Lata sześćdziesiąte. Ewa (30)

Wycieczki, szczęśliwie, mimo kolejnej ciąży wychowawczyni, nie odwołano. Komitet Rodzicielski załatwił autobus „San” w Pieniny, do pomnika zwanego Organami Hasiora, a wycieczkę poprowadziła młoda nauczycielka angielskiego przyjęta po odejściu na emeryturę sędziwej Tekli.
Klasowi chłopcy w przeciwieństwie do Ewy uwielbiali Hasiora,  jak i młodą i ładną profesorkę angielskiego, która nastała po starej Tekli. Podobnie jak jej poprzedniczka, nie za bardzo chciała ich uczyć.
Janusz nie pojechał. Jurek niezmiennie starał się być cały czas koło Ewy i w końcu snuli się po jesiennych łąkach nad Dunajcem we czwórkę, gdyż podobnie jak Heniek, nie odstępował Danki na krok. W tle podążał za nimi mroczny Krystian ubrany na czarno, smutny i przygnębiający. Rzucali kamieniami do wody, dowcipkowali, wreszcie wszyscy poszli ścieżką do pomnika, który już widniał na horyzoncie będąc postrachem całej okolicy, zarówno ludzi, jak i zwierząt.

13 metrowe żelazne organy na czorsztyńskiej Przełęczy Snozka odsłonięto w 1966 roku, ale już widoczna była rdza żelaznej, kolczastej konstrukcji, której wpijaniem się w niebo Ewa się przestraszyła i ją ona bolała. Już katedry gotyckie znosiła z niemałym trudem jako kolczaste, a co dopiero tutaj, w tej nieskazitelnie boskiej, wiosennej przestrzeni.
Na poziomej, granitowej płycie u stóp pomnika palił się znicz, leżały odlane w betonie równo, twarzą obrócone w dół i przykryte hełmami zwłoki 6 żołnierzy, a na ich plecach leżały karabiny. Obok napis: „Wiernym synom Ojczyzny poległym na Podhalu w walce o utrwalenie władzy ludowej – Społeczeństwo ziemi krakowskiej w 1000-lecie państwa polskiego. Ewa nie mogła tego wszystkiego pojąć, jak w takim pięknym pejzażu coś takiego. Spoza pomnika rozciągał się fantastyczny widok na Tatry, Pieniny, jezioro Czorsztyńskie, łąki, pola i wiejskie, sielskie zabudowania.
Jednak i tak było coś orzeźwiającego w pomniku Hasiora w porównaniu z martwotą szkolnych akademii, które w związku z okrągłymi rocznicami Polski Ludowej i życiorysu Lenina wskrzeszały rytmiczne pieśni rewolucyjne, od międzynarodówki poprzez warszawiankę, pieśń katorżników,
pieśń czwartaków po mazur kajdaniarski i wszystkie pieśni Armii Czerwonej o Katiuszy.
Uczniowie przeczekiwali to wszystko błądząc myślami po docierających do nich z dużym opóźnieniem wieści z sierpniowego festiwalu Woodstock na farmie Bethel w stanie Nowy Jork, gdzie śpiewali Janis Joplin, Jimi Hendrix, The Who, Joan Baez.
Żyli już jednak maturą i od września na warsztatach przygotowywali projekty do zatwierdzenia pracy maturalnej z zabawkarstwa. Ewa zaprojektowała grę planszową przedstawiającą hiszpańską krainę z przestrzennymi górami i wiatrakami, po której miały przemieszczać się trzy postacie o napędzie szpulowym, wytoczone z drewna i przedstawiające Don Kichota z la Manczy na koniu Rosynancie, giermka Sancho Pansę na osiołku oraz Dulcynę.
Pomysł został od razu zatwierdzony i Ewa z przyjemnością oddała się realizacji projektu inspirując się figurkami zobaczonymi w witrynach pod Rondem.
We wtorek 20 października były jakieś poważne klasówki, ale wpadła do klasy wychowawczyni i kazała Ewie z Heńkiem pojechać na imieniny Przewodniczącego Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach. Ewa nie miała pojęcia o co chodzi i co ma mówić mimo wielokrotnych wyjaśnień wychowawczyni, że tylko Jerzy Ziętek może dać szkołę, na którą zasługują jako grono i uczniowie, a nie ten na który ich skazano, bo to przecież barak.
Z bukietem biało-czerwonych goździków w celofanie wsiedli z Heńkiem do tramwaju. Z wrażenia Ewa nie wiedziała gdzie jadą i gdzie wysiadłszy, idą.
Tak, jak Heniek przypuszczał, czekano na nich już przy drzwiach, kilku rosłych mężczyzn w garniturach. Heniek szeptał, że mają broń ukrytą na piersi podczas gdy przeprowadzono ich przez liczne komnaty. Drzwi się otwierały i poszczególne dwójki ubranych mężczyzn o zawsze nijakim wyrazie twarzy w ciemnych garniturach podawało sobie ich parę bardzo szybko. Ewie przypomniały się filmy gangsterskie o mafii i nie przypuszczała, że coś podobnego istnieje naprawdę.
Wreszcie otwarły się na oścież ostanie drzwi i powitał ich z wielkim entuzjazmem gruby, brzuchaty mężczyzna w szarym garniturze. Sprawiał wrażenie jakby nie mógł się wprost ich doczekać, ich i kwiatów, których nawet nie dotknął. Ewa wystękała jakąś formułkę o szkole wspomagana Heńkiem, dobrotliwie pogładził ją po włosach i wyrzekł dwa słowa, że wie, wie o szkole i czekający na nich goryle błyskawicznie skierowali ich do drzwi, które się za nimi natychmiast zamknęły.

Mama Ewy 25 października 1969 przyniosła wiadomość, że zmarł na ulicy ojciec Marzenki. Ewa bardzo się wzruszyła, odchodziło jej dzieciństwo i Pimpuś. Wpatrując się w okna Marzenki napisała wiersz:

Jeszcze wczoraj pełna optymizmu
a dziś deszcz i czerwone oczy
chociaż wieczór biały we mgle
Naprzeciw, w domu świecą się światła,
przebijają przez mgłę,
jakby bez domu
wisiały w powietrzu.
Późno,
światła powoli gasną,
ale tam po prawej
córka opłakuje ojca
zmarł na chodniku
zatopił się we mgle
i ludzie nie zauważyli, że upadł.

Nawiązana z Ireną przyjaźń intensyfikowała się listami podawanymi na przerwach, w których ustaliły, że na sylwestra razem pojadą do Zakopanego. Ewa, żeby było taniej, zaprosiła jeszcze klasową Ewę, jedną z kilku Ew, ładną blondynkę pełniąca w samorządzie klasowym funkcję skarbnika, tę, która razem z Haliną dojeżdżała z Gliwic. Bardzo się z zaproszenia ucieszyła. Andrzej zaraz po wigilii jechał do z Maćka do Witowa przebywającego tam z Zosią od momentu zdania egzaminów sesji jesiennej. Ani pomyślał o Ewie, więc ambitnie próbowała zorganizować coś sama.
Jurek już przysłał pocztówkę z zimowiska:

Serdeczne pozdrowienia z Rajczy przesyła Jurek
p.s. Pogoda wyśmienita, doskonała, warunki również, kogoś brakuje

Danka wydrukowała dużymi literami i wysłała do niej pocztą z Sosnowca, mimo, że siedziały w ławce przez 10 godzin dziennie razem życzenia:

KOCHANY ECIKU!!
ŻYCZĘ CI BARDZO DUŻO SZCZĘLIWEGO NOWEGO ROKU ORAZ WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO Z OKAZJI URODZIN. CHCIAŁABYM ŻEBYŚ PRZEZ TEN ROK CODZIENNIE BYŁA UŚMIECHNIĘTA PRZEZ NASTĘPNE LATA RÓWNIEŻ. ŻEBY TWÓJ OSIEMNASTY ROK PRZYNIÓSŁ SPEŁNIENIE MARZEŃ TYCH NAJSKRYTSZYCH RÓWNIEŻ.

ECIKU! ŻYCZĘCI:
a) ZDANIA MATURY NA PIĄTKĘ
b) POMYŚLNEGO ZDANIA EGZAMINU ORAZ NAJWAŻNIEJSZE -DOSTANIA SIĘ NA STUDIA.

Ewa zaniepokoiła się tak oficjalnym, a zarazem czułym potraktowaniem jej przez przyjaciółkę, której uczucie odchodziło.
Napisał też nieśmiało nie zachęcany do korespondencji Staszek z Przemyśla:
Bardzo serdeczne pozdrowienia przesyłam z okazji tak uroczystego dnia jakim są imieniny. Życzę Ci wszystkiego co jest najlepsze, a przede wszystkim pomyślności w życiu, zadowolenia ważne jest także zdrowie, no i uśmiech, którego jest trochę za mało na Twojej smutnej i jak gdyby zatroskanej twarzy. Imieniny 24 grudnia są związane także ze świętami. Myślę, że dużo pracowałaś i te dwutygodniowe ferie pozwolą Ci w pewnym stopniu odpocząć. Dołączam życzenia przyjemnego spędzenia świąt, mam nadzieję, że będą wesołe i przebiegną w pogodnej atmosferze.
Wybacz Ewuniu, że łączę w tych kartkach wszystkie ważne uroczystości z jakimi zetkniesz się w czasie dwu tygodni. Ale nie wiem czy zdobyłbym się na ponowne życzenia. Dlatego też dodaję, że Nowy Rok powinien przynieść zmianę w Twym dotychczasowym życiu. Życzę Ci w nim dobrego startu w nauce i w nowej erze wieku dojrzałości. Przy urodzinowym toaście – proszę – na chwilę pomyśl o Przemyślu.

Krystyna śpieszyła się z ciepłymi swetrami na wyjazd dzieci i cały czas siedziała przy maszynie dziewiarskiej. Ewa też przygotowywała się do wyjazdu do Zakopanego i chodziła po sklepach. W Zenicie były smary narciarskie z importu z NRD: smar podkładowy, twardy do powlekania nart przed założeniem, smar zasadniczy i smar uniwersalny po każdej jeździe oraz smar parafinowy do śniegu suchego i przy dużych mrozach. Każda tuba 20 zł, wybrała jedną. Rzucili też bardzo tanie warkocze wiskozowe w cenie 9 zł i peruki dla dziewczynek od 46 do 60 zł. Wyglądały bardzo sztucznie, nie umywały się do peruk nylonowych z PeKaO, bardzo modnych, kosztujących majątek, ale Ewa kupiła sobie brązowy warkocz.
Czekała z nartami pod zegarem na Ewę w drugi dzień świąt, ta przyjechała z Gliwic i rozkopanym dworcem poszły na peron na pociąg do Krakowa. Już do Krakowa jechały stojąc w ścisku, ale nie za wielkim. W Krakowie na pociąg do Zakopanego z czarną, spowitą w parę wodną sapiącą lokomotywą czekał na peronie ogromny tłum ubrany w zagraniczne ciuchy z zagranicznymi nartami. Jakoś cudem udało się im przedostać i stać w korytarzu całą drogę w wielkim upale. Za oknem migały w bieli śniegu betonowe, sześcienne domki i galicyjskie, stylowe perony stacyjek podgórskich. Na takiej też wysiadły kiedy już się zmierzchało. Jarzył się czerwonym neonem upragniony napis Zakopane.
Zakopane pogrążone było w śniegu. Po wyjściu z pociągu pod drewniany, wyrzeźbiony po góralsku okap zadaszonego peronu wspartego drewnianymi, rzeźbionymi palami weszły do obszernej sali dworca z kasami i poczekalnią, gdzie mnożyły się tabuny podróżnych, a narty powodowały, że było jeszcze ciaśniej i trudniej przedostać się na ulicę.
Zakopiański zmierzch z ostrym, podgórskim powietrzem zachwycił Ewę. Ominęły stojące dorożki kierując się szczegółowym planem wyrysowanym przez Irenę. Poszły na piechotę, Irenie nie przyszłoby do głowy przemieszczanie się po Zakopanem inaczej, niż na nogach.
Doszły do takiego samego betonowego, szarego domu jak te mijane za oknem zabudowania i wokół takich porozrzucanych betonowych willi było dużo i ani jednego drewnianego w stylu zakopiańskim.
Zadomowiona Irena poczęstowała je tym czym miała, a one rozlokowały się w jej malutkim pokoju i zaraz zasnęły w odstąpionym prze nią im łóżku. Irena zasnęła na podłodze w puchowym śpiworze taterniczym.
Nazajutrz poszły na Krupówki na zakupy, w sklepach spożywczych były gigantyczne kolejki, trudno też było dostać się do baru mlecznego i każdego punku z pieczoną kiełbasą i kaszanką. Jedynie góralki stały z oscypkami w takich ilościach, że zawsze można było, wprawdzie po bardzo wysokiej cenie, kupić u nich oscypek i nie umrzeć z głodu.
Ewa, by nie wytracać pieniędzy jeździła stojąc w ogromnej kolejce tylko raz dziennie na Gubałówkę i nie zjeżdżała w dół nartostradą, tylko na górze ćwiczyła zjazdy z jakiegoś pagórka.
Jej koleżanka z którą przyjechała nie wychodziła z pokoju i nie zabrała nart, natomiast Irena trochę jej w zjazdach towarzyszyła, ale nie sprawiało jej to ani przyjemności, ani też za bardzo na nich jeździć umiała, szczególnie, że miała tylko biegówki. Dlatego po kilku dniach zupełnie zrezygnowała ze zjazdów na rzecz wędrówek na nartach. Kiedy powiedziała Ewie, że idzie na Giewont, Ewa myślała, że żartuje i nie wzięła tego poważnie.
Goprowcy powiadomili gospodynię domu, że Irenę trzeba odebrać z zabytkowego budynku Dworca Tatrzańskiego. Kiedy przybiegły, Irena była już w pełni sił i zadowolona, dumna z siebie mimo nakrzyczenia na nią przez pracowników Tatrzańskiego GOPR-u.
Zbliżał się sylwester i Ewa jeszcze liczyła, że Andrzej się z nią skontaktuje i zabierze do Witowa ją i jej koleżanki na sylwestra, ale na nic takiego się nie zanosiło.
Podczas bezskutecznego kręcenia się wokół Krupówek i forsowania sklepów spożywczych PSS Społem, wzdychania do zakopiańskich kożuchów i śnieżnobiałych elastycznych spodni narciarskich, poznały dziewczynę w ich wieku też ze Śląska, z Gliwic, która przyjechała tu na sylwestra i podzieliwszy się z nią ich problemem uznała, że nic nie stoi na przeszkodzie, by i one na tego sylwestra, na który ona jest zaproszona, przyszły.
Tymczasem zaprosiły ją do siebie. Irena patrzyła na nią koso, a jak wyszła, powiedziała, że wielką lekkomyślnością jest pójście na sylwestra, gdzie nikogo dobrze nie znają.
Jednak w przeddzień sylwestra dziewczyna przybiegła zapłakana z rozmazanym tuszem do rzęs i powiedziała, że z sylwestra nici i że wraca do domu i tam można jeszcze swobodnie na jakiegoś sylwka się załapać. Ewa z Gliwic spakowała się szybko i razem wybiegły na pociąg ku satysfakcji i zadowoleniu Ireny.
Irena poszła kupić tokaj na sylwestra, który miała spędzić z Ewą.
Ewa po tokaju zaczęła płakać i się roztkliwiać nad sobą i nad tym, że Andrzej jej nie kocha i tym, że nikt jej nie kocha i zakłopotana Irena postanowiła udzielić Ewie kilku rad dowodząc, że przebywa cały czas w woreczku foliowym i póki tego woreczka nie rozerwie i się z niego nie uwolni, nigdy nie będzie szczęśliwa. Ewa nim spadła na podłogę kompletnie pijana zdołała jeszcze to od Ireny usłyszeć.

Po feriach Piotrek zaprosił Ewę z Danką do Kochłowic. Nie wiadomo, kto zmusił Piotrka do organizowania w sobotni wieczór bigla, dość, że znalazł się tam Krystian i Heniek. Ewa długo błądziła autobusami po Rudzie Śląskiej, aż dotarła do małego domku na postumytach.
Mama Piotrka okazała się przemiłą, przedwcześnie podstarzałą, wysuszoną kobietą. Zrobiła dla nich przyjęcie jak prawdziwa ślązaczka: na wykrochmalonym, białym obrusie stały przygotowane kunsztownie kanapki, zsiadłe mleko i na gorąco gumiklejzy. Krystian jak zwykle lepił się do Ewy i pomyślała, że jego nieszczęsna strategia bardziej by zyskała, gdyby się tak nie lepił, ale z drugiej strony, żadna strategia tu nie pomagała. Ewa z podziwem patrzyła, jak Heniek krok po kroku zdobywa, zagarnia i ubezwłasnowalnia Dankę, co Krystianowi się nie udawało.
Przed ukończeniem przyjęcia poszli oglądać kozę zamkniętą w komórce i Ewa podziwiała, że Piotrek nie wstydzi się tych wiejskich klimatów i kozy. Bardzo lubiła Piotrka, ale nic więcej. Po powrocie napisała w dzienniczku:

Cienie uśmiechnięte życiem,
Czasem szczęśliwie po dwa,
A tu mój cień jest cienia cieniem,
Zużyty cierpieniem,
Do cna.

W tym samym czasie odbywały się spotkania klasowe u Romka na Moniuszki, gdzie bywali uczniowie i uczennice, robiąc z tego klasową tajemnicę wybrańców, o której wiedziała tylko wychowawczyni i na godzinie wychowawczej dawała do zrozumienia, że wie. Nikt z klasy nie miał pojęcia, kto kapuje, szczególnie tacy jak Ewa, nigdy tam nie zaproszeni, więc musiał to być ktoś z ich paczki. Od jesieni przerodziły się pod pretekstem ćwiczeń klasowego zespołu bluesowego na codzienne tzw. dżemy, jeśli prób z pianinem nie robili na Krasińskiego. Tam w internacie mieszkał Jurek w pokoju razem z Tadziem, gitarzystą ich zespołu bluesowego, ale nigdy do internatu na taką próbę, na którą schodzili się wszyscy mieszkańcy internatu, jej nie zaprosił. Zrobił to dopiero Piotrek.
Ewa ubrała swoją najlepszą sukienkę podarowaną latem przez Amerykanki w kolorze zielonego groszku i rajstopy w tym samym kolorze wybrane na lotnisku przez samą, przypadkowo spotkaną Ewę Demarczyk. Związała włosy, już dość długie, w koński ogon i pojechała tramwajem z Piotrkiem na Krasińskiego. Weszli na piętro, gdzie stał stół do ping-ponga i pianino. Przy pianinie siedział Janusz i grał jakieś skomplikowane, bluesowe kawałki. Nie popatrzył na nią, nie ukłonił się nawet. Tego nie wytrzymała i jak stała, odwróciła się na pięcie i wybiegła pozostawiając zasmuconego Piotrka.

Cała klasa przygotowywała się do studniówki i salę trzeba było udekorować. Kierownikiem dekoracji wychowawczyni mianowała Janka, jako ucznia starszego i doświadczonego. On zlecił Ewie zrobienie projektów na jedną ze ścian, natomiast inną ścianę oddał Krystianowi, który zamiast przygotowywać się do matury, wszystkie wieczory poświęcał malarstwu surrealistycznemu pełnemu lejących się jak zegary po ścianach oczu. Projekty Ewy przedstawiające Orfeusza i Eurydykę Jankowi się nie podobały. Zrobione kosztem dużego wysiłku i nieprzespanych nocy, zostały skwitowane tym, że zrobiła je na odwal.
W konsekwencji przez sito Janka przeszły malowidła kogoś, kto zrobił je węglem na pakowym papierze przez rzutnik, albo sam to wykonał, Ewa już rozżalona się tym nie interesowała.
Na studniówkę wychowawczyni zarządziła białe koszule i granatowe lub czarne spódnice, chłopcom obowiązkowe garnitury. Takie stroje obowiązywały też przy pisaniu matury.
Ponieważ było trzy razy więcej uczennic niż chłopców, wychowawczyni zabroniła przyprowadzać kogokolwiek z zewnątrz, a chłopcy mieli już swoje dziewczyny z innych szkół. Natomiast po wywiadówce w rozmowie zasugerowała Krystynie, by przyszedł na studniówkę brat Ewy Andrzej i równocześnie na maturę, gdyż sądząc z diagnoz profesora z matematyki, nikt matury oprócz Jurka bez pomocy z zewnątrz nie zda.
Andrzej zjawił się ze swoim przyjacielem Maćkiem, obaj byli w swetrach, czym się pozytywnie wyróżnili jako kontestujący całą imprezę, ale ponieważ potem naszło mnóstwo matek, ojców, ludzi zupełnie nikomu nieznanych, zginęli w tłumie prosząc do tańca co ładniejsze uczennice. Joasia z Gołonoga przetańczyła już potem studniówkę do końca dopytując się Ewy, kim jest Maciek, ale Ewa wiedziała, że Maciek ma Zosię i że nic z tego nie będzie.
Ewa ubrana w rozkloszowaną spódnicę w velour-schiffon z czarną aksamitką na szyi, w którą wszyła kolczyk matki ze zwisającą sztuczną perłą, tańczyła głównie z tymi, których dziewczyny z innych szkół nie wpuszczone, czekały na zewnątrz.
Zakończona studniówka w szkole wymagała kontynuacji, gdyż nie było już podmiejskich pociągów, trzeba było czekać do rana. Potajemnie skrzykiwały się pary do Romka na Moniuszki. Dziewczyna Janka, Wiktoria była od niego o trzy lata młodsza i nawet nie przyszła pod szkołę. Janek poprosił Ewę by mu towarzyszyła, a Ewa chętnie się zgodziła, bo poszedł tam Janusz. Z całej studniówki nie wynikało, jakoby Janusz miał jakąś dziewczynę.
Okazało się, że kontynuacja studniówki w starożytnej kamienicy na Moniuszki jest nie u niego, a w mieszkaniu jego kolegi szkolnego zwanego Patykiem. On między innymi przychodził na dżemy do mieszkania Romka, by spotkać się z ich koleżanką, Ewą z Chorzowa, jedną z kilku Ew z ich klasy. Para nazywana była Patykami ze względu na anorektyczność Ewy, która przyszła na studniówkę w specjalnie uszytym męskim garniturze nazywanym „gangiem”. Razem z jej chłopakiem niewiele różnili się między sobą wzrostem i chudością. To właśnie oni ich wpuścili do mieszkania (Ewa od razu zauważyła niechętny jej wyraz twarzy i zdziwienie) do którego szło się przez długie, wysokie korytarze, ciemne, skąd doszli do jeszcze ciemniejszego pokoju. Tam paliły się dwie świeczki, ale i tak nie było nic widać. Ewa poszukująca w ciemności Janusza znalazła jego charakterystyczne, bardzo modne buty, które sam wykonał z papieru, wystające spod stołu. Obok wystawały nogi w białych pończochach, nie widomo do kogo należące. Na studniówkę wiele dziewcząt założyło białe, bawełniane pończochy.
Janek nigdy jej się nie podobał, nie lubiła rudych chłopców i ich białych rzęs, była pod tym względem rasistką, miała też do niego żal, że tak ją źle potraktował przy projektowaniu dekoracji, na które nawet nikt nie spojrzał w trakcie zabawy. Ale była mu wdzięczna, że ją tutaj zaprosił.
Cały czas ze szpulowego magnetofonu sączyły się utwory Johna Mayalla, Janek coraz bardziej zaczynał się do niej lepić, a ona pospiesznie próbowała się zorientować kto z kim chodzi co było niemożliwe, gdyż panowały przepastne ciemności. W pewnym momencie postanowiła wracać do domu, Janek szarmancko zaofiarował się ją odprowadzić.
Gdy byli pod jej klatką schodowa na Koszutce zaproponowała w podzięce, że ją odprowadził, by wszedł do jej pół-pokoju na herbatę, co było zasadne, gdyż mróz był wielki, a on miał jeszcze na piechotę wrócić aż na Wita Stwosza, nic już nie jeździło. Spłoszony rozglądał się, czy naprzeciwko mieszkająca jego dziewczyna Wikcia zza firanki nie widzi, szybko więc wszedł do klatki schodowej i siedząc w pół-pokoju Ewy i podziwiając jego sprytne zagospodarowanie, wpatrywał się w oświetlone okna Wikci. Niebawem wyszedł.
Nazajutrz była niedziela, w poniedziałek wracając ze szkoły wyjątkowo przez most, bo musiała w Supersamie kupić sobie arkusze brystolu, zobaczyła idącą naprzeciwko Wikcię. Zimno minęła ją, popatrzywszy na nią z wyrzutem i pogardą i Ewie zrobiło się bardzo przykro. Czy rzeczywiście ich widziała przez okno? Najprawdopodobniej sam jej opowiedział, by się coś ciekawego w ich związku działo, pomyślała ze smutkiem.
W notesie zanotowała:

I to także przeżyłam, widocznie można…
Na czarne oczy
Jak on
I może jest piękna…
może…
Podchodzi
Bierze dłoń
Kładzie na ramieniu głowę
Melodia…
I wtedy odwracam się
z pustką
bez czucia
że jestem
Ewą

W ramach katowickiego karnawału „Srebrna zima” w Parku Kultury zorganizowano konkurs na rzeźbę śniegową i trzeba było przedstawić profesorowi projekty. Wybrano między innymi projekt Ewy i wraz z dwiema koleżankami – Jadzią i Stasią zwaną Wiesią wyrzeźbiły za pomocą łopat wielkie trzy secesyjne nagie kobiety opatulone włosami tak, że niczego z nagości widać nie było.
Brały udział w konkursie starsze klasy Liceum Plastycznego, także górnicy, amatorzy, łącznie 150 osób. Zwyciężyła rzeźba z lodu. Wszystkie rzeźby stały jeszcze długo wzdłuż promenady obok „Przystani”, aż nastały roztopy i Ewa zapisała w dzienniczku:

Skończyło się wszystko
jak słota
ślady przesypał śnieg
idę sama. Jakaś tępota
ogarnia ciało, zdarzeń bieg,
I serce – pobojowisko.

Pod koniec lutego młoda anglistka poszła na macierzyński i chwilowo prowadził lekcję angielskiego jakiś pan mówiący do nich tylko po angielsku. Właśnie usiłowali wyszukać coś z podręcznika Smólskiej, kiedy ktoś do klasy nieśmiało zapukał.
– Come in – powiedział pan. Drzwi się uchyliły, wyjrzała opalona twarz Ewy w białym berecie z klasy wyżej, już po maturze, byłej dziewczyny Janka.
– Bardzo przepraszam, ale czy mogłabym na chwilę prosić Janka ? To jest bardzo ważne.
Janek zaczerwienił się tak bardzo, że nawet jego białe zazwyczaj włosy zrobiły się czerwone skutkiem uderzenia krwi do głowy.
– Naprawdę mogę? – wyjąkał. Wyszedł.

