Lata sześćdziesiąte. Andrzej (10)

„The Animals” zagrali w parku Kościuszki w Hali Parkowej dwa koncerty, ale Andrzej i tak na nich nie był. Bilety kosztowały 70 zł i sprzedawano je na katowickim rynku w „Orbisie” gdzie ustawiały się tasiemcowe kolejki na kilka godzin stania. Jak opowiadano w „Santku”, Park Kościuszki pełen był milicjantów i koników sprzedających bilety po horrendalnych cenach przez cały tydzień poprzedzający występ. Posiłki milicyjne ściągnięte z całego województwa dzień przed koncertem usiłowały rozproszyć oblegające park tłumy, a w dniu koncertu i tak przegrały z atakującą drzwi młodzieżą, która biletów nie posiadała. Komentowali to wszystko szczegółowo w „Santku”. „Animalsi” zaczęli koncert od „I’m crying”. Wszyscy dyskutanci kawiarniani mieli grającą pocztówkę z tym utworem kupioną w ukrytych w podwórzach sklepikach na Wawelskiej i Wieczorka, zawsze wygiętą, ale i tak możliwą do wielokrotnego odtwarzania. Przed „Animalsami” wystąpił łódzki zespół „Polanie”, których nikt nie chciał słuchać. Podobno mimo, że nie było stojących miejsc, wszyscy stali bądź skakali po krzesłach i, jak potem drwiąco donosiły gazety, słychać było tylko wrzeszczącą salę. Po koncercie, czego już w gazetach nie było, tłum zaatakował milicyjne nyski i do Katowic, po „Animalsach”, żadnych zachodnich muzyków nie zapraszano.
Andrzej nie żałował, że nie wdział Erica Burdona, ani jego żółtych butów i wąskich spodni w pasy. Cotygodniowa „Top 20” w Radiu Luxemburg w nocy z niedzieli na poniedziałek pozwalała śledzić ranking utworów Beatlesów, The Rolling Stones, The Hollies, The Animals, Gerry and the Pacemakers, Lulu czy Billy J. Kramera, a także nasycić jego potrzeby. Na prywatki zawsze ktoś przynosił longplaye, a nawet magnetofony szpulowe. Dzięki tegorocznym najnowszym przepisom celno-dewizowym Polacy mogli odwiedzać demoludy ustawiając się w kolejkach do „Orbisu” „Sports-Touristu”, Biura Turystyki Polskiego Związku Motorowego BTZ PTTK, Biura Wczasów Podróży i Turystyki ZSP, „Juventuru”, „Turysty” i „Gromady”. Wielogodzinne stanie jednak się opłacało – prestiż wakacji zagranicznych był tak wielki, że wart był każdego wysiłku. Kuba Andrzejowi bardzo się przydawała, by nie być gorszym.
A wszyscy oglądali telewizję i to ich łączyło.
Jesienią 1965 roku telewizja była już ustabilizowaną, dobrze prosperującą machiną propagandową, telewizorów było coraz więcej, liczba godzin emisji rosła. Nie było w klasie Andrzeja nikogo, kto nie miałby telewizora. W liceum wymagano, by uczniowie ją oglądali. Wiele programów przedpołudniowych było przeznaczonych dla szkół i nauczyciele chętnie korzystali z takiej pomocy lekcyjnej, a ich szkoła, sztandarowa „pawilonówka” wybudowana w ramach „Tysiąc szkół na tysiąclecie” miała w pracowniach telewizory. Rozpoczęto przez telewizję kursy języka rosyjskiego i programy naukowe. Andrzej, który coraz intensywniej interesował się przedmiotem prowadzonym przez ich wychowawcę nazywanego „Fizykiem”, nie bardzo lubił ani książek popularnonaukowych, ani tych programów i uważał, że wszystko spłycają. Lubił oglądać telewizję tylko rozrywkowo, oglądał w czwartki „Kobrę” a w poniedziałki od stycznia „Stawkę większą niż życie” w teatrze telewizji. Zresztą w tak małym mieszkaniu trudno było się odizolować od telewizora, szczególnie, że Krystyna była fanatyczką kryminałów. „Kobra” spełniała jej oczekiwania, a w Hansie Klossie – radzieckim agencie o pseudonimie J-23 – natychmiast się zakochała, zastępując zajmującego do tej pory w jej sercu Gregory’ego Pecka. Dzięki „Interwizji”, powstałej w opozycji do zachodniej „Eurowizji” telewizja mogła nadawać bezpośrednie programy z Moskwy i tylko pojawiające się okna – nawet przez godzinę z napisem „Przepraszamy za usterki”- hamowały tę eskalację. W 1963 roku pokazano zdumiewającą wszystkich osiągnięciami technicznymi Polski Ludowej bezpośrednią transmisję z USA z manifestacji przeciwko dyskryminacji rasowej poprzez satelitę „Telstar”.
Andrzej nie fascynował się „Wielką grą”, oglądał chętniej „Wielokropka”, ale obowiązkowo „Psa Huckelberry’ego” Hanny i Barbery, a wieczorem „Bonanzę” i „Świętego” oraz „Wojnę domową”. Ta ostatnia w sposób inteligentny wyszydzała ciągoty nastolatków do rock-and-rolla, niemniej wszyscy w klasie ją oglądali.
Od kiedy Komitet do Spraw Radiofonii „Polskie Radio” został przekształcony w Komitet do Spraw Radia i Telewizji, zwany w skrócie Radiokomitetem, telewizja stała się centralnym organem administracji państwowej, podlegała prezesowi Rady Ministrów czyli Partii. Sowiecki model socjalistycznego kraju obowiązywał w całym bloku wschodnim. Wszystkie telewizje demoludów – Polski, NRD, Węgier, ZSRR, Czechosłowacji Rumunii i Bułgarii jednoczyła „Interwizja” traktująca zachodnią „Eurowizję” jako niebezpieczną. Wszystko, co nadawano zależne było od wskazań i opinii KC PZPR i wiedzieli o tym wszyscy nie tylko z Wolnej Europy, ale przekonywali się o tym na co dzień na własnej skórze. Telewizja budująca społeczeństwo socjalistyczne krzewiąca idee marksizmu-leninizmu tępiła subiektywne i dowolne oceny nie pochodzące z Partii. I kiedy Lucjan Kydryński w audycji „Muzyka łatwa lekka i przyjemna” jako wielki autorytet i znawca muzyki potępił i wyśmiał Beatlesów wysławiając w ich miejsce francuskich piosenkarzy, Andrzej po prostu przestał go oglądać.
Jednak zerwanie z telewizją było niemożliwe. Telewizja walcząca z kiczem i tandetą próbowała złamać wszelki opór i odrazę zatrudniając bardzo dobrze wykształconych w przedwojennych szkołach ludzi dobrze im płacąc oraz umożliwiając im zarobek z wielu lukratywnych źródeł, dzięki czemu stawali się ludźmi wolnymi, zadowolonymi z życia i promieniującymi szczęściem. Swoboda i aluzyjność wypowiadanych na antenie komentarzy, branych opacznie przez oglądających za wywrotowe, przyciągała coraz to więcej uzależniających się od niej telewidzów i telemanów. „Słusznym kierunkiem” było też udostępnienie ambitnej produkcji o zacięciu politycznym i wychowawczym, co znaleziono w neorealizmie włoskim i francuskiej artystycznej lewicy, rezygnując stopniowo z obfitości filmów radzieckich i tworząc pozór państwa otwartego na świat współczesny. Na przełomie 1965 i 1966 z okazji 1000-lecia państwa polskiego pojawiło się w telewizji zdumiewająco dużo imprez, festynów, wieców z całkowitym pominięciem uroczystości kościelnych. Nagonki na obchody Milenium Chrztu Polski przez kościół katolicki zwiększyły się przy okazji „Listu biskupów”. Podkreślano reakcyjną i antynarodową politykę Kościoła i antypolską postawę Watykanu. Po tym okresie już zupełnie przemilczano święta kościelne, a na Boże Ciało nadawano najlepsze filmy w czasie, kiedy ulicami Polski szły procesje.
Ale i tak głównym tematem spotkań w „Santku” pozostała telewizja, którą wszyscy kochali coraz mocniej też dlatego, że innego sposobu spędzania czasu nie było. Nowoczesna aparatura filmowa kina „Kosmos” psuła się coraz częściej i systematyczne stanie w ogromnym ścisku w holu kina przed rozpoczęcia kolejnego seansu stało się normą.

Jeszcze jesienią na szkolnej akademii związanej z kolejną rocznicą Rewolucji Październikowej zacytowano słowa towarzysza Edwarda Gierka: „Wyrażam przekonanie, że w chwili obecnej problemem pierwszorzędnej wagi jest sprawa zespolenia wysiłków trzech podstawowych ogniw wychowawczych: rodziny, szkoły i zakładu pracy, w jeden wspólny nurt. Chodzi tu o swoiście rozumianą „koordynację poziomą” wysiłków wychowawczych w układzie: rodzina – szkoła – zakład pracy”.

Krystyna koordynowała się poziomo co tydzień, przed lekcją przysposobienia obronnego podcinała Andrzejowi włosy do poziomu, o którym precyzyjnie wiedział, czy jeszcze nie zostanie wyrzucony z lekcji. Andrzej miał po Rudku i Krystynie niesłychanie gęste, kręcące się włosy, odrastające w zawrotnym tempie i co tydzień podłoga kuchni zasłana była jego kłakami.
W klasie niemal wszyscy palili oprócz Andrzeja. Zapowiadano produkcję nowych papierosów z filtrem pod nazwą „Start” próbując wycofać niefortunną nazwę radomskich „Sportów”. Przedwojenna fabryka w Radomiu kupiła właśnie nowe maszyny potaniające produkcję i „Starty” miały kosztować 4 złote na co wszyscy się cieszyli. Dotychczasowe „Sporty” po 10 sztuk za 1,75 zł nie miały filtra i trzeba było nieustannie wypluwać pozostające w ustach drobiny. Bardziej wyrafinowani klasowi palacze kupowali fajkowy „Neptun ”z amerykańskiego tytoniu za 25 złotych i robili je sami owijając tytoń w gazetę, które były mocniejsze i dawały pożądanego kopa.

Na szkolne uroczystości obowiązywały marynarki i ich producentami były Bytomskie Zakłady Przemysłu Odzieżowego, które produkowały tylko na eksport. Krystyna miała problem z ubraniem Andrzeja, przemyskie ciuchy nie miały tak małych garniturów. Weszły do produkcji laminaty, bardzo drogie marynarki klejone zamiast szwów i nikt nie wiedział, jak to prać czy prasować. Było natomiast w sklepach dużo młodzieżowej odzieży z teksasu i nikt w tym nie chodził, a Andrzej nigdy by czegoś podobnego na siebie nie włożył, jak płaszcza z popeliny z podpinką na zatrzaski. Nigdy nie miał ortalionu i dobrze, bo stał się szybko zupełnie démodé. Polski przemysł zakupił podobno zachodnie maszyny do ich produkcji i teraz sklepy zalewano ortalionami. Natomiast Krystyna poszukiwała koszul non iron piekielnie drogich, których jugosłowiańskie partie rzucono w czerwcu do „Zenitu” i zakończyło się to dewastacją sklepu i przyjazdem milicji. Polskich koszul stilonowych produkcji Kaliskich Zakładów Dziewiarskich nie było w oficjalnej sprzedaży i Krystyna nigdy Andrzejowi takiej koszuli nie kupiła i była skazana na prasowanie.

Naprzeciwko szkoły pawilonowej na Diablinie zaczęto przed budynkiem kotłowni, na 5 metrowej skarpie budować pawilon Ogniska Muzycznego w kształcie rotundy o średnicy 36 metrów z oszklonym parterem i jednym piętrem, co na lekcjach z zainteresowaniem śledzili.
Mimo tych szlachetnych inicjatyw wznoszenia nowych budynków użyteczności publicznej, mrocznej strony dzielnicy nie dawało się już ukryć. Włamywano się do piwnic pokonując łomem każdy zamek. W stojących motocyklach odkręcano kurki z benzyną i zalewano nią ulice. W hotelu robotniczym naprzeciwko kościoła zapijaczeni robotnicy toczyli regularne bójki wewnątrz jak i na zewnątrz budynku. Napadano na pocztę, niszczono windy, wyrywano torebki staruszkom, kopano mężczyzn stających w ich obronie. Ten stan nasilił się jeszcze po zasiedleniu bloków przy Armii Czerwonej i Dzierżyńskiego. Dzielnica nie miała ani nocnego oświetlenia, ani posterunku milicji. Krystyna bała się o Andrzeja, który wracał późno do domu, na całe szczęście zawsze chodzili do kina w grupie.
Tak też zobaczyli „Salto” Tadeusza Konwickiego, które wydało im się filmem cudacznym i wydumanym, nie mającym nic wspólnego z ich codziennością. Życie mimo wszystko było o wiele prostsze.

Krystynie udało się kupić za 32 złote książkę telefoniczną. Miała 616 stron i Andrzej wertując z dumą napotkał swoje nazwisko na ostatnich kartkach abonentów przybyłych w czasie druku książki. Była podzielona na dwie części: w pierwszej numery instytucji, a w drugiej mieszkańcy i Andrzej mógł już dzwonić do wszystkich z klasy bez zapisywania ich numerów.

Na sylwestra u Maćka, który był już parą z Jolą, przyszła cała klasa, gdyż jego rodzice zawsze bawili się w ten dzień z aktorami teatru Wyspiańskiego i na noc nie wracali, Andrzej zaczął chodzić z Aldoną i potem uczył ją matematyki i fizyki. Fizyk na wywiadówce opowiadał mrożące krew w żyłach historie zaniedbań uczniów względem jego przedmiotu i pochwalona Krystyna dowiedziała się, że Andrzej będzie startował w międzyszkolnej olimpiadzie z dziedziny fizyki. Zwycięzcy mogli liczyć na przyjęcia na wyższe studia bez egzaminu. Ponieważ Rudek planował, by te wakacje spędzili na Kubie, Krystyna nie zgodziła się, by był nieobecny w klasie maturalnej i poprosiła jedynie o zwolnienie Andrzeja z czerwca i września.

