Lata sześćdziesiąte. Rudek (13)

Jadąc na liczne delegacje do prowincji Oriente Rudek musiał przyznać rację kolegom ze swojej pracowni: Kuba zrobiła ogromny postęp poprawiając warunki bytowe kubańskich wsi. Od 1959 zaczęły sprawnie działać chłopskie spółdzielnie mieszkaniowe, edukacja i opieka zdrowotna w Sierra Maestra, efekty były widoczne. Kolonie domków dla pracowników związanych z rolnictwem i hodowlą zwierząt wyposażone w podstawowe usługi socjalne zastąpiły tradycyjne bohíos. Przeprowadzono ważne prace infrastrukturalne, w tym bardzo potrzebne tamy wodne dla pozyskiwania słodkiej wody pitnej.
Projekty realizowane w Ministerstwie Budownictwa przez kadry architektów, którzy powoli zaczynali z Kuby uciekać, zaczynały się już zmieniać na gorsze. Zanim jednak całkowicie zapanował sowiecki model gospodarczy na Kubie zdążono wybudować wiele wspaniałych, konstruktywistycznych budynków zaprojektowanych wbrew wytycznym postępującej sowietyzacji. Zachwycały one tropikalną spontanicznością Rosjan przybyłych do biur projektowych.
Kuba nigdy właściwie nie zrealizowała wytycznych komunistycznego państwa omijając biurokratyczne zalecenia i zachowała początkowo indywidualność utalentowanych architektów. W każdym razie jeszcze zaraz po Rewolucji było to widoczne. Charakterystyczną sztywność socjalistycznego państwa, ukrytą w decyzjach pochodzących od władzy centralnej nie mogła złamać indywidualnej potrzeby twórczego wyrażania humanistycznych treści José Martíego i zaakcentowania tożsamości kulturowej postulowaną przez przedrewolucyjną awangardą artystyczną.
W ciągu pierwszych czterech lat po Rewolucji, w etapie romantycznym, wyraźna swoboda planowania gospodarczego i wdrażanie utopijnego modelu „nowego człowieka” wymyślonego przez Che Guevarę pod wpływem marksistowskich idei zaowocowała wielkimi osiągnięciami architektonicznymi. Jeszcze w oparciu o amerykańskie plany i solidne materiały powstały osiedle Havana del Este, sąsiadujące z nim Alamarem, osiedle małych domków w którym Rudek mieszkał, wielki, złożone z czterdziestu budynków campus uniwersytecki Instituto Superior Politécnico José Antonio Echeverría, oraz wszystkie pięć szkół artystycznych w sielankowej scenerii Country Club, obiektów Szkoły Narodowe Sztuki, w której Zieleniec uczył, gdzie umiejętnie połączono nowoczesność z tradycją kolonialną powiązaną z architekturą afrykańską o wolnych, wyrazistych formach.

Rudek, który opuścił Alamar raz na zawsze myślał o tym wszystkim kiedy jechał właśnie zajmować duże mieszkanie w ekskluzywnej dzielnicy Miramar. Kibicowali temu szczękliwemu trafowi jego koledzy z pracy ciesząc się z zakończonej bezdomności Rudka. Mówili mu, że przed Rewolucją nie wolno było wchodzić do tej dzielnicy biedocie z Hawany Vieja, by nie brudzili chodników. Batista, poszerzający Hawanę na wschód i na zachód stworzył Miramar na zachodzie z potrzeby nowego centrum administracyjnego dla nowej klasy bogaczy. Pobudowali tu swoje rezydencje magnaci cukrowi i tytoniowi, przedsiębiorcy budowlani i właściciele nocnych klubów.
Quinta Avenida, dwupasmowa, szeroka arteria z pasm zieleni, po której jechał guaguą była piękna i zachwycił się przede wszystkim jej otwartą przestrzenią szosy ciągnącej się wzdłuż niskiej zabudowy.
Rudek poczuł się wspaniale w zatłoczonym autobusie. Nikt w niej nie jechał brudny lub ubrany nieelegancko. Mężczyźni byli w kapeluszach, w jasnych garniturach, krawatach lub w koszulach guayabera z krótkimi rękawami noszonymi na spodnie, spoza których prześwitywał biały podkoszulek i pasek od spodni. Kobiety w kapeluszach na głowie, obcisłych spódniczkach lub perkalowych sukienkach miały małe torebki lub kuferki na kosmetyki, pończochy i zawsze wysokie obcasy.

Jadąc mijał poprzycinane równo wysokie krzewy rosnące w środku autostrady, brzuchate palmy i kwitnące rabaty. Skierował się na podany adres. Calle 30 była cichą uliczką łączącą Piątą Awenidę z wybrzeżem morskim. Niedaleko, dwie ulice dalej przy Awenidzie Piątej pod numerem 4405 była Embajada Republica Popular de Polonia. Na Piątej niedaleko niej były ambasady Belgii, Kenii, a w uliczkach dalej kilkanaście innych ambasad, i całą dzielnicę nazywano dzielnicą ambasad.
Zastał mieszkanie splądrowane.
Mieszkania w tej dzielnicy dostawali wyżsi urzędnicy państwowi przy rządzie Fidela Castro, którzy grasowali nocami i okradali domy opuszczone w ubiegłym roku przez emigrujących Kubańczyków przez port w Camarioca. Wtedy tysiące budynków na Miramarze wśród rozłożystych flamboyanów i olśniewających ogrodów zamieniono na internaty dla młodzieży ze wsi, na szkoły, kliniki i domy wypoczynkowe dla partyjnej nomenklatury. Średnie i małe domy, rezydencje i pałacyki w różnorodnych stylach architektury kolonialnej, od barokowych po modernistyczne, stały się ambasadami. „Właściciele nieobecni” zmuszeni zostali do rezygnacji z własności domów i wszystkiego, co się w nich znajdowało. Przydzielano je dygnitarzom, personelowi dyplomatycznemu i takim jak Rudek, zagranicznym specjalistom.
Przyznane Rudkowi eleganckie i przestronne mieszkanie zajmowało pierwsze piętro niskiego budynku w stylu Le Corbusiera. Budynek czterokondygnacyjny posiadał windę i wszelkie udogodnienia. Do klatki schodowej wiodły obszerne schody z poręczą. Na piętrze (parteru nie było, gdyż dom stał na palach między którymi parkowano samochody) były tylko dwa mieszkania, oba z balkonem wzdłuż całego mieszkania z drewnianą, wycinaną w geometryczne wzory balustradą.
Mieszkanie Rudka było doszczętnie zrabowane, w kuchni stała ogromna amerykańska lodówka, piecyk gazowy i ładne nowoczesne kuchenne meble. Widocznie nocami nie zdążono wszystkiego wynieść kradnąc bardziej wartościowe przedmioty. Trzy pokoje były kompletnie puste, na ścianach i na podłodze były jeszcze ślady po meblach i obrazach. W jednym stało masywne, barokowe łóżko z baldachimem na którym Rudek zawiesił moskitierę.
Cała dzielnica o niskiej zabudowie, tonąca w kwiatach przy budynkach ambasad, wysadzana palmami, powstała w drugim okresie wielkiej przebudowy Hawany. W pierwszym, za czasów prezydenta Machado budowano w stylu francuskim, za Batisty zrobiono tu drugie Miami na modłę amerykańską korzystając z pieniędzy amerykańskiej mafii.
Od kiedy Rudek zamieszkał na Miramarze, często szedł klika ulic dalej do ambasady, gdzie w czytelni białego pałacyku z kolumnami czytał polskie gazety i konfrontował je nazajutrz w biurze z Kubańczykami. Porównywano informacje z polskich gazet z Granmą. Korespondent PAP w Hawanie red. Piotr Ikonowicz umieszczał w polskich dziennikach krótkie notki z Hawany ukazujące się niemal codziennie. Kuba była dla Polski bardzo ważnym krajem, skoro dawano je na pierwsze strony obok wieści z Moskwy. Po ubiegłorocznej wizycie Raula Castro na Górnym Śląsku, skąd przywiózł do Hawany popiersie Staszica, dar kopalni Staszic, Kubańczycy w jego pracowni uznali go za wyrocznię w ocenie bieżących na Kubie wydarzeń. A było ich mnóstwo.
Siódma rocznica zwycięstwa Rewolucji, kiedy pod koszarami Moncada załopotała flaga zwycięstwa castrystów przebiegła w Hawanie tak jak co roku na wielogodzinnym pomstowaniu Fidela na imperializm amerykański. Pod pomnikiem José Martíego na Placu Rewolucji wśród owacyjnie przyjmowanych jego słów przez tłum i skandowania przy każdej nadarzającej się przerwie w słowotoku Rudek się dowiedział, że za wszystkie bolączki świata jest odpowiedzialne CIA, od huraganów, katastrofy na oceanie i sekty religijne po klęski w gospodarce Kuby. W ubiegłym roku osadzono w więzieniach 53 baptystów oskarżonych o działalność szpiegowską na rzecz CIA, co było konsekwencją prześladowań religijnych od momentu, kiedy po katolikach, kiedy większość zakonnic i kapłanów wysłano do Hiszpanii, przyszła kolej na Seminarium Baptystów w Hawanie, które stanowiło najsilniejszą grupę ewangelicką, gdzie zmuszono studentów do służby w wojsku w wyniku czego opustoszało.
Kiedy w styczniu Fidel Castro zorganizował w Hawanie Pierwszą Konferencję Solidarności Narodów Afryki, Azji i Ameryki Łacińskiej, zwaną w skrócie Konferencją Trzech Kontynentów, siedmiuset pięćdziesięciu delegatów z osiemdziesięciu dwóch krajów wypowiedziało się przeciwko imperializmowi, czyli Stanom Zjednoczonym, Fidel nie omieszkał wesprzeć ugrupowań, które USA właśnie u siebie zwalczała. Obecny był przywódca Czarnych Panter poszukiwany w USA listem gończym.
Pod koniec marca próbowano bez powodzenia uprowadzić samolot z Santiago de Cuba do Stanów Zjednoczonych w wyniku czego pilot został zabity, samolot wylądował w Hawanie, a porywacza ujęto i skazano.
Wiosenny incydent z ekipą kubańskich sportowców, których udziałowi w regionalnych Igrzyskach Krajów Ameryki Łacińskiej prezydent USA Lyndon Johnson sprzeciwił się, zakończył się udanym przerzuceniem ich barkami mimo amerykańskiej blokady i wzięciem udziału w igrzyskach, w wyniku czego przywieźli do Hawany mnóstwo medali owacyjnie witani.
Ale to były tylko nieliczne sukcesy. Kuba wolno pogrążała się w coraz większym kryzysie gospodarczym, przydziały kartkowe stawały się coraz mniejsze, a kolejki przed sklepami się wydłużały. Zlikwidowano wszystkie uliczne sprzedaże obwoźne, zniknęły wózki z owocami, sokami, napojami, lodami, ostrygami, piwem i ciastkami. Zniknęły z ulic charakterystyczne fotele pucybutów. Pozamykano wszelkie zakłady rzemieślnicze, fryzjerów, krawców i szewców, fotografów, ciastkarzy i piekarzy. Kioski z kawą parzoną na oczach przechodniów na rogach ulic Hawany na modłę wszystkich wielkich miast Ameryki Łacińskiej oblegane były teraz kilometrowymi kolejkami, które czekały na ich nowe dostawy, a jak była, znikała w ciągu paru minut. Kawa przydziałowa, uzależnionemu od kawy ludziom południa i tropików nie wystarczała.
Zieleniec też dostał mieszkanie na Miramarze i spodziewał się, podobnie jak Rudek, przyjazdu rodziny z Polski. Rudek miał do nowego domu Zieleńca tylko kilka przecznic. Zajmował piękne mieszkanie na najwyższym piętrze i z racji swojego zawodu artysty grafika, mógł jeszcze bardziej poszerzyć ogromny metraż i wyciągać na dach, na obszerny taras otoczony białym murkiem, sztalugi.
Korzystając jeszcze z wolności, nim przylecą LOT-em z Warszawy rodziny, w rzadkich wieczorach, kiedy Rudek nie był na delegacji, wypuszczali się w długie wędrówki Piątą Aleją aż do rzeki Almendares, gdzie Zielenic chodził często sam po ryby na obiad, a nawet za rzekę do Akwarium, ogromnego betonowego obiektu badawczego zbudowanego po Rewolucji, by szkicować do swoich grafik ryby. Piękna i majestatyczna Quinta Avenida przecinała dzielnicę mieszkaniową Miramar i zdawała się dzięki nasadzeniom roślin w jej środku i deptakowi być tropikalnym ogrodem. Wytyczona przez sławnych amerykańskich architektów Piąta Aleja z tunelu, którym jeździli do Alamaru łączącego ulicę Calzada w Vedado ciągnęła się kilometrami przekraczając rzekę Santa Ana i kończyła sie w małym nadmorskim miasteczku w Santa Fe.
Były przy niej przed Rewolucją kluby nocne, cyrk i parki, które także polikwidowano.

