Greg S. Reid „Myśl i bogać się. Orientacja na cel. Potęga wytrwałości” 2017

Przyznam się, że nigdy wcześniej nie czytałam literatury motywacyjnej, a do sięgnięcia po ten gatunek zmotywował mnie tekst „Plaga pozytywnego myślenia”, który ksiądz Aleksander Posacki SJ opublikował na witrynie „Radia Maryja” dotyczący ubiegłowiecznej postaci Napoleona Hilla, doradcy dwóch prezydentów USA: Woodrowa Wilsona i Franklina Roosevelta.
Nie wiedziałam, że opowiadanie się za przecież jak najbardziej chrześcijańskimi przymiotami aktywności ludzkiej może wzbudzić tak dużą niechęć, oskarżenia o kumanie sie z mocami nieczystymi, a nawet z samym Diabłem, sprzyjanie ruchom New Age i sektom typu Amway czy Herbalife.
W niewielkiej książeczce, którą właśnie przeczytałam Greg S. Reid żadnych analogii do domniemanych zagrożeń nie znalazłam. Autor co i rusz oddaje hołd Napoleonowi Hillowi próbując kontynuować jego wnikliwe analizy sukcesów życiowych takich ubiegłowiecznych bogaczy, jak Thomas Edison czy Henry Ford.
Przyznam, że najbardziej w wywodzie Grega S. Reida podoba mi się to, że zrywa z wpajanymi w szkole zachętami do rywalizacji, konkursów, bycia najlepszym, wykaszania konkurencji. Indywidualistyczny bieg przez życie (słusznie bieg, bo życie jest nam dane w wąskim przedziale czasowym i spieszyć się trzeba) ma być zawsze zmotywowany sobie znaną potrzebą i pasją, ale nie musi odbywać się w pojedynkę. Zachęca do współdziałania, do organizowania się w grupy, czyli wskazane nie tylko różne związki branżowe, ale portale i blogi. Namawia do wzajemnej pomocy, wręcz służby bliźniemu i dowodzi, że właśnie to, a nie asertywność przynosi profity. Program Reida brzmi niejednokrotnie jak platońskie upominanie się o pierwotne, szlachetne wartości międzyludzkie, a dążenie do samorealizacji jako główny powód istnienia na tym świecie, który jak się dobrze przyłożymy, nie będzie ani razu łez padołem. Wiem, że ten idealizm jest nadmiarowy, niemniej pokonywanie trudności, stawianie czoła przeciwnościom losu zawsze będzie lepsze niż depresyjny marazm i lelum polelum.
Nie są to jednak truizmy. Autor z udzielającym się czytelnikowi entuzjazmem przedstawia tych, którzy dali nam telefon komórkowy, skonstruowali blogi i ułatwili wszelkie operacje komputerowe tak, że nawet ja u schyłku życia potrafię je obsługiwać. To wydarzyło się naprawdę, za przyczyną utalentowanych entuzjastów niejednokrotnie bez grosza przy duszy, niejednokrotnie pionierów kalekich, niepełnosprawnych, o gorszych warunkach startu życiowego, jedynie obdarzonych instynktem samozachowawczym i umiejętnością perswazji.
Dzisiaj, jeśli nie pogrążymy się w diabelskich dywagacjach Radia Maryja torpedujących jak za czasów PRL-u wszelkie obywatelskie inicjatywy naprawy naszego przecież ze wszech miar popsutego życia publicznego, jeśli nie oddamy swojej energii i cennego czasu na śledzenie absurdów naszego rządu i skoro już nic, jak alarmują statystyki, nic nie czytamy, sięgnijmy chociaż po książki motywacyjne, których mamy nareszcie wielki wysyp, gdzie każdy znajdzie coś bliskiego dla swojej udręczonej szkołą i rodzicami duszy.
Chociażby z wdzięczności poznajmy twórcę systemu prowadzenia bloga, na którym od lat piszę:

„ (…)Nadeszła chwila, gdy Matt zrozumiał, co powinien zrobić. Wbrew radom najbliższych mu osób zrezygnował ze studiów na Uniwersytecie Houston i zatrudnił się w CNET Networks. Pod koniec 2005 roku rzucił tę pracę i założył Automattic. Zbieg wydarzeń sprawił, że w rezultacie wysiłków Matta Mullenwega powstał WordPress: darmowe, otwarte narzędzie do obsługi bloga i system zarządzania treścią.
Do grudnia 2011 roku wersja 3.0 WordPressa została pobrana ponad 65 milionów razy. Obecnie jest to najpopularniejszy w sieci system prowadzenia bloga, wspierający ponad 50 milionów blogów na świecie i 14,7 procent najpopularniejszych stron internetowych w sieci.
Z każdych stu nowych aktywnych domen w Stanach Zjednoczonych dwadzieścia dwie działają na bazie tego systemu. W kwietniu 2012 roku Pingdom – serwis monitorujący strony internetowe – ogłosił, że „WordPress całkowicie zdominował setkę najlepszych blogów”: używa go 49 spośród stu najpopularniejszych blogów na świecie.
W maju 2012 roku na stronie All Things D, poświęconej technologii, napisano, że „WordPress obsługuje 70 milionów stron i oczekuje się, że w tym roku przyniesie 45 milionów dolarów dochodu”.
(…)
Co Matt poradziłby piszącym w Internecie?
„Najlepszą radą dotycząca pisania, jaką usłyszałem, i niekiedy ją wykorzystuję, jest ta, by pisać z samego rana. Budzisz się, nastawiasz kawę – robisz to, co musisz, i piszesz tysiąc lub dwa tysiące słów, wyrzucasz je z siebie. Może tego nie opublikujesz, może przytniesz potem do kilkuset słów, może to nie ma znaczenia. Wystarczy, że ćwiczysz umysł. Wyzwalasz w sobie kreatywność, która nagromadziła się w trakcie snu. Swobodne skojarzenia to również dobry początek dnia”.(…)”

[Greg S. Reid „Myśl i bogać się. Orientacja na cel. Potęga wytrwałości” przełożyła Małgorzata Małecka WYDAWNICTWO Studio Emka]

Opublikowano czytam więc jestem | Skomentuj

Trafna ocena PRL-u Zbigniewa Sajnóga

W E-prawda ukazał się ważny wywiad Zbigniewa Sajnóga totalnie oceniający schyłek PRl-u o którym na moim blogu piszę. Ważny, gdyż dzisiejsze zamazywanie i obyczajowości i faktów historycznych zarówno przez prawą jak i lewą stronę sceny politycznej dzisiejszej Polski nie ma nic wspólnego z tym, co pamiętają ludzie przeżywający te czasy na własnej skórze. Doświadczenie Zbigniewa Sajnóga w czasie działającej Grupy Totart w Gdańsku w latach osiemdziesiątych, a potem po politycznej transformacji wejście jej do telewizji rządzonej w dalszym ciągu przez ludzi tych samych struktur i komunistycznego systemu i celebracje rocznicy powstania „Solidarności” z udziałem nie tych artystów, którzy zasłużyli swoją postawą na wyróżnienie w uroczystości jest bardzo cennym wkładem w ocalaniu zbiorowej pamięci. Powoli zapomina się już na fali resentymentu oglądając filmy i programy telewizyjne czasów PRL i zachwycając się nimi, że powstały w sztucznie spreparowanej, oderwanej od rzeczywistości przestrzeni publicznej.

„(…)Z dzisiejszego punktu widzenia zdają się tamte lata, druga połowa lat osiemdziesiątych, czasem nie tak strasznym, czasem tuż przed uwolnieniem, ale wtedy około roku 1985 nie odczuwało się tego, przeciwnie, mieliśmy wrażenie przegranego życia, które przyjdzie nam spędzić w sowieckiej niewoli, z wydzielanymi racjami pokarmu, z kneblem w ustach. To było nieznośne, dręczące, nie widzieliśmy wyjścia. Nie chcieliśmy iść na współpracę z systemem, choć raczej należy to rozumieć tyleż jako – powiedzmy – heroiczne postanowienie, co niemożliwość wynikłą z odrazy, nieomal biologicznej niechęci. Czuliśmy się ściśnięci sytuacją, to był nieznośny, ciągnący się, beznadziejny stan hibernacji, stan bez horyzontu, a zarazem ta sytuacja sprawiała, że ludzie podobnie przeżywający, odczuwający – ciążyli ku sobie. Nie chcieliśmy dać się zniszczyć, chcieliśmy rozwijać swoje talenty, ale zarazem wiedzieliśmy, że nie pójdziemy do tego radia, do tych gazet – pracować – do tej telewizji. Że nie wstąpimy do zetemesu, do komunistycznej partii.(…)

PRL był sowiecką okupacją,
kłamstwem, wędzidłem założonym by tym skuteczniej uczynić z nas niewolników pracujących na rzecz imperium, ale też by uczynić z nas narzędzia w rękach sowieckich generałów, gdyby zdecydowali się najechać Europę. Oprogramowywali nas „prawnie”, na przykład przysięga wojskowa na wierność ZSRR – w razie odmowy wykonania rozkazu miała być prawną podstawą do karania śmiercią za zdradę. Po co innego była im przysięga na wierność ZSRR? Tacy byli romantyczni?
System sowiecki był konsekwentnie ludobójczy, względem nas kolejno: akcja polska NKWD, potem wywózki i Katyń, potem, fakt mało znany, w 1940 roku w Zakopanem sowieci i hitlerowcy podpisali umowę w sprawie unicestwienia Polaków. Stronę niemiecką reprezentował Adolf Eichmann, sowieckiej przewodził pułkownik NKWD Grigorij Litwinow. Plan przewidywał całkowitą likwidację narodu polskiego do roku 1975. Kolejno dalej: działania czasów stalinowskich u schyłku i po II wojnie światowej, a potem, jako obywatele PRL mieliśmy być mięsem armatnim pierwszego rzutu inwazji na Europę Zachodnią, a teren Polski przeznaczony był pod nuklearną zagładę. Wyznaczony jako „strefa zgniotu” w planowanym „starciu cywilizacji”. Przecież to właśnie tak wstrząsnęło panem Kuklińskim, że skłoniło go do współpracy z USA. Użycie nas i przeznaczenie pod zagładę było zamierzone świadomie i z rozmysłem, przewidziane i przygotowane, opracowane. Polscy (peerelowscy) dowódcy wojskowi byli tego świadomi.

A więc PRL to było monidło, w którego otworach umieszczano buzie jego „obywateli” – nie miało czegokolwiek wspólnego z Polską, czegokolwiek wspólnego z Rzecząpospolitą, a wobec ludu miało plan instrumentalny i w dosłownym sensie ludobójczy. Każdy z członów nazwy: Polska Rzeczpospolita Ludowa był kłamstwem, całość była narzędziem niewolenia i ogłupiania, nadto: pośmiewiskiem z nas – zresztą zatwierdzonym przez Zachód, który w ten sposób konsekwentnie załatwiał swoje sprawy. Zatem otwórzmy wreszcie oczy na to: nie było jakiegoś tam PRL, była sowiecka okupacja, a każdy funkcjonariusz tamtego systemu był co najmniej sowieckim kolaborantem, a to znaczyło: funkcjonariuszem zbrodniczej ideologii, będącym podwykonawcą albo strażnikiem ludobójczych operacji.