Fizyk jeździł z klasą na wycieczki szkolne w Beskidy i do Zakopanego i klasa coraz bardziej była zgrana, formowały się trwałe związki i sympatie. Do połówki pokoju Andrzeja schodziło się coraz więcej chłopców i dziewcząt, za jego przykładem dzielono podobne jak jego mieszkania na Koszutce. Stawiano przepierzania w pokojach, a nawet kuchniach, by każdy mógł mieć podobny jak Andrzej, azyl.
Czasami grupą ze swoimi dziewczynami jechali Dzierżyńskiego tramwajem do Wesołego Miasteczka gdzie odnowiono „ślimaka” i zainstalowano na wzór Disneylandu w Los Angeles „wirujące filiżanki” i miniaturowy pociąg elektryczny złożony z elektrowozu i trzech odkrytych wagoników po 30 pasażerów. Jako „wycieczka szkolna” mieli zniżkę za pół ceny, a co 10 uczeń bilet bezpłatny.
Andrzej w dalszym ciągu interesował się lekkoatletyką i mimo, że na igrzyskach szkolnych zdobył brązowy medal w biegach i skokach, nie rósł i był najniższy w klasie. Wpatrywał się siedząc metr od ekranu w stojącą na najwyższym stopniu podium ze złotym medalem Irenę Kirszenstein. Była tylko o trzy lata od niego starsza i miała 176 centymetrów wzrostu.
Rodzice Maćka mieli zaprzyjaźnionych górali w Witowie, zaledwie 13 kilometrów od Zakopanego i Maciek postanowił z Andrzejem pojechać tam na narty. Śnieg leżał jeszcze w maju i można było swobodnie pojechać na wakacje wielkanocne, ale nie było czym. Stali więc na rynku, by kupić bilety do Zakopanego przed „Orbisem” już od szóstej rano. Kiedy wpuszczono ich do małego lokalu w trzech czynnych kasach sprzedawano bilety lotnicze, kolejowe, autobusowe na cały świat. Musieli równocześnie kupić bilet powrotny, gdyż jak się dowiedzieli w kolejce, nikt ich nie zabierze z powrotem, jeśli nie wykupi się biletu powrotnego i spóźni się na ten sam autobus, który ich przywiózł, trzeba będzie wracać piechotą z Zakopanego do Katowic, bowiem w autobusach do Zakopanego wszystkie miejsca wykupione są przez posiadaczy biletów powrotnych. Kierowcy autobusów, jak się dowiadywali z rozgadanej kolejki, nawet kiedy mają dużo wolnych miejsc, sadystycznie nie zabierają turystów stojących i wymachujących rozpaczliwie na przystankach i Andrzej czule wspomniał kubańską guaguę.
Nie łatwiej im było w Zakopanem, autobus do Witowa już przyjechał napchany, ludzie pchali się, złościli, złorzeczyli, panowała ogólna wściekłość. Tysiące turystów, urlopowiczów i tubylców przypadało na zaledwie kilka autobusów. Na dodatek w sklepie wiejskim nie było dosłownie nic, a w Zakopanem też w sklepach spożywczych niewiele do jedzenia, którego próżno szukali po brudnych i zatłoczonych Krupówkach. O kupieniu biletu na Kasprowy Wierch czy biletu na autobus do Morskiego Oka nie było mowy. Natomiast na bazarze łatwo było kupić po cenach takich jak w PKO elastyczne skarpetki i koszule non iron, miniaturowe wnętrza chat góralskich i drewniane figurki.

Jeszcze w maju jego sztandarowa szkoła musiała uczestniczyć w manifestacji mieszkańców Śląska i Zagłębia. W upale, pośród pół miliona ludzi na katowickim Rondzie tysiące młodzieży stanęło obok żyjących jeszcze Powstańców Śląskich. Umundurowani powstańcy w rogatywkach siedzieli tuż przy trybunie, blisko miejsca, gdzie miał stanąć zatwierdzony już w Warszawie Pomnik Powstańców. Makietę z wygraną na konkursie rzeźbą pomnika pokazywano wszędzie, miał mieć trzy skrzydła symbolizujące trzy powstania. Nad trybuną zawisła warszawska Syrenka, gdyż pomnik miała sfinansować Warszawa. W morzu sztandarów, górniczych orkiestr powiewających pióropuszami czapek, zanim uroczyście położono kamień węgielny pod budowę pomnika, rozpoczęły się wielogodzinne uroczystości.
Równo o godzinie 16 ryknęły syreny fabryczne by ci, którzy pracują na drugą zmianę mogli w uroczystości duchowo uczestniczyć. Na trybunie zasiedli: członek Biura Politycznego KC PZPR, przewodniczący Rady Państwa i Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu tow. Edward Ochab, członek Biura Politycznego KC PZPR, Marszałek Polski tow. Marian Spychalski, członkowie Komitetu Centralnego PZPR, ministrowie i generalicja WP, przedstawiciele władz naczelnych Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego z członkiem Rady Państwa wiceprezesem NK ZSL Bolesławem Podedwornym, przedstawiciele władz Stronnictwa Demokratycznego z członkiem Rady Państwa wiceprzewodniczącą CK SD Eugenią Krassowską, delegacja z Warszawy z I sekretarzem Komitetu Warszawskiego PZPR tow. Stanisławem Kociołkiem, członek Biura Politycznego KC PZPR, I sekretarz KW PZPR tow. Edward Gierek, członek Rady Państwa, przewodniczący Prez. WRN, przewodniczący Krajowej Komisji Weteranów Powstań Śląskich ZBoWiD tow. Jerzy Ziętek, sekretarze KW PZPR tow. tow. Zdzisław Grudzień, Stanisław Kowalczyk, Rudolf Juzek, członkowie Egzekutywy KW tow. tow. Mieczysław Hankus, Władysław Herman, Włodzimierz Janiurek, Bolesław Lubas, Piotr Mazelon, Jan Mitręga, Tadeusz Pyka, Roman Stachoń, Karol Stawarz, Jerzy Szuba, Ryszard Trzcionka. oraz członkowie Prezydium Woj. Rady Narodowej.

Kiedy w ostatnich dniach maja Andrzej był w samolocie lecącym na jego czteromiesięczne wakacje do Hawany, nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu. Miał na nosie przepisane przez okulistę, do którego skierował go lekarz badający wyjeżdżających w tropiki, okulary i wszystko nareszcie wyraźnie zobaczył.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Ewa (19)

We wrześniu rondo było już ukończone, uporządkowane i Ewa jadąc rano do szkoły i idąc do ronda na tramwaj nie mogła się nazachwycać nowoczesnością podziemnego przejścia. Ku jej rozczarowaniu, wszystkie oszklone witryny okazały się atrapami okien wystawowych, wykutymi w betonowej ścianie, ale okraszone różnobarwnymi neonowymi napisami informującymi o czymś czego nie było. Jedne witryny były ważniejsze, inne mniej, złudnie pokazywały nieosiągalne towary przemysłowe, lub sukcesy artystyczne śląskich artystów. Na półeczkach Ewa dostrzegła wytoczone z drewna figurki, malowane matowymi temperami i się nimi zachwyciła. Fakt, że nie będzie tokarzem skutkiem pomyślnie zdanych egzaminów do liceum zasmucał ją, bo nie będzie mogła nigdy sobie takich figurek wytoczyć. Ale wiedziała także, że tylko dzięki temu, że to nie są prawdziwe sklepy, tylko atrapy, nikt figurek nie wykupi i będzie się nimi cieszyć za każdym razem, kiedy będzie jechała do szkoły i wracała do domu.
Tunelem, gdzie strop z falistego eternitu połyskiwał świetlikami, po posadce z łamanego marmuru dochodziła do serca podziemia, okrągłego jak akwarium szklanego walca, gdzie mieściła się pachnąca kwiaciarnia. Ustawiały się tam tasiemcowe kolejki i trudno jej było nawet podglądnąć gałązki frezji i stojące we wiadrach astry letnie, różniące się zawsze od sprzedawanych później marcinków i złocieni. Być może brzydota wszelkich upominków – bo ładne, te z Cepelii były tak drogie, że dostępne tylko zachodnim turystom – zmuszała do kupowania kwiatów na wszystkie okazje, przez cały rok, na święta państwowe, kościelne, rocznice rodzinne na śląskie geburstagi i imieniny, które obchodzili osiedleńcy zza wschodniej granicy, a z biegiem lat wszyscy obchodzili wszystko. Ceny jednego kwiatka wahały się od 10 do 15 złotych, obowiązkowo dochodził do tego celofan i asparagus. Popyt na kwiaty podkręcały gazety, szkoły i domy rodzinne tresując dzieci w kierunku oszczędzania pieniędzy i pozostawienia ich właśnie tutaj.
Ewa obeszła kwiaciarnię dookoła. Symetrycznie grube, obłożone marmurem kolumny podpierały strop, a luki ścian między ogromnymi taflami szklanymi miały ślusarkę z aluminium. Między witrynami pozostawiono wnęki ze świecącym czerwonym neonem „Automat”. Miały być tu automaty z papierosami i cukierkami zakupionymi na Zachodzie, ale wiadomo już było, że one nigdy nie przyjadą. Zamiast tego przy każdym wyjściu na przystanki tramwajowe było okienko kiosku „Ruchu” i „WC”. Ewa oglądając z zainteresowaniem wszystko i obchodząc w koło kilkakrotnie, weszła tam i przeczytała cennik: kabina 1 zł, umywalka mydło ręcznik 50 gr, pisuar 80 gr, zanieczyszczenie kabiny 5 zł. Z trwogą zastanawiała się, jak można skorzystać z tego publicznego ustępu zaoszczędzając 5 złotych na jego zanieczyszczeniu i nie umyć rąk, chcąc też zaoszczędzić.
Kupiła w kiosku dwa bilety na tramwaj po 30 groszy i chciała koniecznie wysłać babci do Przemyśla pocztówkę z ronda. Pocztówki były produkcji monopolisty Biura Wydawniczego „Ruch” w Warszawie i wszystkie były czarno-białe. Wybrała jedną, przedstawiała hotel „Katowice” oraz nadziemną i podziemną część ronda. Kolorowe pocztówki, jak zapewniała kioskarka ukażą się w połowie przyszłego roku.
Minęła mozaikę ścienną przedstawiającą przekrój kopalni podobnej do wielkiej termitiery z wagonikami wciśniętymi w wąskie kanaliki korytarzy i schodami wyszła na powierzchnię.
Owiał ją wrześniowy, ciepły wiatr. Skwery porosła już anemiczna trawa, jednak wszystko przypominało bardziej pejzaż księżycowy, niż supernowoczesną metropolię. Za jej plecami na betonowych słupach wznoszono pierwsze piętra superjednostki. Dalej wzdłuż ul. Dzierżyńskiego robotnicy w waciakach i walonkach porządkowali łopatami skarpy. Na samym szczycie Armii Czerwonej mrugały zielone i czerwone światełka nowo postawionej sygnalizacji świetlnej. W czworokącie Armii Czerwonej, Marchlewskiego, Zawadzkiego i Klary Zetkin stało już ukończonych pięć powtarzalnych punktowców. Po drugiej stronie Armii Czerwonej wznoszono rusztowania pod budowę Spodka. Przed nią przesuwały się czerwone wagony tramwajów. „13” jechała z ulicy 1 maja, a „6” do Wesołego Miasteczka. Kiedy wracały, Ewa wsiadała do „6” albo do „13”, ale wtedy musiała na Rynku przesiąść się do tramwaju jadącego do Parku Kościuszki, gdyż „13” skręcała na Warszawską. Ewa nie miała o tym wszystkim pojęcia, miała 13 lat i nigdzie poza Koszutką nie wychodziła sama, a co dopiero jeździła, dlatego każda jazda po Katowicach była dla niej zupełną nowością. Toteż z wielkim zainteresowaniem oglądała po obu stronach Armii Czerwonej place budowy i ukończone budowle. Huczne otwarcie hotelu „Katowice” odbyło się 22 lipca. Hotel przygotowano na pół tysiąca miejsc, ale i tak w porównaniu z hawańskimi hotelami wydawał się Ewie mały i skromny.
Klasa liczyła sobie ponad 40 uczniów i tak jak z Danką sobie przyrzekły, usiadły razem zaraz na początku rzędu dla dziewcząt. Powitała ich bardzo młoda, piękna blondynka w błękitnej sukience. Miała staranną fryzurę całą w falach i lokach nie przypominającą tych sztywnych, nalakierowanych głów po trwałej ondulacji. Od razu wzbudziła w całej klasie sympatię. Była w tym pierwszym spotkaniu z ich wychowawczynią radość i niczym jeszcze nie zmącona duma, że wszyscy przyjęci uczniowie przeszli przez sito egzaminów wstępnych i że są coś warci. Danka, nie wiadomo skąd, wiedziała, że potrzebny jest format A4 i zaraz spytała, czy go ma. Ewa zaskoczona i zawstydzona, że nie wie, co to jest format A4 przyznała się, że nie ma. Kiedy dowiedziała się, że taki zeszyt musi każdy posiadać do przedmiotu WOS, czyli Wiedzy O Sztuce, przestraszyła się jeszcze bardziej, gdyż kolejki do papierniczego dopiero się rozpoczęły na dobre i ścisk był tak wielki, że nawet nie dałoby się spytać, czy takie zeszyty na Koszutce papierniczy „prowadzi”, czy trzeba szukać w mieście. Jednak Danka powiedziała, żeby się nie martwiła, że ona kupiła w Sosnowcu dwa i Ewie przyniesie. Faktycznie, przedmiot ten, prowadzony przez nauczycielkę, której rola polegała na podyktowaniu kilku definicji tłumaczących co to jest kultura i co to jest sztuka i z czego się składa polegał też na wklejaniu do zeszytu dużych obrazków ilustrujących te formułki, a mające być wykute na blachę i losowo sprawdzane na następnej lekcji. Uczniowie, którzy jakby się umówili, nie chcieli ich za żadne skarby zapamiętywać. Trudno też było mieć adekwatne obrazki do tematu lekcji. Zaczęli od starożytności. Ewa dysponowała tylko starymi „Przekrojami”, które cudem jeszcze nie zostały zabrane do szkoły przez nią i Andrzeja na makulaturę, ale żadnych pasujących obrazków nie było. Niemniej Ewie ten przedmiot bardzo się podobał i chłonęła wszystko, co nauczycielka znudzonym i beznamiętnym głosem im dyktowała.
Malarstwo polegało na przewróceniu krzeseł i ustawieniu ich na stolikach – zarezerwowane były dwie godziny malarstwa obok siebie, by uczniowie mogli zdążyć przywrócić klasę do poprzedniego stanu – gdzie na dużych teczkach kładziono papier pakowy i malowano na nim plakatówkami. Akwarele i wszelkie farbki na guziczkach z podstawówki były zabronione, łysiejący, ale jeszcze młody profesor od malarstwa cenił rozmach i uwolnienie się od „dziubdziania” i skupiania się na szczególe.
Ale najbardziej wszyscy lubili schodzić na sam dół budynku gdzie była pracownia rzeźby. „Rzeźbiarz” – tak nazywali profesora – był przemiły, wszystkim, cokolwiek wykonali z gliny się zachwycał, jednak powoli dążył, by zwierzątka które ulepili cały czas się syntetyzowały, aż wszystko zaczęło upodabniać się do pomnika „Rodzina”, którą właśnie na placu Grunwaldzkim oklejano mozaiką. Najlepsze jednonogie zwierzęta szły do odlewów gipsowych, były tak zsyntetyzowane, że nikt już ich nie kojarzył z żadnym naturalnym organizmem, stawały się wszystkie odciętym od przyrody pomnikiem nowoczesności.