Zeszli ulicami bardziej na południe, doszli do Calle 23, rzeka Almendares u wylotu ulicy był płytka, a nurt wody płynął w przeciwnym kierunku, morze wlewało się do rzeki. W szesnastym wieku gubernator wyspy Juan Davila nakazał budowę wodociągu na brzegach rzeki zwanej Mayanabo, którą przemianowano na cześć biskupa Enrique Almendarisa. Stąd miasto brało wodę przez 250 lat.
Był tu na nabrzeżnej skarpie park zwany El Bosque ale nie przypomniał lasu, w każdym razie w polskim znaczeniu. Był jednym z pierwszych projektów zrealizowanych przez rząd rewolucyjny, gdyż resztki zachowanego lasu chciano udostępnić wszystkim, szczególnie dzieciom. Pobudowano, jak na Cojímarze małe zamki warowne z betonu i pełno atrakcji placu zabaw dla dzieci z betonowymi zjeżdżalniami i huśtawkami na łańcuchach. Przy brzegu przymocowane były łódki i motorówki różnej wielkości, a z wody nadciągał przyjemny dla Zieleńca odór zepsutych ryb.
W barze kupili sobie piwo, sok pomarańczowy, Rudek lody w płynie podane w szklance, lubił w takiej właśnie formie. Sprzedano cygara, ale oni ich nie potrafili palić, były za mocne.
Potem wspięli się na łukowaty most o nazwie rzeki, przed Rewolucją nocowali pod nim bezdomni, teraz było to zakazane. Z mostu rzeka wyglądała nadzwyczaj tropikalnie z gęsto zalesioną dżunglą wśród mangrowych bagien. Most prowadził do bramy kremowego hotelu El Bosque. Mogli jeszcze pójść do ekskluzywnej restauracji na cyplu u ujścia rzeki Almendares do oceanu, do restauracji „1830″, gdzie Rudka raz zaproszono kiedyś na bankiet z pracownikami jego pracowni w ministerstwie – było tam bardzo ekskluzywnie, lustra w barokowych złoconych ramach i z burżuazyjnymi wyfraczonymi kelnerami – ale szkoda mu było pieniędzy. Zbierał na samochód.
Wracali, jak słońce już kąpało się w oceanie, i podziwiali wyprzedzające ich długie cienie, których w południe wcale nie było. Zielenic z nostalgią patrzył w kierunku, gdzie był a Yacht Club, ale wszelkie opowieści o tym, jak złowił makrelę kawalę, czy tuńczyka z czego był niesłychanie dumny, Rudka nie interesowało.
Poprzestawali więc na rozmowach o kardynale Wyszyńskim i Gomułce. Rudek bardzo lubił przebywać z Zieleńcem, byli rówieśnikami i wiedzieli o Polsce to samo. Zieleniec był z Sosnowca, a Rudek spod Krakowa. Lubił jego ciepły, zrównoważony głos i humor, który nie opuszczał go nigdy.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Ogólnopolski Konkurs Poetycki „O Granitową Strzałę” 2017 Grand Prix (wydanie tomiku poetyckiego) Waldemar Kazubek „Wchodzę w to” Strzeliński Ośrodek Kultury

Jestem pewnie jedną z nielicznych czytelniczek poezji Waldemara Kazubka, która wie dokładnie o czym on pisze. Nawet jak wszystko jest w domniemaniu i zawieszeniu, to ja to wszystko wiem, wiedziałam, nim Kazubek swoje wiersze napisał. Po prostu mieszkając na Górnym Śląsku tyle lat, się samo wie, wszyscy o tym wszystkim do bólu wiemy, a jednak wyrazić tę wiedzę jest bardzo trudno. Nie każdy ma odwagę w to wejść. Pisanie o dzieciństwie, o przodkach, o tym wszystkim w co los chcąc nie chcąc nas rzucił, uwikłał, w czym tkwimy jego koleją i z biegiem czasu kochamy miłością z pewnością masochistyczną, jednak zawsze miłością, jest trudne poprzez celny wybór z natłoku przeżyć, przez selekcję, by wybrać, to, co to określa i determinuje.
Kazubkowi udało się przechować w dzisiejszej poezji, gdzie nagradzana jest awangardowa ekwilibrystyka obrosła nierzeczywistym światem symulakrów tę archaiczną prostotę nazywania rzeczy po imieniu, szczerość pierwszego spojrzenia, która w wierszu pozostaje do końca żywa.
Tak jest z obrazem wznoszonego w Katowicach dworca kolejowego w miejscu starego, który jedynie dopełnia rozpacz po śmierci przyjaciela, kiedy bezradny podmiot liryczny szuka go po całym świecie w miejscach, gdzie razem byli [Pożegnanie z bramką Rafałowi S. (1977-2011)].
I tak jest z niemieckimi nazwiskami mieszkańców na „piastowskiej ziemi”, gdzie wiedza historyczna w końcówce PRL-u nie miała nic wspólnego ze szkolną propagandą[Ballada z Mickiewicza o wuju Helmucie].
Małe śląskie miasteczka, których Kazubek w przeciwieństwie do Bursy nie ma w dupie, chociaż jego ironię sobie bardzo ceni, to nie żadne polskie Macondo, to po prostu nasze futerały, inkubatory pozwalające nam dojrzewać dostarości. Nie jest łatwo w kilku słowach jak trafionymi kreskami rysownikaoddać mnogość aspektów śląskiej egzystencji, bezbrzeżną brzydotą otoczenia,skontrastować je z wielkim światem, z Paryżem, Toronto, Kadyksem, Pragą,gdzie się bywa, jest się przechodniem i wraca zawsze tu, do tego emocjonalnego miejsca w pamięci, gdzie męczy się jaszczurki, kopie w workach związane prosiaki jak piłkę i doświadcza kobiecej miłości zawsze okupionej cierpieniem.
W erotykach, w lirycznych, nostalgicznych obrazkach pisanych zawsze mimochodem, Kazubek jest czuły, ale nie romantyczny. W jego mocno skonstruowanych frazach zawsze jest furtka dla innego spojrzenia na nie zawsze przychylne okoliczności, w których przemierzając życie, podmiot liryczny się znalazł, jest ocalająca moc poezji, z jej melancholią i artystycznym spełnieniem.

Opublikowano czytam więc jestem | Skomentuj

Nobel 2017 Kazuo Ishiguro

To pisarz mojego pokolenia, bardzo się cieszę! Przeczytałam 7 jego książek:

(1)Pejzaż w kolorze sepii (A Pale View of Hills, 1982), wyd. polskie – 1994
Nie ustępuje nastrojem wszystkim książkom noblisty, nie posiada ani jednego dowcipu, oczywiście jeśli ktoś pobicie żony kijem baseballowym za to, że nie głosowała tak jak mąż, uzna za śmieszne.
Wszystkich fejsbookowych miłośników kotków wstrząśnie scena topienia skrzynki kociąt w rzece na oczach ich opiekunki, małej dziewczynki, przez jej matkę.
A wszystko połączone z szaleństwem cesarza Hirohito i bombą atomową w Nagasaki, cóż, jak sugeruje pisarz, nic w przyrodzie nie ginie i płacą za wszystko następne pokolenia.

(2) Malarz świata ułudy (An Artist of the Floating World, 1986, wyd. polskie – 1991)
To o samozakłamywaniu się, wyparciu i do samej śmierci pójściu w zaparte bez wyrzutów sumienia. Dostojewszczyzna tu nie ma czego szukać.
Malarz na emeryturze Masuji Ono, niegdyś utalentowany chce wydać najmłodszą córkę Noriko w końcówce lat czterdziestych, ale jak mówi (książka jest pisana w pierwszej osobie, narratorem jest właśnie on), niedoszli teściowie szybko zorientowali się, że ich rodzina jest jej niegodna i zerwali zaręczyny.
O wszystkich wojennych świństwach malarza dowiadujemy się mimochodem, wynika to z jego opowieści tylko w domniemaniu, on zawsze jest czysty i nieskazitelny. To, że malował prace nacjonalistycznej propagandy, denuncjował kolegów na policji w wyniku czego byli torturowani, a ich bezcenne obrazy palone, dowiadujemy się z różnych naprowadzających sytuacji. Malarz twierdzi, że każdy wierny obywatel japoński powinien tak postąpić i pokazać lojalność wobec Japonii i Cesarza, ale też niekoniecznie były to jedyne powody takiego postępowanie. Zagadkowa jest śmierć syna Kenjiego, wysłanego na pewną śmierć na wojnie w Mandżurii.
Tytuł, to podobno nazwa dzielnicy Nagasaki, która uległa przekształceniu pod okupacją amerykańską, nad czym malarz ubolewa. Symboliczny, sugerujący uwiedzenie dzielnicą rozpusty, nie dającej nic trwałego.
Piękna książka, aktualna i dla naszych malarzy będących teraz na emeryturze.

