Lata sześćdziesiąte. Krystyna (14)

Wbrew protestom Ewy, Krystyna pojechała z nią tramwajem do szkoły na drugi dzień po przylocie z Kuby i dała dyrektorowi butelkę rumu Bacardii i pudełko cygar, a wychowawczyni korale z nasion. Dała, bo wiedziała, że Ewa włóczyła się z Zieleńcównymi i ani razu nie zajrzała do wyciętych z podręczników kartek z końcowymi rozdziałami, nie miała pojęcia co przerabiali i na pewno nie zdałaby egzaminu promocyjnego do następnej klasy. A tak przyszła bez świadectwa z klasy pierwszej i była już ze wszystkimi uczniami w klasie drugiej.

Jak się okazało, podczas nieobecności Krystyny w Polsce, zaraz po hucznych obchodach lipcowego święta, w niespełna pół miesiąca, ceny jedzenia poszły w górę, najtańsze ryby – dorsze i śledzie – kosztowały teraz dwa razy więcej niż cztery miesiące temu, kiedy wyjeżdżali na Kubę. Krystyna nigdy nie paliła w domu jak była sama, paliła mało, tylko do towarzystwa zapalała damskiego, by poczuć się we wspólnocie, gdyż wszyscy palili i nie chciała się wyróżniać. Palono na ulicach, na przystankach, na klatkach schodowych, w urzędach, klasach, korytarzach szkół i przedszkoli, boiskach, placach zabaw, parkach, palono w szpitalach, izbach porodowych, gabinetach lekarskich, tramwajach i autobusach. Toteż podwyżka cen papierosów Krystynę nie zabolała, zastanawiała się jednak nad dziwnym uzasadnieniem ich wyższej ceny. Motywowano to próbą powstrzymania społeczeństwa polskiego od palenia.

Czekały ją też inne zmiany. W telewizji „Kabaret Starszych Panów”, na który Krystyna czekała z utęsknieniem pozbawiona telewizora w Hawanie przestał się ukazywać. Największą gazetę codzienną Górnego Śląska „Trybunę Robotniczą” dostał Zagłębiak Maciej Szczepański, kierownik Wydziału Propagandy i Agitacji Komitetu Wojewódzkiego.

Kiedy Krystyna chcąc mieć program telewizyjny na cały tydzień nie znajdując już wykupionego rano Dziennika Zachodniego kupiła Trybunę Robotniczą dowiedziała się, że gazeta ambitnie postanowiła sama zbierać materiały ze świata i wysyłać wszędzie swoich korespondentów: Maciej Szczepański właśnie niedawno wrócił z Kuby i nie omieszkał o tym w swojej gazecie napisać w „Korespondencji własnej TR z Kuby”
– „(…) W ogóle to co najbardziej rzuca się w oczy przybysza to mnogość różnych haseł, transparentów, portretów itd. Np. jadąc z lotniska do centrum Hawany widziałem dom, wysoki na 18 pięter i szeroki chyba na jakieś 80 metrów. Prawie całą elewację — olbrzymi prostokąt zajmował portret Fidela Castro. Nie ma pomyłki — portret 18 pięter wysokości i 80 metrów szerokości i to w kolorach. To się nazywa rozmach! Gdyby to widzieli katowiccy specjaliści od propagandy wizualnej zaparłoby im dech ze zdumienia, zresztą tak jak i mnie.(…)
– czytała Krystyna słowa korespondenta, który zwracał uwagę zupełnie nie na to, co każdy normalny podróżnik odwiedzający przepiękną tropikalną wyspę. Szczepański ubolewał też, że Hawana nie ma ronda ”takiego, jakie cieszy oczy i serca katowiczan”.
Akurat domy całej Koszutki były pokryte szczelnie gigantycznymi płachtami propagandowymi i Krystyna nie miała pojęcia gdzie jeszcze Maciej Szczepański chciałby na modłę kubańską coś tu wycisnąć.
Przez cały biurowiec na Placu Grunwaldzkim niczym fryz zwieńczający dach biegł transparent z napisem 1000 lat Państwa Polskiego, a pod nim kilkumetrowy portret Gomułki i takiej samej wielkości godło polskie, biały orzeł bez korony na czerwonym tle. Nie lepiej było na Niebieskich Blokach, wzdłuż Dzierżyńskiego. Na każdym budynku wisiał kilkometrowy portret, między innymi Jurij Gagarin i obok godło Związku Radzieckiego.
Widocznie ta część Koszutki nie obchodziła Milenium – pomyślała Krystyna – a przygotowywano się już do obchodów Rewolucji Październikowej. Wszystkie wznoszone tu bloki i rysująca się spod rusztowań okrągła bryła „Spodka” pokryte było czerwonymi flagami i portretami. Z racji mnogości świąt państwowych wisiały tam permanentnie ogromne płachty czerwonobiałych transparentów i realistycznych portretów.

Dalej z dużym zainteresowanie Krystyna w „Trybunie Robotniczej” przeczytała o Berlinie Wschodnim, który w XVI wieku objęty był murem i dlatego widocznie wrócono teraz do tej starej tradycji obronnej. Budują tam właśnie 360-metrowej wieżę telewizyjną w kształcie Iglicy w centrum na Aleksanderplatz, gdzie w obrotowej kopule zrobią kawiarnię. Redaktorzy Trybuny Robotniczej obiecywali na łamach swojej gazety, że po ukończeniu tego cudu enerdowskiej techniki windą wjadą do kawiarni, wypiją kawę i opowiedzą o tym swoim czytelnikom. Gazeta, jak zauważyła Krystyna, stała się pod redakcją Macieja Szczepańskiego bardziej elastyczna, swojska i kumpelska. Krystyna wiedziała, że spoufalanie się Organu PZPR ze zwykłą obywatelką taką jak ona nie wróży nic dobrego, szczególnie, że redaktor naczelny obiecał czytelnikom w artykule wstępnym wzmocnienie Trybuny Robotniczej nowymi dziennikarzami -ideowcami i zwiększenie nakładu tak, by można było ją czytać w całej Polsce i oglądać świat właśnie tak, jak oni go widzą.

Według doniesień Trybuny Robotniczej, rok pod względem zbiorów był wyjątkowo udany i mają rzucić na rynek, jak czytała Krystyna, więcej jarzyn i owoców, a ich ilość, jak i mięsa w sklepach, ma się zwiększyć o 15 procent, natomiast dostaw makaronu, cukru i soli nie będą zwiększać, gdyż rynek tymi towarami jest nasycony. Wszystko to możliwe, dzięki nowemu młynowi w Jarosławiu, i nowym zakładom mięsnym w Olsztynie, nowej hali uboju w Łodzi, nowym magazynom nasion roślin w Brzegu i Bielsku, nowej wytwórni pasz w Przeworsku, nowym zakładom do produkcji mrożonek i soków jabłkowo-różanych w Przemyślu.
Niestety, nic z tych optymistycznych wieści nie przekładało się na ponury dzień Krystyny nie mogącej się przyzwyczaić po powrocie z Kuby do codziennych kolejek. Optymistycznie, na ulicy Morcinka w koszutkowym barze mlecznym „Diana”, Krystyna odkryła, że zaczęto sprzedawać kurę w rosole z makaronem. By ją upolować, kupić i podać na obiad w domu, trzeba było nie lada zapobiegliwości. Kura była odświętnym daniem, praktycznie nieosiągalna w sprzedaży, kupowano kury wiejskie z piórami od przywożącej je starą Warszawą gosposi z zagłębiowskie wsi, ale Krystyna wzdragała się na myśl, by miała skubać i opalać nad gazem kurę. A tu niespodzianka, kura w mlecznym barze! Obiad niedzielny gotowy.

By uniknąć jesiennego poboru do wojska, chrześniak Krystyny Witek w czasie, gdy rodzice byli w pracy, zażył coś co dostał od wrocławskich hipisów, z którymi zamiast w szkole przebywał od dłuższego czasu i wtajemniczając młodszą siostrę Mirkę, kazał jej o określonej porze zadzwonić na pogotowie ratunkowe.
Krystyna pojechała do Wrocławia najbliższym pociągiem w odpowiedzi na telegram Renii. Kiedy po zakrapianym koniakiem wieczorze na Sępolnie podczas którego zrozpaczona Renia i nic nie mówiący Leszek starali się wymóc na Krystynie pozostanie na dwa tygodnie we Wrocławiu, by doglądała ich syna, podczas gdy oni muszą chodzić do pracy, zgodziła się jedynie na kilka dni.
Nazajutrz pojechała tramwajem na Kraszewskiego i znalazła Witka w ciężkim stanie psychicznym. Już sam widok poniemieckiego szpitala z czerwonej cegły o okratowanych oknach wybudowanego u schyłku XIX wieku w neogotyckim stylu wiał grozą. Podobno ulgę chorym przynosił pół wieku temu sam Alois Alzheimer, który jako profesor zwyczajny i dyrektor kliniki Königlich Psychiatrischen und Nervenklinik wprowadzał bardziej ludzkie traktowanie chorych, jak brak kaftanów, spacery i wycieczki. W polskim Wrocławiu przywrócono bezwzględny styl opieki nad psychicznie chorymi.
Kiedy weszła po wysokich schodach na trzecie piętro – windy tu nigdy nie było – i dopukała się do zamkniętych drzwi korytarza, które po dłuższej chwili jej otworzono, uderzył ją widok spowitego dymem papierosowym ciemnego korytarza, po którym, jak na więziennym spacerniku wędrowało w pasiastych piżamach kilkadziesiąt strzępów ludzkich. Ludzie ci nie zwrócili na nią najmniejszej uwagi, krążyli tak pogrążeni w sobie, nieobecni, nie ustający w chodzeniu, nie interesujący się nikim i niczym. Witek próbował opowiedzieć Krystynie poszczególne przypadki jego towarzyszy niedoli, którzy byli autentycznymi wariatami, a nie takimi jak on symulantami. Chociażby ten – wskazał palcem – który wszystkim zabiera pantofle i chowa w swoim łóżku i nie daje ich sobie odebrać. To przypadek najłagodniejszy – dodał. O innych nie chciał mówić.
Witek, z natury wesoły i dowcipny, cierpiał teraz na prawdziwą depresję z powodu wieści o czekających go udrękach. Dowiedział się, że wszystko i tak poszło na marne, że musi tu jeszcze pobyć jakiś czas, ale wszelkie koneksje ojca, by go stąd wyrwać zaowocowały jeszcze czymś gorszym: wiosną i tak pójdzie do wojska.

Po powrocie z Wrocławia Krystyna przypatrywała się pracom budowlanym przy wnoszeniu nowego dworca kolejowego. W tym celu wyburzono i pozamykano wiele sklepów MHD, delikatesy dworcowe, dwa sklepy na Kościuszki. Na Rynku właśnie demontowano gazetkę świetlną, którą się swego czasu tak zachwycały z Zosią. Podobno kosztowała miasto milion złotych. Przy Skośnej stało trochę gapiów oglądających przykrywanie Rawy. Rzeka, a właściwie brudny ściek, jak donoszono już od jakiegoś czasu, jest przykrywana belkami i płytami betonowymi od Armii Czerwonej do Zawadzkiego i będzie płynąć tylko pod miastem. Kończono budowę ogromnego biurowca „Separator”, a budowa Superjednostki – nowoczesnego budynku mieszkalnego na palach złożonego ze zlepionych ze sobą czterech wieżowców – była zaawansowana.

Przeszła na drugą stronę Armii Czerwonej, by wstąpić do Delikatesów, ale tam stała ogromna kolejka. Czekano, by móc wejść do sklepu. Były dwie kolejki po koszyk, potem do kasy, a nigdy nie wiadomo, co jest w sklepie do kupienia, ponieważ nie da się do niego wejść. Nie weszła i poszła dalej.
Minęła rozkopane miejsce, gdzie był cmentarz żołnierzy radzieckich. Przygotowywano teren na wzniesienie pomnika Powstańców Śląskich. Weszła pod Rondo. Niewielu przechodniów przemykało podziemnym przejściem słabo oświetlonym świetlówkami. Nikłe światło dawały witryny z kolorowymi neonami reklamujące najnowsze spektakle Opery Śląskiej i Teatru Wyspiańskiego. Już minęły czasy, kiedy z Zosią chodziły na premierowe spektakle. Miała teraz inne sprawy na głowie, a teatr zastępował jej telewizor.
Próbowała zrobić po drodze zakupy w pawilonach wzdłuż Armii Czerwonej. Po wyjściu z podziemia przeszła na przeciwną stronę ulicy. Powstała tam w czasie jej nieobecności mleczarnia, gdzie był dawniej sklep z podrobami. Krystyna nie miała pojęcia co powodowało ciągłe przetasowania sklepów, do których mieszkańcy się przyzwyczaili. Zastanawiała się, czym Centrala kieruje się wprowadzając te kosztowne zmiany, które nie zmniejszają kolejek i nie zwiększają asortymentu sprzedawanych towarów na półkach. Były tu oprócz serów i margaryny też jaja. Sprzedawano jaja świeże, chłodnicze i wapnowane oznakowane czerwoną, zieloną i czarną pieczątką. Ponieważ jaja nim dotrą do sklepu muszą przejść przez długie procedury w hurtowniach centralnych i przejechać kilkaset kilometrów pociągami i nawet te „świeże” mogły okazać się nieświeże. Dlatego klient miał prawo zażądać prześwietlenia kupionych jaj w specjalnie do tego celu wymyślonych urządzeniach, co przedłużało zakupy i wywoływało nieskrywaną niechęć ekspedientki.

Ale zazwyczaj i tak nigdy nie było jaj „świeżych” i Krystyna z konieczności kupowała do gotowania i pieczenia „chłodnicze”, które też nie zawsze były w sklepie. „Wapienne” zalegały półki sklepowe i wydzielały specyficzny odór. Krystyna nigdy ich nie kupowała, natomiast świeże jaja dla dzieci kupowała tylko u gosposi z Zagłębia, która przywoziła je raz w tygodniu starą Warszawą.
Zakłady Jajczarsko-Drobiarskie w Chorzowie-Batorym rozdzielały jaja z ogólnopolskich hurtowni na cały Śląsk i szukanie jaj w innych sklepach i miastach nie miało sensu.