Ewa wracała do domu, kiedy było już ciemno. Danka szła z koleżankami jadącymi w kierunku Zagłębia na pociąg, a na Koszutkę z klasy nikt nie jechał. Błądziła trochę po mieście, by nacieszyć się samotnością i swobodą. Na Warszawskiej w kawiarni „Kryształowa” cukiernicy pracowali podobno na trzy zmiany, w gablotach były wuzetki i kremówki, a na wystawie styropianowe torty, tłok był ogromny, kolejka stała przy szklanych gablotach skąd wynoszono owinięte w biały papier ciastka, a przy stolikach nie było miejsc. Całe pomieszczenie spowijał gęsty dym tytoniowy i Ewa przypatrywała się zza szyby wytapirowanym kobietom trzymającym niedbale papierosa przy uszminkowanych ustach.
Gazetka świetlna z pompą zawieszona na jednym z budynków w Rynku, właśnie ulegała demontażowi, robotnicy zdejmowali ostatnie elementy. Większość neonów nie świeciła, lub tylko miejscami i wtedy napisów nie można było przeczytać. Na „Separatorze” było pięć neonów, litery miały po 2,5 metry wysokości i o dziwo, wszystkie świeciły. Wnętrza części sklepów ozdobiono również neonowymi napisami. Trzy napisy miał „Polmag” reklamując maszyny górnicze, jeden napis „Separator” i jeden „Motozbyt” reprezentujący salon samochodowy.
Ewa wróciła tramwajem do Ronda. Ciepłe wnętrze żółtych neonówek nastroił ją nostalgicznie. Z miłością popatrzyła na kwiaciarnię i kłębiący się tam w dalszym ciągu tłum, mimo że już o 16 zamykano. Toczone figurki w gablotach stały i też popatrzyła na nie z lubością. Wyszła schodami na pasaż wzdłuż pawilonów przy ul. Dzierżyńskiego przy Niebieskich Blokach, zapewne oddanych do użytku 22 lipca. Tylko kilka z nich ziało pustką. Większość Dyrekcja MHD różnymi artykułami zagospodarowała. Był tu sklep z odzieżą „Dom Dziecka”, a na piętrze konfekcja damska i męska. Była też księgarnia i sklep „Cepelii”, oraz „SAM SPOŻYWCZY”. Przy skrzyżowaniu z Zawadzkiego w narożnym pawilonie bar „Alfa” miał zostać otwarty jeszcze w tym roku hucznym sylwestrem. W dzień planowano tam bar samoobsługowy, a od godz. 19 do 2 w nocy — lokal rozrywkowy z dansingiem. Po drugiej stronie Zawadzkiego pawilony ciągnęły się niemal do szkoły. W ostatnim planowano „Eldom” z pralkami i lodówkami.
Nie wiadomo, jak Krystyna to załatwiła, w każdym razie po wakacjach zainstalowano im telefon, o czym z radością powiadomiła wszystkie sąsiadki i znajome, z którymi robiąc zakupy wystawała na rogach ulic Koszutki. Najbardziej ucieszyła się Zosia, gdyż mogła teraz godzinami rozmawiać ze swoją przyjaciółką Krysią i narzekać na Józka. Krystyna nie mając obiektu do narzekań, gdyż Rudek był od niej w rozsądnej odległości, wysłuchiwała monologów Zosi obierając kartofle i lepiąc pierogi. Telefonem cieszył się Andrzej, który odbierał krótkie komunikaty od kolegów i koleżanek klasowych, gdyż tam od dawna wszyscy mieli telefony i zawsze czuł się z tego powodu kaleki. Maciek mieszkał w punktowcu i dzwonił do Andrzeja żeby się zapowiedzieć. Ewa planowała z Marzenką kilka lat temu, że przeciągną sznurek między domami i będą w specjalnym wagoniku posyłać sobie listy. Teraz nawet telefon okazał się niepotrzebny by porozumieć się z Marzenką, gdyż od momentu, kiedy poszły do innych szkół nikogo z klasy na ulicy już nie spotykała i cała ich bliskość gdzieś się nagle rozwiała.
Ale w listopadzie ktoś zaczął dzwonić i sztucznie zmienionym głosem prosił Ewę, która nigdy telefonów nie odbierała, bo wiedziała, że to nie do niej. Nikt w jej bliskim otoczeniu w klasie telefonu nie miał. Rozmowy te nie były przyjemne, raczej obraźliwe i naigrywające się z Ewy, szczególnie, że Ewa nie miała do czynienia z telefonem i się go bardziej bała, niż sprawiał jej przyjemność. Ewa zaczęła podejrzewać Marzenkę, gdyż podobne zabawy z jej telefonem były w ich dzieciństwie normą. Wydzwaniały do numerów abonentów z książki telefonicznej o egzotycznych nazwiskach i pytały:
– Czy pan Bułeczka? Pan Bułeczka wysłuchiwał jakiś mało dowcipnych uwag kojarzonych z jego nazwiskiem, a one szybko odkładały słuchawkę pękając ze śmiechu. Teraz dla Ewy było to tylko smutne. Ewa z trwogą odbierała te telefony, których sensu nie można było dociec i doszukać dowcipu. Po miesiącu nagabywań głos kazał Ewie przefarbować włosy na zielono, Ewa powiedziała, że nie ma zielonej farby. Następny telefon był o tym, że farba będzie nazajutrz pod wycieraczką. Kiedy Krystyna na dzwonek u drzwi otworzyła, Ewa z pokoju usłyszała tylko tupot, ktoś szybko zbiegał po schodach. Ktoś, kto tu niedaleko mieszka, pomyślała ze smutkiem Ewa. Faktycznie, pod wycieraczką znalazła papierową torebkę z zielonym barwnikiem w proszku kupionym w sklepie materiałów budowlanych.
To był ostatni tajemniczy telefon i ostatni raz Ewa cieszyła się z tego, że mają w domu telefon, po prostu udawała, że go nie mają.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Wanda (7)

Lekarz nakazał Wandzie w dalszym ciągu mielić sałatę przez maszynkę do mięsa i jeść jak najwięcej główek, ale najbardziej skutkowały środki uspokajające. W bezsenne noce Wanda potrafiła przeczytać grubą powieść i zjeść pozostały z jej imienin tort, tłumacząc się przed sobą, że ma chore gardło, na które kojąco działa masa migdałowa. Ale musiała wziąć się w garść, gdyż Krystyna zapowiedziała przyjazd na wakacje z dziećmi i trzeba było odnowić pokój i się do wakacji przygotować. W grudniu ubiegłego roku otworzono w Przemyślu Klub Międzynarodowej Prasy i Książki na ulicy Kościuszki i Wanda ucieszyła się, że dzieci tym razem nie będą się tak nudzić.

Załatwiała zaległe sprawy administracji kamienicy. W 1965 czynsze poszły w górę, kazano pobierać 2,30 zł. za 1 m2 powierzchni użytkowej miesięcznie i Wanda musiała przeliczać płatności wszystkich lokatorów.
Wiosna była zimna i musiała palić w piecu, przy którym i tak było zimno jak w psiarni. Rebenowa z dołu pojechała do Nowej Zelandii i nie paliła, przysyłała tylko wraz z świątecznymi życzeniami w kopercie dolary z prośbą, by Wanda przyjęła je jako czynsz. Rebenowa była po obozie koncentracyjnym i Wanda starała się zawsze pójść jej na rękę, szczególnie, że jak przyjeżdżała z Nowej Zelandii, przywoziła piękne ciuchy, które kupowała dla Krysi i Ewy w ciemno. Aksamity i jedwabne welury były tak piękne, że nadawały się na różne przeróbki bez względu na krój i rozmiar.
W maju ciągle lało, nie było zimnej Zośki, ale było cały czas chłodno. Prymas Wyszyński powołał Ogólnopolski Komitet Tysiąclecia i określono harmonogram obchodów roku jubileuszowego w poszczególnych diecezjach. Parafie nawiedzała kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, co łączyło się z uroczystościami przyjęcia i pożegnania obrazu, mającego przygotować parafian na uroczystości główne w Gnieźnie w przyszłym roku. Do Przemyśla obraz miał zawitać dopiero za dwa lata, ale już razem z Leśką śledziły peregrynację świętego obrazu, jego „pocałunku” z oryginałem z nasłuchów Wolnej Europy.
Śmierć w maju Marii Dąbrowskiej, która bohatersko zakazała w testamencie państwowego pogrzebu, co zostało przez Wandę i Leśkę przyjęte z entuzjazmem. Przed oficjalnym pochówkiem na Powązkach mszę za zmarłą celebrowano w Katedrze w Warszawie. Wanda wiedziała z Wolnej Europy, że Maria Dąbrowska wolała nawet, podobnie jak jej babcia Bieńkowska zabór austriacki, w którym były swobody i obfitość, niż Polskę dzisiejszą pod sowieckim butem.
W przemyskich sklepach umieszczano na widocznych miejscach napisy: „Prosimy klientów, by wpisywali swe uwagi do książki skarg i wniosków”, ale pozyskiwanie towarów odbywało się i tak poza ladą. Tabuny turystów nawiedzających Przemyśl w drodze do Bieszczad ogałacały półki z zup w proszku i paprykarza szczecińskiego, poza sklepami spożywczymi rozpaczliwie szukano tu namiotów, plecaków, worków turystycznych, lamp naftowych, nafty, świeczek, butli gazowych, ubrań sportowych, skórzanych butów, termosów, manierek, kocherów, menażek, plastikowych butelek, turystycznych kompletów garnków aluminiowych.
Emil wiedział, kiedy pójść na Franciszkańską i ustawić się w kolejce w sklepie „22 Lipca, dawniej E. Wedel” mimo, że terminy rzucania towaru do sklepów były trzymane w tajemnicy. Z Franciszkańskiej nie tylko przynosił triumfalnie ptasie mleczko, torciki wedlowskie, ale z Delikatesów nawet to, co można było kupić tylko w sklepach PKO: „Żubrówkę”, „Jarzębiak”, „Soplicę” i „Winiak”, a także „Cherry Cordial”, „Krupnik” i „Blackberry Liqueur”. W czasie, kiedy Emil nie przyniósł jeszcze nowych dostaw, piły z Ginalską spirytus pomieszany z sokiem, który Wanda robiła z porzeczek, malin i wiśni rosnących w ogrodzie.
Nie zrażały Emila ani przeciągające się częste remanenty sklepowe, ani sprzedaż wiązana, polegająca na przymusowym kupowaniu towaru który „nie schodził”, z tym pożądanym i niezbędnym. Codziennie wyruszał na zakupy z pełną ufności energią w swój spryt i pomysłowość, nie dawał się oszukiwać na wadze ani rentgenom do prześwietlania jaj, ani przekupkom na targu, które też chciały mu zepsute jaja wcisnąć. Biały twaróg degustował z końców noży podsuwanych mu przez przekupki i długo próbował zanim zdecydował, który ser w pełni zadowoli Wandę. Przynosił też z targu wiązankę kwiatów i zawsze świeże kwiaty od wiosny stały w salonie.
30 maja odbyło się głosowanie do Sejmu i Rad Narodowych. Jedyną możliwością było zagłosowanie na program Frontu Jedności Narodu. Nikt z nich nie miał pojęcia, co to za program i mimo drobiazgowego oglądania telewizji nie sposób było zrozumieć o co komunistom w nim chodzi. Sam Gomułka zaapelował o głosowanie „bez skreśleń”. Byli tak przestraszeni, że nie wchodzili za zasłonkę, gdzie można było skreślać do woli i wypisywać różne świństwa pod adresem władzy. Ale nikt za zasłonkę nie wchodził. Posłusznie wsunęli do koperty białą, kremową i różową kartkę z nie znanymi sobie nazwiskami, o których nie chcieli także nic wiedzieć.
Wieczorem w telewizji oglądali, jak w otoczeniu reporterów Kroniki Filmowej, Polskiego Radia i Telewizji Władysław Gomułka, jego żona Zofia i syn Ryszard dostają karty do głosowania, wkładają je do koperty, podchodzą do urny i wrzucają. Potem ZMS-owcy i harcerze witają Gomułkę kwiatami i prowadzą na wystawę fotograficzną „Lato harcerskie”. Gomułka niby przypadkiem mówi kilka słów do mikrofonu w odpowiedzi na zapytanie na kogo głosował. Mówi, że głosował Na Front Jedności Narodu. Dodaje, że wie, że wyborcy orientują się, co zawiera program Frontu Jedności Narodu z kampanii przedwyborczej.
Mimo wszystko Wanda uwielbiała telewizję i wszystkich spikerów. W chwilach euforii zdolna była swoim pięknym, przedwojennym pismem zakwestionować pewne wypowiedzi ulubionej spikerki i wysłać list do Warszawy na Woronicza. Nie dostawszy nigdy odpowiedzi zaklinała się, że po wysłaniu listu spikerka skierowała pewne zdania tylko do niej i znacząco na nią patrzyła. Wanda wiedziała, że spikerka samowolnie nie może niczego wypowiedzieć publicznie i była jej za ten widomy znak bardzo wdzięczna.
Jej ulubione programy, „Sfinks”, „Kobra” i serial z „Kapitanem Klossem” były na czas wakacji zawieszone, natomiast rozwodzono się wszędzie nad talentem żony premiera Cyrankiewicza poświęcając całe szpalty czasopism i czas w telewizji. Bardzo się nabijały z Niny Andrycz, Ginalska nawet ją celnie parodiowała pijąc przy ceratowym stole w kuchni kolejny kieliszek „mamy z tatą”, czyli spirytusu z sokiem. Tymczasem wychwalające pod niebiosa heroiczne życie Niny Andrycz, która potrafiła łączyć teatr z rautami z Chruszczowem w Moskwie było godne tylko pozazdroszczenia, gdyż Nina Andrycz nie tyła.
„ W kuluarach już się mówi o dodatkowej pracy artystki nad poskromieniem świątecznego apetytu ze względu na strój bohaterki, która występując w spodniach, musi zadbać o wyjątkową smukłość.” – donosiły gazety.
Niestety wszystkie trzy – sąsiadka z piętra wyżej Gina Ginalska, Leśka i jej siostra Wanda z biegiem lat przybierały na wadze. Wanda, która zeszczuplała w czasie okupacji 40 kilogramów ważyła teraz o wiele więcej niż przed wojną.
Nim przybyły wnuki z Katowic z Krysią, do Przemyśla zjechał syn Wandy Leszek i przywiózł dziesięcioletnią Mirkę, która nie czekała na świadectwo szkolne i zabrała się z ojcem, by zostać w Przemyślu resztki czerwca i lipiec. Leszek też utył we Wrocławiu i Wanda czuła się zawsze lepiej wśród grubasów. Jedynie widok tyczkowatego Emila psuł jej nastrój, szczególnie, że Emil jadł o wiele więcej niż wszyscy, nigdy się nie odchudzał i nie ograniczał.
Leszek opowiedział o Dniach Zwycięstwa we Wrocławiu, do którego zjechała cała generalicja sowiecka, delegacja Armii Radzieckiej z marszałkiem wojsk pancernych Pawłem Pawłowiczem Połubojarowem i żołnierze Pierwszej i Drugiej Armii Wojska Polskiego. Na wrocławskim polu marsowym byli harcerze i uczniowie szkół, też i Mirka ze szkołą i Leszek, który przeszedł w stopniu chorążego w korpusie oficerów piechoty Oficerskiej Szkoły Piechoty nr 1 imienia Tadeusza Kościuszki z Krakowa do Wrocławia. Wszystko było blisko ich domu, na Sępolnie.
Ale potem w telewizji Gomułka potępił episkopat polski, że nie uczcił 20-lecia zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami i powrotem Ziem Zachodnich do Macierzy i zaczęto się rozpisywać o tym, że Kościół polski jak i niemiecki nie uznaje granicy na Odrze i Nysie.