(3) Okruchy dnia (The Remains of the Day, 1989, wyd. polskie – 1993
Ishiguro powiedział w wywiadzie, że Anthony Hopkins nie nadawał się na kamerdynera Stevensa, którego odtwórca powinien być bardziej introwertyczny. Niemniej, zekranizowana w 1993 roku powieść uznano za arcydzieło i według mnie jest bardzo jej wierna.
W powieści superlokaj Stevens to urzędowa, bezduszna postać. Mimo wielu sugestii, że tak żyć się nie powinno, że to nieludzkie i nieczłowiecze, do końca ma się on dobrze, a jego nieskazitelna, perfekcyjna konsekwencja zawodowa jest pod koniec życia nagrodzona. Jedzie jak panisko na wakacje budzącym zazdrość i podziw samochodem swojego pana i wspominając podczas podróży minione życie zakłamuje się bezkarnie.
Książka jest pisana w pierwszej osobie, narratorem jest Stevens i ta jego monotonna, samousprawiedliwiająca się relacja czyni ją jeszcze bardziej złowieszczą.
Pośrednio dowiadujemy się o faszystowskich sympatiach arystokracji angielskiej lat dwudziestych i trzydziestych i w konsekwencji o zwolnieniu ze służby Sary i Rut, wiernych, wieloletnich pokojówek Żydówek.
Rezydencję Darlington Hall odwiedza wiele znaczących postaci dopowiadających czasy w których Stevens służył. Lord Darlington zaprasza na uroczyste przyjęcia nie tylko arystokratki Lady Carolyn Barnet i Lady Astor – członkinie organizacji „blackshirt” (Brytyjskiego Związku Faszystów) ale i samego Ribbentropa, który przyjeżdża do Darlington Hall z misją pozyskania sojuszników dla niemieckich planów militarnych.
Stevens po II wojnie światowej, po śmierci swojego pana, kiedy zostaje wraz z rezydencją sprzedany demokratycznemu Amerykaninowi Farradayowi przyznaje się jedynie do znajomości z Winstonem Churchillem – Premierem Wielkiej Brytanii podczas II wojny światowej, który wielokrotnie odwiedzał Darlington Hall, zanim nim został i z pisarzem Georgiem Bernardem Shaw, również częstym gościem.
To drobiazgowe studium konformizmu, gdzie śmiertelnie zakochana w kamerdynerze Miss Kenton pracująca na podobnym co Steven stanowisku w rezydencji, stanowi odniesienie i zarazem ocenę obrzydliwej postaci Stevensa dając czytelnikowi do zrozumienia że się da, że można być człowiekiem w każdej sytuacji życiowej, wystarczy tylko chcieć, ale po co chcieć, skoro właśnie takie postawy jak Stevens w konsekwencji wygrywają.
I to kolejna, smutna książka Kazuo Ishiguro.

(4) Niepocieszony (The Unconsoled, 1995, wyd. polskie – 1996)
Ze wszystkich siedmiu powieści Ishiguro, jakie udało mi się przeczytać, ta 500 stronicowa książka podobała mi się najbardziej i żałowałam, jak się już skończyła.
Z początku myślałam, że pisarz ambitnie próbuje dokończyć „Zamek” Kafki (w książce jest to hotel) ale ponurość sennego koszmaru powoli ustępuje i narracja skierowuje się bardziej w stronę pozornie wprawdzie, ale jednak pozytywnych zakończeń wątków. A ich jest mnóstwo, rozgałęziają się, mnożą, by konsekwentnie jednak do nich wrócić i powiązać w całość.
Trudno w kilku słowach pisać o tej książce, podobno konfucjańskiej, jednak dla prostego odbiorcy, jakim ja jestem, mnogość i wieloznaczność przywołanych obrazów nie zawsze jest rozszyfrowalna i jedynie zachwyca.
W tej postmodernistycznej prozie znalazło się wszystko co się człowiekowi w życiu przydarza od urodzenia po śmierć. Nagle koleżanka z klasy jest kontrolerką, sprawdza bilet tramwajowy narratora – głównego bohatera, w złotej karocy jadą rodzice, zdycha zapomniany chomik w pudełku, komizm cmentarnego pochówku z miętówkami i ciastem owocowym, wreszcie koncert głównego bohatera, na który dociera tak, jak dzieje się we śnie, kiedy wyrastają mury, drzwi się zamykają lub ich nie ma, a trzeba zdążyć.
Przenika, jak wszędzie u Ishiguro, głębokie rozczarowanie miłością, sztuką, tym wszystkim, z czego ludzkość od zarania była dumna i co uważała za panaceum na swoje bolączki.

(5) Kiedy byliśmy sierotami (When We Were Orphans, 2000, wyd. polskie – 2000)
To piąta powieść noblisty, podobno najgorsza i tak o niej mówi sam autor.
Mimo, że każda z nich to inny gatunek – ta jest detektywistyczna – to jednak po filmach, do których pisał scenariusz (tutaj zaraz przypomina się „Biała Hrabina”, gdzie akcja też toczy się w latach trzydziestych w Szanghaju) cały czas mam wrażenie, że Ishiguro pisze wciąż jedną, tę samą książkę.
Ta postmodernistyczna proza, mieszająca się z onirycznymi, surrealistycznymi, do końca nie wyjaśnionymi opisami zdarzeń, jest ciągle o poszukiwaniach zagubionych osób, wspomnień, rekonstrukcji przeszłości indywidualnej i historycznej, zawsze w niedopowiedzeniu, domniemaniu, wielorakości.
Przyznam, że bardzo ciężko mi się czyta Ishiguro, który nie stał się Europejczykiem i którego wschodnia egzotyka jest wciąż dla mnie duszna, by nie powiedzieć, straszna.
Ishiguro niepokoi, chociażby poprzez ten nienaganny, monotonny, uprzejmy ton, ale przynajmniej zawsze jest po właściwej stronie Mocy.

(6) Nie opuszczaj mnie (Never Let Me Go, 2005, wyd. polskie – 2005)
Czytając, przypomniała mi się moja szkoła, gdzie nikt nam nie powiedział, że nasz ulubiony przedmiot „Wiedza o sztuce”, to zasłona dymna, że przygotowują nas do dekorowania wystaw sklepowych i pierwszomajowej czerwonej propagandy, a spośród ponad czterdziestu maturzystów na ASP dostaną się tylko dwie osoby.
Ishiguro w książce s-f o wiele bardziej szczegółowo niż w filmie opisuje szkołę z internatem, zamknięty obiekt otoczony drutem kolczastym, gdzie klony ludzkie hodowane na części do przeszczepów miały edukację na najwyższym możliwym w ich położeniu poziomie, inne ośrodki tego typu w Wielkiej Brytanii miały się o wiele gorzej.
To książka o tym, że ludzkość miłość ma za nic, talent artystyczny ma za nic, wszelkie platońskie wartości służą jedynie temu, by jedni ludzie mogli wykorzystywać innych, słabszych od siebie. Brak duszy u klonów, to przecież odwieczny argument usprawiedliwiający przedmiotowe traktowanie. Argument ten u polityków może pojawić się zawsze, odrodzić się i znaleźć sprzymierzeńców.
To najsmutniejsza książka, jaką czytałam w życiu. I lepiej ją czytać po zobaczeniu filmu o tym samym tytule.

(7) Pogrzebany olbrzym (The buried giant 2015, wyd. polskie 2015)
Ostatnio napisana i natychmiast przetłumaczona dwa lata temu książka Ishiguro jest o smoczycy Querig, której wydech powoduje amnezję.
Czytelnik brnie w permanentnej mgle starożytnej Anglii czasów króla Artura niejednokrotnie klaustrofobicznym, podziemnym korytarzem, któremu mnisi zaraz po wejściu zatrzaskują klapę. Ach, wtedy o śmiesznym filmie „Monty Python i Święty Graal” z 1975 roku trzeba natychmiast zapomnieć.
Ponad czterysta stron nieprawdopodobnych trudów pary małżeńskiej staruszków idących piechotą do łódki Charona, by wbrew woli (boją się, że mgła blednie) jednak przypomnieć sobie o wszystkich bezeceństwach, jakie w życiu wyrządzili swojemu synowi, bardzo mnie zmęczyło, szczególnie, że gatunek fantasy nie jest moim ulubionym.
Najprawdopodobniej jest to książka właśnie o zapominaniu, o wyborze zapominania, zarówno historycznego, jak i indywidualnego ludzkiego losu. Jak widać z książki, nie jest to bezkarne, wbrew mniemaniom moich szkolnych koleżanek. A przywrócenie pamięci, to nic przyjemnego (nasuwa się Primo Levi), niemniej jak sugeruje Ishiguro, konieczne, byśmy byli ludźmi, a nie automatami.

Opublikowano dziennik duszy | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Ewa (20)