W związku z tym, że książek było niewiele, a on akurat siedział sam, ponaglona kimś z tyłu, by ją podać, Ewa wzięła ją z jego stołu, ale okazało się, że to nie podręcznik, a książeczka z reprodukcjami Mondriana z dedykacją: Jasiowi Ewa 10 luty 1967, czyli sprzed dwóch lat na jego urodziny.
Tak, że Wiktorii zazdrość była stale podsycana.
Na miejsce pana, który zbyt dobrze znał angielski, przyszła nowa, młoda anglistka z dziewczęcym końskim ogonem, którą natychmiast wszyscy polubili. Janusz znający angielski dzięki ubiegłorocznemu obozowi językowemu zaczął się wymądrzać, anglistka w panice, że nie podporządkuje sobie w porę klasy, która się rozwydrzy, a potem będzie za późno, wyrzuciła go z sali. Kiedy usłyszała za drzwiami melodię wygwizdaną przez Janusza wściekła wybiegła na korytarz i długo nie przychodziła. Potem wrócili do klasy razem i od tej pory Janusz stał się jej ulubieńcem i angielskim prymusem.

Mieli bardzo dużo pracy przed maturą i przygotowań do zdawania na wyższe uczelnie, a zdanie było dla chłopców jedyną możliwością uniknięcia dwuletniego wcielenia do wojska. Jednak nie zwolniono ich z obowiązku pójścia na pochód pierwszomajowy pod groźbą nie dopuszczenia do matury. W latach kiedy obchodzono 100 lecie urodzin Lenina i 25 Polski Ludowej nieprawdopodobne czerwone dekoracje umieszczono we wszystkich zakątkach miasta, a na ulicy gdzie mieściła się ich szkoła, ulicy 1-go Maja, którędy szedł główny pochód do Rynku, a potem na ulicę 3 maja dochodziły do apogeum. W Rynku powieszono na całą 5 kondygnacyjną kamienicę ogromna głowę Lenina, który machał przy twarzy dłonią, co wyglądało w swej grozie nawet śmiesznie.
Pochód szedł do trybuny ustawionej na ulicy 3-go Maja, gdzie Ewa mdlejąca i nie trawiąca tłumu rozpoznała Gierka, Ziętka, Grudnia i Szczepańskiego coraz częściej pojawiającego się w telewizji. Z 180 tysięcy uczestników demonstracji pierwszomajowej powitano w pierwszym rzędzie 300 tysięcy członków PZPR. Całe szczęście, że po minięciu trybuny, którą pierwsza mijała młodzież po odsłuchaniu warszawskiego przemówienia Gomułki z głośników i odśpiewanej międzynarodówki, mogła uciec szybko na Koszutkę tonącej jak wszystko w gigantycznych transparentach i białych słowach, których nikt nie czytał. Pochód obowiązkowo trwał trzy godziny. Ukryta w swoim pokoju długo jeszcze była torturowana odgłosami dobiegającymi z otwartego okna.

Ponieważ wychowawczyni miała mnóstwo pracy papierkowej w związku ze zbliżającą się maturą, a obiecana na wywiadówkach wycieczka doroczna, ostania z dwóch przysługujących każdej klasie w roku szkolnym musiała się sfinalizować, ich klasę wysłano autobusem „SAN” do Łańcuta z nową nauczycielką angielskiego. O dziwo, pojechał też Janusz, który nigdy na wycieczki nie jeździł.
Dzięki jego obecności repertuar autobusowy się zmienił z rubasznych przyśpiewek pieśni rajdowych Heńka na wysubtelnione riffy Tadzia i Romka na gitarach i (?) Janusza na trąbce.
Od razu Heniek zarządził, gdzie mają pójść i co robić, nie odstępował Danki na krok, a Danka nie odstępowała Ewy, Ewy nie odstępował Krystian i Jurek, którzy po studniówkowym ochłodzeniu pragnąc Ewę wziąć chłodem, teraz znowu zintensyfikowali natarcie. By Ewę dobić Heniek zdradził jej, kim jest dziewczyna, która była z Januszem na studniówce. Ewa nigdy by się tego nie spodziewała i nerwowo wybuchnęła przed Heńkiem niespodziewanym płaczem, którego się bardzo wstydziła. Okazała się nim Jadźka, ta sama z którą robiła prawo jazdy i o której mówiono, że rozbiła jakiemuś starszemu mężczyźnie samochód w Sosnowcu.
W Łańcucie okazało się, że Zamek Lubomirskich i Potockich jest zamknięty dla zwiedzających i te bagatela 260 kilometrów przebyli na darmo. Całe szczęście deszcz nie padał i mogli odpocząć po podróży w zamkowym parku który był, mimo majowego chłodu, kwitnący i zachwycający.
Dzięki temu, że nie spędzili kilku godzin na zwiedzaniu pałacowych komnat, wracając z powrotem do Katowic w Tarnowie byli wcześnie, koło południa. Ociepliło się znacznie i wyszło słońce, zrobili przystanek na rynku w Tarnowie i kierowca powiedział, że wskutek awarii dalej nie pojedzie. Wypadało – po licznych telefonach – czekać, aż przyjedzie z Katowic nowy autobus.
Rozłożyli się całą klasą na rynku wyjmując z plecaków ciepłe swetry, podłożywszy pod siedzenia kurtki i płaszcze zrobili krąg klaszcząc i śpiewając do Januszowej trąbki, organków ustnych Piotrka i gitary Tadzia i Romka. Tak urządzony jam session pełen był spontanicznego, rytmicznego śpiewu całej klasy przy narzucającej temat wiodącej trąbce Janusza znanych lub nie znanych klasie standardów jazzowych, murzyńskich melodii ludowych i bluesów. Na rynku gromadziły się wokół nich przechodnie, którzy w miarę upływu czasu wsłuchani, stanowili coraz szczelniejszy i grubszy krąg słuchaczy i widzów. Brali udział w egzorcyzmowaniu teraźniejszości, klasa nagle poczuła nierozerwalną jedność w jakiejś euforycznej ekstazie porwanych na kilka godzin muzyką, wzajemnym gadaniem dźwiękami, podawaniem sobie rytmu i podawaniem się niemu w pokorze przemijającego czasu i nieodwracalności losu. Zmierzchało się już, kiedy anglistka spędzała ich niechętnych do właśnie podstawionego nowego autobusu.

Zbliżała się matura, niemal cała klasa zdawała na ASP, trzeba było wybrać do teczki kilkadziesiąt prac formatu brystolu i na jej podstawie dopiero dopuszczano do egzaminu właściwego.
Były na Świerczewskiego w gmachu katowickiej fili ASP w określonych dniach konsultacje. Ewa wybrała się tam z teczką. Pokazała szkice z Przemyśla. Mimo wysiłku dojazdu i utraty cennego czasu przed maturą, niczego właściwie od profesora Rafała Pomorskiego się nie dowiedziała, a jedynie ze łzami w oczach wspominał przedwojenny Przemyśl.

Na maturę przyszedł Andrzej i w szkolnym kozecie rozwiązał wszystkie zadania, rozwiązał też je Jurek w klasie i ściągi krążyły w nadmiarze.
Ewa została specjalnie pochwalona za wypracowanie z polskiego i świadectwo miała na ogół bardzo dobre. Zdawała też historię sztuki.
Tymczasem odbył się komers dla tych, co zdali maturę, a zdali ją wszyscy dla dobra statystyk, gdyż tych, którzy mieli nie zdać matury, nie dopuszczono, przeznaczając na zimowanie w klasie piątej. Ojciec Grażyny wysunął propozycję zorganizowania komersu w świetlicy wojskowej na Wełnowcu z orkiestrą żołnierzy, a ponieważ nie było innych propozycji, zdezorientowani rodzice się zgodzili, uczniowie nie mieli nic do gadania.
Ewa uszyła sobie łososiowe spodnie i na to miała w tym samym kolorze kupioną na ciuchach latem dżersejowy materiał ze srebrną nitką w kształcie tunelu, wystarczyło tylko spiąć go na ramionach i przewiązać srebrnym paskiem. Na włosy założyła srebrną opaskę nawiązującą do greckiej wymowy jej stroju.
Już na samym początku, po przemówieniach i podziękowaniach, składaniu kwiatów profesorom i wychowawczyni, Ewie cała impreza zdała się ponura, a ubrana w wojskowe stroje orkiestra, odrażająca. Świetlica żołnierska była ciemna, przesycona jakimiś złymi emocjami, które Ewa natychmiast wychwytywała. Niemniej pary, w które nagle rozpadała się ich klasa zajmowały się tylko sobą i nikt już na nikogo nie zwracał uwagi. Bogdan tańczył z Izą, Danka z Heńkiem, Romek z tą Joasią z którą była na Szyndzielni na nartach, Janusz, albo przejmował od żołnierzy pianino i na nim grał, albo tańczył z Jadźką. Krystian i Jurek unikali Ewy. Jak wreszcie ta dla niej męczarnia się skończyła, podszedł do niej Janek i powiedział, że chce z nią porozmawiać. Poszli pod wysokie okno, Janek już bez skrepowania zapalił papierosa.
– Mówił mi Heniek, że na praktyce w Łodzi spałaś z jakiś kuzynem, czy to prawda?
Janek stał się nagle jakimś moralistą, Heniek Judaszem, ale czym była w tym wszystkim Danka, która przecież będąc świadkiem niewinności Ewy nie miała żadnej wątpliwości. Najbardziej chyba zabolała ją Danka.
W domu Ewa rozpłakała się na dobre trzęsąc się w spazmach i Krystyna bezskutecznie uspokajając ją długo w nocy, chciała wezwać nawet pogotowie ratunkowe. Ale po kilku pastylkach relanium Ewa wreszcie zasnęła.

Po komersie klasa już się nie spotkała, ale w kilka dni potem Danka do niej zadzwoniła i Ewa z płaczem powiedziała jej z wyrzutem, jak mogła. Danka nic nie powiedziała i odłożyła słuchawkę.
13 czerwca Ewa sama pojechała do Krakowa na Biennale Grafiki Międzynarodowej, gdyż na egzaminie wstępnym z historii sztuki mogli zapytać o sztukę współczesną.
Teczkę Ewie przyjęto i zaproszono pisemnie na egzamin wstępny 30 czerwca. Zdawało dużo uczniów z jej klasy i z klas ubiegłych, na egzaminie był taki tłok, że trudno było dostrzec nagą modelkę. Ewa była bardzo zadowolona z narysowanego przez siebie aktu. Pani Hudelcowa mieszkająca na pierwszym piętrze w ich klatce schodowej miała bratanka pracującego w katowickiej ASP jako asystent właśnie mający dyżur przy egzaminach wstępnych. Ryszard Osadczy na prośbę ciotki sprowokowany do dostarczenia informacji o tym, jak poszedł egzamin Ewie z cichą prośbą, by jej pomógł, zatelefonował nazajutrz, że poszedł Ewie wyśmienicie.
Ewy nie było na liście nazwisk i dostała tak mało punktów, że nie mogła się nawet odwoływać.
Z ich klasy na Akademię został przyjęty tyko Bogdan.
Kiedy po tygodniu zdecydowała się pójść odebrać teczkę zobaczyła z naprzeciwka idącą smukłą sylwetkę Bogdana. Szedł w jej kierunku, ostentacyjnie minął ją nawet nie spojrzawszy. Był już studentem.
KONIEC TOMU DRUGIEGO

Zaszufladkowano do kategorii 2020, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Lata sześćdziesiąte. Krystyna (18)

Superjednostka została zasiedlona nagle, świeciła z dala oknami i Krystyna wracając wieczorem tramwajem z kursu dziewiarskiego z podziwem obserwowała błyskawiczne wznoszenie obok niej pawilonowej podstawówki. Otwarto w budynku „Ślizgowca” spożywczy sklep „Baśka” lepiej zaopatrzony niż na Koszutce i teraz wysiadłszy z tramwaju wychodziła z podziemi Ronda, nie pod pawilony Dzierżyńskiego, a wyjściem pod Superjednostkę do „Baśki”.
I tam stojąca za nią w kolejce jakaś malutka, tęga kobieta krzyknęła do niej: Krzysia!
Krystyna nie miała pojęcia kim ona jest, ale poczekała na nią przed sklepem. Niestety potem także niewiele mogła sobie przypomnieć, ale przyjęła na wiarę, że jest to Janeczka zwania Dziuńcią z Przemyśla, która chodziła do tej samej podstawówki, tylko dwie klasy niżej. Obie miały ciężkie siatki i Dziuńcia zaprosiła Krystynę nazajutrz do siebie.
Superjednostka miała 800 mieszkań, 9 klatek schodowych i żadnego oświetlonego numeru. Nikt też nie miał tam telefonu, a nieliczne budki telefoniczne wokół miały powyrywane przez chuliganów słuchawki, czemu sprzyjała ciemność, której właśnie Krystyna doświadczała, próbując się przedostać do podanego przez Dziuńcię numeru mieszkania. Szczęściem kilkoro lokatorów właśnie wracało z pracy i ją jakoś pokierowało.
Dziuńciu, mąż Dziuńci był równie niski jak jego żona. Właśnie przygotowywał pod kierunkiem żony sałatkę jarzynową na cześć wizyty Krystyny i pokroił jarzyny tak drobno, że Krystyna nie mogła wyjść z wrażenia i podziwu. Na moment pokazała się bladziutka i zahukana Basia, jedyna Dziuńciówna, która szczęśliwym trafem rozpoczęła szkołę w pawilonówce naprzeciw okna uroczyście niedawno otwartą jako szkoła nr 23 imienia Lenina. Dziunciówna była wożona przez matkę na lekcje fortepianu do szkoły muzycznej pierwszego stopnia i widać było po dziecku zmęczenie i niewyspanie. Zaraz zresztą rozległy się z sąsiedniego pokoju grane na pianinie gamy.
Ponieważ Dziuńcia nie pracowała, skutecznie dorabiała do pensji męża kładąc karty, dzięki czemu poznała bliższych i dalszych sąsiadów z piętra oraz z dolnych i wyższych pięter. Lekarka mieszkająca pod Dziuńcią na kabałę stawiała się codziennie. Krystynie natychmiast Dziuńcia wywróżyła, że ma męża potwora, który ma coś na boku i Krystyna znowu nie mogła wyjść z podziwu, tym razem za trafność wróżby.
Mąż Dziuńci nieśmiały, łysiejący mężczyzna przedwcześnie otłuszczony – Dziuńcia gotowała jak widać było z tego przyjęcia znakomicie – był drobnym urzędnikiem spantoflowanym i wytresowanym przez żonę, ale zakochanym, wpatrującym się w nią jak w obrazek i Krystyna poczuła się tu dobrze. Wodziła oczami po mieszkaniu chyba o połowę mniejszym i niższym niż jej, a jakże pomysłowo zagospodarowanym i wysprzątanym. Ślepa kuchnia wielkości jej przedpokoju miała kafelki, których Krystyna próżno domagała się od Rudka, a ściany jednego z dwóch pokoi stanowiącego salon, jadalnię i sypialnię oraz warsztat Dziuńci, był w energetycznej tonacji czerwonej. Ściany były pomalowane właśnie na ostry, czerwony kolor, etażerki pokrywały bibeloty, a obrus był wykrochmalony. Warsztat w postaci mikroskopijnego biureczka stał w kącie przy oknie. Dziuńcia miała tam urządzenie do łapania oczek i jej nielegalny punkt repasacji pończoch od roku cieszył się wielkim powodzeniem, sąsiadki czekały w kolejce. Nie była to, oprócz tych dwóch biznesów, ostatnia praca zarobkowa Dziuńci. Niedawno zgłosiła się do niej plastyczka, która robiła na sprzedaż obrazy gipsowe o tematyce antycznej. Trzeba było z listewek zbić prostokąt bardzo wydłużony, gdyż takie obrazy w superjednostce wieszano przy wieszaku na ubrania gdzie było niewiele miejsca, wydrapać rysunek, wpuścić w rowki czarną plakatówkę, a uzyskane pola pomalować pastelowymi kolorami i całość pociągnąć bezbarwnym lakierem nitro. Zadaniem Dziuńci było klientkom, które przychodziły z pończochami jak i te którym wróżyła, na odchodnym proponować zakup gipsowego obrazu. Ponieważ tym sposobem sprzedała mnóstwo obrazów dostając marną prowizję od plastyczki, zdecydowała, że sama wykona takie obrazy, ale potrzebowała rysunku i nowych wzorów by się plastyczka nie zorientowała. Wyznawała zasadę, że zawsze znajdzie się głupi, który towar kupi. Dlatego dowiedziawszy się, że córka Krystyny robi maturę w liceum plastycznym, poleciła Krystynie, by porozmawiała z Ewą, by zrobiła jej takie rysunki na kalce, najlepiej nagich boginek i nimf, a ona sobie już je przeniesie na gips i przyklei tam gdzie trzeba włosy łonowe.
Natomiast dowiedziawszy się, że syn Krystyny jest studentem, ustaliła, że jak Basia dorośnie, to Andrzej ją poślubi wypytując Krystynę, czy ma już stałą dziewczynę. Krystyna nie miała pojęcia, do domu przychodziły tabuny studentów i studentek gdyż Andrzej mieszkał najbliżej uczelni i wszyscy się do niego schodzili i przeczekiwali okienka między zajęciami.
Krystyna wyszła od Dziuńci zachwycona nową znajomością. Wprawdzie nie znosiła Przemyśla i jeździła do mamy tylko z obowiązku i dlatego, że nie mieli gdzie jeździć na wakacje, ale na całe szczęście Dziuńcia nie wspominała już słowem o Przemyślu i podobnie jak ona też nienawidziła swojego rodzinnego miasta pełnego kamienicznych podwórek. Superjednostka zdawała się specjalnie wybudowana dla Dziuńci, była zachwycona swoim mieszkaniem na 10 piętrze, oknem z którego widziała tętniącą  ul. Armii Czerwonej aż do Rynku, rozświetlone kamienice, odgłosy przejeżdżających tramwajów, z dnia na dzień rosnący gigantyczny talerz Wojewódzkiej Hali Widowiskowo-Sportowej, architektury, o której w Przemyślu nawet nie wiedziała, że może taka istnieć. Zachwycało ją wszystko, zsyp na śmieci na jej piętrze, winda, sąsiedzi, zawsze rozświetlone korytarze, zawsze gorące kaloryfery, zawsze gorąca woda w wannie i butelka mleka pod drzwiami.
Krystyna nie chciałaby mieszkać w superjednostce, tak jak nie chciałaby mieszkać w Przemyślu. Jeśli wspominała miasta jej dzieciństwa to był zawsze Lwów, do którego ojciec zabierał ją i mamę na coroczne Targi Wschodnie. Odbywały się w Parku Kilińskiego. Jechali tramwajem ze stacji i nie brali dorożki, a jako dziecko cieszyła się gdyż w Przemyślu nie było tramwajów. Z Pawilonu Centralnego widać było Kopiec Unii Lubelskiej. W parku stała figura szewca Kilińskiego z szablą, były przepiękne kwitnące dywany kwitowe, a główna aleja prowadziła wprost do stacji Polskiego Radia gdzie nadawano jej ulubioną „Wesołą Lwowską Falę”. W każdą niedzielę czekali już w domu na półgodzinny program, na który składały się z „częste rozmowy z kamiennymi lwami przed ratuszem” a przede wszystkim na dialogi i piosenki Szczepka i Tońka.
No i Panorama Racławicka. Zawsze ojciec kupował im bilety do ogromnego, okrągłego budynku, który stał na zachód od Pawilonu Centralnego, ale blisko. Była tam pięć, a nawet może sześć razy i nigdy nie miała dość wpatrywania się w obraz chodząc wokół po pomoście. Te najeżdżające wojska z kosami, chałupki kryte sianem i na horyzoncie pożary…
Potem chodzili po Lwowie, po Wałach Hetmańskich do pomnika Sobieskiego, ulicą Akademicką, do pomnika Adama Mickiewicza, na obiad, na lody, na ciastka do cukierni. Wieczorem, jak już miała piętnaście lat udało się Krystynie nawet pójść z rodzicami do Teatru Wielkiego i zobaczyć kurtynę Siemiradzkiego. I ten Dworzec Główny z peronami krytymi szkłem. Pamiętała ten moment, jak już wszystko się kończyło i trzeba było wsiadać do pociągu…
Przy znajomości z Dziuńcią Krystyna nie mogła zaniedbać swojej przyjaciółki Zosi, która dzięki telefonom przynajmniej umożliwiła jej ugotowanie obiadu i nie musiała ciągle biegać do niej, by ją pocieszać, ale faktycznie, Zosia nie miała lekko. Chrześniak Krystyny Olek, który urodził się pięć lat po Ewie nie dawał się za nic podporządkować szkolnej dyscyplinie. Jego siostra Maja już od dwóch lat studiowała medycynę w Krakowie, a Olek miał w podstawówce problem z przejściem do następnej klasy. Wprawdzie dyrektorką szkoły była dawna przyjaciółką jego ojca, czyli Józka, męża Zosi, ale nawet jak dzięki protekcji ojca przepychano go na siłę, to i tak nie było możliwe, by zdał do ogólniaka. Krystyna nie bez satysfakcji wspomniała, jak Józek jeszcze przed urodzeniem się Olka przestrzegał ją, że Andrzej umorusany wraca późno z boiska piłki nożnej i się baciarzy, i nic z niego nie wyrośnie jak go nie przypilnuje, a tu masz, sam ma kłopot z synem.
Olek w dalszym ciągu nie chciał wyrosnąć z „Czterech pancernych i psa”, teraz robił awantury, jak nie pozwalano mu, dwunastoletniemu, oglądać Kapitana Klossa, i wszystko wskazywało na to, że pójdzie do wojska z przyjemnością jeszcze grubo przed poborem, co było przecież niemożliwe.
Zosia, nie mogła się z tym wszystkim pogodzić i wypłakiwała się bezradnej Krysi czującej się winną, bo podobno cechy dziecko dziedziczy nie po rodzicach biologicznych, a po chrzestnych, tak jak zdarzyło się u Andrzeja, który nieudacznictwa nie odziedziczył po Rudku, a po Adamie, jego koledze ze studiów, który trzymał Andrzeja do chrztu i był człowiekiem wygranym, z piękną willą i żona Henią kupującą sobie bieliznę w sklepie PeKaO.
Mało czasu Krystynie zostawało na przyrzeczoną sobie pracę zarobkową. Maszyna dziewiarska miała być jej szansą na uniezależnienie się finansowe od Rudka i od upokarzających próśb o pieniądze.
Na kurs dziewiarstwa jeździły kobiety z całego górnego Śląska i aż przykro było patrzeć jak były biedne i jak zaniedbane. Milcząco pokonywały z Krystyną zajęcia z geometrii wykreślnej mając w wykrojach podobne problemy jak ona. Jednak na zajęciach praktycznych przewyższały ją z tego powodu, że miały w domach maszyny dziewiarskie jednopłytowe, czyli o wiele prostsze, z polską instrukcją. Jej maszyna kupiona w PeKaO za bony dolarowe firmy zachodnioniemieckiej była dwupłytowa, na której mogła robić ściągacze i golfy, podczas gdy one musiały dorabiać je na drutach ręcznie. Miała o wiele więcej zalet, ale nikt na kursie nie potrafił, ani też nie chciał jej pomóc i do wszystkiego musiała żmudnie dochodzić drogą błędów. Zresztą zajęcia, z niepotrzebnymi różnymi przedmiotami marnującymi czas kobiet obarczonych rodzinami, obejmowały dwa semestry zakończone egzaminem i świadectwem, które było tym kobietom potrzebne, a Krystynie nie. Nie chciała najmować się do żadnej spółdzielni lecz działać podobnie jak Dziuńcia, nielegalnie.
Na razie wykonywała z różnym skutkiem szaliki, potem swetry i na końcu najtrudniejsze, spodnie. Na spodnie miała cały czas zapotrzebowanie, włóczkowe spodnie dzwony chcieli wszyscy, którzy przychodzili do Andrzeja, Przynosili jej włóczkę z poprutych swetrów, która miała węzełki, wtedy maszyna się blokowała i trzeba było zdejmować płytę. Krystyna robiła to wszystko tylko dla syna, nigdy by tak ciężkiej pracy się nie podjęła, bo wszystko, oprócz wykonania czterech kawałków spodni wymagało jeszcze pospinania dzianiny szpilkami na prześcieradle (a nie miała deski do prasowania) i wyprasowaniu przez mokrą szmatkę, a potem ręcznym zszyciu. Każdy miał inny rozmiar i po zdjęciu wymiarów, musiała wykrój dla każdego rysować oddzielnie. Oczywiście od koleżanek i kolegów Andrzeja nie brała żadnych pieniędzy i właściwie nic nie zarabiała oprócz tych oszczędności na zakupie ubrań dla domowników. Ale żeby naprawdę coś ładnego wykonać z dzianiny włóczkowej trzeba było kupić wełnę lub akryl w PeKaO za bony dolarowe, co przekraczało jej możliwości finansowe, na ciuchach w Przemyślu bardzo ładne, nie zniszczone swetry amerykańskie kosztowały grosze. Krystyna chodziła cały czas zapłakana skutkiem zapalenia spojówek i skończyła kurs przed Bożym Narodzeniem.
Z „Przekroju” nadesłanym w paczce z Przemyśla Krystyna dowiedziała się sierpniowej tragedii Romana Polańskiego więcej szczegółów, niż podała polska telewizja. Członkowie bandy Charlesa Mansona którzy zamordowali Sharon Tate, żonę Romana Polańskiego i męża Agnieszki Osieckiej w willi, należeli do gangu „Hippisów”. Policja znalazła siedzibę bandy w pobliżu doliny śmierci w Newadzie. Aresztowano trzy osoby, mężczyznę i kobietę, na mocy ich zeznań prokuratura w Los Angeles chce oskarżyć ich przywódcę, trzydziestopięcioletniego brodatego Charlesa M. Mansona zwanego Bogiem, lub Szatanem pod zarzutem spowodowania przez członków jego sekty dźgnięcia nożem dwudziestosześcioletniej ciężarnej SharonTate w jej wynajętym domu za 200 000 dolarów w dniu 9 sierpnia oraz trzydziestopięcioletniej stylistki-fryzjerski z Hollywood Jay Sebring, dwudziestosześcioletniej dziedziczki kawy Abigail Folger, polskiego playboya, trzydziestosiedmioletniego Wojtka Frykowskiego i osiemnastoletniego Stevena Parent’a przyjaciela i opiekuna domu. Napastnicy byli ubrani na czarno byli pod wpływem narkotyków. Po morderstwach pojechali do innego domu dokonać następnych zabójstw.
Krystyna uodporniona na wszystkie kryminalne okropności rozpracowywane w jej ulubionych książkach tym razem nie wytrzymała i bardzo przejęła się tragedią reżysera Romana Polańskiego, którego znakomity „Nóż w wodzie” oglądała w jednym z kin w Hawanie. Tak drastyczna śmierć żony ciężarnej to trauma na całe życie. Ciężar tragedii Zosi z powodu jej chrześniaka Olka nijak się miał do nieszczęść prawdziwych, które całe szczęście Koszutki nie dotyczą, myślała.