Wanda położyła trójkę wnuków i Krysię w swoim pokoju na podłodze na materacach dmuchanych i pierzynach, a Leszek spał w salonie na tapczanie Franciszka. Nazajutrz wszyscy poszli na ciuchy, a Wanda rozpaliła ogień pod węglową kuchnią i ugotowała obiad na sześć osób. Pomagał jej Emil, który gotował osobno obiad dla siebie i Leśki, ale w końcu wszystko wyszło razem na osiem osób i jak wrócili z ciuchów, jarzynowa, kotlety schabowe z młodą kapustą, młodymi kartoflami i sałatą, której Wanda nie zdążyła zmielić oraz upieczony wcześniej przez Emila makowiec czekały na nich w środkowym pokoju zwanym salonem.
Leszek kupił Ewie, czyli swojej chrzestnej, radio tranzystorowe od ruskich na klawisze, a Andrzej kupił sobie od nich najnowszy model aparatu fotograficznego „SMIENA 8”. Robił nim fotografie całe lato i dawał do wywołania wraz z odbitkami na Franciszkańską.
Leszek, jako pracownik miejskiej rady narodowej w wydziale kultury opowiedział przy stole że Panorama Racławicka już niedługo będzie we Wrocławiu do zobaczenia. Wszyscy się ucieszyli, szczególnie Krystyna, która zawsze we wrześniu była zwalniana z zajęć szkolnych, by móc pojechać z rodzicami na Targi Wschodnie do Lwowa. Ojciec obowiązkowo śledził tam wszystkie budowlane nowalijki, a Krystyna przywoziła sobie nową maskotkę, gdyż w ramach reklamy Franciszkowi dawano drewniane i filcowe zabawki. Potem szli obowiązkowo oglądać Panoramę Racławicką Wojciecha Kossaka i Jana Styki w specjalnie zbudowanym dla tego dzieła okrągłym budynku i na zakończenie dnia na ciastka do „George’a.” Po oddaniu przez władze radzieckie płótno nawinięto na bębny i złożono w magazynach Muzeum Śląskiego we Wrocławiu.
Leszek był tydzień i bankietom nie było końca. Jeszcze w pierwszym dniu jego pobytu, po ciuchach przyszła ciocia Isia, Janka, mecenas Janek brat Wandy i Leśki, ciągle też wpadała Ginalska.
Dzieci z Krystyną zaraz poszły nad San gdyż pogoda była przepiękna. Wanda dała im słoik z pokrajanymi w cienkie plasterki zielonymi ogórkami i pomidorami. Dodała posiekaną cebulkę i zalała wszystko śmietaną, osobno dała dla wszystkich srebrne widelce i sztangle, które zaraz rano Emil jeszcze ciepłe przyniósł z piekarni. Przekroiła, posmarowała je grubo masłem i przełożyła pokrojonymi w plasterki kotletami schabowymi. Spodziewała się ich powrotu dopiero za kilka godzin i wiedziała, że i tak wrócą piekielnie głodni. Obładowani kocem w kratę, termosem, gdyż Krystyna nie cierpiała zimnych napojów i zdobytej przez Emila Polo-Cocty. W Katowicach nie można jej było kupić, miała dodatek kofeiny, była musującym ciemno-brązowym napojem i podobnym do coca-coli.
San był płytki, upały wysuszyły go jeszcze bardziej, ale chłopcy budowali tam tamy i tworzyli miejsca, gdzie można było skakać na „główkę”. Andrzej robił salta i skakał z przemyskimi chłopcami, Ewa z Mirką i Krystyną pływały wzdłuż brzegu. Mirka chodziła na olimpijski basen na Sępolnie i nie ustępowała Ewie w pływaniu. Była bardzo piękną, czarnowłosą dziewczynką o niebieskich oczach i Ewa była w niej zakochana, cały czas ją rysowała. Razem chodziły bawić się do ogródka jordanowskiego, który powstał między kamienicą cioci Isi, a kamienicą babci Wandy. Pająkowa miała klucz do ogródka i wcześnie go otwierała, tak, że nim Wanda z Krystyną ugotowały obiad i zaplanowały wspólne wycieczki, one już były w tym ogrodzie gdzie były huśtawki i dzieci bawiły się w chowanego. Kika, mieszkająca naprzeciwko mieszkania Wandy opowiadała o szkole przemyskiej, która zawsze łączyła się z parafią, a dzieci poszczególnych parafii walczyły ze sobą. Jednak Ewa najbardziej lubiła przebywać sama w ogrodzie babci, pozostawiała wtedy Mirkę z podwórzowymi koleżankami i szła tam, gdzie nie było nikogo. Ogród był niewielkim kawałkiem ziemi, graniczył z wybetonowanym podwórzem przy którym wznosiła się sąsiednia kamienica z balkonami i otwartymi latem oknami. Podwórze przed wojną było pokryte materiałami budowlanymi, dziadek Franciszek zgromadził tam deski, piasek i cegły na budowę następnego członu kamienicy, ale wszystko w czasie wojny zostało rozgrabione. Teraz wskakiwał tam kot Ginalskiej, rzucał się na Ewę, wbijał paznokciami w sukienkę. Ewa, która nigdy nie bała się kotów nie wiedziała, dlaczego jest taki agresywny i jej nie lubi smuciła się tym bardzo. Jednak mimo tych napaści i zajętego już przez kota terytorium nie potrafiła odmówić sobie przyjemności przebywania samej w ogrodzie, do którego prowadziły podwójne, oszklone drzwi klatki schodowej zamykane na klucz. Do ciemnej sieni zza krętych schodów buchał żar ogrodu z oślepiającym oczy słońcem. W skwarze upalnego lata krzaki niedawno przekwitłych piwonii wydzielały jeszcze woń, która narkotycznie mieszała się z zapachem przejrzałych porzeczek i owocującego właśnie szpaleru malin wzdłuż ogrodzenia. Na małym drzewku dojrzewały wiśnie, jedyna jabłoń miała już małe jabłuszka i nie skoszona trawa sięgająca jej do pasa kwitła i pachniała. Zanim babcia zawołała ją z balkonu na obiad Ewa równoważyła się wewnętrznie, by móc sprostać tabunom ludzi, krewnych, sąsiadek i koleżanek babci, wszystkim którzy przewijali się przez ich mieszkanie. Potem po obiedzie Wanda wkładała jedwabne garsonki, letni kapelusz i rękawiczki. Podobnie ubierała się Leśka i tak z Emilem w jasnym garniturze szli do Bakończyc na spacer, a Andrzej co jakiś czas wstrzymywał pochód, by wszystkich fotografować. Wracając nigdy nie odmawiali sobie przyjemności wstąpienia do małej, prywatnej cukierni z jednym stolikiem w oficynie między ulicą Mickiewicza a Dworskiego.
Wieczorami grali w remika z Emiliem i Leśką, Leśka grała zawsze przeciwko swojemu mężowi i podawała karty na pantoflu pod stołem, a Emil nigdy się nie zorientował. Andrzej robił wypady na filmy na Zasanie do kina „Bałtyk”, ale nie chciał ich opowiadać. Nawet „Przeminęło z wiatrem” było nie do opowiedzenia, bo Ewa nie wiedziała co znaczy zniewolić kobietę, a Andrzej nie zamierzał jej tego wyjaśniać.
W sierpniu, kiedy Leszek powtórnie przyjechał zabrać córkę na wczasy do Świnoujścia, Andrzej z Ewą chodzili odwiedzać mieszkającą przy katedrze Jadzię, która była w wieku Ewy i właśnie dostała się do średniej szkoły muzycznej. Niestety, Jadzia musiała całymi dniami grać na fortepianie i niewiele pozostawało na cieszenie się jakimkolwiek towarzystwem. Andrzej zaczął umierać z nudów i z braku towarzystwa, tęsknić za swoimi szkolnymi kolegami i inną niż Szopen, muzyką. Zaczął drobiazgowo i systematycznie opisywać odbitki zdjęć na ich odwrocie, opatrując każdą z nich informacją o parametrach jakich zrobione było zdjęcie, ale kółka zębate Smieny starły się w końcu i przestały przewijać rolkę filmu, a Andrzej robić zdjęcia.
W telewizji pokazali wypadki w Watts i Andrzej w metrowej odległości od telewizora z powodu swojej postępującej krótkowzroczności śledził je z ogromną uwagą, gdyż wszystkie ważne zespoły muzyczne składały się z czarnoskórych muzyków i większość była z Los Angeles. Telewizja kibicowała Murzynom, pomstowała na potworne warunki ludności murzyńskiej i brutalnemu traktowaniu przez policję. Podawano, że już zginęło 28 osób, 600 rannych i 2 tys. aresztowano. Martin Luther King wsparł żądania czarnej ludności, z gubernatorem Brownem ustalili jakieś programy naprawcze, King miał zastrzeżenia co do brutalnych metod tłumienia buntu przez szefa policji Parkera, ale wszystko cały czas przysłaniały palące się domy, drzewa i samochody. Polscy reporterzy grzmieli, że ludność murzyńska żyje w straszliwej nędzy w getcie w Watts i panuje tu powszechne bezrobocie. Niestety, w kłębach dymu i pożarów nie można było zobaczyć w jakich domach mieszkają Murzyni,
w 5-dniowych zamieszkach zginęło 33 ludzi, w tym 27 Murzynów, rannych było 762 osób, a w więzieniu siedziało 2300 demonstrantów. Straty wyceniono na 175 milionów dolarów.

Krysia z dziećmi szykowali się do wyjazdu. Amerykańskie ciuchy kupione na targu wysłali paczkami razem z zeszytami szkolnymi. Wszystkie podręczniki dla szkół średnich były na talony i były w sprzedaży.
Zabrakło brulionów ale za zeszytami bezdrzewnymi Ewa stanęła w kolejce w papierniczym na Mickiewicza i dostała.
Wanda płakała jak wyjeżdżali.

Październik był jednym z najładniejszych miesięcy tego roku. Przemyśl powoli stygł i otrząsał się ze swojego wakacyjnego wigoru, wracał do pozycji sennego, małego miasteczka. Młodzież powoli autostopem, pociągami i autobusami wracała z Bieszczad. Milkły wieczorne pochody w podcieniach Rynku przy dźwiękach gitary, wygłupy studentów i pijackie, ordynarne zaśpiewy o Krupskiej co nie dała dupska, romantyczne o Beacie i wreszcie o jesiennym liściu, który przemówił, o pustych kopertach, które dzięki znikomym kosztom znaczków pocztowych można było słać do woli.
Wanda pogrążyła się w telewizyjnych wiadomościach, gdzie co wieczór pomstowano na jej ukochany kościół. Nie mogła zrozumieć ani orędzia biskupów, które było odczytane na ambonie u Reformatów, ani jego telewizyjnych przeciwników. W telewizji wypowiadali się poszkodowani i dotknięci tym listem. Seweryna Szmaglewska, autorka „Czarnych stóp” wymieniła wszystkie zbrodnie hitlerowskie i jako więźniarka Oświęcimia, a teraz członek Prezydium Rady Ochrony Pomników Męczeństwa i Pamięci opowiedziała o pacyfikowanych wsiach, palonych domach i karabinach maszynowych esesmanów wymierzonych w nagie ciała więźniów biegnących po śniegu. Potem pokazano w zakładach pracy, instytucjach, na wyższych uczelniach, na wsi, masówki przeciwko tezom orędzia biskupów polskich do biskupów niemieckich. Protestowali tramwajarze, budowniczowie kombinatów, studenci, profesorowie, mieszkańcy osiedli, Słuchacze Wieczorowej Szkoły Aktywu ZMS, Działacze Pałacu Młodzieży, stoczniowcy. Codziennie wymieniano nową grupę społeczną, która wiecowała, wygłaszała rezolucje i wyrażała sprzeciw. Podkreślano, że list episkopatu polskiego spotkał się z uznaniem i pochwałą dzienników zachodnioniemieckich,
19 grudnia u Reformatów przeczytano z ambony komunikat Sekretariatu Episkopatu, że list do biskupów niemieckich jest listem religijnym, nie politycznym, że Episkopat przemawiał w imieniu katolików, a nie w imieniu Narodu, że granice na Odrze i Nysie uważa za nienaruszalne i Wanda odetchnęła z ulgą.

Opublikowano czytam więc jestem | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Rudek (12)