Zaczęły się zimne miesiące codziennych jazd tramwajami, które Ewa bardzo lubiła. Krystyna nieprzytomną Ewę ubierała w rajtuzy jeszcze w łóżku, co ją rozbudzało. Kiedy wychodziła na gorącą od kaloryferów klatkę schodową niosąc ciężką torbę na ramieniu, gdyż tornistrów w tym wieku już nikt nie nosił, powoli pozbywała się snu i przytomniała.
Szła miarowym krokiem w kierunku Ronda w szarzyźnie ulic, domów i ludzi przemykających się ze spuszczonymi głowami z nieodłącznymi teczkami w rękach, nijakich i niemych, a nadjeżdżające, czerwone tramwaje traciły też kolor i wtapiały się w permanentną szarość.
Dotarcie do szkoły zajmowało jej pół godziny, a i tak była jedną z pierwszych. Na końcu sali w ławkach siedzieli już chłopcy, którzy przyjechali pociągiem z Gliwic i Zabrza. Spali. Klasa powoli zapełniała się. Późniejszymi pociągami przybywali ci z Rudy Śląskiej, a potem z Sosnowca, Gołonoga, Będzina i Czeladzi. Najpóźniej, w ostatniej chwili dołączali nieliczni z tramwajów z Chorzowa, Ligoty i Ochojca. Kiedy lekcja się zaczynała, wchodziła wysoka, ruda dziewczyna, Ania Mrówka witana zgryźliwie przez zdumionych nauczycieli wyrwanych nagle jej najściem. Ania mieszkała w budynku naprzeciwko szkoły i każde jej codzienne wejście piętnaście minut po dzwonku wywoływało salwy śmiechu. Śmiali się też z reakcji nauczycieli, gdyż pierwsza lekcja o godzinie ósmej była w ciągu tygodnia prowadzona za każdym razem przez innego profesora. Zapominali po tygodniu o zwyczajach Mrówki i najśmieszniejsze było ich zdumienie taką bezczelnością uczennicy. Jednak Ania Mrówka nie zapominała spóźnić się ze swoim spóźnieniem, była w tym niezwykle konsekwentna, ale nikt nie wiedział dlaczego.
Nim dotarli do swoich ulubionych przedmiotów praktycznych, które nigdy nie były w planie tygodnia umieszczane na początku, musieli przeczekiwać w męce przedmioty ścisłe zaczynające się od odpytywań i przeglądu prac domowych. Spisane na przerwach wypracowania, które Ewa zawsze miała i chętnie dzieliła się z innymi, tak, że jej zeszyt krążył długo po klasie i na przerwach, i na innych lekcjach, a także jej zadania matematyczne rozwiązane przez brata, ku zadowoleniu obu stron tego swoistego procesu edukacyjnego.
Profesor, który udając, że nie słyszy licznych podpowiedzi przeznaczonych dla stojącego, zaspanego ucznia, sam niejednokrotnie naprowadzał go na właściwą odpowiedź, wygładzając zniekształcone i niewyraźne podpowiedzi. Starano się nie stwarzać nadmiernych kłopotów, nie stawiać za dużo dwój, bo miało to również negatywne konsekwencje dla nauczycieli, więc chętnie stawiano „tróję na szynach”. Po odpytywaniu zaczynała się lekcja i te pozostałe pół godziny każdy z uczniów próbował zagospodarować jako swoją wolność przeznaczając ją na nareszcie swoje sprawy. Monotonny głos nauczyciela, który najczęściej, by też pogrążyć się we własnym marazmie i oddzielić od klasy, dyktował z podręcznika wyrwane zdania, a nawet całe ustępy jak leci, bez zrozumienia treści. Ponieważ najczęściej nie ruszał się z krzesła przy profesorskim stole, wszyscy symulowali notatki, by nie marnować cennego, rannego czasu. Można było je uzupełnić jadąc pociągiem lub w innych momentach zmarnowanego dnia przepisując coś z podręcznika. Jeśli się tego nie robiło, można było wykręcić się zgubą zeszytu, lub liczyć na to, że profesor nie poprosi o zeszyt. Wszyscy minimalizowali gesty i słowa do absolutnej niezbędności i dzięki temu można było dużo zaoszczędzić z energii upływających leniwo godzin lekcyjnych, opracowując sobie tylko wiadomą strategię, by być na lekcji, a zarazem nie być. „Po ławkach” krążyła wówczas książka „Dag, córka Kasi” Ewy Lilian Seymour-Tułasiewicz, ale Ewa nigdy jej nie przeczytała, przynosiła natomiast kolejne tomy „Sagi rodu Forsyte’ów” kładąc je na kolanach, dzięki czemu mogła czytać udając, że spisuje słowa profesora, co było dość ryzykowne, bo z Danką siedziały blisko stołu nauczycielskiego. Ale trzy ławki dalej Heńka Bomska pisała kolejny odcinek swojej powieści pornograficznej, czytany potem na warsztatach, gdzie swoboda była o wiele większa. Jeszcze dalej dziewczyny szydełkowały kołnierzyki z białej nici bawełnianej, zawiązywane z przodu na kokardki z fantazyjnymi kutasikami, jedyny znak indywidualności w obowiązujących granatowych fartuszkach. Dalsze ławki już swobodnie oddawały się szeptom rozmów lub grą w karty, albo oglądaniem czasopism. Profesor czasami wywoływał na środek uczennicę, gdyż tylko uczennice potrafiły płynnie czytać, by dyktowała tekst, a sam zasypiał w nieznośniej czujności dla niego i dla klasy.
Często odbywały się tzw. sprawdziany, na które odpowiadało się przepisując teksty z otwartej na kolanach książki lub kartki puszczonej przez kogoś w obieg, metodą podaj dalej.
Ale tak nie było niestety zawsze. Wysoki, łysy, przedwojenny profesor zwany Chemikiem, mający swoją pracownię chemiczną na najwyższym piętrze budynku, robił z lekcji całe misterium pełne rytuałów, wyrywających z błogiego marazmu, aplikując serię wstrząsów dezorientujących. Chemia wkrótce stała się dolegliwym, acz nikomu niepotrzebnym przedmiotem, na który trzeba było uważać.
Chemik zaczynał lekcję od czytania z namaszczeniem wszystkich nazwisk znacząco wpatrując się w oczy każdego powstałego z krzesła ucznia surowo, bez taryfy ulgowej, pozostawiając w każdym poczucie winy. Po kilku szybkich dwójach na wstępie, rozpoczynał jak wszyscy pozostali nauczyciele dyktowanie formułek chemicznych do zeszytu. Mimo nazwy „pracownia chemiczna”, nie było mowy o żadnych chemicznych eksperymentach. Oprócz reakcji chemicznych przepisywanych z podręcznika, wdrażał pamięciowo całą tablicę Mendelejewa, z której przepytywał na wyrywki jak tabliczkę mnożenia.
Nie wiadomo czemu Ewę podkusiło, by powiedzieć Dance, że skrót glinu to MO i dlatego policjantów nazywa się gliną. Nie wiedziała tak naprawdę, kto jej to powiedział i być może było to od Andrzeja, który drwił z niej przy byle okazji, dość, że wierzyła w to święcie i przy kolejnej negacji i niedowierzaniu Danki upierała się, że tak jest. Zdesperowana Danka wstała na jednej z ponurych lekcji chemii i spytała profesora, jaki jest wzór na związek gliny, bo słyszała, że MO. Chemik, sądząc, że to jakaś prowokacja polityczna, a był rodem z Przemyśla i niejedno już przeszedł, zaczerwienił się, potem stał się purpurowy, zielony, i pieniąc się ze złości, spytał, skąd ona to wie. Danka wskazała na Ewę, o której Chemik wiedział, że też była z Przemyśla i jakoś się powstrzymał od furii i totalnego wybuchu. Potem, jak ochłonął, powiedział, że glina składa się z wielu związków chemicznych i że na pewno niej jest to MO. Ewa bardzo się zawstydziła, a Danka, która była przyczyną wybuchu profesora, też pożałowała swojego wystąpienia.
Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Uczniowie, przyzwyczajeni do ściągania na innych lekcjach, nie zdołali jeszcze wykształcić sposobów na ściągi z chemii. Dotychczasowe sposoby kładzenia zeszytu na kolanach stały się niemożliwe od kiedy przechadzający się między rzędami Chemik z furią wyciągnął z kolan Danki zeszyt, rzucił nim o ścianę i wyrzucił Dankę z klasy. Na następnej lekcji, dając jej ze sprawdzianu dwóję, wywołał ją i w półgodzinnym kazaniu o jej złodziejstwie, haniebnym postępku i licznych inwektywach, w których „szuja”, „kanalia” należały do łagodnych, pastwił się nad nią, aż zaczęła cicho płakać i drżeć na całym ciele. Bezradna Ewa nie mogła na to patrzeć, kochała Dankę i takie postępowanie z jej przyjaciółką nie mieściło się w głowie, szczególnie, że jak opowiadała, pastwił się też nad nią jej ojciec w domu. Klasa zamarła w bezruchu i tylko zbawienny dzwonek przerwał tę kaźń.
W domu przygotowywano się już do Bożego Narodzenia, z Przemyśla Wanda w paczce przysłała Krystynie ogromne, ciężkie syberyjskie sztuczne futro radzieckie w kolorze beżowym, z monstrualnym kołnierzem. Wanda pisała w liście, że pasuje i na nią, więc nie ma problemu, ale Krystynie bardzo się podobało i poszła w nim z Ewą do Teatru Wyspiańskiego na operę, gdyż na ostatniej wywiadówce wychowawczyni Ewy upominała rodziców, że ich dzieci chodzą do liceum artystycznego i powinni chodzić do teatrów, muzeów i być na wszystkich kulturalnych imprezach.
Ewa po raz pierwszy była w Teatrze Wyspiańskiego, a Krystyna kupiła bilet na spektakl Opery Śląskiej, która gościnnie przyjeżdżała do Katowic z Bytomia. Bilety można było kupić łatwo, dostali w najlepszym, środkowym miejscu na balkonie, tak, że Ewa, dzięki radzieckiej lornetce, przy swoim krótkowidztwie mogła wysmakować cały dwugodzinny spektakl. Grano właśnie „Cyrano de Bergerac”, operę stworzoną przez powracającego ze stypendium z Paryża Romualda Twardowskiego, gdzie główną rolę Roksany miała odśpiewać była żona dyrektora liceum Ewy.
Już samo rozsunięcie ciężkiej kurtyny wprawiło Ewę w drżenie i zapartym tchem nie odrywała oczu od rzęsiście oświetlonego, mieniącego się kolorami prostokąta sceny.
W antrakcie, ku jej zdziwieniu, w nielicznej garstce melomanów zobaczyła kolegę szkolnego Bogdana z ojcem. Bogdan był najładniejszym chłopcem w klasie, wysokim, szczupłym brunetem, takim samym, o jakim marzą wszystkie dorastające dziewczyny. Powściągliwie podał Ewie rękę, ojciec jego z Krystyną znali się z wywiadówek, gdyż został wybrany klasowym skarbnikiem i zbierał pieniądze na imieninowy prezent dla wychowawczyni (w tym roku kupili budzik radziecki), więc ich spotkanie przebiegło o wiele bardziej wylewnie, niż ich dzieci. Drewniany dialog z Bogdanem dał Ewie tylko taką informację, że Bogdan, mieszkający na Teatralnej, czyli za rogiem Teatru Wyspiańskiego, ma wykupiony karnet na wszystkie przedstawienia i jest tu bardzo często. Ewa przyznała się, że jest po raz pierwszy otrzymując natychmiast kolejnych kilka pogardliwych zdań wywyższającego się i tak wysokiego już Bogdana.
W klasie nikogo nie obchodziła żadna opera, ani była żona dyrektora. Nikt nic nie miał do dyrektora, co tydzień prowadził wszystkich na basen do Pałacu Młodzieży, były to cudowne dwie godziny zerwane szkole, gdyż po pół godziny przeznaczano na przejście ulicami miasta w parach i wszyscy byli mu wdzięczni. Druga żona dyrektora zwana Żabą, profesorka od malarstwa, ich klasy nie uczyła, narażała się tylko tym, których śledziła po ustępach palących papierosy.
Na polskim prowadzonym przez ich wychowawczynię postanowiono wystawić „Krzyżaków” Sienkiewicza. Film „Krzyżacy” mimo, że nakręcony kilka lat wcześniej, był cały czas aktualny, szkoły regularnie na niego prowadzono i w czasie zimnej wojny rocznicę zwycięstwa pod Grunwaldem nad Niemcami celebrowano hucznie we wszelkich mediach. Władysław Gomułka, wieloletni wicepremier i minister Ziem Odzyskanych naciskał, by szkoły przy każdej okazji akcentowały na korzyść Polski relacje polsko niemieckie. Na dodatek w związku ze „skandalicznym” listem biskupów polskich do biskupów niemieckich w każdej codziennej gazecie dziennikarze pytali, dlaczego mamy prosić Niemców o wybaczenie i kto biskupom dał prawo mówić w imieniu narodu.
Przedstawienie miało być wystawione na akademii na koniec roku i jeszcze nie wiadomo było, kto będzie Danusią, a kto Zbyszkiem z Bogdańca. Ewa nie wyobrażała sobie Danusi innej niż jej Danka, ale w klasie na 43 uczniów było kilka Danek i nikt nie wiedział, na którą wychowawczyni się zdecyduje, i czy będzie to uczennica o imieniu Danka. Póki co, Komitet Rodzicielski wyasygnował pieniądze na sznurek na peruki dla aktorów na wniosek Ewy, która na godzinie wychowawczej, cała drżąca, ośmieliła się zaproponować, by kupić w pasmanterii sznurek ozdobny i go odkręcić z rdzenia. Po tym procesie powstawały loczki.
Sznurek zakupiono i Ewa z Danką pracowicie uwalniały poszczególne żółte (dla Danuśki) i czarne (dla Jagienki) włókna z białego, bawełnianego rdzenia.
Tymczasem Ewa coraz bardziej wpatrywała się w Bogdana i kiedy siedział na stole wybrany do pozowania na lekcjach rysunku, uchwyciła go, rysując patykiem maczanym w czarnym tuszu, bardzo trafnie, za co została pochwalona przez profesora. Bogdan chodził całą podstawówkę na zajęcia plastyczne do Pałacu Młodzieży i wszystkich wyprzedzał swoją techniką rysowania właśnie taką, jaką profesor z malarstwa kazał, syntetycznymi kreskami z ominięciem wszelkich szczegółów. Ta kubistyczna maniera obowiązywała oficjalnie, była narzucana i po jakimś czasie wszyscy rysowali tak samo.