Wmawia nam się, że ponieważ robione to było rękami Polaków, więc było dla nas mniejszym złem, ale zdaje się, że był to po prostu w ówczesnych okolicznościach najbardziej optymalny, więc najbardziej skuteczny sposób operowania nami. Najefektywniejszy i powodujący głębsze urobienie. Granica – gdzie jeszcze działa się na rzecz spraw polskich, a gdzie realizuje plan ludobójczy – była rozmyta, trudna do uchwycenia, zdefiniowania. Miało to wiele aspektów, odcieni, różnych: ale. A zważywszy jeszcze na rozliczność życiowych sytuacji, na to że jakoś przecież trzeba było żyć, jakoś to życie organizować, więc jakoś trzeba było się dogadywać, a w tym wszystkim nieraz „ludzki pan” coś tam przepuszczał, przymykał oko, albo przychylił się ze zrozumieniem, albo brał łapówkę, albo był ideowcem starającym się działać dla dobra ludzi – etc., etc., wszystko to razem rozmywało się w stan i obraz niejednoznaczności, chociaż przecież system był konsekwentnie wdrażany i systematycznie potwierdzany rozlewaniem krwi. Sowieckie bagno.(…)”
Cały bardzo długi artykuł w sam raz na wolne od pracy zawodowej dni świąteczne:

ZBIGNIEW SAJNÓG: „Człowiek potrzebuje ratunku” – wywiad totalny
http://www.eprawda.pl/zbigniew-sajnog-czlowiek-potrzebuje-ratunku-wywiad-totalny/

Opublikowano 2017, dziennik ciała | 17 komentarzy

Wielkanoc 2017

Opublikowano 2017, dziennik ciała | Skomentuj

Dziennik angielski i szkocki (1)

7 marca 2017, wtorek. Mam nie lecieć, wszyscy w domu są chorzy i zawsze czuję się jakbym popełniła jakieś przestępstwo opuszczając dom.
Samolot dopiero o 15, całe szczęście, że nie trzeba wstawać rano. Marek przywozi mnie i zostawia na zupełnie pustym lotnisku w Pyrzowicach gdzie czekam na piętrze, aż obsługa Lufthansy zacznie przyjmować i udaje mi się połączyć z lotniskowym Internetem na 15 minut za darmo.
W samolocie niewielu pasażerów, głównie kolorowi obcokrajowcy, mogę nawet zmienić sobie miejsce pod oknem bez widoku skrzydła i gdy zbliżamy się do Frankfurtu, wszystko na dole żarzy się wieczornymi światłami. Zawsze chłonę tę niesłychanie energetyczną miejską biżuterię na powierzchni kuli ziemskiej, która tylko dla mnie oddycha, żyje i stanowi właśnie organiczny, a nie materialny byt, a poprzez skomplikowaną strukturę i rytmy jest dekoracyjna i barokowa.
Na samolot do Londynu mam godzinę na tym samym terminalu, ale zawsze samolot z Polski przylatuje do jakiś odległych zakątków lotniska i kierując się tabliczkami przemierzam kilometry ruchomymi schodami, windami, ruchomymi chodnikami i kiedy wreszcie docieram widzę, że po drodze zgubiłam poduszkę pod głowę, w której miałam majtki i rajstopy oraz podkoszulek do spania. Mogłam zabrać tylko 8 kilogramów podręcznego bagażu i co się nie zmieściło, dałam tam.
Docieram wreszcie do stanowiska Lufthansy i uruchamiam laptop, tutaj kontakty elektryczne są wszędzie i jest Internet do woli. Bardzo lubię atmosferę lotnisk jak już nie muszę szukać bramek, jak mogę spokojnie siedzieć i obserwować podróżnych.
Niestety w samolocie do Londynu nie mam siedzenia przy oknie, a chciałabym zobaczyć wjazd na wyspę, samolot jest pustawy i się przesiadam pod okno, niestety przychodzi młody Hindus i mówi, że to miejsce jest jego, ale żebym tam pozostała. Jestem wdzięczna urodziwemu Hindusowi, który i tak zaraz zasypia. Tak udało mi się zobaczyć wybrzeże Belgii i Anglii jeszcze nie całkiem wieczorem, ale kiedy już lądowaliśmy na Heathrow niebo było ciemne. Strzałki pokierowały mnie do kolejki metra, które ma taki sam znak jak drogowy znak zakazu wjazdu: białe koło z czerwoną obwódką, a na średnicy napisane jest „Undregrund”.
Ruchome schody zjeżdżające do podziemi metra są niemal pionowe, z ich szczytu widać, jak wielkie jest wielopoziomowe lotnisko Heathrow ze skrzydłami gigantycznych samolotów zamiast dachu.
Całe szczęście, że w odróżnieniu od metra amerykańskiego w LA, gdzie przy automatach do biletów nie ma nikogo, tutaj stoi aż trzech pilnujących i proszę ich o kupno biletu, gdyż będę jechać przez trzy strefy i nie mam pojęcia ile to będzie kosztować. Automat wchłonął moje papierowe 10 funtów i wypluł dwie monety dwufuntowe, nie sprawdziły się przepowiednie z misia Paddingtona, że nikt mi nie pomoże. Niestety, nie będę przejeżdżać przez stację Paddington. Misia znaleziono wprawdzie na stacji kolejowej, a nie metra, ale właśnie pod tą stacją wydrążono tunel metra i nazwano tak samo.
W metrze jadą ludzie ubrani więcej niż skromnie, jest niewielu podróżnych i w większości są to Azjaci i Arabowie. Wszyscy wpatrują się w ekrany komórek lub tabletów i jak ich podglądnę, to zawsze mają na ekranie grę, a nie książkę i tekst.
Wysiadam na stacji Green Park i muszę przesiąść się na linię do stacji London Bridge i tu jestem bezradna. Jakaś dziewczyna wskazuje mi właściwy kierunek, schodzę po schodach jeszcze bardziej w dół do jeszcze niższych korytarzy i podążam jak w wykafelkowanej rurze kanalizacyjnej do linii metra Jubilee. Na stacji London Bridge przy wyjściu, do którego długo wyjeżdżam z podziemi schodami, czeka w brązowej skórzanej kurtce Kajtek. Jest radosny i wesoły, idziemy w głąb historycznej dzielnicy Southwark, która kiedyś nie należała już do miasta, była siedliskiem zbiegłych łotrów i morderców, domów publicznych i prostytutek, tu powstał szekspirowski teatr Globe i największy w Londynie targ rybny. Tu przyjeżdżały łodzie z miasta pełne żądnych zakazanych uciech w mieście londyńczyków. Coś zostało z tych potrzeb, chociaż wygląda, że jedynie wszyscy odreagowują dzień pracy stojąc z gigantycznymi szklankami piwa przy stolikach gadając i gestykulując. Dzielnica się przekształca cały czas, ceny mieszkań ostatnio wzrosty dwukrotnie i mimo wyburzeń, by postawić supernowoczesny wieżowiec The Shard w kształcie dobrze zaostrzonej końcówki do wiertarki, który żarząc się światłami zagląda między domami do wszystkich ulic, zabudowa tutaj jest w dalszym ciągu zabytkowa i jakby wyjęta z ilustracji książek Dickensa.
Idziemy do Novomotelu zostawić bagaż i od czasu, kiedy pierwszy raz w życiu byłam w czterogwiazdkowym hotelu w Krynicy w nagrodę za przetłumaczenie wiersza szkockiego poety Roberta Burnsa o szkockiej krwawej kiszce haggis – wygraną zawdzięczałam poznanemu w Internecie Patrykowi – pokochałam hotele z całego serca i chętnie bym została, ale idziemy na miasto coś zjeść. Syn niedawno przyleciał samolotem z Los Angeles i też pewnie by się przespał, ale idziemy.
Tutaj, o tej porze jest jak w ulu, jakby wszyscy pracujący w tych świeżo wybudowanych szklanych wieżowcach spłynęli windami i rekompensowali swoje komputerowe odczłowieczenie w piwnicach starych domów, gdzie wprawdzie nie ma już dymu papierosów, ale unoszą się opary alkoholowe i wszyscy wszystkich przekrzykują. Za szybami widzę sale wypełnione do ostatniego miejsca, jest gwarno i swojsko. Natrafiamy na Market Borough już opustoszały, z zamkniętymi stoiskami harmonijkowymi blaszanymi okiennicami w zielonym kolorze i wszystko w mroku tu jest szmaragdowe, a solidne, secesyjne przęsła gigantycznej sali jak i dziewiętnastowieczne i zabytkowe szklane sklepienie, teraz jest czarne od pochmurnej nocy. Na piętrze jaśnieje oszklona restauracja Roast, do której wchodzi się po schodach przez klatkę schodową. Kelner zna kilka słów po polsku, ma dziewczynę Polkę i wyraźnie nas lubi, natomiast na widok tego, co przynosi robi mi się niedobrze i nawet wyglądem potrawy przypominają te z „Wielkiego żarcia” Marco Ferreriego. Kajtek mówi, że trzeba skosztować lokalnych potraw. Surowa wołowina, jajka pół surowe zapiekane w brązowej otoczce, na deser trzęsący się nieprzyjemnie brązowy pudding. Poprosiłam o wodę, ponieważ wiem, że w restauracjach herbatę podają wprawdzie w czajniczkach, ale tam wrzucają torebkę jedynie. Nikt nie parzy już herbaty, a zwykła woda, którą zamówiłam, by chociaż trochę zaoszczędzić, była w szklanej butelce zamykanej na metalowy gwint jak wódka i miała jakieś historyczne napisy i też była droga.
Poszliśmy nad Tamizę, przestało padać, cała promenada wzdłuż rzeki była mokra i mnożyła kuliste latarnie, wystawy sklepów i roziskrzone mosty. W Tamizie odbijało się przeciwległe wybrzeże jeszcze bogatsze i rozświetlone, a po prawej na horyzoncie niebo wypełniały szklane wieżowce z postmodernistycznym 30 St Mary Axe zwanym „Ogórkiem” na czele. Ptaki hałasowały na przycumowanych na środku rzeki statkach, ludzie przechadzali się po wybrzeżu i czuło się kojący stan historycznej stabilności i sytości.
Minęliśmy London Brigde, most wszystkich mostów, najważniejszy i najmniej ciekawy architektonicznie, strzeżony przez gryfy, symbol pieniądza. Pisarze przez wieki alarmowali o morzu ludzkiej nędzy przechodzącej przez ten most, by wsiąknąć w mroczne i niebezpieczne uliczki południowych dzielnic. Nocami koczowały na mim bezdomne rodziny, a 138 prywatnych latryn i jedną publiczną opróżniano wprost do Tamizy. Między London Bridge i Tower ciągnęły się doki załadunkowo-wyładunkowe pozamykane w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Pozostała jedynie siedemnastowieczna Hay Galley, gdzie przywożono herbatę, teraz o zmroku robiąca czarowne wrażenie z owiniętymi kolumnami choinkowymi świecidełkami. Teraz tu są tu mieszkania, sklepy, biura i restauracje, dawniej była to estakada do Tamizy, przebudowana w 1980 roku. Cały dok przykryto szklanym dachem, a w środku postawiono ruchomą rzeźbę z brązu przypominającą statek. Wszystko tworzy teraz tajemniczy, pełen zieleni, roziskrzony światłami zaułek.
Podobno pejzaże Canaletta z tego odcinka Tamizy są skłamane, wyidealizowane i oczyszczone z wszelkiego ludzkiego brudu. Już bardziej wierny był Turner, który rysował nędzę londyńską ulokowawszy się na statkach Tamizy.
Mokra nawierzchnia przybrzeżnego deptaka odbija ponad dwumetrowe czarne jajo z polerowanego metalu umocowane do podłoża jednym punktem i jajo sprawia wrażenie, że zaraz się przewróci.

Za nim sylwetka jajowatego kształtu całego ze szkła Ratusza rozświetlonego od wewnątrz. Coś mi on przypomina, tak, podobny jest do kopuły Reichstagu w Berlinie i jak czytam, autorstwa tego samego architekta Normana Roberta Fostera.
Wchodzimy na most Tower, za nim majaczy więzienie Tower i miejsce kaźni wyglądające niewinnie, jak baśniowy zamek. Ścięcie głowy w tym miejscu było wielki wyróżnieniem, Thomasa More’a ścięto poza jego murami, gdyż nie był szlachetnie urodzony.
Jak z każdego mostu, tu też roztacza się piękny widok, obok nas przejeżdżają dwupiętrowe autobusy, do których widoku łatwo się przyzwyczaić. Nad nami szklany chodnik kładki dla pieszych, we wieżach są do oglądania wystawy i mechanizmy zwodzonego mostu, ale my już wracamy. Kajtek miał wprawdzie przelot z Los Angeles do Londynu bez przesiadek, ale nie udało mu się zasnąć.
Po powrocie do hotelu Novotel ukrytego wśród uliczek dawnego Southwark idę do sauny, a Kajtek na siłownię. W saunie siedzi już mężczyzna owinięty białym hotelowym ręcznikiem, niedługo wychodzi, pozostaję sama na najwyższej drewnianej półce, z której zaraz wyskakuję do zimnego pomieszczenia.
Jak w każdym hotelu w miejscach rekreacji, tu też stoi piramida zielonych jabłek Granny Smith podobno sprzyjających odchudzaniu.