Nie było łatwo wracać Rudkowi na Kubę po urlopie w Polsce, gdyż nie miał już domu i nie wiedział, co go czeka. Spotkanie z Anatolem Korcem mogło być burzliwe i bał się, że go pobije, tak, jak zrobił to z dyrektorem w Turoszowie, za co został zwolniony z pracy. Kiedy Rudek wpadał w szał, nie pamiętał co robi, rzeczy toczą się wtedy niezależnie od niego i on na nie nie ma wpływu. Pragnął tylko, by udało mu się Korca nie zabić.
Jego rzeczy stłoczone byle jak w małym pomieszczeniu zajmowanym przez administrację osiedla Alamar sprawiały wrażenie przygnębiające. Kierownik dał mu karteczkę od compañero Polaco. Pojechał zobaczyć mieszkanie na pozostawiony przez Korca nowy adres. Po drodze stanął w kolejce do narożnej budki, wypił cafecito zwane colada zawsze rewelacyjnie smakujące, z pianką „espumita” i to go uspokoiło. Sam dźwięk tych nazw, hiszpańskojęzyczny gwar ulicy działały na Rudka kojąco. W bistrze zjadł jeszcze piętrowy cuban sandwich, gdzie z grzanek wystawały falbanki cieniutko pokrojonego boczku. W Polsce nie jadł czegoś tak pysznego.
Mieszkanie okazało się służbówką dozorcy garaży, z oknami w garażu i bocznymi na wyjazd z garażu. Garaż był czynny całą dobę, słychać było huk motorów, głosy kierowców i spaliny. Miało jeden pokój z wnęką.
Rudek ponownie wpadł w szał, ale przez kolejne trzy dni, które przemieszkał w pokoju u Bogdana Zieleńca w swoim dawnym mieszkaniu w casa 192, Korzec był nieobecny w biurze i ukrywał się przed Rudkiem.
Tymczasem w Ministerstwie Budownictwa Kubańczycy powitali Rudka owacyjnie. Stali z robotą i czekali na jego dalsze korekty, miał pilnie lecieć do Santiago de Cuba, a jego sprawa mieszkaniowa nie została rozwiązana. Nikt nie słyszał tutaj o rzekomej rezygnacji władz kubańskich z jego usług. Skutkiem skargi Rudka do Biura Radcy Handlowego przy polskiej ambasadzie, do compañero Anatola Korca pojechał wydelegowany przez ministerstwo inżynier Matos, ale go nie zastał. Nazajutrz obaj z inżynierem Matosem pojechali na Miramar, gdzie udało im się przekonać sekretarkę, by ich wpuściła. Po chwil Rudka siłą wyprowadzono na korytarz, gdzie czekał, aż inżynier Matos porozmawia z Anatolem Korcem.
Rudek wrócił do zajęć zawodowych mieszkając kątem u Bogdana Zieleńca. Projekt zakładu prefabrykacji elementów konstrukcyjnych dla budowy fabryki lin w Bayamo na zlecenie wiceministra Materiałów Budowlanych inż. E. Ezenarro był w pełnej fazie rozwoju i zbliżał się do zakończenia. Równocześnie jego pracownia podjęła się zaprojektowania przenośnego dźwigu do budowy domów osiedli mieszkaniowych na terenie całej Kuby, zleconego przez dyrektora Departamentu Osiedli arch. Gabriela Zerguera. W związku z wyburzeniami starych bohio socjalistyczna architektura nabierała rozpędu. Także Instituto de Los Reciersos Hiddraulicos domagał się pilnych projektów.
W połowie marca Rudek otrzymał od dyrektora Instituto De Proyectos inż. Parezcio polecenie opracowania projektu tunelu przelotowego dla dwupasmowej drogi w Santiago De Cuba. Po zaprojektowaniu i zatwierdzeniu projektu organizował jego wykonanie i przewidywał maszyny do jego budowy. Studiował materiały z badań laboratorium mechaniki gruntu oraz dane sejsmiczne. Wszystko to przedstawił na licznych konferencjach, radach pracowniczych przy udziale rzeczoznawcy i doradcy Ministra Budownictwa inż. M. Isova.
Tymczasem do ambasady i komórki radcy handlowego Anatola Koreca spływały z Ministerstwa listy chwalące ingeniero Rudolfo i przynaglające do rozwiązania sprawy mieszkania. W czasie pobytu Rudka w Santiago de Cuba z bólem serca, nie mając innego mieszkania i innego wyjścia, Anatol Korec wydał pocenie, by w zarezerwowanych pokojach dla lepszych Polaków dać Rudkowi tymczasowe pomieszkanie w Hotelu Nacional i nie miał też możliwości wstrzymywać przyjazdu żonie Rudka. Krystyna była jednak krótko, niespodziewana choroba teściowej zmusiła Rudka do kolejnych kontaktów z Polakami, do upokarzania się i próśb o możliwość nagłego powrotu do Polski jego żony.
Z warszawskiego Polservice w połowie kwietnia nadeszły przeprosiny: „jednocześnie pragniemy wyrazić ubolewanie, że ponownie podjęcie przez Obywatela pracy na Kubie było związane z tyloma przykrościami i kłopotami. Żywimy nadzieję, że sprawy bytowe i zawodowe Obywatela zostaną uregulowane pomyślnie. Korzystając z okazji łączymy pozdrowienia. Zastępca Kierownika Działu Zatrudnienia specjalistów za granicą mgr Stefan Hrycaj.” To go podniosło na duchu i rzucił się z całym impetem w wir pracy, do której miał teraz blisko. Przynosił do domu teczki z dokumentacją i nocami robił obliczenia na suwaku.
Kosztowne mieszkanie hotelowe nie mogło być wynajmowane długo, jednak mieszkał tam do jesieni i wtedy Rudek niespodziewanie dostał przepiękne, trzypokojowe mieszkanie na Miramarze. Dawni lokatorzy opuścili je niedawno na zawsze za sprawą Castro, który otworzył mały port Camarioca do emigracji Kubańczyków w ramach łączenia rodzin. Camarioca była małą osadą rybacką leżąca na 130 kilometrze szosy prowadzącej wzdłuż Cieśniny Florydzkiej z Hawany do Varadero. Tutaj wsiadających w łodzie rybackie Kubańczyków z małymi dziećmi zobaczył cały świat.
Od kryzysu rakietowego w 1962 Amerykanie zablokowali rejsy do Stanów Zjednoczonych, a w 1963 Organizacje Państw Amerykańskich zerwały stosunki dyplomatyczne i handlowe z Hawaną, oprócz Meksyku. Działała linia lotnicza Hawana — Ciudad Mexico, ale nie przyjmowano emigrantów kubańskich. Kosztowny lot hiszpańską „Iberią” przez Madryt był dostępny dla nielicznych, peso kubańskie przestało być wymienialne. W nocy z 29 września 1965 roku na Plaza de la Rewolucion w Hawanie Fidel Castro ogłosił, że począwszy od 10 października 1965, port Camarioca będzie otwarty. Kubańczycy, którzy chcą na zawsze opuścić Kubę pozostawiając cały dotychczasowy majątek muszą złożyć wniosek do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Zaraz po zgłoszeniu chęci wyjazdu Kubańczycy tracili pracę i do czasu wyjazdu pracowali na podrzędnych fizycznych etatach. Inwentaryzowano majątek i sprawdzano jego stan w dniu wyjazdu.
Na zarządzenia Fidela 3 października 1965 prezydent Lyndon Johnson pod Statuą Wolności w Nowym Jorku odpowiedział zobowiązaniem publicznym do przyjęcia uchodźców i podpisał umowę imigracyjną.
Od 6 do 28 października 1965 ponad 600 statków z Florydy przewiozło 8000 osób. Ale zaraz tę trasę morską zamknięto w drodze porozumienia między obu rządami. Wynegocjowano też „wolność lotniczą” i część uchodźców leciała bardziej bezpiecznie małymi amerykańskimi samolotami handlowymi kursującymi między Varadero i Miami. Z Camarioci wypływały kutry i jachty do 15 listopada 1965 i przewieziono około 3 tysięcy uchodźców. Pierwsza tragedia stała się na początku listopada u wybrzeży Meksyku, jacht żaglowiec rozbił się przy złej pogodzie na rafach wyspy Contoy. Z 45 pasażerów uratowało się tylko sześciu.
15 listopada port Camarioca został zamknięty, a exodus Kubańczyków wstrzymany.
Wszystko to w biurze Rudka było dyskutowane i liczba inżynierów, kreślarzy i sekretarek w Ministerstwie gwałtownie zmalała.
Jednak pomimo racjonowania, Kubańczycy chodzili bardzo dobrze ubrani i nie głodni, prawie każdy miał pracę i pensję, Castro wciąż cieszył się poparciem przez zdecydowaną większość Kubańczyków.
Wprawdzie fotografie Che Guevary wieszano w pokojach amerykańskich campusów i zdawało się, że młodzież całego świata sprzyja rewolucyjnej Kubie, przyjazd Beatlesów na tourne po Ameryce od 13 sierpnia 1965 roku wywołał wielkie zamieszanie na wyspie. Nie wiadomo, jak dotarł najnowszy album „Hepl!”, gdyż muzyka pop w języku angielskim była wrogiem ideologicznym. Robiono domowe płyty ze zdjęć rentgenowskich, a bliskość Florydy pozwalała na chwytanie fal amerykańskich radiostacji, co było zakazane na Kubie. Rozpoczęły się nagonki na długie włosy u chłopców, sandały i obcisłe spodnie. Za to skazywano na przymusowe roboty w jednostkach wojskowych. Zwalczano „gejostwo” jako przejawy kontrrewolucji.
Niemniej echa największego koncertu Beatlesów 15 sierpnia na stadionie Shea w Nowym Jorku, na który przyszło ponad pięćdziesiąt pięć tysięcy ludzi dotarły do Hawany.
Na Placu Rewolucji wisiały transparenty z 26 lipca „Popieramy Fidela”, ale Fidel Castro usuwał już ostatnie przeszkody na drodze do władzy absolutnej. Z początkowych Zjednoczonych Organizacji Rewolucyjnych, w które weszły trzy ruchy rewolucyjne: Ruch 22 Lipca, Rewolucyjny Dyrektoriat i Socjalistyczna Partia Ludowa, powstała jedna: Komunistyczna Partia Kuby. Dziennik „Revolucion”, dotąd w miarę niezależny przy omawianiu sztuki i literatury, ambitnie prezentujący Pabla Picassa , Miró , Caldera , Jean-Paul Sartre , Simone de Beauvoir i Julio Cortázara został zastąpiony 3 października 1965 roku organem Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Kuby, gazetą „Granma”. Redaktorem „Granmy” został Jorge Enrique Menendez. Zakazał wszelkiej krytyki Fidela Castro jego reżimu.
Niedługo potem starsza siostra Fidela – Juana Castro Ruz uciekła do Meksyku i potępiła tam reżim Fidela w radiowym wywiadzie.
Rok wcześniej w lipcu 1964 odkryto trzy tony broni dostarczonych przez Kubę Wenezueli. W artykule „Socjalizmu i człowiek na Kubie” Guevara przedstawił jedyną możliwą wizję życia na Kubie jako hombre nuevo. Ma on odrzucić wszystkie indywidualne potrzeby i stać się człowiekiem społecznym. Ma się solidaryzować z międzynarodowym proletariatem. Chciał też, by gospodarka przynajmniej była taka, jak w Chinach Mao-Tsetunga.
W grudniu 1964 wygłosił w ONZ płomienną mowę, napadł na imperializm, spotkał się ze Malcolmem X Michelle Duclos. Potem odwiedził Egipt, Algierię, Ghanę, Gwineę, Mali, Dahomej, Kongo-Brazzaville, Tanzanię, w drodze powrotnej Irlandię , Francję i Czechosłowację.
Na konferencji afro-azjatyckiego w Algierii 24 lutego 1965 oficjalnie skrytykował politykę gospodarczą ZSRR.
Od momentu, kiedy Fidel i Raul powitali go na lotnisku 14 marca 1965 roku już się więcej nie pojawił.
Wobec nacisków i licznych spekulacji Fidel Castro 16 czerwca 1965 wygłosił w przemówieniu tajemniczy komunikat, że Guevara jest tam gdzie jest najbardziej potrzebny, 3 października 1965 ujawnił, że dostał od niego list. Powiedział, że jego amigo jest w dobrym zdrowiu.
W tym czasie Guevara wspierał zbrojnie zwolenników zamordowanego Lumumby w Kongo. Był tam jeszcze jesienią, kiedy grupa amerykańskich Zielonych Beretów i najemników z rządem apartheidu w RPA i osłabiła oddział Guevary i zwolenników Lumumby. Guevara, w porównaniu z entuzjazmem na Kubie podczas rewolucji, spotkał się tu z wrogością lub zaniechaniem tubylców. Chory na astmę po pół roku walk opuścił Kongo i walczących wraz z nim 180 Kubańczyków, z których zginęło sześciu. Przez następne sześć miesięcy ukrywał się w Tanzanii, potem w Czechosłowacji i NRD.
Rudek nie wiedział już, czy te wszystkie opowieści o Guevarze to prawda, ale prawdą było, że ceny cukru na rynkach światowych spadały na łeb na szyję, jedynym odbiorcą cukru po zawyżonych cenach było ZSRR, a Che je obraził.
W grudniu Bogdan Zieleniec pojechał na urlop do Polski i przysłał Rudkowi list, w którym prosił, by odebrał za niego jego pensję ze szkoły. Donosił, że Polskę Pan Bóg skarał kardynałem i kontr kardynałem.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Andrzej (9)