Zapłaciła nowym banknotem 1000-złotowym z portretem Mikołaja Kopernika, który właśnie wszedł do obiegu z racji millenijnych obchodów. Obok w pawilonie ZURiT-u próbowała dowiedzieć się, jak może zregenerować kineskop w telewizorze. Nowy konszowałby ponad 1600 złotych, ale o 30% taniej wychodziła regeneracja starego. Niestety, jak ją poinformowano, takiej regeneracji dokonuje się tylko w Warszawie, ale, jak zapewniali Krystynę w sklepie, punkt regeneracji kineskopów planuje się otworzyć też w Katowicach, wystarczy tylko poczekać. Telewizor Krystynie chodził coraz słabiej, a po wyłączeniu pojawiała się na czarnym tle jaśniejąca plamka, co oznaczało, że kineskop ledwo dyszy. Jednak postanowiła poczekać.

Wróciła na deptak wzdłuż Niebieskich Bloków. Na rogu budowany pawilon „Elegancji” był jeszcze w stanie surowym. Miał się składać z dwóch części i mieć charakter usługowy. Oprócz damskiego i męskiego krawiectwa miarowego będzie świadczyć usługi modniarskie, robić przeróbki i artystycznie cerować. Właśnie robotnicy na rusztowaniach pokrywali elewację płytkami z terakoty i montowano nad salonem damskim neon z napisem „Beata”, a nad męskim „Karol”.
Pawilony przed Niebieskimi Blokami lśniły nowością, a rząd kwietników z żółtymi bratkami w kwadratach, których boki stanowiły niskie ławeczki, napawał Krystynę optymizmem i poczuciem bezpieczeństwa. Po powrocie z Kuby uświadomiła sobie, że oto jest u siebie, a nie wśród tych nie do zniesienia upalnych tropików.
Wanda, by nie zostawić przemyskich kamienic na zbyt długo, szczególnie, że proces o zagrabiony ogród przez sąsiadującą z posesją Wandy szkołą miał się rozpocząć, przyjechała do Katowic niedługo przed świętami Bożego Narodzenia.
Krystyna zaraz zaprowadziła matkę do świeżo oddanej katowiczanom Centralnej Przychodni Specjalistycznej, gdyż nie miała wysokiego mniemania o lekarzach przemyskich nazywając ich konowałami.
W październiku przy ul. Mickiewicza w miejscu spalonej przez hitlerowców synagogi ukończono budowę supernowoczesnej Przychodni wyposażonej we wszystkie specjalistyczne gabinety lekarskie z rejestracją na parterze i szatnią dla pacjentów. Niestety, szumnie anonsowana w gazetach i telewizji, powstała przez przeniesienie przychodni z innych miejsc miasta gdzie je zlikwidowano. Przychodnia oblegana była nieustannie, a by dostać się do specjalisty, kolejki stały na placu na długo przed jej otwarciem i Wanda postanowiła pozostać jednak przy przemyskich konowałach, których znała sprzed wojny i którzy przychodzili do domu. Nie zainteresowała jej też sąsiadująca z przychodnią poniemiecka łaźnia miejska, w której jeszcze przed wojną wybudowano basen, a z solidnych kabin prysznicowych korzystano intensywnie teraz, kiedy we wszystkich wannach pływały karpie.

Chodziła z córką po sklepach katowickich w przedświątecznym nastroju. Tłoczono się przy placach z choinkami. Całe szczęście, że dzieci były już duże i kupiły tylko Ewie – niemal z narażeniem życia, gdyż choinki rozchwytywano – małe plastikowe drzewko za 90 złotych.
Ale najwięcej gapiów stało przed stoiskiem, gdzie sprzedawano polskie zapalniczki na gaz z fabryki zegarów w Pieszycach. Wraz ze skórzanym futerałem zapalniczka kosztowała 300 złotych, do których można było dokupić za 40 złotych butlę z gazem płynnym starczającym na 4 napełnienia, co starczało podobno na rok dla przeciętnego palacza.
Oblegane było też stoisko z polskimi i jugosłowiańskimi koszulami „non iron”, ale Krystyna wiedziała, że Andrzej nigdy by tego nie włożył, a Rudek potrzebował koszul tylko z krótkimi rękawami. Wróciły więc do domu bez świątecznych prezentów. Zwyczajem przemyskim, prezentów gwiazdkowych nikt nie dawał, prezenty Bożonarodzeniowe dostawały tylko dzieci i tylko na Mikołaja. A dzieci już w ich domu nie było.
Wieczorami Wanda próbowała zainteresować Krystynę wieściami z Wolnej Europy dotyczącymi wędrówki „świętej ramy”, bez reprodukcji Matki Boskiej Częstochowskiej po parafiach polskich miast. Skutkiem zakazu władz państwowych wożenia obrazu czczono ramy tak samo, jak prawdziwy obraz, a nawet bardziej mistycznie.
Odczytano w Wolnej Europie list pasterski arcybiskupa Karola Wojtyły wygłoszony w kościołach, o zasadności krążenia pustych ram w roku obchodów 1000-lecia Chrztu Państwa Polskiego i dyskutowano na temat rozmowy Agencji Robotniczej z Jerzym Zawieyskim w „Życiu Warszawy” z 22 grudnia 1966, gdzie poseł z Koła „Znak” zapewniał: „Ciągle mimo sytuacji niepomyślnej w zakresie tych stosunków usiłujemy robić wszystko, aby konflikt załagodzić, aby doprowadzić do możliwego porozumienia między Kościołem i państwem”.
Wanda przywiozła Krystynie obrazek święty rozdawany w kościele z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej wraz z wizerunkiem Kardynała Wyszyńskiego.
Krystynę jednak to wszystko nie interesowało. Cieszyła się, że nie musi stać w kilometrowych kolejkach za pomarańczami, gdyż jej dzieci już się w tym roku pomarańcz najadły. Czekała jedynie na zapowiedziane w telewizji filmy z Elżbietą Barszczewską, Mieczysławą Ćwiklińską, Jadwigą Andrzejewską, Eugeniuszem Bodo, Jadwigą Smosarską, Witoldem Zacharewiczem, Leną Żelichowską, Junoszą Stępowskim.
Na te same wszystkie filmy, na które mama przemycała ją przed wojną mimo zakazu dyrektorki żeńskiego gimnazjum Marii Konopnickiej w Przemyślu, którego uczennice nie powinny chodzić do kina na filmy dla dorosłych.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Wanda (8)

Imieniny Wanda obchodziła na raty, bo ciągle ktoś wpadał z życzeniami o różnej porze, a nie było w zwyczaju nikogo zapraszać. Obowiązkowo każdy musiał pamiętać o imieninach i nikt nikomu tego nie przypomniał.
23 czerwca bez uprzedzenia – bo Wanda nie miała telefonu – od rana, sąsiedzi z klatki, okolicznych kamienic i znajomi ze starego miasta i Zasania, wchodzili na pierwsze piętro, by ucałować rączki bądź policzki Wandzi.
Już poprzedniego dnia Wanda z Emilem piekła tort orzechowy z masą migdałową z surowców wywalczanych tygodniami aby zdążyć na czas, a ponieważ nie mieli lodówki, a nie można było liczyć na naturalne oziębianie potraw na balkonie, szybko rano kręciła majonez, kroiła jarzyny na sałatkę, kosztowała śledzie, czy nie za słone, czy ukiszony barszcz nie za kwaśny i trzymała w rurze kuchni węglowej wczoraj upieczone paszteciki.
Pierwsza zjawiła się Ginalska z trzeciego piętra  z najnowszym dowcipem o Gomułce, by z Wandą wypić kieliszek „mamy z tatą”, czyli spirytus z sokiem malinowym. Potem wpadła Pająkowa przed otwarciem ogródka jordanowskiego założonego niedawno między kamienicą Wandy, a kamienicą jej szwagierki Isi, którą to kamienicę Franek zdążył wybudować siostrze tuż przed wojną. Pająkowa jako dozorczyni czterech kamienic przy zaułku Tuwima wychodzącego na słynną z mordowni i nocnych bijatyk ulicę 1 Maja zwanej tak po nowemu, dawną Dworskiego, przestała przykładać się do sprzątania. Odkąd dołożono jej opiekę nad ogródkiem jordanowskim i czytanie w nim bajek dzieciom, wybrała to drugie, gdyż uznała, że albo to, albo tamto. Dlatego nie śpieszyła się zbytnio, zabawiając trochę u Pani Wandy, bo dzieci mogą zawsze poczekać, a i ona trochę od tego czytania odpocznie. Zabrała też od Wandy brudną pościel, którą regularnie raz w miesiącu zanosiła do praczki.
Bandurska idąc do pracy do biblioteki gdzie była kierowniczką wstąpiła z naręczem piwonii i nowymi książkami z charakterystyczną obwódką na okładce odciśniętą od nocnika, które to obwódki w jej bibliotece miały wszystkie interesujące książki, a Bandurska miała ambicję przynosić Wandzie książki tylko interesujące. Wanda nie mogąca usnąć połykała jak smok jedną książkę każdej nocy i Bandurska starała się przynosić książki tylko grube, najczęściej historyczne, by starczały na dłużej.
Dzidka przyszła zaraz, jak skończyła pracę w banku, czyli po trzeciej, zabierając ze szkoły synka, który urodził się tylko z dwoma palcami u prawej ręki. Piękna Dzidka, córka zmarłego profesora polonistyki na uniwersytecie lwowskim i zmarłej przyjaciółki Wandy sprzed wojny była nieszczęśliwą rozwódką i Wanda traktowała ją ulgowo.  Starała się jej pomóc i oszczędzać w odróżnieniu od reszty znajomych, których dzięki swojemu urokowi potrafiła sobie podporządkować i sprawić, że świadczenie jej różnych usług było dla nich wyróżnieniem i przyjemnością.
Właściwie główny bankiet zaczynał się, kiedy Dzidka zabierała synka i wracała do banku, w którym mieszkała. Jako samotnie wychowująca dziecko dostała tam służbową, jednopokojową kawalerkę. Bank zamykano na sztaby, zamki i kraty po zakończeniu urzędowania i otwierano dopiero rano. Przez to Dzidce nie sposób było, mimo niezwykłej, chociaż staroświeckiej urody, znaleźć jeszcze życiowego partnera.
Ale właśnie dzisiaj Dzidka zwierzyła się Wandzie traktując ją jak matkę, że się zaręczyła. Narzeczony nie ma zawodu, handluje na Kamiennym Moście dolarami, a jej przyszła teściowa na straganie na targowisku sprzedaje jarzyny. Wanda nie mogła opanować się, by nie okazać swej dezaprobaty, wiedząc, że dziewczynę stać na coś lepszego. Jej matkę znała z dzieciństwa, gdyż ich matki się przyjaźniły i ta wielopokoleniowa zażyłość kobiet z ziemiaństwa doczekała się takiej degradacji potomków.
Do Wandy schodzili się po południu goście ze Śnigurskiego: celnik Jasiu Knot z żoną Milą i z jego siostrą Renią, która służyła w ich domu jako kucharka, sprzątaczka i pokojówka, gdyż kochała brata, a on orał swoją siostrą, by zaoszczędzić żonę w prowadzeniu domu i wychowywaniu dzieci. Skonana siostra zasypiała przy stole, uprzednio zdając relację co dzisiaj na obiad ugotowała. Wanda, zaprzyjaźniona z ich całą rodziną współczuła Renie, gdyż wiedziała co to jest ugotować obiad na kuchni węglowej dla pięciu osób, a przecież tak jak ona, Renia była już na emeryturze i nie miała siły i zdrowia.
Jej szwagierka Isia przyszła z prawdziwą angielską herbatą w torebkach i na stół w salonie wjechały szklanki z wystającymi sznurkami z obrazkami dyliżansu Klubu Pickwicka.
Na samym końcu już pod wieczór przyszedł mecenas Janek ucałować rączki siostrzyczce, ale nim wszedł do salonu, Leśka podała mu w kuchni pozostawiony dla niego obiad. Od kiedy jego żona Wisia dowiedziała się, że ma kochankę Krysię, zabrawszy pensję na trójkę dzieci nie dawała mu nic do jedzenia. Janek, wracając z sądu lub izby adwokackiej wstępował sporadycznie na obiad do „Adrii”, ale z braku pieniędzy głównie żywił się u siostrzyczek.
Wanda próbowała zdominować przyjęcie opowieściami o tym, że Krzysia z dziećmi jest już na Kubie, ale szybko goście wyzwolili się z jej kontroli i bankiet zjechał – dzięki krążącej po stole kryształowej  karafce z wiśniówką – na tematy mniej egzotyczne, czyli przemyskie i gomułkowskie. Janek zdążył powiedzieć Wandzie, że mimo licznych pism słanych do władz miasta nie udało mu się wywalczyć anulowania nakazu aneksji połowy jej ogrodu na rzecz przyległej do posesji Wandy szkoły zawodowej. Isia nalegała, by Wanda, prowadząc księgi rachunkowe jej kamienicy, gdyż ona nie potrafiła ich prowadzić, chociaż wywalczyła, by nie trzeba było do jej istnienia dopłacać. Niektórzy lokatorzy czynszu płacić nie chcieli, a co miesiąc trzeba było do magistratu pieniądze przynosić. Jasiu-celnik opowiadał kogo to nie przepuszczał przez granicę.
– Ostatnio do Lwowa, do swojego rodzinnego miasta, jechał Hanuszkiewicz z Zofią Rysiówną – mówił  z dumą. Jasiu ich ugościł w swoim gabinecie i poczęstował kieliszkiem koniaku.