Opublikowano 2017, dziennik ciała | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Krystyna (11)

Irena Dziedzic była tylko o rok młodsza od Krystyny, była ze Lwowa i Krystyna każdorazowo w telefonicznej rozmowie z Zosią, zachwycała się jej przedwojennymi manierami, strojami i fryzurą. Dziedzic już od dwóch lat prowadziła Dziennik Telewizyjny, i także raz na dwa tygodnie „Tele- Echo” na wzór francuskiego „Tele-Paris”. Zawsze była jak spod igły, zawsze elegancka i uśmiechnięta, co w Polsce Ludowej, gdzie wszystko było ludowe, było jak haust świeżego powietrza. Zosia cierpliwie przeczekiwała wynurzenia Krystyny. Ważyła już ponad 100 kilogramów i w dalszym ciągu tyła borykając się z jaskrą, cukrzycą i chorobami serca. Bracia lekarze umieścili już ją w krakowskiej klinice, gdzie nocami nie miała dostępu do lodówki, a teraz po powrocie do domu nadrabiała zaległości i kłóciła się z Józkiem. Przeczekiwała, by o tym wszystkim opowiedzieć Krystynie, także i o tym nowym zmartwieniu dotyczącym jej syna Olka, którego Krystyna była matką chrzestną.
– Wyobraź sobie, że się zupełnie nie uczy! Tylko ogląda „Czterech pancernych”, przynosi z podwórka pistolety i karabiny zrobione z gałęzi, a obiad je tylko w hełmofonie w menażkach używanych przez Józka na pikniku w Świerklańcu, gdzie jeździli na biwak, kiedy Olek był mały. Nieustanie okupuje łazienkę, którą traktuje jak czołg Rudy 102!
Od kiedy w telewizji od 9 maja pojawił się serial o czołgu, czterech czołgistach i wilczurze Szariku, Krystyna miała święty spokój, bo ani Ewa, ani Andrzej, który już był mocno przez zespoły rockandrollowe pacyfistycznie zindoktrynowany go nie oglądali, a przecież niedawno, jak się popsuł telewizor, to potrafili pójść do Koniecznej piętro niżej, by kolejny odcinek „Znaku Zorro” zobaczyć . Toteż bagatelizowała niepokoje Zosi, wiedziała, że starsza siostra Maja jest najlepszą uczennicą w ogólniaku i przecież niepojęte by było, by brat był gorszy. Ot, taki wiek, pocieszała Zosię Krystyna wiedząc, że w pawilonówce, do której po znajomości Józka z koleżanką z dzieciństwa, będącą teraz wicedyrektorką, dali Olka, nie dopuszczą, by się źle uczył. Zresztą, Krystyna nigdy nie miała takiego problemu, Ewa wracała teraz koło piątej wieczorem, a wychodziła po siódmej rano, Andrzej znikał na całe dnie, a jednak na wywiadówkach jej dzieci były tylko chwalone i nie mogła uwierzyć, że zdarzyło się to jej przyjaciółce Zosi.
Krystyna zresztą pogrążała się, podobnie jak jej chrześniak Olek coraz bardziej w fikcyjnym świecie telewizji, którego tak naprawdę nie było. Na święta Bożego Narodzenia przed południem oglądała z dziećmi w piżamach przedwojenne polskie filmy, dzieciom się wcale nie podobały, ale ona chłonęła je, przywoływały wspomnienia z lat młodości, kiedy Wanda z Iśką małą Krystynę przemycały do kina, by nikt nie doniósł dyrektorce żeńskiego gimnazjum im. Marii Konopnickiej w Przemyślu, że jej uczennica przebywa w kinie, mimo, że były to tylko niegroźne moralnie komedie. Teraz miała okazję zobaczyć Jadwigę Smosarską i Eugeniusza Bodo w intymnych sytuacjach, zakazanych jej nawet przez matkę i ciotkę. Te klimaty inteligentnego świata, który bezpowrotnie minął odnajdywała właśnie u Ireny Dziedzic i w „Kabarecie Starszych Panów”, a nawet w „Pegazie”, gdzie pokazywano trochę świata zachodniego będącego jakąś jednak kontynuacją tego, co zabrała Polsce wojna, co nie zgadzało się z komunistyczną propagandą wieszczącą koniec tego świata i nastanie epoki ludowości na całej kuli ziemskiej. „Pegaz” pokazał zezowatego Sartre’a, Steinbecka i Cocteau mówiących po przetłumaczeniu przez lektora zupełnie zrozumiałym, ludzkim językiem, nie takim, jakim mówiono w „Dzienniku Telewizyjnym” i w dodanej teraz jeszcze w godzinach popołudniowych „Panoramie”. „Pegaz” był w soboty o 20 i zawsze coś z tego, o czym mówiono w Wolnej Europie było, nawet fragmenty występów Elli Fitzgerald w sali kongresowej i Rolling Stonesów.

W styczniu 1966 roku wpłacono na konto Krystyny i Rudka w oddziale Banku Polskiej Kasy Opieki S.A. na Pocztowej 320 kubańskich peso i zamieniono na 192 dolary, które to pieniądze Krystyna mogła dostać tylko w bonach towarowych i zamienić je na zakupy w sklepie PKO na Morcinka. Wiedziała, że tylko tam kupując lakier do włosów i paznokci, szminkę, tusz do rzęs, koronkowe sukienki, kolorowe pończochy oraz sweterki z perlonu i torebki ze skaju, a nawet dwukolorową pastę do zębów Signal upodobnić się może do Ireny Dziedzic, jednak tego nigdy nie zrobiła. Podjęte bony towarowe zamieniła na prezenty dla Kubańczyków, co akurat starczyło, gdyż Rudek polecił przywieźć konkretne rzeczy, które jeśli były w sklepach, to tylko za łapówki, co na jedno wychodziło. Prezenty wożone do rodzin do Stanów Zjednoczonych kupowane w nowym pawilonie Cepelii na Koszutce nie miały u Kubańczyków zupełnie sensu, a były tak samo drogie, jak potrzebne im kosmetyki i ciuchy w PKO.
Krystyna miała na przygotowania do wyjazdu pół roku i przygotowywała się do niego starannie. Jeśli istniał jeszcze gdzieś inny świat to właśnie tam, mimo, że gminne żony dyplomatów polskich w ambasadzie nie umywały się do Ireny Dziedzic.

Krystynie dla poznania świata w którym żyła pozostawały jedynie gazety, które i tak musiała kupować, gdyż przysyłany z Przemyśla „Przekrój” nie starczał na obowiązkową makulaturę jaką dzieci musiały okresowo zanosić do szkoły, a papieru toaletowego coraz częściej nie dawało się kupić. Robiła to niechętnie, zwłaszcza po wykonanej w marcu karze śmierci na warszawskim dyrektorze Miejskiego Handlu Mięsem Stanisławie Wawrzeckim bała się do nich zaglądać. Jednak tylko czytanie gazet umożliwiło jej wybór artykułów, podczas gdy w „Dzienniku Telewizyjnym” musiałby wchłonąć całą informacje złożoną głównie z posiedzeń egzekutyw partyjnych, państwowych akademii i festynów. W gazetach mogła czytać swoje ulubione kryminały amerykańskie w odcinkach, które wycinała i latem zawoziła do ciotce i matce do Przemyśla. Ale nie mniej intrygujące były mrożące krew w żyłach afery opisywane przez „Dziennik Zachodni”, które niczym rak toczyły ludowe państwo.
I tak kierowniczkę kiosku „Ruchu” Katowicach zamieszkałą w Szopienicach na ulicy Bieruta skazano na 2 lat więzienia, 8 tysięcy grzywny, utratę praw publicznych, obywatelskich i honorowych za to, że zrobiła manko i upozorowała włamanie.
Przy ulicy Szewczenki 4 w Katowicach MO nakryło tajną przetwórnię ryb „Węgorz” będącą własnością kapitalisty, który zatrudniał mnóstwo ludzi, a ci za łapówki dostarczali mu od dyrektorów państwowych przedsiębiorstw (nie do dostania w wolnej sprzedaży w dużych ilościach) tran, ocet , olej i zwozili do tej przetwórni niezbędne komponenty do produkcji marynat i konserw. Ponieważ trwało to kilka lat, zachwycała Krystynę wielbiącą wszelkie zagadki kryminalne ta właśnie nieuchwytność jak ich w artykule nazwano, spekulantów i romantyczna postać specjalisty od ryb.
Został skazany na 13 lat więzienia i wysoką grzywnę.
Długa lista skazanych na wieloletnie więzienie zawierała afera chałupników pracujący dla PSS szyjących damskie płaszcze, którzy potrafili z powierzonych materiałów wygospodarować jeszcze więcej płaszczy i sprzedać je bez żadnych faktur w sklepie przy 3 Maja oraz w spółdzielczym domu towarowym „Zenit”. Kierowniczka stoiska konfekcji damskiej od każdego sprzedanego płaszcza dostawała 230 złotych od szefa gangu chałupniczego i jak wykazało śledztwo, sprzedała ich aż 150.
W „Zenicie”, jak przy okazji wykryto, na lewo sprzedawała też płaszcze Spółdzielnia Pracy Odzieżowej „Dom Pracy” w Warszawie.
Tylko 10 i 7 lat więzienia dostali wykryci szpiedzy zachodnioniemieccy, małżeństwo z Kostrzynia, którzy w ostatniej chwili okazali skruchę, stąd tak niski wyrok.
20 pracowników Centralnego Zarządu Ceł w Warszawie, kolejowego i lotniczego wywiozło z Polski 43 tysięcy dolarów USA i przywiozło za to z Francji, NRF i Włoch różne towary. Udowodniono łapówki na 50 tysięcy złotych za odprawy celne samochodów kupionych od pracowników zagranicznych oraz za 20 aparatów fotograficznych. Krystyna dowiadywała się, gdzie ukrywano podczas przemytu zarówno pieniądze, jak i sweterki (4 tysiące swetrów!), lakiery do włosów, kolorowe pończochy i sztuczne rzęsy, czyli wszystko, co Irena Dziedzic miała na sobie prezentując to całej Polsce na telewizyjnym ekranie, a co w sklepie było nie do dostania. Gdzie się zaopatrywała? Czy w takim razie nie powinna być oskarżona za współudział w przestępstwie?
Takie i inne myśli krążyły po głowie Krystyny kiedy kończyła już czytać przy porannej kawie zapaliwszy papierosa „Damskiego” po tym, jak dzieci już poszły do szkoły.
Czytała jednak dalej. Trzynastu kierowników piekarń Gliwickich Zakładów Przemysłu Piekarniczego nie wpisywało do raportów dziennych całego wypieku chleba i na lewo sprzedawało bez faktur chleb i bułki w sklepach, kradnąc tym sposobem mąkę i bułkę tartą.
Równocześnie „ Dziennik Zachodni” informował, że skutkiem ciągłego dotykania i przebierania kupujących, bochenki ulegają deformacji i w związku z tym Zakłady Piekarnicze w Katowicach wprowadzają druciane pojemniki do transportu pieczywa i pozostawiania ich w sklepach, co uniemożliwi dostęp do nich brudnych rąk. Na razie, z powodu braku większej liczby pojemników, dostaną je tylko dwa sklepy: gigant przy Dzierżyńskiego i piekarnia przy Młyńskiej.