Jeszcze w styczniu 1965 roku wysłał babci ze Szczyrku do Przemyśla pocztówkę o takiej treści: Pozdrowienia ze Szczyrku, jestem z kolegą na nartach, fajnie, że nie ma tu mamy i Ewy.
Andrzej dusił się w ciasnym domu, wpadał tylko na posiłki i uczył się nocami. Przejściowe wprawdzie, ale prawdziwe doświadczenie posiadania oddzielnego pokoju na Kubie zdemoralizowało domowników i wszyscy zaczęli odczuwać potrzebę izolacji nieznaną wcześniej.
Z klasą zaliczyli wprawdzie kino „Kosmos” otwarte na Koszutce z wielka pompą w 20 rocznicę wejścia wojsk radzieckich, czyli wyzwolenia Katowic, ale Andrzej rzadko tam bywał. Przyjechał wtedy twórca „Krzyżaków” ze Zbyszkiem z Bogdańca i odbyła się projekcja „Pierwszego dnia wolności”, gdzie Kalenik zagrał esesmana. Najnowocześniejsze kino w Katowicach miało ekran panoramiczny 5,20 m x 13 m, 700 miejsc i wysokie uskoki między rzędami miękkich foteli, gdzie nikt nikomu nie zasłaniał, dźwięk stereofoniczny emitowany urządzeniami polskiej produkcji D 345 i niemieckimi Zeiss Ikona oraz klimatyzację. Projektor polskiej produkcji AT 5 miał rewolwerowy uchwyt obiektów i elektromechaniczny napęd. Wchodziło się do hallu, w którym bileterki i kasjerki ubrane były w jednakowe granatowe kostiumy, na piętro po ażurowych schodach, gdzie stało kilkanaście stolików, przy których można było napić się kawy.
Ale bilety były najczęściej nie do dostania.
Mówiło się tylko o Beatlesach i kiedy jesienią ubiegłego roku Helen Shapiro wystąpiła w krakowskiej hali Wisły, koleżanki z klasy Andrzeja zdwoiły ilość lakieru do włosów na tapirowane głowy. Wiosną nastąpiła inwazja młodzieży na wszystkie kina w całej Polsce wyświetlające angielski film z Beatelsami i biletów nie dawało się kupić. Film „A Hard Day’s Night” nazwano „The Beatles” lub „Wieczorem po ciężkim dniu”. Kronika pokazywała oblegane kasy kin „Praha”, „Moskwa” i Sali Kongresowej. 400 tysięcy warszawskiej młodzieży i – jak kąśliwie dodawano, „byłej młodzieży”- histeryzowało w kinach i na ulicach Warszawy. Podobnie o seansach filmowych w Krakowie donosił słany z Przemyśla „Przekrój”. W żartobliwym i jednocześnie zjadliwym tonie, zapowiadał zmierzch zachodniej mody na kudłatych.
Tymczasem usilnie próbowano zainteresować młodzież nieprawdopodobnym boomem prasy radzieckiej dostarczanej tonami do kiosków i czytelni KMPiKu. Chwalono najlepsze na świecie wyniki czytelnictwa z ZSRR w porównaniu z krajami europejskimi i USA, dowodząc, że obecnie w ZSRR na tysiąc mieszkańców przypada 800 egzemplarzy gazet i czasopism.
Nie wiadomo, czy te statystyki obejmowały też te egzemplarze, które wożono do krajów socjalistycznych. W Polsce leżały nietknięte „Prawda”, „Pionierskaja Prawda”, „Komsomolskaja Prawda”, „Sielskaja żizn”, Sowietskaja Rosija”, Trud”, „Sowietskij Sport”, „Uczitielska Gazieta” „Futbol”, „Niediela”, „Rabotnica”, „Krokodił”, „Ogoniok”, „Nauka i Żizn”, „Litieraturnaja Gazieta”. Gazet tych nikt nie ruszał i nie kupował i nawet rusycystka na lekcji nie odważyła się nigdy proponować ich uczniom. Nie zainteresowali się nimi, kiedy barwnie pokazano tam „kosmiczną przechadzkę”, do której kosmonauci radzieccy – Leonow i Bielajew – przygotowywali się rok. Gazety groziły, że jeszcze w tym roku Związek Radziecki przeprowadzi następny eksperyment zespołowego lotu dwu lub więcej statków załogowych, które w Kosmosie połączą się burtami, by już niedługo popędzić ku Księżycowi, Marsowi i Wenus, a opuszczenie statku przez kosmonautę stanowił pierwszy etap w przygotowaniach do przyszłego montażu na orbicie przestrzennych stacji kosmicznych z których wystartują rakiety ku planetom układu słonecznego.
Andrzeja jak i jego całą klasę nic to wszystko nie obchodziło. W dalszym ciągu nie miał dżinsów i szpulowego magnetofonu, adapter był już na wykończeniu, a pocztówkowe płyty niemiłosiernie trzeszczały. Na dodatek cała szkoła pojechała tramwajem do Parku Kościuszki na manifestację przyjaźni z bratnią Kubą powitać Raula Castro z małżonką Vilmą Espin. Andrzej nie musiał się wykazywać znajomością hiszpańskiego, gdyż nikogo nie obchodziło co mówi Raul, a i tak głównie przemawiał Gierek. Powiewały flagi narodowe Polski i Kuby i na ogromnym transparencie hasło „Socjalizm młodością i przyszłością świata”. Obok Kliszki, Gierka i Ziętka na trybunie zasiadł ojciec ich szkolnego kolegi z klasy wyżej, naczelny dyrektor Katowickiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego mgr inż. Benon Stranz. Orkiestra górnicza zagrała hymny narodowe Republiki Kuby i Polski. Podkreślono i potępiono antypokojowe knowania amerykańskich imperialistów. Krzyczano „Niech żyje wieczna przyjaźń narodów Polski i Kuby”. Delegacja górników wręczyła towarzyszowi Raulowi Castro olbrzymi puchar z węgla dla towarzysza Fidela Castro. Harcerze i harcerki wręczyli kwiaty. Potem odśpiewano Międzynarodówkę.
Całą trasę przejazdu ulicami Katowic udekorowano flagami biało-czerwonymi, czerwonymi i flagami narodowymi Kuby. Po obu ich stronach stały spędzone ze szkół i zakładów pracy tłumy mieszkańców Katowic. Jak się potem okazało, Raul dostał jeszcze popiersie Stanisława Staszica wyrzeźbione w węglu w Kopalni Staszic.
W Santku omawiano kwietniowy występ jazzowy Elli Fitzgerald z zespołem Oskara Petersona w Pałacu Kultury w Warszawie, na który ktoś z paczki pojechał.
W kwietniu też poszli na film „Pingwin” namówieni entuzjastycznymi recenzjami, do którego były ogonki, ale przynajmniej bilety można było kupić. W katowickim „Światowidzie”, kinie „non-stop” ludzie stali, czekając na wolne krzesło i jak pisali recenzenci katowiccy, dlatego czekali, że ci co siedzieli, nie chcieli kina opuszczać, tak się film podobał. Obok Psa Huckleberry’ego, Pingwin stał się dla nich najczęściej omawianym bohaterem filmowym, którego fałszywy romantyzm odczytali jako zamach na ich wiedzę o relacjach męsko – damskich.
Na Koszutce zmieniono nazwy ulic, zaczęto rugować z socrealistycznego osiedla niemieckich komunistów. I tak wycofano Klarę Zetkin i dano jej ulicę dwa lata wcześniej zmarłemu Gustawowi Morcinkowi. Andrzej mieszkał teraz nie na ulicy Liebknechta, ale na ulicy generała Aleksandra Zawadzkiego zmarłym w ubiegłym roku.
W maju zmarła Maria Dąbrowska, która jak i Eliza Orzeszkowa wszystkich ich na polskim śmiertelnie nudziła, a wydana w całym powojennym okresie w zawrotnej ilości 1700 tysięcy egzemplarzy wypełniała szczelnie stragany i kiermasze „Targi Książki”. Na kiermaszu z okazji „Dni Oświaty” sprzedawano świeżo wydanych „Ludzi stamtąd”, a zapowiedziane „Przygody myślącego człowieka” się nie pojawiły. Andrzej skrył się przed deszczem w podcieniach Zenitu i udało mu się kupić „Małą Encyklopedię” i bardzo się z tej zdobyczy ucieszył. W domu nie mieli żadnej encyklopedii, a przedwojenny „Lexikon”, który używał Rudek, był tylko po niemiecku. Na stoiskach muzycznych leżały jedynie płyty długogrające Violetty Villas, Marii Koterbskiej, Sławy Przybylskiej, Danuty Rinn i „Filipinek”.
Z trudem wydostał się z targów omijając zalecane przez polonistkę stoliki z siedzącymi tam śląskimi pisarzami: Aleksanderem Baumgardtenem, Stanisławem Broszkiewiczem, Janem Baranowiczem, Janem Brzozą i Marią Klimas-Błahutową. Wszędzie krążyły dzieci polujące na darmowe foldery, torebki i kartonowe bibeloty.
Wrócił do domu Armii Czerwonej i w podcieniach świeżo wybudowanego „Separatora” oglądał wystawy salonu „Motozbytu” stojąc na wąskim, tymczasowym chodniku dla pieszych. Podobnie jak tutaj, na Koszutce przy ul. Armii Czerwonej otwarto pawilon ZURiT-u. Pawilony lśniły nowością i sławą niedawnych partyjnych uroczystości ich otwarcia. Wszystko było w nich fikcją: zarówno samochody, których nie dawało się kupić, jak i telewizory które naprawiano miesiącami w oczekiwaniu na dostarczenie części zamiennych. Na wprost rozciągał się widok wznoszonych fundamentów „Superjednostki”, a w dalszym tle rozgrzebanego Ronda. Miano na dniach zainstalować przy Rondzie sygnalizację świetlną i nadrobić zaniedbania, gdyż Katowice były jedynym wojewódzkim miastem w Polsce nie posiadającym sygnalizacji ulicznej.
Zbliżały się wakacje i Krystyna przerażona wydatkami na segmenty Kowalskiego zadecydowała, że na wakacje pojadą tylko do Przemyśla. Mieli i tak piękne wakacje na Kubie, pora trochę zaoszczędzić. Andrzej dostał świadectwo do klasy dziesiątej bez żadnej trójki i z zaledwie trzema czwórkami. W dalszym ciągu jednak najbardziej interesował się matematyką i fizyką.
Perony PKP dostępne tylko jednym wejściem od placu Andrzeja, gdyż nowy dworzec był cały czas w budowie, były wypełnione jadącymi na kolonie i obozy letnie dziećmi i młodzieżą.
Przed kasami, dodatkowo uruchomionymi na czas wakacji, stały gigantyczne kolejki.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Ewa (18)

Do liceum plastycznego egzaminy były wcześniej niż do ogólniaka, ale nie można było złożyć podania do dwóch liceów równocześnie i zdawać w wypadku nieprzyjęcia w późniejszym terminie do innego. To prawo jednej szansy było łamane jak i wszystko w ówczesnej Polsce. Na lekcji wychowawczej klasy siódmej przerabiali to wielokrotnie: pisali na lekcji podanie o przyjęcie, życiorys i drugie podanie w wypadku nieprzyjęcia do szkoły średniej. Pozostawała wtedy zawodówka i każdy uczeń ze względu na obowiązek dalszego kształcenia po ukończeniu podstawówki musiał złożyć podanie do wybranej przez siebie szkoły zawodowej. Ewa marzyła, by móc toczyć prawdziwe kule z drewna, a nie męczyć się ciągle z odpadającymi piłeczkami pingpongowymi z korpusów lalek, dlatego w wypadku nie dostania się do Liceum Plastycznego zapragnęła być tokarzem i podanie do Zespołu Szkół Zawodowych złożyła.
Na lekcji polskiego trzeba było napisać na ocenę ankietę z podyktowanymi na lekcji pytaniami i odpowiedziami.
Ankieta
1 Czy po ukończeniu VII klasy chcesz pójść do szkoły ogólnokształcącej, czy do zawodowej?
2. Jeśli chcesz iść do szkoły zawodowej, to do jakiego zawodu i dlaczego?
3. Gdybyś nie mógł uczyć się w wybranym przez ciebie zawodzie, to jaki inny wybrałbyś zawód (wymień kilka zawodów)?
4 Czy rodzice zgadzają się z twoim wyborem, a jeśli nie, to jaki zawód proponują?
5. Wymień kilka szkół zawodowych, gdzie można uczyć się zawodu który sobie wybrałeś.
Nikogo nie interesowało dlaczego Ewa chce pójść do liceum plastycznego, ale ona doskonale zdawała sobie sprawę z wyboru takiej jeszcze możliwości ucieczki przed życiem wspólnotowym i gromadnym. Tylko w zajęciach samotniczych, w kontakcie z materią, w jej przetwarzaniu, Ewa odzyskiwała smak życia i poczucie bezpieczeństwa. Ale stawała się jeszcze bardziej samotna, brat jej unikał i izolował swoich kolegów i koleżanki od niej, a jej koleżanki szkolne wiedziały już, że nie będzie się z nimi dalej uczyć i też zajmowały się tylko sobą. Marzenka już ostentacyjnie zupełnie ją ignorowała i z korzystając ze swego o głowę wyższego wzrostu nie zauważała.
Ewa zaczęła chodzić do szkoły sama, bez Marzenki. Dołączała do niej po drodze na wysokości pomnika Jola. Na Placu Grunwaldzkim pomnik „Rodzina” stał już ukończony w swojej betonowej, surowej krasie. Nogi rodziców zwężały się ku dołowi, a trzymane nad ich głowami – niczym trofeum – masywne dziecko, świadczyło o tym, że to właśnie w nim Polska Ludowa pokłada największe nadzieje. Jola wyczytała gdzieś, że rzeźbiarz jest w ciężkiej depresji po krytyce publicznej jego dzieła. Wkrótce też pojawiło się znowu rusztowanie i pomnik zaczęto oklejać różnokolorowym złomem ceramicznym.
W życiu Ewy także pojawiły się nowe problemy dnia codziennego, z którymi nie mogła już się podzielić z przyjaciółkami, bo takie już nie istniały. Mimo, że w dalszym ciągu na świadectwie ukończenia szkoły podstawowej „groziły” jej same piątki i nie miała żadnych problemów z nauką, spadło na nią prowadzenie całego gospodarstwa domowego, gdyż jej ukochana babcia Wandzia nie miała pojęcia o zakupach, ani o sprzątaniu. Przed wojną Wandzi usługiwała dziewucha ze wsi mieszkająca w służbówce, a po wojnie Emil. Babcia testowała kuchty testem pierogowym, który decydował o przyjęciu, sama gotowała dużo lepiej od Krystyny, ale trzeba było jej dostarczać wszystkie wiktuały, co było trudne. Także trzeba było za nią sprzątać i choć prosiła Ewę, by pozamiatała tylko po wierzchu, „bo po co się tak męczyć”, to jednak te wszystkie czynności trzeba było wykonać.
Niestety, mimo usilnych starań Ewy, babcia czuła się coraz gorzej z sercem, Andrzej znikał na całe dnie wpadając tylko na posiłki, a Ewa ciągle podnosiła z ziemi spadające otyłej babci przedmioty i wsuwała pantofle, wysuwające się skutkiem przydeptywanych zawsze pięt.
Nastał Wielki Tydzień w połowie kwietnia i babcia w stresie przygotowań wielkanocnych czuła się z dnia na dzień coraz gorzej i powiedziała, że nic nie da rady zrobić. Ale w Wielki Piątek, jak Ewa i Andrzej spali, wstała świtem i kiedy Ewa się zbudziła, babcia w makutrze ucierała już jajka i wszystko na gazie się gotowało. Na wyrzuty, że miała leżeć, powiedziała, że nie mogła wnukom tego zrobić, by nie było bab wielkanocnych i pierogów.
W pierwszym odruchu Ewa zbiegła na parter do pani Ireny, gdyż tej właśnie sąsiadce Krystyna powierzyła los swoich dzieci i matki. Ale w piątek rano pani Irena i jej mąż, też inżynier, byli w pracy, otworzyła jej zasikana ze starczą demencją matka pani Ireny. Odór zepsutego moczu buchający z otwartych drzwi był nie do zniesienia. Zza niej wychyliła się Danka i Wituś, ale cóż mogli oni wszyscy pomóc. W pantoflach Ewa przebiegła koło piaskownicy do Pani Marzenkowej, tylko Marzenka miała telefon. Ale pani Marzenkowa, kobieta przecież niepracująca, przy mężu, od miesiąca podjęła pracę w księgowości Spółdzielni Mieszkaniowej w niebieskich blokach, które wybudował jej mąż, czyli Pimpuś, ojciec Marzenki. Marzenka poradziła, by pójść piętro wyżej do Szeferowej, do której Ewa chodziła na lekcje gry na pianinie, gdyż Marzenka nie znała numeru telefonu, a niedawno męża pani Szeferowej odwiozło pogotowie i pewnie ten numer zna. I faktycznie, pani Szeferowa sprawnie wezwała karetkę pogotowia i babcię Wandzię zawieźli do dawnego, przyklasztornego, teraz miejskiego szpitala w Bogucicach. Ewie przybyły jeszcze jazdy autobusem do Bogucic, gdzie jej ukochana babcia leżała w samym kącie dziesięciołóżkowej, obskurnej sali starego szpitala z czerwonej cegły, ponurego i chyba od zbudowania go w ubiegłym wieku, nie remontowanego. Ewa przywiozła babci jasiek pod głowę i kompot, i zapewnienia, że wszyscy sąsiedzi się nią interesują i pomagają im w domu, co było nieprawdą. Ewa przemykała się przez klatkę schodową obładowana siatkami zakupów chwytając nieżyczliwe spojrzenia sąsiadów, którzy z satysfakcją patrzyli, jak się Ewa męczy i dobrze jej, bo rodzicom zachciało się Kuby zamiast tutaj siedzieć i doglądać starej matki. Babcia Wandzia miała sześćdziesiąt pięć lat i Ewa w codziennych żarliwych modlitwach do swojej patronki, Małej Tereski z Lisieux życzyła swojej ukochanej babci długiego żywota i modlitwa została wysłuchana. Ponieważ Ewa posłusznie na polecenie babci wysłała telegram na Kubę powiadamiając matkę o chorobie, doszły w szpitalu razem z babcią do wniosku, że przecież nie musi mama wracać, skoro lekarze uważają, że nie ma żadnego zagrożenia życia. Wanda, pełna wyrzutów sumienia kazała Ewie wysłać następny telegram. Ewa wiedziała, że każda litera telegramu na inny kontynent to mnóstwo pieniędzy i starała się redagować wiadomość jak najoszczędniej.
Zgodnie z poleceniem matki, że ma o wszystkim informować panią Irenę zeszła tam wieczorem. Mimo, że pani Irena często nie przychodziła na noc zostawiając swoją matkę i dwójkę małych dzieci do opieki mężowi, gdyż musiała być „na kopi”, tym razem była w domu i przyjęła Ewę leżąc w łóżku i odpoczywając po racy. Trzymając w jednej ręce szklankę z kawą, a w drugiej papierosa, powiedziała Ewie, że jutro przyśle do niej kobietę do sprzątania, której trzeba zapłacić i by Ewa zostawiła klucze. Ewa z bólem obserwowała, jak znikają z domu różne przedmioty, nawet kubańskie kolekcje znaczków Andrzeja, muszle, ubrania, nowe białe buty mamy z szafki z przedpokoju. Po wyczyszczeniu dywanu z dużego pokoju i umyciu podłóg i pobraniu kilkudziesięciu złotych kobieta, której towarzyszyła mała dziewczynka zaglądająca do wszystkich szuflad już się nie pojawiła, co Ewa przyjęła z ulgą. Teraz zostali sami z Andrzejem na gospodarstwie i wykształcił się specyficzny podział ról. Andrzej stołował sie tylko w barach mlecznych i potrafił w ciągu dnia odwiedzić nawet trzy, kupując w każdym inne naleśniki z serem lub gołąbki. Ewa po południu zmywała naczynia, a Andrzej cały czas w trakcie zmywania opowiadał jej wszystko, o czym się mówiło ubiegłego wieczora w Santosie. Kiedy kończyła, on też kończył opowiadać i szybko szedł do Santka, by wrócić późnym wieczorem i nastawiwszy Radio Luksemburg do rana się uczyć.
Ewa zasypiała śmiertelnie zmęczona jak kamień, nie oglądając telewizora, zdążywszy jedynie odrobić lekcje. W soboty Andrzej sprowadzał do zajętego zaraz po wyjeździe Rudka małego pokoju niemal całą klasę – „do wolnej chaty”, zamykał się tam z nimi i Ewa nie miała do nich wstępu. Czuła się wtedy jeszcze bardziej samotna niż gdyby była kompletnie sama w domu. Stawała się coraz bardziej nieśmiała, niepewna i zahukana.
Babcię przywieźli ze szpitala na krótko przed powrotem Krystyny z Kuby. Wkrótce pojechała do Przemyśla, a Krystyna rzuciła się w wir meblowania mieszkania. Udało jej się natrafić na moment, kiedy nie wiadomo z jakiej przyczyny i czyjej interwencji, komplety meblościanek Kowalskiego nagle przestały być jedynie dekoracją wystawową w domu meblowym na ulicy Mickiewicza. Wóz meblowy miał tylko kilka przecznic do przejechania i robotnicy wnieśli deski paździerzowe na trzecie piętro. Stolarz polecony przez panią Irenę pociął piękne biurka dziadka Franciszka w stylu Art Deco zamieniając je na komody i zwężając tak, by się zmieściły w przedpokoju pełniąc rolę bieliźniarek. Z przedwojennej szafy stolarz zrobił pawlacz w przedpokoju. Podzielił mały pokój na dwa wąskie pokoiki o wspólnym oknie, przedzielonym ruchomą ramą z płytą pilśniową, by można je było otwierać i zamykać. Andrzej skutkiem nie centralnego położenia okna na ścianie dostał większy kawałek pokoju, głębszy sekretarzyk z zamykanym blatem i różnymi w środku przegródkami, szafę na ubrania z lustrem i drążkiem na krawaty oraz wysuwane, a na dzień pełniące rolę kanapy, łóżko. Ewa w swojej części, z racji tego, że jej edukacja związana była z malowaniem, duży składany na noc stół, gdyż inaczej nie dałoby się rozłożyć kanapy złożonej z trzech materacy i wnęki na pościel będącej równocześnie czarną tablicą do rysowania. Te supernowoczesne meble, którymi Ewa z bratem nie mogli się napodziwiać i nacieszyć, były oddzielone przepierzeniem ze szkieletu drewnianych kantówek obitego płytą pilśniową. Ewa nie wdziała Andrzeja i kto do niego przychodzi, podobnie on mógł zapomnieć o jej istnieniu. Głośna muzyka wyciszała ewentualne odgłosy z obu stron.
Do dużego pokoju Krystyna kupiła taki sam stół jaki mieli już Józek i Zosia – na metalowych krzyżakach z podnoszonym blatem na dwie gałki, do którego zamówiła szkło, by się politurowany blat nie niszczył. Dokupiła jeszcze miękki fotel Andrzejowi, wąskie trzy szafy zestawu Kowalskiego do przedpokoju i wyrzuciła na śmietnik resztę mebli zrobionych przez Rudka. Meble Kowalskiego skręcał i zbijał stolarz, mimo, że jak się potem okazało, mogli to z powodzeniem zrobić sami, ale nikt nie wiedział, że jest to takie łatwe.