W 1966 roku była gwałtowna, późna zima i w lutym już przyszła wcześnie wiosna. Na rogu „Skarbka” powieszono gigantyczny plakat z filmu „Faraon”. To z niego zaglądał do niej przystojny brunet Jerzy Zelnik podobny do Bogdana, kiedy na Rynku przesiadała się z jednego tramwaju do drugiego. Jednak szkoły szły na filmy dopiero jak mijała premierowa gorączka i mogli się spodziewać klasowego pójścia na film dopiero pod koniec maja. Tymczasem, na przeciwko „Zenitu”, postawiono jeden z pięciu zakupionych w ZSRR automatów mających w czasie pochodu pierwszomajowego rozwiązać palący problem wody sodowej. Szklanki „musztardówki” były umocowane łańcuchem do blatu, które obrócone do góry dnem, za naciśnięciem guzika, płukały się tryskającą wodą. Potem wrzucało się 50 groszy, tyle ile kosztował bilet tramwajowy, lub 1zł za wodę z sokiem malinowym. Przy Supersamie postawiono drugi taki automat, tak, że pochód pierwszomajowy miał je w zasięgu. Obok, na dworcu kolejowym Wars sprzedawał kiełbasę pieczoną.
W tym roku przed godziną 10 wszyscy uczniowie Liceum Plastycznego z wychowawcami mieli się stawić u wylotu 3 Maja zaraz przy Rynku i plakacie z Zelnikiem. Była piękna pogoda. Wychowawcy klas sprawdzali obecność i pod karą wyrzucenia ze szkoły pilnowali, by nikt nie uciekł przed ukończeniem pochodu.
Ewa z Danką w białych bluzkach i granatowych spódniczkach miały na nogach po raz pierwszy kupione od prywaciarzy w poukrywanych na podwórkach ulicy 3 Maja sklepikach białe, koronkowe pończochy. Pończochy w miarę chodzenia wyciągały się i dziewczynki bały się, że pończochy nie wytrzymają tyle godzin pochodu. Pochód trwał trzy godziny, szedł w kierunku placu Wolności, trybuna ustawiona była przy Stawowej gdzie podobno siedzieli już na trybunie Gierek, Ziętek i delegacje z Komunistycznej Partii Francji i Ukrainy. W ciszy zagrzmiała „Jeszcze Polska nie zginęła”. Z głośników popłynęło przemówienie Gomułki. Podniesiono szturmówki, chorągiewki, wypuszczono w niebo balony, pochód liczył ćwierć miliona manifestantów, gdzie każda grupa miała swoje miejsce ustalone przez Dzielnicowe Komitety Obchodu Święta Pracy.
Ewa, pilnująca, by opadające pończochy nie wysunęły się zza spódniczki, niczego nie widziała. Otaczał ją jazgot tłumu niebywale, nadmiarowo radosnego, jakby pod wpływem jakiegoś narkotyku, co Ewę napawało rosnącym przerażeniem. Ścisk, pohukiwania porządkowych, młodych chłopców w białych koszulach i czerwonych krawatach powodował, że Ewa myślała, że zaraz zemdleje. Biała jak ściana podeszła do wychowawczyni, a ta, widząc w jakim jest stanie, zwolniła ją do domu.
Na drugi dzień na Koszutce przygotowywano się do kolejnej uroczystości przypadającej na 3 maja: 45 rocznicy III Powstania Śląskiego. Salut artyleryjski oddano między 17-tą a 18-tą próbnie, wszyscy mieszkańcy musieli otworzyć okna, by się nie potłukły. Idąc nazajutrz do kościoła w niedzielę mijała transparent wiszący pod dachem całego biurowca na Placu Grunwaldzkim z napisem „1000 lat państwa polskiego”.
Na drugi dzień, 3 maja co trzy minuty pociągi dowoziły ze wszystkich miast demonstrantów tak, że uzbierało się ich pod Rondem pół miliona. Na manifestację na całe szczęście Ewa nie musiała iść, był tylko Andrzej ze swoją szkołą. Między 16-tą, a 17-tą zdetonowano powtórnie jakieś artyleryjskie pociski, które jeszcze donośniej wstrząsnęły Koszutką.
Wszystkie dekoracje – oflagowany wznoszony właśnie szkielet „Spodka”, transparenty na budynkach widziała jeszcze idąc do tramwaju w poniedziałek. Te trzy święta, obchodzone równocześnie spowodowały, że całe miasto obwieszone było różnej wielkości płóciennymi tkaninami z przewagą martwej, ceglanej barwy, które przy w wyjątkowo pięknej pogodzie stawały się jeszcze bardziej metalowe i zniewalające.
Ale wyjazd na Kubę, w który Ewa do końca nie wierzyła, przybliżał się stopniowo, aż wreszcie pod koniec maja, kiedy było jeszcze ciemno, znieśli walizki z trzeciego piętra i w trójkę wsiedli do taksówki, by zdążyć na ranny ekspres „Górnik” do Warszawy. Tym razem „Polservice” zakwaterował ich w hotelu „Polonia”, blisko dworca i warszawski taksówkarz nie mógł ich już oszukać i wieźć godzinę po Warszawie. W holu hotelowym starszy mężczyzna obsługi hotelowej, który nie proszony pomógł im wnieść walizki do windy i pojechał wraz z nimi, czekał na napiwek. Oprócz napiwku Krystyna wyjęła z walizki pudełko zagranicznych papierosów kupionych w PKO, żeby go poczęstować, a on zamiast wziąć jednego, zaczerpnął z pudełka całą garść.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Guillermo Cabrera Infante „Trzy pstre tygrysy” 1967 (w Polsce 2016)

Nareszcie „Tygrysy” są, i wbrew sporej kolejce do nich w Bibliotece Śląskiej, udało mi się już przeczytać.
Książka jest gruba – 500 stron, ale i tak trzeba ją czytać wielokrotnie, powoli i z Wikipedią by zrozumieć o co chodzi.
Naszpikowana licznymi odniesieniami, chociażby do nie tłumaczonych w Polsce tekstów literatury latynoskiej, jest lekturą przede wszystkim czasochłonną. Czytałam z filmikamina YouTube, by zobaczyć i usłyszeć jak nieziemsko śpiewa bolera gruba, czarnoskóra Freddy (Fredesvinda García) zwana w książce Estrellą Rodríguez, która jest jedną z głównych postaci książki (Cabrera Infante na wieść o śmierci 26 letniej Freddy postanowił ją uwiecznić). Przy okazji zobaczyłam śpiewającą Elenę Burke również opisaną w książce, ale dla pełnego obrazu sceny muzycznej nocnego życia Hawany przywołanej przez pisarza musiałam jeszcze zaliczyć pieśniarki takie jak: Celia Cruz, La Lupe, Olga Guillot, Leonora Rega, Omara Portuondo, Celeste Mendoza, Marta Valdés, Doris de la Torre, Moraima Secada, Marta Strada, Francis NápolesEstherBorja, Marta Justiniani, , Paulina Álvarez, Gina Martín, Ela Calvo, AmelitaFrades, Xiomara Alfaro, Gina Leon, Juana Bacallao, Isolina Carrillo, Merceditas Valdés, Celina González, Olga Rivero, Maria Luisa Morales i wiele, wiele więcej.

Mimo obszernych tłumaczeń o zasadności dziwacznego tytułu („pstre”) powieści, tłumacze mnie nie przekonali, szczególnie, że traci się to charakterystyczne TTT które jest w hiszpańskiej („TresTristesTigres”) i angielskiej („Three TrappedTigers”) wersji powieści. Ale dobre i to, i tak mieli astronomiczne trudności, powieść napisana jest językiem kubańskim a nie hiszpańskim z charakterystycznym zlewaniem się słów, dzięki czemu hiszpański na Kubie jest taki śpiewny i pełen wtrąceń z innych języków i hawańskiego slangu.
Hawanę, mimo, że nigdy po niej nie jeździłam nocą,odnajduję na każdym kroku. I wiem, że książka jest adresowana dla takich jak ja, która przeżyła Hawanę lat sześćdziesiątych.
Fabuła to jedna sierpniowa hawańska noc 1958, kiedy już Fidel z rebeliantami jest w górach Sierra Maestra, a którą „trzy tygrysy” przemierzają. Jak tłumacz objaśnia, nazywają tak między innymi Kubańczycy mężczyzn o wielkim temperamencie.
Tropikalne ogrody, arkady, zapach kawy parzonej na rogach ulic, luksusowe Veadado z wieżowcami i szafirowym niebem, to wszystko, do czego wracam z dzieciństwa, ta cała nostalgia za tym, czego najszczęśliwiej doświadczyłam w „Trzech pstrych tygrysach” jest, przywraca mi miasto i żyje we mnie na nowo. Wyczuwa się ją u Cabrery Infante, który niczym Mickiewicz na paryskim bruku, usiłuje odtworzyć ojczyznę w Madrycie, na definitywnym już wygnaniu, po pożegnaniu się z ukochaną Kubą, którą ostatni raz odwiedza dostając zezwolenie na pogrzeb matki, odtworzyć z ulicznych zapachów, nocnych spelunek, a przede wszystkim z muzyki.