Wanda była zmęczona i zadowolona, jak już poszli. Kwiaty wyniosła do sieni, by nie zabierały jej tlenu podczas snu. Otyłość powodowała coraz częstsze zadyszki, a opuchnięte nogi uniemożliwiały chodzenie. Nożyczkami cięła buty, by móc je włożyć. Pantofle były niemiłosiernie przydeptane.
Mała 66 lat i czuła się staro. Na dodatek nikt na wakacje do niej  nie mógł przyjechać. Leszek z Renią swój krótki urlop woleli spędzić nad morzem, a Mirkę dać na kolonie wiedząc, że nie poradzi sobie sama z gotowaniem dla wnuczki. Zresztą, mieli swoje problemy. Wnuk Witek, który nie chciał się uczyć i zdać na studia, by nie pójść do wojska zażył pozyskany od komuny wrocławskich hipisów, do której od dwóch lat należał, narkotyk – symulując samobójstwo. Wprawdzie siostra Witka Mirka o umówionej godzinie wezwała pogotowie, ale Witka po odratowaniu umieszczono w wojskowym szpitalu psychiatrycznym, skąd Leszek uruchamiając wszystkie możliwe znajomości w Urzędzie Wojewódzkim Miasta Wrocławia zdołał go zupełnie ogłupiałego wydobyć dopiero po kilku miesiącach.
Krysia miała z Kuby wrócić dopiero jesienią, czyli całe lato Wanda pozostawała sama.
Wanda próbowała usnąć po tak wyczerpującym dniu, ale krzyki i piski batiarów dochodzące z ulicy Dworskiego nie pozwalały jej zasnąć. Ktoś co jakiś czas z przyległych okien wylewał na parę siedzącą pod oknami na ławeczce nocnik, co kończyło się ordynarną pyskówką. Całe szczęście Emil zamknął na klucz klatkę schodową już o 22 i nikt tam nie nasika.
Wanda nie mogła czytać przyniesionej przez Bandurską kolejnej powieści Kraszewskiego i pogrążyła się we wspomnieniach. Nie mogła się przyzwyczaić do nowych nazw ulic, mimo, że nigdy nie lubiła tego miasta, to jednak wydawało jej się, że czyniony jest gwałt na mieście ukochanym przez jej męża. Franek po wojnie nie chciał już, zamieszkawszy w Gliwicach, go oglądać, a tych nazw ulic by nie zniósł. Wybudował kamienicę na Pierackiego i przecież nic ten Pieracki nie przeszkadzał do niedawna, ale zmienili go na Tuwima. Czyżby Pieracki nie spodobał się Ukraińcom, coraz liczniej – jak opowiadał Janek – zajmujących najbardziej lukratywne posady w przemyskich urzędach? Podobno po zabójstwie Pierackiego Piłsudski zgodził się na powstanie Berezy Kartuskiej.
Ach, nie tylko zmiana nazw, ale i co to za ludzie dzisiejsi! Przemyśl przed wojną mimo wszystko był miastem inteligenckim, obok Lwowa i Krakowa plasował się wysoko w galicyjskiej hierarchii. Tarnów, Przemyśl, Stanisławów to miasta inteligencji, było tu biskupstwo i sąd, dużo wykształconych ludzi, wielu lekarzy, aptekarzy i inżynierów pozostawało tu po studiach wyższych. A teraz gdzie nie spojrzeć, hołota, rozboje, niszczejące przedwojenne kamienice jeszcze żałośniejsze od pojawiających się ciągle nacjonalistycznych napisów, od bójek pomiędzy kibicami sportowymi Śródmieścia i Zasania. Dworzec, chluba zaboru austriackiego skąd jechały pociągi do Lwowa, Krakowa i Budapesztu, teraz przebudowywany i pozbawiony tamtego smaku i elegancji, jest na dodatek brudny i zasikany. Pasaż Gansa zbombardowany, nigdy nie odbudowany. Cała energia dworca jest w tych babach z koszami przesiadającymi się z autobusu na autobus, by dostarczyć z okolicznych wsi codziennie wszystko, czego nie potrafiły zapewnić mieszkańcom państwowe przedsiębiorstwa.
I ten haniebny Rok Milenijny, który już niedługo się skończy. W Przemyślu zaczął się już u ubiegłym roku przygotowaniami do obchodów Milenium Chrztu Polski w kościołach, a na ulicach i w Dniach Przemyskich do obchodów Tysiąclecia Państwa Polskiego. Pozornie znaczyło to to samo, ale tylko pozornie. Z biegiem czasu doszło do otwartej wojny między Państwem, a Kościołem na tle właśnie tych zadawałoby się, radosnych obchodów. Walki o to, do kogo one należą.

Dla pobożnych przemyślan jak i dla Wandy, wiernej córy swojej parafii ojców reformatów, szczęśliwie PZPR nie sprzeciwiło się mianowaniu 3 grudnia 1965 przez papieża Pawła VI biskupem diecezjalnym diecezji przemyskiej czterdziestoparoletniego adiunkta KUL-u księdza Ignacego Tokarczuka.
Nowo mianowany biskup przystąpił natychmiast do realizowania zaplanowanego wcześniej wznoszenia 430 świątyń i ustanowienia 220 nowych parafii na terenie swojej diecezji wbrew zakazom władz i bez potrzebnych do budowy pozwoleń. Na pierwszy ogień zaczęto budować w Przemyślu seminarium duchowne.
Jak donosiła Wolna Europa, rozpoczęte przez Prymasa obchody 16 kwietnia 1966 roku mszą świętą w katedrze gnieźnieńskiej zakłócono obchodami 21 rocznicy forsowania Odry i Nysy Łużyckiej przez II Armię Wojska Polskiego i przeszkadzały w celebrze armaty.  Tak działo się przez następne uroczystości kościelne w kolejnych milenijnych miastach i katedrach, podczas których Gomułka nakazywał alternatywne uroczystości państwowe.
Po otrzymaniu sakry biskupiej z rąk prymasa Wyszyńskiego w przemyskiej katedrze 6 lutego  bp. Tokarczuk wygłosił wiele antykomunistycznych kazań. Na wieść o tych kazaniach, która rozniosła się lotem błyskawicy po mieście, serce Wandy rosło i napełniało się nadzieją, gdyż od razu odważniejsze kazania zaczęto wygłaszać w innych kościołach, między innymi u reformatów w parafii Wandy i nie musiała na kazania biskupa iść aż do katedry.
1 marca 1966 biskup powołał Komitet Organizacyjny Milenium Chrztu Polski w diecezji przemyskiej. Wszystkie parafie przygotowywały wiernych do głównych sierpniowych uroczystości.
Wanda z Leśką i Emilem stawili się w  sobotę o 17.00 na placu katedralnym, tuż przy mieszkaniu Janka, do którego nie mogli wejść ze względu na Wisię, obrażoną na nie, że siostry przyjmują u siebie jej męża z kochanką, chociaż za każdym razem próbowały to ukryć wpuszczając Krysię do mieszkania przez drzwi dawnego gabinetu Franka.
Kopia obrazu Jasnogórskiej Madonny nie przybyła z Warszawy do Przemyśla i w absydzie Katedry postawiono na ogromnej trybunie pustą ramę, oraz przygotowano tron dla Przemyskiej Madonny z Jackowa. Tłum, mimo, że przyszli przed czasem, wypełniał już szczelnie cały Plac Katedralny i ciągnął się w nieskończoność, a ludzi ciągle przybywało.
Dwudziestu biskupów było już tutaj, a pozostała dwudziestka w innych miastach diecezji równocześnie celebrowała msze święte. Niektórzy biskupi przylecieli samolotem do Rzeszowa, prymas Wyszyński przybył z Warszawy samochodem.
Szli teraz w procesji, do której dołączyła niesiona Matka Boska z Jackowa, późnogotycka, alabastrowa figura w pozycji siedzącej z dzieciątkiem i otwartą księgą na kolanach. Uratowała w XIII wieku świętego  Jacka Odrowąża uciekającego z Kijowa przed Tatarami.
Mszę odprawiał nowy biskup przemyski, Tokarczuk, a kazanie wygłosił biskup z Katowic, Kominek. Po błogosławieństwie głos zabrał kardynał Wyszyński witany owacyjnie oklaskami.
Mimo, że równocześnie miasto przygotowało wiele sobotnich atrakcji, tłumów takich jeszcze nigdy Wanda nie wiedziała. Wzruszona, zapłakana, myślała o odwadze przemyślan, którzy będą mieć kłopoty w pracy, bo na pewno służby bezpieczeństwa robią ukradkiem zdjęcia uczestnikom. Ale wszyscy w tłumie, nie bacząc na nic, tak jak ona, uległy masowej euforii.
Nazajutrz w niedzielę rozpadał się deszcz. Przyszli jeszcze wcześniej niż wczoraj by zdobyć miejsce w Katedrze, co jednak okazało się niemożliwe. I dobrze, bo tym razem na Placu Katedralnym mogli oglądać w procesji 40 biskupów wraz z Madonną Jackową, a msza odprawiana była na zewnątrz.
Gospodarz biskup Tokarczuk wszystkim ordynował, witał, dziękował i zapowiadał. Mszę odprawiał arcybiskup Wojtyła, a prymas Wyszyński mówił kazanie. Na zakończenie arcybiskup Wojtyła też wygłosił kazanie, podziękowanie i  wznowił wspólną modlitwę za tysiąclecie chrześcijaństwa. Zanosząc w procesji figurę Matki Boskiej do katedry tłum rzucił się na pierścień prymasa Wyszyńskiego, który on w geście dobrotliwym dał do ucałowania.
Wracali Katedralną. Wanda wspomniała, jak Franek przed wojną remontował na koszt własny Katedrę i został uhonorowany specjalnie wmontowaną tablicą obok ołtarza. Zgnębiony, zaraz po wkroczeniu wojsk radzieckich opuścił Przemyśl i wyjechał z Wandą i Krysią do Gliwic, by na to wszystko nie patrzeć i nie przeżywać jeszcze raz okupacji radzieckiej. Teraz, gdyby dożył tej dzisiejszej mszy, byłby na pewno pełen nadziei, że bolszewik nie zagnieździł się tutaj na zawsze.
Szli  w dół Franciszkańską, która teraz nazywała się Tysiąclecia,  uwzniośleni. Deszcz przestał padać, wyjrzało słońce, a Wanda i Leśka nie czuły swoich zbędnych kilogramów. Leśka pospiesznie wyjęła sztuczną szczękę, którą wkładała tylko do kościoła, nie używała jej nawet do jedzenia, tak była źle zrobiona na ubezpieczenie i tak ją uwierała. Ale wszyscy troje czuli się wspaniale.
Idąc wymieniali na wyrywki, gdzie tu stały sklepy przed wojną, kto je prowadził, jak się nazywały i co sprzedawały. Masarnie, wędliniarnie, drogerie, bławatne, cukiernie, z zabawkami, wszystko pełne towarów i usłużnych sprzedawców. Sandauera, Ochsenbergacha, Pomeranza, Rosiewiczów, Wojtowiczów. Po tym wszystkim Leśce została puszka metalowa po herbacie Meinla, a Wandzie metalowe pudełko po cukierkach z lwowskiej Hazet „parowej fabryki cukrów, czekolady i marmelady”, która to fabryka teraz, jak powiedziała Ginalska, nazywa się „Switocz” i cztery lata temu złączono ją  z czortkowską fabryką „Bolszewik” oraz fabryką im. Kirowa.
Doszli do Placu na Bramie, który teraz nazywał się placem Karola Marksa i przystanęli przed Pomnikiem Wdzięczności. Nazwiska oswobodzicieli Przemyśla spod niemiecko-faszystowskiej okupacji wyryto na obelisku odsłoniętym już 1 września 1945: pułkownik M. C. Nowochodko, starszy lejtnant S. H. Wartanian, kapitanowie S. N. Niłow, W. N. Jabłukow, podpułkownicy M. A. Michaiłów, E. M. Szinkarew, starsi lejtnanci E. M. Koziniec i W. M. Lwisow.
Nie wolno było wywieszać flag polskich, tylko czerwone.

Jak donosiła Wolna Europa, którą w nocy odsłuchali, w trakcie obchodów 1000-lecia Państwa Polskiego, wieców, festynów i pochodów dochodziło do bójek, ataków MO i  ZOMO, jednak na uroczystościach religijnych  ogólnie pozwalano na spokojne powroty do domów wiernym, którzy odnieśli niewątpliwe zwycięstwo nad komunistami. W Przemyślu uczestniczyło w obchodach milenijnych 40000 wiernych z całej diecezji.

 

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Andrzej (13)

Jedno pudełko niewielkich cygar Andrzej zarezerwował sobie u matki dla klasy. Wprawdzie on nie palił, ale oprócz niego wszyscy w klasie palili łącznie z dziewczynami i potrzebował akurat tyle, ile zawierały dwie warstwy cygar w drewnianym pudełku. Wprawdzie kubańskie stewardesy szczodrze obnosiły w ciągu całego lotu kubańskie papierosy, ale Andrzej wiedział, że nikt z jego kolegów i koleżanek nie będzie tego palił i też rzadko kto z pasażerów je brał. W Polsce rzucano na rynek Partagasy, wszyscy palacze, jeśli ich nie spróbowali, to widzieli reakcję tych, którzy się skusili i nikt palić ich nie chciał. Niemniej, całe wnętrze samolotu wypełnione było gęstym dymem z cygar i papierosów Marlboro kupionych na lotnisku w Kanadzie.
Porozpinane, pulchne, czekoladowe stewardesy uwijające się w tym wielogodzinnym smogu sprawiały wrażenie podniecająco niechlujnych w porównaniu z europejską załogą. Były za to bardzo pociągające. Dla Andrzeja taka dawka dymu tytoniowego unoszącego się w powietrzu zupełnie wystarczyła, by wprawiać go w rozmarzony nastrój euforii. Stewardesy miały na sobie jasnoniebieskie, kretonowe sukienki zapinane z przodu na guziki, które się ciągle rozpinały. Transkontynentalny samolot Cubany był w porównaniu z samolotami LOT- u ogromny i stewardesy dwoiły się i troiły, by nastarczyć prośbom wszystkich pasażerów, którzy ciągle coś od nich chcieli. Nosiły w kółko gazety, egzotyczne soki, sałatki owocowe, cygara, alkohole i Partagasy. Pod koniec rejsu wszyscy lecący, pijący i niepijący, palący i niepalący równo byli otumanieni i przesiąknięci ostrym zapachem Karaibów.

Czekali tylko jeden dzień w Hotelu Internacional na Dejvicach w Pradze wyglądającym jak Pałac Kultury, ale zdążyli jeszcze pojechać do centrum Pragi pod podany przez Zieleńca adres i kupić w sklepie papierniczym dla Ewy farby i jeszcze jeden gruby ołówek automatyczny i zapas min, który w telewizji Szymon Kobyliński nazwał Kubusiem i tak nazywała go Ewa mając już z poprzedniej podróży na Kubę jeden. Już nie starczyło koron na nic innego, resztę drobnych Krystyna dała domagającej się napiwków obsłudze hotelowej.