Tymczasem Dziuńcia zażyczyła sobie, by pojechali za miasto na jesienne grzybobranie i Rudek wyjątkowo dał się namówić. Pojechali fiatem do lasów aż za Siewierz. Dziuńcia zabrała ze sobą kosz wiklinowy ze swoimi wypiekami i córkę Basię, a oni Ewę. Basia miała rude włosy spięte na czubku głowy tak, że nie wystawał żaden włos i Ewie oraz Krystynie żal się zrobiło Basi. Nie odzywała się podczas całej wycieczki oprócz grzecznych odpowiedzi na pytania. Nic też podobnie jak one, nie znalazła. Ale niespożyta Dziuńcia wyzbierała w lesie wszystkie purchawki zapewniając, że są to pierwszo gatunkowe grzyby, czemu Krystyna dać wiary nie chciała. I Dziuńcia ucieszyła się z wręczonych rysunków Ewy przedstawiających nagie kobiety, które i tak Ewa rysowała przed lustrem. Na ASP był przecież egzamin z aktu kobiecego, a to już za 8 miesięcy.

Zaszufladkowano do kategorii 2020, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Lata sześćdziesiąte Rudek 18

Lądowanie na Księżycu Rudek zobaczył podczas urlopu w domu w Katowicach z wielką uwagą i jak wszyscy bardziej domyślając się i uruchamiając wyobraźnię, gdyż w telewizorze niewiele było widać. Niemniej jego entuzjazm nie miał granic, teraz był już pewien, że pierworodny syn Andrzej będzie chodził nie tylko po Księżycu, ale swobodnie przemieszczał się w galaktyce, gdyż przy takim tempie rozwoju nauki i techniki cywilizacji nic nie stanie już na przeszkodzie w podboju Kosmosu.
Niestety po odwiezieniu swojej szwagierki i bratanicy na Okęcie, nic nie wskazywało na to, że dostanie upragnione zaproszenie do brata do Ameryki co umożliwiłoby staranie się o wizę.
Rudek chciał wyjechać gdziekolwiek, jednak w pracy jako świeżo zatrudniony pracownik nie mógł liczyć, by wysłano go na intratne kontrakty, na które jechali inżynierowie.

W domu było nie do zniesienia. Krystyna, która od nowego semestru wiosennego rozpoczęła naukę dziewiarstwa, nie mogła sobie poradzić z prowadzeniem domu, na dodatek kłaki wełny z maszyny dziewiarskiej, którą zainstalował na cybantach przy framudze okna balkonowego fruwały po całym mieszkaniu, a Krystyna miała już chroniczne zapalenie spojówek.
Tęsknił za Kubą i kreślarka załatwiła bilety na polski występ kubańskiego zespołu baletowego Conjunto Nacional de Danza Moderna sprowadzonego przez „Pagart” do sali Teatru Miejskiego w Chorzowie dokąd pojechali tramwajem 2 października. Rudek niezmiennie zachwycał się folklorem afro-kubańskim opartym na mitologii plemienia Yoruba, Congo i Carabali przemieszanym z mitami greckimi i tańcami hiszpańskimi. Program chorzowski obejmował jak przeczytał w dołączonym do biletu folderze, ceremonię tańca, antylskiego Orfeusza, suitę Yoruba, tańce zatytułowane „Chocona”, „Ziemia”, „Medea”, „Handlarze niewolnikami”.
Jednak największą przyjemność sprawił Rudkowi prezent od kreślarki w postaci właśnie wydanego spolszczenia Ryszarda Kapuścińskiego “El Diario del Che”. Dziennik ukazał się w Hawanie w czerwcu 1968 o czym doniesiono mu w listach z Kuby. Zapiski Ernesta Che Guevary z dżungli boliwijskiej dotyczyły listopada 1966 i kończyły się październiku roku następnego tuż przed jego zamordowaniem.
Rudek przedarł się w książce z Che przez ponure boliwijskie błota z dużym współczuciem, gdyż teraz jego towarzysze rewolucyjni na czele z Fidelem opływali w dostatki na pięknej Kubie, a on jak męczennik pożera z partyzantami upolowane indyczki i sarenki oraz dzikie świnie, a w braku sukcesów w polowaniach kolejne konie, na których się przemieszczają i z którymi są zaprzyjaźnieni. Wszędzie dybią donosiciele, każde spotkanie z tubylcem to zagrożenie i jak się okazało, najgroźniejsze. Zostaje ich czterdziestu siedmiu walczących z armią boliwijską i w zaciętej walce przegrywają.
Che zostawił żonę z czwórką małych dzieci w wielkim mieszkaniu w nowoczesnej dzielnicy Nuevo Vedado w jednym z tych rezydencji wybudowanych w latach pięćdziesiątych w stylu art Deco zacienionej bugenwillą. Nie miał jeszcze czterdziestu lat kiedy go zastrzelili, a jego ofiara była daremna. Trudno było zrozumieć sens guerrilli Guevary, który dowodził, że najlepszym wiekiem dla partyzanta jest 25 do 35 lat, ponieważ taki żołnierz jest wtedy w stanie nieść na plecach cały swój dobytek potrzebny do walki i do egzystencji w dżungli. A przecież ci jeszcze chłopcy szli na śmierć po wcale nie romantycznych bojach polegających na codziennym doskakiwaniu do wroga i trochę go postraszywszy, szybko uciekali, by nazajutrz znowu go nękać. Na końcu sami stali się zwierzyną łowną.
Smutek bił z każdej strony tej książki, a autor krztusząc się astmą pisał na bieżąco dzień po dniu i pragnął tylko utrwalić życie, które właśnie się kończyło.
Rudek nie miał pojęcia, czy oprócz spowodowania wielu zgonów boliwijskich żołnierzy – którzy przecież osierocili swoje rodziny – jego roczna walka wpłynęła na zmianę stosunków społecznych, ulżyła górnikom w kopalniach i dała coś chłopom z edukacji czy leczenia. „Energoprojekt” jako biuro projektów nawiązał kontakt z Ekwadorem i często proszono go na tłumacza, ale na razie do Ekwadoru jeździli dłużsi stażem pracownianym inżynierowie nie znający języka i nie byli w stanie niczego opowiedzieć po powrocie i tak naprawdę nie wiadomo było, co się w Ameryce Łacińskiej działo. Wolna Europa zajmowała się tylko Europą.
Rudek po pracy zaczął uczyć Español na kursach hiszpańskiego organizowanych przez Klub Międzynarodowej Prasy i Książki dzięki czemu miał kontakt z językiem i Kubą.
Bardzo tęsknił i nudnie powtarzając z uczniami Pretérito Perfecto Compuesto uciekał myślami na wyspę. Przemieszczał się bądź geometryczną siatką ulic Miramaru, bądź zaszywał się w kręte uliczki Habana Vieja, skąd widać zawsze kopułę Capitolu. Stare domy z dwoma lub trzema piętrami zamykane za dnia drewnianymi okiennicami, z odrapanymi tynkami zamierały w ciągu dnia, by obudzić się nocą ze swoim hałasem, śmiechami, nawoływaniami i energią miasta.

Liczne bary i cafeterie w ciągu kamienic nie oddzielone ścianami od chodników oferowały wyborną kawę, której smaku już nigdy poza Kubą nie znalazł.

Szedł w myślach w stronę morza, bulwarem do pomnika Gomeza, aż odsłoniły się na horyzoncie fortece wybudowane jeszcze przeciwko piratom, La Punta oraz Castillo de Morro. Dobroczynny wiatr od morza łagodził upał, ale i tak Rudek uwielbiał upały. Kiedy wszyscy Polacy zlani potem ledwo żyli, on w upale czuł się wyśmienicie. Szedł Maleconem i czasami fala przedostawała się przez mur, a słona woda zmoczywszy jego koszulę natychmiast wysychała. Szedł w kierunku Vedado mając przed sobą na horyzoncie prostokąt budynku FOCSA. Po prawej wyłaniał się stojący na skarpie poczciwy hotel „Nacional de Cuba”, gdzie mieszkał z Krystyną w oczekiwaniu, aż mieszkanie na Miramarze zwolni jakaś emigrująca właśnie rodzina.
Ale tylko w hotelu, bardzo krótko miał klimatyzację.
Doszedł do Dwudziestej Trzeciej, zawsze tam się coś działo i nawet w czasie sjesty nikt nie odpoczywał, ruch był wielki podobnie jak przed lodziarnią, do której kolejki ustawiały się kilometrowe.
Starał się nie wyróżniać i nie wygłupiać, chociaż Polacy łamali zasady i paradowali między milczącymi taktownie Kubańczykami w sandałach i krótkich spodniach, co było u nich nie do pomyślenia. Chodził więc jak wszyscy przechodnie w ciemnych polskich spodniach ze sklepu wojskowego na Koszutce i z wyjętą na wierzch białą koszulą, pod którą obowiązkowo musiał mieć bawełniany podkoszulek na ramiączkach, by wchłaniał z ciała pot, który nie śmiał być widoczny na koszuli.
Teraz, kiedy siedział w przegrzanej sali Empiku i słuchał, jak jego uczniowie odmieniają czasowniki, marzył, by zdjąć zrobiony przez Krystynę na maszynie dziewiarskiej sweter wciągany przez głowę, ale bał się, że rozczochra już coraz bardziej siwiejące włosy, a nie zabrał grzebienia. Wjechał w myślach na najwyższe piętro hotelu Habana Libre i tam w barze zamówił cuba libre z lodem, czyli rum z refresco.
Wracając późnym wieczorem z lekcji w Empiku chciał jeszcze sprawdzić, czy coś rzucili do Delikatesów i przekroczył arterię Armii Czerwonej. W okolicy Teatralnej natknął się nagle na ojca kolegi z klasy Ewy, Bogdana. Znał go z wywiadówki, na którą poszedł, gdyż Krystyna musiała w tym czasie być na kursie dziewiarskim. Ojciec Bogdana zwierzył się, że ma na północy Katowic, za Bogucicami, działkę pracowniczą, ale nie jest w stanie dłużej jej uprawiać, gdyż jest za daleko, a on nie ma samochodu i dojazdy go męczą.
I tak Rudek jesienią kupił od ojca Bogdana kawałek ziemi należącej do Polskiego Związku Działkowców „Radość”, płacąc mu za krzewy czarnej porzeczki zasadzone wzdłuż sąsiadującej działki, tworząc szpalerem ogrodzenie, bo samymi działkami handlować nie można było. Teraz wszystkie jesienne niedziele spędzał na działce przebywając bardzo mało w domu. Kopał, sadził drzewa, usiłował padającą ze zmęczenia Ewę zobligować do pomocy, wreszcie wycieńczony siadał do swojej niewielkiej deski kreślarskiej z szufladą z której wyjął ołówki, gumkę i suwak. I tak powstał projekt domu na palach, taki jaki widział zarówno na mokradłach Zapata chroniących domy przed krokodylami, jak postawione według zaleceń Corbusiera domy mieszalne w rewolucyjnej architekturze dzielnicy mieszkaniowej Habana del Este.
Do zimy Rudek zwiózł materiał fiatem wyszabrowany po wszystkich budowlach, które nadzorował lub tylko odwiedzał, płacąc robotnikom powszechnie używaną wówczas walutą w takich lewych transakcjach: pół litra wódki. Tak pozyskał cement, pręty zbrojeniowe, i najważniejsze; okrągłe ceramiczne elementy, z których wiosną miał zamiar zrobić pale, łącząc je w odpowiedniej długości sekcje i zalać cementem po włożeniu drutu zbrojeniowego i wkopać je w ziemię; 14 pali – po cztery i po trzy z każdego boku prostokąta planu.

Zaszufladkowano do kategorii 2020, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Lata sześćdziesiąte. Ewa (29)

Nagle w końcówce lutego ktoś na przerwie wręczył Ewie białą kopertę i Ewa się przestraszyła, że to od Maćka, z którym podobno było już skończone. Tym razem koledzy z jego  klasy zapraszali ją do jakiegoś zgromadzenia, którego Maciek był członkiem i sądząc po wyrysowanych, obwiedzionych srebrną farbą do kaloryferów emblematach z koroną, znać było jego rękę.
– Klub RCK Pandemonium z Bytomia i Zarząd RCK Pandemonium ma zaszczyt zaprosić Waćpannę na uroczystości związane z tegoż Klubem – wykaligrafowano na czerpanym papierze.
Mimo, że rzecz miała odbyć się nie w Bytomiu, a na Koszutce w mieszkaniu jednego z członków, Ewa nie poszła, nie chcąc poszerzać o dalszych kolegów z klasy Maćka i tak już straconych i nie rokujących znajomości, gdyż nie dał się przekonać na zwykłą przyjaźń czy koleżeństwo, co Ewie było najbardziej potrzebne.
Nie miała zresztą głowy na to, gdyż przygotowanie akademii szkolnej na Dzień Kobiet 8 marca wypadło na ich klasę przedmaturalną, a wychowawczyni wyznaczyła na prowadzenie akademii Ewę. Było to posunięcie niepojęte i sadystyczne, chociaż kwalifikowało się do niebywałego wyróżnienia. Ewa już na lekcjach, jak wstawała do odpowiedzi trzęsła się ze strachu, wszystkie nerwy jej twarzy napinały się i ruszały, i potem bezwiednie już cała twarz bez żadnej koordynacji i woli stawała się zupełnie od Ewy niezależnym bytem. Trzęsły się jej ręce, a potem niejednokrotnie, jak już usiadła w ławce, płakała. Wychowawczyni na wywiadówkach zwracała uwagę jej mamie, że boi się Ewę odpytywać. Na dodatek Ewa podobnie jak jej brat Andrzej grasejowała, jej „r” dla kogoś, kto jej nie znał na co dzień było zawsze zaskoczeniem, gdy ją usłyszał i mimo, że Kydryński też grasejował, to jednak w wypadku Ewy mogło być to tylko ośmieszeniem. Ewa bardzo dobrze wypowiadała się pisemnie, natomiast każdy publiczny występ był dla niej koszmarem. Najprawdopodobniej Maciek, który występował na każdej akademii ze swoimi skeczami i był jej zawsze najwyśmienitszą podporą w szkolnej nudzie, podszepnął taki pomysł wychowawczyni, która znając inercję swojej klasy chętnie wykorzystała Maćka z klasy niższej. A Maciek nie przypuszczał że Ewa, piątkowa uczennica, ma takie astronomiczne problemy z występami publicznymi.
Trzy dni przed akademią, kiedy bezsenne noce Ewa spędzała już w strachu, Maciek przysłał przez Dankę list:

Moja Ewo! Bardzo Cię przepraszam za tak długi bezkontakt ale przyczyną tego rozstania były fakty, które zaszły niezależnie ode mnie. Odeszła moja kochana babcia, która pozostawiła po sobie miłe wspomnienia wśród ludzi i ja stałem się dzięki niej bogatszy w jakimś stopniu, nie wiem. Nie mam też teraz ostatniego mojego dziadka, którego lubiłem za zawsze okazywane mi szczere serce. Pierwszy tydzień byłem trochę chory i teraz także jestem chory bo przeziębiłem się w „strasznie zimnej” (jak dla nas południowców) Warszawie. Mam zwolnienie do środy, na razie leżę w łóżku. Kiedy wyzdrowieję pójdziemy dalej? Między nami bez zmian (jak u mnie). A Ty? Napisz do mnie.
Życzliwy Maciek

Nadzieja była tylko w Maćku. Do udziału akademii zakwalifikował się też jej klasowy bluesowy zespół muzyczny, na pianinie w tym celu przetransportowanym do sali gimnastycznej miał grać Janusz, na kontrabasie Romek, na basie Tadziu. Ewa pragnęła ich zapowiedzieć jak najlepiej by się im podlizać.

– Naparsteczek koniaku – poradził Maciek na przerwie, gdy zwierzyła się mu z czekającej ją tremy. Ale w jej domu nie było alkoholu, tym bardziej koniaku.
Wszyscy, którzy traktowali akademię jako ulgę w przerwie lekcyjnej, czyli widzowie najprawdopodobniej byli absolutnie znieczuleni na to, co się na scenie działo, niemniej Ewa to przeżywała w sposób ostateczny. Szczególnie, że miała być kręgosłupem na której trzymała się cała misternie skomponowana mozaika bałwochwalczych utworów na cześć kobiety polskiej.
Wychodząc z goździkiem w dłoniach stanęła jak przerażone zwierzę przed tłumem. Nastała cisza i oczekiwanie, co za chwilę powie, a Ewa miała zupełną pustkę w mózgu. Stękała coś z najwyższym trudem jąkając się i przezwyciężając nagłą blokadę narządu mowy zapowiedziała nie tych, którzy szykowali się już do wyjścia na scenę.
Jakoś dobrnęła do końca dzięki tylko tym, którzy za kurtyną sami postanowili kolejno wychodzić na scenę zagłuszając stękającą Ewę. Maciek dowcipny i inteligentny, który z komicznym kabaretem – najprawdopodobniej Klubem Pandemonium – wypadł fantastycznie. Nie ucząc się niczego na pamięć z absolutną swobodą improwizował na scenie, był olśniewający mimo choroby w świetnej formie, sala ryczała ze śmiechu, a jej klasowy zespół muzyczny dostał niekończące się brawa.
Nazajutrz przyszła kolejna koperta z Klubu Pandemonium, tym razem bez słowa. Były w niej wywołane w nocy zdjęcia z akademii na których Ewa stała tyłem, widoczne zrobione zza kulis. Dołączono też duże zdjęcia z Zamku w Przemyślu i ten anonimowy prezent bardzo ją podniósł na duchu po wczorajszej porażce.
Mama Ewy, Krystyna zaczęła od kwietnia jeździć tramwajem na kurs dziewiarski do Zakładu Doskonalenia Zawodowego na Krasińskiego 2 i zaczęła wyrysowywać na rozłożonych w pokoju kalkach żmudne wykresy. Ewa musiała więcej pomagać w domu przy zakupach i sprzątaniu, gdyż matka musiała przygotowywać się do zajęć i odrabiać zadania domowe.
Wiosna nadchodziła z pokusami, a w katowickich parkach odbywały się festyny. W Hali Parkowej w parku Kościuszki grały zespoły bigbitowe „Kaskady” przy klubie Hydrobudowa 3 w Katowicach, zespół „Bizony” i zespół „Skaldowie”. Dziewczyny z klasy jechały na nie pociągami i były zachwycone.
Ewa umówiła się z jakimś przypadkowym chłopakiem na tańce do Parku Kultury, ale nic z tego praktycznie nie wyszło. On był sztywny i ona sztywna, jechali w zatłoczonym tramwaju, potem szli nad jezioro, gdzie grał też jakiś sławny zespół bigbitowy i był krąg taneczny, ale ścisk był tak potworny, a Ewa bała się tłumu W powietrzu unosił się zamiast wiosny zapach smażonych krupnioków i piwa. Ewa przy całej swojej empatii do chłopca, który oddał jej ten sobotni wieczór, ani nie potrafiła się bawić, ani udać, że się bawi.
Rano idąc do szkoły Ewa pod Rondem zobaczyła wybite szyby witryn, w których prezentowały się Zakłady Pracy pokazując swoje najlepsze wyroby. Jak się okazało, zabrano trzy odbiorniki „Sylwia” wystawione w oknie przez ZURiT i Ewie żal się zrobiło tych witryn, które tak lubiła codziennie oglądać. Szła do szkoły zawsze w stresie, z ciężką torbą na ramieniu, z dziennikami zabranymi z mieszkania wychowawczyni, które się do torby już nie mieściły powtarzając cały czas idąc i w tramwaju niepotrzebne nikomu formułki z chemii czy biologii.
Ale szło już ku latu i upragnionym wakacjom mimo, że ledwo rozpoczęła się wiosna. Pod Rondem pachniało wokół kwiaciarni, na ladzie rozczulały ją bukieciki fiołków, ale żaden adorator nie dawał jej kwiatów. Co to za prezent?, pomyślała o obrazku z kopulującą parą rzeźby Rodina od Maćka. Ale i tak Maciek dał jej przynajmniej ten „Zielnik” Wyspiańskiego, przepiękny. I jeszcze podarował jej kawałki pasteli po jakiejś jego krakowskiej ciotce, która miała sztalugi na kółkach. Ach, jak ona cieszyła się z tych pasteli, nigdy w życiu nie widziała suchych pasteli, a tym bardziej nimi nigdy nie malowała.
Czasami nie wiedzieć jak, wyrastał nagle przy niej Edek i tak razem szli kawałek, ona na przystanki wychodząc spod Ronda na powierzchnię, on dalej podziemiami pod Pomnik Powstańców i stamtąd na Akademię Ekonomiczną. Raz zaprosił ją na przejażdżkę Syrenką, a ona się zgodziła.
Była sobota majowa i wsiadła do Syrenki ojca Edka, niedawno kupiona stała przed ich domem na specjalnie położonych dla niej na trawniku płytach chodnikowych. Syrenka była używana jeśli tak można powiedzieć o wraku samochodowym. Jadąc do Siewierza do lasu, gdyż Edek wymyślił, że będziemy zbierać wiosenne grzyby, psuła się kilkakrotnie, ale jakoś dojechali do lasu i wypełnili wszystkie plany. Edek coś znajdował, Ewa nic, ale rozkoszowała się przyrodą i była bardzo zadowolona. Niestety z powrotem było coraz trudniej, a oszalałą z niepokoju Krystynę po powrocie trudno było uspokoić. Choć powierzenie córki Edziowi było dla niej sprawą zupełnie naturalną i bezpieczną, to wpadła w panikę, z której się tłumaczyła: – ależ panie Edziu, ja wiedziałam, że wrócicie, ale czemu tak późno?
Wiosna minęła bardzo szybko. Heniek nie wiadomo jak dokonał takiego wyczynu: w lipcu Ewa miała jechać z Danką do Łodzi wraz z czterema chłopakami, którzy w tym samym czasie też będą w Łodzi, ale w innym zakładzie produkcji zabawek. Wśród nich był Heniek i Janusz. Ewie wystarczyło właściwie oddychać tym samym powietrzem co Janusz, a tym razem będzie to powietrze łódzkie.