Pomysł powieści wyszedł z filmu młodszego brata pisarza, 17 letniego Alberto Sabá, malarza i producenta filmowego „P.M.”Czarnobiały film został zrobiony na zamówienie telewizji Lunes de Revolucion i dodatku kulturalnego gazety Revolution, organu Ruchu 26 lipca. 14 minut filmu „P.M.”pokazuje łódź wypełnioną Kubańczykami płynącą nocą z dzielnicy Regla do barów Mariano omijając dzielnice burżuazyjne Vedado i Miramar, by po całonocnych tańcach i piciu w barach wrócić z powrotem do Regli. Uchwyceni ukrytą kamerą widzimy jak Kubańczycysię bawią, słychać dźwięki muzyki, rozmowy i odgłosy zbliżającego się świtu.
Kiedy film zostaje potępiony i zakazany przez premiera Kuby Fidela Castro, a telewizyjna emisja z 23 marca 1953 roku wstrzymana, edytor „Lunes”, 32-letni wówczas pisarz Guillermo Cabrera Infante protestuje przeciwko cenzurze, za co magazyn zostaje zamknięty w listopadzie 1961 roku.
Zbanowany film był początkiem restrykcyjnej polityki kulturalnej rządu Fidela. Zadawał kłam mitowi rewolucji, która uwolniła ciemiężony naród kubański od nocnego, grzesznego życia. Obraz tropikalnych knajp nie mieścił się w jego propagandzie głoszącej, że tylko przedrewolucyjna Kuba wiodła życie rozwiązłe.
Książka zresztą ma atmosferę tego filmu. Mimo, że jej akcja dzieje się 11 sierpnia 1958 roku jeszcze za rządów Batisty, to jednak rewolucja wisi w powietrzu i rebelianci za 5 miesięcy wejdą do Hawany. Pozostawią ją jeszcze długo taką, jaką była przed rewolucją.
Książka w czytaniu łatwa nie jest, pisana nowocześnie, podobna do „Gry w klasy” Cortazara, ze wszystkimi wynalazkami nowofalowymi nie zawsze fortunnymi, pod wyraźnym wpływem stylu Joyce’a, a także krótkiej, oszczędnej frazy Hemingwaya, więc trudno się czasami połapać. Czułam się w takiej mieszance niepewnie, szczególnie, że co chwilę byłam bombardowana aluzjami do bohaterów światowej literatury, aluzjami nie zawsze potrzebnymi, bo kto wie, to wie, a że pisarz wie, to nie musi się tym popisywać.
Ale dla mnie cudowne są właśnie proste, nie udziwnione opowiadania o dziewczętach skrywających się pod ciężarówką, jak i o lasce Amerykanina Campbella (nie mającego nic wspólnegoz producentem słynnej zupy, jednak chętnie przyznającego się do pokrewieństwaz milionerem). Śmieszny jest rozdział o śmierci Lwa Trockiego w Meksyku literacko sparodiowanej rzekomo przez siedmiu pisarzy kubańskich, między innymi Joségo Martíego, Joségo Lezamę Limę, Virgilię Pińerę czy Alejo Carpentiera lub poetę Nicolása Guilléna.
Powieść składa się z 9 rozdziałów, prologu i epilogu. Trzy części, przetykane sesjami psychoanalizy jednej z bohaterek rozpoczyna konferansjerka w Legendarnej Cabana Tropicana w Hawanie, co odczytałam jako powitanie czytelnika, który zaraz wejdzie w tę książką jak do tropikalnego teatru pełnego tańca, muzyki i gorących kolorów.
Kończy się pożegnalnym rozdziałem zatytułowanym „Bachata”. Podobno oznacza to jakąś zabawę słowną, ale jadące Maleconem w kabriolecie pijane tygrysy słuchają przez radio koncertu Bacha. To pożegnanie, zakończone świtem, traktowane jest przez krytyków jako metaforyczna zapowiedź nadchodzącej rewolucji.
Tygrysy to Codac – fotograf; ArsenioCué – aktor telenoweli; Silvestre -dziennikarz i równocześnie narrator, oraz muzyk Eribó – Mulat, który nie ma szans z powodu koloru skóry u nastolatki Vivian Smith-Corona, mieszkającej w luksusowej Fosce na dwudziestym siódmym piętrze. Ważną, tajemniczą postacią jest Bustrofedon na którego wszyscy się powołują, ale nigdy się nie pojawia.
Piją cały czas rum, daiquiri, whisky, mojito, kawę i herbatę. Bywają w barach sławnych hoteli „Capri”, „Sierra”, „National Hotel”, gdzie w każdym była własna orkiestra, najczęściej damska.
Rzęsiste i kolorowe oświetlenie ulic i ogrodów komfortowej dzielnicy El Vedado i Miramar lat 50, kawiarnie na świeżym powietrzu, czynią z tej nocy pełen energii i radości czas zabawy i intelektualnych dysput okraszonych dykteryjkami, kalamburami i najwyższej próby humorem.
Dla mnie najciekawsze są wędrówki bohaterów po Hawanie, które mogę prześledzić na Google Maps, gdyż autor drobiazgowo wymienia nazwy ulic opowiadając równocześnie co było przed wielką przebudową za rządów Batisty, kiedy dzięki mafijnym pieniądzom inwestowano w budowę drapaczy chmur, parki, autostrady i tunele. Dokumentuje dalsze śmiałe plany upiększania miasta:
„Na parkanie przedsiębiorstwa Robót Publicznych było napisane: Plan robót publicznych Prezydenta Batisty, 1957–1966”.
Panorama Hawany jest pokazana poetycko, wszystko było właśnie takie, nic, żadne fotografie żaden film nie odda jej tak, jak Guillermo Cabrera Infante.

Opublikowano czytam więc jestem | Otagowano , , , | 1 komentarz

MILI MORENA

Pomnik Tadeusza Kościuszki stoi tu od lat dwudziestych ubiegłego wieku, ale festyny w tym miejscu parku, gdzie dojeżdża się nie od ulicy Kościuszki, a od Pięknej, są chyba nowością.
W tę pochmurną sobotę postawiono tu zadaszoną estradę i kilka namiotów z książkami, napojami i kebabami. Wszystko po to, by czytać publicznie „Wesele” Wyspiańskiego zarządzone przez prezydenta Andrzeja Dudę. Syn nam dał znać, że będzie tu grał z Kubanką i przyjechaliśmy.
Zespół grający latino jazz w antraktach między czytaniami miał być chyba wabikiem, ale i tak przyszło na całą imprezę niewiele ludzi.
Wielkie różowe kwiaty na obcisłej sukience Mili Moreny poruszające się na jej zwinnym, pięknym ciele czarnoskórej Kreolki były dziwnym zjawiskiem w szarości parku, na tle legendarnego Kościuszki, jego kosynierów i chamskiego rogu czyhającego z tekstu Wyspiańskiego.
W antrakcie poszliśmy do namiotu, gdzie zespół się ogrzewał kawą z termosu i posilał pięknie przygotowanymi przez organizatorów zakąskami. Mili siedziała w rogu z komórką i kiedy podeszliśmy, serdecznie się po polsku przywitała. Wydukałam swoje kila słów po hiszpańsku i spytałam, czy domy na Alamarze, nim wkroczyły tam minibrigade i sowiecka wielka płyta fabryki domów były budowane przed, czy po Rewolucji. Okazało się, że po. A więc mieszkaliśmy w bungalowach już nie amerykańskich. Mili chodziła do szkoły z pionierską chustą, a ja nie, za moich czasów uczniowie szkół chodzili jeszcze po ulicach parami w ubrankach w pastelowych kolorach, pewnie jeszcze z amerykańskich magazynów bez pionierskich chust. Znała rosyjski tak samo, jak ja hiszpański.
Marek zrobił mi zdjęcie z Mili i powiedział, że teraz rozumie, dlaczego jego żona tak kocha Kubę. Mili była o głowę ode mnie wyższa, miała czarne loki, a jej piękna, rasowa twarz promieniała radością i życiem.
W domu po powrocie wysłał jej na komórkę „Tres tristes tigres” Guillermo Cabrery Infante, książki, którą chciałam przeczytać po hiszpańsku i nie dałam rady. Wysłał, by się nie zmarnowała.
Ale „Trzy pstre tygrysy” nareszcie w ubiegłym roku spolszczono, już czytam, coraz więcej Kuby jest w Polsce.

Opublikowano dziennik duszy | Skomentuj

WIERSZE WIEJSKIE NOWE (1)

Jeszcze trwa między szpilkami modrzewia
światło w kolorze soku z cytryny. Las śpiewa.
Idę ścieżką narkotycznie wyżej i wyżej
szyszki rozsypane bożonarodzeniowo…
Ach, Faust był głupi, chwilo trwaj!
trwaj wciąż i wciąż na nowo.

Jeszcze się nic nie skończyło i być może się zacznie,
pleciesz się losowo głupi losie,
dramat jest we krwi i rosie, w korzeniach
drzew płaczących żywicą.
Odbierz lesie mój strach, moją nicość,
nich spełni się rytuał oczyszczenia.

Jeszcze trochę i otworzy się przestrzeń
tam w dole domki niewinne. Cień
chmury nad lasem modrzewiowym.
Niech nic nie staje się naraz.
Trwaj letnim pięknem, trwaj w barwach
szlachetnych. Bez muzyki i mowy.

Opublikowano 2017, Nie daję ci czytać moich wierszy | Skomentuj

Dziennik wiejski lato 2017

1 czerwca 2017, czwartek. Zobaczyliśmy wczoraj zalaną wieś na Facebooku. Ktoś dał zdjęcia obok naszego domu, kapliczka była do połowy zalana, woda podchodziła pod stację benzynową. Zadzwoniliśmy do Jana do stacji benzynowej. Uspokoił nas, dom nasz stoi.
Nazajutrz zaraz po tym, jak robotnicy ukończyli montować okno w pokoju, pojechaliśmy z całym ekwipażem wakacyjnym na wieś. Zabieram z balkonu pelargonie, begonie, bazylię, tymianek i pietruszkę wysianą w marcu.
Ulica przed domem pokryta była kurzem, podobnie żywopłot i cały ogród. Wdarł się do wnętrza, wszystko wysprzątane przed przyjściem zimy pokryte było warstewką brunatnego kurzu. Kurz unosił się przy każdym powiewie wiatru i spadał z żywopłotu, a jadące jezdnią samochody wzbijały nową porcję. Mógłby sytuację uratować deszcz, ale on nie spadał i nastały dni suszy. Woda musiała iść z Grzmiączki, gdyż w sąsiedniej posesji utworzyła się skarpa z usuwającej się ziemi. Ta, która gromadziła się w rzece, na całe szczęście do nas nie doszła.