Na ostatnią pożegnalną zabawę szkoły podstawowej obowiązywały mundurki. Przyszli pomagać wychowawczyni zastępczej – ich ukochana pani Szalecka była chyba na macierzyńskim, rodzice. Krystyna z mamą Joli, ojcem Basi i panią Marzenkową siedzieli z przysadzistą nauczycielką przy jednym stole i pili herbatę, a klasa tańczyła w parach, małe dziewczynki tańczyły z małymi chłopcami, wysokie z wysokimi. Usia, wyższa nawet od Marzenki, tańczyła z Tadkiem Tobusem, a Ewa z maleńkim Andrzejem Kleszczem.

Kończono już budowę Ronda i podziemnego przejścia do przystanków tramwajowych, ale było jeszcze wszystko otoczone placem budowy i Ewa z Krystyną pojechały na egzamin wstępny idąc na piechotę do Rynku i stamtąd tramwajem szesnastką pojechały na Wita Stwosza.
Budynek szkoły był imponujący, w modernistycznym stylu zaprojektowany przed wojną dla Prywatnego Liceum Katolickiego Męskiego im. św. Jacka. Wybuch wojny przerwał budowę, kontynuowano ją potem na potrzeby wojska niemieckiego. W 1945 Gimnazjum im. św. Jacka wznowiło działalność wzbogacone o internat i Małe Seminarium Duchowne. W 1950 Szkołę Ogólnokształcącą stopnia licealnego im. św. Jacka zastąpiono Niższym Seminarium Duchownym im. św. Jacka w Katowicach. Kiedy budynek stał się własnością miasta tego nikt już nie wiedział.
Na piętro, gdzie były egzaminy wstępne, wiodły schody z politurowaną, wyświeconą poręczą w sam raz do zjeżdżania. Ewa, mała, w białej bluzce, białych bawełnianych pończochach, czarnych lakierkach z paskiem w środku – kupiły sobie takie same z Marzenką tylko Marzenka miała o dwa numery większe – z białą kokardą na czubku głowy, stała wśród nieprzebranej ciżby czarno-biało ubranych dzieci nieśmiała i przestraszona. I wtedy stał się cud, dziewczynka, która przybyła tu z Sosnowca z ojcem, podeszła do niej i zaproponowała, że usiądą razem na egzaminie.
Obie równocześnie oddały namalowane prace, ale chyba najbardziej liczyły się wyniki świadectw z podstawówki, które obie miały nieskazitelne, bez żadnej czwórki. Danka długo jeszcze stała zdenerwowana z Ewą czekając na wyniki i kiedy obie radośnie rzuciły się sobie w ramiona, wiedziały, że będą razem w jednej ławce siedzieć we wrześniu.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Krystyna (10)

Ledwo Krystyna zdążyła się nacieszyć Polską, a już zwalał się Rudek na urlop i trzeba było się nim zająć. Ponieważ miała wrócić po miesiącu, czyli na początku marca 1965 roku razem z nim do Hawany, było masę spraw do załatwienia – przekazać dom matce pod opiekę, która miała tu przyjechać z Przemyśla, ale przede wszystkim załatwić szkołę Ewy. Ewa uparła się, że pójdzie do Liceum Plastycznego, które nie dość, że było na drugim krańcu miasta, to jeszcze nie wiadomo dlaczego było się tam trudno dostać. Krystyna dowiadywała się zdumiona coraz to nowych rzeczy o szkole-fanaberii jej córki, którą uważała za szkołę poniżej jej aspiracji.
Przede wszystkim ważne było jaką tarczę się tam nosi, ale kiedy dowiedziała się, że czerwoną, odetchnęła z ulgą. Wstyd by jej było przed Koszutką, że jej córka nosi tarczę zieloną, albo niebieską. Te kolory było przeznaczone dla zawodówek i szkół specjalnych, czyli dla „debili”. A tak z daleka nie będzie widać, co jest na tarczy, byle by miała kolor czerwony, liceum ogólnokształcącego. Maja chodziła już do ogólniaka i wstyd jej było przed Zosią, że Ewa nie będzie chodzić do ogólniaka, do pawilonówki, do której chodził od dwóch lat Andrzej. Zazdrościła rodzicom Joli, Basi i Marzenki, że ich córki idą do ogólniaka, a Ewa nie chce iść z nimi. Na dodatek profilem szkoły w Katowicach było zabawkarstwo, rzecz zupełnie niepojęta i zupełnie nie prestiżowa dla Krystyny.
Rudek nie wiadomo czemu leciał samolotem przez Madryt, ale przywiózł z Hiszpanii duży blok chałwy i blok z migdałami, pistacjami i orzechami zalanymi miodem, wszystko to pochłonęła Marzenka z Ewą zaraz w pierwszy dzień jego przyjazdu.
Nazajutrz Krystyna wysłała Rudka do Liceum Plastycznego na ulicę Wita Stwosza, by dowiedział się wszystkiego o tej szkole. Rudek, jak się potem okazało, dotarł jedynie do sekretarki, z którą umówił się w restauracji hotelu „Polonia” przy Kochanowskiego na wieczór. Kupił w PKO flakon francuskich perfum i przetańczył z sekretarką całą noc. Nazajutrz nie potrafił nic opowiedzieć Krystynie o szkole, co zakończyło się piekielną awanturą domową. Potem próbował jeszcze załatwić coś dla córki poprzez swojego największego przyjaciela ze studiów, Adama. Spotkał się z nim w jego świeżo wybudowanej willi w Ligocie. Adam miał kolegów architektów, którzy wykładali w tym liceum przedmioty zawodowe, więc mogli pomóc. Ale Adam Rudkowi odmówił pomocy, traktując to jako oczywistość. Miał o rok młodszego od Ewy syna i o trzy lata młodszą córkę, nie wiedział jeszcze, co jego dzieci postanowią po ukończeniu podstawówki. Zastanowiło go, dlaczego Ewa chce zdawać do tak dziwacznej szkoły, ale zatyrany na co dzień licznymi etatami zaczął podejrzewać, że skoro Rudek daje tam swoją córkę, może to właśnie jest teraz dla dzieci korzystne. Postanowił nie marnować protekcji na Rudka i wprost mu to powiedział.
Po awanturach z Krystyną Rudek na wszelki wypadek nie spotkał się już z sekretarką i o wszystkim zapomniał. Nagle dostał wiadomość z Polservice z Warszawy, że na Kubę już nie ma co wracać i dostał ponownie szału, takiego samego, jak w trakcie kłótni z Krystyną. Natychmiast pojechał pociągiem do Warszawy.
Krystyna dowiedziawszy się, że Rudek już na Kubę nie pojedzie, z początku się nawet ucieszyła, że nie musi lecieć do Hawany, że będzie jej mąż tak jak każdy normalny człowiek jeździł rano do elektrowni Łagisza ze skórzaną teczką i że będzie wracać o zmroku, jednak żal jej było tej całkowitej wolności bez Rudka. Jednak Rudek wrócił wieczorem i powiedział, że ma już bilet na samolot 6 marca i że jednak na Kubę wraca. Bez niej. Krystyna ma dojechać sama później, bilet LOT przebukował na koniec marca, gdyż włamali się do jego domku Polacy i mu go zabrali, a ona nie miałaby gdzie mieszkać.
Krystyna pomyślała, że to z pewnością wina Rudka, bo jak to tak miałby się ktoś włamywać? Zawsze w konfliktach Rudka w pracy brała stronę jego krzywdzicieli, ale na wszelki wypadek już się na ten temat nie odezwała.
Kiedy dostała od Rudka pocztówkę, była już pewna, że go nie ma. Rudek pisał czule:
Nie mogę dolecieć na Kubę, stoimy w Shannon, ale cudny postój, szkoda Krysiu, że nie lecisz ze mną. Zwiedziłem cały dzień zabytkowe miasto Limerick w zachodniej Irlandii. Dobrze, że miałem trochę dolarów, bo inaczej musiałbym siedzieć w hotelu. Komunikacja droga, ale sklepy i towary cudowne i tanie. Wiosna w pełni taka, jak na widokówce. Sobota i nie wiem, dlaczego w kościołach tyle ludzi. Lecą również jakieś żony i w miarę możliwości pomagam, ale chcę także coś zobaczyć, więc ulatniam się z kim mi wygodniej. Z całej załogi tylko pięciu Argentyńczyków mówi po hiszpańsku, więc im niełatwo znaleźć towarzystwo do zwiedzania. Może odlecimy wieczorem po usunięciu defektu podwozia, ale mechanik przyleci dopiero z Londynu, więc czekam. Pa, Rudek
Krystyna szybko przejrzała pocztówkę, ale nawet wzmianka o żonach ją nie poruszyła. Kartka przedstawiała hrabstwo Kerry z pasmem gór na horyzoncie, z kamienistą celtycką plażą i siedzącą na pierwszym planie kobietą w czerwonym swetrze. Długo pocztówka służyła za przykrycie różnym naczyniom na stole, aż Ewa zachwycona pięknym turkusem nieba i wody, zabrała ją i ukryła w swoich zbiorach.