Heniek już od dłuższego czasu nie tracił żadnej okazji by usidlić Dankę dając jej kosztowne prezenty, a ona coraz mniej się temu opierała i jeszcze ta ustawka w Łodzi. Słowem, Ewa która bardzo się ucieszyła, że Janusz będzie w tym samym mieście co ona na nic już nie liczyła, a wszelka obojętność z jego strony jeszcze bardziej ją bolała. Na dodatek Janusz po wygraniu międzynarodowego konkursu na plakat UNICEF-u w nagrodę po praktyce pojechał do Koszęcina, gdzie miał w siedzibie Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” – pięknym pałacu – międzynarodowy obóz języka angielskiego który kosztował 1000 zł, tyle, ile wynosiła nagroda. Janusz chciał pieniądze, ale szkoła zadecydowała inaczej.
Nazajutrz po otrzymaniu świadectwa z bardzo dobrymi ocenami Ewa pojechała na tydzień do babci do Przemyśla i jak Heniek zarządził, 1 lipca stanęła pod nowym dworcowym zegarem tam, gdzie się umówili. Czekał już Heniek, aż Danka przyjedzie z Sosnowca i dojedzie pociąg z Zabrza z Januszem i jeszcze jednym okazałym chłopakiem który uprawiał kulturystykę, ale Ewa nie znała nawet jego imienia, gdyż dołączył do klasy niedawno. Romek mieszkał blisko na Moniuszki i jak zwykle uśmiechnięty zaraz się też pojawił.
Kiedy cała ich szóstka wreszcie była w komplecie, poszli na peron i udało im się zająć cały przedział, gdyż nie był to kierunek wakacyjny, a wszelkie delegacje pracownicze jeździły wcześnie rano. Siedziały z Heńkiem naprzeciwko trzech chłopaków, którzy przez cztery godziny jazdy do Łodzi Fabrycznej wyśmiewali się z VII festiwalu w Opolu, gdzie były utwory zaangażowane, pełne folkloru, patriotyzmu, wzmożone przy zbliżającej się pierwszej rocznicy inwazji na Czechosłowację. Uznawali tylko Johna Mayall’a, wyśmiewali Trubadurów, Skaldów, Czerwone Gitary, Breakoutów, z ich wąsów i podskakiwań, a one z Danką nieśmiałe, nic nie mówiły.
Ewa rozmyślała o swojej ulubionej lekturze z podstawówki „Czerwone węże” Heleny Boguszewskiej. Tam, przed wojną dziewczynka ze Śląska, gdzie trwał strajk, i skutkiem ogólnopolskiej organizacji pomocy robotnikom jedzie do Łodzi i na dworcu czeka na nią rodzina zastępcza. Na czas strajku w Hucie Królewskiej zostaje przekazana rodzinie łódzkich włókniarzy. Znajduje tam troskliwą domową opiekę, przyjaźń dzieci, prezenty dla głodującej rodziny. Ewa nie miała pojęcia, co czeka ją w Łodzi, ale w każdym razie żadne ciepło. Janusz przez całą ich wspólną podróż ani razu się do niej nie odezwał ani nie popatrzył, Heniek zwracał się tylko do Danki i reszta mówiła tak ogólnie, że Ewy mogło tam nie być.
Na dworcu Łodzi Fabrycznej chłopcy wsiedli do PKS-u, gdyż ich zakład produkcji drewnianych zabawek był na jakiejś łódzkiej wsi o niemal godzinę jazdy autobusem, Ewa z Danką poszły do pętli autobusów miejskiej komunikacji, by dotrzeć do Łódzkich Zakładów Zabawkarskich „Spójnia”. Spółdzielnia Pracy w Łodzi przy ulicy Rewolucji 1905 r. 59. Były to niewielkie cztery budynki z szarym tynkiem dwu i trzy kondygnacyjne otoczone szarym betonowym murem. Jak się na portierni okazało, przydzielono im młodego mężczyznę, który napisał im na kartce, gdzie będą mieszkać, wydał im też miesięczny bilet na autobus. Wszystko na całe szczęście było na Bałutach, więc jazda do Stadionu z pracy nie trwała długo.
Dwie ostanie klasy ich szkoły rozjeżdżały się w dwóch miesiącach letnich – lipcu i sierpniu no rozsianych po całej Polsce fabryk zabawek, które niedawno oddzieliły się od Cepelii i skutkiem reorganizacji i gospodarczych posunięć stanowiły oddzielne jednostki gospodarcze bazujące na przedwojennych tradycjach regionu, bądź wręcz przewyższały produkcją upaństwowionych po wojnie fabryk. Ewa z Danką były w ubiegłym roku w specjalizującej się w pojazdach z różnych tworzyw Spółdzielni „Palart” z Wrocławia. Uczniowie jechali do Częstochowskich Zakładów Zabawkarskich „Postęp” gdzie produkowano zabawki blaszane, samochody, pistolety z mechanizmami wprawiającymi je w ruch. Metalowe zabawki produkowano też w Spółdzielni Pracy Zabawkarsko-Metalowej „Precyzja” w Kielcach, a plastikowe pojazdy w Spółdzielni Pracy Zabawkarsko-Kaletniczej w Warszawie. Nowoczesne lalki nie z celuloidu, jak przed wojną, a z polichlorku winylu produkowała Chemiczna Spółdzielnia Pracy „Pomoc” z Krakowa i też Spółdzielnia Pracy „Miś” z Siedlec i Włocławka Spółdzielnia Pracy „1 Maja”. Szmacianki szyła Spółdzielnia Pracy „Świętokrzyska” z Kielc, zabawki drewniane jak klocki, meble dla lalek głównie na eksport robiła Spółdzielnia Pracy „Gromada” też z Kielc.
W tym roku dwóm łódzkim fabrykom zabawek przydzielono czterech chłopaków do małej manufaktury po Łodzią, gdzie toczono patyki do pędzli i robiono drewniane skrzynki, skarbonki, domki, i dwie dziewczyny do większej Spółdzielni Pracy „Spójnia”, gdzie oprócz gumowych piszczków i plastikowych zwierzątek z harmonijką, powstawały lalki z miękkiego plastiku. Ich zakwaterowano na Starym Mieście w pustym podczas wakacji akademiku, Ewę i Dankę w hotelu sportowym.
Wszystko potoczyło się bardzo szybko zaraz w dniu przyjazdu. Hotel był pełen młodych piłkarzy i im przydzielono ogromną salę numer 3 na dwadzieścia łóżek. Zajęły dwa łóżka blisko balkonu, który wychodził na boisko i stamtąd można było oglądać jak trenują. Ponieważ były głodne po podróży, przyjęły zaproszenie dwóch grubo starszych od nich piłkarzy. Jeden był niższy i bardziej drobny i ten przypadł Dance. Wyższy mięśniak ku Ewie. To on przewodził ich czwórce, która wsiadła do jego zagranicznego samochodu. Ewa nawet nie miała pojęcia co to za marka. Pojechali do jakiejś drogiej restauracji. Ani Ewa, ani Danka nie były nigdy w tak dużym lokalu gdzie szykowano się już do dansingu i grała cały czas orkiestra, a sportowcy zachęcali, by zamawiały co tylko chcą. W oparach dymu papierosowego przy krygowaniu się i odmawianiu, wyższy sportowiec wziął kartę i zamówił im smażone pieczarki, co było niesłychanym luksusem. W domu Ewy pieczarek nigdy się nie jadło, były droższe od leśnych grzybów kupowanych na straganach, a tutaj jeszcze w takich ilościach, całe, z zarumienionymi na maśle złotymi kapeluszami. Mężczyźni zamawiali jakieś napoje, ale one nie brały niczego alkoholowego do ust, tańczyć też specjalnie nie umiały, niemniej sportowcy byli ich odczepnością niezmiennie zachwycenie i ich witalność udzielała się im, skrępowanym i zasznurowanym dziewczynkom.
Późną nocą wrócili do hotelu i na korytarzu zaczęła się szamotanina, sportowcy koniecznie chcieli wciągnąć je do swoich pokoi i nie dopuścić, by uciekły do swojego. Wreszcie jakoś się uspokoiły, dały się całować i obmacywać, ale jak stracili czujność nagle się wyrwały i zamknęły za sobą drzwi na klucz. Rozdygotane postanowiły, że już nigdy nie dadzą się namówić, ale nie było już takiej potrzeby. Nazajutrz cały hotel opustoszał, piłkarze wyjechali i zrobiło się jeszcze straszniej.
W fabryce wczorajszy miły mężczyzna oprowadził je po zakładzie, gdzie obserwowały, jak z wtryskarki wyskakują gumowe, jeszcze ciepłe piszczaczki i było to fascynujące. Po odcięciu ich z ostatniego maszynowego zaczepu wydawały pierwszy poporodowy pisk. Kosz ciepłych zabawek nosiło się do sąsiedniego pomieszczenia, by poobcinać, czyli ogradować pozostawione przez maszynę spawy. Posadzono je na stołkach, dano do ręki nożyki i na śmierć o nas zapomniano. Brygadzistka potraktowała nas jako dodatkową siłę roboczą. Podobnie duże czarne jamniki składające się dziesięciu części wychodziły pokawałkowane, tylko ogon z maszyny wychodził zawsze jędrny i sprężysty. Wszystko, co wychodziło z maszyn wymagało gradowania i były przygotowane, że podobnie jak we Wrocławiu, będą tutaj tylko gradować.
Już w pierwszym dniu po pracy zjawił się Heniek, ku zadowoleniu Ewy nie za wcześnie, gdyż oni musieli ze swojego zakwaterowania jechać 45 minut na wieś, więc nim wrócił do siebie, robiła się już szósta. Nie mógł być u nich długo, bo musiał jeszcze wrócić i przed robieniem patyczków do pędzelków się wyspać, gdyż toczyli je na akord.
Niemniej Heniek zawsze coś podejrzewający zaraz rozglądnął się po dużej sali, czy nie ma tu śladu po piłkarzach mimo, że żadna z nich słowem się o nich nie zająknęła, to natychmiast wyczuł jakieś zagrożenie. Przez Romka przekazał Ewie, czy chciałaby z nim pójść w sobotę do kina. Być może Heniek poprosił Romka o tę usługę by z Danką być sam na sam. Danka niczego mu nie ułatwiała, a nawet chętnie wykorzystywała Ewę, by z nim sama nie być. Ewa się zgodziła, gdyż pójście na „Wszystko na sprzedaż” Wajdy nie powiodło się z Maćkiem, a właśnie grano ten film w łódzkim kinie.

Tymczasem zostawiała Dankę na pastwę Heńkowi wstawiając na balkon stolik, na którym postawiła słoik z białymi liliami, które kupiła od łódzkiej przekupki wracając do domu. I tak izolując się od wielkiej sali i czerpiąc jedynie z niej światło oddawała się wieczorami swojemu ulubionemu zajęciu, czyli pisaniu pocztówek i listów.
Już po tygodniu napisał Edek, który całe studia brał stypendium z Polskich Kolei Państwowych i teraz przygotowywał się do pracy u sponsora na praktyce studenckiej:

Ewo! Bardzo Ci dziękuję za kartkę. Ja jak wiesz, odbywam praktykę w DOKP – trochę nudno, ale można wytrzymać. Zaczynam o 7.30 kończę o 14.30, ale faktycznie dużo wcześniej (10 – 12). Pogoda niezbyt piękna, jak nie pada to jeżdżę na grzyby. Teraz mam nieco pojeździć po Polsce żeby poznać lepiej pracę PKP. Napisz kiedy wracasz do Katowic. Edek

Po nim przyszedł list z Przemyśla, który Ewę zawstydził i zakłopotał. Staszek pisał:

Ewuniu! Szczerze jestem wzruszony tą małą, a zarazem tak wiele dla mnie znaczącą kartką. Nie wyobrażasz sobie z jaką niecierpliwością czekałem na sygnał od Ciebie. Po prostu co dziennie zaglądałem do skrzynki pocztowej, a także nagabywałem listonosza, mając przeświadczenie, że coś otrzymam. Tak też się stało. Tłumaczysz się w tekście, że tak późno do mnie napisałaś, a ja przypuszczam co mogło być przyczyną tego opóźnienia. Mianowice wg. mego mniemania byłaś na tyle wspaniałomyślna i nie chciałaś przeszkadzać mi w egzaminach. A propos egzaminów, to zakończyły się one zupełnym fiaskiem – zostałem oblany na matmy (bezboleśnie). Mimo to mam jednak nadzieję i głęboko w to wieże, że dostanę się do jakiejś szkoły. A teraz pragnąłbym przejść do tematów bardziej poważnych (właściwie do jednego tematu).

Po Twoim wyjeździe poczułem się strasznie samotny i jak do tej pory czegoś mi brakuje. Ciągle odczuwam tęsknotę, tęsknotę za Tobą. Stałaś mi się bardzo bliska, a zarazem odległa. Nie mogę zapomnieć i nigdy nie zapomnę tych ostatnich dni czerwca. Pragnę znowu mieć Cię przy boku, patrzeć w Twoje oczy i w ogóle być z Tobą razem. Twoje ostatnie zdanie jest tak piękne i taką treść zawiera, że wierzę głęboko w Ciebie, w Twoją przyjaźń i serdeczność do mnie. Ze swej strony zapewniam Cię, że będę ufał każdemu Twemu słowu dotychczas ufałem a Ty wierz moim. Czerwiec naprawdę był piękny i na zawsze pozostanie w mej pamięci, gdyż w nim zrodziła się we mnie miłość, miłość czysta i gorąca. Nagłówek listu jest ogólnikowy, ale w treści swej list zawiera to czego nie da się umieścić w prostym zwrocie. Jeszcze raz zapewniam, że bardzo Cię kocham – słowa tego nie umiałem wypowiedzieć otwarcie, albowiem bałem się go – pragnąc widzieć taką, jaką widziałem przed tygodniem. Proszę usilnie ażebyś przyjechała. Staszek.

W niedzielę Ewa zaliczyła kino z Romkiem, film jej się bardzo podobał, był kolorowy i pokazał Bogumiła Kobielę który jeszcze żył i który tak pięknie mówił o śmierci swojego przyjaciela Cybulskiego, a ten już o jego śmierci nie powie. Film był głównie o śmierci i szastaniu się tych, którzy w tych ogromnych kożuchach jeszcze żyją i mają się bardzo dobrze, bo Ewa wiedziała, że posiadanie takiego kożucha to majątek, nie mówiąc o tych wszystkich sweterkach Czyżewskiej. Pochodzili trochę po ulicy Wojska Polskiego, Ewa nie bardzo była zachwycona Łodzią, mimo, że było lato i dużo zieleni maskowało rozpadające się drewniane chałupy i rumowiska z czerwonej cegły. Ewa wiedziała, że Romek startuje do jednej z Jadziek bez powodzenia, zaobserwowała to już w czasie, kiedy wspólnie robili prawo jazdy na starej Warszawie i Romek dużych szans nie miał. Jadźka była nadzwyczaj rozwiniętą już kobietą, miała swój świat w Sosnowcu i podobno nawet tam jakiegoś mężczyznę, któremu rozwaliła samochód.
Ewa przeczytała „Ziemię obiecaną” Reymonta i chciała chociażby zobaczyć Park Helenów gdzie Karol Borowiecki spotykał się z kochanką Lucy Zukerową. Ale i ona i Romek byli śmiertelnie zmęczeni, on po tygodniowym toczeniu trzonków do pędzli, ona po ośmiogodzinnym gradowaniu piszczaczków, a jutro trzeba wcześnie wstać, by się nie spóźnić. Odprowadził więc ją do bramy hotelu sportowego i podali sobie rękę.
W tygodniu przyszedł kolejny list od Staszka:

Ewuniu! Pomimo, że tak szczerze nie pozwalasz mi odpisywać z powodu moich zajęć nauką – ja odpisuję. Odpisuję dlatego, gdyż pragnę utrzymywać ciągle łączność z Tobą. Samo pisanie listu sprawia mi dużą przyjemność – dotychczas nie lubiłem pisywać – bo list piszę do Ciebie, a to rekompensuje w jakiś sposób trudne chwile rozstania. Jak już pisałem brak mi Ciebie i odczuwam to coraz głębiej. Dzisiaj np. siedziałem na ławce w Rynku, zapadający zmrok stwarzał bardzo miły i pogodny nastrój. Powoli zacząłem wybiegać myślami poza krąg zwykłych marzeń i w tym nowym pięknym świecie ujrzałem Ciebie. Moja wyobraźnia zaszła tak dalece, że odczuwałem prawie Twoją obecność przy mnie. Siedząc obok Twej istoty pogrążałem się jeszcze bardziej w tym nowym i romantycznym świecie nie pragnąc niczego poza ciszą i delikatną iluminacją neonu, stwarzającego fioletowe cienie na zielonych liściach lip rosnących opodal. Ewuniu – nie pomyśl sobie, że pragnę bawić się w romantyka. Przytoczone powyżej słowa świadczą o wielkiej i głębokiej tęsknocie, jaką odczuwam i myślę, że one nie pozostaną bez oddźwięku w Twoim sercu. Zaczynam sobie teraz uświadamiać, że słowo miłość, którego użyłem w poprzednim liście nie zamyka w pełni uczucia jakim darzę Ciebie. Jest to po prostu jakieś szczere i głębokie przywiązanie, jakaś chęć patrzenia na Cię i słuchania Twego głosu, a zarazem wszystkiego co jest z Twoją osobą związane. Pamiętam że użyłaś – kiedyś rozmawiając ze mną – jak gdyby ogródkowo słowa uwielbienie czy ubóstwianie, a ja, jak gdyby je zlekceważyłem. Proszę gorąco, napisz mi co miało ono oznaczać, jeśli nie wprost, to choć niech będzie podane takim samym tonem. Cieszę się, że mile i przyjemnie spędzasz czas, że masz jakieś zadowolenie ze swej pracy, bo Twoje zadowolenie jest zarazem i moim. Proszę Cię także o odrobinę sentymentu w Twoim przyszłym liście. Przepraszam równorzędnie za wymuszenie odpowiedzi i tych z powyższych zdań i tej listownej. Nie mam śmiałości prosić powtórnie o Twój przyjazd do Przemyśla, dla siebie zaś żywię nadzieję.
Teraz opowiem Ci jak spędzam „piękne” dni lipca. Od 9-tego zacząłem pracować – strasznie nudne zajęcie. Miesiąc nie jest wprawdzie upalny ale u nas w pracy nie można wytrzymać, okropnie duszno. Od czasu do czasu wpadam do MPiK-u ażeby rozwiązać jakąś krzyżówkę i to i owo przeczytać. Wiesz ten klub jest chyba dla mnie szczęśliwy, bo poznałem w nim bardzo fajnego chłopca z Gliwic. Strasznie równy i z charakterem podobnym do naszych – takie same zainteresowania. Ale wydaje mi się, że to woj. katowickie obfituje w tak serdecznych ludzi dla mnie. Dzisiaj byłem nad Sanem i San pociągnął mnie do pewnych refleksji – jak myślisz? Ponadto co nieco interesuję się fizyką i historią. Nie wiem dokładnie, gdzie jeszcze będę zdawał czy na WSP, czy na „Sorbonę” w Przemyślu. A poza tym mam bardzo ciekawy plan, o którym Ci kiedyś wspomnę. List Twój czytam w chwilach zapamiętania i ciągle noszę go przy sobie w marynarce. Piszesz, że lilie są Twymi ulubionymi kwiatami, a ja te trzy płatki włożyłem do koperty ażeby zrobić Ci przyjemność. Stały u mnie na stole, na którym pisałem list, nie są wprawdzie czerwone, ale w swej symbolice są też bardzo wymowne, symbolizują Ciebie. Wywody, myśli, marzenia, symbolika, wszystko na co mnie stać zamykają tę skromną epopeję. Myślę, że sprawi Ci ona przyjemność i skłoni do refleksji. Staszek

Nadeszły dwa listy z Katowic od rodziców i Ewa zaraz poznała że są pisane po piekielnej awanturze i dlatego piszą osobno. Mama pisała:

Kochana Ewuniu! W tych dniach miałam jechać do Wrocławia, ale postanowiłam, że zostaję w domu. Pogoda fatalna, a jedna burze więcej nic nie znaczy. Martwię się, że ciągle pada, a nie zabrałaś żadnych butów. Czy nie chodzisz w mokrych? Przykro mi, że w tej chwili nie mogę Ci posłać żadnej paczki, ale nie mam czasu na pieczenie. Może po niedzieli Ci wyślę. W domu duże zmiany, szyna już wisi, firanki i zasłony kupiłam bardzo ładne (razem 500 zł) ale pięknie wygląda. W kuchni też wszystko przemeblowane, kredens wreszcie wisi… Tylko kafelek w dalszym ciągu nie ma. Ale zawiesiłam maty i jakoś to wygląda. Stół na miejscu kredensu i bardzo duża kuchnia. Znaleźliśmy wreszcie stolarza, ale jeszcze nie przyszedł, m urlop to może wyjechał. Ojciec w tej chwili mówi, że może do Ciebie z gośćmi wstąpi, bo będzie jechał w sobotę z nimi autem – pamiętaj, że w aucie są Twoje „gnojce”. W każdym razie w sobotę popołudniu lub w niedzielę bądź podobna do ludzi, może w piątek idź do fryzjera. W sobotę nie wcześniej jak koło 6 wieczór. Jedzenie Ciebie nie obchodzi, niech Ciebie wezmą do restauracji, i tak Ojciec będzie płacił. Dbaj o siebie Ewuniu, jedz porządne obiady, lepiej zapłacić 20 zł za dobry obiad jak 10 i wstać głodnym.
Wiesz, że Ty nie możesz oszczędzać na jedzeniu i tak ledwo łazisz? A propos łażenia – czy nie za dużo łazicie i z kim? Jak lekcje angielskiego? Błagam Cię ucz się trochę! I koniecznie coś czytaj. Tu z egzaminami tragedia, 12 na jedno miejsce. Słyszałam, że Marzence fatalnie poszła matura, wszystko odwalała od Jolki. Ma się teraz Jolka czym chwalić. Napisz koniecznie jak przeszła wizyta i w ogóle. Na razie Całuję Cię bardzo, bardzo mocno, Matka.

W osobnej kopercie przyszedł list od ojca:

Kochana Ewuniu! Nie zdążyłem się dopisać do mamy listu, wprawdzie mama napisała, że chcemy Cię odwiedzić, ale jeszcze dodatkowo chciałbym Ci wyjaśnić, że bratowa z Jadzią przylatuje z Warszawy w sobotę o 15:00 więc wyjadę z Katowic rano, żeby być na lotnisku popołudniu. W drodze powrotnej chcielibyśmy być u Ciebie albo późnym wieczorem, albo w sobotę, albo popołudniu w niedzielę. Gdyby można było dostać miejsce w Łodzi, to przyjechalibyśmy w sobotę i zwiedzili Łódź. Ewuniu, rozejrzyj się w Łodzi za jakimś lokalem, bo oni chcą być w takim lokalu i poproś swoich kolegów, to pójdziemy razem. Muszę ich jakoś przyjąć, nie licz z kosztami, oni wszystko płacą. Ewuniu, ja Cię bardzo proszę postaraj się to dobrze zorganizować, ja ich odwożę do Zalasa, bo oni w Polsce będą dwa tygodnie i pojadą do Francji do swoich krewnych. Całuję cię! tato

Oczywiście to, co wypisywał ojciec było nierealne, koledzy Ewy z pewnością nie pójdą do żadnego lokalu z Jadzią, nawet im tego nie zaproponuje, szczególnie, że Janusz korzystając z darmowych biletów kolejowych – jego matka pracowała na kolei – wszystkie wolne dnie spędzał w Zabrzu wsiadając zaraz po pracy w sobotę w pociąg. I tak jak pisze mama, na pewno nie one, ale on będzie płacił. Nierealne też było wynajęcie hotelu w Łodzi nie mając żadnej pracowniczej delegacji, czegokolwiek, co dowodziłoby, że taki hotel się należy nawet Amerykankom, będącej przecież na wizie rodzinnej i rodzina ma je nocować. Ewa wywnioskowała, że najlepiej będzie, jak pojedzie z nimi samochodem do Katowic, a wieczorem w niedzielę wróci.
I tak zrobiła. Rojenia o znalezieniu dla Jadzi tutaj chłopaka spośród kolegów Ewy były zupełnie niepotrzebne, ani Ludka ubrana jak Jacqueline Kennedy w szpikach, ani Jadzia z monstrualnym kokiem na głowie nie paliły się do żadnego zwiedzania Łodzi, żadnej restauracji, były zmęczone podróżą i chciały tylko znaleźć się w domu i się wyspać.
Ewa pomogła rozłożyć w dużym pokoju wersalkę, a ojcu pościeliła w połówce pokoju Andrzeja, który miał łóżko – drewniana rama z siatką ogrodniczą zrobione przez Rudka – dzień wiszące na ścianie. Materace trzeba było wyciągnąć z jedynego fotela stojącego tam przy pulpicie wystającym z regału Kowalskiego. Niech nareszcie się dowie, jak się na tym śpi, pomyślała Ewa.
Jadzia miała super ciuchy, szczególnie podobały się Ewie sukienki zakończone spodenkami z lejącego się jerseyu, bardzo wygodne. Na wieczór przebrała się w szmaragdowy szyfonowy peniuar, który Ewę zachwycił, wyglądała, jakby wyskoczyła z kreskówek Disneya.
Ludka położyła na nakastliku stojak na perukę, włożyła sztuczne zęby do specjalnego pojemnika, a Jadzia wyjęła z oczu sztuczne soczewki, czego Ewa jej najbardziej zazdrościła, gdyż też była krótkowidzem i nie nosiła okularów, by ładniej wyglądać.
Nazajutrz poszli na obiad do „Alfy”, restauracji na Koszutce w pawilonie przy Niebieskich Blokach, bardzo drogiej, w której nigdy nie była i jak Ewa podejrzewała, Ludka ani myślała płacić.
Ewa dostała od nich w prezencie japońskie radio tranzystorowe mieszczące się w dłoni, którym bardzo się cieszyła.
Wracała pociągiem do Łodzi jeszcze za dnia i popołudniowe słońce mocno grzało przez szyby. Usiadł koło niej chłopak z plecakiem, jechał na północ. Zwierzył jej się, że w Łodzi nie będzie miał noclegu i będzie musiał przenocować na dworcu, gdyż dalsza przesiadka jest dopiero nazajutrz i od słowa do słowa doszli do wniosku, że przecież cały hotel jest pusty i on może tę noc spędzić w jednym z osiemnastu łóżek ich pokoju. Chłopak miał koło 17 lat. Kiedy weszli do pokoju, gdzie siedział na łóżku Heniek bezskutecznie próbujący dobrać się do Danki, przedstawiła go jako swego kuzyna, który będzie tu nocował, a jutro z rana ma pociąg dalej, aż na samą granicę radziecką. Heniek niedowierzająco i kpiąco na nią popatrzył i niedługo potem się pożegnał. Dance oczywiście wyjaśniła wszystko i chłopak zmęczony podróżą zaraz usnął. Rano go już nie było.
Wracały do hotelu po ośmiogodzinnym gradowaniu i po przeszukaniu na furcie, czy aby misiów nie kradną wycieńczone i przewracające się ze zmęczenia. W miarę upływu dni powoli odsłaniało się im życie zakładu. Chcąc nie chcąc zaliczyły imieniny brygadzistki z obowiązkową wódeczką, uczestniczyły w tajnych reaktywacjach jakichś archaicznych form do produkcji kompromitujących gumowych figurek, najczęściej dzieci ze spuszczonymi majtkami tajnie produkowanymi wyłącznie dla pracowników zakładu. Zwiedzając inne działy, mieszczące produkcję zabawek na eksport, po konie na biegunach ze zdumieniem dowiadywały się, że bez problemu można wszystko wynosić z fabryki, nawet takiego dużego konia, przy codziennym rygorystycznym, dokładnym obmacywaniu przez strażników każdego wychodzącego.
Wreszcie zdobyły się na odwagę i poszły do kierownika produkcji, który o ich istnieniu chyba sobie dopiero na ich widok przypomniał i szybko umieszczono je w jakimś pokoju działu ostatniego kończącego produkcję gdzie sprawdzano jakość, pakowano i przybijano pieczątki. Bardzo miła kobieta powiedziała, że mogą malować piszczaczki jak długo chcą i jak chcą. Chodziły na salę produkcyjną i odlewały sobie farby, którymi szczegółowo zdobiły fartuszki Czerwonemu Kapturkowi, a zamiast produkcyjnych kropek malowały wyraźnie oczy z makijażem. Wkrótce ich kolekcja została pokazana głównemu plastykowi, który dobrotliwie pokiwał głową w aprobacie. Stos misiów i lalek, które aż do końca miesięcznej praktyki, dzień w dzień pokrywały jak pisanki farbami wymyślając różne wzory. Mimo, że praca była teraz przyjemna, to musiały siedzieć w niej codziennie osiem godzin.
W połowie lipca sytuacja w hotelu, w którym co noc przeżywały męki strachu, gdyż nie było nawet portiera, pojawił się ktoś w sąsiednim pokoju, a nawet usłyszały grający telewizor i płacz dziecka. Okazało się, że przyjechała dziewczyna jednego z piłkarzy z niemowlęciem i w tym hotelu postanowiła zaczekać na ojca swojego dziecka.
Nadszedł dzień, w którym cały świat zamarł przed telewizorem i nieśmiało do niej zapukały. Poprosiła je do środka niechętnie. Luksusowe staniki i majtki wisiały na poręczy łóżka, i cały pokój w okropnym nieładzie walących się wszędzie zachodnich, nieosiągalnych kobiecych ciuchów. Patrzyła na nie wrogo i pogardą, jakby co noc gwałciły we dwójkę jej piłkarza. Telewizora nie było nigdzie więcej, tylko tutaj, a jak wysłuchała Ewa przez swoje małe radyjko, Apollo 11 już właściwie na Księżycu wylądował i teraz telewizyjne szare i czarne płaszczyzny ekranu z równie niewyraźnym nieprawdopodobnie podekscytowanym i wzruszonym głosem spikera wymieniającym nazwiska kosmonautów świadczyły o tym.
Kobieta leżała w łóżku z dzieckiem i tępo wpatrywała się, jak Ewa z Danką w telewizor. Gdy wreszcie transmisja ustała, pełne podziękowań wyszły z pokoju. Kobieta nie ruszyła się, nie odezwała, pozostała w swoim niemym obrażeniu do końca.
Nastały wielkie upały, Ewa każde popołudnie spędzała na ławkach stadionu włączając radio i rysując coś w bloku, ale właściwie nic się po pracy nie chciało, mimo, że ich przemiła szefowa namawiała je do zobaczenia secesyjnych kamienic, to one nie miały już siły.
Wróciły do Katowic w tym samym składzie, Janusz już się szykował do wyjazdu na obóz językowy i był w pociągu myślami gdzieś indziej, nieobecny. Ewa wracała do bawienia Amerykanek, które wcale jak odgrażał się ojciec ani nie pojechały do Zalasa, ani tym bardziej do Francji, tylko pojechały na dwa dni do Zakopanego i potem uwielbiały siedzieć w mieszkaniu na Koszutce, do którego wróciła jeszcze z Przemysła jej mama. Byli obwożeni przez Rudka po wszystkich krewnych ze strony Ludki, czyli rodziny jej przyrodniego brata w Brzezińce, willi na której budowę szły pieniądze ze Stanów, ale nikt nie pomyślał, że przynajmniej za to mogliby partycypować w kosztach goszczenia Amerykanek w Polsce. Jadzia zdążyła się już pozbyć swoich pięknych ciuchów darując je kuzynkom z Brzezinki łącznie z kamerą filmową i polaroidem. Ewie postanowiła dać swoje turkusowe jeansy-dzwony i akrylową bluzkę w fosforyzujące paski oraz płaszcz laminowany naśladujący skórę tygrysa. Ewa była tym wszystkim zachwycona i wdzięczna. Pojechali jeszcze wszyscy razem z Krystyną do Krakowa, gdzie w Wierzynku zjedli obiad, a potem do Warszawy na pożegnalną kolację do restauracji Krokodyl, do której schodziło się w dół po schodach. Potem pojechali na Okęcie. Jadzia poszła do fryzjera przy lotnisku i wyszła z fryzurą upiętą wysoko niczym spikerka telewizyjna i Ewa zastanawiała się, jak ona zniesie w takich włosach z lakierem na głowie tyle godzin lotu.
Po wakacjach całą szkołę mocą jakiś ustaw przywracania budynków ich pierwotnemu właścicielowi – a w ich wypadku było to wybudowane przed wojną seminarium duchowne – przeniesiono na ruchliwą ulicę 1 Maja do przedwojennego budynku wybudowanego w modernistycznym stylu, ale ich szkołę dali do szpetnej przybudówki przyklejonej już po wojnie.
Ewa chodziła teraz na piechotę wzdłuż Rawy, ceniła sobie jej dzikie zarośla, ale po spotkaniu onanizującego się mężczyznę szybko wróciła do dwóch tramwajów i jej podróż do domu niewiele się zmieniła. Teraz jechała nie na południe Katowic, ale na wschód.
Dołączyła do ich klasy kolejna porcja uczniów drugorocznych. Ponieważ klasa Ewy od początku niezwykle liczna, dochodząca do pół setki pozbyła się części przez wyrzucenie ze szkoły, bądź nie dopuszczając do matury pozostawiając w tej samej klasie na przyszły rok, nie przekroczyła tym razem liczby czterdziestu uczniów przygotowujących się do matury ciekawie spoglądających na nowych z nadzieją, że wniosą w ich nudę coś nowego. Jak zwykle ci, którzy powtarzali rok odznaczali się cenionymi cechami anarchii i odwagi, bo tylko tacy mogli sobie pozwolić na zimowanie w szkole, którą trzeba było szybko skończyć i się od niej raz na zawsze uwolnić.
Chłopcy zajęli jeden rząd pod oknem, co umożliwiało im swobodne palenie papierosów na lekcji i zapewniało wszystkie przywileje, których dziewczyny, stłoczone w dwóch rzędach od drzwi wejściowych pełniących rolę buforu i wentylu bezpieczeństwa dla wszystkich pedagogicznych niebezpieczeństw, były pozbawione.
Mniejszość płciowa, czyli chłopcy, stanowiąca jedną trzecią uczniów miała teraz w klasie maturalnej trzy obiekty pragnień: wychowawczynię, Brylską i Kobietę Felliniego.
Wychowawczyni była młodą blondynką i część chłopców była w niej autentycznie śmiertelnie zakochana. Drugim była aktorka Barbara Brylska. Jej fotosy mogli bez zawstydzenia oficjalnie przypinać pineskami między oknami. Trzecim, już tajnym obiektem pragnień była właśnie zobaczona dzięki telewizyjnej emisji „Osiem i pół” olbrzymka Saraghina. Kobieta archetypiczna, o ogromnych piersiach, dzika, diabelska, syntetyczna matka matek, kochanka kochanek.
Ewa rozpoczęła rok szkolny z jakąś nie dającą się przezwyciężyć depresją. Odczuwała ogólne osłabienie organizmu i brak energii próbowała się więc ratować nawiązując na przerwie kontakt z o dwie klasy niżej chodzącą Ireną, której nigdy wcześniej nie znała i nie poznałby, gdyby nie jej pomoc w oprowadzaniu z Andrzejem po Zakopanem Amerykanek. Irena, o cechach chłopca, była bardzo witalna i radosna, o wiele dojrzalsza od Ewy u której wyczuła zagubienie, smutek i bezradność. Dostawała na przerwie od niej pocieszające listy:

Cześć Ewa! słyszałam, że jesteś chora. Bardzo to przykre, ale nie łatwo jest temu zaradzić. Wiesz, nie mam chwili czasu, żeby się z Tobą spotkać, dlatego zdecydowałam się złożyć Ci relacje na piśmie. Ta choroba, która Cię teraz nęka jest okropna. Miałam już przyjemność zetknięcia się z nią. Było to chyba pięć lat temu, gdy spędzałam wakacje w Ustroniu. Rozchorowałam się wtedy na zapalenie płuc, potem na zapalenie jamy ustnej, a potem na zapalenie przewodów słuchowych. Tak często byłam w stanie zapalnym, ale na szczęście nie spaliłam się całkowicie. Myślę, że i Ty szybko wyzdrowiejesz i będzie wszystko w porządku. Szczerze Ci tego życzę. U mnie urwanie głowy. Wszyscy (tj. uczniowie) spodziewaliśmy się, że w trzeciej klasie będzie trochę wytchnienia ale nic się nie zmieniło – orzemy jak dawniej. Mnie udało się już dobrze wystartować z kilku przedmiotów. Ostatnio na lekcji geometrii niewiele brakowało, żeby cała nasza klasa wybuchła śmiechem, w chwili gdy profesorka powiedziała pewną niedorzeczną rozprawkę matematyczną. Chciała nas zagiąć pewnie według niej bardzo mądrym stwierdzeniem. Nie wytrzymałam. Wstałam i uświadomiłam ją, jaka jest prawda. Wierz mi, nie miała racji, musiałam wyprowadzić ją z błędu. Pokiwała więc głową, przyznała mi rację. Z geometrii wiedza tej profesorki jest bardzo ograniczona, natomiast w algebrze orientuje się dość dobrze. Ostatnio prowadziliśmy ostrą kampanię przeciwko Ruzi, która ciągle wtrąca się do nie swoich spraw. Przetrzymuje nas na korytarzu nie chcąc dać nam klucza do szatni, konfiskuje nasze tasiemki od firanek, utrzymuje, że należą one do niej. Na ostatnich rysunkach panował miły nastrój! Dzięciołek zlecił nam zaprojektowanie plakatu związanego z bezpieczeństwem i higieną młodzieży szkolnej. Zaczęło się od połamanych nóg, potem rysowaliśmy głowy z oczami nabitymi na cyrkle, następnie pojawili się uczniowie porąbani siekierkami, aż w końcu podłożyliśmy ich pod walce ugniatające w czasie robót remontowych boisko szkolne. Danka cały arkusz papieru zasmarowała tymi okropnościami. Wszystko to było odpowiednio komentowane tak, że osoby wrażliwe na tego rodzaju rzeczy powoli się od nas odsuwały, ale były i takie, które podsuwały nam nowe, makabryczne projekty. Mnie udało się wymyśleć jakiś normalny plakat, to jeszcze muszę go rozpracować. Planujemy bigiel u jednej z koleżanek. Mamy do dyspozycji cały dom. Obawiamy się tylko poniedziałku, bo tego dnia ma przyjechać jakaś komisja z Warszawy na pokazową lekcję malarstwa. Życzę Ci abyś szybko pozbyła się tego nastroju. No to cześć. Irena

Zaszufladkowano do kategorii 2020, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Lata sześćdziesiąte. Wanda (12)

Jeszcze przed Bożym Narodzeniem Wolna Europa ogłosiła wyroki na studentów winnych wydarzeń marcowych: dostali po roku, dwóch a nawet trzy i pół lata odsiadki co odsłuchali z troską, bo jak to takich młodych ludzi trzymać z prawdziwymi kryminalistami i niszczyć im życie za bohaterstwo. Wśród nich Wanda zapamiętała nazwisko Karola Modzelewskiego.
Ewa na początku roku przysłała pocztówkę z zimowiska z Rycerki i Wanda była zadowolona, że Ewa też jeździ na nartach. Skończyła jeszcze przed I wojną światową seminarium dla nauczycielek i zawsze ubolewała, że dziewczynki mają gorzej w przepychaniu się do czegokolwiek w rodzinie, u niej były trzy siostry i jeden brat, ale wszystko należało się tylko Janeczkowi.
Gazety – Emil przynosił popołudniu z kiosku warszawski „Ekspres Wieczorny”(„Nowin Przemyskich”, tej lokalnej szmaty nie brali do ręki) – trąbiły, że MO wreszcie po kilkunastu latach pojmało seryjnego mordercę Stanisława Modzelewskiego i skazano na karę śmierci przez Sąd Wojewódzki w Łodzi. Okazał się nim czterdziestoletni alkoholik, który w Warszawie udusił starą kobietę w wannie, jakimś cudem wszystko pokojarzono z Wampirem z Gałkówka i pojmano, Wanda, wielbicielka kryminałów nie mogła pojąć, że to działo się naprawdę. Przecież „Ekspres Wieczorny” nie miał powodów kłamać w kwestii tak niepolitycznej, jak seryjny morderca.
Wolna Europa doniosła o skazaniu i uwięzieniu w Polsce niewinnego człowieka, tym razem był to Janusz Szpotański, który przyznał się do odśpiewania w mieszkaniu znajomych piosenki szaklującej ustrój. Wanda swoim pięknym pismem zdołała zapisać bardzo śmieszne urywki utworu Szpota i dołączyć je do tych fragmentów, które Wolna Europa czytała wcześniej, by móc wszystko wysłać Krystynie do Katowic. Było zupełnie nie do śmiechu.
Tak minęła im mroźna zima w Przemyślu, doczekali Wielkanocy i Emil poszedł z koszyczkiem do Bonifratrów. Wanda z Leśką nabijały się z niego wyglądając przez okno i komentując jak szedł wśród gromady dzieci z jajkami ulicą 1-go Maja.
Ale wszystkie wypieki wielkanocne zawdzięczały tylko Emilowi, im się po prostu nie chciało, bo dla kogo? – nikt przecież ani z Katowic, ani z Wrocławia nie przyjechał.
Tymczasem Wolna Europa emitowała same okropieństwa, donosiła o tym, że Jerzy Zawieyski, katolicki poseł na sejm wypadł z balkonu w Klinice Rządowej i sugerowała morderstwo polityczne.
Wtedy, kiedy szykowali się do imienin Wandy – a szykowali się już od dwóch tygodni, bo miała przyjść Ginalska, pani Maria i Dzidka z synkiem oraz wszyscy od Janka Knota, a Emil musiał po sklepach wyszukiwać i stać w kolejkach – napisała Ewa. Zaraz po dostaniu świadectwa na tydzień przyjedzie, potem ma licealną praktykę w Łodzi.
Wanda się bardzo ucieszyła, kazała Emilowi kupować więcej, gdyż Ewa jest anemiczna i trzeba będzie przed Łodzią ją odżywić.
22 czerwca 1969 w niedzielę Ewa przyjechała szczecińskim pośpiesznym do Przemyśla. Na stacji, ku jej zaskoczeniu, stał Emil w swoim piaskowym, idealnie leżącym na nim garniturze kupionym na ciuchach ze szlachetnej angielskiej wełny.
Był już upał i lato w pełni, część potraw Wanda posyłała Ewą na piętro wyżej do lodówki Marii, część nosiła Ewa do piwnicy, a reszta, jak tort orzechowy mieściła się w maleńkiej lodówce stojącej w przedpokoju, której nikt nie był pewny, czy jeszcze wytrzyma, czy zaraz nie wysiądzie.
Ewa tego samego dnia wieczorem, jak już Wanda i Leśka odpoczywały przed telewizorem po gotowaniu i pieczeniu, obiegła ulice Przemyśla ciesząc się, że tu jest. Wpadała do kościołów wąchać białe lilie, zobaczyć niedźwiedzia w fontannie, a na końcu zziajana do zadymionego KMPiK-u, przy bulwarze nad Sanem, by pooglądać enerdowskie żurnale. Nagle, nie wiadomo jak i skąd przysiadł się, i powiedział, że ma na imię Staszek. Widocznie zupełnie nowa dziewczyna w Przemyślu była rozpoznawalna dla tubylców, pomyślała Ewa i też się przedstawiła. Umówili się zaraz nazajurz nad San, ale tylko do południa, bo potem przyjdą do babci goście i musi być, ale już następne sześć dni ma tylko dla siebie.
Siostra i żona celnika Janka mówiły tylko o obieraniu kartofli żałując, że córka Janka Jadwiga nie przyszła, ale zdała egzaminy w szkole muzycznej już w maju i wyleciała do Kanady, do ciotki tydzień temu nie czekając na świadectwo. Pani Maria jako nauczycielka w szkole dla głuchych dzieci na Zasaniu mówiła bardzo głośno, co było męczące, szczególnie, że Ginalska opowiadając polityczne dowcipy ściszała konspiracyjnie głos. Najprzyjemniejsza dla Ewy była Dzidka, córka zmarłej przyjaciółki Wandy, młoda jeszcze, trzydziestoparoletnia matka wychowująca samotnie dziesięcioletniego chłopczyka, który urodził się bez trzech wewnętrznych palców prawej ręki, co dla Ewy było niczym strasznym, dla wszystkich w Przemyślu błąd losu niewybaczalny, wobec czego dziecko było zahukane i zastraszone, a teraz pogrążone w jedzeniu imieninowych smakołyków.
Nazajutrz Staszek czekał już na nabrzeżu wypatrując Ewy. Był od niej kilka lat starszy, ale nie wiadomo ile. Miał postawę wysportowanego i umięśnionego chłopaka czego Ewa u mężczyzn nie znosiła, jej typem był cherlawy, chorujący na gruźlicę bohater romantyczny. Ale cóż, taki jej nie poderwał.
Popływali w lodowatej wodzie Sanu w okolicach mostu, Ewa w białym, dwuczęściowym kostiumie kąpielowym który uszyła sobie z kawałka krempliny kupionym w PKO z modnym dołem w kształcie obcisłych spodenek. Przynajmniej umie pływać – pomyślała Ewa – Krystian nie potrafi, podobnie jak Maciek, który nawet nie jeździ na rowerze, a ten umie, ale cóż z tego.
Był z ze Smolki i Ewa nie pozwoliła się odprowadzić wiedząc, że w oknie będzie siedzieć jej babcia i ciotka czekając na nią z gotowym obiadem i ją zobaczą, i pytaniom nie będzie końca. Rozstali się na Mickiewicza i umówili się na piątą pod Pastuszkiem na Zamku. Idąc do domu już na wysokości Smolki widać było, że ją widzą i machały w oknie radośnie na powitanie.
Ewa zdążyła się opalić, Wanda była bardzo zadowolona z wyglądu wnuczki, ale uważała, że powinna trochę utyć i wmuszała w nią dwudaniowy obiad, który specjalnie dla niej nie pochodził ze stołówki kolejowej, który codziennie przynosił Emil w menażkach, a ugotowany w całości przez Wandę z paluszkami, kotletem schabowym i młodą kapustą. Ewa faktycznie była głodna i pochłonęła cały obiad opowiadając szczegółowo o kąpieli w Sanie i nie wspominając nic o Staszku.
Zaułek Tuwima był szczególnie narażony na młodzież ze Smolki, która nocami tabunami obsiadała ławki rycząc, tłukąc butelki i kopiąc zaciekle w stojący tam kiosk. Rano przez ulicę Aleksandra Dworskiego, teraz 1-go Maja przechodzili albo powracający z wojska pijani rekruci w chustach z frędzlami i pomponami, albo kibice „Czuwaj” i „Polonii” z nożami, pałkami i butelkami, a wśród nich idący w stronę miasta najmłodsi, uczniowie z ulicy Smolki idący na wagary na Zamek.
Batiary ze Smolki były najgorszą zarazą która, według Wandy niedługo się skończy, gdyż mąż Marii jest dyrektorem szkoły dla głuchoniemych na Zasaniu, a jemu to już na pewno niedługo założą telefon w domu, a będzie to jedyny telefon w ich kamienicy, i wtedy będą mogli zadzwonić na milicję kiedy piski kobiet będą nie do wytrzymania.
Ewa zrobiła makijaż i przebrała się w nową, zrobioną przez Krystynę na maszynie dziewiarskiej sukienkę z ażurowymi rękawami z niebieskiej, kupowanej w motkach bawełny.
Staszek czekając wśród kwitnących klombów pod Pastuszkiem zachwycił się Ewą umalowaną i jej – jak powiedział – opalonymi ustami. Ewa zaniepokoiła się tym przedwczesnym nawiązaniem do ust, Staszek to zauważył i postanowił zwolnić tempo. Opowiadał o sobie, że nie zdał na Politechnikę w Rzeszowie w tamtym roku i jakoś udało mu się dzięki pracy w „Polnej” uniknąć wojska, ale teraz już nie pracuje, przygotowuje się do egzaminu wstępnego znowu na politechnikę do Rzeszowa, nauka mu nie bardzo idzie, ale jak nie dostanie się, to jeszcze może zdawać na SN do Przemyśla. Studium Nauczycielskie miał w wielkiej pogardzie – mówił zaciągając, a taki przemyski zaśpiew Ewa bardzo lubiła, próbował nakreślić stopień możliwości, a raczej niemożliwości przemyskich dla takiego chłopaka jak on równający się zeru. Ale w sumie nie chciał wypaść na narzekającego i przystąpił do gładzenia dłoni Ewy, która wszelki dotyk traktowała jako napaść, ale żal mu się jej go zrobiło, szczególnie, że kochała Przemyśl, ten Park, tego Pastuszka i poczuła się jakoś za Staszka, za jego los, odpowiedzialna, i się przemogła. Była bardzo samotna, a Staszek był miły i delikatny.
Wstali i poszli w górę ścieżką parku, który dobrze znała. Zadbany przez ogrodnika, który miał swój domek przy samym wejściu, a opiekował się krzewami i klombami tylko do tarasu, gdzie stała stuletnia figurka Pastuszka, teraz przeradzał się w dziki, porośnięty wielkimi drzewami parkowymi, ale też szlachetnym poszyciem, romantyczny las liściasty. Było tu źródełko zwane Ciurkiem, a powyżej dawno już nieczynna, ale mająca jeszcze drewniane schody i poręcze skocznia narciarska, gdzie z braku ławek się wspięli i usiedli na jednej z połamanych, drewnianych bali. Wtedy Staszek nie wytrzymał i zaczął Ewę całować i obściskiwać, a ona nie miała śmiałości mu odmówić z racji jego przecież nie szczególnej sytuacji życiowej. Całe szczęście, że od nieletniej Staszek nie żądał niczego więcej i być może łączył z nią jakieś długofalowe plany, w każdym razie po tygodniu tego maratonu obłapek i pocałunków, kiedy żegnał ją na Mickiewicza, a ona przyrzekła, że z praktyki z Łodzi do niego napisze na Smolki, napomknął, żeby Ewa pamiętała, że niczego więcej od niej nie żądał i że się nie posunął, nie odważył się, a ona z wdzięcznością jeszcze raz go pocałowała.
Emil długo wypytywał Ewę o chłopaka, z którym się spotyka, padła nawet niepokojąca nazwa ulicy Smolki, być może, że ją szpiegował, szedł za nią, jakoś to Ewę mało już obchodziło. I tak miała kolejną troskę, kolejnego adoratora w którym nie była zakochana i miała wyrzuty sumienia i kaca.
Tymczasem Emil opowiedział jej ciekawostkę dzięki której mogła, gdyby wiedziała wcześniej, pojechać do ZSRR i być za granicą. Emil jako emerytowany kolejarz stacji Żurawica spotkał w kolejowej stołówce, biorąc obiad do menażek, kolegę który opisał mu bieg pociągu trasy Pierwszej Węgiersko-Galicyjskiej Kolej Żelaznej. Wznowiono kilka lat temu jej funkcjonowanie po zmianie granic i pociąg wyjeżdżał z Polski i potem do niej wracał. W trakcie tranzytu nikt nie mógł ani opuścić pociągu, ani się do niego dosiąść, ani nawet otworzyć okna. A jednak można było wszystko zobaczyć… zakończył Emil.
– Przemyśl Główny, Przemyśl Bakończyce, Granica państwa, Niżankowiczi, Dobromil, Chirow Posada, Chirow Osob., Strażawa, Granica państwa, Krościenko – wymienił Emil, a ona tylko westchnęła słysząc te egzotyczne nazwy i żałując, że spożytkowała czas zamiast tam jechać na niepotrzebne doświadczenia erotyczne, z których nie wiadomo, jak ma się teraz wyplątać.
W dwa tygodnie po wyjeździe Ewy przyjechała Krystyna uciekając z Katowic od swojej szwagierki Ludki i bratanicy Jadzi, siedząc na kanapie w nerwach i rozmyślając, co to się w czasie jej nieobecności w Katowicach dzieje.
Tymczasem Emil doczekał się wreszcie transmisji lądowania na Księżycu Amerykanów, a nie Rosjan. 21 lipca wszyscy domownicy zasiedli przed małym Belwederem Emila zakrytego kolorową szybą imitującą kolorowy telewizor. Miała w górnych partiach barwę niebieską przechodzącą w zieleń, a na dole kolory cieplejsze. Tak potraktowany Księżyc jeszcze bardziej stawał się tajemniczy i niedostępny, a poruszające się po nim białe, skaczące niekiedy płaszczyzny nazwane zostały przez spikera Neilem Armstrongiem, a inne szare statkiem kosmicznym Apollo 11.
Krystyna wpatrywała się tępo w telewizor wierząc spikerowi, że po Księżycu hasają Amerykanie tak jak Amerykanki teraz po jej mieszkaniu w Katowicach.
Emil marzył o nowym telewizorze. W „ Ekspresie Wieczornym” czytał, że oferta polskiego rynku jest oszałamiająca, ale widocznie tylko w Warszawie. Tu o żadnym telewizorze typu „Opal”, „Cyrkon” „Azuryt” i „Karat” na dodatek w dość niewyraźnych fotografiach prasowych, co było dowodem, że istnieją, nikt nie słyszał. Na ciuchach były tylko radzieckie telewizory z przemytu, do których części nie było i kupowali je bardzo zdesperowani ludzie nie mający żadnych szans zdobycia telewizora normalnie w sklepie. Minęła już era rodzimych produkcji jak „Wisła”, „Belweder”, „Turkus”, „Szmaragd”, teraz schodził z taśmy, jak entuzjastycznie donoszono w „Ekspresie” 23-calowy odbiornik „Opal”, „Cyrkon”, z obracalnym ekranem umieszczonym na skrzynce aparatu i 17 calowy „Azuryt”. „Karat” był zasilany bateriami samochodowymi i przeznaczony był na wakacje pod namiot.
Krystyna w nerwach nie wytrzymała i wróciła do Katowic, natomiast w sierpniu pojawiła się Mirka z ojcem i małym szczeniakiem Dikiem, myśliwskim wyżłem niesłychanie żywym przyzwyczajonym do biegania za mewami po plaży. Teraz sikał na przedwojenny parkiet wypastowany na ich przyjazd przez Emila i tylko dzięki temu, że Emil sam postanowił go świtem wyprowadzać, uniknęli poważniejszych zniszczeń. Kupiono go na wczasach nad morzem w Dziwnówku, Mirka nie mogła się mu oprzeć, zawsze chciała mieć psa i to dużego, a Leszek nie potrafił ukochanej córce odmówić.
Teraz w trójkę leniwie odpoczywali czytając „Przekrój” lub słuchając Wolnej Europy spokojni, że dzięki pięknej pogodzie Mirka jest z Dikiem w ogródku jordanowskim u Pająkowej i biega z dzieciarnią, która przychodzi tu się bawić z odległych przemyskich parafii.
W sierpniu dowiedzieli się z „Przekroju”, że w Los Angeles zamordowano nożem z 26-letnią ciężarną Sharon Tate, żonę reżysera Romana Polańskiego w jego wynajętym domu za 200 000 dolarów oraz byłego męża Agnieszki Osieckiej, playboya Wojciecha Frykowskiego.
Lato było piękne, ale Leszek tylko dwa razy w tygodniu wychodził z domu i to tylko na ciuchy. Wandzie i Leśce też się nigdzie iść nie chciało, po wyczerpującym gotowaniu obiadów dla Leszka, Mirki i Dika, co wiązało się z dużą ilością jedzenia noszonego przez głównego zaopatrzeniowca, czyli Emila ze znanych mu tylko miejsc ze wszystkich targowisk po obu stronach Sanu.
Przemyśl żył życiem miasta turystycznego i przygranicznego. Latem zjeżdżali się młodzi ludzie objuczeni plecakami i kocami chcący przedostać się w Bieszczady, a cały rok kwitł handel miasta przygranicznego, pełnego przemytników i celników. Nielegalność w Przemyślu była zawsze legalna i celowa, korupcja była astronomiczna, a na mieście jak smog leżał ten nieutulony smutek Wandy, która pamiętała krystaliczny Przemyśl i Franka, dla którego była całym światem i nic nie mogło być za drogie dla Wandeczki. Teraz też, idąc w te upalne letnie popołudnia na ławkę przed kamienicą, gdzie czekały już Ginalska i Maria, a dosiadał się Leszek z Leśką i z góry, ze Słowackiego schodziła Isia ulicą Smolki, Wanda cieszyła się ich obecnością, ubierała się ze smakiem i wykwintnie zestawiając jedwabne, amerykańskie sukienki kupione na ciuchach z przedwojennymi dodatkami, ale była smutna.
Nie było już pasażu Gansa, hotelu „Grand”, a na Placu na Bramie zamienionego teraz na Plac Marksa postawiono brzydki Pomnik Wdzięczności, gdzie nie można było nawet zawieszać polskiej flagi, były zawsze tylko czerwone, radzieckie.
Gdy pracowała w upaństwowionym tartaku zmarł Bierut, opłakiwało go przymusowo całe miasto, na zgromadzenie żałobne spędzono kilka tysięcy osób. Chodziła wtedy w drewniakach, Przemyśl był potentatem w produkcji obuwia na drewnianej podeszwie, nowopowstała fabryka zaopatrywała w nią całą Polskę. Kto przed wojną pokazałby się na Kazimierzowskiej w drewniakach – myślała ze smutkiem Wanda.
W latach pięćdziesiątych przy ul. Manifestu Lipcowego czyli na Jagiellońskiej otwarto Klub Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, a w trakcie obchodów 1000-lecia Przemyśla Franciszkańską nazwano Tysiąclecia, a wiceminister Piotr Jaroszewicz został Honorowym Obywatelem Przemyśla.
Fabrykę drewnianych podeszew, kiedy spadł już popyt, połączono z meblami i nazwano Przemyską Fabryką Meblarsko-Obuwniczą. Znowu przyjechał Jaroszewicz uświetnić otwarcie fabryki, która produkowała już na cały świat płyty pilśniowe i styropian. W przedwojennym Domu Robotniczym na Zasaniu zaraz przy rzece zagnieździły się po wojnie władze PZPR i rządzą do dzisiaj.
Jesień była równie piękna jak lato, ale Wolna Europa znowu doniosła o wyrokach, tym razem byli to taternicy którzy przenosili w plecakach przez granicę nielegalne pisma z Paryża drukowane przez tamtejszą emigrację dla Polskiej opozycji. Wanda przestraszyła się i od razu zadzwoniła od pani Marii, czy Andrzej jest w to zamieszany. Nie był.
Natomiast dzięki amnestii wypuścili na wolność studentów z wydarzeń marca ubiegłego roku, ale nie wszystkich. Karol Modzelewski, zapamiętała to nazwisko opozycjonisty, w dalszym ciągu siedział.
W telewizji ogłoszono triumfalnie, jak Wandzie się wydało, że 13 listopada 1969 roku w Centralnym Więzieniu w Warszawie wampir Stanisław Modzelewski został powieszony.