9 czerwca 2017, piątek. Mama zadzwoniła przez swoją komórkę do pani Stasi, że już jest i przyszła z Kazią i panią Władzią. Pani Stasia usłyszała głos rozmawiającej na chodniku Łysakowej, zawołała ją i po chwili dołączyła do nas Łysakowa.
Kazia opowiadała dużo o powodzi, zalało jej siostrę Elę, która ma dom przy samej rzece. Woda wyrwała drzwi garażu, w ostatnim momencie jej mąż Krzyś wjechał do nich na górkę i samochód nie został zalany, natomiast drzwi są do wyrzucenia. I tak dobrze, bo sąsiadowi woda zatrzasnęła drzwi garażu jak był w środku i gdyby w domu nie zorientowali się, że go nie ma i nie uwolnili go, byłby zginął. Ela miała pralkę w piwnicy zupełnie nową, kilka półek przetworów, które mimo, że były szczelnie zamknięte musiała wyrzucić na jeżdżący po wsi wóz zbierający wersalki, dywany i wszystko to śmierdziało oblepione szlamem. Najgorszy był smród błota oblepiającego piwniczne ściany i elewacje domów. Pani Stasia i Kazia cały tydzień chodziły z łopatami pomagać Eli usunąć błoto z piwnicy i ogrodu. Pani Stasia dodała, że zaczęło się kompletną ciemnością i woda lała się z nieba ponad godzinę, a oni stali oniemiali przed oknami przerażeni. Jadąca ulicą dziewczyna wpadła do Regulanki i nie mogła wyjść z samochodu. Uratowali ją ludzie jadący za nią autobusem, wybiegli z niego i ją wyciągnęli.
Zalało dwa komisy samochodowe, mają dawać jakieś odszkodowania, ale trudno deklaracje zredagować.
Łysakowa mieszkająca pod Grzmiączką ma do wymiany całą podłogę i wersalki do wyrzucenia. Woda łączyła się na szczycie w rwące strumyki-rzeki i zabierała ze sobą wszystko niosąc kłody drewna i taranując po drodze ogrodzenia. Ucierpiała też rodzina syna pani Władzi, Edeka, który miał zupełnie nowo postawiony dom na miejscu zburzonego domu po teściowej zalewanego przed uregulowaniem rzeki Regulanki. Mimo, że przezornie zlikwidowali piwnicę ze względu na położenie tuż przy rzece, musieli wyrzucić pralkę, lodówkę i wymienić podłogę w całym domu.
Podałam ciasta jeszcze przywiezione z Katowic, ale nie miały powodzenia, był upał i piły tylko wodę.

10 czerwca 2017, sobota. Przyjechał Marek i zaraz pojechaliśmy na basen do Chrzanowa. Był pusty i bardzo dobrze się pływało. Po zakupach w Tesco w Chrzanowie i w warzywniaku w Alwerni, gdzie zobaczyliśmy nowo postawiony kiosk Edka z lodami, zabraliśmy się za żywopłot, który od ubiegłego roku, kiedy nie mieliśmy prądu, zarósł zupełnie. Marek ryzykownie stał na drabinie od ulicy ścinając grube już gałęzie elektryczną piłą, a ja zbierałam gałęzie. Ledwo zakończyliśmy od ulicy lunął deszcz gwałtowny i tropikalny, całe szczęście krótki.

12 czerwca 2017, poniedziałek. Zalało mi przybudówkę, woda dostała się przez szpary drzwi i płynęła aż do okna mocząc rulony papieru. Suszę je na stole ogrodu ciągle zakrywając je folią, gdyż upalne słońce przerywają przelotne deszcze, ale nie tak intensywne, by zmyć pył z ogrodu i żywopłotu, a przede wszystkim z szosy, skąd do naszej posesji przenika.

13 czerwca 2017, wtorek. Cały tydzień będę remontować przybudówkę, pokrywać ściany i sufit tkaninami i wynosić zgromadzone tu dla Amelki zabawki na strych. Maciuś napisał, że przyjedzie z Nowego Jorku 14 czerwca do Warszawy, a do Krakowa 26 czerwca do Dominika, gdzie się prześpi i Dominik go tutaj przywiezie. Może potem przespać się w przybudówce.
Po deszczu plewię już od szóstej rano, nic tak nie wycieńcza, jak prace ziemne. Mam już cztery worki do wywiezienia rozłogowych korzeni chwastu, który mamy tu od trzydziestu lat i nie udaje się go zwalczyć. Jak czytam w Wikipedii, jest to podagrycznik pospolity nadający się nawet do jedzenia, ale jego widok zawsze przyprawiał mnie o mdłości. Leczy podobno podagrę, nigdy jakoś nie dowiedziałam się co to jest podagra, na którą cierpiała Wirginia Woolf.

14 czerwca 2017, piątek. Przyjeżdża Marek z tortem z mascarpone. Tnie żywopłot od strony ogrodu i nie muszę go już asekurować. Przychodzi pani Stasia z Kazią, przynoszą zdjęcia ze chrztu małego Jasia, wnuczka Eli. Kopiuję je aparatem do mojego archiwum gdyż są tam wszyscy w grupie, stoją wyprostowani i patrzą do obiektywu.
Po obiedzie jedziemy do Bolęcina, nikogusieńko nie ma na plaży i boimy się takiej pustki, skażonej wody lub jakiegoś innego katastroficznego powodu. Woda jest rześka i pływam z przyjemnością w jeziorze, otwartej przestrzeni z zapachem końskim od pobliskiej stadniny i szumem przybrzeżnych szuwarów.
Potem jedziemy do Alwerni do pensjonatu dla osób starszych „Opieka”. Mieści się w domu, gdzie zawsze była apteka, teraz od lat jest tu Dom Starców. Jeśli przyjedzie Maciuś, moglibyśmy pojechać na dwa dni do Przemyśla i na jedną noc zostawić tu mamę.
Wchodzę po schodkach za szybą widzę korytarz zastawiony butlami wody. Miła dziewczyna trzymająca w ręce telefon z przerwaną rozmową mówi, że jest to niemożliwe, gdyż woda pitna w Alwerni jest skażona i mają teraz duże utrudnienia w kuchni, ale jak to minie to owszem, doba kosztuje sto złotych.

15 czerwca 2017, czwartek, Boże Ciało. Proboszcz zarządził, że z powodu zniszczonych nawierzchni asfaltowych ograniczają procesję tylko do stacji wokół kościoła.
Wieczorem, przed zapowiedzianym deszczem ośmielam się spalić patyki z żywopłotu, na co zaraz przychodzi do płotu Ewa z domu, któremu kilka lat temu daliśmy nasze drzewa do spalenia, cztery jabłonie ścięte przez Marka. Daliśmy im klucze do furtki, by sobie je mogli swobodnie porąbać i zabrać. I teraz ta Ewa z takim pyskiem. Podobno przeszkadza to choremu Ciołczykowi, który ma dziewięćdziesiąt cztery lata i jest niesłychanie agresywny w swoim Alzhaimerze. Przygląda się temu z oddali jego córka, to ona wysłała Ewę do mnie. Idę po resztkę deszczówki, którą miałam na podlewanie kwiatów i chlustam nią na ognisko. Ale przy okazji spaliłam ślimaki nagie, bardzo okazałe po zjedzeniu całej mojej pietruszki ukrywających się pod patykami.

22 czerwca, wtorek, 2017. Rano mama poszatkowała na stolnicy młodą kapustę i byłam bardzo zadowolona, bo jestem tu bez malaksera i nigdy ręcznie tego nie robię.
Przyjechał Marek i zabrał mnie na Bolęcin, tylko myśmy się kąpali i było na plaży jak poprzednio, zupełnie pusto. Po jakim czasie weszły na piasek dzieci prowadzone przez opiekunkę. Najpierw postały przy kaczkach i ich młodych, a potem powlokły się wzdłuż brzegu, minęły nas i poczekały, aż opiekunka da im znak do powrotu. Były zadziwiająco martwe, trzymały w dłoniach chipsy, prażynki i słomki z soczkami, miały zakaz zdejmowania butów i skarpetek. Ale ich neonowe kolory strojów działały optymistycznie i wesoło.
Po obiedzie poszliśmy na spacer na Czarną Górę, po drodze widzieliśmy posesje Edka z pozostawionym jeszcze szlamem na ogrodzeniu i widać było, dokąd sięgała woda. W ogrodzie było już uprzątnięte, podobnie jak i we wszystkich domach wzdłuż rzeki. Idąc do kamieniołomu, gdzie zwożono gruz z rozbiórki strych domów widzieliśmy, jak woda z Czarnej Góry zabierała ze sobą ciężkie betonowe części i wlokła je na pola i na domy wybudowane poniżej.
W kamieniołomie przy zanieczyszczonym jeziorku zawieszono huśtawkę, między kupami śmieci, w szczelinach głazów rosły dorodne, smażące się na słońcu poziomki.

26 czerwca 2017 napisałam w poczcie wewnętrznej na facebook pytanie do Dominika, czy Maciuś przyjechał i on odpowiedział, że nie i że jutro jadą w tournée po Europie i go już nie będzie. Mamy nie mieliśmy gdzie dać, więc zaplanowaliśmy wycieczkę jednodniową do Muzeum w Oświęcimiu i do domu rodzinnego papieża do Wadowic, skoro on taki pobożny.
Zaczęłam szukać Maciusia na Faceebooku i okazało się, że mnie odjął od znajomych i zmienił nazwę swojego profilu. Tajemnicza sprawa. Mam tu oszczędnościowy Internet, za każdym razem muszę się łączyć i nie mam czasu na to śledztwo. Chyba się obrazili, jak mu listownie przypomniałam, że piętnaście lat temu brzydko potraktowali Kajtka, kiedy odwiedził ich, kiedy był na Camp America. Jego starsza siostra ze starszym bratem wkładali mu szczoteczkę do muszli klozetowej i sypali proszek swędzący do ubrania. Zarykiwali się ze śmiechu, dzieci jak dzieci, ale widać, nie wolno mi było tego przypominać. Nic, dobrze, że zmobilizowałam się i odremontowałam przybudówkę.
Wieczorem jestem tak skonana, że mogę tylko czytać. Przeczytałam całego Paula Johsona, od czasu „Intelektualistów” wychodzą jego dalsze książki. Strasznie jest prawicowy, pisze dobrze o Pinochecie i Thatcher, z którą się przyjaźni i pisze, że ma piękną cerę i zaróżowione policzki. Nie znam kobiety polityka, by miała jakieś powaby erotyczne i brzmi to jakoś niesmacznie. Ciekawe, że wtedy, w latach dziewięćdziesiątych wszyscy byliśmy prawicowi i co się teraz porobiło.

28 czerwca 2017, środa. Mama ma opuchnięte nogi i nie potrafi ich podnieść wchodząc do łóżka, muszę je podnosić czym się jeszcze bardziej meczę. Zrobiłam zdjęcie nóg mamy, Marek ma pokazać dzisiaj lekarce, jeśli zgodzi się na taką formę diagnozowania. Mama, by nie chodzić często do ustępu prawie nic nie pije.
Okazało się że bez oglądania zdjęcia lekarka przepisała środki na odwodnienie i na serce, Marek jutro wraz z receptą na pieluchy dowiezie.