W samolocie LOT-u, który przywiózł ich z Pragi na warszawskie Okęcie, stewardesy były dopięte, zasznurowane jak w wojsku. Witały ich przepiękne, szczupłe dziewczyny na wysokich obcasach, w cienkich pończochach, stalowo błękitnych mundurkach gdzie spod marynarek wyzierały białe kołnierzyki bluzek. Na głowach miały toczki, przy powitaniu na dłoniach białe rękawiczki. Nie znikający nigdy uśmiech pięknych, zgrabnych stewardes w modnych fryzurach – luźno spuszczonych prostych do ramion włosach wypielęgnowanych zachodnimi szamponami i wypachnionych zagranicznymi zapachami łudził Andrzeja tym, że wracają do jakiejś wyższej niż kubańska cywilizacji.
Po rozniesieniu powitalnych wedlowskich landrynek na srebrnej tacy, stewardesy zaczęły szybko roznosić obiad, gdyż lot trwał bardzo krótko, a smakołyków polskich, przepięknie podanych na plastikowych tackach było mnóstwo i stanowiły wizytówkę najwyższej jakości Polskich Linii Lotniczych. Były na nich luksusowe, delikatesowe polskie smakołyki, o których nawet w czasie świąt mogli tylko marzyć.
Jednak już po wylądowaniu czar pryskał, przechodzili przez płytę lotniska do czegoś, co przypominało stację kolejową w podgórskiej miejscowości. Były to drewniane szeregowe pomieszczenia z drewnianym na wypadek deszczu i śniegu zadaszeniem.
Wszędzie słychać było obce języki w obłokach papierosowego dymu. Wchodziło się wprawdzie do pomieszczeń zastawionymi nowoczesnymi, skajowymi kanapami i stolikami, przy których w garsonkach siedziały eleganckie damy z przewieszonymi kołnierzami z lisów z towarzyszącymi im panami w garniturach i krawatach z obowiązkowymi przewieszonymi prochowcami i laskami parasoli, ale nie zmieniało to ogólnego wrażenia. Niskie stropy powodowały uczucie klaustrofobii i przeraźliwego tłoku, gdyż cały czas podróżni o różnych kolorach skóry z charakterystycznym bagażem podręcznym, czyli skajową torbą na paskach przez ramię pałętali się wszędzie i Krystyna z dziećmi odetchnęła, jak zdołali przedrzeć się do wyjścia z komory celnej i odprawy, od grzecznych, ale zimnych umundurowanych celników i celniczek.
Niemniej, jak to bywało w zwyczaju władz, co i rusz o potrzebie nowego lotniska trąbiły wszystkie gazety i kroniki telewizyjne, ale niewiele się zmieniało. Wielkie tablice z planami zatwierdzonego do realizacji architektonicznego projektu zakrywały wstydliwe elewacje starych wnętrz budynków. Był to przepiękny, modernistyczny pomysł powstały juz w czasie odwilży gomułkowskiej, z socrealizmem nie miał już nic wspólnego i dlatego zachwycał.
Laureaci konkursu architektonicznego zorganizowanego kilka lat temu zaproponowali jednopiętrowy budynek złożony z trzech sektorów: dworca pasażerskiego, dworca towarowego i części administracyjnej. Andrzej z uwagą prześledził te futurystyczne rysunki. Na dworcu pasażerskim odlatujący i przylatujący połączeni byliby systemem pochylni biegnącej aż na pas startowy. Najpiękniejszy miał być strop: harmonijkowy dach z żelbetowych prefabrykowanych płyt. Jak donosiły tablice informacyjne, generalnym wykonawcą obiektu jest Przedsiębiorstwo Budownictwa Przemysłowego „Żelbet” prowadzący już prace wstępne przy Żwirki i Wigury, ale od niedawna przejmuje budowę Warszawskie Przedsiębiorstwo Budownictwa Przemysłowego „Budomontaż”. W całej Polsce różne podzespoły przygotowywały materiały i prefabrykaty, między innymi 180 ton aluminium: 150 ton na elewacje, 30 ton do wykończenia wnętrz. Na to, by budowa ruszyła z kopyta potrzebne były pieniądze, a tych w bieżącej pięciolatce nie przydzielono.
Andrzej zachwycał się tymi projektami, pięknych, jasnych, lekkich, nowoczesnych przestrzeni ze srebrnego aluminium i przeźroczystego szkła. Posadzki miały być z dywanów i marmurów, wzdłuż ściany zimowy ogród pełen roślin. Poczekalnia obszerna, na pięćset osób, w górze na antresoli zaplanowano kawiarnię i restaurację dla 400 podróżnych skąd wychodziłoby się na taras gdzie 1500 osób może żegnać odlatujących.
Andrzej z uwagą przypatrywał się samolotom stojącym na płycie lotniska, Tu-104, Caravelle, Boeing 707. Lądowały tu samoloty towarzystw lotniczych z całego świata: SAS, Air-France, PAA, Sabena, Aerofłot, KLM, BEA na tym biednym, drewnianym lotnisku.
Po zwrocie sześciu waliz wyszli, minęli budkę telefoniczną z napisem Taxi, do której nikt nie wchodził gdyż kurs na Okęcie był dla warszawskich taksówkarzy opłacalny zawsze i można tu było dostać taksówkę bez kolejki. Natychmiast podjechał moskwicz z charakterystycznym dla taksówek paskiem w szachownicę naklejonym pod oknami. Kierowca w berecie, ubrany w drelichy, z wystającą nieświeżą koszulą w kratkę zaprosił ich do środka. Wkładając do bagażnika walizy świszczał coś niezrozumiale od trzymanego w ustach papierosa.
Do Śródmieścia było 10 kilometrów, zmierzchało i Warszawa stawała się pięknym europejskim miastem rozświetlonym neonami i latarniami. Miasto, jak pamiętał z „Kroniki” oświetla 38 tysięcy latarń zamienionych z gazowych na rtęciowe i fluorescencyjne.
Wjechali na Aleje Jerozolimskie przy skrzyżowaniu z Marszałkowską, w głębi widać było już hotel „Polonia” a na przeciwko bryła śnieżnobiałego Pałacu Kultury robiła magiczne wrażenie i Andrzej z satysfakcją stwierdził, że jednak nie wracają do totalnego zadupia. Do wschodniej ściany Hotelu Polonia niedawno dobudowano nowoczesny Hotel „Metropol”, który akurat został ukończony. Teraz nowiusieńki jarzył się błękitnym neonem na dachu, na fasadzie wisiały transparenty i ogromna warszawska syrenka. Obok wieka „Cepelia” także informowała neonem, że już jest zbudowana i otwarta swoimi wielkimi, rozświetlonymi oknami. Oświetlało to wszystko tajemniczy, stojący w mroku zabytkowy Hotel Polonia, którego tylko żółty neon elegancko z dachu informował o jego istnieniu. Z prawej strony jarzył się gigantyczny turkusowy neon z pionowym napisem PKO na secesyjnej kamienicy.

Byli zmęczeni i chętnie powitali ten, jak im się wydawało, zupełnie nie przynależny im luksus tradycyjnego, przedwojennego hotelu, gdzie obsługa hamowała się ledwo – widząc ich biedne walizki i ubiór – by nie okazać im wzgardy. Hotel przeznaczony był dla zupełnie innych gości, jednak Polservice miał obowiązek zakwaterować ich gdzieś na czas podróży i widocznie przy chronicznym braku miejsc w hotelach warszawskich zawsze znajdowano miejsce w tym hotelu będącym w ciągłym pogotowiu dla gości najznakomitszych.
Powstały na początku XX wieku, wzniesiony za carskie ruble, z paryskimi mansardami widocznymi na elewacji, z wnętrzami w stylu Ludwika XVI, był już przed wojną hotelem dla wybranych. Ściany korytarzy zdobiły fotografie sławnych gości: Jan Kiepura śpiewa na balkonie Hotelu. Dalej portrety: Adolf Dymsza, Stefan Żeromski, Julian Tuwim, Jan Lechoń, Ludwik Solski, Kornel Makuszyński, Mieczysława Ćwiklińska, Tadeusz Boy-Żeleński, Leon Schiller, Maria Jasnorzewska-Pawlikowska. Niemcy doceniając wygodę ekskluzywnego hotelu, zrobili z niego siedzibę Wehrmachtu i dzięki temu ocalał. W czasie Powstania Warszawskiego był tu szpital i składano tu broń. Po wojnie były tu przejściowo ambasady: fińska, hiszpańska, rumuńska, brytyjska i szwedzka. Zatrzymywali się dyplomaci. Miał siedzibę Czerwony Krzyż i UNRA.
Krystyna znała ze swojej ulubionej powieści „Zły” Tyrmanda znajdującą się w hotelu najwytworniejszą kawiarnię Warszawy, ale teraz zamieniła się w pełny prostytutek, handlarzy dolarami i bonami PKO nocny lokal, do którego strach było wejść.
Wszyscy zresztą byli bardzo zmęczeni wielogodzinną kilkudniową podróżą.

Andrzej wiedział że gdzieś tu niedaleko jest legendarna „Stodoła”, gdzie bawią się dzieci i wnuki ekipy rządzącej, gdzie przychodzą dziennikarze, literaci, artyści i studenci za okazaniem legitymacji studenckiej (zagranicznych dziennikarzy zza żelaznej kurtyny i jadących na moskiewskie festiwale wpuszcza się bez legitymacji), ale niekoniecznie chciał się tam znaleźć. Oglądał wielokrotnie w Polskiej Kronice Filmowej szampańską zabawę tańczących ponad stu par młodzieży w drewnianym baraku dawnej stołówki robotników budujących Pałac Kultury, teraz w baraku przy Trębackiej, powstałym przy odbudowie Teatru Wielkiego.
Drugie tyle siedziało przy barze i piło kawę lub oranżadę, gdyż podobno wódki tam nikt nie pił. „Stodołę” otwierali o szóstej, ale już od godziny stał tam tłum, gdyż można wpuścić tylko 400 osób.

Muzyka od czasu powstania „Stodoły” ewoluowała. Od pionierskiego jazzu, który po odwilży stał się symptomem nowych czasów reżimowego przyzwolenia na murzyńskie rytmy uciśnionego przez USA ludu, po „mocne uderzenie” rodzimych zespołów, których Andrzej ani nie poważał, ani nie słuchał. Znał z serialu „Wojna domowa” zespól „Chochoły”, grający podobno teraz w Stodole, z którego nabijali się codziennie w „Santku”. Wiedział, że „Santek” był prowincjonalny, ale przynajmniej nie udawał czegoś, czym nie był, jak robiły to warszawskie pseudo wolnościowe miejsca spędów bananowej młodzieży. I tam przynajmniej, nie było żadnej muzyki, którą by pozwolono, lub nie, prawdziwą muzykę mieli w domu z Radia Luxemburg i z przemycanych płyt.
Późno wstali, musieli się spakować i dać walizy do portierni w oczekiwaniu na wieczorny pociąg do Katowic. „Górnik” kursował tylko dwa razy na dobę. Rano przywoził pasażerów z Górnego śląska, wieczorem odwoził. Mieli kilka godzin, by pobyć jeszcze w Warszawie. Zieleniec powiedział im, że najlepiej dojechać trolejbusem „56” i wysiąść na Traugutta, ale woleli pójść piechotą, gdyż Andrzej chciał zobaczyć częściowo ukończoną Ścianę Wschodnią, a Krystyna wstąpić do sklepów.
Pierzeja Marszałkowskiej miała być w założeniu harmonijnym uzupełnieniem dla zupełnie nieharmonijnej architektury Pałacu Kultury, który nie dość, że zdominował w pionie przestrzeń, to jeszcze rozłaził się poziomo dzięki licznym u podstaw przybudówkom. Właśnie ukończono budować Rotundę, modny, corbusier’owski, na planie koła przeznaczony na nową siedzibę banku PKO gmach, cały oszklony z harmonijkowym dachem i Andrzejowi zaraz przypomniała się architektura rewolucyjnej Kuby, gdzie dachy miał taki pofalowany charakter ze względu na nękające wyspę tajfuny. Zza Rotundy wyłaniał się nowoczesny wieżowiec „Universalu”, miejsca pracy najbardziej w Polsce wymarzonego i pożądanego zawodu: urzędnika Handlu Zagranicznego, dlatego był tak ogromny, by pomieścić ile się da marzeń. Za Rotundą ciągnął się szereg handlowych pawilonów na palach tworząc podcień, gdzie wte i wewte szybko przemierzało morze warszawiaków.
Reklamy zachęcały do kupna najnowszych tkanin i ubiorów z krempliny i elany, jednak chodzący po ulicy tłum był jakoś inaczej ubrany i wszyscy unikali jak ognia tych nowalijek, a do największego szyku należały spódnice z wełnianej flaneli i angielski styl edwardiański. Jednak, jak postrzegał to Andrzej, większość kręcących się po Marszałkowskiej i deptaku za Universalem, do którego też zaglądnęli, byli to ubrani najprawdopodobniej najlepiej jak tylko się da na wyjazd do stolicy, pracownicy na delegacjach i ludność okolicznych wsi i miasteczek przyjeżdżająca tu na zakupy. W chustkach, beretach z antenką, jesiennych prochowcach, spodniach i spódnicach z „zerówki” szarzy, nieciekawi i smutni. Ci, o których pisał „Przekrój”, pisarze, filmowcy i aktorzy siedzieli pewnie w tych rozhałasowanych klaksonami na ulicy samochodach, głównie Wartburgach, Syrenach, Wołgach. No i w Warszawach w różnych modelach z przebudowanym tyłem, starszych i nowszych wersjach, służących jako wozy transportowe, milicyjne a nawet karetki pogotowia.
Krystyna wiedziała, że warszawskie sklepy MHD i WSS są zupełnie inaczej zaopatrzone niż w Katowicach, ale przecież nie miała siły uzupełniać katowickich niedoborów, zresztą i tak wszędzie, było w nich mnóstwo ludzi. Oblegano Delikatesy, sklepiki z artykułami kolonialnymi, Supersam.
W Galluxie ceny były horrendalne, to samo można było za grosze kupić w Przemyślu na ciuchach, tylko nie nowe. I tak najlepiej było kupować za bony towarowe PKO w sklepach banku Polskiej Kasy Opieki, gdzie opiekowano się Polakami w ten sposób, że umożliwiano im kupno zagranicznych rzeczy opłaconych dewizami za granicą. Takich sklepów w Warszawie było pełno, w Katowicach tylko jeden, na Koszutce na Morcinka. Tu na Kredytowej, Mazowieckiej, Czackiego, Traugutta, we wszystkich hotelach – Krystyna miała wykaz adresów tych sklepów dołączony do każdego zakupu ulotką reklamową, ale nie wiedziała, że w nich są takie tłumy, podczas gdy w Katowicach było zawsze raczej pustawo.
Po drodze mijali stojące gęsto „kioski” MO z charakterystycznym neonem na szczecie. Weszli w Nowy Świat, który faktycznie pod względem wystaw sklepowych był zupełnie nowy, pełen luksusowego, zawsze pożądanego towaru. Szli Krakowskim Przedmieściem w kierunku Starego Miasta, minęli hotel Bristol i na końcu Karowej dotarli do numeru 14/16.
Była to luksusowa kamienica na skarpie budynku powstałego tuż przed wojną dla Towarzystwa Handlowo-Przemysłowego „Horacy Heller” S.A. z fasadą z piaskowca w stylu art deco, z balkonami wykończonymi żelaznymi kutymi barierkami.
Wjechali windą na czwarte piętro. Mieszkał tu gdzieś Jan Cybis, z którym Bogdan Zieleniec się przyjaźnił, a z ich sąsiadem, Janem Marcinem Szancerem, nie.
Mieszkanie, Andrzejowi nie przyzwyczajonemu do małego metrażu wydało się ogromne. Zieleńcówne zaraz zabrały go z Ewą do swoich pokojów, Krystyna utonęła gdzieś w czeluściach innej części mieszkania.
Nie wiedzieli, kto w którym pokoju mieszka, raczej stanowiło to wszystko jeden wielki, bardzo swobodny futerał mieszkalny, w którym nie było podziału na meble i przedmioty, a też nie sprawiało wrażenia jak po rewizji, gdzie wszystko jest na wierzchu. Nie, Andrzej, mający skłonności do pedanterii ani nie był niemile zaskoczony, ani też nie wpadł w zachwyt. W jednym pomieszczeniu wokół wszystkich czterech ścian ciągnęła się gruba warstwa kubańskich muszli z piaskiem i taka ekspozycja kubańskich zbiorów najbardziej mu się podobała. Wszędzie walały się książki i periodyki artystyczne, dostrzegł stos „Miesięczników literackich”, o których Kasia powiedziała, że ich nie czyta, mimo, że mama jej je poleca i ciągle kupuje. W ogromnej łazience sterta damskich ubrań zasłoniła raz na zawsze ukrytą pod nimi pralkę i ciągnęła się aż po sam sufit.
Wyszedł na balkon. Po drugiej stronie pod numerem Karowa 31 znajdował się legendarny gmach Warszawskiego Towarzystwa Higienicznego, o którym Andrzej wiele słyszał na polskim i historii. Chwalebna instytucja, przywrócona społeczeństwu za przyczyną gomułkowskiej odwilży, walcząca przed wojną z brudem, nędzą i nieszczęściem takimi wojownikami jak Bolesław Prus, Tadeusz Boy-Żeleński, czy Janusz Korczak, promieniowała na odległość tym właśnie i Andrzej pozazdrościł Zieleńcównom tego widoku z okna: na ten okrągły gmach wzniesiony na początku XX wieku i cudem ocalały z wojennej pożogi.
Długo w piątkę siedzieli wspominając Hawanę, aż zrobiło się bardzo ckliwie i sentymentalnie. Kiedy Krystyna zawołała ich, że jeszcze dzisiaj mają pociąg do Katowic i że pora wracać, wszystkie trzy Zieleńcówne wpisały sobie adres Andrzeja i Ewy do swoich notesików i wszyscy uroczyście sobie przyrzekli, że będą pielęgnować ich dozgonną przyjaźń.
Zdążyli na powrotny pociąg do Katowic. „Górnik” już od kilku lat awansował na pociąg expresowy. Należał do ścisłej czołówki polskiej pod względem prędkości: przekraczał 85 km na godzinę. Ale i w tym krótkim czasie kilku godzin, wśród podróżnych wracających z warszawskich delegacji – gdzie tylko oni mieli bagaż, reszta w garniturach, z krawatami, z aktówkami pod pachą – Andrzej pogrążył się w rozmyślaniach o zamkniętym już raz na zawsze epizodzie kubańskim.