Rudek polecił Krystynie , by kupiła mu spodnie i elektryczną maszynkę no golenia.
Andrychowskie Zakłady Przemysłu Bawełnianego zaczęły produkować tkaniny z domieszką włókien syntetycznych i miała nadzieję kupić niemnące spodnie elanowe w sklepie wojskowym na Morcinka. Wyszła więc z domu. Na placu Grunwaldzkim stał olbrzymi spychacz – buldożer, traktor i mnóstwo ciężarówek – wywrotek. Panował okropny hałas, maszyny Świętochłowickiego Przedsiębiorstwa Ciężkiego Sprzętu Budowlanego Przemysłu Węglowego po przerwie śniadaniowej zaczęły pracować. W wojskowym sklepie musiała się przekrzykiwać z ekspedientką. Właśnie rzucili krótkie, czarne śniegowce na obcasie i na zamek błyskawiczny wyprodukowane przez Zakłady Chemiczne „Oświęcim” z polskiego lateksu, czym się ucieszyła, nigdzie nie można było dostać butów na deszcz. Spodnie kupiła za duże, ale postanowiła je skrócić i zwęzić, bo szukanie na mieście spodni pasujących i tak byłoby o wiele większą fatygą. Odwiedziła niedawno wybudowane pawilony za Niebieskimi Blokami, gdzie otwarto „Eldom”. Po drodze zajrzała do „Diany”, która z cukierni zamieniła się w bar mleczny, i nawet w godzinach rannych można tu było kupić obiad.
Jak donosiły gazety, katowiczanie żyli coraz wygodniej i nowocześniej: w bieżącym roku już na 3 mieszkania przypadały 2 pralki, a w co szóstym stała lodówka. I teraz w „Eldomie można było to wszystko kupić. Dla tych gospodarstw, które nie miały elektryczności stały pralki poruszane na korby. Stały odkurzacze polskie i z NRD, froterki do parkietów z ZSRR, kuchenki gazowe i bojlery z NRD i Jugosławii, walizkowe wieloczynnościowe maszyny do szycia, wyciskarki do soków z jarzyn i owoców bułgarskie i jugosłowiańskie. Ale Krystyna nie dawała się nabrać, bo wszystkie te cudowności były jedynie na wystawach niczym w wioskach potiomkinowskich, gdyż był przepis, że z wystawy nie wolno sprzedawać towarów. A nowoczesny salon miał oszklone ściany frontowe i wszystko było wystawą.
Z elektrycznymi maszynkami do golenia też był problem. Tych z NRD było nawet kilka rodzajów. Salon ,,Eldomu” sprzedawał je na specjalnym stoisku, gdzie przeszkolone przez niemieckie firmy ekspedientki instruowały klientów jak mają się nimi posługiwać. Ale to było, jak powiedziała Krystynie kierowniczka sklepu, w ubiegłym tygodniu. Nie została ani jedna maszynka do golenia. Krystyna wróciła na Morcinka i obok sklepu PKO kupiła Rudkowi w drogerii żyletki Rwa Lux i nowy pędzel.
Pamiętając czasy przedwojenne i okupację, Krystyna pomyślała, że to wszystko przypomina jakiś alarmujący, chwilowy stan, kiedy czytać trzeba tony makulatury, by się dowiedzieć, co gdzie jest i kiedy, w jakim sklepie i jak długo tam będzie i kiedy zniknie, by pojawić się w innym krańcu miasta. Stan ten trwał latami, a ona się do niego nie przyzwyczaiła. Budowano nowy dworzec kolejkowy i w związku z wyburzeniami zamknięto Delikatesy dworcowe, 2-zmianowy sklep spożywczy na przeciwko kina „Rialto”, cukierniczy przy Kościuszki. Mleko zaczęto sprzedawać przy Armii Czerwonej 1, na 3 Maja 36, i na Granicznej teraz do godzin tylko popołudniowych. Od wiosny w 15 sklepach sprzedawano napoje mleczne, a w Delikatesach przy ul. Armii Czerwonej koktajle mleczne miksowane z prawdziwych owoców w mikserach. Postulowano, by chociaż dwa sklepy w Katowicach miały dyżury nocne, ale jeszcze nic nie ustalono.
A w SAM-ach były w dalszym ciągu kilometrowe kolejki.

Musiała szczegółowo zapoznać się z przepisami celnymi, które zmieniły się w marcu i zrezygnować z zabrania już przygotowanych rzeczy, o które prosił Rudek. Wartość upominków nie mogła przekraczać tysiąca złotych. Żywności można było wywieźć do 8 kilogramów, w tym tylko 2 kilogramy wyrobów mięsnych. Nie wolno było wywozić spirytusu, tylko dwa litry wódki i 2 litry wina oraz 250 sztuk papierosów. Całe szczęście, że „Smiena” Andrzeja się popsuła, gdyż mogły ją wywieźć, ale musiałby ją po powrocie pokazać, że przywozi. Innych zabronionych rzeczy, jak kamery, maszyny do pisania po prostu nie mieli.

W sobotą wielkanocną z zachwytem Krystyna zobaczyła widziany tuż przed wybuchem wojny film „Barbara Radziwiłłówna” z Jadwigą Smosarską, Witoldem Zacharewiczem i Leną Żelichowską, a w pierwszy dzień świąt „Dziewczęta z Nowolipek” z Elżbietą Barszczewską, Mieczysławą Ćwiklińską, Jadwigą Andrzejewską i Kazimierzem Junoszą-Stępowskim.
Kiedy w kwietniu Wolna Europa podała, że Watykan zaproponował przyjazd papieża do Polski na uroczystości milenijne w maju, a rząd odmówił, Krystyna miała już dość tych religijnych wojen, szczególnie, że proboszcza z parafii na Koszutce aresztowano. Kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, którą wożono po miastach „Żukiem” miała dotrzeć na Koszutkę we wrześniu i cała parafia się na te uroczystości cały czas przygotowywała. Krystyna wiedziała, że będzie wtedy na Kubie i odetchnęła z ulgą. Nie znosiła wszelkich przejawów dewocji, ale regularnie chodziła w każdą niedzielę do kościoła i ubolewała, że Ewa, wracająca późno do domu nie chodzi już na religię. Andrzej zakończył kościelne sprawy wraz z dostaniem dokumentu z bierzmowania.
Rozmyślała jeszcze o tym wszystkim, kiedy samolot zniżał się już nad Hawaną i kiedy poczuła znane jej, oklejające ciało wilgotne powietrze lotniska, odcięła się mentalnie od spraw Polski Ludowej, od jej ludowego katolicyzmu jak i od problemów ludowego rządu i skierowała uwagę na leniwie kołyszące się palmy.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Andrzej (10)

„The Animals” zagrali w parku Kościuszki w Hali Parkowej dwa koncerty, ale Andrzej i tak na nich nie był. Bilety kosztowały 70 zł i sprzedawano je na katowickim rynku w „Orbisie” gdzie ustawiały się tasiemcowe kolejki na kilka godzin stania. Jak opowiadano w „Santku”, Park Kościuszki pełen był milicjantów i koników sprzedających bilety po horrendalnych cenach przez cały tydzień poprzedzający występ. Posiłki milicyjne ściągnięte z całego województwa dzień przed koncertem usiłowały rozproszyć oblegające park tłumy, a w dniu koncertu i tak przegrały z atakującą drzwi młodzieżą, która biletów nie posiadała. Komentowali to wszystko szczegółowo w „Santku”. „Animalsi” zaczęli koncert od „I’m crying”. Wszyscy dyskutanci kawiarniani mieli grającą pocztówkę z tym utworem kupioną w ukrytych w podwórzach sklepikach na Wawelskiej i Wieczorka, zawsze wygiętą, ale i tak możliwą do wielokrotnego odtwarzania. Przed „Animalsami” wystąpił łódzki zespół „Polanie”, których nikt nie chciał słuchać. Podobno mimo, że nie było stojących miejsc, wszyscy stali bądź skakali po krzesłach i, jak potem drwiąco donosiły gazety, słychać było tylko wrzeszczącą salę. Po koncercie, czego już w gazetach nie było, tłum zaatakował milicyjne nyski i do Katowic, po „Animalsach”, żadnych zachodnich muzyków nie zapraszano.
Andrzej nie żałował, że nie wdział Erica Burdona, ani jego żółtych butów i wąskich spodni w pasy. Cotygodniowa „Top 20” w Radiu Luxemburg w nocy z niedzieli na poniedziałek pozwalała śledzić ranking utworów Beatlesów, The Rolling Stones, The Hollies, The Animals, Gerry and the Pacemakers, Lulu czy Billy J. Kramera, a także nasycić jego potrzeby. Na prywatki zawsze ktoś przynosił longplaye, a nawet magnetofony szpulowe. Dzięki tegorocznym najnowszym przepisom celno-dewizowym Polacy mogli odwiedzać demoludy ustawiając się w kolejkach do „Orbisu” „Sports-Touristu”, Biura Turystyki Polskiego Związku Motorowego BTZ PTTK, Biura Wczasów Podróży i Turystyki ZSP, „Juventuru”, „Turysty” i „Gromady”. Wielogodzinne stanie jednak się opłacało – prestiż wakacji zagranicznych był tak wielki, że wart był każdego wysiłku. Kuba Andrzejowi bardzo się przydawała, by nie być gorszym.
A wszyscy oglądali telewizję i to ich łączyło.
Jesienią 1965 roku telewizja była już ustabilizowaną, dobrze prosperującą machiną propagandową, telewizorów było coraz więcej, liczba godzin emisji rosła. Nie było w klasie Andrzeja nikogo, kto nie miałby telewizora. W liceum wymagano, by uczniowie ją oglądali. Wiele programów przedpołudniowych było przeznaczonych dla szkół i nauczyciele chętnie korzystali z takiej pomocy lekcyjnej, a ich szkoła, sztandarowa „pawilonówka” wybudowana w ramach „Tysiąc szkół na tysiąclecie” miała w pracowniach telewizory. Rozpoczęto przez telewizję kursy języka rosyjskiego i programy naukowe. Andrzej, który coraz intensywniej interesował się przedmiotem prowadzonym przez ich wychowawcę nazywanego „Fizykiem”, nie bardzo lubił ani książek popularnonaukowych, ani tych programów i uważał, że wszystko spłycają. Lubił oglądać telewizję tylko rozrywkowo, oglądał w czwartki „Kobrę” a w poniedziałki od stycznia „Stawkę większą niż życie” w teatrze telewizji. Zresztą w tak małym mieszkaniu trudno było się odizolować od telewizora, szczególnie, że Krystyna była fanatyczką kryminałów. „Kobra” spełniała jej oczekiwania, a w Hansie Klossie – radzieckim agencie o pseudonimie J-23 – natychmiast się zakochała, zastępując zajmującego do tej pory w jej sercu Gregory’ego Pecka. Dzięki „Interwizji”, powstałej w opozycji do zachodniej „Eurowizji” telewizja mogła nadawać bezpośrednie programy z Moskwy i tylko pojawiające się okna – nawet przez godzinę z napisem „Przepraszamy za usterki”- hamowały tę eskalację. W 1963 roku pokazano zdumiewającą wszystkich osiągnięciami technicznymi Polski Ludowej bezpośrednią transmisję z USA z manifestacji przeciwko dyskryminacji rasowej poprzez satelitę „Telstar”.
Andrzej nie fascynował się „Wielką grą”, oglądał chętniej „Wielokropka”, ale obowiązkowo „Psa Huckelberry’ego” Hanny i Barbery, a wieczorem „Bonanzę” i „Świętego” oraz „Wojnę domową”. Ta ostatnia w sposób inteligentny wyszydzała ciągoty nastolatków do rock-and-rolla, niemniej wszyscy w klasie ją oglądali.
Od kiedy Komitet do Spraw Radiofonii „Polskie Radio” został przekształcony w Komitet do Spraw Radia i Telewizji, zwany w skrócie Radiokomitetem, telewizja stała się centralnym organem administracji państwowej, podlegała prezesowi Rady Ministrów czyli Partii. Sowiecki model socjalistycznego kraju obowiązywał w całym bloku wschodnim. Wszystkie telewizje demoludów – Polski, NRD, Węgier, ZSRR, Czechosłowacji Rumunii i Bułgarii jednoczyła „Interwizja” traktująca zachodnią „Eurowizję” jako niebezpieczną. Wszystko, co nadawano zależne było od wskazań i opinii KC PZPR i wiedzieli o tym wszyscy nie tylko z Wolnej Europy, ale przekonywali się o tym na co dzień na własnej skórze. Telewizja budująca społeczeństwo socjalistyczne krzewiąca idee marksizmu-leninizmu tępiła subiektywne i dowolne oceny nie pochodzące z Partii. I kiedy Lucjan Kydryński w audycji „Muzyka łatwa lekka i przyjemna” jako wielki autorytet i znawca muzyki potępił i wyśmiał Beatlesów wysławiając w ich miejsce francuskich piosenkarzy, Andrzej po prostu przestał go oglądać.
Jednak zerwanie z telewizją było niemożliwe. Telewizja walcząca z kiczem i tandetą próbowała złamać wszelki opór i odrazę zatrudniając bardzo dobrze wykształconych w przedwojennych szkołach ludzi dobrze im płacąc oraz umożliwiając im zarobek z wielu lukratywnych źródeł, dzięki czemu stawali się ludźmi wolnymi, zadowolonymi z życia i promieniującymi szczęściem. Swoboda i aluzyjność wypowiadanych na antenie komentarzy, branych opacznie przez oglądających za wywrotowe, przyciągała coraz to więcej uzależniających się od niej telewidzów i telemanów. „Słusznym kierunkiem” było też udostępnienie ambitnej produkcji o zacięciu politycznym i wychowawczym, co znaleziono w neorealizmie włoskim i francuskiej artystycznej lewicy, rezygnując stopniowo z obfitości filmów radzieckich i tworząc pozór państwa otwartego na świat współczesny. Na przełomie 1965 i 1966 z okazji 1000-lecia państwa polskiego pojawiło się w telewizji zdumiewająco dużo imprez, festynów, wieców z całkowitym pominięciem uroczystości kościelnych. Nagonki na obchody Milenium Chrztu Polski przez kościół katolicki zwiększyły się przy okazji „Listu biskupów”. Podkreślano reakcyjną i antynarodową politykę Kościoła i antypolską postawę Watykanu. Po tym okresie już zupełnie przemilczano święta kościelne, a na Boże Ciało nadawano najlepsze filmy w czasie, kiedy ulicami Polski szły procesje.
Ale i tak głównym tematem spotkań w „Santku” pozostała telewizja, którą wszyscy kochali coraz mocniej też dlatego, że innego sposobu spędzania czasu nie było. Nowoczesna aparatura filmowa kina „Kosmos” psuła się coraz częściej i systematyczne stanie w ogromnym ścisku w holu kina przed rozpoczęcia kolejnego seansu stało się normą.

