Lata sześćdziesiąte. Rudek (14)

Nieobecność Che już od roku w mediach kubańskich niepokoiła kolegów Rudka w pracowni projektowej Ministerstwa Budownictwa i codziennie to w przerwach pracy omawiano.
Che Guevara, który podobno nienawidził Hawany, był przez hawańczyków uwielbiany mimo, że każdy zdroworozsądkowy Kubańczyk w lot zauważył, że Che nie nadaje się na żadne z powierzonych mu funkcji rewolucyjnego rządu.
Wprawdzie przejmując na pięć miesięcy w 1959 roku batistowskie więzienie San Carlos de La Cabaña w twierdzy Moro zwane potocznie cabaña wydał wyroki śmierci bez sądu dla kilkuset byłych członków Buró de Represión de Actividades Comunistas czyli tajnej policji, jednak go usprawiedliwiono. Były według opinii publicznej zasadne po pokazaniu w telewizji narzędzi tortur, to mieściło się w jego rewolucyjnym stylu walki. Wybielano go, a nawet uważano w pracowni Rudka, że bandyci i sadyści z tajnej policji Batisty i pracownicy cabaña zasłużyli na o wiele większe męczarnie: filmy i kroniki pokazały potworne narzędzia do dręczenia więźniów politycznych Batisty jakie znaleziono w ponurej twierdzy Moro zaraz po wejściu tam zwycięskich rewolucjonistów. Nie lepiej postąpiono z tymi, którym wytoczono procesy w Komisji Oczyszczającej jako zbrodniarzom i współpracownikom reżimu Batisty: tysiąc osadzono w więzieniach, a 550 rozstrzelano. Jeszcze po latach krwawych porewolucyjnych czystek, Guevara 11 grudnia 1964 w ONZ obiecał, że krwawych rozpraw bez sądu nigdy nie zaniecha: „Strzelamy i będziemy kontynuować strzelanie, gdy będzie to konieczne. Nasza walka to walka na śmierć”.
Jednak w głowie Rudka się nie mieściło, że jego koledzy w pracy pochwalają pracę Guevary na froncie urzędowym. Jako dyrektor departamentu industrializacji Narodowego Instytutu Reformy Rolnej (INRA) , Minister Przemysłu i prezes Narodowego Banku oraz reprezentant Kuby na arenie międzynarodowej głównie w ZSRR i Chinach, Che podejmował absurdalne decyzje. Cóż z tego, że Guevara odznaczał się wielką pracowitością i zaangażowaniem w problemy, które ambitnie próbował rozwiązać po swojemu skoro uważał, że myślenie „jednostki” jest przestępstwem. Che nie był jednostką, był Rewolucją. Nie tolerował żadnych dialogów, nie uznawał wolności prasy. Zraził sobie Rosjan wytykając im nieprawidłowości w gospodarce ZSRR w niezgodzie z marksistowską doktryną. W 1965 roku w orędziu do Organizacji Wspólnoty Afro-Azjatyckiej oskarżał między innymi Związek Radziecki i Mao Zedonga o odejście od komunizmu

Jego „guevarismo”, doktryna nakazująca permanentną walkę z imperializmem i permanentną Rewolucję czyli „foquismo”, Rudka przerażało. Wykładnie tych terminów sformułował w książce „La guerra de guerrillas” wydaną na Kubie w 1960 roku, którą Rudek przeczytał jako instrukcję na wypadek, gdyby inżynierów zamiast na zafrę mieli wysyłać do buszu i by wiedział, jak ma sobie uszyć z worka plecak, gdyż, jak czytał, każdy partyzant musi według zawartych tam praktycznych instrukcji nosić na plecach cały swój dom i pożywienie.
Ale niedawno, jako minister gospodarki, Guevara foquismo wcielał intensywnie w życie gospodarcze Kuby.
Przy założeniu, że baza społeczna jest pośród chłopstwa, a nie jak w Związku Radzieckim wśród miejskiego proletariatu, przeprowadzał skutecznie reformę rolną likwidując rodzinne gospodarstwa w celu stworzenia „nowego socjalistycznego człowieka”, którego praca głównie oparta ma być na wolontariacie. Propagandowo fotografował się z maczetą na zafrze, gdzie można było zobaczyć jego unikalny uśmiech, gdyż Che z powodu ideologicznego posłannictwa i toczącego go weltschmerzu był zawsze smutny.
Nie pobierał całej ministerialnej pensji za swoją pracę w rządzie zadawalając się niewielką sumą, którą oddawał żonie mieszkającej z czwórką dzieci w apartamencie na Vedado, nie pozwalał sobie ani swojej rodzinie na żadne luksusy.
„Nowy człowiek” Che miał być stworzony dzięki ustawionemu przez niego systemowi obozów pracy. Pierwszy w Guanahacabibes zaraz wykorzystano do zsyłki dysydentów i homoseksualistów. Che uważał, że homoseksualiści to ludzie chorzy, którzy powinni ustąpić miejsca nowemu, politycznie zdrowemu, stworzonemu w komunistycznej Kubie człowiekowi.
Rudek nigdy nie widział Che, oprócz stojącej na trybunie zasłoniętej jego sylwetki w mundurze i berecie i nie doświadczył jego magnetycznego, uwodzicielskiego czaru urodziwego mężczyzny, o którego charyzmie pisano po zagranicznych gazetach, widząc w nim samego Chrystusa. Rudek, wychowany w ostrym gimnazjalnym reżimie wadowickich księży obruszał się na samo to świętokradcze porównanie, gdyż Jezus nigdy nie niósł pokoju mordując.
Pamiętał jego słowa w czasie kryzysu rakietowego, w których Che żałował, że nie poświęcono narodu kubańskiego jako ofiary w wojnie nuklearnej i zaniechano ich wystrzelenia w kierunku USA.
List publicznie odczytany przez Castro podczas Pierwszego Zjazdu Kubańskiej Partii Komunistycznej w październiku 1965 roku donosił o zrzeczeniu się przez Guevarę wszystkich funkcji w rządzie oraz narodowości kubańskiej gdyż odchodzi na „nowe pole bitwy”. Od tego czasu nikt nie wiedział, gdzie przebywa Che.

Krążyła plotka, że był w ubiegłym roku w Kongo, gdzie szkolił oddział złożony z tylko Czarnych kubańskich partyzantów. Ale żadne wieści o Che nie dochodziły do pracowni Rudka. Rudek, wychowany na patriotycznych lekturach przedwojennego gimnazjum, gdzie walki partyzanckie i walki o wyzwolenie narodowe były główną materią humanistycznego wychowania młodzieży – a Rudek właśnie był na kierunku humanistycznym – sprzyjał bohaterskim walkom kubańskich partyzantów-rewolucjonistów w krajach kolonialnych. Rozumiał, że Che był rewolucjonistą i nie pragnął być nikim innym, nie chciał być urzędnikiem i że za to Kubańczycy go kochają.
Jednak nikt go nie widział na Vedado i od roku wypytywany Fidel niczego o nim nie chciał powiedzieć oprócz tego, że jego przyjaciel Che Guevara jest tam, gdzie jest potrzebny.

Natomiast nie rozumiał, przeglądając „Granmę” – gazetę Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Kuby kładzioną mu codziennie na biurko – jak taki Nicolás Guillén – odpowiednik polskiego Iwaszkiewicza – może być stalinistą. Jego wiersze drukowane na pierwszych stronach „Granmy” z racji pewnie tego, że był prezesem Związku Kubańskich Literatów miały być może wartość, gdyż był poważnym kandydatem do Nagrody Nobla. Ale pisząc swój panegiryk „Una canción a Stalin” w latach czterdziestych, ukraińskiego głodu, czystek, zabójstwa Trockiego przez KGB w Meksyku, po dwudziestu latach naczelny poeta kubański nigdy tej sympatii do Stalina nie odwołał i wiersz powielany był we wszystkich jego wznawianych tomikach wierszy.

Dla Rudka lato 1966 było bardzo pracowite i dywagacje, gdzie przebywa Guevara i co pisze po gazetach poeta Guillén zeszły na dalszy plan, szczególnie, że przebywając właśnie na Kubie jego rodzina odciągała go od pracy w domu i rozwiązywania problemów na suwaku. Raz poszedł z Krystyną i Zieleńcami do Hawańskiej Opery i tłumacząc im libretto na polski zmęczył bardzo jak i całym spektaklem, a czas naglił. Właśnie skończył pięćdziesiąty rok życia i już nie miał takiej energii, jak kiedyś. A musiał wyjeżdżać na męczące delegacje. Blisko Varadero w prowincji Matanzas montowali urządzenia dla cukrowni i Rudek musiał jeździć tam coraz częściej, a nawet tam spać. Oczywiście azucareros nie zakwaterowano w legendarnym Hotelu Internacional de Varadero gdzie przed Rewolucją zamieszkiwali mafiosi, gwiazdy amerykańskiego kina z Frankiem Sinatrą na czele, lecz w pobliskich willach. Ale mógł wejść tam, jako extranjero i zobaczyć z tarasu na dachu morze, biały jak mąka piasek i rząd krytych palmowymi liśćmi parasoli. Na kąpiel nie starczało już czasu.

