na druk jeszcze za wcześnie…

…nie biorę udziału w konkursie BLOG ROKU 2010.

na druk jeszcze za wcześnie… header image 1

Krzysztof Szymoniak „Pokój bez okien” (2009); „poemat amerykański” (2011)

Luty 2nd, 2012 · 18 Comments

Z twórczością Szymoniaka to jest tak, jak w jego wywiadzie przeprowadzonym z Gustawem Herling-Grudzińskim w 1994 roku, teraz publikowanym w sieciowym wydaniu „Zeszytów poetyckich”.
– Barańczak? – mówi Grudziński -

„Ja Barańczaka wysoko bardzo cenię jako pisarza, jako naukowca i jako tłumacza oczywiście. On dokonuje chyba cudów. Kiedy on to wszystko robi? Ciągle widzę nowe przekłady… Ale jest coś takiego niezwykłego w tym wszystkim.”
- I ta lisia kokieteria ciągnie się dalej odnośnie zasług Barańczaka, by mu potem za to, że odważył się na nowo spolszczyć „Hamleta”, słusznie przywalić:

„To jest absolutnie wierne; świetnie zapisane i tak dalej, ale to nie jest to.”

Podobnie jest z emigracyjnym poetą Tadeuszem Łukowskim, który nie nauczył się angielskiego, podobnie z Kisielem:

„No i to jest ten Kisielewski, ten mędrzec polityczny… Ja zresztą wysoko go cenię i nie chciałbym, żeby tu pojawił się cień złośliwości. To jest człowiek o ogromnych zasługach. On powinien nawet pomniczek dostać w Polsce za to co zrobił.”

I dalej Herling-Grudziński z widoczną między zdaniami hamowaną furią pomstuje na Stefana Kisielewskiego.
Albo o Stefanie Bratkowskim:

„I jakiś Bratkowski będzie mi tu tłumaczył, bo to robił, że to jest nasza mądrość narodowa. A to jest – niech mi pozwoli powiedzieć, bo znam Bratkowskiego i wiem, jakie ma zasługi – to jest czysty idiotyzm.”

Z podobnym Grudzińskiemu nastrojem i mieszanymi uczuciami przystępuję do analizowania twórczości Krzysztofa Szymoniaka, niemal mojego rówieśnika. Po lekturze sześciu jego książek wydanych niedawno, spóźnionych, wyjętych z szuflad i skompilowanych na głos dzisiejszy, usłyszałam głos mentorski, godny wiekowemu pisarzowi, a zarazem swojski i bardowski z powodu śladów młodzieńczych zapisków.

(Wiem, Panie Krzysztofie, o czym Pan pisze, to wszystko do bólu jest mi znane, a jednak, metodą Grudzińskiego, pełna świadomości Pana zasług, a jednak…)

Z lektur i wiadomości sieciowych, z portalu Liternet i tam profilu „Zeszyty Poetyckie” wyłania się obraz niemal pozytywistyczny, wizerunek społecznika, kogoś, kto ocala prowincjonalne talenty, kto z uporem szlachetnego maniaka zaświadcza, że w tej przysłowiowej polskiej dupie prowincji mieszczą się skarby, które tylko za sprawą takich Magów, jak Szymoniak przemówią głosem sztuki, głosem pokolenia, głosem niemożliwego spełnienia się artystowskich marzeń. W sumie zawsze tak jest, zawsze tak było i będzie, że z prowincjonalnej magmy wysunie się na czoło peletonu ich guru, czyli Szymoniak, a reszta będzie tym, jak jest w polityce, mięsem wyborczym i nic więcej, a zostaną jedynie obietnice. Z tych wszystkich wywiadów gnieźnieńskich fotografów, gdzie Szymoniak zupełnie na serio i z niewzruszoną powagą podsyca ambicje lokalnych marzycieli, których inicjatywy urzędnicze i wolontariat mogą sprowokować ugięcie się władz lokalnych i posypać pieniędzmi na światłe cele, to wszystko, to jedynie hobby. I metodą Grudzińskiego przyklaskuję tym szlachetnym przedsięwzięciom, gdzie taktyką Tolka Banana czy Timura z jego komandy można pokierować młodymi ludźmi, by, jeśli nie są w stanie pracować na własne konto, to niech pracują na nasze.
Nie wiem, nie mam pojęcia, na ile skuteczność tych fotograficznych i poetyckich przedsięwzięć w służbie lokalnych władz, mogących w rocznych sprawozdaniach wykazać się działalnością kulturalną jest właściwa. Najprawdopodobniej czas Internetu powinien już zwekslować te anachroniczne metody pracy ubiegłowiecznych kaowców, MOK-ów i MDK-ów, jako kosztowne i rodzące małomiasteczkowe, lokalne kliki artystów nieweryfikowalnych, gdyż raz na zawsze namaszczeni władzą nominują nowych swojaków.

I nie jest to istotą mojego pisania blogowego, bo nie mnie rozsądzać o sprawach, których nie znam. Natomiast ważne jest to o tyle, że wyłonieni z tzw. prowincji artyści tam uznani i hołubieni, całkiem słusznie uważają, że powinni być na równi docenieni na ogólnopolskiej, a też i światowej niwie, skoro już jesteśmy globalną wioską. I tutaj trzeba już oddzielić asekuranctwo Grudzińskiego, który do reszty nie chce sobie zrazić ludzi ze swojego środowiska, od analiz ich pracy twórczej. Ja też nie chcę sobie zrazić, nigdy nie chcę, pisząc kolejne posty na blogu i nigdy nie potrafię wybrnąć z tego tak dyplomatycznie jak Gustaw Herling-Grudziński. Ale trudno.