Zaszufladkowano do kategorii 2020, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Lata sześćdziesiąte. Andrzej (17)

W „Kosmosie” wyświetlono „Strukturę kryształu” Zanussiego. Film przedstawiał losy dwóch absolwentów wydziału fizyki, którzy dokonali życiowych wyborów: jeden zaszył się na wsi z żoną rezygnując z kariery naukowej, drugi był właśnie w trakcie jej realizowania pozostając na uczelni. Film w klimacie dramatów Czechowa, podobał się całej ich paczce, która poszła na seans, ale wyszła z niego z niepokojem, bo w odróżnieniu od filmowych bohaterów oni nie mogli dokonywać żadnych wyborów, gdyż jedynym ich ruchem w nowej rzeczywistości, w której się znaleźli po wypadkach marcowych było zdanie jak najlepiej egzaminów i ukończenie studiów, w przeciwnym razie natychmiast szli do wojska. Zaraz po rozpoczęciu roku akademickiego znowelizowano ustawę o szkolnictwie wyższym, którą wcielono w życie w grudniu, dając akademickim nauczycielom wspieranym przez Partię tytuł docenta bez wymaganego dawniej doktoratu. Tym sposobem zostali adiunktami ci, po których takiej nobilitacji i awansu nikt się nie spodziewał, natomiast ich ulubionych profesorów już nie było. I tak na uczelniach pojawiły się nowe nie wiadomo skąd kadry naukowe tzw. marcowi docenci, niedokształceni nominaci partyjni.
Teraz przed nazwiskiem w indeksach figurowały: „doc. mgr lub „doc. dr” albo „doc. dr hab.” , a chodziły słuchy, że większość nauczycieli, których widzieli po raz pierwszy w życiu na uczelni nie miała nawet ukończonych studiów i tytułu magistra. Dla Andrzeja, jak i jego kolegów było to zupełnie nieważne, żałowali jedynie straconego czasu, gdyż oprócz urzędniczego stosunku do wpajanego materiału studentom i tak przecież skrzywdzonych niewielką bazą pomocy naukowych jak komputer, dostawali niewiele na nudnych zajęciach. Lokalne władze Katowic także nic nie robiły, by zatuszować niesmak i po reorganizacji uczelni na te zmiany poszły spore fundusze. Jak informowały propagandowe gazetki ścienne tablic holu Uniwersytetu, na Górnym Śląsku studiowało już 50 tysięcy studentów wyższych uczelni, a z planów architektonicznych miasta wynikało, że rozbudowa centralnej dzielnicy uniwersyteckiej UŚl z istniejącym już gmachem rektoratu i wydziału Prawa znajdującym się w stadium realizacji Studium Fizyki i projektowanym Kompleksem pawilonów Wydziału Matematyczno- Fizycznego się już rozpoczęła i nabrała rozpędu.
Nic to wszystko jednak Andrzeja nie obchodziło, a jego energia – młodego naukowca – powoli kierowała się ku górom.
Jeszcze w styczniu Zarząd Oddziału Międzyuczelnianego wydał mu oprawną w zielone płótno legitymację Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego, na mocy której mógł korzystać ze zniżkowych schronisk wysokogórskich. Polski Związek Narciarski IV Okręgu Śląskiego odznaczył go za sprawność zjazdową uchwałą Komisji Sportowej okręgu P.Z.N.
Andrzej dzięki uczelnianemu koledze, którego opuściła dziewczyna od sylwestra był już w jej miejsce na nartach w małym schronisku w Beskidzie Żywieckim, z okna widać było Babią Górę, a dalej Tatry. Śniegu w tym roku nie brakło nigdzie, tym bardziej w górach.
Andrzej cały sezon narciarski wykorzystywał na wypady tam, gdzie były orczykowe wyciągi narciarskie zmagając się również z uciążliwymi masami chętnych do zażycia – jak donosiła z entuzjazmem prasa – „białego szaleństwa”. Kto jeszcze nie jeździł na nartach zmuszony prestiżem i doskonałymi warunkami pogodowymi jechał do Szczyrku, nadwyrężając i tak ledwo zipiącą infrastrukturę zimowej turystyki.
Jednak to nie wieś górska, jak sugerował Zanussi swym filmem była obiektem marzeń Andrzeja i jego kolegów z roku, jako świata alternatywnego. Był i mamił wyidealizowany Zachód. Za żelazną kurtyną wszystko zdawało się osiągalne na wyciagnięcie ręki, a filmy francuskie, gdzie aktorki ubrane w jaskrawe lub pastelowe stroje narciarskie z obłędnego, uwydatniającego kształty elastiku były takim kontrastem do tłumu stojącego w kolejce do wyciągu, ubranego przecież w swoje najlepsze zdobyte trudem ciuchy. Był w Polsce ruch hipisowski, dzięki któremu jego wrocławski kuzyn Witek umknął wojsku. Ale to wszystko z perspektywy gór, te małe przyziemne potrzeby się nie liczyło. Tam na wierzchołkach zawsze białych, otoczonych podobnymi wierzchołkami niczym eskorta izolacji, tam Andrzej czuł nareszcie spokój i wyzwolenie.
W maju Andrzej śledził wschodzącą gwiazdę polskiego kolarstwa. Już nie musiał z siostrą wychodzić tam gdzie kończyła się „Diablina” i przy Dzierżyńskiego stał godzinami tłum wypatrujący nadjeżdżającego Wyścigu Pokoju.
Teraz w telewizorze wprawdzie nie widział, że koszulka o trzy lata starszego od niego Szurkowskiego jest naprawdę żółta, ale mógł obserwować, jak przez tunel na Stadionie Dziesięciolecia wjeżdża polski kolarz o włos tylko później niż Francuz Jean-Pierre Danguillaume.

Szło lato i „Zenit” oferował płócienne namioty Sawa, Wilga, Wawel produkowane przez Mazowieckie Zakłady Tkanin Technicznych w Legionowie, materace dmuchane z zakładu przemysłu gumowego w Grudziądzu, do dmuchania mieszki, śpiwory z Legionowa. Z Zakładów Odzieży Sportowej w Łodzi były stroje sportowe z anilany i steelonu. Andrzej nic nie kupił, natomiast w MHD zapłacił 100 zł za składający się z pięciu gum ekspander wyprodukowany przez zakłady sprzętu sportowego.
Od roku należał do Koła Śląskiego Klubu Wysokogórskiego Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego w Katowicach i jak tylko zdał ostatnie, jak zwykle z najwyższą lokatą egzaminy, pociągiem ciągniętym przez lokomotywę wysiadł na stacji Zakopane i PKS-em dotarł do Palenicy, a stamtąd piechotą objuczony ciężkim plecakiem do schroniska PTTK w Morskim Oku.
Schronisko było nabite ludźmi w swetrach, z długimi włosami, niejednokrotnie brodatych i wąsatych nic nie mających wspólnego z marcowymi docentami na jego uczelni. Było tu zawsze dużo dymu papierosowego. Andrzej w dalszym ciągu nie palił, ale lubił z kolegami wypić jakiś czeski alkohol przywożony w plecakach, gdyż tu granicy z Czechosłowacją nie było.
Andrzej miał bardzo dobre warunki wspinaczkowe, miał wzrost 170 ważył 62 kg i był krótkowidzem, – 5,5 dioptrii, ale większość przebywających tu taterników była w okularach.
Rano schronisko pustoszało i wieczorem wszyscy zmęczeni albo siedzieli na werandzie przy gitarze, albo tłoczyli się przy surowych, drewnianych stołach wśród gęstego dymu papierosowego i oparów alkoholu i opowiadali jak zdobywali poszczególne trasy i co chcą jeszcze zdobyć.
Wapienną, od Doliny Kościeliskiej Raptawicką Turnię zdobyto w dwie i pół godziny w listopadzie ubiegłego roku i trzech kolegów przekrzykując się opowiadało. Wąska, południowo-wschodnia ściana Raptawickiej Turni spada do dużego kotła, ścianę przecina komin, który w dole ma kruche zacięcie potem znów kominem pod dużą przewieszką. Podejście, potem kilka metrów w górę do kotła pod ścianą i dalej do nyży, kominem w górę 15 metrów i tak dalej, dwa wyciągi i na grań.
Zadnią Garajową Turnię z południowo-wschodniego filara z Doliny Hlińskiej zdobyło trzech kolegów w kwietniu, kiedy jeszcze było dużo ciężkiego śniegu i mokrego lodu. Musieli zanocować w nawisie śnieżnym i dopiero następnego dnia zdobyli wierzchołek.
Mała Wołowa Szczerbina została zdobyta w sierpniu trzy lata temu, Żabi Szczyt Niżni pięć lat temu we wrześniu, w zaledwie dwie godziny, a potem ubiegłego roku w sierpniu.
Nawiesistą Turnię chłopcy zrobili w marcu tego roku w 19 godzin, droga o tyle trudna, że mimo rosnących traw są gołe granitowe płyty co jakiś czas naprzemiennie z porosłymi limbami i kosówkami skałami.
Turnia nad Polaną była niesłychanie trudna, robili ją w kwietniu tego roku. Trudna, gdyż skały kruszyły się, dolne progi żlebu pokryte były lodem, idąc żlebem trzeba było iść w dół komina, a potem na wierzchołek.
W połowie lipca do schroniska popołudniową porą, kiedy zmęczeni taternicy odpoczywali opalając się na leżakach, przyszła na piechotę z Zakopanego i odszukała Andrzeja niewysoka, krępa dziewczynka o imieniu Irena podobna do chłopca z bardzo krótko obciętymi włosami. Miała na sobie kraciastą flanelową koszulę, harcerskie spodnie i skórzane górskie buty. Okazało się, że ich ojcowie razem pracują w Energoprojekcie i ponieważ ojciec Andrzeja nie mógł się do schroniska dodzwonić, poprosił ją by zawiadomiła, że jutro przyjeżdża z Katowic ze swoją bratową i bratanicą na zwiedzanie Zakopanego i prosi Andrzeja jak i Irenę by mu w tym pomogli. Irena przebywa w Zakopanem od rozdania świadectw w drugiej klasie Liceum Plastycznego w Katowicach i Amerykanki wraz z kolegą z pracy, panem Rudkiem zamieszają w tym samym domu, w którym one wynajmują pokój. Niestety w Domu Wczasowym Energoprojektu w sezonie nie ma co marzyć o jakimś zakwaterowaniu, a tu chodzi zaledwie o dwa dni.
– Jadzi trzeba pokazać kilka zakopiańskich ciekawostek – relacjonowała Irena zdumionemu Andrzejowi, który nagle miał porzucić wszystko i chodzić z ceprami po Zakopcu.
– Proponuję, byś jutro nie wychodził na żadne trasy i na nas czekał, ja je tutaj przyprowadzę i razem pójdziemy do Doliny Pięciu Stawów i Wodogrzmotów Mickiewicza. Pan Rudek obiecał, że tam gdzie się będzie dało podwiezie je swoim fiatem.
Andrzej jednak zadecydował, że rano sam przyjdzie do domu gdzie zakwaterowały się Irena z matką i gdzie nie wiadomo o której dotrą Amerykanki z jego tatą, ale nie jutro, a pojutrze, bo nie będzie na nie czekał, nich się wyśpią, a tę końcówkę dnia niech je Irena oprowadzi po Krupówkach i jak zostanie czas, pojedzie z nimi kolejką na Gubałówkę.

Nazajutrz koło południa zajechał białym fiatem Rudek ubrany dziwacznie w amerykańską kraciastą marynarkę z wiskozy. Wysiadła też bratowa Rudka, szczupła szatynka, której skryte pod przezroczystą różową chustką włosy wydały się Irenie mocno podejrzane. Miała na sobie kostium z różowej krempliny i tego samego koloru elastyczny sweterek, który w komisie kosztowałby, jak wyceniła Irena, ze dwie pensje. Na nogach cienkie pończochy bez szwa i delikatne, czarne czółenka na małym słupku, tzw. kaczuszce. Nie mniejszym zaskoczeniem jak wygląd turystek, które zobowiązała się na prośbę swojego ojca oprowadzać po Zakopanem była jej córka Jadzia, już nie tak szczupła jak matka, mówiąca bardzo słabo po polsku co nawet Irenie się spodobało, gdyż mogła zaimponować jej tymi kilkoma zwrotami, które udało się jej cudem na lekcjach angielskiego przyswoić.
Jadzia ubrana była w spodnie dzwony firmy Wrangler w kolorze turkusowym i miała akrylową bluzkę w fosforyzujące paski oraz szałowy płaszcz biały w poprzeczne czarne pasy z pomarańczowymi plamami imitującymi wzór futra drapieżnego zwierzęcia. Był ze sztucznego jedwabiu podklejony gąbką tak, że był sztywny, nie miął się i był niesłychanie lekki. To nawet zgrzebnej i praktycznej Irenie przypadło do gustu jako powiew luksusu, do którego ani ją nie ciągnęło, ani go potrzebowała, jednak jako osoba niesłychanie żywa i ciekawa świata, przyjęła jako miłą, egzotyczną niespodziankę.
Zaraz wyszły na Krupówki, jej matka z panem Rudkiem zniknęły z walizą w willi, która w kontraście do drewnianej przeważnie zabudowy Zakopanego była postawiona niedawno w brzydkim stylu gomułkowskim z otynkowanej cegły i betonu.
Krupówki były pełne chodzących w kółko turystów, jadących dorożek i tubylców dziwacznie poubieranych w białe wełniane spodnie niczym rajtuzy, a na głowach mieli czarne kapelusze, gdzie w miejsce wstążki obowiązkowo musiały być nie wiedzieć czemu, morskie muszelki. Górale trzymali baty z pomponami i ta dla Ireny śmieszna cepelia dla turystów przestała być nawet dostrzegalna, ale Jadzia wściekle filmowała wszystko małą kamerą, która Irenę wprawiła w zachwyt i zazdrość. Tak doszli do białego niedźwiedzia, którego filmowaniu stojący opodal fotograf sprzeciwił się kategorycznie i zrobił im awanturę, toteż obie zgodziły się dla udobruchania zrobić Jadzi zdjęcie z niedźwiedziem, co kosztowało 50 złotych, czyli dla Ireny majątek. Ale większą cześć pieniędzy podarowanych chyba przez pana Rudka Jadzia zostawiła w obleganych przez kolonijne dzieci kioskach z pamiątkami, gdzie zakupiła złożone na całe szczęście zrobione z przypalanych nad ogniem deszczułek rozgałęziony kwiat ostu górskiego zwanego dziewięćsiłem, który po rozłożeniu można było powiesić na ścianie i zajmował metr kwadratowy powierzchni. Oprócz ciupagi i Japonki z parasolką, Jadzia zakupiła jeszcze kila oznak do przypinania z szarotką i logo Zakopanego, by podarować swoim przyjaciółkom w Cleveland.
Zadecydowano po ich powrocie, że razem z mamą Ireny w piątkę pojadą kolejką na Gubałówkę i tam w restauracji zjedzą kolację.
Wagonik jeździ po szynach dzięki napędowi linowemu kiedy jeden wjeżdżał na górę drugi zjeżdżał i Jadzia zdążyła w ciągu kilkuminutowej jazdy je sfilmować, jednak, jak zauważyła z niepokojem, Jadzia nie zwróciła najmniejszej uwagi na zachwycający widok otaczających gór na szczycie Gubałówki co Irenę, nawykłą przecież do tych widoków zawsze wprawiało w zachwyt i mrowienie.
Na tarasie widokowym było już mnóstwo ludzi, wagoniki woziły na górę za każdym razem po setce turystów. Stała tu dość obskurna tablica informująca, że restauracja „Gubałówka” czynna jest i organizuje podwieczorki taneczne oraz dansingi. Weszli do ogromnej restauracji z wysokim stropem całej zlanej słońcem, wschodząc minęli dwumetrową kobietę z wyciągniętą ręką, na której siedział rozskrzydlony orzeł odlany z brązu zwrócony w stronę Tatr z tabliczką, że jest to „Polonia Restituta” i Irena zawsze patrząc na tę rzeźbę myślała o ich profesorze Koziku, który taką rzeźbę by odrzucił jako zbyt mało syntetyczną.

Tak jak obiecał, Andrzej zjawił się w wilii zakopiańskiej gdzie mieszkała Irena z matką, a w drugim pokoju jego ojciec ze swoją szwagierką i bratanicą. O lepszym zakwaterowaniu mowy być nie mogło, Zakopane w sezonie pękało w szwach, zjeżdżali tu tak jak przed wojną artystyczne elity jak i członkowie rządu z rodzinami, a prywatne kwatery zamawiano rok wcześniej. Tylko dzięki usilnym prośbom Ireny właścicielka willi zgodziła się stłoczyć ze swoją dwójką małych dzieci w suterynie, całe szczęście jej mąż był pracownikiem GOPR-u i rzadko bywał w domu. Nazajutrz zmęczona Ludka po wczorajszym dancingu z Radkiem odmówiła jakiegokolwiek zwiedzania, szczególnie, że biletów na kolejkę na Kasprowy nie sposób było dostać i pozostawały tylko nogi. Rudek zaoferował się zawieźć ich trójkę fiatem do Palenicy Białczańskiej i przyjechać tam po nich po wycieczce, czyli, jak obliczyli po 8 godzinach. Jeszcze dwa lata temu można było podjechać samochodem pod samo schronisko Morskiego Oka, ale z uwagi na lawiny i ochronę przyrody której szkodził warkot silników i spaliny, można było jedynie dojechać do parkingu Palenicy.
Irena przezornie zabrała plecak z jedzeniem i piciem i go niosła nie ulegając Andrzejowi, by go jej zabrać przebierając też Jadzię w stare jej trampki za duże na nią, ale przynajmniej nie szła w balerinach o cienkich podeszwach.
Próbowali Jadzię na czas wycieczki trochę rozruszać dowcipkując i opowiadając różne historię, ale ona nie nadążała, z trudem klecąc polskie zadnia. Dowiedzieli się od niej, że była na przepięknym filmie w kinie w Cleveland, którego nie zapomni do końca życia. Z treści szybko Irena zorientowała się, ze Jadzia oglądała ekranizację „Romea i Juli” Szekspira, a Andrzej nawet wiedział, że była to ekranizacja Franco Zeffirelliego, gdyż był na tym filmie na Konfrontacjach Filmowych w „Kosmosie”.
Tak gawędząc doszli do Wodogrzmotów Mickiewicza i Irena myślała, że skoro ona taka wrażliwa na Szekspira to się zachwyci. Stąd było już widać Mięguszowieckie Szczyty i po prawej stronie charakterystyczną sylwetkę Mnicha. Ale Jadzia zachowywała się dziwnie, jakby wodospadu zupełnie nie zauważyła.
Stamtąd zdecydowali się zboczyć na szlak Pięciu Stawów, a wracać potem z Morskiego Oka drogą już bezpośrednią, by nie oglądać tego samego.
Szli po kamiennych schodach, ale tylko kawałek, dalej szli niemal płasko i Irena próbowała uczulić Jadzię na śpiewające ptaki i zupełnie inne powietrze niż jest w Zakopanem, a Andrzej opowiadał, że łysiny są po halnym. W maju ubiegłego roku, kiedy wiatr uszkodził 80 domów w Zakopanem i prądu nie było w pięciu tysiącach punktach, zniszczył przede wszystkim przyrodę i mieszkania zwierząt.
W Tatrach 500 hektarów lasu wyglądało jak, pobojowisko, ogromne stosy pni leżały pokotem. Musiały być okorowane i wywiezione gdyż pozostawienie groziło rozmnożeniem się kornika drukarza. W pustych miejscach nasadzono w reglu dolnym jodłę, buk i jawor, w górnym modrzew i świerk tatrzański.
Jednak tu gdzie byli, sosny były wysokie, a poszycie bujne, znajdowali się już w Dolinie Roztoki, a Irena znała tu niemal każdy kamień, ale rozkoszowała się tym, ze zaraz zobaczy taflę wody i umilkła zupełnie. W szczelinach skał wokół leżał śnieg, woda z potoków tworzyła niewielkie wodospady, w dali widniało Schronisko. Wiatr szumiał, grzało słońce i pachniało wodą i krystalicznym powietrzem. Skręcili w dolinę Świstówki Roztockiej i niebieskim szlakiem szli już w kierunku Morskiego Oka.
Andrzej przyprowadził je na werandę schroniska gdzie na leżakach wypoczywali turyści i w którym już od miesiąca spał na podłodze. Przyniósł im gorącą wodę w szklance, do której zapobiegliwa Irena wrzuciła garść piórek herbaty. Jadzia była oburzona. Jak można pić herbatę w taki upał.
Zjedli kanapki, Irena ciągnęła Jadzię by obejść wokół najpiękniejszego na świecie jeziora, ale Jadzia, czerwona i zziajana stanowczo odmówiła. Zjedli kanapki i trochę posiedzieli.

Na wyrywki pokazywali Jadzi Grań Żabich, Niżne Rysy i Rysy, Żabiego Konia, Żabią Turnię Mięguszowiecką, Wołową Turnię i Mięguszowieckie Szczyty: Czarny, Pośredni, Wielki, Cubrynę, i Szpiglasowy Wierch, Miedziane i Opalone, Mnicha i ciemną ścianę Kazalnicy.
Andrzej zabrał ze schroniska plecak i niezbędne rzeczy. Lądowanie na Księżycu miało być 20 lipca. A więc za dwa dni, postanowił zobaczyć je w domu w Katowicach, potem tu wróci.
Wracając fiatem Zakopianką bardziej się bał niż na górskich szczytach wisząc na linie nad przepaścią. Jego ojciec prowadził samochód fatalnie.
Siedząc koło Jadzi pogrążył się w rozmyślaniach. Zagraniczni taternicy w Moku mieli już supernowoczesne plecaki, nie takie jak on, z drelichu. Brązowe, stylonowe plecaki „Mont Blanc” o wysokości 50-70 cm z nadstawką i obwodzie 105 cm ważyły zaledwie 1,3 kg, a z przypiętymi kieszeniami 1,6 kg. Mieli też nie bawełniane, ale nylonowe pasy nośne z wkładkami gąbkowymi, idealnie przylegające do ciała i nie wrzynające się w barki.
We wrześniu skończy dwadzieścia lat. Alpiniście podobno najtrudniej dożyć czterdziestki. Potem już żyją długo.