Jeszcze jesienią na szkolnej akademii związanej z kolejną rocznicą Rewolucji Październikowej zacytowano słowa towarzysza Edwarda Gierka: „Wyrażam przekonanie, że w chwili obecnej problemem pierwszorzędnej wagi jest sprawa zespolenia wysiłków trzech podstawowych ogniw wychowawczych: rodziny, szkoły i zakładu pracy, w jeden wspólny nurt. Chodzi tu o swoiście rozumianą „koordynację poziomą” wysiłków wychowawczych w układzie: rodzina – szkoła – zakład pracy”.

Krystyna koordynowała się poziomo co tydzień, przed lekcją przysposobienia obronnego podcinała Andrzejowi włosy do poziomu, o którym precyzyjnie wiedział, czy jeszcze nie zostanie wyrzucony z lekcji. Andrzej miał po Rudku i Krystynie niesłychanie gęste, kręcące się włosy, odrastające w zawrotnym tempie i co tydzień podłoga kuchni zasłana była jego kłakami.
W klasie niemal wszyscy palili oprócz Andrzeja. Zapowiadano produkcję nowych papierosów z filtrem pod nazwą „Start” próbując wycofać niefortunną nazwę radomskich „Sportów”. Przedwojenna fabryka w Radomiu kupiła właśnie nowe maszyny potaniające produkcję i „Starty” miały kosztować 4 złote na co wszyscy się cieszyli. Dotychczasowe „Sporty” po 10 sztuk za 1,75 zł nie miały filtra i trzeba było nieustannie wypluwać pozostające w ustach drobiny. Bardziej wyrafinowani klasowi palacze kupowali fajkowy „Neptun ”z amerykańskiego tytoniu za 25 złotych i robili je sami owijając tytoń w gazetę, które były mocniejsze i dawały pożądanego kopa.

Na szkolne uroczystości obowiązywały marynarki i ich producentami były Bytomskie Zakłady Przemysłu Odzieżowego, które produkowały tylko na eksport. Krystyna miała problem z ubraniem Andrzeja, przemyskie ciuchy nie miały tak małych garniturów. Weszły do produkcji laminaty, bardzo drogie marynarki klejone zamiast szwów i nikt nie wiedział, jak to prać czy prasować. Było natomiast w sklepach dużo młodzieżowej odzieży z teksasu i nikt w tym nie chodził, a Andrzej nigdy by czegoś podobnego na siebie nie włożył, jak płaszcza z popeliny z podpinką na zatrzaski. Nigdy nie miał ortalionu i dobrze, bo stał się szybko zupełnie démodé. Polski przemysł zakupił podobno zachodnie maszyny do ich produkcji i teraz sklepy zalewano ortalionami. Natomiast Krystyna poszukiwała koszul non iron piekielnie drogich, których jugosłowiańskie partie rzucono w czerwcu do „Zenitu” i zakończyło się to dewastacją sklepu i przyjazdem milicji. Polskich koszul stilonowych produkcji Kaliskich Zakładów Dziewiarskich nie było w oficjalnej sprzedaży i Krystyna nigdy Andrzejowi takiej koszuli nie kupiła i była skazana na prasowanie.

Naprzeciwko szkoły pawilonowej na Diablinie zaczęto przed budynkiem kotłowni, na 5 metrowej skarpie budować pawilon Ogniska Muzycznego w kształcie rotundy o średnicy 36 metrów z oszklonym parterem i jednym piętrem, co na lekcjach z zainteresowaniem śledzili.
Mimo tych szlachetnych inicjatyw wznoszenia nowych budynków użyteczności publicznej, mrocznej strony dzielnicy nie dawało się już ukryć. Włamywano się do piwnic pokonując łomem każdy zamek. W stojących motocyklach odkręcano kurki z benzyną i zalewano nią ulice. W hotelu robotniczym naprzeciwko kościoła zapijaczeni robotnicy toczyli regularne bójki wewnątrz jak i na zewnątrz budynku. Napadano na pocztę, niszczono windy, wyrywano torebki staruszkom, kopano mężczyzn stających w ich obronie. Ten stan nasilił się jeszcze po zasiedleniu bloków przy Armii Czerwonej i Dzierżyńskiego. Dzielnica nie miała ani nocnego oświetlenia, ani posterunku milicji. Krystyna bała się o Andrzeja, który wracał późno do domu, na całe szczęście zawsze chodzili do kina w grupie.
Tak też zobaczyli „Salto” Tadeusza Konwickiego, które wydało im się filmem cudacznym i wydumanym, nie mającym nic wspólnego z ich codziennością. Życie mimo wszystko było o wiele prostsze.

Krystynie udało się kupić za 32 złote książkę telefoniczną. Miała 616 stron i Andrzej wertując z dumą napotkał swoje nazwisko na ostatnich kartkach abonentów przybyłych w czasie druku książki. Była podzielona na dwie części: w pierwszej numery instytucji, a w drugiej mieszkańcy i Andrzej mógł już dzwonić do wszystkich z klasy bez zapisywania ich numerów.

Na sylwestra u Maćka, który był już parą z Jolą, przyszła cała klasa, gdyż jego rodzice zawsze bawili się w ten dzień z aktorami teatru Wyspiańskiego i na noc nie wracali, Andrzej zaczął chodzić z Aldoną i potem uczył ją matematyki i fizyki. Fizyk na wywiadówce opowiadał mrożące krew w żyłach historie zaniedbań uczniów względem jego przedmiotu i pochwalona Krystyna dowiedziała się, że Andrzej będzie startował w międzyszkolnej olimpiadzie z dziedziny fizyki. Zwycięzcy mogli liczyć na przyjęcia na wyższe studia bez egzaminu. Ponieważ Rudek planował, by te wakacje spędzili na Kubie, Krystyna nie zgodziła się, by był nieobecny w klasie maturalnej i poprosiła jedynie o zwolnienie Andrzeja z czerwca i września.

Fizyk jeździł z klasą na wycieczki szkolne w Beskidy i do Zakopanego i klasa coraz bardziej była zgrana, formowały się trwałe związki i sympatie. Do połówki pokoju Andrzeja schodziło się coraz więcej chłopców i dziewcząt, za jego przykładem dzielono podobne jak jego mieszkania na Koszutce. Stawiano przepierzania w pokojach, a nawet kuchniach, by każdy mógł mieć podobny jak Andrzej, azyl.
Czasami grupą ze swoimi dziewczynami jechali Dzierżyńskiego tramwajem do Wesołego Miasteczka gdzie odnowiono „ślimaka” i zainstalowano na wzór Disneylandu w Los Angeles „wirujące filiżanki” i miniaturowy pociąg elektryczny złożony z elektrowozu i trzech odkrytych wagoników po 30 pasażerów. Jako „wycieczka szkolna” mieli zniżkę za pół ceny, a co 10 uczeń bilet bezpłatny.
Andrzej w dalszym ciągu interesował się lekkoatletyką i mimo, że na igrzyskach szkolnych zdobył brązowy medal w biegach i skokach, nie rósł i był najniższy w klasie. Wpatrywał się siedząc metr od ekranu w stojącą na najwyższym stopniu podium ze złotym medalem Irenę Kirszenstein. Była tylko o trzy lata od niego starsza i miała 176 centymetrów wzrostu.
Rodzice Maćka mieli zaprzyjaźnionych górali w Witowie, zaledwie 13 kilometrów od Zakopanego i Maciek postanowił z Andrzejem pojechać tam na narty. Śnieg leżał jeszcze w maju i można było swobodnie pojechać na wakacje wielkanocne, ale nie było czym. Stali więc na rynku, by kupić bilety do Zakopanego przed „Orbisem” już od szóstej rano. Kiedy wpuszczono ich do małego lokalu w trzech czynnych kasach sprzedawano bilety lotnicze, kolejowe, autobusowe na cały świat. Musieli równocześnie kupić bilet powrotny, gdyż jak się dowiedzieli w kolejce, nikt ich nie zabierze z powrotem, jeśli nie wykupi się biletu powrotnego i spóźni się na ten sam autobus, który ich przywiózł, trzeba będzie wracać piechotą z Zakopanego do Katowic, bowiem w autobusach do Zakopanego wszystkie miejsca wykupione są przez posiadaczy biletów powrotnych. Kierowcy autobusów, jak się dowiadywali z rozgadanej kolejki, nawet kiedy mają dużo wolnych miejsc, sadystycznie nie zabierają turystów stojących i wymachujących rozpaczliwie na przystankach i Andrzej czule wspomniał kubańską guaguę.
Nie łatwiej im było w Zakopanem, autobus do Witowa już przyjechał napchany, ludzie pchali się, złościli, złorzeczyli, panowała ogólna wściekłość. Tysiące turystów, urlopowiczów i tubylców przypadało na zaledwie kilka autobusów. Na dodatek w sklepie wiejskim nie było dosłownie nic, a w Zakopanem też w sklepach spożywczych niewiele do jedzenia, którego próżno szukali po brudnych i zatłoczonych Krupówkach. O kupieniu biletu na Kasprowy Wierch czy biletu na autobus do Morskiego Oka nie było mowy. Natomiast na bazarze łatwo było kupić po cenach takich jak w PKO elastyczne skarpetki i koszule non iron, miniaturowe wnętrza chat góralskich i drewniane figurki.

Jeszcze w maju jego sztandarowa szkoła musiała uczestniczyć w manifestacji mieszkańców Śląska i Zagłębia. W upale, pośród pół miliona ludzi na katowickim Rondzie tysiące młodzieży stanęło obok żyjących jeszcze Powstańców Śląskich. Umundurowani powstańcy w rogatywkach siedzieli tuż przy trybunie, blisko miejsca, gdzie miał stanąć zatwierdzony już w Warszawie Pomnik Powstańców. Makietę z wygraną na konkursie rzeźbą pomnika pokazywano wszędzie, miał mieć trzy skrzydła symbolizujące trzy powstania. Nad trybuną zawisła warszawska Syrenka, gdyż pomnik miała sfinansować Warszawa. W morzu sztandarów, górniczych orkiestr powiewających pióropuszami czapek, zanim uroczyście położono kamień węgielny pod budowę pomnika, rozpoczęły się wielogodzinne uroczystości.
Równo o godzinie 16 ryknęły syreny fabryczne by ci, którzy pracują na drugą zmianę mogli w uroczystości duchowo uczestniczyć. Na trybunie zasiedli: członek Biura Politycznego KC PZPR, przewodniczący Rady Państwa i Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu tow. Edward Ochab, członek Biura Politycznego KC PZPR, Marszałek Polski tow. Marian Spychalski, członkowie Komitetu Centralnego PZPR, ministrowie i generalicja WP, przedstawiciele władz naczelnych Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego z członkiem Rady Państwa wiceprezesem NK ZSL Bolesławem Podedwornym, przedstawiciele władz Stronnictwa Demokratycznego z członkiem Rady Państwa wiceprzewodniczącą CK SD Eugenią Krassowską, delegacja z Warszawy z I sekretarzem Komitetu Warszawskiego PZPR tow. Stanisławem Kociołkiem, członek Biura Politycznego KC PZPR, I sekretarz KW PZPR tow. Edward Gierek, członek Rady Państwa, przewodniczący Prez. WRN, przewodniczący Krajowej Komisji Weteranów Powstań Śląskich ZBoWiD tow. Jerzy Ziętek, sekretarze KW PZPR tow. tow. Zdzisław Grudzień, Stanisław Kowalczyk, Rudolf Juzek, członkowie Egzekutywy KW tow. tow. Mieczysław Hankus, Władysław Herman, Włodzimierz Janiurek, Bolesław Lubas, Piotr Mazelon, Jan Mitręga, Tadeusz Pyka, Roman Stachoń, Karol Stawarz, Jerzy Szuba, Ryszard Trzcionka. oraz członkowie Prezydium Woj. Rady Narodowej.