Przystępuję do analizy tomiku wierszy „Pokój bez okien”.
Szymoniak pisze w „Epizodach”, że po latach pojechał z Gniezna z do Kępna, swojego rodzinnego miasta i tam poznał kobietę. Listy z tego romansu są materią – nie wiadomo na ile wierną, na ile spreparowaną – wierszy tomiku” Pokoju bez okien”. W każdym razie poeta lojalnie podkreśla, że wiele autentycznych fraz jest autorstwa kobiety i w hołdzie jej talentowi napisał je tak, jakby to ona pisała, w pierwszej osobie.
Z tego zbioru wyłania się obraz samotnie wychowującej dziecko matki, pracującej, dojeżdżającej, wiecznie zmęczonej, która „daje sobie dzielnie radę”. I muszę oddać poecie sprawiedliwość, tomik jest bardzo klarowny, czytelny, z jasnym przesłaniem, że beznadzieja to stan chroniczny i niegodny człowieka, a jednak zwyczajny, swojski i nagminny. Jednak (to Grudzińskiego „jednak”), poeta artystycznie nie przekracza, nie robi w zasadzie nic, by wyjść z konwencji listu do redakcji kobiety na ostatnich nogach psychicznych, która prosi o poradę. Kobieta z tomiku „Pokój bez okien” jest zamrożona, trwa w tym symbolizmie lokalnego egzystencjalnego więzienia i ani drgnie.
Krzysztof Szymoniak pisze w zbiorze utworów „poematu amerykańskiego”:

„(…)otóż, nie jestem poetą heroicznym,
przykutym do samotności jak Budda do swojej nirwany,
nie chcę skończyć na pomniku pod którym młodzi piją wino (…)”

[razem]

Nie sądzę, by działo się tutaj coś z założenia. Wszystko, co do tej pory wydał drukiem Krzysztof Szymoniak jest konsekwentne, spójne i jednoznaczne. Oparte na autobiografii, zarówno teksty prozą, jak wiersze będące bardziej skondensowaną prozą, to zapis prostolinijny, jednowymiarowy pewnej ludzkiej egzystencji osadzonej w nieciekawych realiach historycznych. Nie jest to nawet zapis marazmu, bo przygody bohaterów tych tekstów są, być może świadomie, spreparowane tak, by czytelnik mógł się w nich odnaleźć. Ale populizm w tym wypadku działa na ich szkodę. Przeciętność wdziera się w osobowość narratora, podczas gdy on winien być demiurgiem i jak każdy autor, sprawcą świata, w którym bohater przebywa.
Pomysł pierwszej części „poematu amerykańskiego” oparty na tym, by zbudować obraz Ameryki z imaginacji jedynie i wykorzystać fakt, że autor nigdy w Ameryce nie był, nie wypalił. Odpryski Ameryki w mieszkańcu PRL-u w postaci paczek, wieści telewizyjnych, marzeń, peweksowskich rajfli, to za mało, by przeciwstawić wymienioną tam „Amerykę” Baudrillarda, która przecież napisana jest z bezpośredniego porównania dwóch opozycji: wyobrażenia i doświadczenia. Przykład tego artystycznego zabiegu jest właśnie dowodem na to, że artysta, który smakuje, wdycha i przeżywa, to połowa sukcesu. Nie jest ważne, czy się było, czy nie było w Ameryce (Kafka nie był, nie był też Nikifor, a jednak ich Ameryka jest żywa).
Martwota wyznań poetyckich Szymoniaka polega na braku tzw. wsadu.

Krzysztof Szymoniak, jak pisze w swoim CV, to dziennikarz i podróżnik i animator kultury. Z tych profesji bardzo rzadko rodzi się jeszcze dodatkowo artysta. Jeśli tak jest, jeśli wydanie książek jest dowodem na to, to jest to już tylko uzurpacja.
Szymoniak napisze, analizując swoją drogę do stawania się artystą:

„(…)bo nie
potrafiłem rzeczy najprostszej: oddzielić piwa od
Nienazwanego i ułożyć jak trzeba paru słów i zdań.
Powiedzcie zresztą sami, czy może być coś prostszego niż
kilka zdań o tym, co dźwiga się pod powiekami i w sercu, co
usłyszało ucho naszych marzeń, a czego nie dotknęły nigdy
palce i języki naszych wrogów?”

[nasza mała metafizyka]

Bo nie. Bo nie tak powstaje sztuka.

„(…)nie pojmując, że pisanie wierszy
to ciągłe kopanie studni, to szukanie jaskiń i wyprawy
w labirynty ducha bez nadziei osiągnięcia celu.(…)”

[lato 1968]

Też nie. Sztuka, to nie mozół. To iluminacja.

/em

→ 18 CommentsTags: czytam więc jestem

Codzienne życie

Luty 1st, 2012 · No Comments

Autobus z Paryża nie spóźnił się. Czekał na siostrę w jesienny poranek krótko. Gdy wnieśli torby pełne książek i słowników do samochodu odetchnęła z ulgą. Był to jej największy skarb, a niepokój, że go utraci, zawsze towarzyszył jej w podróży. Nie była zmęczona. Mówiła szybko i nerwowo wypalając ciągle nowego, wreszcie bez ograniczeń, papierosa. Nie czuła nawet ciężaru lat – jej duży biust nie mieścił się w czerwonym dresie założonym dla wygody do spania w autobusie. Był rozpięty, a obcisłe spodnie dodawały jej pewności siebie. Jednak na drugie piętro weszła z trudem zasapawszy się i z wdzięcznością zjadła podane śniadanie.
Miała tak wiele na głowie. Francuz, z którym uciekła rok temu zostawiając męża i dwoje dzieci nie sprawdził się. Jej studia romanistyczne w Paryżu okazały się nieprzydatne. Lubieżność i egoizm Francuza niszczyły ją, mimo wykształconych w sobie mechanizmów obronnych: taktyka godzenia się i skwapliwej akceptacji wszystkich niedogodności życia powodowała, że dominował.
- On ma tu przyjechać. Za dwa tygodnie. Mam zorganizować pracę, mieszkanie, transport mebli – uzupełniła bardziej kierując słowa do siebie.
Siadła i zadzwoniła w sprawie pracy. Słowa wypowiadała gładko i z dużą wprawą prowadziła fachowe, konkretne rozmowy.
– Mają szczęście, że udało im się mnie zatrudnić – powiedziała triumfująco.
Coraz bardziej czuła się u siebie – zaraz pojedzie stąd do innego miasta – tam założą nową rodzinę, dzieci będą ją odwiedzać i wybaczą jej ich opuszczenie. Patrzyła na to mieszkanie, złożone z różnych przypadkowych przedmiotów gromadzonych z darowizn lub wręcz przyniesionych ze śmietnika i odnowionych. Wiedziała, że rodzina jej brata od lat trwa na swoim posterunku, prowadząc bardzo skromne, lecz skuteczne życie. Popatrzyła na pranie w łazience czekające na rozwieszenie i przygotowaną do gotowania zupę. Zapaliła papierosa. Znowu zadzwoniła. Wiedziała, że pewność siebie odchodzi. Żałowała już, że tu przyszła i pragnęła jak najszybciej opuścić ten dom.
Wsiadając do samochodu wyrzuciła niedopalonego papierosa. Torby z książkami były na miejscu. Otworzyła jedną z nich. Na książkach leżała karteczka z wypisany długopisem Je t’aime plus. Szybko zamknęła torbę, ale był to gest teatralny, może chciała pochwalić się przed bratem, bo przecież wiedziała, że wszystkie torby zawierają takie karteczki powtykane przez Francuza, a może chciała, jak francuskich perfum, zaczerpnąć innego powietrza.
To była Polska. I najbrzydszy region kraju. Koniec jesieni i najbardziej ponury okres. Jeszcze wczoraj w upale wsiadała do autobusu przyrzekając mu błyskawiczną informację. I widziała już jego naburmuszoną, obrażoną twarz człowieka wyższej cywilizacji zdumionego możliwością życia w Polsce. Łazienka bez kafelków? Dla niego było to nie do pomyślenia. Sam ma naprawić samochód? Iść piechotą?
I on wtedy oddzwonił. W słuchawce Francuz najordynarniejszymi słowami oskarżał ją, że korzystając z jego nieobecności go już pewnie zdradziła, a na pewno to robi teraz.
Nic się nie martw – odezwał się brat. Życie rozwiąże to samo. On jest po ciężkim zawale i nie wytrzyma życia w Polsce. Nie odpowiedziała nic. Zapaliła papierosa i pojechali.