29 czerwca 2017, czwartek. Szukamy w chrzanowskim szpitalu sklepu z pieluchami, jest na parterze, ale trzeba przejść mnóstwo korytarzy, minąć kaplicę i stołówkę. Szpital jest super nowoczesny, stoją na rogach automaty z napojami, osobno butle z darmową wodą do picia, sklepy z piżamami i książkami. Nie to co dwadzieścia lat temu, kiedy przejeżdżałam do Marka na rowerze jak miał zerwane ścięgno Achillesa, na ogromnej sali gdzie leżał palili papierosy wszyscy łącznie z lekarzami i personelem.
Wieczorem jedziemy na gliniak do Bolęcina, jest już więcej ludzi, a woda jest ciepła. Marek przywiózł film „Ostania rodzina” i oglądamy na laptopie.

30 czerwca 2017, piątek. Marek nocuje w przybudówce, nazajutrz mamy zabrać się za prace ziemne w ogrodzie, ale widły i grabie oderwały się od trzonków. Na dodatek popsuła sie głowica kosiarki i jedziemy kupić to w „Majstrze” w Trzebini.
Piękny sklep, gdzie na piętrze, nad główną powierzchnią handlową na gałęziach siedzą papugi i ptaki śpiewające na tle płyt wiórowych w kolorze miodu i cały czas się odzywają uprzyjemniając zakupy.
Przed sklepem młody chłopak sprzedaje tanio bób, chyba jedyne co obrodziło w tym roku.

3 lipca 2017, poniedziałek. Przyjeżdża Dominik samochodem, mówi, że na skuter jest zbyt zmęczony. Jest krótko, wieczorem na występ i znowu jadą w trasę z Dikandą. Mówi, że chórki są bardzo religijne i trudno mu nie odzywać się, kiedy jadą ze sobą tak długo.

18 lipca 2017, wtorek. Pani Stasia z Kazią przynoszą z niedzielnego odpustu Matki Boskiej Szkaplerznej miśki z wafli z pianką w środku i odpustowe cukierki. Sprzedawała to Łysakowa.
Mówiły, że Jasiu, ojciec Kuby i mąż Krysi kwiaciarki, kuzyn Władzi, bardzo źle się czuje i przestał mówić.

24 lipca 2017, poniedziałek. Imieniny mamy. Pani Władzia przychodzi już o ósmej z żółtą różą, kiedy sprzątałam łazienkę i myłam muszlę klozetową. Mieszka teraz u córki w czasie remontu jej domu, odwiedzała by nas częściej, ale jest skazana tylko na podwożenie samochodem. Przynosi widomość, że Krysia kwiaciarka w dniu swoich imienin zawiozła Jasia do szpitala, gdzie powiedzieli jej, że choroba jest zaniedbana i że przyjeżdżają za późno. Jest diagnozowany, ale co mu jest, nie chcą mówić. Jasiu jak każdy mężczyzna na wsi palił i pił. Zaraz po niej o dziewiątej przychodzą pani Stasia z Kazią, przynoszą dużo prezentów dla mamy. Pijemy ajerkoniak, jemy tort i daję im do oglądania zdjęcia mamy sprzed wojny mając nadzieję, że mama przy tej okazji powie mi więcej niż zwykle i coś sobie jeszcze przypomni, czego nie wiedziałam.
29 lipca 2017, sobota. Mimo alarmujących braków pieniędzy w kasie gminy, Alwernia są jednak Dni Regulic, ale tylko jeden dzień, a nie jak dawniej dwa. Zawsze baner nad ulicą zawiadamiający o tym z kolorowymi trójkątnymi chorągiewkami malował Jasiu w czynie społecznym.
Ale nie idę pod strażnicę, słyszę tylko dobiegające dźwięki disco polo i muszę spać w ten upał przy zamkniętym oknie, by tego nie słyszeć. Ruch na ulicy wzmożony, po chodniku całą noc przechodzą młode dziewczyny w krótkich spodenkach z chłopakami i jest bardzo energetycznie i jakoś uroczyście.

31 lipca 2017, poniedziałek. Ponieważ Ela nie mogła przyjść na imieniny mamy, przyszła teraz z mamą i siostrą i przyniosła prezenty. Pokazuje w telefonie zdjęcia małego Jasia, rozmawiamy jeszcze o powodzi, ale już powoli się wszystko zabliźnia, zamówione są już nowe drzwi do garażu i kupiona nowa pralka. Oby się nie powtórzyło, mówimy i powtarzamy to jak echo.

1 sierpnia 2017, poniedziałek. Dzisiaj w nocy ma przelecieć Kajtek, Jarek już w niedzielę wrócił całą rodziną z Londynu do swojego nowo wybudowanego za pieniądze tam zarobione domu w Porębie i przyszedł spytać kiedy Kajtek będzie. Długo rozmawia z Markiem przy płocie, aż ostry głos żony zza żywopłotu wzywa go do powrotu do domu jego matki Dorotki. Dorotka wyszła w tym roku za mąż po pięciu latach wdowieństwa za Niemca, u którego pracowała. Właśnie niedawno przyjechali z Niemiec odkrytym szewroletem i mąż jej zstąpił syna Pawła przy koszeniu trawnika.
Czekamy przy Hangout’cie, aż Kajtek da nam znać czy jechać do Balic, ma kilka przesiadek i może na którąś nie zdążyć i faktycznie, lot do Berlina spóźniony i nie może dzisiaj lecieć do Krakowa. Dali mu hotel przy Alexanderplatz, jest bardzo zmęczony, nie spał całą dobę.

2 sierpnia 2017, wtorek. Jedziemy po Kajtka w południe, jesteśmy trochę wcześniej i po zostawieniu samochodu na parkingu, zwiedzamy lotnisko, dużo egzotycznych pasażerów. Mija nas wysoka, piękna dziewczyna ogolona na łyso w krótkiej tunice i legginsach. Zjeżdżamy zobaczyć kolej łączącą lotnisko z miastem schodami w dół, nie ma tam już klimatyzacji lotniskowej i bucha nagle żar upalnego lata. Samolot z Berlina ląduje o czasie, ale Kajtek nie wychodzi. Nie przywieźli jego bagażu i po wystaniu do ostatniej torby podróżnej na taśmie i upewnieniu się, że bagażu jego na pewno nie ma, musiał wypełnić formularze poszukiwań. Obiecali, że dostarczą bagaż za kilka godzin następnym samolotem z Berlina, ale Kajtek wiedział z doświadczenia, że pod wskazany adres i tak go nie przywiozą i szybciej będzie, jak po niego przyjedzie.
Po objedzie pojawił się Jarek i zabrał go do Poręby, by poznał jego rodzinę i zobaczył dom. Kiedy go odstawił z powrotem, pojechaliśmy na Bolęcin, w którym Kajtek kąpał się z lekką odrazą nie pokazując tego i wolał jeździć nad jeziorem dronem.
W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Simotę, która po kolejnej zmianie właściciela i kataklizmie powodziowym, zerwanym mostku przedstawiała żałosny widok.
Dominik już na nas czekał w domu, zjadł obiad i zabrał Kajtka do Krakowa. Kajtek jeszcze godzinę rozmawiał z Berlinem, bagażu w dalszym ciągu nie ma i nie ma naszych prezentów, podobno same moje kremy do twarzy kosztowały koło 100 dolarów, a za zgubiony bagaż płacą góra 200.
Kajtek nazajutrz pojechał z Dominkiem na motorze do Zakopanego, tam mieli bankiet w knajpie członka zespołu Dikandy i spanie.

4 sierpnia 2017, piątek. Kiedy wrócili i Kajtek kupił sobie nowe ciuchy i kosmetyki na wyjazd do Warszawy do filmowców amerykańskich, którzy tam od miesiąca już pisali scenariusz dla najnowszego filmu ze Sthurem, bagaż się znalazł. Przyjechał po niego motocyklem w nocy i przywiózł dla mnie, tata i babci prezenty. Musiał szybko wracać, by Dominika odebrać z grania. Nazajutrz rano jedzie pociągiem do Warszawy.
8 sierpnia 2017, wtorek. Kajtek wrócił z Warszawy do Katowic i Marek z Kajtkiem przyjeżdżają jeszcze do Regulic. Przyjechał Dominik przed wyjazdem do Warszawy, gdzie miał odebrać zapomniane w mieszkaniu Sama tenisówki Kajtka.
Po obiedzie jedziemy kąpać się na Bolęcin i potem na Grzmiączkę. Idziemy modrzewiowym lasem, który mimo zwalonych drzew po powodzi w dalszym ciągu jest piękny i dostojny. Pod krzyżem zbieram lebiodkę, dziki tymianek i miętę do zasuszenia na zimę, Kajtek wypuszcza drona, a Dominik robi komórką zdjęcia zbiorowe.
Po wyjeździe Dominika, Kajtek jedzie do Jarka do Poręby na bankiet i kąpać się w ich basenie, a my oglądamy w ogrodzie na laptopie filmy. Markowi rośnie ciśnienie, na niebie rośnie księżyc i sypią się sierpniowe gwiazdy. Kajtek wreszcie przyjeżdża i odjeżdżają do Katowic.

9 sierpnia 2017, środa. Przyszły pani Stasia z Kazią, by się pożegnać i życzyć do zboczenia w przyszłym roku. Przyniosły smutną wiadomość, że po wypisaniu Jasia ze szpitala, dzisiaj rano Krysia zawiozła go tam z powrotem. Nie może mówić ani jeść, a Krysia ma w kwiaciarni mnóstwo zamówień i nie może cały czas być w szpitalu w Chrzanowie, prowadzi kwiaciarnię sama.
Usiłuję się spakować, myję lodówkę i nie mogę rozmrozić jeszcze zamrażarki, bo wszystko się popsuje. Nie udało się tak wycyrklować, by wszystko zużyć do wyjazdu.
Popołudniu przybiegła Kazia z wiadomością, że Jasiu nie żyje. Był tylko dwa lata młodszy ode mnie i był najmilszym, uczynnym człowiekiem we wsi.
10 sierpnia 2017, czwartek. Marek z Kajtkiem o trzeciej w nocy pojechali na lotnisko do Balic. Ma tylko dwie przesiadki, w Belinie, skąd startuje bezpośredni samolot do Los Angeles.
Marek przyjeżdża do Regulic o piątej rano i próbuje przespać się w przybudówce. Koło dziewiątej przychodzi pani Władzia, jej dzieci są nad morzem i nie będą mogły pójść na pogrzeb Jasia w sobotę. Dzisiaj krewni będą odmawiać różaniec w Brodłach, gdzie przewieziono ciało Jasia.
Po obiedzie zamykamy dom i ja jeszcze ostatni raz chcę pływać w gliniaku w Bolęcinie, podczas gdy mama z Markiem czekają na mnie w samochodzie. Jest piekielny upał.
Udaje się nam mamę niemal wnieść na czwarte piętro, ledwo w trójkę mieścimy się na schodach. Niemal nieprzytomną rzucamy na łóżko, podaję mamie szklankę wody i włączam wentylator. Po chwili dochodzi do siebie.

Opublikowano 2017, dziennik ciała | Skomentuj