Kiedy w ostatnich dniach maja Andrzej był w samolocie lecącym na jego czteromiesięczne wakacje do Hawany, nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu. Miał na nosie przepisane przez okulistę, do którego skierował go lekarz badający wyjeżdżających w tropiki, okulary i wszystko nareszcie wyraźnie zobaczył.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Ewa (19)

We wrześniu rondo było już ukończone, uporządkowane i Ewa jadąc rano do szkoły i idąc do ronda na tramwaj nie mogła się nazachwycać nowoczesnością podziemnego przejścia. Ku jej rozczarowaniu, wszystkie oszklone witryny okazały się atrapami okien wystawowych, wykutymi w betonowej ścianie, ale okraszone różnobarwnymi neonowymi napisami informującymi o czymś czego nie było. Jedne witryny były ważniejsze, inne mniej, złudnie pokazywały nieosiągalne towary przemysłowe, lub sukcesy artystyczne śląskich artystów. Na półeczkach Ewa dostrzegła wytoczone z drewna figurki, malowane matowymi temperami i się nimi zachwyciła. Fakt, że nie będzie tokarzem skutkiem pomyślnie zdanych egzaminów do liceum zasmucał ją, bo nie będzie mogła nigdy sobie takich figurek wytoczyć. Ale wiedziała także, że tylko dzięki temu, że to nie są prawdziwe sklepy, tylko atrapy, nikt figurek nie wykupi i będzie się nimi cieszyć za każdym razem, kiedy będzie jechała do szkoły i wracała do domu.
Tunelem, gdzie strop z falistego eternitu połyskiwał świetlikami, po posadce z łamanego marmuru dochodziła do serca podziemia, okrągłego jak akwarium szklanego walca, gdzie mieściła się pachnąca kwiaciarnia. Ustawiały się tam tasiemcowe kolejki i trudno jej było nawet podglądnąć gałązki frezji i stojące we wiadrach astry letnie, różniące się zawsze od sprzedawanych później marcinków i złocieni. Być może brzydota wszelkich upominków – bo ładne, te z Cepelii były tak drogie, że dostępne tylko zachodnim turystom – zmuszała do kupowania kwiatów na wszystkie okazje, przez cały rok, na święta państwowe, kościelne, rocznice rodzinne na śląskie geburstagi i imieniny, które obchodzili osiedleńcy zza wschodniej granicy, a z biegiem lat wszyscy obchodzili wszystko. Ceny jednego kwiatka wahały się od 10 do 15 złotych, obowiązkowo dochodził do tego celofan i asparagus. Popyt na kwiaty podkręcały gazety, szkoły i domy rodzinne tresując dzieci w kierunku oszczędzania pieniędzy i pozostawienia ich właśnie tutaj.
Ewa obeszła kwiaciarnię dookoła. Symetrycznie grube, obłożone marmurem kolumny podpierały strop, a luki ścian między ogromnymi taflami szklanymi miały ślusarkę z aluminium. Między witrynami pozostawiono wnęki ze świecącym czerwonym neonem „Automat”. Miały być tu automaty z papierosami i cukierkami zakupionymi na Zachodzie, ale wiadomo już było, że one nigdy nie przyjadą. Zamiast tego przy każdym wyjściu na przystanki tramwajowe było okienko kiosku „Ruchu” i „WC”. Ewa oglądając z zainteresowaniem wszystko i obchodząc w koło kilkakrotnie, weszła tam i przeczytała cennik: kabina 1 zł, umywalka mydło ręcznik 50 gr, pisuar 80 gr, zanieczyszczenie kabiny 5 zł. Z trwogą zastanawiała się, jak można skorzystać z tego publicznego ustępu zaoszczędzając 5 złotych na jego zanieczyszczeniu i nie umyć rąk, chcąc też zaoszczędzić.
Kupiła w kiosku dwa bilety na tramwaj po 30 groszy i chciała koniecznie wysłać babci do Przemyśla pocztówkę z ronda. Pocztówki były produkcji monopolisty Biura Wydawniczego „Ruch” w Warszawie i wszystkie były czarno-białe. Wybrała jedną, przedstawiała hotel „Katowice” oraz nadziemną i podziemną część ronda. Kolorowe pocztówki, jak zapewniała kioskarka ukażą się w połowie przyszłego roku.
Minęła mozaikę ścienną przedstawiającą przekrój kopalni podobnej do wielkiej termitiery z wagonikami wciśniętymi w wąskie kanaliki korytarzy i schodami wyszła na powierzchnię.
Owiał ją wrześniowy, ciepły wiatr. Skwery porosła już anemiczna trawa, jednak wszystko przypominało bardziej pejzaż księżycowy, niż supernowoczesną metropolię. Za jej plecami na betonowych słupach wznoszono pierwsze piętra superjednostki. Dalej wzdłuż ul. Dzierżyńskiego robotnicy w waciakach i walonkach porządkowali łopatami skarpy. Na samym szczycie Armii Czerwonej mrugały zielone i czerwone światełka nowo postawionej sygnalizacji świetlnej. W czworokącie Armii Czerwonej, Marchlewskiego, Zawadzkiego i Klary Zetkin stało już ukończonych pięć powtarzalnych punktowców. Po drugiej stronie Armii Czerwonej wznoszono rusztowania pod budowę Spodka. Przed nią przesuwały się czerwone wagony tramwajów. „13” jechała z ulicy 1 maja, a „6” do Wesołego Miasteczka. Kiedy wracały, Ewa wsiadała do „6” albo do „13”, ale wtedy musiała na Rynku przesiąść się do tramwaju jadącego do Parku Kościuszki, gdyż „13” skręcała na Warszawską. Ewa nie miała o tym wszystkim pojęcia, miała 13 lat i nigdzie poza Koszutką nie wychodziła sama, a co dopiero jeździła, dlatego każda jazda po Katowicach była dla niej zupełną nowością. Toteż z wielkim zainteresowaniem oglądała po obu stronach Armii Czerwonej place budowy i ukończone budowle. Huczne otwarcie hotelu „Katowice” odbyło się 22 lipca. Hotel przygotowano na pół tysiąca miejsc, ale i tak w porównaniu z hawańskimi hotelami wydawał się Ewie mały i skromny.
Klasa liczyła sobie ponad 40 uczniów i tak jak z Danką sobie przyrzekły, usiadły razem zaraz na początku rzędu dla dziewcząt. Powitała ich bardzo młoda, piękna blondynka w błękitnej sukience. Miała staranną fryzurę całą w falach i lokach nie przypominającą tych sztywnych, nalakierowanych głów po trwałej ondulacji. Od razu wzbudziła w całej klasie sympatię. Była w tym pierwszym spotkaniu z ich wychowawczynią radość i niczym jeszcze nie zmącona duma, że wszyscy przyjęci uczniowie przeszli przez sito egzaminów wstępnych i że są coś warci. Danka, nie wiadomo skąd, wiedziała, że potrzebny jest format A4 i zaraz spytała, czy go ma. Ewa zaskoczona i zawstydzona, że nie wie, co to jest format A4 przyznała się, że nie ma. Kiedy dowiedziała się, że taki zeszyt musi każdy posiadać do przedmiotu WOS, czyli Wiedzy O Sztuce, przestraszyła się jeszcze bardziej, gdyż kolejki do papierniczego dopiero się rozpoczęły na dobre i ścisk był tak wielki, że nawet nie dałoby się spytać, czy takie zeszyty na Koszutce papierniczy „prowadzi”, czy trzeba szukać w mieście. Jednak Danka powiedziała, żeby się nie martwiła, że ona kupiła w Sosnowcu dwa i Ewie przyniesie. Faktycznie, przedmiot ten, prowadzony przez nauczycielkę, której rola polegała na podyktowaniu kilku definicji tłumaczących co to jest kultura i co to jest sztuka i z czego się składa polegał też na wklejaniu do zeszytu dużych obrazków ilustrujących te formułki, a mające być wykute na blachę i losowo sprawdzane na następnej lekcji. Uczniowie, którzy jakby się umówili, nie chcieli ich za żadne skarby zapamiętywać. Trudno też było mieć adekwatne obrazki do tematu lekcji. Zaczęli od starożytności. Ewa dysponowała tylko starymi „Przekrojami”, które cudem jeszcze nie zostały zabrane do szkoły przez nią i Andrzeja na makulaturę, ale żadnych pasujących obrazków nie było. Niemniej Ewie ten przedmiot bardzo się podobał i chłonęła wszystko, co nauczycielka znudzonym i beznamiętnym głosem im dyktowała.
Malarstwo polegało na przewróceniu krzeseł i ustawieniu ich na stolikach – zarezerwowane były dwie godziny malarstwa obok siebie, by uczniowie mogli zdążyć przywrócić klasę do poprzedniego stanu – gdzie na dużych teczkach kładziono papier pakowy i malowano na nim plakatówkami. Akwarele i wszelkie farbki na guziczkach z podstawówki były zabronione, łysiejący, ale jeszcze młody profesor od malarstwa cenił rozmach i uwolnienie się od „dziubdziania” i skupiania się na szczególe.
Ale najbardziej wszyscy lubili schodzić na sam dół budynku gdzie była pracownia rzeźby. „Rzeźbiarz” – tak nazywali profesora – był przemiły, wszystkim, cokolwiek wykonali z gliny się zachwycał, jednak powoli dążył, by zwierzątka które ulepili cały czas się syntetyzowały, aż wszystko zaczęło upodabniać się do pomnika „Rodzina”, którą właśnie na placu Grunwaldzkim oklejano mozaiką. Najlepsze jednonogie zwierzęta szły do odlewów gipsowych, były tak zsyntetyzowane, że nikt już ich nie kojarzył z żadnym naturalnym organizmem, stawały się wszystkie odciętym od przyrody pomnikiem nowoczesności.

Ewa wracała do domu, kiedy było już ciemno. Danka szła z koleżankami jadącymi w kierunku Zagłębia na pociąg, a na Koszutkę z klasy nikt nie jechał. Błądziła trochę po mieście, by nacieszyć się samotnością i swobodą. Na Warszawskiej w kawiarni „Kryształowa” cukiernicy pracowali podobno na trzy zmiany, w gablotach były wuzetki i kremówki, a na wystawie styropianowe torty, tłok był ogromny, kolejka stała przy szklanych gablotach skąd wynoszono owinięte w biały papier ciastka, a przy stolikach nie było miejsc. Całe pomieszczenie spowijał gęsty dym tytoniowy i Ewa przypatrywała się zza szyby wytapirowanym kobietom trzymającym niedbale papierosa przy uszminkowanych ustach.
Gazetka świetlna z pompą zawieszona na jednym z budynków w Rynku, właśnie ulegała demontażowi, robotnicy zdejmowali ostatnie elementy. Większość neonów nie świeciła, lub tylko miejscami i wtedy napisów nie można było przeczytać. Na „Separatorze” było pięć neonów, litery miały po 2,5 metry wysokości i o dziwo, wszystkie świeciły. Wnętrza części sklepów ozdobiono również neonowymi napisami. Trzy napisy miał „Polmag” reklamując maszyny górnicze, jeden napis „Separator” i jeden „Motozbyt” reprezentujący salon samochodowy.
Ewa wróciła tramwajem do Ronda. Ciepłe wnętrze żółtych neonówek nastroił ją nostalgicznie. Z miłością popatrzyła na kwiaciarnię i kłębiący się tam w dalszym ciągu tłum, mimo że już o 16 zamykano. Toczone figurki w gablotach stały i też popatrzyła na nie z lubością. Wyszła schodami na pasaż wzdłuż pawilonów przy ul. Dzierżyńskiego przy Niebieskich Blokach, zapewne oddanych do użytku 22 lipca. Tylko kilka z nich ziało pustką. Większość Dyrekcja MHD różnymi artykułami zagospodarowała. Był tu sklep z odzieżą „Dom Dziecka”, a na piętrze konfekcja damska i męska. Była też księgarnia i sklep „Cepelii”, oraz „SAM SPOŻYWCZY”. Przy skrzyżowaniu z Zawadzkiego w narożnym pawilonie bar „Alfa” miał zostać otwarty jeszcze w tym roku hucznym sylwestrem. W dzień planowano tam bar samoobsługowy, a od godz. 19 do 2 w nocy — lokal rozrywkowy z dansingiem. Po drugiej stronie Zawadzkiego pawilony ciągnęły się niemal do szkoły. W ostatnim planowano „Eldom” z pralkami i lodówkami.
Nie wiadomo, jak Krystyna to załatwiła, w każdym razie po wakacjach zainstalowano im telefon, o czym z radością powiadomiła wszystkie sąsiadki i znajome, z którymi robiąc zakupy wystawała na rogach ulic Koszutki. Najbardziej ucieszyła się Zosia, gdyż mogła teraz godzinami rozmawiać ze swoją przyjaciółką Krysią i narzekać na Józka. Krystyna nie mając obiektu do narzekań, gdyż Rudek był od niej w rozsądnej odległości, wysłuchiwała monologów Zosi obierając kartofle i lepiąc pierogi. Telefonem cieszył się Andrzej, który odbierał krótkie komunikaty od kolegów i koleżanek klasowych, gdyż tam od dawna wszyscy mieli telefony i zawsze czuł się z tego powodu kaleki. Maciek mieszkał w punktowcu i dzwonił do Andrzeja żeby się zapowiedzieć. Ewa planowała z Marzenką kilka lat temu, że przeciągną sznurek między domami i będą w specjalnym wagoniku posyłać sobie listy. Teraz nawet telefon okazał się niepotrzebny by porozumieć się z Marzenką, gdyż od momentu, kiedy poszły do innych szkół nikogo z klasy na ulicy już nie spotykała i cała ich bliskość gdzieś się nagle rozwiała.
Ale w listopadzie ktoś zaczął dzwonić i sztucznie zmienionym głosem prosił Ewę, która nigdy telefonów nie odbierała, bo wiedziała, że to nie do niej. Nikt w jej bliskim otoczeniu w klasie telefonu nie miał. Rozmowy te nie były przyjemne, raczej obraźliwe i naigrywające się z Ewy, szczególnie, że Ewa nie miała do czynienia z telefonem i się go bardziej bała, niż sprawiał jej przyjemność. Ewa zaczęła podejrzewać Marzenkę, gdyż podobne zabawy z jej telefonem były w ich dzieciństwie normą. Wydzwaniały do numerów abonentów z książki telefonicznej o egzotycznych nazwiskach i pytały:
– Czy pan Bułeczka? Pan Bułeczka wysłuchiwał jakiś mało dowcipnych uwag kojarzonych z jego nazwiskiem, a one szybko odkładały słuchawkę pękając ze śmiechu. Teraz dla Ewy było to tylko smutne. Ewa z trwogą odbierała te telefony, których sensu nie można było dociec i doszukać dowcipu. Po miesiącu nagabywań głos kazał Ewie przefarbować włosy na zielono, Ewa powiedziała, że nie ma zielonej farby. Następny telefon był o tym, że farba będzie nazajutrz pod wycieraczką. Kiedy Krystyna na dzwonek u drzwi otworzyła, Ewa z pokoju usłyszała tylko tupot, ktoś szybko zbiegał po schodach. Ktoś, kto tu niedaleko mieszka, pomyślała ze smutkiem Ewa. Faktycznie, pod wycieraczką znalazła papierową torebkę z zielonym barwnikiem w proszku kupionym w sklepie materiałów budowlanych.
To był ostatni tajemniczy telefon i ostatni raz Ewa cieszyła się z tego, że mają w domu telefon, po prostu udawała, że go nie mają.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Wanda (7)