→ No CommentsTags: dziennik ciała

Dziennik miejski (3)

Luty 1st, 2012 · No Comments

31 stycznia 2012, wtorek. Wczoraj mama upadła w wannie pod prysznicem i kiedy zawołała, by ją wyciągnąć, przybiegłam i zobaczyłam, że jej sama nie wyciągnę, że wypełnia szczelnie całą wannę. Kiedy mama uporała się z ubieraniem szlafroka na mokre ciało, zawołałam Marka. Wcisnęłam się za ciało mamy do wanny, oparłam o ścianę i razem udało nam się stosując dźwignię mamę podnieść do pionu i przerzucić nogi mamy na zewnątrz wanny.
Dzisiaj oglądaliśmy w Castoramie kabiny prysznicowe, najtańsza jest za 184 zł z płyt plastikowych, ale trzeba dokupić brodzik, najtańszy za 43 zł i 67 groszy+ odstęp od podłogi ze styropianu za 54 zł. Jeśli Marek wykonałby brodzik z samych kafli, to kosztowałoby chyba jeszcze drożej, bo cenę cementu i kafli. Na razie kupiliśmy kafle z tzw. kończącej się serii przecenione z 50 zł za metr na 16 zł, by wykafelkować podłogę, jeśli uda nam się wannę wyrzucić i wynieść z czwartego piętra. Trzeba coś dać, bo tam jest surowy beton. Nawet, jak to wszystko wykonamy, to i tak nie wiadomo, czy wanna nie jest bezpieczniejsza dla mamy od prysznica, bo upadek na brodzik jest chyba jeszcze bardziej bolesny. Dzisiaj mama ma na głowie dużego guza i chyba powinnam asekurować mamę w trakcie kąpania.
Te kafle, które kupiliśmy są fiołkowe. Naszą łazienkę możemy uzupełnić każdym kolorem kafli, ponieważ wykafelkowana jest resztkami po mozaice, jaką wykonaliśmy dla basenu w ośrodku wczasowym w Jaworzu k. Bielska. Była to jedyna chałtura, jaką udało nam się dostać z przydziału PSP, czyli Pracowni Sztuk Plastycznych, które pośredniczyły w przydziałach prac dla plastyków i widocznie udało mi się ją dostać, bo nikt z rekinów śląskich jej nie chciał. Okazało się, że po zatwierdzeniu projektu trzeba było czekać kilka lat, aż zostanie wybudowany obiekt. Żadna też fabryka w Polsce (a podpisując umowę nie wolno mi było przekraczać granicy, zresztą ceny kafli zachodnich pochłonęłyby honorarium za wykonanie) robiąca kafle łazienkowe nie zgadzała się na wykonanie mozaikowych płytek 4x 4 cm w wielu odcieniach, mozaika z mojego projektu miała przedstawiać monstrualne akwarium z egzotycznymi, barwnymi rybami. Kiedy wreszcie wszystko się sfinalizowało, byłam już w dziewiątym miesiącu drugiej ciąży, nie pozostało nic innego, jak w tym stanie skakać po rusztowaniach i bardzo się śpieszyć, by zdążyć przed porodem. Dlatego część tego wyczynu jest na ścianach naszej niewielkiej łazienki na znak hartu ducha i wytrzymałości moich organów rozrodczych niczym pomnik. Być może, że dzisiaj kupione przepiękne kafle fiołkowe podkreślą heroiczną część łazienki i ją uświetnią.

→ No CommentsTags: 2012 · dziennik ciała

DZISIAJ POLSKA PODPISAŁA ACTA

Styczeń 26th, 2012 · 9 Comments

→ 9 CommentsTags: dziennik duszy

Rafał Gawin „Przymiarki” (2009)

Styczeń 25th, 2012 · 22 Comments

Trudno analizować tomik Rafała Gawina, ponieważ jego zawartość polega na przebiegłym zbiorze samych zabezpieczeń przed odpowiedzialnością za przestępstwo, jakim jest druk poezji niedojrzałej, niepotrzebnej i nie dającej się czytać.
Już sam tytuł asekurancko donosi, że są to jedynie poetyckie przymiarki. Wiersze zatytułowane niejednokrotnie pytaniami, pytania mnożą się wewnątrz wierszy, na które autor ani myśli dawać odpowiedzi. Zadane są tak, że rzucając je w przestrzeń poetycką Gawin nie interesuje się celowo odpowiedzią i jak małe, rozpuszczone dziecko pyta, aby pytać i doprowadzić do furii rodziców.

Czytam w wywiadzie z Marcinem Bałczewskim, że Gawin programowo nie tylko nie chce dowiedzieć się niczego jako autor pisanych przez siebie wierszy, ale też nie dopuszcza do siebie wszelkiej wiedzy o ich recepcji:

„(… )nie bierz do siebie krytyki tekstu: tekst jest tylko zapisem pewnego fragmentu mniej lub bardziej wykreowanej rzeczywistości i skoro już został napisany i puszczony w obieg (czytaj: pokazany choćby jednej osobie), funkcjonuje również poza tobą, więc nie bierz jego krytyki do siebie (…)”

- powie wierszofil balkowi, co stawia pod znakiem zapytania trud pisania tej notki, bo skoro daremne są próby zainteresowania kogokolwiek samą poezją, to kto jeszcze (autor sam się wykluczył) przeczyta moje blogowe słowa?