W szkole Andrzeja na lekcjach o niczym innym się nie mówiło, jak o obchodach Tysiąclecia Państwa Polskiego. Albo zamykano drogi dostępu pielgrzymom do Gniezna, aresztowano kopię najświętszego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, albo wyliczano opresje ze strony katolików niszczących nocami plansze powiadamiające o państwowych obrzędach. Walka Gomułki z Wyszyńskim nie bardzo Andrzeja interesowała, szczególnie, że ich wychowawca Fizyk wytypował go do wojewódzkiej Olimpiady z fizyki.
Andrzej nie miał problemu z wejściem po swojej nieobecności do klasy, która już stała się klasą maturalną. Wszyscy byli po wakacjach, które z początkiem października jeszcze im nie wywietrzały i nawet silna opalenizna Andrzeja nie odstawała od ich opalonych twarzy. Większość kolegów i koleżanek była na wakacjach za granicą, a to w Jugosławii, a to w Bułgarii. Największy przyjaciel Andrzeja, Maciek, którego ojciec do czasu zerwania kontaktów moskiewskich z Pekinem stale przebywał w Chinach na kontrakcie, cieszył się teraz nieobecnością rodziców, którzy wyjechali tym razem na kontrakt do Iraku pozostawiając Maćkowi upoważnienie na pobieranie z banku Polskiej Kasy Opieki bonów dolarowych, za które kupował różne zagraniczne smakołyki i kosmetyki na klasowe prywatki. Zaraz po powrocie Andrzeja ich klasa w komplecie stawiła się u Maćka w Punktowcu na Koszutce. Przyszedł Andrzej z pudełkiem cygar, też nie omieszkał zapalić i jak wszyscy bawili się przy dźwiękach „Revolver”, nowego albumu Beatlesów w białej okładce, który ktoś jako najwyższą świętość przyniósł, Andrzej zemdlał i leżał tak pod stołem otumaniony cygarem, podczas gdy wszyscy tańczyli co chwilę wbiegając do łazienki, wycisnąć sobie z tubki pasty Colgate kolejne centymetry splecionego białego i czerwonego paska i wpatrywać się w niego zachwycie.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Rudek (14)

Nieobecność Che już od roku w mediach kubańskich niepokoiła kolegów Rudka w pracowni projektowej Ministerstwa Budownictwa i codziennie to w przerwach pracy omawiano.
Che Guevara, który podobno nienawidził Hawany, był przez hawańczyków uwielbiany mimo, że każdy zdroworozsądkowy Kubańczyk w lot zauważył, że Che nie nadaje się na żadne z powierzonych mu funkcji rewolucyjnego rządu.
Wprawdzie przejmując na pięć miesięcy w 1959 roku batistowskie więzienie San Carlos de La Cabaña w twierdzy Moro zwane potocznie cabaña wydał wyroki śmierci bez sądu dla kilkuset byłych członków Buró de Represión de Actividades Comunistas czyli tajnej policji, jednak go usprawiedliwiono. Były według opinii publicznej zasadne po pokazaniu w telewizji narzędzi tortur, to mieściło się w jego rewolucyjnym stylu walki. Wybielano go, a nawet uważano w pracowni Rudka, że bandyci i sadyści z tajnej policji Batisty i pracownicy cabaña zasłużyli na o wiele większe męczarnie: filmy i kroniki pokazały potworne narzędzia do dręczenia więźniów politycznych Batisty jakie znaleziono w ponurej twierdzy Moro zaraz po wejściu tam zwycięskich rewolucjonistów. Nie lepiej postąpiono z tymi, którym wytoczono procesy w Komisji Oczyszczającej jako zbrodniarzom i współpracownikom reżimu Batisty: tysiąc osadzono w więzieniach, a 550 rozstrzelano. Jeszcze po latach krwawych porewolucyjnych czystek, Guevara 11 grudnia 1964 w ONZ obiecał, że krwawych rozpraw bez sądu nigdy nie zaniecha: „Strzelamy i będziemy kontynuować strzelanie, gdy będzie to konieczne. Nasza walka to walka na śmierć”.
Jednak w głowie Rudka się nie mieściło, że jego koledzy w pracy pochwalają pracę Guevary na froncie urzędowym. Jako dyrektor departamentu industrializacji Narodowego Instytutu Reformy Rolnej (INRA) , Minister Przemysłu i prezes Narodowego Banku oraz reprezentant Kuby na arenie międzynarodowej głównie w ZSRR i Chinach, Che podejmował absurdalne decyzje. Cóż z tego, że Guevara odznaczał się wielką pracowitością i zaangażowaniem w problemy, które ambitnie próbował rozwiązać po swojemu skoro uważał, że myślenie „jednostki” jest przestępstwem. Che nie był jednostką, był Rewolucją. Nie tolerował żadnych dialogów, nie uznawał wolności prasy. Zraził sobie Rosjan wytykając im nieprawidłowości w gospodarce ZSRR w niezgodzie z marksistowską doktryną. W 1965 roku w orędziu do Organizacji Wspólnoty Afro-Azjatyckiej oskarżał między innymi Związek Radziecki i Mao Zedonga o odejście od komunizmu

Jego „guevarismo”, doktryna nakazująca permanentną walkę z imperializmem i permanentną Rewolucję czyli „foquismo”, Rudka przerażało. Wykładnie tych terminów sformułował w książce „La guerra de guerrillas” wydaną na Kubie w 1960 roku, którą Rudek przeczytał jako instrukcję na wypadek, gdyby inżynierów zamiast na zafrę mieli wysyłać do buszu i by wiedział, jak ma sobie uszyć z worka plecak, gdyż, jak czytał, każdy partyzant musi według zawartych tam praktycznych instrukcji nosić na plecach cały swój dom i pożywienie.
Ale niedawno, jako minister gospodarki, Guevara foquismo wcielał intensywnie w życie gospodarcze Kuby.
Przy założeniu, że baza społeczna jest pośród chłopstwa, a nie jak w Związku Radzieckim wśród miejskiego proletariatu, przeprowadzał skutecznie reformę rolną likwidując rodzinne gospodarstwa w celu stworzenia „nowego socjalistycznego człowieka”, którego praca głównie oparta ma być na wolontariacie. Propagandowo fotografował się z maczetą na zafrze, gdzie można było zobaczyć jego unikalny uśmiech, gdyż Che z powodu ideologicznego posłannictwa i toczącego go weltschmerzu był zawsze smutny.
Nie pobierał całej ministerialnej pensji za swoją pracę w rządzie zadawalając się niewielką sumą, którą oddawał żonie mieszkającej z czwórką dzieci w apartamencie na Vedado, nie pozwalał sobie ani swojej rodzinie na żadne luksusy.
„Nowy człowiek” Che miał być stworzony dzięki ustawionemu przez niego systemowi obozów pracy. Pierwszy w Guanahacabibes zaraz wykorzystano do zsyłki dysydentów i homoseksualistów. Che uważał, że homoseksualiści to ludzie chorzy, którzy powinni ustąpić miejsca nowemu, politycznie zdrowemu, stworzonemu w komunistycznej Kubie człowiekowi.
Rudek nigdy nie widział Che, oprócz stojącej na trybunie zasłoniętej jego sylwetki w mundurze i berecie i nie doświadczył jego magnetycznego, uwodzicielskiego czaru urodziwego mężczyzny, o którego charyzmie pisano po zagranicznych gazetach, widząc w nim samego Chrystusa. Rudek, wychowany w ostrym gimnazjalnym reżimie wadowickich księży obruszał się na samo to świętokradcze porównanie, gdyż Jezus nigdy nie niósł pokoju mordując.
Pamiętał jego słowa w czasie kryzysu rakietowego, w których Che żałował, że nie poświęcono narodu kubańskiego jako ofiary w wojnie nuklearnej i zaniechano ich wystrzelenia w kierunku USA.
List publicznie odczytany przez Castro podczas Pierwszego Zjazdu Kubańskiej Partii Komunistycznej w październiku 1965 roku donosił o zrzeczeniu się przez Guevarę wszystkich funkcji w rządzie oraz narodowości kubańskiej gdyż odchodzi na „nowe pole bitwy”. Od tego czasu nikt nie wiedział, gdzie przebywa Che.

Krążyła plotka, że był w ubiegłym roku w Kongo, gdzie szkolił oddział złożony z tylko Czarnych kubańskich partyzantów. Ale żadne wieści o Che nie dochodziły do pracowni Rudka. Rudek, wychowany na patriotycznych lekturach przedwojennego gimnazjum, gdzie walki partyzanckie i walki o wyzwolenie narodowe były główną materią humanistycznego wychowania młodzieży – a Rudek właśnie był na kierunku humanistycznym – sprzyjał bohaterskim walkom kubańskich partyzantów-rewolucjonistów w krajach kolonialnych. Rozumiał, że Che był rewolucjonistą i nie pragnął być nikim innym, nie chciał być urzędnikiem i że za to Kubańczycy go kochają.
Jednak nikt go nie widział na Vedado i od roku wypytywany Fidel niczego o nim nie chciał powiedzieć oprócz tego, że jego przyjaciel Che Guevara jest tam, gdzie jest potrzebny.

Natomiast nie rozumiał, przeglądając „Granmę” – gazetę Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Kuby kładzioną mu codziennie na biurko – jak taki Nicolás Guillén – odpowiednik polskiego Iwaszkiewicza – może być stalinistą. Jego wiersze drukowane na pierwszych stronach „Granmy” z racji pewnie tego, że był prezesem Związku Kubańskich Literatów miały być może wartość, gdyż był poważnym kandydatem do Nagrody Nobla. Ale pisząc swój panegiryk „Una canción a Stalin” w latach czterdziestych, ukraińskiego głodu, czystek, zabójstwa Trockiego przez KGB w Meksyku, po dwudziestu latach naczelny poeta kubański nigdy tej sympatii do Stalina nie odwołał i wiersz powielany był we wszystkich jego wznawianych tomikach wierszy.