Lekarz nakazał Wandzie w dalszym ciągu mielić sałatę przez maszynkę do mięsa i jeść jak najwięcej główek, ale najbardziej skutkowały środki uspokajające. W bezsenne noce Wanda potrafiła przeczytać grubą powieść i zjeść pozostały z jej imienin tort, tłumacząc się przed sobą, że ma chore gardło, na które kojąco działa masa migdałowa. Ale musiała wziąć się w garść, gdyż Krystyna zapowiedziała przyjazd na wakacje z dziećmi i trzeba było odnowić pokój i się do wakacji przygotować. W grudniu ubiegłego roku otworzono w Przemyślu Klub Międzynarodowej Prasy i Książki na ulicy Kościuszki i Wanda ucieszyła się, że dzieci tym razem nie będą się tak nudzić.

Załatwiała zaległe sprawy administracji kamienicy. W 1965 czynsze poszły w górę, kazano pobierać 2,30 zł. za 1 m2 powierzchni użytkowej miesięcznie i Wanda musiała przeliczać płatności wszystkich lokatorów.
Wiosna była zimna i musiała palić w piecu, przy którym i tak było zimno jak w psiarni. Rebenowa z dołu pojechała do Nowej Zelandii i nie paliła, przysyłała tylko wraz z świątecznymi życzeniami w kopercie dolary z prośbą, by Wanda przyjęła je jako czynsz. Rebenowa była po obozie koncentracyjnym i Wanda starała się zawsze pójść jej na rękę, szczególnie, że jak przyjeżdżała z Nowej Zelandii, przywoziła piękne ciuchy, które kupowała dla Krysi i Ewy w ciemno. Aksamity i jedwabne welury były tak piękne, że nadawały się na różne przeróbki bez względu na krój i rozmiar.
W maju ciągle lało, nie było zimnej Zośki, ale było cały czas chłodno. Prymas Wyszyński powołał Ogólnopolski Komitet Tysiąclecia i określono harmonogram obchodów roku jubileuszowego w poszczególnych diecezjach. Parafie nawiedzała kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, co łączyło się z uroczystościami przyjęcia i pożegnania obrazu, mającego przygotować parafian na uroczystości główne w Gnieźnie w przyszłym roku. Do Przemyśla obraz miał zawitać dopiero za dwa lata, ale już razem z Leśką śledziły peregrynację świętego obrazu, jego „pocałunku” z oryginałem z nasłuchów Wolnej Europy.
Śmierć w maju Marii Dąbrowskiej, która bohatersko zakazała w testamencie państwowego pogrzebu, co zostało przez Wandę i Leśkę przyjęte z entuzjazmem. Przed oficjalnym pochówkiem na Powązkach mszę za zmarłą celebrowano w Katedrze w Warszawie. Wanda wiedziała z Wolnej Europy, że Maria Dąbrowska wolała nawet, podobnie jak jej babcia Bieńkowska zabór austriacki, w którym były swobody i obfitość, niż Polskę dzisiejszą pod sowieckim butem.
W przemyskich sklepach umieszczano na widocznych miejscach napisy: „Prosimy klientów, by wpisywali swe uwagi do książki skarg i wniosków”, ale pozyskiwanie towarów odbywało się i tak poza ladą. Tabuny turystów nawiedzających Przemyśl w drodze do Bieszczad ogałacały półki z zup w proszku i paprykarza szczecińskiego, poza sklepami spożywczymi rozpaczliwie szukano tu namiotów, plecaków, worków turystycznych, lamp naftowych, nafty, świeczek, butli gazowych, ubrań sportowych, skórzanych butów, termosów, manierek, kocherów, menażek, plastikowych butelek, turystycznych kompletów garnków aluminiowych.
Emil wiedział, kiedy pójść na Franciszkańską i ustawić się w kolejce w sklepie „22 Lipca, dawniej E. Wedel” mimo, że terminy rzucania towaru do sklepów były trzymane w tajemnicy. Z Franciszkańskiej nie tylko przynosił triumfalnie ptasie mleczko, torciki wedlowskie, ale z Delikatesów nawet to, co można było kupić tylko w sklepach PKO: „Żubrówkę”, „Jarzębiak”, „Soplicę” i „Winiak”, a także „Cherry Cordial”, „Krupnik” i „Blackberry Liqueur”. W czasie, kiedy Emil nie przyniósł jeszcze nowych dostaw, piły z Ginalską spirytus pomieszany z sokiem, który Wanda robiła z porzeczek, malin i wiśni rosnących w ogrodzie.
Nie zrażały Emila ani przeciągające się częste remanenty sklepowe, ani sprzedaż wiązana, polegająca na przymusowym kupowaniu towaru który „nie schodził”, z tym pożądanym i niezbędnym. Codziennie wyruszał na zakupy z pełną ufności energią w swój spryt i pomysłowość, nie dawał się oszukiwać na wadze ani rentgenom do prześwietlania jaj, ani przekupkom na targu, które też chciały mu zepsute jaja wcisnąć. Biały twaróg degustował z końców noży podsuwanych mu przez przekupki i długo próbował zanim zdecydował, który ser w pełni zadowoli Wandę. Przynosił też z targu wiązankę kwiatów i zawsze świeże kwiaty od wiosny stały w salonie.
30 maja odbyło się głosowanie do Sejmu i Rad Narodowych. Jedyną możliwością było zagłosowanie na program Frontu Jedności Narodu. Nikt z nich nie miał pojęcia, co to za program i mimo drobiazgowego oglądania telewizji nie sposób było zrozumieć o co komunistom w nim chodzi. Sam Gomułka zaapelował o głosowanie „bez skreśleń”. Byli tak przestraszeni, że nie wchodzili za zasłonkę, gdzie można było skreślać do woli i wypisywać różne świństwa pod adresem władzy. Ale nikt za zasłonkę nie wchodził. Posłusznie wsunęli do koperty białą, kremową i różową kartkę z nie znanymi sobie nazwiskami, o których nie chcieli także nic wiedzieć.
Wieczorem w telewizji oglądali, jak w otoczeniu reporterów Kroniki Filmowej, Polskiego Radia i Telewizji Władysław Gomułka, jego żona Zofia i syn Ryszard dostają karty do głosowania, wkładają je do koperty, podchodzą do urny i wrzucają. Potem ZMS-owcy i harcerze witają Gomułkę kwiatami i prowadzą na wystawę fotograficzną „Lato harcerskie”. Gomułka niby przypadkiem mówi kilka słów do mikrofonu w odpowiedzi na zapytanie na kogo głosował. Mówi, że głosował Na Front Jedności Narodu. Dodaje, że wie, że wyborcy orientują się, co zawiera program Frontu Jedności Narodu z kampanii przedwyborczej.
Mimo wszystko Wanda uwielbiała telewizję i wszystkich spikerów. W chwilach euforii zdolna była swoim pięknym, przedwojennym pismem zakwestionować pewne wypowiedzi ulubionej spikerki i wysłać list do Warszawy na Woronicza. Nie dostawszy nigdy odpowiedzi zaklinała się, że po wysłaniu listu spikerka skierowała pewne zdania tylko do niej i znacząco na nią patrzyła. Wanda wiedziała, że spikerka samowolnie nie może niczego wypowiedzieć publicznie i była jej za ten widomy znak bardzo wdzięczna.
Jej ulubione programy, „Sfinks”, „Kobra” i serial z „Kapitanem Klossem” były na czas wakacji zawieszone, natomiast rozwodzono się wszędzie nad talentem żony premiera Cyrankiewicza poświęcając całe szpalty czasopism i czas w telewizji. Bardzo się nabijały z Niny Andrycz, Ginalska nawet ją celnie parodiowała pijąc przy ceratowym stole w kuchni kolejny kieliszek „mamy z tatą”, czyli spirytusu z sokiem. Tymczasem wychwalające pod niebiosa heroiczne życie Niny Andrycz, która potrafiła łączyć teatr z rautami z Chruszczowem w Moskwie było godne tylko pozazdroszczenia, gdyż Nina Andrycz nie tyła.
„ W kuluarach już się mówi o dodatkowej pracy artystki nad poskromieniem świątecznego apetytu ze względu na strój bohaterki, która występując w spodniach, musi zadbać o wyjątkową smukłość.” – donosiły gazety.
Niestety wszystkie trzy – sąsiadka z piętra wyżej Gina Ginalska, Leśka i jej siostra Wanda z biegiem lat przybierały na wadze. Wanda, która zeszczuplała w czasie okupacji 40 kilogramów ważyła teraz o wiele więcej niż przed wojną.
Nim przybyły wnuki z Katowic z Krysią, do Przemyśla zjechał syn Wandy Leszek i przywiózł dziesięcioletnią Mirkę, która nie czekała na świadectwo szkolne i zabrała się z ojcem, by zostać w Przemyślu resztki czerwca i lipiec. Leszek też utył we Wrocławiu i Wanda czuła się zawsze lepiej wśród grubasów. Jedynie widok tyczkowatego Emila psuł jej nastrój, szczególnie, że Emil jadł o wiele więcej niż wszyscy, nigdy się nie odchudzał i nie ograniczał.
Leszek opowiedział o Dniach Zwycięstwa we Wrocławiu, do którego zjechała cała generalicja sowiecka, delegacja Armii Radzieckiej z marszałkiem wojsk pancernych Pawłem Pawłowiczem Połubojarowem i żołnierze Pierwszej i Drugiej Armii Wojska Polskiego. Na wrocławskim polu marsowym byli harcerze i uczniowie szkół, też i Mirka ze szkołą i Leszek, który przeszedł w stopniu chorążego w korpusie oficerów piechoty Oficerskiej Szkoły Piechoty nr 1 imienia Tadeusza Kościuszki z Krakowa do Wrocławia. Wszystko było blisko ich domu, na Sępolnie.
Ale potem w telewizji Gomułka potępił episkopat polski, że nie uczcił 20-lecia zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami i powrotem Ziem Zachodnich do Macierzy i zaczęto się rozpisywać o tym, że Kościół polski jak i niemiecki nie uznaje granicy na Odrze i Nysie.