Rafał Gawin napisał jedną strofę w swoim tomiku celnie:

„(…)Pokolenia nie mają celów, co najwyżej
wymagania.(…)”

[Lustrzyca]

Jednak to zwykła kokieteria, o czym przekonują poeci z pokolenia Rafała Gawina których celem jest zachwyt jego poezją. Dawid Jung napisze, że:

„(…)Wiersze są naprawdę świetne. Przełamują pewien stereotyp młodego pokolenia. Są bardzo zaangażowane w życie polityczne, społeczne i kulturowe przede wszystkim. Jest to też jakaś rozmowa, polemika z wielkimi tuzami polskiej literatury. Myślę, że ta twórczość przebije się szerzej do świadomości, a szczególnie znajdzie uznanie wśród angielskojęzycznych czytelników, na czym nam bardzo zależy. Myślę że seria, którą uruchomiliśmy z Marcinem Orliński i Markiem Kaźmierskim – tłumaczem, będzie miała świetny wymiar promocji polskiej literatury za granicą.(…)”

Jednak sam autor, by wzmocnić efekt adoracji, pozornie zaprzecza przyjmując postawę skromnego, biednego, szlachetnego poety-idealisty:

„(…)Jeżeli poeta ma obecnie w ogóle jakąkolwiek rolę do spełnienia, to ta rola jest coraz bardziej znikoma – przyznaje Rafał Gawin. – Bardziej to jest jego idealizm, że ma pewne rzeczy do pokazania, do spełnienia, niż jakieś zapotrzebowanie społeczne. Cały czas myślę nad tym, jak sprawić, żeby wytworzyć jakiś rodzaj pozytywnego snobizmu na czytanie książek, a przede wszystkim na czytanie poezji wśród ludzi, którzy jeszcze dodatkowo mogliby te książki kupować. I wtedy rzeczywiście rola poety się zmieni. Oprócz Rafała Gawina w piątkowe popołudnie swoje wiersze zaprezentował Jacek Kukorowski, który niebawem w serii Biblioteka Debiutów „Zeszytów Poetyckich” opublikuje pierwszą książkę.(…)”

Pomińmy na razie debiut Jacka Kukorowskiego i przyjrzyjmy się już drugiej książce wierszofila, czyli Rafała Gawina pytając, jak on wiersze kocha i jak realizuje przyrzeczony czytelnikowi idealizm.
W pierwszym wierszu zbioru poeta pyta:

„Co cię bardziej przeraża: poezja współczesna czy współczesna
kobieta?(…)”

[Antykwariat. Dom publiczny]

Dalej w tym wierszu dowiadujemy się, że mimo, że zapytywany podmiot liryczny tkwi długo w tym zawodzie (chodzi zapewne o zdumiewający zawód łączenia antykwariusza i prostytutki) to waha się, czy w nim pozostać, i czy kiedyś uda się z tej dziwacznej profesji zrezygnować.
Ten sposób stawiania pytań towarzyszy wszystkim wierszom zestawu i nie przymierzając, są po prostu głupie:

[W seksie szukasz formy czy treści?]

„(…)Czy z każdą nutą ziemia drży coraz bardziej?(…)”
[Czy jesteś na tyle skuteczny, żeby obejść się bez boga?]

„(…) A może tylko
stworzyłbyś jedną z wersji powtórnego
przyjścia, szczegółu zamiast ogółu?(…)”

[Obwód otwarty. Przymiarki]

Między przymierzaniem się do pytań, poeta kasandrycznie przepowiada przymiarkę do wszelkiej niemożność ludzkiej egzystencji w czasach, które mają nadejść słowami kapłana:

„(…) W następnym wcieleniu będziemy gwoździami
w żywym drzewie krzyża, na którym przybędzie
nowy zbawiciel.(…)”

[Powstania]

„(…)Raj w obrazkach
nie nadaje się na grę planszową. Od początku
nie mieliśmy równych szans.”

[Efekt: domina. Czarne skóry i białe rękawiczki]

Rafał Gawin nie wie, co ma pisać, a fenomenem tej twórczości jest fakt, że mimo wszystko jednak pisze. Pisanie wbrew zdrowemu rozsądkowi jest być może chwalebnym rysem charakteru poety, który przepowiada światu najgorsze scenariusze. I ma rację.

→ 22 CommentsTags: czytam więc jestem

IWASZKIEWICZ

Styczeń 23rd, 2012 · No Comments

Adam Michnik polecił trzy książki roku, które obowiązkowo każdy Polak przeczytać powinien. Książki o Borejszy, Broniewskim i Iwaszkiewiczu. Właśnie ukończyłam Iwaszkiewicza.

Marek Radziwon w zwięzłej (580 stron) „Iwaszkiewicz. Pisarz po katastrofie” stara się o portret obiektywny, w moim odbiorze czołobitny, a i tak internauci w komentarzach do sieciowych recenzji pomstują na antykomunizm Radziwona i oszołomstwo niszczące chlubną kartę PRL-u. Na dodatek wielu, którzy książki nie czytali piszą, że Iwaszkiewicz nie splamił się żadnym wierszem o Stalinie po jego śmierci. Prostuję, splamił się, o czym Radziwon lojalnie donosi:

„(…) Iwaszkiewicz nie był tu żadnym wyjątkiem. Napisał artykuł dla „Nowej Kultury”: „Imię i postać Stalina były i pozostaną najgłębszym umiłowaniem ludzi prostych” – pisał. I dalej: „Wszystko, czego dokonaliśmy od lat prawie dziesięciu, wszystko, czym jest nasze współczesne życie, nasze osiągnięcia ekonomiczne i kulturalne, są i muszą być związane z Jego imieniem”. Iwaszkiewicz, działacz Komitetu Obrońców Pokoju, nazywał Stalina „wielkim obrońcą pokoju” o „genialnie prostym i jasnym umyśle”, pisał o „lampach ludzkich serc”, które płonęły „na całej kuli ziemskiej, we wszystkich krainach, przed portretami Tego, który już odszedł spomiędzy nas”, pisał o „zapale do pokoju”, jaki Stalin „potrafił wzbudzić w całej ludzkości”, nazywał Stalina „symbolem najwyższego ideału ludzkości, symbolem pokojowej i braterskiej współpracy między narodami”.
W druku dodano Iwaszkiewiczowi kilka zdań. Nie zmieniają one sensu tego i tak hagiograficznego artykułu, ale wzmacniają jego propagandową stylistykę. Fragment o „wszystkich ludziach prostych” zawiera w wersji opublikowanej wyrażenie o „klasie robotniczej i masach pracujących” -nie ma go w maszynopisie przygotowanym przez pisarza. Dopisano jeszcze fragment o „przyjaźni, która nas łączy z narodami radzieckimi, a która [...] jest dziełem Jego i Partii, której przewodniczył, oraz tych, którzy w Polsce wzorują się na Jego myśli i Jego czynie”. W ostatnim akapicie zamiast neutralnych słów o „braterstwie ludów” i bez mała ewangelicznym „pokoju na ziemi” pojawiło się „braterstwo ludów ugruntowane wbrew wszystkim wrogom pokoju”.
Iwaszkiewicz przemawiał także na wiecu żałobnym Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu w Hali Mirowskiej. Nazywał Stalina „największym twórcą naszej epoki”: „Stalin jest dla nas niedościgłym wzorem tego, co przede wszystkim reprezentuje pierwiastek twórczy w życiu ludzkości. [...] jego dzieło jest otwarciem nowej epoki”. „Twórcy [...] odczuwali zawsze jego opiekę, jego dobrotliwy i wyrozumiały uśmiech zachęty – jego głębokie zrozumienie, jego trafną ocenę – powiadał Iwaszkiewicz. – [...] W niezwykłych, dzięki swej przejrzystości, myślach Stalina [...] twórcy sztuki i kultury znajdować zawsze będą ożywcze źródło działania i wyjaśnienie wątpliwości. Jasność jego sformułowań będących rezultatem głębokiego przemyślenia stała się dla nas najcenniejszym wzorem”. Ten występ Maria Dąbrowska komentowała w dzienniku: „niesmak wstrętny czuło się w gębie, słuchając go”.(…)

Ale nie jest główną winą Iwaszkiewicza, dożywotniego prezesa Związku Literatów Polskich robienie tego „co wszyscy w tych czasach”, i któremu wybacza się „wszystko” tylko dlatego, że „potrafił pisać”.
Postawa Iwaszkiewicza, tak chętnie analizowana przez pokolenie siedemdziesiąt, którzy są przeświadczeni, że w PRL-u nie było żadnych wyborów moralnych, że pokolenie ich rodziców było Konradami Wallenrodami kwestionującymi wartość romantyzmu to typowa strategia dzisiejszych literackich portali internetowych, gdzie panuje zasada: Panu Bogu świeczkę, a Diabłu ogarek. Skoro udało się Iwaszkiewiczowi, to czemu nie ma udać się wam, wstępującym pisarzom koniunkturalistom? A co, nie opłacało się? Przecież tu nie chodzi o to, czy Iwaszkiewicz na TAK, czy NIE, bo wpojono wam, że prawdy jednej nie ma, że kształtowana jest wedle okoliczności. Ważne jest tylko to, by dostać jakieś intratne literackie dożywocie, obojętnie pod jakim szyldem, a Jarosławowi Iwaszkiewiczowi to się udało i strzegł, mimo pohukiwań w dzienniczku na zły los i to że go nikt nie kocha dzielnie przez pól wieku reżimu komunistycznego, który go na ołtarze wyniósł.
I co, nie opłacał się pakt z Diabłem? W latach czterdziestych i pięćdziesiątych, w latach mroku stalinowskiego terroru, kiedy wycieńczeni wojną ludzie dogorywali w więzieniach, kiedy nawet nie wolno było słać listów za granicę do swoich bliskich, Jarosław Iwaszkiewicz wiódł żywot bogatego intelektualisty ze świata, który nie istniał:

„(…) Iwaszkiewicz czekał, nie wykonywał gwałtownych ruchów, nie manifestował pierwszy, ale też pierwszy nigdy niczego nie popierał. Nie angażował się zanadto, ale jednak na tyle, żeby nie stać się całkowicie bezbronnym, nie wypaść poza oficjalny krąg. Należał nawet w najgorszych latach stalinowskich do nomenklatury świata kultury, był świadom swoich atutów i umiejętnie je wykorzystywał. Pozostawał bezpartyjny, i nie tylko dlatego, że wstąpienie do partii kłóciłoby się z jego poglądami, ale dlatego także, że wiedział, że jest potrzebny właśnie jako bezpartyjny. Wiedział, że jego względnie niezależny wizerunek służy władzom – dobrze wykształcony bezpartyjny pisarz, znający języki i znany na Zachodzie przydawał się bardziej niż najwierniejsi ludzie aparatu. Umiał kokietować swoimi przedwojennymi manierami i pańskim wykształceniem.(…)
Mimo że w kraju Iwaszkiewicz był postrzegany jako symbol minionej estetyki literackiej i starego porządku politycznego, za granicą traktowano go jako lojalnego i aktywnego wysłannika nowych władz. W roku 1947 jako przedstawiciel ZAiKS-u i Związku Polskich Autorów Dramatycznych reprezentował Polskę w Londynie na kongresie Międzynarodowej Federacji Związków Autorów i Kompozytorów, rok później, jesienią 1948 roku, w tej samej roli odwiedzał Argentynę i Brazylię, wcześniej, w połowie kwietnia, podróżował do Paryża i do Włoch w związku z intensywnymi przygotowaniami do zbliżającego się Światowego Kongresu Intelektualistów we Wrocławiu. Cieszył się więc wówczas znacznie szerszym przywilejem podróżowania niż ktokolwiek z pisarzy. W Paryżu było tak: sobota 17 kwietnia godz. 10.30 przyjazd do Paryża, Bobkowski, Mach. Niedziela godz. 13 śniadanie u Zagórskiego, godz. 20 Mach. Niedziela 26 kwietnia godz. 20 Panufnik. Niedziela 9 maja godz. 10 odczyt w konsulacie, godz. 15 u Anatola. Poniedziałek wyjazd do St. Remy, dzień u Gleizesów. Środa 12 maja śniadanie z Andrzejem, koncert Dody Conrada. Czwartek przyjazd Borejszy. Niedziela 16 maja godz. 5.40 odlot do Rzymu, 10.30 przylot. Sobota 22 maja przylot.
Po niespełna tygodniu Iwaszkiewicz leciał już do Kopenhagi: piątek 28 V godz. 9.20 wyjazd do Kopenhagi. 6-7 czerwca Malmó. Wtorek 8 czerwca godz. 8.20 przyjazd do Warszawy, Stawisko.
Jesienią ponownie Paryż i prawie dwumiesięczna podróż do Ameryki Południowej: niedziela 3 października śniadanie u Mirków. Poniedziałek telefon do Janty. Wtorek, godz. 12.30 rue du Louvre, godz. 4.30 Casella, godz. 7 ambasada. Środa godz. 12.30 Janta, godz. 4 wystawa, godz. 6 Janusz Dupont. Niedziela 10 października wyjazd godz. 13.30, godz. 16.30 Madryt, noc w Madrycie. Poniedziałek godz. 9 wylot z Madrytu, godz. 10.15 Sewilla, godz. 13.45 pustynia, godz. 7 Dakar, godz. 8 odjazd. Środa Rio de Janeiro, godz. 9.30 odlot do Buenos Aires, godz. 4 przylot. Sobota 30 października godz. 9.30 odlot z Buenos Aires, godz. 12 Porto Allegre, 15.30 Sao Paulo, godz. 17.10 Rio Hotel „Regente”, obiad w Poselstwie. Środa 3 listopada 5.30 odczyt w Rio. Piątek 19 listopada godz. 4.30 odlot z Rio. Niedziela 21 listopada godz. 2 przylot do Dakaru, 2.15 przylot do Madrytu. Poniedziałek 22 listopada Paryż. Szczegóły kolejnych wyjazdów Iwaszkiewicz notował w małych, podręcznych kalendarzykach.(…)”

