się bardziej ludzka. „Uciekam uciekam” to niezwykle piękny wiersz o śmierci, „słońce w czarnym kapturze zbliża się powoli”, o mentalnej przystani, o ogrodzie, który poetka zawsze ma w rezerwie w stanach lękowych i stanowi zawsze jej zabezpieczenie, które jednak może w każdej chwili nie spełnić swojej roli, gdy wtargną tam niepożądani ludzie „dzień zna już wymiar kary”.
W wierszu „Robi się coraz później” oszczędnie i niezwykle trafnie oddaje stan człowieka w przedśmiertnej poczekalni, gdy wbrew ogólnym mniemaniom, człowiek kieruje się ku przyszłości, a nie w stronę przeżytego sentymentu. W wierszu „Obudź się” wręcz ponagla swoją duszę do aktywności, która wygodnej hibernacji zdaje się odmawiać uczestniczenia w pisaniu wierszy do końca życia. Ale są to bardzo łagodne połajanki, ponieważ poetka do końca cyklu poetyckiego, zżymając się na sentymentalne zmiany w otoczeniu, wśród miast, nazw ulic i miejsc, które odwiedzała, czuje się mimo wszystko wyśmienicie. To samozadowolenie Juli Hartwig przeczy pospolitemu twierdzeniu, jakoby poeta miał coś przeciwko życiu, niesprawiedliwości świata. Określenie „rogata dusza” w wierszu „Obudź się” jest zapewne poetycką nadinterpretacją i zupełnie niestosownym samobiczowaniem.
Nie odnalazłam, jak chcą krytycy, w doświadczeniu poetyckim wierszy Juli Hartwig wahań i drugiego dna tych bardzo prostych i czytelnych strof, które nigdy o nic nie pytają, są jedynie zawsze jakąś konkluzją na zadany temat. Jeśli program poetycki, jak sugeruje krytyka, jest wzięty z wczesnych wierszy amerykańskiego poety, któremu poetka oddaje hołd w wierszu „Do Williama Carlosa Williamsa” to ta programowa prostota służyłaby też docieraniu do jądra poetyckich tematów. W moim odczuciu są one, w swoich nieustannych niedopowiedzeniach, zapisem pewnego wygodnego stanu podmiotu lirycznego, który, wbrew deklaracji, że wiersza nie można meblować, poetka mebluje pewnymi retuszowanymi stanami swoje poetyckie życie, opisując doświadczenie podmiotu lirycznego zawsze elegijnie, godnie i afirmująco.
A jednak mimo tak optymistycznego wydźwięku tego zestawu, trudno po lekturze wierszy zostać takim nastrojem obdarowanym. Tak, jakby ten pozytywny obraz minionego życia był przynależny jedynie poetce, jakby się nim nie dzieliła, tylko zabierała skrzętnie tam, gdzie zamierza się znaleźć.
Tags: czytam więc jestem