Zaszufladkowano do kategorii 2020, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Lata sześćdziesiąte. Ewa (28)

Po wakacjach Ewa zdecydowała ściąć swoje kilkuletnie włosy i zrobiła to 28 września nakręcając grzywkę i włosy na wałki. Nikt oprócz Krystiana w klasie tego nie zauważył. W domu wszyscy pogrążyli się w swoich zainteresowaniach. Andrzej od października skrupulatnie oglądał wszystkie transmisje Letnich Igrzysk Olimpijskich w Meksyku, które nie wiedzieć czemu nie odbyły się latem. Matka walczyła z maszyną dziewiarską i z pasją oglądała „Stawkę większą niż życie”. Stanisław Mikulski odgrywający główną rolę polskiego herosa lat wojny zwyciężył w jej prywatnym rankingu z Gregory Peckiem na ulubionego aktora. Ewa tymczasem pogrążała się w marazmie nieodwzajemnionej miłości, pisaniu w licznych kajecikach rozlicznych skarg i malowania długopisem gigantycznej łzy, w której odbija się ona, smutna i zapłakana.
Ich czwarta klasa stała się ostatnią, najstarszą klasą, gdyż piąta przygotowywała się do matury i została zwolniona z wszelkich ogólnoszkolnych działań, a do ich klasy przybyli drugoroczni, zasilając ją wspaniałymi indywidualistami. Do nich należała Begonia, córka przedwojennego emigranta do Wenezueli, który wracając do komunistycznej Polski nazwał wszystkie cztery córki imionami kwiatów, być może pod wpływem „Akademii Pana Kleksa” Brzechwy. Begonia miała zły zgryz, co przy grubokościstej budowie nie przysparzało jej urody, a mimo to od razu cała klasa polubiła ją za bezpośredniość i barwne wenezuelskie opowieści. Malowała właściwie monochromatycznie, nie wyczuwając koloru, natomiast uporczywie wprowadzała kolor do wszystkich rysunków wbrew sprzeciwom profesora i właśnie taką anarchią klasa była zachwycona. Drugą indywidualnością był Janek, który podobno celowo zdecydował się na powtarzanie klasy, gdyż bał się wojska i bał się, że nie jest dostatecznie przygotowany do egzaminu na Akademię, ale jak sam potem opowiadał, nie była to do końca prawda. Janek zaraz zwrócił uwagę na Ewę i z racji starszeństwa nie miał żadnych oporów ani nieśmiałości. Na przerwie, ni z tego ni z owego opowiedział, jak to stosunek płciowy na stole nauczycielskim z piękną koleżanką, córką znanego warszawskiego grafika z ich klasy został namierzony przez któregoś z pedagogów. Winę wziął na siebie, a koleżanka natychmiast się od niego odsunęła bojąc się, że jej nie dopuszczą do matury. Nie dopuszczono więc jego.
Janek po klęsce złamanego serca, po zawodzie miłosnym był mężczyzna po przejściach, miłosnym bankrutem i miłosnym inwalidą, ale jednak jeszcze przed wejściem do ich klasy, jak opowiadał, zdążył spotkać rudowłosą dziewczynkę nazywając ją Georgią i się zakochać. Janek zakochał się śmiertelnie w kilka lat młodszej od szkolnych koleżanek blondynce z podwórka Ewy, bloku naprzeciwko jej na Koszutce, córce polskich repatriantów ze wschodu. Ewa dobrze ją pamiętała z dzieciństwa jak pojawiła się w ich piaskownicy w za dużych overolowych spodniach, a dziecięce, rude loki zdobiły teraz głowę kilkunastoletniej Georgii.
Ewa ceniła sobie wszelkie próby nawiązania bliższego kontaktu z Jankiem, jego zwierzenia, to że ma dziewczynę i że jej nic z jego strony nie grozi. On zaraz zauważył amerykańskie wełniane spódnice wystające spod fartuszka i płaszcz z szerokiego sztruksu. Były to ciuchy kupione w to lato w Przemyślu i Ewa była z nich bardzo dumna, ale nikt oprócz Janka ich nie docenił. Janek mieszkał blisko szkoły, nie tracił energii na dojazdy i miał jakiś większy luz od innych wycieńczonych kilkunastogodzinną szkołą. Janek błyskawicznie znalazł też wspólne zainteresowania z grupą chłopaków grających na instrumentach, z Romkiem, Januszem i Tadziem. Sam grał na organkach i gitarze, przynosił je do szkoły, czym rozruszał na przerwach klasę.
W październiku klasa pojechała do Krakowa, Komitet Rodzicielski rozliczając się ze zobowiązań wysyłania klas na dwie wycieczki rocznie, załatwił autobus „San”. Z klasą oprócz wychowawczyni zabrał się ich ulubiony nauczyciel od projektowania celnie komentując obrazy w Sukiennicach.
Było już chłodno, Ewa ubrała kupiony na ciuchach wełniany, z czerwonym runem na wierzchu, obszyty białą lamówką żakiet przypominający ubranka uczniów z Eton. Ale Janusz na wycieczkę nie pojechał i wszystko straciło dla niej sens.
W notesiku zanotowała: I szczęście przeszło obok mnie/skrzydłem musnęło/zawirowało coś we mgle/błysnęło i minęło.
Zbliżały się ferie zimowe, komuś w klasie udało się kupić album Czesława Niemena „Dziwny jest ten świat” którego sprzedano tyle, że stał się Złotą Płytą, co było zupełnie bez sensu, gdyż nikt normalny w sklepie kupić jej nie mógł i z pewnością gdyby wytłoczono ich więcej, też by zostały wykupione. A Ewa kupiłaby ze względu na ulubiony utwór „Wspomnienie” ze słowami Juliana Tuwima.
Płytę puszczano na przerwach na przyniesionym przez Janka adapterze, który nie musiał go daleko nosić i taki nastrój bożenarodzeniowy umilał ostatni miesiąc roku.
Ewa cudem dowiedziała się o szkolnym zimowisku, bo nawet i letnie obozy odbywały się w szkole, ale nie miała pojęcia według jakiego klucza tam uczniowie byli werbowani.
28 grudnia 1968 pojechała pociągiem zaraz po świętach do Rycerki koło Rajczy do uczniów jej szkoły, a ferie zimowe obejmowały także wspólną wigilię. Matka sprzeciwiła się, by Ewa nie uczestniczyła w rodzinnej wigilii i zezwolono, by niektórzy uczniowie dojechali po rodzinnych świętach bożenarodzeniowych.
Ewa zaliczyła wiec wszystkie przedświąteczne kolejki, wszystkie katowickie absurdy sklepowe, sztywno trzymające się wytycznych żywieniowych z tradycji Kresów. Zenit otwierano o 11, kiedy już otoczony był szczelnie przyjezdnymi z całego Śląska i cierpliwie czekającymi na mrozie. Ewa kleiła uszka i mieliła mak na kutię w dużej maszynce do mięsa, a orzechy włoskie w małym przedwojennym młynku. Na imieniny matka kupiła jej skórzane buty narciarskie, które nie były wprawdzie na klamry, takiej jak miał Andrzej, ale były nowe i brat dostosował wiązania do starych nart.
Tak niezwykle ucieszona poszła na dworzec przedzierając się przez rozkopane ulice i tymczasowe płoty, ale mimo, że dworzec był nie wybudowany, wszystkie pociągi jeździły. Montaż ruchomych schodów na peronie 4 utrudnił też wejście na perony, ale i to dawało się sforsować.
Wsiadła do pociągu do Bielska-Białej i tak po przesiadce w Żywcu wysiadła na maleńkiej stacyjce w Rycerce.
Mała stacyjka z dwiema betonowymi kolumnami była pusta, widocznie turyści albo jeszcze nie przyjechali tutaj na sylwestra, albo wyjechali już po świętach i Ewa sama brnęła w głębokim śniegu gminnej drogi pod podany jej adres jakieś chałupy na wzniesieniu.
Zimowisko szkolne zajmowało trzy obszerne pomieszczenia w wiejskiej drewnianej chałupie stworzone z podzielonej na trzy jednej wielkiej izby ściankami z dykty. Jedną zajmowały dziewczyny, drugą chłopcy, a ostatnią Dyrektor ze swoją żoną zwaną przez uczniów Żabą. Panowała tu luźna atmosfera całkowitej wolności. Uczniowie i uczennice, którzy to najwyraźniej lubili robić, urzędowali w kuchni dzieląc posiłki i Ewa nie zauważyła, by było to dla kogokolwiek uciążliwe. Po przeładowanych żarciem świętach entuzjastycznie zjadła chleb z serem i popiła herbatą z kotła. Nikt tu jej oczywiście nie witał, ani nie oczekiwał, naturalnie dołączyła do istniejącej już, zgranej ze sobą społeczności, do której nie musiała się wkupiać ani niczego tłumaczyć. Wieczorem wszyscy siadywali przy piecu, który też z entuzjazmem był podsycany zbieranym wokół drzewem, które rozłożone wokół suszyło się na następne dni. Ktoś włączył przywieziony przez kogoś adapter i puszczano Szopena. Joasia płakała jak puszczano Szopena, co dla Ewy było niepojęte, nigdy Szopen w niej nie rezonował, chociaż uważała siebie za sentymentalną. Dyrektor i Żaba starali się być niewidocznymi i od zmroku wszyscy na zimowisku pozostawieni byli sami sobie, co skrzętnie wykorzystywali. Bezkonkurencyjnym liderem całego zimowiska był Maciek. Ewa nawet nie wiedziała o istnieniu Maćka, był z niższej klasy. Pewnego razu przyniósł emaliowaną miednicę – jedyny tu sprzęt do umycia się – i przystawił do ściany, za którą przebywał dyrektor z żoną, by podsłuchać, jak się „ryćkają”, i czy już Troki – tak nazwał dyrektora Maciek – zażył odpowiednią dawkę johimbiny.
Mimo tych obsesyjnych tematów seksualnych, nic u Maćka nie było wulgarne, ani obsceniczne. Miednica w pewnym momencie wysunęła się spod przyłożonych do niej uszu i upadła na drewnianą podłogę robiąc straszny hałas. Wszyscy zamarli w przestrachu, ale nic się nie wydarzyło. Nikt zza tej ściany nie wyszedł i zabawa do późnej nocy była kontunuowana.
Rano, po posmarowaniu kromek chleba i popiciu ich herbatą wszyscy wylegli na podwórze domu, które zdążyło pokryć się przez noc grubą warstwą śniegu. Dom stał na wzgórzu, nie wiadomo był, gdzie parkuje dyrektor swoją dekawkę, bo tutaj by nie dojechał.
Dyrektor zjawił się zaraz po śniadaniu na podwórzu w czarnej czapeczce z pomponikiem i drelichowej kurtce, zapinał swoje przedwojenne narty do swoich przedwojennych butów z wiązaniami umożliwiającymi też swobodne chodzenie, chociaż nie były to biegówki. Zjeżdżał z górki jako pierwszy, a za nim ustawiała się kolejka narciarzy, wśród których była i Ewa. Ewa nie umiał jeździć, jak i nikt oprócz dyrektora, ale ponieważ byli tu już kilka dni przed nią, wydawali się zaawansowani. Bohatersko zjechała z górki szusując, a potem trenowała pług. Buty okazały się fantastyczne, nawet jak przechylała się niebezpiecznie w jakimś kierunku, jak wańka-wstańka natychmiast odchylała się z powrotem i ani razu nie upadła. Powoli uczący się jeździć wykruszali się przechodząc na sanki. Ewa dzień w dzień jeździła z ambitnym Jurkiem i Joasią i kilkoma chłopakami z niższych klas. Maciek, przywiózł wprawdzie też narty, ale szybko zrezygnował i przeszedł na sanki, do których usilnie przekonywał Ewę. Oczarowana dowcipem Maćka dzieliła teraz dzień na narty i sanki, rano narty z Jurkiem, popołudniu sanki z Maćkiem. Niestety, na sankach Maciek też nie dawał sobie rady, kiedy kierując wjechali z całym impetem w drzewo. Przerzucili się już po tym tylko na spacery.
Zaraz za łagodnym stokiem górki, gdzie stał dom, rozciągał się las teraz w szacie zimowej tak czarującej, że Ewa która nigdy nie widziała zimy w górach nie mogła się nazachwycać. Na dodatek Maciek cały czas gadał i okazał się niezwykle inteligentnym i oczytanym chłopakiem, czego w swojej klasie nigdy nie doświadczyła z nikim. Zimowisko gromadziło też starszych uczniów klasy maturalnej, którzy jak zauważyła Ewa, mieli jeszcze większe wahania nastrojów niż ona. Ilona, która uwielbiła tańczyć Zorbę w czasie sylwestra przy piecu i płytach winylowych nagle poszła do lasu i nie wróciła. Chłopcy siłą ją przywlekli pod piec zapłakaną i zziębniętą, gdyż nie chciała opuścić nocnego śniegu i ta symulowana, bądź prawdziwa próba samobójcza mogła się dla wszystkich źle skończyć, toteż fakt starano się ukryć przed dyrektorem i Żabą, co chyba się i tak nie udało. Ewa jednak nie wiedziała i nie bardzo się wspólnotą interesowała odwzajemniając jej tym samym co ona jej, a mając dwóch adoratorów społecznie była całkowicie zabezpieczona. Żaden z nich nie potrafił tańczyć, a ona też nie tańczyła w czasie sylwestra, by ich nie zawstydzać.
Do obiadowej przerw jazdy z Jurkiem wznieciły w nim jakieś roszczenia do Ewy, co spowodowało nienawiść odwzajemnioną do Maćka. Ewie nie podobał się żaden, jej wyimaginowanego kochanka tutaj nie było i nie miała pojęcia o co im chodzi. Nie zdawała sobie sprawy, że zwykła rozmowa może być tak ściśle wyceniana, a jej potrzebowała w swej samotności najbardziej.
Zimowisko minęło jak każde przyjemne przeżycie błyskawicznie, wszyscy 3 stycznia 1969 roku wracali tym samym pociągiem i dopiero w Katowicach wsiadali do swoich pociągów rozwożących ich do domu. Na dworzec przyszedł tylko jeden rodzic i był nim ojciec Maćka, wyjątkowo stary, ubrany w staroświecki płaszcz z wielbłądziej wełny ze śmiesznymi nausznikami na głowie.
W Katowicach na Domach Mody wywieszono kartki, że modne od tego sezonu spodnie dzwony uszyją w ciągu 48 godzin za 850 zł przez spółdzielnię „Strój” i Ewa naciskała na mamę, by jej na maszynie dziewiarskiej takie spodnie zrobiła, co z niemałym trudem dokonała.
Maciek nie wiedzieć czemu po powrocie z Rycerki nie przyznawał się na przerwach do znajomości z Ewą w odróżnieniu od Jurka, który z pasją uczył ją matematyki oddając swoje przerwy na przesiadywanie z nią w ławce. Ale pewnego razu tak, by nikt nie widział, wręczył jej paczuszkę owiniętą w wykwintny papier. Był w nim oprawiony w ramki wielkości 10 cm kwadratowy obrazek przedstawiający rzeźbę Rodina przedstawiającą nagą parę w miłosnym uścisku, zdjęcie wycięte z jakiejś gazety, mocno przyżółcone i niewyraźne. W dołączonym liście donosił, że nasz związek ma być w absolutnej tajemnicy i że ma dla mnie bilet. Wobec tego, Ewa poprosiła koleżankę, która nie była na zimowisku, ale też miała na imię Joasia, którą bardzo lubiła, bo była bardzo inteligentną jak na poziom klasy osobą, by dostarczyła Maćkowi jej list. Dołączyła swoje zdjęcie legitymacyjne. Ewa uwielbiła pisać listy, pisała a vista na kratkowanym papierze wiecznym piórem nie przejmując się nigdy skreśleniami i estetyką korespondencji. Ale już 11 stycznia Joasia dała jej odpowiedź: kopertę wyściełaną zieloną bibułką z napisanym na przodzie zielonym atramentem EWA. w miejscu. Na odwrocie było napisane: nikomu ani mru mru.
Maciek pisał:

Ewo wspaniała! I mnie list Twój bardzo uradował. Nigdy bym się nie spodziewał że tak to wyrozumiale przyjęłaś. Dziękuję. Nie wiem dobrze od czego zacząć mam Ci tyle do powiedzenie. Zaraz zrobię planik mały.
Jurek to człowiek naiwny, ciężko kapujący i nie umiejący (niestety) osądzić co dobre co złe, i kiedy jak należy się zachować. Wiem, że tamte dobre czasy z Trokim były udane. Nie wiem czy będę umiał (oczywiście przy Twojej pomocy) próbować wykorzystać to co nas łączy (by było piękne) i (zostawiło naprawdę miłe wspomnienia) w sposób możliwie kulturalny i ludzki. Dziś sobota. Czasu raczej niewiele. Poza tym ja muszę w sobotę wieczorem wyjechać z Katowic do Tarnowskich Gór na odwiedziny. Ale może da się coś wygospodarować z tego „Bigosu faktów” ograniczonego chronometrami. Bardzo mnie cieszy, że będziesz w Pałacu Młodzieży z okazji wyzwolenia. Jeśli się mi uda postaram się przyjść tam. Jeżeli (oczywiście) pozwolisz. Korespondencja będzie jeszcze przez parę dni najlepszym łącznikiem.
Jestem może, trochę nie w porządku, bo biletu mojego nie sprzedałem (tylko Twój) i poszedłem na to przedstawienie, zresztą bardzo nie udane (po prostu „lipa”) i cieszę się że nie poszłaś ze mną i miałaś czas na chemię i rosyjski, które przeszły pomyślnie, na pewno. Nie miej mi tego za złe. Bo jeśli coś postanawiam, to staram się to zrealizować, jeśli nie bezpośrednio, to okrężną drogą, która nie zawsze jest pomyślna. Kosztowało mnie to 3 z Historii i geografii. Reprodukcja rzeźby ma 25 lat, bo została wydrukowana w pewnym czasopiśmie 25 lat temu po wojnie oczywiście. A mój ojciec poznał mamę w 1950 roku tj. o wiele później i dał jej chyba coś innego, bo ta reprodukcja już była żółta. Jako że Twe uczucia bardzo podbudowały moją duszę i ją wzmocniły posyłam Ci ten skromny (bardzo skromny) symbol miłości, który jest dla mnie b. cenny, bo to rzeźba Rodina. Kobieta i mężczyzna. Reprodukcyjka jest bardzo stara i żółta ma 25 lat. Jeżeli uważasz za stosowne, proszę przyjmij to ode mnie. Zdjęcie, które mi dałaś ma sobie jedną rzecz, która cieszy moje oczy i serce – Ciebie, po za tym jest okropnie zrobione. Ja także chciałem pisać dedykację na swoim teraz obrazeczku a’la Rodin, ale uznałem że zasadnicza jest treść, zasadnicza forma, a wszelkie dodatki nic nie powiedzą, samo to jest wystarczająco wymowne i dlatego Twoje zdjęcie fotograficzne bardzo mnie cieszy. Dziękuję. Zachowam je, jeśli nic nie przeszkodzi na zawsze, dlaczego to już wiesz. Symbol to wymowny. Tylko każdy inaczej to na pewno odbiera. Bardzo lubię Rodina. W ogóle jestem raczej „rzeźbiarzem” niż malarzem czy zabawkarzem, bardzo mnie ta pasjonuje. Miłość fizyczna jest ukoronowaniem doznań ducha, nie zupełnie dla wszystkich, a szczególnie nie dla kobiet. Na gruntownym podkładzie więzi dusz zakochanych jest kulminacją całego uczucia i często (b. często kończy go). Dalej to już przyjaźń i przyzwyczajenie jak Ty podobnie traktujesz J. bez czynnego udziału z Twojej i Jego strony. Przepraszam za nietakty (nie mogę inaczej). My jesteśmy, przynajmniej ja (na oko) w 1/4 całości miłości, jeżeli ta nazwa jest w zupełności dla Ciebie uzasadniona. Co do mnie z tym przestrachem to staram się mieć maskę dobrej jakości nie najlepszą formalnie, ale konsekwentną bo jak wiesz:
W ŻYCIU CZŁOWIEKA OCENIA SIĘ
ZAZWYCZAJ PO JEGO MASCE, KTÓRĄ
DEMONSTRUJE OTOCZENIU, PRAWIE
NIGDY PO JEGO PRAWDZIWEJ TWARZY,
KTÓRA NA LUDZKIE SZCZĘŚCIE
ZOSTAJE TYLKO DLA NIEGO SAMEGO.

Sobotę mamy chyba z głowy, jest załatwiona na mur, jeśli Ty nie zmienisz tego lub nie nastąpi moje gwałtowne zniknięcie pod tramwajem lub kołami automobilu, ha.. ha.. ha..!
Pan Henryk ma 19.I.69 imieniny i urządza je 18 tj. w sobotę w godz. wieczornych i zaprasza. Choć przed tą uroczystością możemy przejść piechotką od „Kosmosu” do ulicy Lompy koło WRN.
Mam poważną klasówkę z chemii w sobotę o godz. 10 rano tak, że będę na pewno roztrzęsiony (+Kordian i angielski). Tak że relaks by mi się przydał. Heńkowi coś tam powiedziałem (b. niewiele) ale o nas wie że „m”. Wygląda mi na zaufanego. O Jurku źle nie myślę i także miewałem bóle głowy po pływalni z Trokim w zeszłym roku, byłem potem wyhamowany przez 40 godzin. Czekam na zdjęcie z dedykacją, choć kolekcjonerem (szczególnie) nie jestem. Twój Kordian uratował mnie od wyrozumiałej Mańci. Rozważ sobotę. Życzliwy Maciek
Według moich możliwości utrzymam w tajemnicy.

Tu wkleił wyciętą z jakiejś gazety „Dobre intencje, to zbyt krótka drabina”, a na odwrocie koperty w nawiasie: (przepraszam głowa do góry).
Ewa wiedziała, że wiele dziewczyn rozpoczęło już życie płciowe, ale nie miała pojęcia, że ten beznadziejny start do niej Maćka z niższej klasy jest jedynym celem tej znajomości, podczas gdy jej podobały się jego listy i nic więcej. Natomiast pastwił się niepotrzebnie na Jurku, nazywając go J. lub Georgiem, któremu Ewa za lekcje matematyki była dozgonnie wdzięczna. Na dodatek nie wiadomo skąd, dowiedział się o Krystianie. Ale grzecznie odpisała.
15 stycznia Joasia dała jej list:
Ewo Jedyna! Wyjaśnienie względem nagłówka, przepraszam za to że możesz go źle interpretować, ale piszę: jedyna do czasu, kiedy ognie w nas pogasną (uważam, że na szczęście szybko to nie nastąpi, oby, będę się b. starał), lub ktoś nie przerwie nasze gry w trakcie jej trwania, to by był dla mnie moment bardzo przykry i złośliwy, dla Ciebie, myślę też. Pan George stara się mnie unikać a jeżeli już na mnie trafi, spogląda wzrokiem ironicznym i władczym (będąc nadal w błędzie, bo chyba łączą Cię z nim stosunki przyjacielskie, lub dobro koleżeńskie, tak myślę ja). Ja sentymentu nie czuję do niego, primo: narobił przynajmniej dla mnie b. dużo rzeczy przykrych z powodu Twojej osoby, bez Twego czynnego udziału, a tylko biernych kontemplacjach o Tobie. Przedstawił mi oczywiście przeszłość oraz plany względem Twojej osoby. Jeżeli chcesz będę Ci mógł o tym napisać, albo, jeśli wolisz zapomniał, tylko dla Ciebie (nigdy nie wspominając o J. w rozmowach intymniejszych, bo on mnie swoim zachowaniem denerwuje. Nie jest On jednak w żadnym wypadku moim oficjalnym wrogiem, dla mnie.
Dobrze, że usiłowałaś zejść z chmur na ziemię, bo jeśli chodzi o miłość to dal nas obojga, a nie tylko wyłącznie dla Ciebie lub mnie. Widzę, że wciąż się wahasz. [Krystian i ten tajemniczy ktoś (ideał?)] Jeżeli możesz to się zdecyduj dziewczyno moja. Bo chyba jest Ci trudno, bo mnie bardzo jest, bez Ciebie przy boku, głupio. Drugie dobrze że starasz się oceniać ludzi po cechach ich ducha i serca a nie zewnętrza, a moje włosy?…Miłość to chyba jedyna z gier uczuć, która nie znosi kompromisu, jest on z niej zupełnie wyeliminowany. Bo to nie jest uczucie powtarzam dla jednej osoby, trzech, czterech tylko dla dwojga, którzy się mimo wszystko kochają. TAK. Bez względu jaką formę przyjmie ta miłość np: nasza? cytat z indiańskiego wyobrażenia miłości:
SŁODKA WODA NAUCZY CIĘ KOCHANIA DZIEWCZYNO,
PIJĄC MĘTNĄ WODĘ NAUCZYSZ SIĘ KOCHANIA, KOBIETO,
KOSTNIEJĄC NA ŚNIEGU NAUCZYSZ SIĘ KOCHANIA MOJA
KSIĘŻNICZKO.
BO MNIE TRZEBA KOCHAĆ….
Uwaga, spotkamy się… (mnie pozostawiłaś decyzję) ….. o godz. 18 i będziemy razem do godz. 20.00 jeżeli możesz o tych godzinach, bo ja tylko w tym czasie. Możemy pójść w tym czasie do kina, w Zorzy jest film dozwolony dla nas i jest też tam ogrzewany hall. Biletami ja się już zajmę. Szybko zaraz odpisz w szkole czy się na to zgadzasz. Film umiarkowanie spokojny ale zamiast na film patrzeć możemy posiedzieć w tym hallu. Czekam niecierpliwie życzliwy Maciek

Ewa coraz bardziej zaplątywała się z niezamierzony romans, konstatując z żalem, że wszyscy próbują ją do czegoś użyć i nawet brzydki Jurek, który według niej był jeszcze brzydszy niż Maciek, za te lekcje matematyki też sobie coś wyobraża. Nawet Rosjanom powodziło się w Kosmosie, trąbiono wszem i wobec, ze Sojuz 4 i Sojuz 5 połączył się odbywszy pierwszy dwuosobowy spacer kosmiczny z pierwszą wymianą załogi na orbicie, a z nią ciągle chce się ktoś połączyć, tylko nie ten, co trzeba.
Tymczasem wzmógł działania Heniek i doprowadził do prywatki u Krystiana by móc potańczyć, który widząc klasowe działania Jurka, pełen pogardy, gdyż był od niego o wiele ładniejszy, zaprosił go z Danką i na dodatek Piotrka z Kochłowic, by ich było więcej.
Tzw. bigiel w willi Krystiana na najwyższym piętrze Ewa przeczekała, szczególnie, że Krystianowi, jak z nią tańczył wśród tylko zapalonych świec pociły się dłonie i jednoznacznie wkładał jej palce między jej i jakoś przesuwał, wiercił, dla Ewy było to nieznośne, ale bała się go obrazić. Bardzo się do tego przyjścia ich przygotował, rodzice też sekundowali jedzeniem i wykwintnym strojem, matka włożyła nawet buty na obcasach. Krystian, mając babcię w RFN miał najnowszy album „Yellow Submarine” grupy The Beatles i amerykańskie bluesy w wykonaniu Johna Mayalla.
Ewa po powrocie w notesiku zanotowała:
Ciemno. W śnie granatowym
wolno kołyszą się pary
pochłonąć myślami o sobie
czule. Ściskają dłonie.
Ich myśli piękne i drogie
wtem zabłysła świeca, gasząc snu opary
Jasno. Rzeczywistość wraca znowu.
Zaprzysiężono Richarda Nixona na 37 prezydenta Stanów Zjednoczonych, który obiecał zakończyć wojnę w Wietnamie i świat zdawał się iść w dobrym kierunku.
Ewa po odpisaniu Maćkowi próbując skierować jego zainteresowanie na Wyspiańskiego i otrzymaniu jego kolejnego listu bezradnie zapisała w notesiku:
Buduję szczęście…
Sztucznie.
Dobieram w nim aktorów
i sama gram.
Więc serce w nim uwięźcie
wbijcie w nie rozkoszy włócznię
wpędźcie stada amorów
bo sama losu nie oszukam.
Maciek 25 stycznia pisał:
Właścicielko moich serc i zmysłów!
Bardzo mnie cieszy to, że interesowałaś się Rodinem, ale bądź co bądź to dla mnie komplement. Piszę do Ciebie podobnie jak Ty bo to jest oszczędniejsze, dziękuję za pomysł, przepraszam. Ja też się czasem interesuję Wyspiańskim. Jeżeli byś chciała mogę Ci dać reprodukowane wydanie (albumik) szkiców kwiatów. Są na tych obrazkach pieczątki jednego z katowickich szpitali, ale nie oznacza to zupełnie że książka została z niego skradziona, lecz dostana (uwierz). Włosy ostrzygłem z kilku powodów: 1. były trochę za długie, a to zawsze kwestionuje żaba i inni pedagodzy. 2. poczułem się trochę lepiej nie musząc się czesać co 5 minut. Ale u mnie to pójdzie, bo już za 2 tygodnie plereza podrośnie xx gitara lub mandolina. Jeżeli przez te postrzyżyny strąciłem coś u Ciebie to bardzo przepraszam i żałuję, dla Ciebie oczywiście żałuję, ale już trudno, stało się. Na temat cytatu o demonstracji maski otoczenie przez człowieka może powiemy sobie w sobotę po południu tj. dziś. Zabawa szkolna nie dobędzie się, mam to zanotowane na żywienie p. Janickiej w dzienniczku. Tak, że tam nie pójdziemy, gdyby nawet to za dużo by było tam zazdrosnych i złych oczu. U nas także belfrowie szaleją, niestety prawie na wszystkich przedmiotach. Trudno, ale już po 30 stycznia sytuacja się poprawi i przypuszczam, że będziemy mieli więcej czasu dla siebie. Na dowód mych dobrych chęci i zamiarów podaję Ci bilety. Czekam na szybką odpowiedź. Dzisiaj podczas którejś przerwy. Ja list podaję przez J. jeżeli będzie w szkole. To osoba dość poważna. Dziękuję za wszystko czekam (oczywiście) życzliwy (kochający) Maciek
(na spotkaniu damy sobie spokój ze sprawami szkoły i nauki w niej oraz spraw.