→ No CommentsTags: dziennik duszy

POMOC NIEDZIELNEGO PORANKA

Styczeń 22nd, 2012 · No Comments

od Mr. Eliot’s „Sunday Morning Service”

Uświadomienie to jak wola,
jak wybór, bez rozróżnień między
plonami na równiutkich polach
wyrosłych wiecznie z ziemi-jędzy.

Drapie się wciąż po stromych zboczach
to chuchro bez wyposażenia,
mozolnie postępując, podczas
gdy cel już stracił na znaczeniach.

I kiedy kompas też je zdradza,
bo inni emitują fale,
nagle przyssane zło w rozkładach
losowych ciągnień zda się maleć,

i się przenosi strona świata na nice,
na podszewkę świeżą,
tam, gdzie nie dotrze nikt po nitce,
tam, dokąd jest, to nie powiedzą.

A po cóż wiedzieć, czy to niebyt,
czy właśnie byt poszukiwany?
Wszak nikt nie pomógł przecież przeżyć,
to jak żałować to, co znamy?
- – – – –
Błogosławieństwo transformacji,
błogosławiony brak powrotu,
pasyjnych mąk kolejnych stacji
nie oferuje dla idiotów.

I kiedy strąca pył z sandałów,
to zawsze to jest okruch gwiezdny,
bo stopy kładzie się pomału,
one nie iskrzą już energią,

one, co przeszły już na stronę,
jak konfidencja, co ma sprawę,
zawsze są dawno odmówione
już niespotkane, oderwane,

oddziela się, by same niosły,
po polach, zboczach i urwiskach,
by się ziściła nowa postać,
by już nieważne było wszystko,

tylko to jedno na uwadze,
tylko ten szczegół ku ochronie,
by było zawsze w równowadze,
zawsze w właściwej Świata stronie.

→ No CommentsTags: 2012 · Nie daję ci czytać moich wierszy

Basen

Styczeń 21st, 2012 · 2 Comments

Teraz, gdy przechodzę przez dziedziniec Pałacu Młodzieży wszystko wydaje się małe i ciasne. Kąty proste murków, wypustek i marmuro-podobnych, socrealistycznych ozdóbek nie są już tak ostre.
Art déco było i przed wojną synonimem bogactwa. I tak jest tutaj, duch szczodrości, nawet, jeśli socrealistycznej, jeszcze nie wywietrzał.
Wchodzę jak pięćdziesiąt lat temu, w te same wnętrza ciasnej szatni dla dziewcząt, gdzie teraz białe, nowe kafle podłogowe rozświetlają pomieszczenie. Kobiety wyjmują z plecaków kosztowne kosmetyki i idą pod prysznic. Z drżeniem wchodzę na niewielką salę, nie większą niż 30 metrów długości i doznaję dziwnego efektu miniaturyzacji wszystkiego, co oglądałam wtedy.

Szliśmy bezładnymi parami, ale sam spacer do Pałacu Młodzieży z naszego liceum, gdzie teraz mieści się Seminarium Duchowne, był wielkim szkolnym urozmaiceniem. Szliśmy, rozmawiając z sobą, ale tak mimochodem, tak trochę bez słów, tak, by nas niósł do tego basenu entuzjazm. Wuef był naszą losową wygraną. Niewiele szkół zapewniło swoim uczniom basen, tak niewiele liceów kierunków humanistycznych mogło poszczycić się dyrektorem z tytułem magistra WF– u. Paradoksalnie, naszemu liceum właśnie „nieartystyczny” dyrektor przysłużył się najbardziej. Chociażby tym, że raz w tygodniu przemierzaliśmy w środku dnia ulice naszego miasta, by na kwadratowym dziedzińcu w stylu pijanego socrealistycznego cukiernika bezładnie nagle się rozproszyć i gęsiego wniknąć w dwóch trzecich w maleńką damską szatnię i w jednej trzeciej w męską.
W tych szatniach, za sprawą surowego regulaminu, wszyscy przechodzili niemiłą, unifikacyjną przemianę. Chłopcy: obowiązkowy czepek i białe majtki, tzw. trójkąt męski. Trójkąt był płócienny z wzmocnieniem w postaci żółtego, pionowego pasa. Ale nie bardzo wiadomo, co ten pas wzmacniał, natomiast nie zapobiegał nieustannemu wypadaniu całej zawartości majtek bokami na zewnątrz. W wodzie taki materiał rozciągał się i stawał się przezroczysty.
Ale to nie były nasze, dziewczyńskie sprawy, nam zależało tylko na tym, by prezentować się jak najlepiej. Nie było przecież dziewczyny niezakochanej śmiertelnie w tej jednej trzeciej materiału męskiego, na jednego chłopaka przypadały dwie dziewczyny i konkurencja była ogromna. Łojotok skóry, którego nie dawało się zamaskować na pływalni pudrem, podkreślały zawsze monstrualne czepki z gumy przypominające materią oślizłość ropnych krost. Ale nie głowa była najważniejsza. Reszta miała być jak w obozie koncentracyjnym zuniformizowana, bo w czasach, w których żyliśmy wykorzystywano każdy moment, by sprawić, byśmy stanowili jedność. Trudno było jednak nawet ten kolektywizm zrealizować. Po premierze świeżo kupionego stroju kąpielowego, który przypominał nic innego, jak zszyty w kroku podkoszulek w kolorze białym, skracało się szelki o kilkanaście centymetrów po każdej bytności na basenie. Kostium tajemniczo i niezmiennie za każdym razem wydłużał się.
Ale odważnie wychodziłyśmy wszystkie mokre, gdyż nakaz umycia się pod prysznicem obowiązywał i stłoczone po prawej stronie wejścia jak zmokłe kury, kierowałyśmy nieśmiało wzrok na chłopaków. Oni już od dłuższego czasu stali jak struny po drugiej stronie wody w swoich trójkątach męskich nie patrząc na nas, zainteresowani wyłącznie czekającym ich skokiem do wody.
Dyrektor trenował naszego kraula konsekwentnie i skutecznie. Bicie nogami piany na powierzchni wody maskowało przezierający z wody smętny obraz ciała, które przecież na powierzchni zawsze dawało się jednak zamaskować biżuterią i pończochami, a brak piersi wkładaną do stanika watą. Tu byłyśmy bezbronne, pozbawione nawet funkcji osłaniającej białego trykotu, poprzez który wszystko przezierało. Bielizny pod spodem nie wolno było zostawiać.
Dlatego, jako swój pokazowy przepływ stylem grzbietowym na stopień kończący się piątką odbywała Danka dwa razy. Wszyscy zbieraliśmy się wzdłuż basenu, smętnie patrząc jak jej ogromne, wielkie piersi odbywają nadwodny, okazały taniec.
Wszyscy – dziewczyny i chłopaki, ci z brodzika i ci umiejący pływać, prowadzący zajęcia Dyrektor – jak urzeczeni staliśmy na krawędzi basenu z wbitym wzrokiem w te drgające, żyjące już swoim osobnym życiem kule.