Tam też kazano im przerwać pracę i pójść wysłuchać przemówienia, które 26 lipca 1966 roku Fidel Castro wygłosił w Santiago de Cuba z okazji trzynastej rocznicy ataku na koszary Moncada. Jak zwykle w niewybrednych i niecenzuralnych słowach zaatakował imperialistów, pseudo rewolucjonistów i wsparł Związek Radziecki w konflikcie z Chinami. To zadecydowało, że Chiny nie kupiły tyle co obiecały cukru i wstrzymały kredyty. Była to kontynuacja styczniowego narażania się Kuby Chinom na Konferencji Trzech Kontynentów, gdzie Fidel oskarżył Chiny o przyłączenie się do amerykańskiej blokady, deklarując tym pomówieniem sojusz z Moskwą.

Często latał do Santiago de Cuba skąd idąc wybrzeżem widać było Jamajkę i wysoki, skalisty brzeg i pasmo Gór Sierra Maestra pokryte krzewami, pewnie krzewami marabú, myślał Rudek. Krzewy ścinano maczetami, takimi jak do trzciny cukrowej, ale te inwazyjne krzewy kwitnące różowymi ładnymi kwiatami były chwastami, z którymi bezustannie walczono. Mieszkał w małych hotelach, w których portier zawsze domagał się carmenów, których zapas przywieziony przez Krystynę dawno się skończył. Rudek rozpytywał wszystkich gdzie rosną drzewa rodzące güiry, gdyż Ewa była nienasycona i obiecał jej je przywieźć. Przedarł się przez góry między drzewami ácana i caiguarán, tamaryndowcami, mahoniowcami i hibiskusami do ponad 10 metrowej wysokości drzewa, jeszcze zielone, ale już przechodzące w brązowe, zdrewniałe skorupy owoców próbowali strącać z szoferem patykami. Wreszcie udało się kilka kul wielkości piłek zapakować do samochodu.
Wracali ulicami gdzie szkarłatnie flamboyany już przekwitły jak i dawno już fioletowe jakarandy przy ulicach i parkach. Teraz przetykane krzewami wawrzynu, fikusów, piegowatych aukumb czy wielobarwnych krotonów kwitnącymi ketmiami przyciągały wzrok bujnością późnego lata. Między palmami gdzieniegdzie stało na trawniku dramatyczne drzewo Bo. Za miastami unosił się słodki zapach soku z trzciny cukrowej, mieszał się z zapachem benzyny i ludzkiego potu. Gęste zarośla marabú wyjaławiały ziemię, która stawała się piaskiem, pod którą były skały. Ciągnące się pustkowia nie dawały zwierzętom cienia.

Przemierzał ze swoim szoferem setki kilometrów chłodzony tylko otwartym oknem samochodu. Krowy pasące się na spalonej ziemi rozgrzebywały czerwoną ziemię szukając chłodu i schronienia przed skwarem lata. Czasami zatrzymywali się, by gdzieś pod arkadami wejść do czarnych czeluści knajp, gdzie Rudek zamawiał Cuba libre z coca-colą, ale w związku z nacjonalizacją, były już pozamykane.
Jeździli z jednego krańca wyspy na drugi, nocowali w hotelach, gdzie na noc pozostawiano w pokojach dzbanki z lodem i radio z rządowym programem Reloj Nacional.

W domu już się pakowali do powrotu do Polski, a on jeszcze musiał coś sprawdzić i gdzieś pojechać, a przede wszystkim potrzebował załatwić prezenty dla Krysi i dzieci. Rozpaczliwie jeździł w tym celu po Hawanie i do Cubanacan, gdzie szofer zupełnie nie w porę wskazywał mu siedemdziesiąt milionów krzewów, które na polecenie Fidela zasadzono niedawno wokół Hawany choć miały nikłe szanse na przeżycie i wydanie owoców. Próbował negocjować cenę muszli u robotników pogłębiających dno w Zatoce, ale oni domagali się nie pieniędzy tylko okularów, papierosów i perfum, a tego już nie miał. Dzieci nie zgadzały się na muszle z żywym ślimakiem w środku, a sklepy sprzedające pamiątki dla turystów miały tylko bardzo drogie ozdoby jak lampy i meble. Kupował więc sznury korali z maleńkich muszli i z nasion roślinnych, jechał do hotelu „Habana Libre”, na róg Dwudziestej Trzeciej, mijał stojące tam wojskowe straże, mijał sale bankietowe pełne zagranicznych i rosyjskich głosów, docierał do sklepu z pamiątkami, ale wszystko wydawało mu się tam za drogie.
Pochodził po Prado, wstępował do sklepów gdzie sprzedawano przedmioty zabrane Kubańczykom opuszczającym Wyspę na zawsze, ale nic nie nadawało się na prezenty, przecież nie kupi futer, zegarków złotych i srebrnej zastawy stołowej, myślał Rudek.
Obok pędziły leylandy, po sjeście ruch się w Hawanie wzmógł, a na ulicach zapalono pierwsze lampy i na domach neony, a on oprócz korali nic nie kupił.

Nazajutrz, kiedy odprowadzał Krysię z dziećmi na lotnisko w Rancho Boyeros, tankowano już DC-8 Super. Pobiegł jeszcze do stoisk z pamiątkami i kupił przysługujących Krystynie pięć butelek ron Caney i ron Bacardi oraz kilka pudełek cygar.
Kiedy zniknęli w pomieszczeniach dla celników, gdzie musieli rozpakować skrupulatnie pakowane walizy, Rudek poszedł na taras widokowy, by im z niego pomachać.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU 2018 !

Opublikowano 2018, dziennik ciała | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Andrzej (12)