Amerykański film, jaki wybrał Maciek był bardzo ambitny, przygnębiający i czarnobiały, Życie niewidomej Seleny którą grała niezwykle urodziwa Elizabeth Hartman było jeszcze gorsze od jej, Ewy. Skazana nie wiedzieć czemu na nizanie koralików pod drzewem, na zajęcie z którym osoba widząca poradziła by sobie z trudem jest adorowana jedynie przez Murzyna, który jako jedyny okazuje jej serce. I właśnie na tym filmie zatytułowanym „W cieniu dobrego drzewa” Maciek niezdarnie ją pocałował, a ona nie broniła się grzecznościowo, gdyż nie chciał słyszeć o zwrocie pieniędzy za bilet.

Darling! Bardzo Cię przepraszam jeżeli zachowywałem się tego wieczoru nie tak jak Ty chciałaś (te „my”). Przepraszam chcieliśmy pewnie raz na to duże bądź co bądź spóźnienie (może to na wieczór nasz wpłynęło). Mimo wszystko jednak ten wieczór był dla mnie jedyny w swoim rodzaju, bo nigdy jeszcze nie byłem z dziewczyną w kinie, tak jak z Tobą. Wielkie Ci za to dzięki, bez względu na wzgląd. Czy mogłabyś mi wyjaśnić dlaczego nie możesz iść w niedzielę tj 2 lutego do kina (ze mną) na film pt. Start Skolimowskiego – kino „Przyjaźń” – plac Wolności. Bo to naprawdę jest film wartościowy ogóle mówiąc dobry (jeżeli nie b. dobry bo jeszcze na nim nie byłem.)
Jeżeli nie to się zastanowimy wspólnie (w ciągu tygodnia nad sobotą tj 1 lutego 69) Trochę Ci o sobie powiedziałem, mogło Cię to zniechęcić? Rozczarować? Jeżeli tak to trudna rada, ale nie wpłynie to na naszą nazwijmy to >M< chyba. Powiedz mi coś o sobie na spotkaniu, jeśli uważasz za wskazane czy potrzebne. Kocham Cię życzliwy Maciek
Ewa rozwinęła swój talent epistolarny i posłała przez Joasię list mówiący o tym, że jej serce jest zajęte zupełnie kimś innym który nie odwzajemnia jej uczuć. Ale Maciek słyszeć o tym nie chciał.

Ewo! przepraszam, ale ni miałem czasu odpowiedzieć na Twój romantyczny list mający z rzeczywistością mało wspólnego, bo właściwie to ideałów na świecie naszym kochanym nie ma. List Twój zrozumiałem, tak mi się przynajmniej zdaje. Ale nie wiem, kto był tym romantycznym ideałem Twojej miłości nieodwzajemnionej, bo o nim mi w sobotę nie wspomniałaś o tych imieninach u H. To na pewno jego siostra, bo Bumpa umie wpłynąć na swoje koleżanki. Tak, że będziemy musieli ograniczyć nasze dodatkowe towarzystwo. Czekam na list życzliwy Maciek.
Jest godz. 06.45 rano i dlatego tak niewyraźnie napisane dłuższy list napiszę chyba jutro.
List dla Ewy był zupełnie niezrozumiały, ale czekała z trwogą na rozwój wypadków. Na wszelki wypadek wysłała list nie przez Joasię, ale przez Dankę. Ale bardzo chciała zobaczyć film Skolimowskiego.

Love is red, my Darling tak mi się zdaje kiedy jestem przy Tobie. „The Beatles Nie omijaj mnie” oczywiście to na marginesie naszych spraw. Dziękuję za list był dla mnie (chyba) pierwszym listem, który dostałem, by mógł (oczywiście wg. mnie) maksymalnie mojego ducha (dobrego) i serce. Dla mnie chyba dobrze że nie łączyło Cię nic z Krystianem. ani z Jurkiem. Chociaż Krystiana. Zamęcza mnie na każdej przerwie propozycjami pojedynku (na pewno o Ciebie). Ale postaram mu się delikatnie wyperswadować że to nie ma sensu, oczywiście, za Twoją zgodą. To chyba względem interesów było by wszystko. Tak? Dobrze ż pójdziesz do kina ze mną. Wydaje się że seans jest koło 11.00 rano, albo o 16.00. Zastanów się raz jeszcze. Choć to niepotrzebne. 2 godziny to ni dużo bo dzień ma 12 godzin, można je nam poświęcić, tak myślę, w nawale pracy naukowej i kłopotów rodzinnych. Bilety kupimy, ja kupię (jeżeli uważasz za wskazane wrócisz koszty) w sobotę lub niedzielę rano o to się nie martw. Dobra, że zaczęłaś listy zaklejać, bo mimo wszystko nawet Danka nie jest istotą idealną. Może jej się zdarzyć, że mimo woli coś pewnie Heńkowi albo komuś innemu. To tak dla ostrożności. Choć przeciwko Dance nic nie mam. Nawet jestem jej zobowiązany, bo przynajmniej dla mnie robią wiele dobrego, pomagała „nam”, mi.
Miejmy nadzieję, że przypuszczenia p. St. Brzozowskiego sprawdzą się i dla nas, kiedyś…
Do kina „Przyjaźń” pójdziemy w niedzielę 2 lutego 69 r. o godz. 18.30. A spotkamy się na przystanku tramwajowym na Placu Wolności koło sklepu „Rzemieślnik”. Na rogu jest kiosk „Ruchu” tam bądź o godzinie 18.15 lub 5 minut wcześniej. Wierszy na razie nie szukam, bo Ty robisz to prawie całkowicie za mnie. Ale w najbliższym liście postaram się wykaligrafować wiersz własnej produkcji, który naszej miłości się nie tyczy, ale został Tobie poświęcony. Czekam na Ciebie w jak wyżej miejscu a także na list refleksyjny. Życzliwy Maciek.
Co do mnie cd. To może z tą piękną duszą nieco przesadzasz. Ale nie mogę powiedzieć, żebym był takim obłudnikiem, byś do tej pory nie zbadała mnie. Chcę być szczery bo Cię kocham. Być może jestem taki (zdaje mi się) wyrozumiały bo dość dużo skorzystałem nauk od złych ludzi. Chociaż dopiero mam 16 lat. Ale one wystarczyły mi bym nauczył się dość wiele, tak mi się zdaje, jak dotąd to mi wystarcza, choć jestem może zbyt porywczy i robię wiele rzeczy nieprzemyślanie. Cieszę się że mogłem Cię choć na chwilę wyrwać ze świata belfrów, książek, ślęczenia, szybko jedzonego obiadu itp. przyjemności, nie wiem czy to rozumiesz moje dobre intencje. Jednocześnie uważam, że nie należy o nauce zapominać, bo jest dla nas, teraz, bardzo ważna. Nawet dla tego że spotkaliśmy się w naszej szkółce. Dziękuję Ci za wszystko. Myśl (trochę) o niedzieli. Niech kwitnie (jak dotąd) biały goździk. Viwat la moure (chyba tak) odpisz życzliwy Maciek
napisałem w nocy wierszyk jak trochę w szkole zmiękną belfrowie to Ci go napiszę.
nie mam zbyt wiele czasu na ładne rysuneczki i literki przepraszam ja, Twój.
Postaram się nic nie mówić nikomu, bo ludzie są źli. (dopisek na kopercie)

…. Nie pamiętam jej nazwiska. Ale wiem, że była najlepszą współczesną poetką japońską (z tekstów źródłowych) oto jej dziełko
Ja Maciek:
„Mam do mojego serca wiele,
niezliczoną ilość schodów.
Ty może posiądziesz, osiągniesz,
Trzy lub cztery
(za jap. poetką Maciek)
Hiszpański laureat Nobla:
kropla wody w płatku róży…
płatek róży w jej kwiecie…
kwiat róży w mym sercu…
moje serce w Twoim sercu…
Maciek

Były to końcowe podrygi maćkowego romansu, który wypalał się stopniowo ochładzany listami Ewy bazującymi na jakiś podniebnych diapazonach nie mających nic wspólnego z planowanego rozdziewiczenia Maćka, który widocznie był na nie gotowy od lat, może od niemowlęcia, podczas gdy dla Ewy były to zupełnie niepotrzebne i nie warte poznania doznania. Na dodatek, nie miała jeszcze miesiączki, a trwały zakaz onanizmu zarządzony już w podstawówce przez kościelną katechetkę, nie pozwalający nawet dotykać rejonów poniżej pępka bez jedynej intencji szybkiego umycia się, zupełnie ją zablokował.
w połowie lutego napisał:
Moja! Że listu napisać też nie mogłem to przepraszam. Ale to jest bez znaczenia bo i mnie się zdaje że egzystencja naszych listów wygasa, choć nie znaczy to wcale że już ich nie napiszemy od „czasu do czasu”. Ja raczej byłem zadowolony, chociaż wciąż denerwowały mnie Twoje marznące kolana. Te symbole są naprawdę skomplikowane. Oczywiście że bardzo wiele rzeczy nie daje się wyrazić znakiem na papierze. Mało o sobie wiemy (raczej nawzajem). A jedynym ratunkiem to rozmowa a Ty mnie straszysz że będziesz milczeć. A jeżeli coś się o sobie dowiemy, ja o Tobie, a Ty o mnie to zostaw to nam, nie włączaj w to Danki, choć jest nam bardzo pomocna itp. O sobocie napisz, wybierz co masz na oku. Poinformuj mnie listownie najlepiej o tym gdzie mniej więcej ma się odbyć to milcząco-rozmowne meet.
napisz szybko.
życzliwy Maciek

Ewa wysłała już listy tylko przez Dankę.

Moja ljubimaja!
Dobrze że masz takiego dobrego przyjaciela, nie wiem czy aż tak bardzo się kochacie w specyficzny sposób (wykluczając miłości lesbijską). A może źle bo i najlepsi przyjaciele potrafią zdradzić i tak się zdarza, ale jeśli jest dobrze to nic przeciw temu nie mam, przepraszam. Pana K. staram się omijać i z nim nie rozmawiać, bo przede wszystkim stał się nudny. A propos lilii to Ci daję takie reprodukcję kwiatów Wyspiańskiego, sprawę pieczątek już omawiałem w poprzednich listach. I mnie się zdaje że już przestaliśmy bujać w obłokach i powoli wchodzimy na ziemskie czeluści. Co do nauk życiowych czy przez Ciebie nazwanego tz. „doświadczenie,. nie doświadczenie” to sprawa bardzo skomplikowana. Staram się i nie sugeruję się lekturą. Bo ona daje nam tylko przeżyć wszystko tak jak w niej to opisano, a ja mimo wszystko chciałbym to przeżyć sam, raczej bez wzorów.
Należy się uczyć, ale zbytnio sobie mózgownicy nauką nie napychać, wszystkich w niej dziur. Włosy to chyba ścięłaś żeby nasz rachunek względem fryzur był wyrównany? Hm..Sama to ona nie zakwitnie, będzie trzeba trochę się w nią „czynnie zaangażować”. Ty bardziej bierna i władcza jako „kobieta”. (nie przejmować się drugimi zazdrosnymi – dopisek na kopercie)
Maciek jeszcze ostatkiem woli ciągnął to korespondencyjne nieporozumienie, a Ewa nie miała z kim iść do kina, jednak Maciek miał domowe kłopoty i do kina nie poszli.
Eve thank You! Muszę bo chcę. Kupię bilety wcześniej, ale chyba na ostatni seans tj. 20.00 k. „Zorza” – „Wszystko na sprzedaż” Tak? Spotkamy się o 19.30 – na przystanku koło Rzemieślnika. Motto oczywiście w środku lub na finiszu (przepraszam), to też przecież refleksja. Wszystko zależy (chyba) od nas. A propos, tyczy się to wszystkich dziedzin naszego życia i tych dotykalnych jak i ulotnych.
cyt.
PRZED LOSEM NIE MA UCIECZKI,
ROZTROPNOŚĆ POTRZEBNA W DZIELE.
POŁĄCZ WIĘ LOS I DZIAŁANIE,
A OSIĄGNIESZ WSZYSTKIE CELE.
RAMAJANA.
A wiesz mnie się też ta nasza secesja podoba. Ta sama zmysłowość co w mojej reprodukcji, tylko forma się zmieniła bo treść pozostanie ta sama. To chyba treść życia. Szkoda, że unicestwiłaś ten list, być może byłby najpiękniejszym, jak mówisz, z Twoich listów jakie dostaje. Czy był taki, jak mówisz (wg. Ciebie). Bardzo mi z tym dobrze, źle może też, źle nie przez Ciebie, mam wiele zmartwień poza szkołą i mam trudno: C’est la vie.
Ciężko rozwiązać mi co robić, co o nas myślisz. Wciąż nie mogę w to uwierzyć…Nie wiem dobrze o kogo chodzi. Dokładny czas i miejsce na dzień 5.II. 69 omówimy jeszcze w szkole. Dobrze. Czekam na szkolne spotkanie przypadkiem dlaczego to wiesz..
Życzliwy Maciek.
nie mam całkowicie określonego mojego kwiatka ale wierzę w swoją gwiazdę Wenus, zodiak waga i kamień – perłę.
Ewo, nic nie zmieniaj. Bardzo Cię przepraszam że źle nam to się udało. Ja naprawdę nie mogłem wcześniej. Przepraszam. Dla Ciebie to byłoby naprawdę (jak w zimie) za późno. Ale możemy jeśli chcesz iść w niedzielę na film „Beczka prochu” japoński, raczej rozrywkowy i nie męczący. Byłem na Wszystko na sprzedaż na 20.00 Nawet dobry film. Sam. Nic to chyba nie zmienia? Albo w sobotę jeśli wolisz bo mogę i dn.8,9.II. Jestem w czasie b. ograniczony bo w domu ktoś odchodzi powoli tam skąd już się do nas nie wraca, jeszcze nie definitywnie, ale już. Smutno mi. Oddaję Ci Słowackiego. Dziękuję. Posyłam Ci Twój horoskop na 69 rok co prawda jest on dla kobiet dojrzałych, ale i Tobie będzie odpowiadał. Czekam na Ciebie i list.
Życzliwy Maciek. Nikomu ani mru-mru. Cisza do czasu. Proszę znaleźć lub wymyślić motto 1969 r.
Zdecydował się wysłać ostatni list:
Ewo (moja nie moja)
1. Gadać już nie mam siły, szczególnie w towarzystwie Jurka, zmuszony byłem więc pisać;
2. Naprzód chcę Cię przeprosić za wszystko co mogło Ci się nie podobać, lub co Ci sprawiło przykrość.
3. Teraz chcę Ci podziękować (bardzo podziękować) za trzy dni, kiedy to, jak mogę sobie powiedzieć, byłem naprawdę szczęśliwy. Prawdopodobnie pierwszy raz, może bez kosza, albo Ty jesteś świetną życiową aktorką, tak że nie potrafiłem zrozumieć Twoich prawdziwych stanów psychicznych względem mnie i otocznia. Bez względu jednak na te względy mogę być z tamtego zadowolony.
4. Nie wiem co o tym sądzisz. Ale jak sądzisz dobrze to bardzo Cię proszę odpisz i doręcz tą samą formą.
Czekam 3 dni, no albo 5. Brak odpowiedzi będzie automatycznie znakiem że nasze kontakty (poza tymi cześć… na szkolnym korytarzu) zostają zerwane.
Życzliwy Maciek. Miłość jest smutna.

Tymczasem grupa narciarzy z Rajczy, ta która jeździła codziennie z górki, a więc Joasia i chłopcy z niższych klas na czele z Jurkiem zorganizowali jednodniową wycieczkę na prawdziwy wyciąg narciarski na Szyndzielnię. Ewa korzystając ze swoich nowych narciarskich butów bardzo się ucieszyła.
Pojechali pociągiem do Bielska Białej, potem autobusem pod wyciąg i okazało się, że w nocy wiał halny i skutkiem odwilży kolejka gondolowa jest nieczynna. Weszli więc nartostradą na piechotę niosąc narty na plecach i potem szusowali na sam dół, ale i tak byli zadowoleni. Do Joasi przystawił się chłopak z niższej klasy i Ewa pomyślała, że zażywna Joasia chyba sobie da radę z nim prędzej niż ona z Maćkiem. Wracali pociągiem jak już było ciemno, śmiertelnie zmęczeni i zadowoleni, a Ewa tym bardziej, gdyż nieśmiałość Jurka była na o wiele wcześniejszym etapie, niż Maćka.

Zaszufladkowano do kategorii 2020, dziennik ciała | 1 komentarz

Lata sześćdziesiąte. Krystyna (16)

Krystyna nie męczyła się przynajmniej z garderobą Rudka tak jak jej matka przed wojną w Przemyślu, kiedy obowiązywały do pracy na co dzień garnitury czyszczone codziennie i dawane do odprasowania krawcowi raz na kwartał. Wchodzące w coraz większym wymiarze w skład tkanin poliestry ułatwiały życie, a Rudek zdawał się wyglądem nie przejmować. Od powrotu z Kuby notorycznie był w złym nastroju, nic mu nie smakowało, nic go nie cieszyło i nie zachwycało. Był o dziewięć lat starszy od Krystyny, a ona cieszyła się życiem dojrzałej, czterdziestopięcioletniej kobiety i nie zamierzała się poddać. W to lato Ewa miała letnią praktykę licealną w którymś z zakładów zabawkarskich w jakimś polskim mieście, Andrzej jechał wspinać się ze studenckim obozem w Tatry. Szykowała się już na samotny, letni wyjazd do matki do Przemyśla pod pretekstem oddania ciasnego mieszkania Amerykankom. Nie znosiła swojej szwagierki Lutki i odczuła ulgę kiedy brat Rudka wyemigrował z żoną, teściową i małą córeczką do dalszej rodziny żony do Cleveland w stanie Ohio. I masz, jednak znowu się w jej życiu pojawiają.

Krystyna nie lubiła polowań sklepowych, nie znosiła, kiedy wybierając się dalej niż Koszutka do bardziej specjalistycznych sklepów, do śródmieścia, zastawała napisy w drzwiach sklepów „PRZYJĘCIE TOWARU”. Taką wywieszkę można było spotkać najczęściej, gdyż pozwalała sklep zamknąć pod byle pretekstem nie licząc się z niezależnie wywieszonymi godzinami otwarcia. Przyjęcie towaru mogło trwać chwilę i mogło kilka godzin, nikt tego nie kontrolował i nikt nie wiedział, czy faktycznie coś za szczelnie zasłoniętymi witrynami na tę okoliczność się dzieje i czy po otwarciu faktycznie poszukiwany towar się tam pojawi. Dlatego wybierała duże sklepy, gdzie o takie mistyfikacje było sklepowym trudniej.
Najbardziej zależało Krystynie na środkach czystości, po które szła zazwyczaj do Supersamu. Nowością była poszukiwana i tania pasta „Komfort” do prania zamiast proszku, kosztowała tylko 16 zł, ale już podrożała do 20 zł. Dobre było też ixi w płynie, butelkę litrową Krystyna kupowała za 15 zł. Natomiast był nie do dostania bardzo dobry Jawox do czyszczenia kuchenki gazowej, a przecież nie będzie, tak jak Sperska, zabierać dzieciom z piaskownicy piasek i nim czyścić.
Kupiła też przy innym stoisku aluminiowy prodiż, który podobno pobiera mało prądu, oraz uniwersalną szczotkę z wyżymaczką typ „Agata” bez zamaczania rąk za 204 zł, oraz komplet szczotek o rozszczepionym, podobno długowiecznym włosie ryżowym „risan” składających się z dwóch szczotek do zmontowaniu na kiju oraz ręcznej. Ekspedientka poleciła jej jako nowość wyprodukowane przez Centralne Laboratorium Chemiczne Spółdzielni Pracy w Warszawie ostrzałkę do noży za 29 zł. Dokupiła jeszcze elektryczną grzałkę za 69 złotych, gdyż w Przemyślu nie było gazu.
Potrzebne jej były pantofle dla Rudka, by mogła wyrzucić przydeptane stare lacie, wstyd przed Amerykankami, gdyż ostatnio nie udało jej się kupić pantofli otwartych z tyłu, tak zwanych wsuwów i Rudek musiał, by użyć tak jak lubił, je przydeptać. Idealne, rozmiar 41, pantofle męskie z krajki regionalnej z miękką wkładką wyprodukowane przez Rękodzieło Artystyczne w Łodzi za 105 zł. Przy okazji zajrzała na stoisko kosmetyków, kupiła sobie krem pod oczy w mikroskopijnym pudełeczku i rozglądała się podnosząc do nosa kompozycje zapachowe warszawskiej „Urody” we flakonikach o ładnie brzmiących nazwał „Dorina”, Matica, Rosemarie, Nitouche, Clivia o kwiatowych zapachach z napisem Bez, Fiołek, Konwalia, Jaśmin, Wrzos. Wybrała dla siebie „Być Może”, dla mamy „Rapsodię”, a dla ciotki Leśki „Miraż”. Wstąpiła na Wieczorka do „Cepelii” i kupiła mamie na prezent skórzane kierpce zakopiańskie za 150 zł wyprodukowane przez Spółdzielnię Wytwórców Ludowych w Katowicach, dla Leśki wybrała pantofle „Kołobiele” 159 zł, a dla Emila „Opolcznianki” za 115 zł. W Katowicach były trzy Cepelie czyli Spółdzielnie Przemysłu Ludowego i Artystycznego: na Wieczorka, na Dzierżyńskiego w pawilonach i trzecia w podziemiach Ronda. Ceny tam były wysokie, ale zawsze jak chodziło o prezenty, można było na nie liczyć. W ciągłej dostawie były kartki z ludowymi wycinankami, lusterka w drewnianej oprawie, biżuteria z miedzi, wazoniki na kwiaty i z napisem 25 lat Polski Ludowej, kurpiowskie wycinanki, tkaniny artystyczne, gobeliny, łowickie kilimy, zasłony do okien z motywami wzorowanymi na piernikach toruńskich, ceramika wiejska, naszyjniki z bursztynu, lalki w strojach regionalnych, słomianki do powieszenia nad wersalkę, narzuty tkane ręcznie na wersalkę.
Obładowana Krystyna wracała do domu, mijała nie opróżniane chyba nigdy miejskie kosze na odpadki i zaśmiecone chodniki. Wracała ulicą Amii Czerwonej wstępując jeszcze do Delikatesów, gdzie zawsze coś znienacka rzucano. Wielki talerz Spodka już spoczywał na silnej konstrukcji i wnet budowę zakończą, pomyślała Krystyna nie bez podziwu i satysfakcji, że takie cudo wybudowano w jej mieście. Popatrzyła z nostalgią na dzieci zjeżdżające z pochyłości w której osadzone były trzy skrzydła pomnika Powstańców Śląskich.
Przy okazji oglądała miasto. Wszystko się wokoło zmieniało, dworca jeszcze nie ukończono, ale już sterczały widoczne zewsząd kielichy. Były co krok place budowy, Superjednostka zasłała natychmiast zasiedlona, a przed nią wyrósł wysoki na 19 pięter w kolorze miodu, pokryty nowoczesnymi płytkami z azbestu „Ślizgowiec”. W dole pasaż ze sklepami był jeszcze w stanie surowym, ale zapowiadano już otwarcie tuż po wakacjach nowego spożywczaka z szyldem „Baśka” dla mieszkańców Superjednostki. A ponieważ dostali tam mieszkania z przydziału ludzie, jak rozumowała Krystyna, lepsi, pewnie i sklep będzie lepiej zaopatrzony niż jej na Morcinka. Skutkiem odgórnej reorganizacji piekarń powstała nowa piekarnia gigant, wypiekająca 75 ton pieczywa dziennie zamiast 35 co łączyło się z likwidacją 11 miejskich piekarń. Ponieważ Rudek był przyzwyczajony do pierwszorzędnych przedwojennych rogalików żydowskich wypiekanych w Liszkach, zawsze grymasił na chleb i kajzerki jakie Krystyna dawała mu do pracy. Teraz bała się mu dać pieczywo z giganta, miała nadzieję, że może tutaj pieczywo będzie z tych nielicznych piekarń, które ocalały.

Po ciężkiej, wyjątkowo mroźnej i śnieżnej zimie przyszła wiosna, Ewa kończyła już czwartą klasę i wiedziała, że tym razem w lipcu pojedzie na praktykę szkolną z Danką do Łodzi.

Krystyna nie mogła Rudka zostawić na tak długo bez gotowanych obiadów i zaplanowała wyjazd do Przemyśla dopiero w lipcu. Tymczasem pilnie śledziła w telewizji doniesienia o jej ulubionym aktorze który był stąd, z Katowic.
We wsi Buszkowo BMW Bogusława Kobieli wpadło w poślizg na ostrym zakręcie i zderzyło się z autobusem „Jelcz”. Podobno Kobiela za szybko jechał. Przewieziono rannych do stacji Pogotowia Ratunkowego w Bydgoszczy. Wstrząs mózgu, odzyskał przytomność, rozmawia – Krystyna odetchnęła z ulgą. Małgorzata Kobielowa miała też wstrząs mózgu, złamane cztery żebra, kość promieniową i łokciową, ale już chodzi. Nazajurz wieści z bydgoskiego szpitala nie były tak optymistyczne. Lekarze bydgoscy walczą o jego życie, zdiagnozowali pęknięcie wątroby i śledziony, oraz połamanie kilku żeber. Zespół specjalistów na czele z doktorem Wojciechem Staszewskim operował go, stan bardzo ciężki. Zadecydowano o przetransportowaniu do kliniki w Gdańsku. Operacja pod kierunkiem profesora Zdzisława Kieturaksisa się nie udała. 10 czerwca w godzinach popołudniowych Kobiela zmarł z zatorem tętnicy płucnej.
Nowalijki można było teraz kupować na nielegalnym targowisku na miejscu dawnej hali targowej przy Zawadzkiego, gdzie przywożono kwiaty i warzywa z okolicznych ogródków działkowych. Krystyna cieszyła się, gdyż najbliższy taki targ był dopiero na Moniuszki obok Delikatesów lub na wysepce przy przystanku tramwaju 16 na Rynku, a warzywa były ciężkie. Miała do wyżywienia męża, dwoje dzieci i wpadających ciągle uczniów i studentów, i wszyscy ciągle byli głodni.
Na rogu Armii Czerwonej przy przecięciu z Róży Luksemburg wyrósł nagle dom mieszkalny „Górnik” na 17 pięter, a już w stanie surowym naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy kolejny wieżowiec, 13-kondygnacyjny biurowiec GIG-u zaraz obok budynku, gdzie pracował mąż Zosi, Józek.
Rozebrano też ostatni barak na Koszutce przy Tyszki i trudno było się przedrzeć przez nowy plac budowy, gdzie wznoszono siedzibę PKO i PZU. Krystyna cieszyła się, że jej miasto pięknieje i z niechęcią szła na dworzec, na ranny pociąg Szczecin-Przemyśl, który zawsze był przepełniony i w którym zawsze śmierdziało wiejskimi babami.
Ale musiała odpocząć od Rudka.

Zaszufladkowano do kategorii 2020, dziennik ciała | Dodaj komentarz