Krystyna doleciała do Rudka pod koniec marca. Rudek dostał przejściowe mieszkanie w Hotelu National zarezerwowane dla bardzo wybitnych gości, ale po awanturze z mieszkaniem na Alamarze, po której Kubańczycy chcąc zawstydzić polskich urzędników zrekompensowali mu incydent tym hotelem.
Krystyna nie potrafiła ukryć zachwytu, kiedy zobaczyła cienie podwójnego szpaleru palm jak jechała po raz pierwszy do Hotelu Nacional de Cuba. Już samo wchodzenie do tak legendarnego budynku przejmowało ją drżeniem, szczególnie, że oprócz wcale nie rewolucyjnych rytuałów hotelowych z lokajami, windziarzami i jednakowo ubranej obsługi była tu wszędzie upragniona klimatyzacja. Odsłoniwszy jedwabne story widać było Morze Karaibskie i twierdzę El Morro. W ich pokoju stały dwa dwuosobowe łóżka i ciężkie, mahoniowe meble. Obicia kanap i foteli w haftowane kwiaty powtarzały wzór zasłon okiennych. Piękna, wykafelkowana łazienka z bidetem, wanną i prysznicem miała marmurową podłogę i mosiężną armaturę. Na korytarzach pachniały orchidee w wazonach. Przed rewolucją Batista otaczał się tutaj różnymi zbirami jak Meyer Lansky czy Santo Trafficante, a na dachu biesiadował sam Al Capone. Ale mieszkali tu też bardzo porządni ludzie jak Frank Sinatra, Ava Gardner, Buster Keaton, John Wayne , Marlena Dietrich, Gary Cooper, Ernest Hemingway i Winston Churchill, co Krystyna wyczytała z wiszących w korytarzach fotografii. Osobno wywieszono fotografie Jurija Gagarina, Jeana-Paula Sartre i Simone de Beauvoir.
Cały hotel był w stylu lat trzydziestych i panującego wtedy Art Deco, ale ponieważ miał być bogaty i luksusowy, dodano obficie elementy mauretańskie, a krużganki przypomniały hiszpańskie klasztory z półcieniami i łukami arkad. Ta mieszanina stylów nawiązująca do średniowiecza, neoklasycyzmu i budownictwa kolonialnego, rafinowała się w rzeźbionych portalach, mozaikowych ścianach z arabeskami, kasetonowych mahoniowych stropach i eleganckich oknach. Kremowa sylwetka pałacu z dwoma wieżami, tarasem na dachu, ośmioma piętrami i około pół tysiącem pokoi otoczona była przepięknym parkiem pełnym kwitnących krzewów na skalnej skarpie, na której go wzniesiono. Wystarczyło przejść tylko na drugą stronę Maleconu, by być nad morzem.
Krystyna rano gotowała obiad dla Rudka na hotelowej maszynce elektrycznej wstawionej w pokojach dla specjalistów zagranicznych. Potem zjeżdżała windą i szła na basen w kształcie nerki. Basen nie miał kafelków na dnie, lecz jedynie pomalowany turkusową farbą beton, ale sprawiał wrażenie prawdziwego, krystalicznego jeziorka. Zaczepiali Krystynę liczni obcokrajowcy z których zalotami dawała sobie dobrze radę. Rudek miał blisko do pracy i wcześniej niż na Alamarze wracał do domu. Po wygraniu batalii o mieszkanie poczuł się pewniej, złagodniał i chciał zaimponować Krystynie tym, że Kubańczycy się o niego upomnieli i że on coś tutaj znaczy. Jednak Krystyna trzymała twardy kurs pomniejszania i niedostrzegania zalet swojego męża, a każdego przedstawionego jej Polaka, wychwalała pod niebiosa. Kiedy Rudek przedstawił jej Bogdana Zieleńca, z którym razem w styczniu mieszkał na Alamarze, podziw Krystyny był szczery i nie musiała nic udawać. Był to wyjątkowo miły, zawsze uśmiechnięty człowiek. Spotykali go przypadkowo na ulicach Vedado, a on zagadywał ich o pożycie miłosne, ale robił to niemal uroczo, bo Krystynę – mimo jej pruderii – nie zrażała taka bezceremonialność.
W ambasadzie Krystyna dowiedziała się też, że Pydymowska urodziła synka Kubusia i ma zamiar wrócić na Kubę z niemowlęciem i Jagą.

Były to ostanie dni karnawału trwającego już od końca stycznia i teraz miało nastąpić jego uroczyste zakończenie z przejazdem szkół tańca, pokazem ogni sztucznych przed Capitolem i wyborem królowej karnawału na Maleconie. Na chodnikach i pod arkadami ustawiono drewniane konstrukcje służące za trybuny. Rudek dostał specjalne bilety z miejscami tylko dla obcokrajowców i mogli z Krystyną siedzieć w bezpiecznym miejscu na trybunie i obserwować idące pochody w takt nie milknących bębnów, grzechotek, instrumentów dętych i gitar. Cały park Piragua przed hotelem Nacional był rzęsiście oświetlony kolorowymi lampami ukrytymi wśród krzewów, a wzdłuż całego wybrzeża gromadziły się barwne tłumy i nieprzerwanie poruszały się w rytm samby. Krystyna podziwiała różnokolorowe kobiety jadące udekorowanymi wozami ubrane w wydekoltowane krynoliny, rękawiczki do łokci. Obowiązkowo miały na nogach szpilki, nawet kobiety przyłączające się do ulicznego tańca były w czółenkach na cienkich obcasach.
Wszystko to Krystynę oszałamiało i zachwycało, a widzowie na trybunach ulegali nastrojowi, kołysali się, śpiewali i się bratali.

Kiedy po kilku dniach przyszedł telegram, który wręczył Krystynie portier w recepcji na dole, Krystyna nie mogła uwierzyć: BABCIA W SZPITALU EWA. Rudek wszczął natychmiast kroki zarezerwowania dla Krystyny biletu powrotnego, co nie było łatwe, gdyż robiło się to zazwyczaj z co najmniej miesięcznym wyprzedzeniem. I mimo, że w dwa dni potem przyszedł następny telegram BABCIA CZUJE SIĘ DOBRZE EWA, Krystyna nie mogła już sobie znaleźć miejsca i czekała tylko odlotu.

Opublikowano czytam więc jestem, lata sześćdziesiąte | 3 komentarze

Dziennik stuttgarcki (4)

3 grudnia 2013, sobota. Wczoraj na basen przyszedł ojciec z 10 letnią córeczką, położył się na leżaku, a ona bezskutecznie w wodzie robiła różne figle, by go zainteresować.
Rano zadzwoniła Beki powiadamiając nas, że jest sobota i kuchnia Mariotta na piętrze ma wolne, śniadanie jest na dole, a my mamy ją zawieźć na lotnisko zaraz po śniadaniu.
Byłam już spakowana, najcenniejsze niemieckie zdobycze. czyli foldery i ulotki zbierane po całym mieście dałam do uszkodzonej podróżą z Los Angeles ogromnej, czerwonej walizki syna. Syn zdecydował się w końcu na autobus przestraszony moimi opowieściami o tym, że pociągi są zatłoczone i pasażerowie biwakują na podłodze wagonów. Wrzucał teraz do walizek ciuchy, układał w pozostałych dwóch sprzęt fotograficzny.
Kiedy zjechaliśmy widną na dół, cała sala jadalni była udekorowana świątecznie, na wszystkich stołach leżały wykrochmalone białe obrusy i sztućce zawinięte w białe serwetki. Niklowane patery i kuliste osłony na gorące dania odbijały kolorowe światełka gigantycznej choinki.
Siedliśmy obok Beki na końcu sali, przyniosłam sobie soki, które pomieszałam z jakimś alkoholem, którego nazwy nie mogłam zapamiętać, a podobno nazwa napoju zmienia się za każdym wlaniem soku z innego owocu egzotycznego. Goście hotelowi cierpliwie wymieniali kucharce stojącej przy przenośnym palniku, co ma dodać do omletów, i pomyślałam, że te wszystkie ceregiele i rytuały wczesno-poranne są jakimś w końcu nie tylko udręczeniem hotelowej obsługi, ale mnożeniem nielicznych przecież w życiu przyjemności.
W podziemnym hotelowym garażu wrzuciliśmy bagaże do samochodu, Beki zjechała windą równocześnie z nami i nie musieliśmy czekać. Kiedy ją żegnałam na zawsze, a syn jedynie na trzy dni dzielących ich do pracy w Amsterdamie, poczułam do niej niespodziewaną, nadmiarową sympatię, jakby ucieleśniła wszystko, co dobre i co się kończy. Jej drobne loczki jasnobrązowych włosów nagle rozsypały się na wietrze i wykonała pożegnalny gest trzymając rączkę torby na kółkach, a drugą odgarniając zasłaniające twarz włosy.
Dwaj kolorowi chłopcy sprawnie i szybko odebrali samochód w oszklonej hali garażu sprawdzając dokumenty i stan licznika. Uwolnieni od auta podążyliśmy z walizkami do wejścia portu lotniczego. Wszystkie stalowe kolumny podtrzymujące ogromne sklepienie pozorujące pnie drzew z rozwidlającymi się u szczytu gałęziami owinięte były lampkami bożenarodzeniowymi, tak, że mimo świecącego słońca skrzyły się i wprowadzały w lotnisko baśniowy nastrój.
Autobus był dopiero o 15, ale nie mieliśmy już siły na wypad do miasta. Przeczekaliśmy godziny na niklowanych ławkach na piętrze, skąd można było obserwować cały główny hol lotniska, odprawy i fale podróżnych, których nacje zmieniały się po odlocie konkretnych samolotów. Samoloty do Azji gromadziły czekoladowych ludzi w turbanach, tunikach, sari i chustkach, z zasłoniętymi twarzami i dominującą czernią długich szat.
Chodziliśmy po kawę w papierowych kubkach do Burger Kingu, gdzie cały czas krążyły rodziny z dziećmi w koronach papierowych. Ponieważ dzieci nie chciały nosić koron, ubierali je dorośli zabawiając jak się tylko dawało nudzące się dzieci. W środku hollu stał specjalnie dla nich przeznaczony pokój bawialny, w którym z wielką radością przyciskałam na aktywnym elektronicznie stole samoloty, helikoptery i samochody, karetki pogotowia, zapalałam okna w domostwach, latałam balonem i to wszystko bardzo mnie cieszyło. Na ścianie – wyjątkowo lubianej zabawki dla trzyletnich dzieci – było zawieszanie drewnianych insektów, ptaków, ryb i ssaków w specjalnie do tego przeznaczonych środowiskach, czego dzieci zupełnie nie przestrzegały, umieszczając zająca w głębinach morskich i wściekały się przy absurdalnych korektach ich dorosłych opiekunów
Co jakiś czas syn zjeżdżał kilka kondygnacji w dół do sklepu spożywczego, który miał w odróżnieniu od zawyżonych cen na lotniskach ceny takie same jak w osiedlowym sklepie samoobsługowym i przywoził mi czarną lukrecję, a sobie napoje w puszkach. Był tu też okrągły sklep z kosmetykami, gadżetami, książkami i gazetami, gdzie były „Playboye” z kobiecymi aktami, podobno zakazanymi już w Stanach Zjednoczonych.

Po przestudiowaniu i zakosztowaniu tego wszystkiego minęło kilka godzin i poszliśmy do mieszczącego się po drugiej stronie ulicy autobusowego dworca, skąd odchodził polski autobus do Górnego Śląska.
Długowłosy kierowca w moim wieku, powitał nas familiarnie, byliśmy jak na razie jedynymi jego pasażerami. Nienumerowane miejsca pozwoliły na zajmowanie dwóch równocześnie.
Autobus mknął rozświetlony grudniowym słońcem i nagle zatrzymał się w jakiejś niemieckiej wsi, gdzie weszło kilka polskich kobiet. Kierowca powiedział, że mamy duży zapas czasu, i wszyscy, razem z nowymi pasażerami wyszli palić papierosy. Widocznie były to jakieś wieloletnie usługi transportowe, gdyż kierowca znał wszystkich i wesoło z nimi rozmawiał. Na cygaret pauzę zatrzymywaliśmy się mniej więcej co godzinę, aż dopadł nas zmrok i czerwone ogniki papierosów przed drzwiami autobusu dodawały mu romantycznego wymiaru.
Autobus krążył po Niemczech w nieprawdopodobnych konfiguracjach zbierając z jego zakątków Polaków, którzy wchodzili do niego jak do zaprzyjaźnionego, bliskiego im pojazdu. Było wśród nich wiele kobiet, zazwyczaj o 10 lat młodszych ode mnie, oprócz ogromnych waliz miały bagaż podręczny, który stawiały obok na wolnym siedzeniu. Zawierały zabawki bądź ciasta świąteczne i słodycze. Zaraz po zajęciu miejsca wyjmowały komórki i przez całą trasę już ich nie odejmowały od uszu. Tym sposobem dowiedziałam się, że całą noc poprzedzającą wyjazd kobiety pakowały paczki świąteczne w kolorowe, ozdobne papiery, na które podobno polscy krewni niecierpliwie czekali. Było w tych mało zamożnych kobietach jakieś epokowe spóźnienie, jakaś determinacja dawno już niepotrzebna, jakieś nieinformowanie i fałsz rodaków w Polsce. Jedna usłyszawszy coś przez komórkę z wielkim wysiłkiem tłumiła wzburzenie podsumowując rozmowę, że w takim razie wigilię zrobi sama i to obowiązkowo wszystkie potrawy, a jak nie, to nie, ale ona ją na pewno zrobi i sama ją zje.
Syn rozciągnął się na wolnych siedzeniach na samym końcu autobusu robiąc sobie wygodne legowisko z pięciu siedzeń i zasnął. Ja próbowałam zasnąć na siedząco, ale dosiadła się na granicy młoda, bardzo ładna dziewczyna, i usiadła za mną. Natychmiast ją zauważył młody chłopak siedzący po drugiej stronie przejścia na moim poziomie i nawiązał. Ich flirt, zresztą, bardzo przejmujący, pełen emocji i w miarę postępującej nocy nasilający się siłą przyciągania dwojga młodych ciał był niewinny i tragiczny, a mi nie pozwalał spać. Ten dialog niezwykle erotyczny, opierający się jedynie na opowiadaniu o swoich domach, partnerach, dzieciach, zakupach, miał w sobie jakąś przerażającą nieistotność i zmarnowanie w żarliwości słów kipiących od pożądania.
Na stacjach benzynowych, gdzie autobus brał benzynę, na postojach autostrady, gdzie jedynym ich powodem były cygaret pauzy, gdyż ustęp woziliśmy ze sobą, nasz kierowca, a zarazem KaOwiec i stewarde serwujący za darmo herbatę i kawę w plastikowych kubkach, zżywał się z nami coraz bardziej. Kiedy odbywało się liczenie pasażerów po każdym przystanku, a on jak matka troszczył się o każdego, czuliśmy się coraz bardziej jak wielka autobusowa rodzina, która wcale nie chce dojechać, a jedynie cały czas podróżować w grudniową noc i czerń autostrady i nie docierać do czekających w domach kłopotów.
Kierowca w czasie, gdy autobus prowadził jego zmiennik – nie zauważyłam na której wsi się dosiadł – nachylił się do pasażerki wysiadającej we Wrocławiu i wyjaśnił jej, że autobus nie będzie jechał aż do dworca. Musi się przesiąść do taksówki opłaconej przez firmę, która ją tam zwiezie. Takie oszczędności na benzynie autobus zrobił jeszcze w Opolu i w Katowicach. Kiedy przenieśliśmy nasze bagaże w Zabrzu do mikrobusu przysłanego przez firmę, była już głęboka noc, a puste uliczki jarzyły się dekoracjami świątecznymi nostalgicznie. Po drodze pięcioro pasażerów powysiadało, usłużnie podwiezionych tam gdzie było im najbliżej do domu, a nas kierowca wysadził na Piotra Skargi, gdzie oczekiwaliśmy na przyjazd Marka. I tu zrobił mi syn zdjęcie w pustce katowickiej nocy i dał na facebook.

Opublikowano 2016, dziennik ciała | Skomentuj