Wanda położyła trójkę wnuków i Krysię w swoim pokoju na podłodze na materacach dmuchanych i pierzynach, a Leszek spał w salonie na tapczanie Franciszka. Nazajutrz wszyscy poszli na ciuchy, a Wanda rozpaliła ogień pod węglową kuchnią i ugotowała obiad na sześć osób. Pomagał jej Emil, który gotował osobno obiad dla siebie i Leśki, ale w końcu wszystko wyszło razem na osiem osób i jak wrócili z ciuchów, jarzynowa, kotlety schabowe z młodą kapustą, młodymi kartoflami i sałatą, której Wanda nie zdążyła zmielić oraz upieczony wcześniej przez Emila makowiec czekały na nich w środkowym pokoju zwanym salonem.
Leszek kupił Ewie, czyli swojej chrzestnej, radio tranzystorowe od ruskich na klawisze, a Andrzej kupił sobie od nich najnowszy model aparatu fotograficznego „SMIENA 8”. Robił nim fotografie całe lato i dawał do wywołania wraz z odbitkami na Franciszkańską.
Leszek, jako pracownik miejskiej rady narodowej w wydziale kultury opowiedział przy stole że Panorama Racławicka już niedługo będzie we Wrocławiu do zobaczenia. Wszyscy się ucieszyli, szczególnie Krystyna, która zawsze we wrześniu była zwalniana z zajęć szkolnych, by móc pojechać z rodzicami na Targi Wschodnie do Lwowa. Ojciec obowiązkowo śledził tam wszystkie budowlane nowalijki, a Krystyna przywoziła sobie nową maskotkę, gdyż w ramach reklamy Franciszkowi dawano drewniane i filcowe zabawki. Potem szli obowiązkowo oglądać Panoramę Racławicką Wojciecha Kossaka i Jana Styki w specjalnie zbudowanym dla tego dzieła okrągłym budynku i na zakończenie dnia na ciastka do „George’a.” Po oddaniu przez władze radzieckie płótno nawinięto na bębny i złożono w magazynach Muzeum Śląskiego we Wrocławiu.
Leszek był tydzień i bankietom nie było końca. Jeszcze w pierwszym dniu jego pobytu, po ciuchach przyszła ciocia Isia, Janka, mecenas Janek brat Wandy i Leśki, ciągle też wpadała Ginalska.
Dzieci z Krystyną zaraz poszły nad San gdyż pogoda była przepiękna. Wanda dała im słoik z pokrajanymi w cienkie plasterki zielonymi ogórkami i pomidorami. Dodała posiekaną cebulkę i zalała wszystko śmietaną, osobno dała dla wszystkich srebrne widelce i sztangle, które zaraz rano Emil jeszcze ciepłe przyniósł z piekarni. Przekroiła, posmarowała je grubo masłem i przełożyła pokrojonymi w plasterki kotletami schabowymi. Spodziewała się ich powrotu dopiero za kilka godzin i wiedziała, że i tak wrócą piekielnie głodni. Obładowani kocem w kratę, termosem, gdyż Krystyna nie cierpiała zimnych napojów i zdobytej przez Emila Polo-Cocty. W Katowicach nie można jej było kupić, miała dodatek kofeiny, była musującym ciemno-brązowym napojem i podobnym do coca-coli.
San był płytki, upały wysuszyły go jeszcze bardziej, ale chłopcy budowali tam tamy i tworzyli miejsca, gdzie można było skakać na „główkę”. Andrzej robił salta i skakał z przemyskimi chłopcami, Ewa z Mirką i Krystyną pływały wzdłuż brzegu. Mirka chodziła na olimpijski basen na Sępolnie i nie ustępowała Ewie w pływaniu. Była bardzo piękną, czarnowłosą dziewczynką o niebieskich oczach i Ewa była w niej zakochana, cały czas ją rysowała. Razem chodziły bawić się do ogródka jordanowskiego, który powstał między kamienicą cioci Isi, a kamienicą babci Wandy. Pająkowa miała klucz do ogródka i wcześnie go otwierała, tak, że nim Wanda z Krystyną ugotowały obiad i zaplanowały wspólne wycieczki, one już były w tym ogrodzie gdzie były huśtawki i dzieci bawiły się w chowanego. Kika, mieszkająca naprzeciwko mieszkania Wandy opowiadała o szkole przemyskiej, która zawsze łączyła się z parafią, a dzieci poszczególnych parafii walczyły ze sobą. Jednak Ewa najbardziej lubiła przebywać sama w ogrodzie babci, pozostawiała wtedy Mirkę z podwórzowymi koleżankami i szła tam, gdzie nie było nikogo. Ogród był niewielkim kawałkiem ziemi, graniczył z wybetonowanym podwórzem przy którym wznosiła się sąsiednia kamienica z balkonami i otwartymi latem oknami. Podwórze przed wojną było pokryte materiałami budowlanymi, dziadek Franciszek zgromadził tam deski, piasek i cegły na budowę następnego członu kamienicy, ale wszystko w czasie wojny zostało rozgrabione. Teraz wskakiwał tam kot Ginalskiej, rzucał się na Ewę, wbijał paznokciami w sukienkę. Ewa, która nigdy nie bała się kotów nie wiedziała, dlaczego jest taki agresywny i jej nie lubi smuciła się tym bardzo. Jednak mimo tych napaści i zajętego już przez kota terytorium nie potrafiła odmówić sobie przyjemności przebywania samej w ogrodzie, do którego prowadziły podwójne, oszklone drzwi klatki schodowej zamykane na klucz. Do ciemnej sieni zza krętych schodów buchał żar ogrodu z oślepiającym oczy słońcem. W skwarze upalnego lata krzaki niedawno przekwitłych piwonii wydzielały jeszcze woń, która narkotycznie mieszała się z zapachem przejrzałych porzeczek i owocującego właśnie szpaleru malin wzdłuż ogrodzenia. Na małym drzewku dojrzewały wiśnie, jedyna jabłoń miała już małe jabłuszka i nie skoszona trawa sięgająca jej do pasa kwitła i pachniała. Zanim babcia zawołała ją z balkonu na obiad Ewa równoważyła się wewnętrznie, by móc sprostać tabunom ludzi, krewnych, sąsiadek i koleżanek babci, wszystkim którzy przewijali się przez ich mieszkanie. Potem po obiedzie Wanda wkładała jedwabne garsonki, letni kapelusz i rękawiczki. Podobnie ubierała się Leśka i tak z Emilem w jasnym garniturze szli do Bakończyc na spacer, a Andrzej co jakiś czas wstrzymywał pochód, by wszystkich fotografować. Wracając nigdy nie odmawiali sobie przyjemności wstąpienia do małej, prywatnej cukierni z jednym stolikiem w oficynie między ulicą Mickiewicza a Dworskiego.
Wieczorami grali w remika z Emiliem i Leśką, Leśka grała zawsze przeciwko swojemu mężowi i podawała karty na pantoflu pod stołem, a Emil nigdy się nie zorientował. Andrzej robił wypady na filmy na Zasanie do kina „Bałtyk”, ale nie chciał ich opowiadać. Nawet „Przeminęło z wiatrem” było nie do opowiedzenia, bo Ewa nie wiedziała co znaczy zniewolić kobietę, a Andrzej nie zamierzał jej tego wyjaśniać.
W sierpniu, kiedy Leszek powtórnie przyjechał zabrać córkę na wczasy do Świnoujścia, Andrzej z Ewą chodzili odwiedzać mieszkającą przy katedrze Jadzię, która była w wieku Ewy i właśnie dostała się do średniej szkoły muzycznej. Niestety, Jadzia musiała całymi dniami grać na fortepianie i niewiele pozostawało na cieszenie się jakimkolwiek towarzystwem. Andrzej zaczął umierać z nudów i z braku towarzystwa, tęsknić za swoimi szkolnymi kolegami i inną niż Szopen, muzyką. Zaczął drobiazgowo i systematycznie opisywać odbitki zdjęć na ich odwrocie, opatrując każdą z nich informacją o parametrach jakich zrobione było zdjęcie, ale kółka zębate Smieny starły się w końcu i przestały przewijać rolkę filmu, a Andrzej robić zdjęcia.
W telewizji pokazali wypadki w Watts i Andrzej w metrowej odległości od telewizora z powodu swojej postępującej krótkowzroczności śledził je z ogromną uwagą, gdyż wszystkie ważne zespoły muzyczne składały się z czarnoskórych muzyków i większość była z Los Angeles. Telewizja kibicowała Murzynom, pomstowała na potworne warunki ludności murzyńskiej i brutalnemu traktowaniu przez policję. Podawano, że już zginęło 28 osób, 600 rannych i 2 tys. aresztowano. Martin Luther King wsparł żądania czarnej ludności, z gubernatorem Brownem ustalili jakieś programy naprawcze, King miał zastrzeżenia co do brutalnych metod tłumienia buntu przez szefa policji Parkera, ale wszystko cały czas przysłaniały palące się domy, drzewa i samochody. Polscy reporterzy grzmieli, że ludność murzyńska żyje w straszliwej nędzy w getcie w Watts i panuje tu powszechne bezrobocie. Niestety, w kłębach dymu i pożarów nie można było zobaczyć w jakich domach mieszkają Murzyni,
w 5-dniowych zamieszkach zginęło 33 ludzi, w tym 27 Murzynów, rannych było 762 osób, a w więzieniu siedziało 2300 demonstrantów. Straty wyceniono na 175 milionów dolarów.

Krysia z dziećmi szykowali się do wyjazdu. Amerykańskie ciuchy kupione na targu wysłali paczkami razem z zeszytami szkolnymi. Wszystkie podręczniki dla szkół średnich były na talony i były w sprzedaży.
Zabrakło brulionów ale za zeszytami bezdrzewnymi Ewa stanęła w kolejce w papierniczym na Mickiewicza i dostała.
Wanda płakała jak wyjeżdżali.

Październik był jednym z najładniejszych miesięcy tego roku. Przemyśl powoli stygł i otrząsał się ze swojego wakacyjnego wigoru, wracał do pozycji sennego, małego miasteczka. Młodzież powoli autostopem, pociągami i autobusami wracała z Bieszczad. Milkły wieczorne pochody w podcieniach Rynku przy dźwiękach gitary, wygłupy studentów i pijackie, ordynarne zaśpiewy o Krupskiej co nie dała dupska, romantyczne o Beacie i wreszcie o jesiennym liściu, który przemówił, o pustych kopertach, które dzięki znikomym kosztom znaczków pocztowych można było słać do woli.
Wanda pogrążyła się w telewizyjnych wiadomościach, gdzie co wieczór pomstowano na jej ukochany kościół. Nie mogła zrozumieć ani orędzia biskupów, które było odczytane na ambonie u Reformatów, ani jego telewizyjnych przeciwników. W telewizji wypowiadali się poszkodowani i dotknięci tym listem. Seweryna Szmaglewska, autorka „Czarnych stóp” wymieniła wszystkie zbrodnie hitlerowskie i jako więźniarka Oświęcimia, a teraz członek Prezydium Rady Ochrony Pomników Męczeństwa i Pamięci opowiedziała o pacyfikowanych wsiach, palonych domach i karabinach maszynowych esesmanów wymierzonych w nagie ciała więźniów biegnących po śniegu. Potem pokazano w zakładach pracy, instytucjach, na wyższych uczelniach, na wsi, masówki przeciwko tezom orędzia biskupów polskich do biskupów niemieckich. Protestowali tramwajarze, budowniczowie kombinatów, studenci, profesorowie, mieszkańcy osiedli, Słuchacze Wieczorowej Szkoły Aktywu ZMS, Działacze Pałacu Młodzieży, stoczniowcy. Codziennie wymieniano nową grupę społeczną, która wiecowała, wygłaszała rezolucje i wyrażała sprzeciw. Podkreślano, że list episkopatu polskiego spotkał się z uznaniem i pochwałą dzienników zachodnioniemieckich,
19 grudnia u Reformatów przeczytano z ambony komunikat Sekretariatu Episkopatu, że list do biskupów niemieckich jest listem religijnym, nie politycznym, że Episkopat przemawiał w imieniu katolików, a nie w imieniu Narodu, że granice na Odrze i Nysie uważa za nienaruszalne i Wanda odetchnęła z ulgą.

Opublikowano czytam więc jestem | Skomentuj