Dla Rudka lato 1966 było bardzo pracowite i dywagacje, gdzie przebywa Guevara i co pisze po gazetach poeta Guillén zeszły na dalszy plan, szczególnie, że przebywając właśnie na Kubie jego rodzina odciągała go od pracy w domu i rozwiązywania problemów na suwaku. Raz poszedł z Krystyną i Zieleńcami do Hawańskiej Opery i tłumacząc im libretto na polski zmęczył bardzo jak i całym spektaklem, a czas naglił. Właśnie skończył pięćdziesiąty rok życia i już nie miał takiej energii, jak kiedyś. A musiał wyjeżdżać na męczące delegacje. Blisko Varadero w prowincji Matanzas montowali urządzenia dla cukrowni i Rudek musiał jeździć tam coraz częściej, a nawet tam spać. Oczywiście azucareros nie zakwaterowano w legendarnym Hotelu Internacional de Varadero gdzie przed Rewolucją zamieszkiwali mafiosi, gwiazdy amerykańskiego kina z Frankiem Sinatrą na czele, lecz w pobliskich willach. Ale mógł wejść tam, jako extranjero i zobaczyć z tarasu na dachu morze, biały jak mąka piasek i rząd krytych palmowymi liśćmi parasoli. Na kąpiel nie starczało już czasu.

Tam też kazano im przerwać pracę i pójść wysłuchać przemówienia, które 26 lipca 1966 roku Fidel Castro wygłosił w Santiago de Cuba z okazji trzynastej rocznicy ataku na koszary Moncada. Jak zwykle w niewybrednych i niecenzuralnych słowach zaatakował imperialistów, pseudo rewolucjonistów i wsparł Związek Radziecki w konflikcie z Chinami. To zadecydowało, że Chiny nie kupiły tyle co obiecały cukru i wstrzymały kredyty. Była to kontynuacja styczniowego narażania się Kuby Chinom na Konferencji Trzech Kontynentów, gdzie Fidel oskarżył Chiny o przyłączenie się do amerykańskiej blokady, deklarując tym pomówieniem sojusz z Moskwą.

Często latał do Santiago de Cuba skąd idąc wybrzeżem widać było Jamajkę i wysoki, skalisty brzeg i pasmo Gór Sierra Maestra pokryte krzewami, pewnie krzewami marabú, myślał Rudek. Krzewy ścinano maczetami, takimi jak do trzciny cukrowej, ale te inwazyjne krzewy kwitnące różowymi ładnymi kwiatami były chwastami, z którymi bezustannie walczono. Mieszkał w małych hotelach, w których portier zawsze domagał się carmenów, których zapas przywieziony przez Krystynę dawno się skończył. Rudek rozpytywał wszystkich gdzie rosną drzewa rodzące güiry, gdyż Ewa była nienasycona i obiecał jej je przywieźć. Przedarł się przez góry między drzewami ácana i caiguarán, tamaryndowcami, mahoniowcami i hibiskusami do ponad 10 metrowej wysokości drzewa, jeszcze zielone, ale już przechodzące w brązowe, zdrewniałe skorupy owoców próbowali strącać z szoferem patykami. Wreszcie udało się kilka kul wielkości piłek zapakować do samochodu.
Wracali ulicami gdzie szkarłatnie flamboyany już przekwitły jak i dawno już fioletowe jakarandy przy ulicach i parkach. Teraz przetykane krzewami wawrzynu, fikusów, piegowatych aukumb czy wielobarwnych krotonów kwitnącymi ketmiami przyciągały wzrok bujnością późnego lata. Między palmami gdzieniegdzie stało na trawniku dramatyczne drzewo Bo. Za miastami unosił się słodki zapach soku z trzciny cukrowej, mieszał się z zapachem benzyny i ludzkiego potu. Gęste zarośla marabú wyjaławiały ziemię, która stawała się piaskiem, pod którą były skały. Ciągnące się pustkowia nie dawały zwierzętom cienia.

Przemierzał ze swoim szoferem setki kilometrów chłodzony tylko otwartym oknem samochodu. Krowy pasące się na spalonej ziemi rozgrzebywały czerwoną ziemię szukając chłodu i schronienia przed skwarem lata. Czasami zatrzymywali się, by gdzieś pod arkadami wejść do czarnych czeluści knajp, gdzie Rudek zamawiał Cuba libre z coca-colą, ale w związku z nacjonalizacją, były już pozamykane.
Jeździli z jednego krańca wyspy na drugi, nocowali w hotelach, gdzie na noc pozostawiano w pokojach dzbanki z lodem i radio z rządowym programem Reloj Nacional.

W domu już się pakowali do powrotu do Polski, a on jeszcze musiał coś sprawdzić i gdzieś pojechać, a przede wszystkim potrzebował załatwić prezenty dla Krysi i dzieci. Rozpaczliwie jeździł w tym celu po Hawanie i do Cubanacan, gdzie szofer zupełnie nie w porę wskazywał mu siedemdziesiąt milionów krzewów, które na polecenie Fidela zasadzono niedawno wokół Hawany choć miały nikłe szanse na przeżycie i wydanie owoców. Próbował negocjować cenę muszli u robotników pogłębiających dno w Zatoce, ale oni domagali się nie pieniędzy tylko okularów, papierosów i perfum, a tego już nie miał. Dzieci nie zgadzały się na muszle z żywym ślimakiem w środku, a sklepy sprzedające pamiątki dla turystów miały tylko bardzo drogie ozdoby jak lampy i meble. Kupował więc sznury korali z maleńkich muszli i z nasion roślinnych, jechał do hotelu „Habana Libre”, na róg Dwudziestej Trzeciej, mijał stojące tam wojskowe straże, mijał sale bankietowe pełne zagranicznych i rosyjskich głosów, docierał do sklepu z pamiątkami, ale wszystko wydawało mu się tam za drogie.
Pochodził po Prado, wstępował do sklepów gdzie sprzedawano przedmioty zabrane Kubańczykom opuszczającym Wyspę na zawsze, ale nic nie nadawało się na prezenty, przecież nie kupi futer, zegarków złotych i srebrnej zastawy stołowej, myślał Rudek.
Obok pędziły leylandy, po sjeście ruch się w Hawanie wzmógł, a na ulicach zapalono pierwsze lampy i na domach neony, a on oprócz korali nic nie kupił.

Nazajutrz, kiedy odprowadzał Krysię z dziećmi na lotnisko w Rancho Boyeros, tankowano już DC-8 Super. Pobiegł jeszcze do stoisk z pamiątkami i kupił przysługujących Krystynie pięć butelek ron Caney i ron Bacardi oraz kilka pudełek cygar.
Kiedy zniknęli w pomieszczeniach dla celników, gdzie musieli rozpakować skrupulatnie pakowane walizy, Rudek poszedł na taras widokowy, by im z niego pomachać.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU 2018 !

Opublikowano 2018, dziennik ciała | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Andrzej (12)