→ 2 CommentsTags: 2011 · dziennik ciała

Dziennik miejski (2)

Styczeń 21st, 2012 · No Comments

21 stycznia 2012, sobota. Zaniosłam „Klub Pickwicka” na kasetach, ostatnią książkę, którą mama przesłuchała przed zakupem czytaka, ale pani Bożenka powiedziała, że pan Czesio, jako niewidomy, nie ma obowiązku pracować w sobotę, a na pendrive i tak mi nie nagra, nie mam co zostawiać, bo się nie da.
Zawsze, kiedy spotykam się z panią Bożenką boję się jej śmiertelnie, tak jak zawsze przy spotkaniu z kobietą otyłą mam paniczny, nigdy niepokonany lęk. Spuściłam więc przepraszająco oczy za to, że nie ma pana Czesia i za to, że nie przyniosłam wymaganej karty 4 GB i wiedziałam już, że jak nie przyniosę książek do domu, to Marek się wścieknie, bo będzie musiał po nie jechać ekstra, za to też, że zaraz powie, nikt mu nie będzie dyktował, na co on ma książki nagrywać i z panią Bożenką się wtedy pokłóci. Zaczęłam więc na zapas przepraszać panią Bożenkę i zapewniać, że książki jeszcze mama ma z Warszawy, że przysłali w kopercie z bąbelkami na tej jedynej karcie 4 GB, którą posiadamy i teraz mama tej karty używa. Mamie nie przysługuje zwolnienie z opłat pocztowych, bo mimo, że zbliża się do dziewięćdziesiątki, to coś jednak jeszcze widzi i ta ulga, ten znaczek z białą laską jej nie przysługuje, i że wolałabym, by mi nagrywano tutaj, skoro mam tylko cztery kilometry od domu, a do Warszawy przecież dalej.
Wyszłam więc z Biblioteki Książki Mówionej z pustym plecakiem i korzystając z bliskości Pałacu Młodzieży postanowiłam odżałować te siedem złotych szczególnie, że już od tygodnia jedyny publiczny basen w naszym mieście po remoncie jest czynny.
Wprawdzie remont Pałacu Młodzieży trwa nadal, elewacja wygląda jakby opakował go Christo, na dziedzińcu stoją blaszane parawany, ale wąski korytarz do pływalni jest drożny i niewielki hol zdążył pomieścić tłumy czekających grubo przed otwarciem o 14. Tylko w soboty i niedziele basen jest czynny dla ludzi z ulicy o tak wczesnej porze. Niestety, podobnie było w basenie, a wielu zdeterminowanych pływaków, którzy chcieli za wszelką cenę wykonać w ciągu tych 45 minut za siedem złotych swoje pensum, nie zwracała uwagi na resztę przebywającą w wodzie, więc zawsze zwyciężali ci zdeterminowani swoim zdyscyplinowaniem i niczego niedostrzegający. I ja, która Pałacu Młodzieży nie widziałam już bardzo dawno, a który ma zawsze tyle lat, co ja, międliłam wspomnienia z nim związane starając się pływać nostalgicznie i melancholijnie i nie zwracać uwagi na grożące mi uderzenia gwałtownych ramion pływaków. Zawsze traktowałam kąpiel jako oddzielenie się od rzeczywistości, samo już otoczenie wodą, otulenie jak wodami płodowymi stwarzało bezpieczną izolację i stan nieważkości, braku zakotwiczenia i poczucie wolności. Drugi plan, czyli bezwzględny, betonowy prostopadłościan basenu można było na czas wodnych rozmyślań wykluczyć, jako opresję i więzienie, gdyż tłum kąpiących właściwie zasłaniał krawędzie basenu i dawał pozór jego nieskończoności.
I tak w tym kokonie dryfowałam po turkusowej przestrzeni, którą basen zyskał dopiero chyba w latach dziewięćdziesiątych, po jakimś kolejnym remoncie. Wtedy, kiedy dyrektor naszego liceum prowadził nas na zajęcia wuefu raz w tygodniu pamiętam go jedynie z białych i szarych tonów, szczególnie, że obowiązywały wyłącznie trykotowe stroje kąpielowe dla dziewczynek, a płócienne, tzw. trójkąty męskie dla chłopców i białe, gumowe czepki na głowach.
Kilka kobiet wysypało się ze mną na dziedziniec, który zdążył się pokryć warstwa śniegu, a moje przemoczone topniejącym śniegiem botki natychmiast stężały na mrozie. Podążyłam za sylwetkami kobiet okutanych czapkami, szalikami, kapturami i dreptałam za ich obcasami tak długo, aż śnieżyca zakryła wszystko i nawet i ich już nie było widać. Na ulicy 3 Maja tuman śnieżny, jak Bóg na pustyni Mojżeszowi, wskazywał drogę do domu przez Rynek kierując mnie na wschód, by nad Rawą rozpierzchnąć się jak pamięć.