Było jeszcze wcześnie i dlatego poszli do „Acuario Nacional de Cuba”, gdzie chodzili wielokrotnie, ale dobrze tam było przeczekać godziny letniego skwaru. Ewa po raz pierwszy odmówiła pójścia z Andrzejem tłumacząc to tym, że w kubańskim Wesołym Miasteczku już była dwa lata temu i boi się tych wszystkich drewnianych urządzeń sprawiających wrażenie, że się zaraz rozlecą.
Byli więc tylko w czwórkę, Andrzej czuł się onieśmielony w towarzystwie trzech tak pięknych dziewczyn pozbawiony wsparcia Ewy. Musiał więc sobie radzić sam i wymyślać dowcipne riposty na niejednokrotne złośliwości Zieleńcówien, co przełykał, byle być blisko nich. Wszystko wokół był tak wspaniałe, że łagodziło obyczaje i wkrótce stanowili w czwórkę bardzo zgraną paczkę.
Akwarium miało kolorystyczną tonację kubańskich basenów, w których głównie nurkowali w maskach a teraz, chodząc po białych betonowych ścieżkach korytarzy także otaczała ich woda zza szklanymi ścianami z przepływającymi monstrualnymi rybami i Andrzej odczuwał niepowtarzalne, euforyczne poczucie jedności z przyrodą, ukochanym basenem i Zieleńcównymi.
Narodowe Akwarium było chlubą rewolucyjnej Kuby, jako jeden z nielicznych obiektów na Miramarze faktycznie powstały po Rewolucji o ambitnych, naukowych celach, a nie tylko rozrywkowych, które budowali Amerykanie. Stało nad morzem już sześć lat i jeszcze nie uległo korozji od soli morskiej. Początkowych 13 zbiorników rybackich wzbogacono o reprezentacyjny staw powstały zaraz przy wejściu z pływającym ogromny żółwiem morskim. Ale główną atrakcją obok fok i uszatek był ogromny lew morski, na który wszyscy wołali „Silvia” i przy którym gromadziło się najwięcej dzieci. Dzieci ze szkolnych wycieczek zbierały się przy każdym pokazie biegając w dwupiętrowym dużym budynku po schodach i moście skąd najlepiej było można zobaczyć występy skaczących delfinów w stawach, do których wdzierało się morze.
Liczne terraria w grotach pośród namorzynów z niezidentyfikowaną przez nich tropikalną florą i fauną Morza Karaibskiego stanowiło zaledwie dodatek do szklanych ścian, gdzie pływały rekiny wśród muren, pławikoników i barwnych ryb. Na wysepkach zieleni, obok sztucznych wodospadów, pod palmami i krotonami, wokół mostków i murków, wylegiwały się koty i przechadzały pelikany.
Przeszli do wielkiej, jasnej kafeterii, gdzie kupili sandwicze i coca-colę. Mimo że byli wszystkim zachwyceni, to i tak był to tylko zrealizowany ułamek rewolucyjnego projektu architektonicznego z roku 1959. Akwarium Narodowe zwane „Sibarimar” w Rincón de Sibarimar w Guanabo na wschód od Hawany zaprojektowane zostało przez kubańskiego architekta w panującej właśnie awangardowej manierze zakrzywionych i okrągłych kształtów charakterystycznych dla nowoczesnej kubańskiej architektury rewolucyjnej. Miało stać tu osiem cylindrów ze szkła i betonu o średnicy około 20 metrów i sześć głębokości, wypełnionych wodą. Oprócz tego zaprojektowano tereny dla dzieci, ośrodki edukacyjne, laboratoria, łodzie ze szklaną podłogą do obserwacji raf koralowych pobliskiego wybrzeża morskiego. Niestety, lata mijały, pojawiały się coraz to nowe priorytety w Ministerstwie Budownictwa i na tym co zdążono zbudować, poprzestano.
Zbliżało się południe i godzina otwarcia Wesołego Miasteczka. Z żalem opuścili niebieskie ściany Akwarium i wyszli na aleję Trzecią. Skwar ulicy z kontraście do umiarkowanej temperatury „Akwarium” był jeszcze bardziej odczuwalny, a mieli przejść piechotą trzy kwadransy na zachód do plaży Concha, skąd było już widać koło młyńskie i „Montañę Rusa”.
Zeszli na Aleję Trzecią do Piątej. Andrzej żartował i rozbawiał towarzystwo, z wyjątkiem milczącej Basi. Ewa zadziorna, Kasia jak ulepek, a w połączeniu z przepiękną trasą, którą podążali skręciwszy na reprezentacyjną Aleję Piątą, wszystko zdawało się harmonijne, młode i radosne.
Przy calle 60 minęli „Santuario Nacional de San Antonio de Padua”, kościół wybudowany tuż przed Rewolucją przez franciszkanów w modernistycznym stylu. Quinta Avenida nawet nie pielęgnowana zachowała pierwotne założenia architektów zieleni miejskiej. W środkowym pasie zieleni między czterema jezdniami miały być sadzone kwiaty sezonowe zapewniające najpiękniejszej hawańskiej alei barwność, ale i tak było pięknie, między marmurowymi ławkami kwitły żywopłoty, a brzuchate palmy wprowadzały klimat dostojeństwa. Po obu stronach jezdni stały ogrodzone siedziby ambasad w pałacykach o różnorodnych stylach, orientalnych, historycznych i nowoczesnych, przezierały zza zieleni bogate balkony i tarasy. Przy calle 80 minęli „Iglesia de Jesús de Miramar” wzniesiony też zaraz przed Rewolucją w stylu neoromańsko-bizantyjskim z betonu.
Piąta łączyła się z wybrzeżem przecinającymi je przecznicami i niejednokrotnie widać było na ich końcu morze. Szli w kierunku Mariel, aż przed pierwszym rondem przy calle 110 skręcili z powrotem na Aleję Trzecią. Do następnego ronda przestrzeń zajmował park rozrywki „Coney Island” i namiot „Trompoloco” Narodowego Cyrku Kuby.
Całe zachodnie wybrzeże od Vedado po Mariel, Jaimanitas i Santa Fe było przed Rewolucją zagospodarowane przez różne kluby uniwersyteckie, wojskowe, sportowe wyposażone w sprzęt do treningów, hale sportowe, restauracje, kawiarnie, place zabaw, sale taneczne, plaże, baseny, łazienki, prysznice, szafki do przechowywania rzeczy, toalety. Teraz po nacjonalizacji wszystkim klubom zmieniono nazwy. Kluby sąsiadowały ze sobą, wzdłuż nabrzeża w kolejności w kierunku centrum Hawany były to: „Nautico”, „Casino Espaniol”, „Circulo Militar y Naval”, „Havana Yacht Club”. Andrzej jeszcze dwa lata temu wdział na wywieszkach napisy z pierwotnymi nazwami, teraz przepiękny Club „Nautico” nazywał się „Circulo Social Obrero Felix Elmuza”. Miał jak w „Tropicanie” betonowe sufitowe łuki, granitowe posadzki, pod ścianami stały czerwone fotele obok szafek z surowego drewna. „Havana Biltmore Yacht i Country Club” z przystanią i przycumowanymi jachtami nazywały się „Círculo Social” „Obrero Julio Antonio Mella Antiguo”. „Miramar Yath Club” nazwano „Circulo Social Obrero Patricio Lubumba Antiguo”. Hijas de Galicia – „Córy Galicji”- płaciły przed Rewolucją trzy peso miesięcznie za pełne uczestnictwo w życiu klubu przy plaży. Nazwano je teraz „Circulo Socual Obrero Jose Luis Tassende Antiguo”. Klub rekreacyjny sił zbrojnych Kuby „Circulo Militar y Naval” przemianowano na „Circulo Social Obrero Gerardo Abreu Fontán”.
Kiedy był tu Andrzej w 1964 roku wszystkie kluby otwarto dla każdego bez względu na kolor skóry i majętność w euforii rewolucyjnej. Teraz rozpoczął się nowy etap ich stopniowego zamykania. Wprowadzono legitymacje związkowe, by potem kluby, ekskluzywne obiekty i plaże udostępnić tylko nomenklaturze partyjnej i zasłużonym działaczom reżimowym.
Ale nie dotyczyło to obcokrajowców. Już wtedy zresztą w „Nautico” Andrzej słyszał głównie język rosyjski.
Teraz weszli na zupełnie opustoszałą plażę „La Concha” nazywającą się „Circulo Social Obrero Braulio Coroneaux”. Nie mieli pojęcia, kim był Braulio Coroneaux, pewnie jakimś rewolucjonistą, zupełnie ich to nie interesowało. Po piasku przesuwały się muszle i można było się bardzo naciąć chcąc je podnieść, gdyż były zamieszkane przez kraby pustelniki zwane na Kubie „macao”. „Macao” miał monstrualne szczypce na jednym odnóżu, a na drugi maleńki, ale i tak nikt nie ryzykował, biorąc muszlę do ręki, by wkładać tam palec. Niemniej Zieleńcówne nie bały się ich, hodowały w Warszawie patyczaki i były przyzwyczajone do udomowionych insektów, gadów i płazów. Często „macao” przynoszono pomyłkowo do domu zbierając z plaży muszle z ukrytym krabem tak głęboko, że dopiero po jakimś czasie wyłaził i przekonywał się, że jest w niewoli. Macao nie dawał się udomowić mimo czynionych prób, jadł chętnie banany jak nikt nie wdział, gdyż nie znosił pieszczot i podlizywania się. Tęsknił za wolnością i morzem i przyniesiony zwracał się ku niemu idąc bokiem taszcząc muszlę, którą musiał wymieniać na większą w miarę jak rósł.