Było jeszcze wcześnie i dlatego poszli do „Acuario Nacional de Cuba”, gdzie chodzili wielokrotnie, ale dobrze tam było przeczekać godziny letniego skwaru. Ewa po raz pierwszy odmówiła pójścia z Andrzejem tłumacząc to tym, że w kubańskim Wesołym Miasteczku już była dwa lata temu i boi się tych wszystkich drewnianych urządzeń sprawiających wrażenie, że się zaraz rozlecą.
Byli więc tylko w czwórkę, Andrzej czuł się onieśmielony w towarzystwie trzech tak pięknych dziewczyn pozbawiony wsparcia Ewy. Musiał więc sobie radzić sam i wymyślać dowcipne riposty na niejednokrotne złośliwości Zieleńcówien, co przełykał, byle być blisko nich. Wszystko wokół był tak wspaniałe, że łagodziło obyczaje i wkrótce stanowili w czwórkę bardzo zgraną paczkę.
Akwarium miało kolorystyczną tonację kubańskich basenów, w których głównie nurkowali w maskach a teraz, chodząc po białych betonowych ścieżkach korytarzy także otaczała ich woda zza szklanymi ścianami z przepływającymi monstrualnymi rybami i Andrzej odczuwał niepowtarzalne, euforyczne poczucie jedności z przyrodą, ukochanym basenem i Zieleńcównymi.
Narodowe Akwarium było chlubą rewolucyjnej Kuby, jako jeden z nielicznych obiektów na Miramarze faktycznie powstały po Rewolucji o ambitnych, naukowych celach, a nie tylko rozrywkowych, które budowali Amerykanie. Stało nad morzem już sześć lat i jeszcze nie uległo korozji od soli morskiej. Początkowych 13 zbiorników rybackich wzbogacono o reprezentacyjny staw powstały zaraz przy wejściu z pływającym ogromny żółwiem morskim. Ale główną atrakcją obok fok i uszatek był ogromny lew morski, na który wszyscy wołali „Silvia” i przy którym gromadziło się najwięcej dzieci. Dzieci ze szkolnych wycieczek zbierały się przy każdym pokazie biegając w dwupiętrowym dużym budynku po schodach i moście skąd najlepiej było można zobaczyć występy skaczących delfinów w stawach, do których wdzierało się morze.
Liczne terraria w grotach pośród namorzynów z niezidentyfikowaną przez nich tropikalną florą i fauną Morza Karaibskiego stanowiło zaledwie dodatek do szklanych ścian, gdzie pływały rekiny wśród muren, pławikoników i barwnych ryb. Na wysepkach zieleni, obok sztucznych wodospadów, pod palmami i krotonami, wokół mostków i murków, wylegiwały się koty i przechadzały pelikany.
Przeszli do wielkiej, jasnej kafeterii, gdzie kupili sandwicze i coca-colę. Mimo że byli wszystkim zachwyceni, to i tak był to tylko zrealizowany ułamek rewolucyjnego projektu architektonicznego z roku 1959. Akwarium Narodowe zwane „Sibarimar” w Rincón de Sibarimar w Guanabo na wschód od Hawany zaprojektowane zostało przez kubańskiego architekta w panującej właśnie awangardowej manierze zakrzywionych i okrągłych kształtów charakterystycznych dla nowoczesnej kubańskiej architektury rewolucyjnej. Miało stać tu osiem cylindrów ze szkła i betonu o średnicy około 20 metrów i sześć głębokości, wypełnionych wodą. Oprócz tego zaprojektowano tereny dla dzieci, ośrodki edukacyjne, laboratoria, łodzie ze szklaną podłogą do obserwacji raf koralowych pobliskiego wybrzeża morskiego. Niestety, lata mijały, pojawiały się coraz to nowe priorytety w Ministerstwie Budownictwa i na tym co zdążono zbudować, poprzestano.
Zbliżało się południe i godzina otwarcia Wesołego Miasteczka. Z żalem opuścili niebieskie ściany Akwarium i wyszli na aleję Trzecią. Skwar ulicy z kontraście do umiarkowanej temperatury „Akwarium” był jeszcze bardziej odczuwalny, a mieli przejść piechotą trzy kwadransy na zachód do plaży Concha, skąd było już widać koło młyńskie i „Montañę Rusa”.
Zeszli na Aleję Trzecią do Piątej. Andrzej żartował i rozbawiał towarzystwo, z wyjątkiem milczącej Basi. Ewa zadziorna, Kasia jak ulepek, a w połączeniu z przepiękną trasą, którą podążali skręciwszy na reprezentacyjną Aleję Piątą, wszystko zdawało się harmonijne, młode i radosne.
Przy calle 60 minęli „Santuario Nacional de San Antonio de Padua”, kościół wybudowany tuż przed Rewolucją przez franciszkanów w modernistycznym stylu. Quinta Avenida nawet nie pielęgnowana zachowała pierwotne założenia architektów zieleni miejskiej. W środkowym pasie zieleni między czterema jezdniami miały być sadzone kwiaty sezonowe zapewniające najpiękniejszej hawańskiej alei barwność, ale i tak było pięknie, między marmurowymi ławkami kwitły żywopłoty, a brzuchate palmy wprowadzały klimat dostojeństwa. Po obu stronach jezdni stały ogrodzone siedziby ambasad w pałacykach o różnorodnych stylach, orientalnych, historycznych i nowoczesnych, przezierały zza zieleni bogate balkony i tarasy. Przy calle 80 minęli „Iglesia de Jesús de Miramar” wzniesiony też zaraz przed Rewolucją w stylu neoromańsko-bizantyjskim z betonu.
Piąta łączyła się z wybrzeżem przecinającymi je przecznicami i niejednokrotnie widać było na ich końcu morze. Szli w kierunku Mariel, aż przed pierwszym rondem przy calle 110 skręcili z powrotem na Aleję Trzecią. Do następnego ronda przestrzeń zajmował park rozrywki „Coney Island” i namiot „Trompoloco” Narodowego Cyrku Kuby.
Całe zachodnie wybrzeże od Vedado po Mariel, Jaimanitas i Santa Fe było przed Rewolucją zagospodarowane przez różne kluby uniwersyteckie, wojskowe, sportowe wyposażone w sprzęt do treningów, hale sportowe, restauracje, kawiarnie, place zabaw, sale taneczne, plaże, baseny, łazienki, prysznice, szafki do przechowywania rzeczy, toalety. Teraz po nacjonalizacji wszystkim klubom zmieniono nazwy. Kluby sąsiadowały ze sobą, wzdłuż nabrzeża w kolejności w kierunku centrum Hawany były to: „Nautico”, „Casino Espaniol”, „Circulo Militar y Naval”, „Havana Yacht Club”. Andrzej jeszcze dwa lata temu wdział na wywieszkach napisy z pierwotnymi nazwami, teraz przepiękny Club „Nautico” nazywał się „Circulo Social Obrero Felix Elmuza”. Miał jak w „Tropicanie” betonowe sufitowe łuki, granitowe posadzki, pod ścianami stały czerwone fotele obok szafek z surowego drewna. „Havana Biltmore Yacht i Country Club” z przystanią i przycumowanymi jachtami nazywały się „Círculo Social” „Obrero Julio Antonio Mella Antiguo”. „Miramar Yath Club” nazwano „Circulo Social Obrero Patricio Lubumba Antiguo”. Hijas de Galicia – „Córy Galicji”- płaciły przed Rewolucją trzy peso miesięcznie za pełne uczestnictwo w życiu klubu przy plaży. Nazwano je teraz „Circulo Socual Obrero Jose Luis Tassende Antiguo”. Klub rekreacyjny sił zbrojnych Kuby „Circulo Militar y Naval” przemianowano na „Circulo Social Obrero Gerardo Abreu Fontán”.
Kiedy był tu Andrzej w 1964 roku wszystkie kluby otwarto dla każdego bez względu na kolor skóry i majętność w euforii rewolucyjnej. Teraz rozpoczął się nowy etap ich stopniowego zamykania. Wprowadzono legitymacje związkowe, by potem kluby, ekskluzywne obiekty i plaże udostępnić tylko nomenklaturze partyjnej i zasłużonym działaczom reżimowym.
Ale nie dotyczyło to obcokrajowców. Już wtedy zresztą w „Nautico” Andrzej słyszał głównie język rosyjski.
Teraz weszli na zupełnie opustoszałą plażę „La Concha” nazywającą się „Circulo Social Obrero Braulio Coroneaux”. Nie mieli pojęcia, kim był Braulio Coroneaux, pewnie jakimś rewolucjonistą, zupełnie ich to nie interesowało. Po piasku przesuwały się muszle i można było się bardzo naciąć chcąc je podnieść, gdyż były zamieszkane przez kraby pustelniki zwane na Kubie „macao”. „Macao” miał monstrualne szczypce na jednym odnóżu, a na drugi maleńki, ale i tak nikt nie ryzykował, biorąc muszlę do ręki, by wkładać tam palec. Niemniej Zieleńcówne nie bały się ich, hodowały w Warszawie patyczaki i były przyzwyczajone do udomowionych insektów, gadów i płazów. Często „macao” przynoszono pomyłkowo do domu zbierając z plaży muszle z ukrytym krabem tak głęboko, że dopiero po jakimś czasie wyłaził i przekonywał się, że jest w niewoli. Macao nie dawał się udomowić mimo czynionych prób, jadł chętnie banany jak nikt nie wdział, gdyż nie znosił pieszczot i podlizywania się. Tęsknił za wolnością i morzem i przyniesiony zwracał się ku niemu idąc bokiem taszcząc muszlę, którą musiał wymieniać na większą w miarę jak rósł.
Wesołe Miasteczko otwierano o 12, resztę czasu wypełnili organizując wyścigi krabów.
Wesołe Miasteczko było zbudowane na wzór nowojorskiego. „Coney Island Havana” było przed Rewolucją sławne na całą Amerykę Łacińską. „El Coney Island Cubano” zbudowano w latach pięćdziesiątych. W czasie prohibicji w USA toczyło się tu mroczne życie nocne, po drugiej stronie Alei Piątej powstawały slumsy, baraki, małe kluby nocne, pito rum i rozbrzmiewały rytmy sonu i bolera. Uczestniczyły w nocnych zabawach wszystkie klasy społeczne. Kubańska „Coney” była własnością Amerykanina, którego stracono w 1961 za kontrrewolucyjne działania w parku. Park rozrywki i Cyrk „Trompoloco” zajmowały całą powierzchnię wyspy „Coney Island” od plaży La Concha do ulicy 112.
„Rumba Palace”, Restauracja „Himalaya” można było wypić mojito. Dla najmłodszych dzieci: samochody elektryczne, chińskie łodzie, domy luster, wszystkie rozrywki w egzotycznym wydaniu serwował „Coney” do godziny 20.
Na Kubie dzieci za rodzicami, którzy swoje dzieciństwo przed Rewolucją spędzili w Coney Island nazywali Wesołe Miasteczko „Caballitos” od drewnianych koni karuzeli, na które sadzano najmniejsze dzieci, domagające się potem ciągle pójścia do parku rozrywki. Na karuzeli były konie i samochody pomalowane na jaskrawe kolory. Chłopcy jeździli na koniach, a dziewczynki na samochodach. Wszystko – „Montaña rusa”, „Estrella”, „maquinita”, „carrusel”, „avioncito”, „pony car” – kosztowało pięćdziesiąt centavos, tyle co butelka coca-coli.
Andrzej chciał koniecznie powtórzyć swoje jazdy na „Montañii rusa”, ale w końcu wszyscy razem zakupili bilety na koło młyńskie zwane tutaj Kołem „Ferris” od nazwiska 33-letniego inżyniera z Pittsburgha George’a Washingtona Gale Ferris Juniora, który gigantyczne koło obrotowe przy końcu XIX wieku wymyślił. Zresztą firma w Filadelfii „Philadelphia Toboggan Company” wykonała wszystkie drewniane urządzenia obrotowe w hawańskim parku rozrywki, jedynie szata graficzna różniła się swoją kubańską specyfiką od amerykańskiej większym umiarem jarmarcznego kiczu.
Dorośli nazywali to miejsce w skrócie „Cony” i było masowo uczęszczane właśnie przez dorosłych, gdyż można tu było kupić kawę bez stania w długiej kolejce, kolejek było więcej i więcej punktów sprzedaży, od piwa po watę barwioną cukrową i kolorowe, latynoskie słodycze. Poza tym mężczyźni bawili się świetnie, były tu strzelnice i budy, gdzie rzucano baseballem w metalowy cel, który uwalniał zatrzask i wycięta z metalu sylwetka dziewczyny siedzącej na poprzeczce wpadła do stawu pełnego wody.
Muzyka rozlegała się na każdym kroku, słychać ją było, jak dochodzili.
Koło młyńskie z drewna już budziło strach w trakcie wypełniania go ludźmi, kiedy wagoniki wspinały się ku niebu i miarowo zatrzymywały się, by po kilkudziesięciu przestojach nagle zatoczyć kilka pełnych obrotów. Drewniany kij zamknięcia, który miał ich zabezpieczyć przed wypadnięciem zahaczony był jedynie chwiejącym się gwoździem i cały czas sprawiał wrażenie, że wypadnie.
Kiedy wznieśli się na sam szczyt i zobaczyli morze i pawilon stojący w wodzie naprzeciwko koła młyńskiego strach trochę w zachwycie przycichł, by pojawić się znowu dławiący i nieznośny. Koło wciąż skrzypiało na niebie, rozlegał się jednostajny pisk dzieci i wzmagał jeszcze paniczne stany oczekiwania na rychłą śmierć. Kolejny obrót i podniesienie do góry w trakcie wysiadania dolnych partii pasażerów powodował, że tam na górze w niebiosach, z których niechybnie spadną, trzeba poczekać, aż na dole ktoś oszalały ze strachu zostanie wywleczony z wagonika. Tkwili więc tak patrząc w przestrzeń, która w miarę wpatrywania się była coraz bardziej czytelna.
Plaże klubów Marianao, sztucznie usypane – gdyż Hawana ma koralowy, nieprzychylny brzeg – wyglądały oszałamiająco. Właśnie z „Casino Español” zamienionego na szkołę sportową wysypała się młodzież z płetwami i maskami do nurkowania. „La Concha” bielą piasku współgrała z błękitem morza. Przepiękny, harmonijny dach w kształcie muszli „El Nautico” mienił się w słońcu swoim granatowym kolorem. W „Havana Yatch Club” na marinie jeziora kołysały się jachty, kilka wypłynęło. Dalej w dół „Club Cubaneleco” na palach z wielkim tarasem, jeszcze dalej hotel „Copacabana” – były pełne biesiadników.
Na dole tuż obok bar. Po lewej restauracja. Stoisko waty cukrowej. Dużo ludzi.
Nie dając po sobie poznać, dziewczyny i Andrzej skorzystali z innych, mniej niebezpiecznych uciech, oddalając jak tylko się dawało widmo nieuchronnej przejażdżki „Montaña Rusa”.
Andrzej lubił być wewnątrz pętli Möbiusa. Takich atrakcji, jak „Montaña Rusa” Wesołe miasteczko w Chorzowie nie oferowało, mimo, że było podobno największe i najlepsze w Polsce. Jadąc kolejką górską dwa lata temu wiedział, że wszelka rozchwiana konstrukcja kolejki jest celowa, mająca na celu jeszcze wzmóc uczucie strachu. Chodzi przecież nie o przejażdżkę, ale o przerażenie i o uwolnienie się od koszmaru życia.
Hawański Roller Coaster zaprojektował ten sam utalentowany amerykański konstruktor co w Nowym Jorku. Philadelphia Toboggan Coasters wykonała 2 pociągi po trzy wagoniki na pociąg i wielką drewnianą konstrukcję toru. Jadący zasiadali twarzą do jazdy w 2 rzędach po trzy osoby, w pociągu było 18 pasażerów. Pomagał im wsiąść czarnoskóry, rosły mężczyzna z twarzą bez wyrazu. Wielką dźwignią uwolnił wagoniki zaaretowane w drewnianych szynach.
Drewno konstrukcji i wagoników poprzez skrzypienie i trzeszczenie na zakrętach wzmagało strach. Pociąg wciągnięto na najwyższy szczyt pierwszego wzniesienia łańcuchami i linami, by mógł zjechać i nabrać prędkości, potem wznosić się i opadać.
Lecz po chwili, kiedy nagle spadali w bezdenną otchłań już niczego nie analizowali i niczego nie oglądali, czekając kiedy się to skończy.
Ale dopiero się zaczynało. Wagoniki zaczynały się kolebać sprawiając wrażenie, że zaraz wypadną i że pojechali pechowo popsutym, topornym, drewnianym, trzęsącym się sprzętem. Wszyscy jadący wyglądali upiornie z wytrzeszczonymi oczami, rozwichrzonymi włosami i otwartymi w przerażającym krzyku ustami.
Kiedy kolejka wspinała się mocą bezwładu i pędziła siłą grawitacji uzyskując prędkość tylko dzięki tym wzniesieniom, wszyscy liczyli, że to ostatnie wzgórze, nim wszystko za chwilę runie. Ale nie, gwałtowne zakręty, wysokie wzniesienia, strome spadki rytmicznie powtarzały się w nieskończoność.
Zamknięty obwód trasy sprawił, że odebrał ich ten sam milczący, z kamienną twarzą Murzyn.
Wałęsali się do zmroku po wszystkich zakamarkach „Coney Island”, kupowali soki w papierowych rożkach, których nie można było postawić, przypatrywali się uroczystościom dziecięcym, dla których przyniesiono tu ogromne, prostokątne torty z różowym i żółtym kremem udekorowane różyczkami z masła.
Przestrzeń tropikalna pulsowała, żarówki pulsowały, wyodrębniając kształty karuzel, młyńskiego koła i Montanii Ruso, oraz podświetlając wszystkie gastronomiczne punkty.
Kiedy wyszli z Wesołego miasteczka na Piątą Avenidę, noc robiła się coraz czarniejsza. Za nimi dochodziły coraz słabsze odgłosy karuzeli, przed nimi wyrastał las czarnych pni palm oświetlanych miarowo reflektorami samochodów.
Nazajutrz Andrzej jak zwykle przyszedł rano z Ewą do Zieleńcówien i w holu rozegrała się jakaś niezrozumiała kłótnia między siostrami, w której największe pretensje zgłaszała Ewa. Sprawa została wkrótce załagodzona, zanikła równie gwałtownie, jak wybuchła, jednak Ewa nie wiedziała co się wydarzyło w Wesołym Miasteczku, a Andrzej nigdy jej nie powiedział.
Wkrótce Zieleńcówne zniknęły i Rudek wyjaśnił Andrzejowi i Ewie, że musiały natychmiast wracać do Warszawy w nagłym, niecierpiącym zwłoki wypadku, ale koniecznie mają je odwiedzić na Karowej w Warszawie, gdy będą wracali z Kuby.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Boże Narodzenie 2017

Opublikowano obrzędy | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Ewa (23)