 

 

→ No CommentsTags: 2012 · dziennik ciała

Marcin Sendecki „Pół” (2010)

Styczeń 19th, 2012 · 7 Comments

Poezja Sendeckiego choruje na anemię, na anoreksję, przypadłość zaniku mięśni i instrumentów mowy, toteż, jeżeli miałaby startować w jakimś rankingu poetów niepełnosprawnych, może spełniłaby rolę, jako rejestracja chlubnej – wprawdzie przegranej – walki z chorobą.
Ale przecież Marcin Sendecki to ikona bruLionu, tworzył z innymi Wielkimi Marcinami i nikomu do głowy nawet nie przychodzi, nominując go do Nagrody Poetyckiej Silesius, że jest intelektualnym kaleką.
Na stronach Biura Literackiego czytam, że Sendecki to kolejny poeta, który w wywiadach mówi, że oczekuje od czytelnika większej aktywności, a nawet tego, by sam sobie dośpiewał, o co chodzi w jego wierszach, gdyż on sam tak czyni:

„(…) Mam wrażenie, że jeśli mówi się o tym, że jest w tych wierszach jakaś warstwa brzmieniowa, o tym że są jakieś zestawienia słów często może dziwne, które mogą w różne strony prowadzić, to dla mnie samego jako dla czytelnika to jest często wystarczające. Bo gdy sam czytam, nie chciałbym wiedzieć, o co chodzi w wierszu, kto zabił albo kto nie żyje. Jeśli ta powierzchnia jest na tyle atrakcyjna, że po pierwsze może mi wystarczyć na jakiś czas, a po drugie mogę dalej sobie szukać różnych kluczy. Mogę sam budować na podstawie tego własne historie.(…)”
[Marcin Sendecki w „rozmowach” Biura Literackiego]

Akurat! Już to widzę, jak Marcin Sendecki pochyla się, ślipi nad poezją dzisiejszą i po wielogodzinnych studiach nad jej sensem wychodzi z tego oświecony!
Nie, nie, Sendecki pochyla się nad czytelnym, zrozumiałym Mickiewiczem, Krasińskim, Szymborską i żeruje na rzeczach oklepanych, szkolnie wżartych w mózg czytelniczy i gdyby nie te okruchy wielkiej poezji polskiej wprasowane w jąkanie się poetyckie Sendeckiego, nic by nie zostało z tych strof. Jeśli Sendecki w „[lobelii]” nawiązuje do biurka Telimeny, jeśli próbuje zatartą swoją pamięć usprawiedliwić potrzebą wiersza opartą na niedopowiedzeniach, robi to nieładnie, nieharmonijnie i niecelnie. Liryka Sendeckiego podobna jest radosnej twórczości tych wszystkich hrabin, które w dworkach nudziły się śmiertelnie i modną wówczas techniką decoupage pocięły arcydzieła malarstwa światowego, przyozdabiając swoje biurka wyciętymi z obrazów olejnych kwiatami. Tak pocięły np. Jeana Antoina Watteau.
Nie przypuszczam, by wiersz „[]„ zastąpił „Dobranoc” Adama Mickiewicza utrwalonego w masowej wyobraźni przez song Czesława Niemena, jednak podpięcie się pod takie ikony nie jest – jak pisała Susan Sontag – bez znaczenia.
Przeczesując Internet, natrafiłam na hymny chwalące ten wiersz i nie jest wykluczone, że takimi właśnie akcjami propagandowymi zmobilizuje się rzesze snobów i osoby niczego nieczytające oprócz sieciowych recenzji, i w konsekwencji Sendecki wyprze Mickiewicza zwykłą belferską koleją rzeczy, bo która nauczycielka nie zechce się pochwalić, że jej wychowanek zrozumiał Sendeckiego?
Zadziwiająca jest ta potrzeba dekonstrukcji w czasach, kiedy demonstruje się samo, kiedy napiera ze wszech stron popkultura, która miele, jak żywioł natury, jak woda skały na piasek, a dobrodziejstwa naszej cywilizacji beztrosko pomagają ścieraniu się wizerunków. Niepojęte jest, że ten przyczółek kultury wysokiej, ocalającej, dla następnych pokoleń stanowiący przecież takie samo źródło inspiracji i twórczych impulsów zastępowane jest artefaktami gorszymi, a nie kontynuowane. Nie jest prawdą, że powstające dzisiaj dzieła literackie mają – wskutek jakiś wmówionych ulg co do jakościowych wymagań, lub wmówionych wysokich walorów tych jakości – stanowić najwyższy próg twórczych możliwości. Nieprawdą jest, że wszystko zostało już powiedziane, że powiedziano za dużo, że wysoki gmach kultury nas przygniata swoją wielkością. Przychodzą nowe czasy, nowe wyzwania i nowy język poetycki. Nie jest nim język kaleki, amputowany, zasznurowany i zablokowany, który pod pretekstem tajemniczej hermetyczności mówi coś, czego nie pojmuje nawet sam autor. Odrzuciwszy metafizykę, wstyd wpadać we własne sidła, a podciąwszy gałąź, na której się siedziało, wmawiać wieloznaczność, tajemnicę i magię. Bo co oznacza np.:

„(…) pięta szmat łydki odkryty(…)”
[Lobelia]

„(…) Ściek z zorzy(…)”
[Jedna]

„wądół
jar
pół”
[Jetlag]

Na uwagę natomiast zasługuje wiersz „[Druga poprawka]” ujmujący bardzo trafnie absurd polityki, ustaw państwowych i wszystkich tych aspektów życia urzędowego decydującego o egzystencji obywateli. Wiersz ten, w moim mniemaniu nawiązuje do motta zbioru „Pół”, cytowanego Saint-Justa, który nakazuje państwową ustawą noszenie czarnego ubioru mordercom.
W takim kontekście, kiedy właściwie kolor czarny jest kolorem obowiązkowym na wszelkich wernisażach i spędach artystowskich, bycie mordercą nie jest ani hańbiące, ani kłopotliwe.
Mordercą słów.

→ 7 CommentsTags: czytam więc jestem