Wesołe Miasteczko otwierano o 12, resztę czasu wypełnili organizując wyścigi krabów.
Wesołe Miasteczko było zbudowane na wzór nowojorskiego. „Coney Island Havana” było przed Rewolucją sławne na całą Amerykę Łacińską. „El Coney Island Cubano” zbudowano w latach pięćdziesiątych. W czasie prohibicji w USA toczyło się tu mroczne życie nocne, po drugiej stronie Alei Piątej powstawały slumsy, baraki, małe kluby nocne, pito rum i rozbrzmiewały rytmy sonu i bolera. Uczestniczyły w nocnych zabawach wszystkie klasy społeczne. Kubańska „Coney” była własnością Amerykanina, którego stracono w 1961 za kontrrewolucyjne działania w parku. Park rozrywki i Cyrk „Trompoloco” zajmowały całą powierzchnię wyspy „Coney Island” od plaży La Concha do ulicy 112.
„Rumba Palace”, Restauracja „Himalaya” można było wypić mojito. Dla najmłodszych dzieci: samochody elektryczne, chińskie łodzie, domy luster, wszystkie rozrywki w egzotycznym wydaniu serwował „Coney” do godziny 20.
Na Kubie dzieci za rodzicami, którzy swoje dzieciństwo przed Rewolucją spędzili w Coney Island nazywali Wesołe Miasteczko „Caballitos” od drewnianych koni karuzeli, na które sadzano najmniejsze dzieci, domagające się potem ciągle pójścia do parku rozrywki. Na karuzeli były konie i samochody pomalowane na jaskrawe kolory. Chłopcy jeździli na koniach, a dziewczynki na samochodach. Wszystko – „Montaña rusa”, „Estrella”, „maquinita”, „carrusel”, „avioncito”, „pony car” – kosztowało pięćdziesiąt centavos, tyle co butelka coca-coli.
Andrzej chciał koniecznie powtórzyć swoje jazdy na „Montañii rusa”, ale w końcu wszyscy razem zakupili bilety na koło młyńskie zwane tutaj Kołem „Ferris” od nazwiska 33-letniego inżyniera z Pittsburgha George’a Washingtona Gale Ferris Juniora, który gigantyczne koło obrotowe przy końcu XIX wieku wymyślił. Zresztą firma w Filadelfii „Philadelphia Toboggan Company” wykonała wszystkie drewniane urządzenia obrotowe w hawańskim parku rozrywki, jedynie szata graficzna różniła się swoją kubańską specyfiką od amerykańskiej większym umiarem jarmarcznego kiczu.
Dorośli nazywali to miejsce w skrócie „Cony” i było masowo uczęszczane właśnie przez dorosłych, gdyż można tu było kupić kawę bez stania w długiej kolejce, kolejek było więcej i więcej punktów sprzedaży, od piwa po watę barwioną cukrową i kolorowe, latynoskie słodycze. Poza tym mężczyźni bawili się świetnie, były tu strzelnice i budy, gdzie rzucano baseballem w metalowy cel, który uwalniał zatrzask i wycięta z metalu sylwetka dziewczyny siedzącej na poprzeczce wpadła do stawu pełnego wody.
Muzyka rozlegała się na każdym kroku, słychać ją było, jak dochodzili.
Koło młyńskie z drewna już budziło strach w trakcie wypełniania go ludźmi, kiedy wagoniki wspinały się ku niebu i miarowo zatrzymywały się, by po kilkudziesięciu przestojach nagle zatoczyć kilka pełnych obrotów. Drewniany kij zamknięcia, który miał ich zabezpieczyć przed wypadnięciem zahaczony był jedynie chwiejącym się gwoździem i cały czas sprawiał wrażenie, że wypadnie.
Kiedy wznieśli się na sam szczyt i zobaczyli morze i pawilon stojący w wodzie naprzeciwko koła młyńskiego strach trochę w zachwycie przycichł, by pojawić się znowu dławiący i nieznośny. Koło wciąż skrzypiało na niebie, rozlegał się jednostajny pisk dzieci i wzmagał jeszcze paniczne stany oczekiwania na rychłą śmierć. Kolejny obrót i podniesienie do góry w trakcie wysiadania dolnych partii pasażerów powodował, że tam na górze w niebiosach, z których niechybnie spadną, trzeba poczekać, aż na dole ktoś oszalały ze strachu zostanie wywleczony z wagonika. Tkwili więc tak patrząc w przestrzeń, która w miarę wpatrywania się była coraz bardziej czytelna.
Plaże klubów Marianao, sztucznie usypane – gdyż Hawana ma koralowy, nieprzychylny brzeg – wyglądały oszałamiająco. Właśnie z „Casino Español” zamienionego na szkołę sportową wysypała się młodzież z płetwami i maskami do nurkowania. „La Concha” bielą piasku współgrała z błękitem morza. Przepiękny, harmonijny dach w kształcie muszli „El Nautico” mienił się w słońcu swoim granatowym kolorem. W „Havana Yatch Club” na marinie jeziora kołysały się jachty, kilka wypłynęło. Dalej w dół „Club Cubaneleco” na palach z wielkim tarasem, jeszcze dalej hotel „Copacabana” – były pełne biesiadników.
Na dole tuż obok bar. Po lewej restauracja. Stoisko waty cukrowej. Dużo ludzi.
Nie dając po sobie poznać, dziewczyny i Andrzej skorzystali z innych, mniej niebezpiecznych uciech, oddalając jak tylko się dawało widmo nieuchronnej przejażdżki „Montaña Rusa”.
Andrzej lubił być wewnątrz pętli Möbiusa. Takich atrakcji, jak „Montaña Rusa” Wesołe miasteczko w Chorzowie nie oferowało, mimo, że było podobno największe i najlepsze w Polsce. Jadąc kolejką górską dwa lata temu wiedział, że wszelka rozchwiana konstrukcja kolejki jest celowa, mająca na celu jeszcze wzmóc uczucie strachu. Chodzi przecież nie o przejażdżkę, ale o przerażenie i o uwolnienie się od koszmaru życia.
Hawański Roller Coaster zaprojektował ten sam utalentowany amerykański konstruktor co w Nowym Jorku. Philadelphia Toboggan Coasters wykonała 2 pociągi po trzy wagoniki na pociąg i wielką drewnianą konstrukcję toru. Jadący zasiadali twarzą do jazdy w 2 rzędach po trzy osoby, w pociągu było 18 pasażerów. Pomagał im wsiąść czarnoskóry, rosły mężczyzna z twarzą bez wyrazu. Wielką dźwignią uwolnił wagoniki zaaretowane w drewnianych szynach.
Drewno konstrukcji i wagoników poprzez skrzypienie i trzeszczenie na zakrętach wzmagało strach. Pociąg wciągnięto na najwyższy szczyt pierwszego wzniesienia łańcuchami i linami, by mógł zjechać i nabrać prędkości, potem wznosić się i opadać.
Lecz po chwili, kiedy nagle spadali w bezdenną otchłań już niczego nie analizowali i niczego nie oglądali, czekając kiedy się to skończy.
Ale dopiero się zaczynało. Wagoniki zaczynały się kolebać sprawiając wrażenie, że zaraz wypadną i że pojechali pechowo popsutym, topornym, drewnianym, trzęsącym się sprzętem. Wszyscy jadący wyglądali upiornie z wytrzeszczonymi oczami, rozwichrzonymi włosami i otwartymi w przerażającym krzyku ustami.
Kiedy kolejka wspinała się mocą bezwładu i pędziła siłą grawitacji uzyskując prędkość tylko dzięki tym wzniesieniom, wszyscy liczyli, że to ostatnie wzgórze, nim wszystko za chwilę runie. Ale nie, gwałtowne zakręty, wysokie wzniesienia, strome spadki rytmicznie powtarzały się w nieskończoność.
Zamknięty obwód trasy sprawił, że odebrał ich ten sam milczący, z kamienną twarzą Murzyn.
Wałęsali się do zmroku po wszystkich zakamarkach „Coney Island”, kupowali soki w papierowych rożkach, których nie można było postawić, przypatrywali się uroczystościom dziecięcym, dla których przyniesiono tu ogromne, prostokątne torty z różowym i żółtym kremem udekorowane różyczkami z masła.
Przestrzeń tropikalna pulsowała, żarówki pulsowały, wyodrębniając kształty karuzel, młyńskiego koła i Montanii Ruso, oraz podświetlając wszystkie gastronomiczne punkty.
Kiedy wyszli z Wesołego miasteczka na Piątą Avenidę, noc robiła się coraz czarniejsza. Za nimi dochodziły coraz słabsze odgłosy karuzeli, przed nimi wyrastał las czarnych pni palm oświetlanych miarowo reflektorami samochodów.
Nazajutrz Andrzej jak zwykle przyszedł rano z Ewą do Zieleńcówien i w holu rozegrała się jakaś niezrozumiała kłótnia między siostrami, w której największe pretensje zgłaszała Ewa. Sprawa została wkrótce załagodzona, zanikła równie gwałtownie, jak wybuchła, jednak Ewa nie wiedziała co się wydarzyło w Wesołym Miasteczku, a Andrzej nigdy jej nie powiedział.
Wkrótce Zieleńcówne zniknęły i Rudek wyjaśnił Andrzejowi i Ewie, że musiały natychmiast wracać do Warszawy w nagłym, niecierpiącym zwłoki wypadku, ale koniecznie mają je odwiedzić na Karowej w Warszawie, gdy będą wracali z Kuby.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Boże Narodzenie 2017

Opublikowano obrzędy | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Ewa (23)

Danka jeździła całą podstawówkę na kolonie letnie i opowiadała Ewie, że najgorsi na kolonii byli warszawiacy. Zadzierali nosa, puszyli się, gardzili zarówno Zagłębiem i jak i Górnym Śląskiem, czego o zgrozo według Danki dumnej z Sosnowca nie rozróżniali i Ewa była pełna obaw co do Zieleńcówien. Od kiedy przejechały, Andrzej nigdzie nie chciał chodzić bez Ewy i to tylko do nich, a ona, mająca już swój samotny świat zorganizowany, obchodzący się bez Andrzeja frymarczącego swoim towarzystwem, jeździła tam, jeździła z nim po nie, by w piątkę mogli każdego dnia wakacji wyruszać na podbój Hawany.
Jak Ewa zdążyła się zorientować, Andrzej najwyraźniej startował do środkowej Kasi, najpiękniejszej z tych trzech bogiń, gdyż inaczej o nich Ewa nie myślała: boginie. Ewa, która wyrzeźbiła w pierwszej klasie liceum plastycznego cały panteon bogów greckich w szkolnej kredzie znała doskonale anatomię takich nieludzkich postaci i od razu oszacowała szlachetną materię z jakiej zrobione były Zieleńcówne. Kasia była starsza tylko o rok od Ewy, była wyższa, ciemnowłosa o dużych już piersiach co łatwo było zobaczyć na basenie hotelu Riviera, kiedy po raz pierwszy tam w piątkę z Miramaru pojechali. Wszystkie trzy miały modne bikini, staniki „bardotki”, o których z Danką mogły w klasie tylko pomarzyć, nawet jak się dostało cudem czarny stanik z numerem zero lub jedynką, to nawet to nigdy nie było to. Po prostu, Zieleńcówne miały profesjonalne, dwuczęściowe stroje kąpielowe kupione w sklepie dewizowym PKO albo w komisie, były bardzo rozwiniętymi jak na swój wiek dziewczynami, a stroje kąpielowe perfekcyjnie to uwydatniały.
Najmłodsza Basia, o rok młodsza od Ewy, była od niej niższa, miała blond włosy i jak Kasia, do ramion, miała też duże piersi podczas gdy Ewa była w dalszym ciągu płaska jak decha. Trzem Zieleńcównom szefowała najwidoczniej najstarsza, kruczowłosa Ewa, o rok młodsza od Andrzeja, która decydowała zawsze, gdzie pójdą.
Siostry miały nakazane przez matkę chodzenie na lekcje studium językowego imienia Johna Reda mieszczącego się w pasażu przy ulicy Dwudziestej Trzeciej w Vedado. Ewa dziwiła się, że wolą wagary, a nie tak wspaniałe możliwości nauki języków. W szkole angielskiego uczyła Ewę stuletnia Tekla Potocka zwana Hrabiną i nikt z uczniów tłumaczących sobie w domu z wielkim trudem teksty angielskich piosenek nie mógł dociec, czy Hrabina zna ten język. A tu taka okazja! Ojciec Ewy chodził na kursy językowe do tej szkoły, miał z poszczególnych kursów świadectwa, opowiadał, że uczą od razu płynności wypowiedzi bez użycia słów innego języka, oprócz nauczanego. Niestety, rodzice Ewy nie wpadli na taki pomysł z językami jak rodzice Zieleńcówien.
Jak Ewa z Andrzejem wchodzili do mieszkania Zieleńcówien, one były jeszcze w proszku i zawsze musieli czekać w dużym holu na kanapach, aż poszukają ze stert walających się wszędzie części garderoby coś do ubrania lub po prostu się wszystkie, a nie cząstkowo, obudzą. Ewa wtedy zachłannie wpatrywała się w słoiki holenderskich temper stojących w każdym pomieszczeniu w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach i patrzyła z uwagą na stojącą w przedpokoju sklejkę, która niezmiennie nie rokowała postępów dalszego malowania przez Zieleńcową księżyca i jego okolic.
Na czas lekcji w szkole Johna Reeda pojechali na plażę Concha, potem przeszli się przez wszystkie bistra, do których Ewa nie miała śmiałości nigdy wchodzić i pozamawiali, siadając przy kontuarze na wysokich stołkach barowych, grube amerykańskie sandwicze z sałatą i bekonem, wkładane do amerykańskich niklowanych maszyn zapiekających, by po spuszczeniu dźwigni zmniejszyć ich grubość tak, by się zmieściła kanapka w ustach.
Jak już była odpowiednia pora, lekcje minęły, Zieleńcówne powiedziały, że ojciec zaprasza całą piątkę do jego pracy na Marianao.
Mimo wakacji, Bogdan Zieleniec pod koniec lipca już przebywał w swojej pracy. Jego studenci sześć tygodni pracowali społecznie przy Zafrze i musieli uczestniczyć we wszystkich świętach komunistycznych na Plaza de la Revolución w Hawanie. Wykorzystywali wszystkie możliwe okazje, nawet wakacje, by móc pracować w swojej ukochanej szkole.
Właściwie Ewa nie wiedziała, jak się tam znaleźli, Zieleńcówne znały jakieś tajemne skróty.
Z plaży Concha zeszli Ulicą Trzecią na Aleję Piątą i tam jakimiś bezimiennymi ulicami idąc do dzielnicy Cubanacán – nazwanej tak po Rewolucji – w pół godziny dotarli przez chaszcze i wertepy mijając wielki plac budowy.
Przestrzenie wilgotnej puszczy zagospodarowali przed Rewolucją Amerykanie, mieścił się tutaj elitarny Country Club, do którego nie mógł należeć nawet pochodzący z bogatej rodziny Fidel.
Brnęli długo po wertepach i pobojowiskach permanentnej budowy. Pole golfowe należące do Country Club of Havana obok przepływającej rzeki Quibú zamieniano właśnie na campus młodzieży artystycznej, gdzie kształcono ją na wszystkich szczeblach począwszy od gimnazjum.
Na dawniej arystokratycznym Country Club, teraz Cubanacán, w ogromnym parku rozsiane rezydencje opuszczone przez Amerykanów, w ich mniemaniu tylko chwilowo, zamieniono na mieszkania dla ambasadorów (mieszkał tu ambasador ZSRR). Ambasady mieściły się na Miramarze, ale najczęściej ambasadorowie w nich nie mieszkali, tylko tutaj.
Oprócz nich zamieszkali tu wychowankowie budowanej szkoły. Wille, pałacyki, wystawne rezydencje położone pojedynczo na dużych działkach lub w zwartych grupach posiadały obowiązkowo baseny, z których wodę dla bezpieczeństwa dzieci i młodzieży spuszczono, niemniej po każdej ulewie napełniały się one wodą, a potem błotem i żabami.
Zazwyczaj dwupiętrowe domy z kilkoma łazienkami, mogły pomieścić w każdym pokoju po kilka łóżek i w każdym z nich mieszkało po 25 uczniów. Luksusowo wyposażone w telewizory, kuchnie elektryczne, eleganckie meble pilnowane były przez kobiety zwane „ciotkami”, które im matkowały i były niezwykle lubiane. W każdą sobotę rano wychowankowie jechali do rodzinnych domów, a wracali do godziny 10 wieczorem w niedzielę. Stołówka mieściła się w dawnym hotelu Country Club, gdzie dzieci jadły na pięknych hotelowych talerzach używając wykwintnych sztućców. Dawna obsługa hotelowa: kucharze, kelnerzy, portierzy, praczki, sprzątaczki, została zatrudniona w szkołach, łącznie z chłopcami do wożenia wózków z kijami i piłeczkami golfowymi. Zatrudnienie znaleźli też fryzjerzy hotelowi obcinający włosy chłopcom co 20 dni. Była tu hotelowa pralnia, uczniowie oddawali ubrania do prania, a pościel i ręczniki zmieniano im dwa razy w tygodniu. Swoje pokoje sprzątali sami.
Z początku karmiono wszystkich wyśmienicie potrawami, o których dzieci w domach rodzinnych mogły tylko pomarzyć.
Ze stołówki przechodzono do głównego budynku szkoły, który mieścił się w białym budynku będącym przed Rewolucją szpitalem dla gruźlików. Tu mieli swoje gabinety dyrektorzy pięciu szkół i pokoje nauczycielskie.
4000 utalentowanych artystycznie dzieci pochodziło z całej wyspy, testy umiejętności zostały przeprowadzone we wszystkich prowincjach Kuby. Młodzież często wyjeżdżała na roboty przy uprawach na wieś, wiosną do siewów, jesienią do zbiorów, nocami ćwiczono na instrumentach, na pozostawionych przez właścicieli rezydencji fortepianach, całe Cubanacán rozbrzmiewało nocami ich muzyką.
Gdy dotarli, Ewa była zupełnie zdezorientowana, nigdy nie widziała czegoś podobnego. Już z daleka widoczne były kopuły jak gigantyczne piersi zwieńczone latarniami przypominającymi sutki. Całość kompleksu architektonicznego zanurzona w tropikalnej roślinności emanowała zmysłowością, z którą Ewa się nigdy nie spotkała.
Było tu pięć szkół artystycznych: muzyczna, baletowa, teatralna i plastyczna, do której zewnętrznymi korytarzami łączącymi wszystkie kopuły i chroniącymi arkadami przez słońcem i deszczem, dotarli. Nie było tu portierni, dzięki czemu można było wejść do pomieszczeń Akademii Sztuk Pięknych z wielu stron. Długie galerie prowadziły też oprócz funkcji łączenia kopuł wszystkiego w jeden wspólny organizm do wewnętrznych dziedzińców, a zebrane ich wiązki zakończeń korytarzy otwierały się poza konstrukcją dużymi łukami wejściowymi ozdobionymi trzema lejkowatymi arkadami. Na zewnątrz galerie połączone były wielobocznymi salami, gdzie mieściły się klasy.
Wszystko w kolorze czerwonych brązów cegły i terakoty swoją surowością, a zarazem świeżością niedawnego ich powstania kontrastowało z soczystą zielenią wdzierającą się z zewnątrz, bądź od wewnątrz specjalnie zasadzonej w wysepkach wolnych od terakoty chodników.
By potanieć budowlę z pomięciem kosztownego zbrojenia metalowego zastosowano sklepienia katalońskie, których wznoszenia nauczył przybyły na budowę murarz Antoniego Gaudiego. Pozwoliło to, podobnie jak w średniowiecznych europejskich kościołach na utrzymanie w pomieszczeniach stałej temperatury poprzez izolację od nadmiernych upałów i spadku temperatur zimą. Nie było tu klimatyzacji, ani grzejników.
Przypomniało to wszystko afrykańskie budowle, których Ewa wprawdzie nigdy nie wdziała, ale właśnie tak sobie je wyobrażała: jako murzyńską wieś z suszonej na słońcu gliny, gdzie poszczególne domki różnej wielkości jak termitiery połączone są pokręcanymi, wijącymi się korytarzami.
Był to idealny kampus kraju tropikalnego. Teraz uczyło się tu już pięć tysięcy stypendystów rządu rewolucyjnego.

Bogdan Zieleniec przywitał ich w swoim niewielkim kantorku pod kopułą, który był jeszcze w stanie surowym i nic nie wskazywało na to, że zostanie kiedyś wykończony, a miał w planie być obłożony bambusowymi boazeriami. Wysoki strop umożliwił postawienie w kącie pomieszczenia na planie koła ogromnych zapasów chińskich farb sięgający sufitu. Ewa otworzyła jedno pudełko i przekonała się, że guziczki mają czyste, obłędnie piękne kolory, zaczęła ich gwałtownie pożądać, jednak nic nie powiedzała i odłożyła metalowe pudełko na miejsce.
Zieleniec przyjechał na kontrakt w styczniu ubiegłego roku i świadkował powstaniu swojej katedry Wyższej Szkoły Wzornictwa Przemysłowego i ją organizował. Nauczali tu artyści z całego świata, najbliższymi jego kolegami był Peruwiańczyk i Niemiec z NRD.
Niestety, „Miasto Sztuki” zwane ENA, bardzo dobrze prosperujące, od marca 1962 zaczęło podupadać. Zielenic jednak nie był zasmucony lipcową decyzją rządu, by wstrzymać prace budowlane nad szkołą. Z kilkuset pracujących tu codziennie robotników budowlanych pozostało dwudziestu i budowa z dnia na dzień zamierała, a teraz już na rusztowaniach nie było nikogo. Zieleniec nie cenił sobie tej pionierskiej architektury, uważał, że nikłe światło tłumione gigantycznymi kopułami sączące się ze świetlików jest nie wystarczające dla artysty malarza i grafika. Tylko względnie widno było przy stołach dosuniętych do okien, gdzie tłumiła je cały czas wdzierająca się do szkoły puszcza, a plan koła pomieszczeń klasowych był nieustawny.
Skutkiem oszczędności Ministerstwa Budownictwa, któremu ENA podlegała, i temu, że nie uznano jej za priorytetową w piętrzących się rewolucyjnych trudnościach, wstrzymano dokończenie budowy i zaczęto ograniczać też dotacje na utrzymanie szkoły. Stołówka oferowała coraz uboższe jedzenie, studenci chodzili najzwyczajniej głodni i Zieleniec przywoził swoje przydziały kartkowe ryżu i fasoli, które wspólnie tutaj gotowali.
Niemniej Ewa, która zobaczyła właśnie ten fragment gigantycznego rewolucyjnego architektonicznego wyzwania, jakim była Akademia Sztuk Pięknych jako jedną z pięciu szkół całkowicie ukończony, stała oczarowana. Pod oknem rzeczywiście było widno i studenci o różnorodnej karnacji skóry ubrani w takie same stroje paramilitarne malowali plakaty na konkurs.
Już przez przyjechaniem tu Zieleńca zakończył się radosny okres absolutnej swobody artystycznej, gdzie pary jedno i dwupłciowe mogły radośnie całować się na murkach i chodzić w barwnych strojach. Potępiono nawet bogu ducha winną wielką fontannę luźno kojarzoną z kobiecą waginą i zakazano, by wyciekała z niej woda, czyniąc z niej anatomiczną jeszcze bardziej. Bertha Serguera, dyrektorka naczelna ENA wszystkich pięciu szkół kierując się wytycznymi Ministerstwa Edukacji zarządzonymi na całej wyspie wdrożyła półwojskowy dryl i dyscyplinę. Uczniowie i studenci musieli po pościeleniu łóżek i zrobieniu porządku o wpół do siódmej wyjść z internatów i domów studenckich na zewnątrz, gdzie formowano ich w plutony pod wodzą jednego ucznia, przywódcę plutonu, wyznaczonego przez szkołę. Potem na placu, gdzie zbierała się młodzież ze wszystkich plutonów odbywało się „Matudino”, czyli wciąganie flagi na maszt w takt hymnu narodowego granego przez studentów. Sprawdzano wtedy długość włosów u chłopców i ubiór. Następnie szli do jadalni mieszczącej się w przedrewolucyjnym hotelu na śniadanie, a potem do swoich szkół i zajęć. Każdemu przydzielono dwa mundury, w tym wojskowe buty, skarpetki i bieliznę. Buty wymieniano jak się zużyły. Przepustki na wyjazd do domu były tylko w weekendy po sobotnich zajęciach. W soboty uczono obsługiwania karabinu typu Mauser i czeskiego M52, w które były wyposażona straż studentów. Natomiast dzień wcześniej, w piątek, odbywały się Sądy Wojskowe, które za przewinienia karały punktami karnymi i brakiem pozwolenia na przepustkę.
Ale teraz były wakacje, nieliczna grupa uczniów Bogdana Zieleńca cicho przygotowywała się do pokazu swoich prac w Paryżu. Reszta pomieszczeń pozostałych szkół była pusta i czekała na powrót wychowanków z domów rodzinnych.
Ewa weszła na plac, jednakowa kolorystycznie powierzchnia kopuł, sklepień, ścian i wsporników korytarzy kojarzyła się z ciałem i skórą. Escuela de Artes Plásticas była z powodu stojącej na patio gigantycznej waginy obłożonej barwną mozaiką szczególnie erotyczna. Wokół rytm grubych filarów arkad podtrzymujących sklepienie korytarza ogradzał ten nieregularny kawałek dziedzińca, w którym rosły trzy zanurzone w skrawkach ziemi palmy. Zza arkad w tle przezierały z całym dostojeństwem ogromne cycki kopuł.

Ewa powiedziała ojcu, że w pracy Zieleńca jest dużo farb, których nigdzie w Hawanie nie można kupić i Rudek przyniósł Ewie małe pudełeczko zużytych chińskich temper od Zieleńca, gdzie były jeszcze resztki amarantu, szmaragdu i błękitu nieba. Rudek przyniósł jej też ciężkie albumy francuskich impresjonistów z biblioteki uniwersyteckiej i Ewa utonęła w tych albumach, widząc po raz pierwszy w życiu malarstwo impresjonistów w kolorze.
Zaczęła przemalowywać siedzące w miednicach półnagie modelki Degasa i po raz pierwszy odmówiła wyjścia z Andrzejem i Zieńcównymi.
A oni właśnie szli do Wesołego Miasteczka.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Krystyna (13)

Filipowiczowa często wychodziła na balkon w przerwach gotowania obiadu gdzie opierając się o drewnianą balustradę, nie mogły się z Krystyną nigdy nagadać. Co jakiś czas jak oparzone odskakiwały i zaglądały do kuchni, by zamieszać potrawy i wracały do rozmów. Krystyna uwielbiała ranne spotkania z Filipowiczową, wspólnie też rozwiązywały astronomiczne problemy kuchenne, gdyż obaj mężowie po przyjściu z pracy chcieli jeść tak jak w Polsce, a nie było z czego ugotować nawet zupy. Dziwne, bo ziemia ta podobno rodziła wszystko o czym można sobie zamarzyć, rodziła kilka razy w ciągu roku bez względu na pory, rodziła zimą i jak pojawiały się pierwsze plony, zaczynała natychmiast cykl rodzenia od początku, a jednak jarzyn w sklepach nie było, a z owoców jedynie te same, które znała z ich przedwojennego domu: ananasy, banany, pomarańcze, grejpfruty, kawony i cytryny. A przecież nawet na świeżo kupionych znaczkach przez Andrzeja z serią „frutas cubanas” są owoce, których Krystyna nigdy na oczy nie widziała, nie kosztowała i które można było tylko dostać w restauracjach dla zagranicznych gości.
Dawniej posyłała do sklepu na Marianao Ewę, teraz Ewy, jak i Andrzeja, nigdy nie było w domu. Zawsze do ich sklepu na Marianao rzucali coś innego i była szansa na jakieś jarzyny, ale w konsekwencji nauczyła się bez nich obchodzić gotując po kubańsku ryż z fasolą. Najpierw zalewała ryż gorącą wodą, gdy zamrugał, odlewała wodę i tak powtarzała czynność trzykrotnie. Do ostatniego gotowania używała wody po gotowaniu czarnej fasoli którą ryż wchłaniał, umieszczony na kilka godzin garnek w ręczniku pod poduszką powodował, że ryż robił się sypki i brązowy. Krystyna nie lubiła gotować ryżu brązowego w łuskach, który był tańszy i trzeba było łuski wypluwać podczas obiadu. A ten samoistnie nabierał brunatnego koloru i aromatu.
Zdradziła Filipowiczowej jak pokonać winem odór oceanicznej ryby nie mającej żadnych, prócz zapachu oznak ryby, gdyż nawet ości były gigantyczne. Przyrządzały codziennie ryby, ale przecież nie można cały czas jeść tego samego, a obie doszły do wniosku – mimo, że Filipowiczowa była bardziej światową kobietą gdyż mieszkała w Gdańsku – że na żadne marisco w swojej kuchni się nie zdecydują.Nauczyła też Filipowiczową przyrządzać zielone pomidory, z którymi przyjezdni Polacy nie wiedzieli co robić, w Polsce robiło się z nich ewentualnie dżemy, ale te tutaj były na surową sałatkę jeszcze lepsze, niż czerwone. Z inicjatywy Krystyny Filipowiczowa kupiła kawiarkę wiejską, stojak druciany z flanelowym sączkiem wielokrotnego użycia, do którego wlewało się zagotowaną w kubku mieloną kawę z cukrem. Tak przyrządzona kawa była lepsza niż z ekspresu i nie różniła się smakiem od tych rewelacyjnych maleńkich kaw sprzedawanych na rogach ulic Starej Hawany, do których ustawiały się astronomiczne kolejki.
Filipowiczowa nie mogła jeszcze wypuszczać dzieci samych na basen i musiała z konieczności skracać rozmowy z Krystyną. Wtedy Krystyna pozostawała sama na balkonie i zapalając „Damskiego” z zapasów przywiezionych z Polski, pogrążała się w rozmyślaniach i obserwacjach ulicy.
Flamboyan naprzeciwko rozpaczliwie przekwitał stojąc teraz w szkarłatnej pianie opadłych kwiatów, a na koronie wielkiego drzewa pojawiły się półmetrowe, jakby skórzane pochwy szabel, z których jak naboje wysypywały się podłużne zielonkawe nasiona, takie same, z jakich zrobione były jej korale.
Od kiedy przyjechała Hanka Zieleńcowa z trzema córkami, dzieci nigdy nie było w domu, natomiast Rudek, zawsze chcący w domu przygotować się do wyzwań pracy zawodowej dnia następnego i policzyć sobie coś na suwaku, teraz ciągany był przez nią po wszystkich knajpach Hawany, gdyż Hanka była niesłychanie witalną kobietą. Piękna blondynka o modnie obciętych włosach ciut natapirowanych na czubku głowy z charakterystycznymi półkolistymi pasmami włosów tak, że ledwo zakrywały koniuszki uszu, wyglądała jak modelka z francuskiego żurnala. Krystyna z zachwytem wpatrywała się w Hankę i w jej oszałamiające, w kształcie trapezu, pastelowe sukienki.  w Przemyślu z amerykańskich paczek z czarnej, cienkiej wełny. Zieleńcowa miała taką z czarnej, syntetycznej koronki.
Zaraz po przyjściu mężów z pracy, po obiedzie, spotykali się w czwórkę, by włóczyć się po Hawanie. Zahaczali o Capitolio, gdzie Hanka lubiła przebywać dla antycznej atmosfery, a Bogdan zawsze coś podpatrzył i szkicował eksponaty z kolekcji muzealnej ryb. Bogate Narodowe Muzeum Historii Naturalnej było czynne do późnych godzin nocnych. Założył je w dziewiętnastym wieku największy kubański przyrodnik Don FelipePoey i nazwano je Museo Poey. Teraz, po dwóch latach od ostatniego tutaj pobytu Krystyna zauważyła, że obok szkieletów jaszczurów i wypchanego goryla, którego przestraszyła się dwa lata temu Ewa, zbiory wzbogacono o nową salę wystawową dotyczącą kosmosu, gdzie wystawiono portrety Ciołkowskiego, Gagarina i Tiereszkowej. O Walentynie w białej sukni i welonie w Polsce było głośno z powodu jej ślubu z kolegą kosmonautą.
Pięli się schodami, mijali stojące po obu stronach roznegliżowane, sześciometrowe posągi mężczyzny i kobiety odlane w Neapolu, szli wśród białych jońskich kolumn, cały parter był dla nich, dawne pomieszczenia kubańskiego rządu przedrewolucyjne zajęła Akademia Nauk, podobno było nie do pomyślenia, by rząd Rewolucji miał tu biura, Fidel rządził z początku z hotelu Hawana Libre, a teraz nie wiadomo skąd.
Mijali w głównym holu pod kopułą piętnastometrowy posąg Minerwy pokryty złotem stojący na dwuipółmetrowym cokole i Krystyna zastanawiała się, dlaczego w polskiej prasie cały czas trąbią o jakimś kolonialnym zacofaniu Kuby i cywilizacyjnych brakach w rozwoju Kubańczyków, które może pokonać tylko Rewolucja. Stąpali po marmurowych mozaikowych posadzkach, do których Pałac Kultury się nie umywał. Tarasy wychodziły na ogrody w stylu europejskim, trawniki ścieżkami prowadziły do królewskich palm.
Potem szli rozmawiając i śmiejąc się, zaglądali w czarne czeluście barów alkoholowych w podcieniach Starej Hawany, pili niespotykane na potrzeby Krystyny ilości piwa, płynnych lodów, bacardi, wina, wody i refresco, gdyż idąc upiornym tropikalnym żarem ulicznym nie dawało się nie pić. Nie omieszkiwali zamawiać coś do jedzenia, mimo, że byli już po obiedzie, to jednak apetyt Hanki na pokosztowanie wszystkiego co możliwe na Kubie był nieograniczony i tak Krystyna z obrzydzeniem i pokonując wrodzoną oszczędność, kosztowała żabie udka, koktajle z krewetek, langusty, ostrygi, pieczone kraby i ślimaki.
Co wieczór chodzili do innego klubu nocnego, zaliczając wszelkie możliwe kabarety jak„Parisien” w hotelu Nacional, klub nocny „CopaRoom” w hotelu Rviera,„El Pico Blanco”w hotelu St. John’s,„Cabaret Capri”w hotelu Capri, występy w „Palermo” na skrzyżowaniu San Miguel i Amidtad. Najbardziej lubili przesiadywać w restauracji hotelu HabanaLibre, gdzie na ostatnim piętrze był klub nocny„El Caribe” pogrążony w ciemności, gdzie jedynym oświetleniem były kolorowe lampki przy szumiących małych źródełkach i wodospadach wokół sztucznych wysepek tropikalnej zieleni, a za oszklonymi ścianami widać było rzęsiście oświetloną całą Hawanę z lotu ptaka. Bezszelestni kelnerzy bez cienia porewolucyjnej fraternizacji godnie, z perfekcyjnością swojego zwodu roznosili na srebrnych tacach sałatki owocowe z mamey, cainito, manga i guanabany oraz pyszne likiery, które z Hanką uwielbiały i filiżanki słodkich jak ulepek mocnych kaw.
Potem windziarz w żółtej liberii zwoził ich na dół do hallu, który był kolejnym hotelowym ogrodem wewnątrz budynku, pełnym roślin i palm. Wychodzili szklanymi drzwiami na lekki nocny chłód hawański, na odgłosy miasta, na zapachy owoców i kwiatów, pijani, rozgadani i szczęśliwi.By się to jeszcze nie kończyło, wracali piechotą na Miramar. To Avenidą de los Presidentes z środkiem wysadzanym królewskimi palmami, to wlekli się do Maleconu pełnym o tej porze ludzi i grających zespołów muzycznych deptakiem Paseo. Rzęsiście oświetlona Hawana mrugała patriotycznymi hasłami „Patria o Muerte” i „Venceremos” niejednokrotnie przechodzącymi przez całe fasady domów neonowymi napisami, ale podświetlone były też wszelkie propagandowe tablice i transparenty mówiące o konieczności przeprowadzenia rewolucyjnych reform i przebudowy społeczeństwa. Jednak nawet propaganda w tak dużej dawce nie zdołała Hawany oszpecić, która w dalszym ciągu była dostojnym, szlachetnym miastem, zaczynającym dopiero w nocy swój energetyczny żywot.
Kończyli w domu Zieleńców, zupełnie już trzeźwi. Bogdan Zieleniec wyciągał wtedy zza szaf i łóżek swoje ostanie kartony malowanych pracowicie temperą niesłychanie dekoracyjnych obrazów z motywami ryb, portretów Kubanek i Kubańczyków i wiejskich rytmów palm, a Krystyna domagała się, by jej któryś z nich podarował. W całym mieszkaniu, oprócz albumów „Naszej księgarni”, gdzie małżeństwo Zieleńców figurowało wśród innych ilustratorów dziecięcej książki Polski Ludowej, walały się w dużych słoikach holenderskie tempery o przepięknych, nigdy nie widzianych przez Krystynę barwach.
Hanka też wniosła swoje dopiero co zaczęte dzieło. W holu na wygodnych kanapach kończyli jeszcze pić ostanie kieliszki rumu, i z uwagą oglądali sklejkę metrowej długości i szerokości, gdzie wykorzystując słoje i sęki drewna Hanka namalowała ogromny księżyc używając tych wszystkich psychodelicznych barw od turkusu po amarant, szmaragd i złoto. Niestety, obraz był ledwo zaczęty, i nic nie wskazywało na to, co będzie przedstawiał i czy w ogóle oprócz tych abstrakcyjnych form coś więcej patrzącemu powie.

Kiedy Rudek przyniósł zaproszenie na czerpanym papierze, gdzie Krystyna przeczytała, że:
„El embajador de la República Popular Polaca, Tadeusz Strzałkowski, tiene el honor de invitar al ingenieroHartman Rudolf con suesposa para la recepción, quetendrálugar el 22 de julio, fiesta de la LiberaciónNacionalPolaca y celebraciones del Milenio del EstadoPolaco a las ocho en punto” 
Krystyna w popłochu przeglądnęła swoje wszystkie kreacje które uszyła z kuponów materiału kupionych w PKO i stwierdziła, że nie ma w co się ubrać.
Na garden party w ambasadzie z okazji 22 lipca i obchodów 1000-lecia Państwa Polskiego Hanka Zieleńcowa przyszła w białej koronkowej sukience koktajlowej i wyglądała jak Jackie Kennedy, niezwykle elegancko. Krystyna jednak szybko utonęła w tłumie przybyłych gości, bankiet po powitalnych mowach szybko przeniósł sie do pięknego ogrodu ambasady oświetlonego tylko lampami umieszczonymi w trawniku i tak naprawdę nikt nie zorientował się w co była ubrana.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Zygmunt Miłoszewski „Jak zawsze”(2017)

Nie lubię kryminałów, ale film „Ziarno prawdy” próbowałam zobaczyć ze względu na Więckiewicza grającego tam Prokuratora Teodora Szackiego, jednak w połowie zrezygnowałam. Najnowsza książka Miłoszewskiego nie jest kryminałem.

Nie odmawiam Miłoszewskiemu sprawności warsztatowej wynikłej z nauk pobieranych u topowych pisarzy światowej literatury popularnej i bezsprzecznego talentu. Jednak gatunek politicalfiction zastosowany w jego ostatniej powieści mnie nie przekonuje. Nie zrozumiałam potrzeby wprowadzenia wątków fikcji politycznej w całkiem zgrabną komedię romantyczną, na której należało by poprzestać, tak jak poprzestaje choćby Woody Allen. Mam nadzieję że reżyser, jeśli będzie kręcić film na podstawie tej książki, zrezygnuje z pokazania 79 letniej Grażyny w erotycznej czerwonej bieliźnie.
To, że za karę uprawiania geriatrycznego seksu małżonkowie zostali zesłani do lat ich młodości nie było z pewnością za przyczyną bielizny, ale wbrew niej, to tak na marginesie, jakby czytelnicy wynalazki obyczajowe autora chcieli zastosować w swoim życiu (bo kto ma czas na czytanie tak długich powieści? Tylko emeryci…).

Niemniej geriatryczne obrazki są bardzo dobrze zauważone (zapominanie, szybkie męczenie się, potrzeba seksualna nie wygasająca nigdy). Autor pisze na końcu książki, że te obserwacje zawdzięcza konsultacji z rodzicami. Natomiast konsultacje z pozostałymi, wymienionymi na końcu książki historykami, nie ustrzegły Miłoszewskiego przed – moim zdaniem – zupełnie niepotrzebnym rozpisywaniem się „co by było gdyby”.
Przypomina się „Człowiek z Wysokiego Zamku” Philipa K. Dick’a gdzie Niemcy i Japonia pokonują Stany Zjednoczone. I przecież taki wariant Historii był całkiem realny po II wojnie światowej i jest sens go rozważać. Natomiast brak ZSRR w latach sześćdziesiątych jest nierealny pod każdym względem. Analogia dzisiejszej sceny politycznej z użyciem dzisiejszych sloganów PiS-u („drugi sort”, „dobra zmiana”, choroby roznoszone przez uchodźców) do Edwarda Gierka nietrafione.
Pokrótce: są trzy siły w Polsce lat sześćdziesiątych: Unia, prezydentem jest Kwiatkowski, budowniczy Gdyni, wpływy pozytywne, jesteśmy w cywilizacji, nowoczesność, kultura i negatywne, eksport polskich dziewic (?) do zamążpójścia za Francuzów, kolonialna wojna w Algierii, gdzie walczą Polacy. Wykorzystuje to opozycja.
Druga siła to komuna, liderem opozycji jest Gomułka. Trzecia siła, która zwycięża, to Gierek. Mówi ustami Kaczyńskiego, słowianofil, chce odbudować Polskę jak za Kazimierza Wielkiego, przystępuje do komunii świętej, regres, ciemnogród, rasizm, Polska dla Polaków, bezpośredni skutek to wypadki marcowe, wypędzenie Żydów, nędza, stan wojenny.
Pytanie: czy Kaczyński to Gierek, jak chce autor. Według mnie nie, był pod sowieckim butem jak i cały Blok Wschodni. Teraz mam nadzieję nie jesteśmy…

Najbardziej przekonująca jest reakcja narzeczonego Grażyny na jej opowieści o nowalijkach technologicznych XXI wieku. Nikt w najśmielszych marzeniach nie przewidywał, że dożyjemy tak zachwycających i nieprawdopodobnych czasów:

„(…) Przez kable telefoniczne wszystkie komputery są połączone w jedną sieć. Co oznacza, że mogę wysłać na twój komputer to, co napisałam, kawałek muzyki czy swoje zdjęcie znad morza. I od razu je zobaczysz na swoim ekranie, w tej samej chwili.
– Boże, to niesamowite.
– Ale w tej sieci masz nie tylko komputery poszczególnych osób. Masz też encyklopedie, słowniki, gazety, telewizje, uniwersytety. I wszystko to możesz wyświetlić na swoim ekranie. Czyli jak chcesz się dowiedzieć, kiedy człowiek wylądował na Księżycu, to na ekranie możesz zobaczyć hasło z encyklopedii, film z lądowania, poczytać prace naukowe na ten temat i dowiedzieć się, czy jest planowana jakaś nowa ekspedycja. Jeśli nie znasz angielskiego, a artykuł jest po angielsku, to komputer przetłumaczy to sam na polski. Koślawo i z błędami, ale na tyle, że da się zrozumieć.
Miał taki wzrok, że bałam się, że zemdleje. Na serio zaczęłam się martwić, czy nie przesadzam, czy mimo wszystko w jego futurystycznym mózgu nie strzeli jakiś bezpiecznik od nadmiaru informacji.
– Przecież – wydukał – przecież to jest raj. (…)”

Tak, to jest raj i trzeba bardzo uważać, by nie zostać teleportowanym do Polski Ludowej. Nie tylko uważać z seksem, w „Godzinie pąsowej róży” nawet niewinne cofnięcie wskazówek antycznego zegara spowodowało przeniesienie nie o pół wieku, ale nawet o cały wiek. Ale Maria Krüger pisała swoją książkę w latach sześćdziesiątych, kiedy była cenzura i najbezpieczniej było wysłać bohaterkę jeszcze dalej. Dzisiaj Miłoszewski pisze bez cenzury, jednak nie o tych realnych, prawdziwych zagrożeniach.

 

 

Opublikowano czytam więc jestem | Skomentuj

Aleksandra Zbierska „Biegnij” 2017

Aleksandra Zbierska należy do tych poetek, które konsekwentnie wydobywają twórczością to, co w sobie noszą z determinacją wewnętrznej potrzeby, nawet jeśli obie strony, autor i czytelnik nie zdają sobie sprawy, co się w poezji tak wydobytej naprawdę dzieje.
Nie czytałam środkowego tomiku „Panoptikum”, natomiast znam pierwszy tomik „Wibrujące ucho” i wydaje mi się, że są to cały czas te same warianty tej samej historii opowiedziane tak jak w filmie „Biegnij Lola Biegnij”.
Trudno nie zorientować się, że klimat wierszy jest ciemny, mimo, że świat pokazany w nich  jest barwny, kolaże są lekkie i nie wydumane, w najnowszym tomie wzbogacone o reminiscencje historyczne, dużo tu radzieckich wspomnień z komunistycznej szkoły: Tiereszkowa wyniesiona nawet nie tyle w kosmos, co pod sufit pokoju, tak jak na postmodernistyczną ironię przystało.

Wśród nieustannej gry skojarzeń, gdzie zawsze, w każdym wierszu jest jakieś główne przesłanie, niekoniecznie dla czytelnika czytelne, niemniej wyczuwa się drugie dno, odnaleźć można prawdziwe piękno, zapewne mimochodem, gdyż poetka wystrzega się płytkiego sentymentalizmu. I tak niebieskie róże z kiczu przeobrażają się w atrybut estetycznej wartości w proletariackiej kamienicy [Sztuczne kwiaty], włosy, być może i ich brak, zmieniają się w imponujące pukle [fryzjerczyk], modlitwa przeradza się w masochistyczną udrękę niekoniecznie bolesną [Medytacja].
W wierszach podmiotem lirycznym ciągle jest ktoś inny i dzięki temu mamy różne perspektywy świata, który właśnie się w wierszu objawia. I tak widzimy go oczami noworodka [okno życia], byłej prostytutki [Gdy miłość odchodzi], czy pijaka [Charakter].
Są też konwencjonalne obrazki z ulicy, najbardziej sugestywne w swojej prostocie, chociażby ten zawarty w według mnie w najpiękniejszym wierszu z tomiku zatytułowany „ I już”, gdzie Poznań jest przestrzenią o tyle bezpieczną, o ile nadwrażliwy bohater pokona toksyczność Drugiego, zarówno napotkanego znajomego, jak i anonimowego przechodnia i kogoś, z kim dzieli mieszkanie.
A kto nie jest nadwrażliwy? I o tym jest ta poezja, o panicznym uciekaniu od przeznaczenia, od losu, od Drugiego, od własnej nadwrażliwości.

Opublikowano czytam więc jestem | Otagowano , | Skomentuj