Danka jeździła całą podstawówkę na kolonie letnie i opowiadała Ewie, że najgorsi na kolonii byli warszawiacy. Zadzierali nosa, puszyli się, gardzili zarówno Zagłębiem i jak i Górnym Śląskiem, czego o zgrozo według Danki dumnej z Sosnowca nie rozróżniali i Ewa była pełna obaw co do Zieleńcówien. Od kiedy przejechały, Andrzej nigdzie nie chciał chodzić bez Ewy i to tylko do nich, a ona, mająca już swój samotny świat zorganizowany, obchodzący się bez Andrzeja frymarczącego swoim towarzystwem, jeździła tam, jeździła z nim po nie, by w piątkę mogli każdego dnia wakacji wyruszać na podbój Hawany.
Jak Ewa zdążyła się zorientować, Andrzej najwyraźniej startował do środkowej Kasi, najpiękniejszej z tych trzech bogiń, gdyż inaczej o nich Ewa nie myślała: boginie. Ewa, która wyrzeźbiła w pierwszej klasie liceum plastycznego cały panteon bogów greckich w szkolnej kredzie znała doskonale anatomię takich nieludzkich postaci i od razu oszacowała szlachetną materię z jakiej zrobione były Zieleńcówne. Kasia była starsza tylko o rok od Ewy, była wyższa, ciemnowłosa o dużych już piersiach co łatwo było zobaczyć na basenie hotelu Riviera, kiedy po raz pierwszy tam w piątkę z Miramaru pojechali. Wszystkie trzy miały modne bikini, staniki „bardotki”, o których z Danką mogły w klasie tylko pomarzyć, nawet jak się dostało cudem czarny stanik z numerem zero lub jedynką, to nawet to nigdy nie było to. Po prostu, Zieleńcówne miały profesjonalne, dwuczęściowe stroje kąpielowe kupione w sklepie dewizowym PKO albo w komisie, były bardzo rozwiniętymi jak na swój wiek dziewczynami, a stroje kąpielowe perfekcyjnie to uwydatniały.
Najmłodsza Basia, o rok młodsza od Ewy, była od niej niższa, miała blond włosy i jak Kasia, do ramion, miała też duże piersi podczas gdy Ewa była w dalszym ciągu płaska jak decha. Trzem Zieleńcównom szefowała najwidoczniej najstarsza, kruczowłosa Ewa, o rok młodsza od Andrzeja, która decydowała zawsze, gdzie pójdą.
Siostry miały nakazane przez matkę chodzenie na lekcje studium językowego imienia Johna Reda mieszczącego się w pasażu przy ulicy Dwudziestej Trzeciej w Vedado. Ewa dziwiła się, że wolą wagary, a nie tak wspaniałe możliwości nauki języków. W szkole angielskiego uczyła Ewę stuletnia Tekla Potocka zwana Hrabiną i nikt z uczniów tłumaczących sobie w domu z wielkim trudem teksty angielskich piosenek nie mógł dociec, czy Hrabina zna ten język. A tu taka okazja! Ojciec Ewy chodził na kursy językowe do tej szkoły, miał z poszczególnych kursów świadectwa, opowiadał, że uczą od razu płynności wypowiedzi bez użycia słów innego języka, oprócz nauczanego. Niestety, rodzice Ewy nie wpadli na taki pomysł z językami jak rodzice Zieleńcówien.
Jak Ewa z Andrzejem wchodzili do mieszkania Zieleńcówien, one były jeszcze w proszku i zawsze musieli czekać w dużym holu na kanapach, aż poszukają ze stert walających się wszędzie części garderoby coś do ubrania lub po prostu się wszystkie, a nie cząstkowo, obudzą. Ewa wtedy zachłannie wpatrywała się w słoiki holenderskich temper stojących w każdym pomieszczeniu w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach i patrzyła z uwagą na stojącą w przedpokoju sklejkę, która niezmiennie nie rokowała postępów dalszego malowania przez Zieleńcową księżyca i jego okolic.
Na czas lekcji w szkole Johna Reeda pojechali na plażę Concha, potem przeszli się przez wszystkie bistra, do których Ewa nie miała śmiałości nigdy wchodzić i pozamawiali, siadając przy kontuarze na wysokich stołkach barowych, grube amerykańskie sandwicze z sałatą i bekonem, wkładane do amerykańskich niklowanych maszyn zapiekających, by po spuszczeniu dźwigni zmniejszyć ich grubość tak, by się zmieściła kanapka w ustach.
Jak już była odpowiednia pora, lekcje minęły, Zieleńcówne powiedziały, że ojciec zaprasza całą piątkę do jego pracy na Marianao.
Mimo wakacji, Bogdan Zieleniec pod koniec lipca już przebywał w swojej pracy. Jego studenci sześć tygodni pracowali społecznie przy Zafrze i musieli uczestniczyć we wszystkich świętach komunistycznych na Plaza de la Revolución w Hawanie. Wykorzystywali wszystkie możliwe okazje, nawet wakacje, by móc pracować w swojej ukochanej szkole.
Właściwie Ewa nie wiedziała, jak się tam znaleźli, Zieleńcówne znały jakieś tajemne skróty.
Z plaży Concha zeszli Ulicą Trzecią na Aleję Piątą i tam jakimiś bezimiennymi ulicami idąc do dzielnicy Cubanacán – nazwanej tak po Rewolucji – w pół godziny dotarli przez chaszcze i wertepy mijając wielki plac budowy.
Przestrzenie wilgotnej puszczy zagospodarowali przed Rewolucją Amerykanie, mieścił się tutaj elitarny Country Club, do którego nie mógł należeć nawet pochodzący z bogatej rodziny Fidel.
Brnęli długo po wertepach i pobojowiskach permanentnej budowy. Pole golfowe należące do Country Club of Havana obok przepływającej rzeki Quibú zamieniano właśnie na campus młodzieży artystycznej, gdzie kształcono ją na wszystkich szczeblach począwszy od gimnazjum.
Na dawniej arystokratycznym Country Club, teraz Cubanacán, w ogromnym parku rozsiane rezydencje opuszczone przez Amerykanów, w ich mniemaniu tylko chwilowo, zamieniono na mieszkania dla ambasadorów (mieszkał tu ambasador ZSRR). Ambasady mieściły się na Miramarze, ale najczęściej ambasadorowie w nich nie mieszkali, tylko tutaj.
Oprócz nich zamieszkali tu wychowankowie budowanej szkoły. Wille, pałacyki, wystawne rezydencje położone pojedynczo na dużych działkach lub w zwartych grupach posiadały obowiązkowo baseny, z których wodę dla bezpieczeństwa dzieci i młodzieży spuszczono, niemniej po każdej ulewie napełniały się one wodą, a potem błotem i żabami.
Zazwyczaj dwupiętrowe domy z kilkoma łazienkami, mogły pomieścić w każdym pokoju po kilka łóżek i w każdym z nich mieszkało po 25 uczniów. Luksusowo wyposażone w telewizory, kuchnie elektryczne, eleganckie meble pilnowane były przez kobiety zwane „ciotkami”, które im matkowały i były niezwykle lubiane. W każdą sobotę rano wychowankowie jechali do rodzinnych domów, a wracali do godziny 10 wieczorem w niedzielę. Stołówka mieściła się w dawnym hotelu Country Club, gdzie dzieci jadły na pięknych hotelowych talerzach używając wykwintnych sztućców. Dawna obsługa hotelowa: kucharze, kelnerzy, portierzy, praczki, sprzątaczki, została zatrudniona w szkołach, łącznie z chłopcami do wożenia wózków z kijami i piłeczkami golfowymi. Zatrudnienie znaleźli też fryzjerzy hotelowi obcinający włosy chłopcom co 20 dni. Była tu hotelowa pralnia, uczniowie oddawali ubrania do prania, a pościel i ręczniki zmieniano im dwa razy w tygodniu. Swoje pokoje sprzątali sami.
Z początku karmiono wszystkich wyśmienicie potrawami, o których dzieci w domach rodzinnych mogły tylko pomarzyć.
Ze stołówki przechodzono do głównego budynku szkoły, który mieścił się w białym budynku będącym przed Rewolucją szpitalem dla gruźlików. Tu mieli swoje gabinety dyrektorzy pięciu szkół i pokoje nauczycielskie.
4000 utalentowanych artystycznie dzieci pochodziło z całej wyspy, testy umiejętności zostały przeprowadzone we wszystkich prowincjach Kuby. Młodzież często wyjeżdżała na roboty przy uprawach na wieś, wiosną do siewów, jesienią do zbiorów, nocami ćwiczono na instrumentach, na pozostawionych przez właścicieli rezydencji fortepianach, całe Cubanacán rozbrzmiewało nocami ich muzyką.
Gdy dotarli, Ewa była zupełnie zdezorientowana, nigdy nie widziała czegoś podobnego. Już z daleka widoczne były kopuły jak gigantyczne piersi zwieńczone latarniami przypominającymi sutki. Całość kompleksu architektonicznego zanurzona w tropikalnej roślinności emanowała zmysłowością, z którą Ewa się nigdy nie spotkała.
Było tu pięć szkół artystycznych: muzyczna, baletowa, teatralna i plastyczna, do której zewnętrznymi korytarzami łączącymi wszystkie kopuły i chroniącymi arkadami przez słońcem i deszczem, dotarli. Nie było tu portierni, dzięki czemu można było wejść do pomieszczeń Akademii Sztuk Pięknych z wielu stron. Długie galerie prowadziły też oprócz funkcji łączenia kopuł wszystkiego w jeden wspólny organizm do wewnętrznych dziedzińców, a zebrane ich wiązki zakończeń korytarzy otwierały się poza konstrukcją dużymi łukami wejściowymi ozdobionymi trzema lejkowatymi arkadami. Na zewnątrz galerie połączone były wielobocznymi salami, gdzie mieściły się klasy.
Wszystko w kolorze czerwonych brązów cegły i terakoty swoją surowością, a zarazem świeżością niedawnego ich powstania kontrastowało z soczystą zielenią wdzierającą się z zewnątrz, bądź od wewnątrz specjalnie zasadzonej w wysepkach wolnych od terakoty chodników.
By potanieć budowlę z pomięciem kosztownego zbrojenia metalowego zastosowano sklepienia katalońskie, których wznoszenia nauczył przybyły na budowę murarz Antoniego Gaudiego. Pozwoliło to, podobnie jak w średniowiecznych europejskich kościołach na utrzymanie w pomieszczeniach stałej temperatury poprzez izolację od nadmiernych upałów i spadku temperatur zimą. Nie było tu klimatyzacji, ani grzejników.
Przypomniało to wszystko afrykańskie budowle, których Ewa wprawdzie nigdy nie wdziała, ale właśnie tak sobie je wyobrażała: jako murzyńską wieś z suszonej na słońcu gliny, gdzie poszczególne domki różnej wielkości jak termitiery połączone są pokręcanymi, wijącymi się korytarzami.
Był to idealny kampus kraju tropikalnego. Teraz uczyło się tu już pięć tysięcy stypendystów rządu rewolucyjnego.

Bogdan Zieleniec przywitał ich w swoim niewielkim kantorku pod kopułą, który był jeszcze w stanie surowym i nic nie wskazywało na to, że zostanie kiedyś wykończony, a miał w planie być obłożony bambusowymi boazeriami. Wysoki strop umożliwił postawienie w kącie pomieszczenia na planie koła ogromnych zapasów chińskich farb sięgający sufitu. Ewa otworzyła jedno pudełko i przekonała się, że guziczki mają czyste, obłędnie piękne kolory, zaczęła ich gwałtownie pożądać, jednak nic nie powiedzała i odłożyła metalowe pudełko na miejsce.
Zieleniec przyjechał na kontrakt w styczniu ubiegłego roku i świadkował powstaniu swojej katedry Wyższej Szkoły Wzornictwa Przemysłowego i ją organizował. Nauczali tu artyści z całego świata, najbliższymi jego kolegami był Peruwiańczyk i Niemiec z NRD.
Niestety, „Miasto Sztuki” zwane ENA, bardzo dobrze prosperujące, od marca 1962 zaczęło podupadać. Zielenic jednak nie był zasmucony lipcową decyzją rządu, by wstrzymać prace budowlane nad szkołą. Z kilkuset pracujących tu codziennie robotników budowlanych pozostało dwudziestu i budowa z dnia na dzień zamierała, a teraz już na rusztowaniach nie było nikogo. Zieleniec nie cenił sobie tej pionierskiej architektury, uważał, że nikłe światło tłumione gigantycznymi kopułami sączące się ze świetlików jest nie wystarczające dla artysty malarza i grafika. Tylko względnie widno było przy stołach dosuniętych do okien, gdzie tłumiła je cały czas wdzierająca się do szkoły puszcza, a plan koła pomieszczeń klasowych był nieustawny.
Skutkiem oszczędności Ministerstwa Budownictwa, któremu ENA podlegała, i temu, że nie uznano jej za priorytetową w piętrzących się rewolucyjnych trudnościach, wstrzymano dokończenie budowy i zaczęto ograniczać też dotacje na utrzymanie szkoły. Stołówka oferowała coraz uboższe jedzenie, studenci chodzili najzwyczajniej głodni i Zieleniec przywoził swoje przydziały kartkowe ryżu i fasoli, które wspólnie tutaj gotowali.
Niemniej Ewa, która zobaczyła właśnie ten fragment gigantycznego rewolucyjnego architektonicznego wyzwania, jakim była Akademia Sztuk Pięknych jako jedną z pięciu szkół całkowicie ukończony, stała oczarowana. Pod oknem rzeczywiście było widno i studenci o różnorodnej karnacji skóry ubrani w takie same stroje paramilitarne malowali plakaty na konkurs.
Już przez przyjechaniem tu Zieleńca zakończył się radosny okres absolutnej swobody artystycznej, gdzie pary jedno i dwupłciowe mogły radośnie całować się na murkach i chodzić w barwnych strojach. Potępiono nawet bogu ducha winną wielką fontannę luźno kojarzoną z kobiecą waginą i zakazano, by wyciekała z niej woda, czyniąc z niej anatomiczną jeszcze bardziej. Bertha Serguera, dyrektorka naczelna ENA wszystkich pięciu szkół kierując się wytycznymi Ministerstwa Edukacji zarządzonymi na całej wyspie wdrożyła półwojskowy dryl i dyscyplinę. Uczniowie i studenci musieli po pościeleniu łóżek i zrobieniu porządku o wpół do siódmej wyjść z internatów i domów studenckich na zewnątrz, gdzie formowano ich w plutony pod wodzą jednego ucznia, przywódcę plutonu, wyznaczonego przez szkołę. Potem na placu, gdzie zbierała się młodzież ze wszystkich plutonów odbywało się „Matudino”, czyli wciąganie flagi na maszt w takt hymnu narodowego granego przez studentów. Sprawdzano wtedy długość włosów u chłopców i ubiór. Następnie szli do jadalni mieszczącej się w przedrewolucyjnym hotelu na śniadanie, a potem do swoich szkół i zajęć. Każdemu przydzielono dwa mundury, w tym wojskowe buty, skarpetki i bieliznę. Buty wymieniano jak się zużyły. Przepustki na wyjazd do domu były tylko w weekendy po sobotnich zajęciach. W soboty uczono obsługiwania karabinu typu Mauser i czeskiego M52, w które były wyposażona straż studentów. Natomiast dzień wcześniej, w piątek, odbywały się Sądy Wojskowe, które za przewinienia karały punktami karnymi i brakiem pozwolenia na przepustkę.
Ale teraz były wakacje, nieliczna grupa uczniów Bogdana Zieleńca cicho przygotowywała się do pokazu swoich prac w Paryżu. Reszta pomieszczeń pozostałych szkół była pusta i czekała na powrót wychowanków z domów rodzinnych.
Ewa weszła na plac, jednakowa kolorystycznie powierzchnia kopuł, sklepień, ścian i wsporników korytarzy kojarzyła się z ciałem i skórą. Escuela de Artes Plásticas była z powodu stojącej na patio gigantycznej waginy obłożonej barwną mozaiką szczególnie erotyczna. Wokół rytm grubych filarów arkad podtrzymujących sklepienie korytarza ogradzał ten nieregularny kawałek dziedzińca, w którym rosły trzy zanurzone w skrawkach ziemi palmy. Zza arkad w tle przezierały z całym dostojeństwem ogromne cycki kopuł.

Ewa powiedziała ojcu, że w pracy Zieleńca jest dużo farb, których nigdzie w Hawanie nie można kupić i Rudek przyniósł Ewie małe pudełeczko zużytych chińskich temper od Zieleńca, gdzie były jeszcze resztki amarantu, szmaragdu i błękitu nieba. Rudek przyniósł jej też ciężkie albumy francuskich impresjonistów z biblioteki uniwersyteckiej i Ewa utonęła w tych albumach, widząc po raz pierwszy w życiu malarstwo impresjonistów w kolorze.
Zaczęła przemalowywać siedzące w miednicach półnagie modelki Degasa i po raz pierwszy odmówiła wyjścia z Andrzejem i Zieńcównymi.
A oni właśnie szli do Wesołego Miasteczka.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj