Lata sześćdziesiąte. Krystyna (13)

Filipowiczowa często wychodziła na balkon w przerwach gotowania obiadu gdzie opierając się o drewnianą balustradę, nie mogły się z Krystyną nigdy nagadać. Co jakiś czas jak oparzone odskakiwały i zaglądały do kuchni, by zamieszać potrawy i wracały do rozmów. Krystyna uwielbiała ranne spotkania z Filipowiczową, wspólnie też rozwiązywały astronomiczne problemy kuchenne, gdyż obaj mężowie po przyjściu z pracy chcieli jeść tak jak w Polsce, a nie było z czego ugotować nawet zupy. Dziwne, bo ziemia ta podobno rodziła wszystko o czym można sobie zamarzyć, rodziła kilka razy w ciągu roku bez względu na pory, rodziła zimą i jak pojawiały się pierwsze plony, zaczynała natychmiast cykl rodzenia od początku, a jednak jarzyn w sklepach nie było, a z owoców jedynie te same, które znała z ich przedwojennego domu: ananasy, banany, pomarańcze, grejpfruty, kawony i cytryny. A przecież nawet na świeżo kupionych znaczkach przez Andrzeja z serią „frutas cubanas” są owoce, których Krystyna nigdy na oczy nie widziała, nie kosztowała i które można było tylko dostać w restauracjach dla zagranicznych gości.
Dawniej posyłała do sklepu na Marianao Ewę, teraz Ewy, jak i Andrzeja, nigdy nie było w domu. Zawsze do ich sklepu na Marianao rzucali coś innego i była szansa na jakieś jarzyny, ale w konsekwencji nauczyła się bez nich obchodzić gotując po kubańsku ryż z fasolą. Najpierw zalewała ryż gorącą wodą, gdy zamrugał, odlewała wodę i tak powtarzała czynność trzykrotnie. Do ostatniego gotowania używała wody po gotowaniu czarnej fasoli którą ryż wchłaniał, umieszczony na kilka godzin garnek w ręczniku pod poduszką powodował, że ryż robił się sypki i brązowy. Krystyna nie lubiła gotować ryżu brązowego w łuskach, który był tańszy i trzeba było łuski wypluwać podczas obiadu. A ten samoistnie nabierał brunatnego koloru i aromatu.
Zdradziła Filipowiczowej jak pokonać winem odór oceanicznej ryby nie mającej żadnych, prócz zapachu oznak ryby, gdyż nawet ości były gigantyczne. Przyrządzały codziennie ryby, ale przecież nie można cały czas jeść tego samego, a obie doszły do wniosku – mimo, że Filipowiczowa była bardziej światową kobietą gdyż mieszkała w Gdańsku – że na żadne marisco w swojej kuchni się nie zdecydują.Nauczyła też Filipowiczową przyrządzać zielone pomidory, z którymi przyjezdni Polacy nie wiedzieli co robić, w Polsce robiło się z nich ewentualnie dżemy, ale te tutaj były na surową sałatkę jeszcze lepsze, niż czerwone. Z inicjatywy Krystyny Filipowiczowa kupiła kawiarkę wiejską, stojak druciany z flanelowym sączkiem wielokrotnego użycia, do którego wlewało się zagotowaną w kubku mieloną kawę z cukrem. Tak przyrządzona kawa była lepsza niż z ekspresu i nie różniła się smakiem od tych rewelacyjnych maleńkich kaw sprzedawanych na rogach ulic Starej Hawany, do których ustawiały się astronomiczne kolejki.
Filipowiczowa nie mogła jeszcze wypuszczać dzieci samych na basen i musiała z konieczności skracać rozmowy z Krystyną. Wtedy Krystyna pozostawała sama na balkonie i zapalając „Damskiego” z zapasów przywiezionych z Polski, pogrążała się w rozmyślaniach i obserwacjach ulicy.
Flamboyan naprzeciwko rozpaczliwie przekwitał stojąc teraz w szkarłatnej pianie opadłych kwiatów, a na koronie wielkiego drzewa pojawiły się półmetrowe, jakby skórzane pochwy szabel, z których jak naboje wysypywały się podłużne zielonkawe nasiona, takie same, z jakich zrobione były jej korale.
Od kiedy przyjechała Hanka Zieleńcowa z trzema córkami, dzieci nigdy nie było w domu, natomiast Rudek, zawsze chcący w domu przygotować się do wyzwań pracy zawodowej dnia następnego i policzyć sobie coś na suwaku, teraz ciągany był przez nią po wszystkich knajpach Hawany, gdyż Hanka była niesłychanie witalną kobietą. Piękna blondynka o modnie obciętych włosach ciut natapirowanych na czubku głowy z charakterystycznymi półkolistymi pasmami włosów tak, że ledwo zakrywały koniuszki uszu, wyglądała jak modelka z francuskiego żurnala. Krystyna z zachwytem wpatrywała się w Hankę i w jej oszałamiające, w kształcie trapezu, pastelowe sukienki.  w Przemyślu z amerykańskich paczek z czarnej, cienkiej wełny. Zieleńcowa miała taką z czarnej, syntetycznej koronki.
Zaraz po przyjściu mężów z pracy, po obiedzie, spotykali się w czwórkę, by włóczyć się po Hawanie. Zahaczali o Capitolio, gdzie Hanka lubiła przebywać dla antycznej atmosfery, a Bogdan zawsze coś podpatrzył i szkicował eksponaty z kolekcji muzealnej ryb. Bogate Narodowe Muzeum Historii Naturalnej było czynne do późnych godzin nocnych. Założył je w dziewiętnastym wieku największy kubański przyrodnik Don FelipePoey i nazwano je Museo Poey. Teraz, po dwóch latach od ostatniego tutaj pobytu Krystyna zauważyła, że obok szkieletów jaszczurów i wypchanego goryla, którego przestraszyła się dwa lata temu Ewa, zbiory wzbogacono o nową salę wystawową dotyczącą kosmosu, gdzie wystawiono portrety Ciołkowskiego, Gagarina i Tiereszkowej. O Walentynie w białej sukni i welonie w Polsce było głośno z powodu jej ślubu z kolegą kosmonautą.
Pięli się schodami, mijali stojące po obu stronach roznegliżowane, sześciometrowe posągi mężczyzny i kobiety odlane w Neapolu, szli wśród białych jońskich kolumn, cały parter był dla nich, dawne pomieszczenia kubańskiego rządu przedrewolucyjne zajęła Akademia Nauk, podobno było nie do pomyślenia, by rząd Rewolucji miał tu biura, Fidel rządził z początku z hotelu Hawana Libre, a teraz nie wiadomo skąd.
Mijali w głównym holu pod kopułą piętnastometrowy posąg Minerwy pokryty złotem stojący na dwuipółmetrowym cokole i Krystyna zastanawiała się, dlaczego w polskiej prasie cały czas trąbią o jakimś kolonialnym zacofaniu Kuby i cywilizacyjnych brakach w rozwoju Kubańczyków, które może pokonać tylko Rewolucja. Stąpali po marmurowych mozaikowych posadzkach, do których Pałac Kultury się nie umywał. Tarasy wychodziły na ogrody w stylu europejskim, trawniki ścieżkami prowadziły do królewskich palm.
Potem szli rozmawiając i śmiejąc się, zaglądali w czarne czeluście barów alkoholowych w podcieniach Starej Hawany, pili niespotykane na potrzeby Krystyny ilości piwa, płynnych lodów, bacardi, wina, wody i refresco, gdyż idąc upiornym tropikalnym żarem ulicznym nie dawało się nie pić. Nie omieszkiwali zamawiać coś do jedzenia, mimo, że byli już po obiedzie, to jednak apetyt Hanki na pokosztowanie wszystkiego co możliwe na Kubie był nieograniczony i tak Krystyna z obrzydzeniem i pokonując wrodzoną oszczędność, kosztowała żabie udka, koktajle z krewetek, langusty, ostrygi, pieczone kraby i ślimaki.
Co wieczór chodzili do innego klubu nocnego, zaliczając wszelkie możliwe kabarety jak„Parisien” w hotelu Nacional, klub nocny „CopaRoom” w hotelu Rviera,„El Pico Blanco”w hotelu St. John’s,„Cabaret Capri”w hotelu Capri, występy w „Palermo” na skrzyżowaniu San Miguel i Amidtad. Najbardziej lubili przesiadywać w restauracji hotelu HabanaLibre, gdzie na ostatnim piętrze był klub nocny„El Caribe” pogrążony w ciemności, gdzie jedynym oświetleniem były kolorowe lampki przy szumiących małych źródełkach i wodospadach wokół sztucznych wysepek tropikalnej zieleni, a za oszklonymi ścianami widać było rzęsiście oświetloną całą Hawanę z lotu ptaka. Bezszelestni kelnerzy bez cienia porewolucyjnej fraternizacji godnie, z perfekcyjnością swojego zwodu roznosili na srebrnych tacach sałatki owocowe z mamey, cainito, manga i guanabany oraz pyszne likiery, które z Hanką uwielbiały i filiżanki słodkich jak ulepek mocnych kaw.
Potem windziarz w żółtej liberii zwoził ich na dół do hallu, który był kolejnym hotelowym ogrodem wewnątrz budynku, pełnym roślin i palm. Wychodzili szklanymi drzwiami na lekki nocny chłód hawański, na odgłosy miasta, na zapachy owoców i kwiatów, pijani, rozgadani i szczęśliwi.By się to jeszcze nie kończyło, wracali piechotą na Miramar. To Avenidą de los Presidentes z środkiem wysadzanym królewskimi palmami, to wlekli się do Maleconu pełnym o tej porze ludzi i grających zespołów muzycznych deptakiem Paseo. Rzęsiście oświetlona Hawana mrugała patriotycznymi hasłami „Patria o Muerte” i „Venceremos” niejednokrotnie przechodzącymi przez całe fasady domów neonowymi napisami, ale podświetlone były też wszelkie propagandowe tablice i transparenty mówiące o konieczności przeprowadzenia rewolucyjnych reform i przebudowy społeczeństwa. Jednak nawet propaganda w tak dużej dawce nie zdołała Hawany oszpecić, która w dalszym ciągu była dostojnym, szlachetnym miastem, zaczynającym dopiero w nocy swój energetyczny żywot.
Kończyli w domu Zieleńców, zupełnie już trzeźwi. Bogdan Zieleniec wyciągał wtedy zza szaf i łóżek swoje ostanie kartony malowanych pracowicie temperą niesłychanie dekoracyjnych obrazów z motywami ryb, portretów Kubanek i Kubańczyków i wiejskich rytmów palm, a Krystyna domagała się, by jej któryś z nich podarował. W całym mieszkaniu, oprócz albumów „Naszej księgarni”, gdzie małżeństwo Zieleńców figurowało wśród innych ilustratorów dziecięcej książki Polski Ludowej, walały się w dużych słoikach holenderskie tempery o przepięknych, nigdy nie widzianych przez Krystynę barwach.
Hanka też wniosła swoje dopiero co zaczęte dzieło. W holu na wygodnych kanapach kończyli jeszcze pić ostanie kieliszki rumu, i z uwagą oglądali sklejkę metrowej długości i szerokości, gdzie wykorzystując słoje i sęki drewna Hanka namalowała ogromny księżyc używając tych wszystkich psychodelicznych barw od turkusu po amarant, szmaragd i złoto. Niestety, obraz był ledwo zaczęty, i nic nie wskazywało na to, co będzie przedstawiał i czy w ogóle oprócz tych abstrakcyjnych form coś więcej patrzącemu powie.

Kiedy Rudek przyniósł zaproszenie na czerpanym papierze, gdzie Krystyna przeczytała, że:
„El embajador de la República Popular Polaca, Tadeusz Strzałkowski, tiene el honor de invitar al ingenieroHartman Rudolf con suesposa para la recepción, quetendrálugar el 22 de julio, fiesta de la LiberaciónNacionalPolaca y celebraciones del Milenio del EstadoPolaco a las ocho en punto” 
Krystyna w popłochu przeglądnęła swoje wszystkie kreacje które uszyła z kuponów materiału kupionych w PKO i stwierdziła, że nie ma w co się ubrać.
Na garden party w ambasadzie z okazji 22 lipca i obchodów 1000-lecia Państwa Polskiego Hanka Zieleńcowa przyszła w białej koronkowej sukience koktajlowej i wyglądała jak Jackie Kennedy, niezwykle elegancko. Krystyna jednak szybko utonęła w tłumie przybyłych gości, bankiet po powitalnych mowach szybko przeniósł sie do pięknego ogrodu ambasady oświetlonego tylko lampami umieszczonymi w trawniku i tak naprawdę nikt nie zorientował się w co była ubrana.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Zygmunt Miłoszewski „Jak zawsze”(2017)

Nie lubię kryminałów, ale film „Ziarno prawdy” próbowałam zobaczyć ze względu na Więckiewicza grającego tam Prokuratora Teodora Szackiego, jednak w połowie zrezygnowałam. Najnowsza książka Miłoszewskiego nie jest kryminałem.

Nie odmawiam Miłoszewskiemu sprawności warsztatowej wynikłej z nauk pobieranych u topowych pisarzy światowej literatury popularnej i bezsprzecznego talentu. Jednak gatunek politicalfiction zastosowany w jego ostatniej powieści mnie nie przekonuje. Nie zrozumiałam potrzeby wprowadzenia wątków fikcji politycznej w całkiem zgrabną komedię romantyczną, na której należało by poprzestać, tak jak poprzestaje choćby Woody Allen. Mam nadzieję że reżyser, jeśli będzie kręcić film na podstawie tej książki, zrezygnuje z pokazania 79 letniej Grażyny w erotycznej czerwonej bieliźnie.
To, że za karę uprawiania geriatrycznego seksu małżonkowie zostali zesłani do lat ich młodości nie było z pewnością za przyczyną bielizny, ale wbrew niej, to tak na marginesie, jakby czytelnicy wynalazki obyczajowe autora chcieli zastosować w swoim życiu (bo kto ma czas na czytanie tak długich powieści? Tylko emeryci…).

Niemniej geriatryczne obrazki są bardzo dobrze zauważone (zapominanie, szybkie męczenie się, potrzeba seksualna nie wygasająca nigdy). Autor pisze na końcu książki, że te obserwacje zawdzięcza konsultacji z rodzicami. Natomiast konsultacje z pozostałymi, wymienionymi na końcu książki historykami, nie ustrzegły Miłoszewskiego przed – moim zdaniem – zupełnie niepotrzebnym rozpisywaniem się „co by było gdyby”.
Przypomina się „Człowiek z Wysokiego Zamku” Philipa K. Dick’a gdzie Niemcy i Japonia pokonują Stany Zjednoczone. I przecież taki wariant Historii był całkiem realny po II wojnie światowej i jest sens go rozważać. Natomiast brak ZSRR w latach sześćdziesiątych jest nierealny pod każdym względem. Analogia dzisiejszej sceny politycznej z użyciem dzisiejszych sloganów PiS-u („drugi sort”, „dobra zmiana”, choroby roznoszone przez uchodźców) do Edwarda Gierka nietrafione.
Pokrótce: są trzy siły w Polsce lat sześćdziesiątych: Unia, prezydentem jest Kwiatkowski, budowniczy Gdyni, wpływy pozytywne, jesteśmy w cywilizacji, nowoczesność, kultura i negatywne, eksport polskich dziewic (?) do zamążpójścia za Francuzów, kolonialna wojna w Algierii, gdzie walczą Polacy. Wykorzystuje to opozycja.
Druga siła to komuna, liderem opozycji jest Gomułka. Trzecia siła, która zwycięża, to Gierek. Mówi ustami Kaczyńskiego, słowianofil, chce odbudować Polskę jak za Kazimierza Wielkiego, przystępuje do komunii świętej, regres, ciemnogród, rasizm, Polska dla Polaków, bezpośredni skutek to wypadki marcowe, wypędzenie Żydów, nędza, stan wojenny.
Pytanie: czy Kaczyński to Gierek, jak chce autor. Według mnie nie, był pod sowieckim butem jak i cały Blok Wschodni. Teraz mam nadzieję nie jesteśmy…

Najbardziej przekonująca jest reakcja narzeczonego Grażyny na jej opowieści o nowalijkach technologicznych XXI wieku. Nikt w najśmielszych marzeniach nie przewidywał, że dożyjemy tak zachwycających i nieprawdopodobnych czasów:

„(…) Przez kable telefoniczne wszystkie komputery są połączone w jedną sieć. Co oznacza, że mogę wysłać na twój komputer to, co napisałam, kawałek muzyki czy swoje zdjęcie znad morza. I od razu je zobaczysz na swoim ekranie, w tej samej chwili.
– Boże, to niesamowite.
– Ale w tej sieci masz nie tylko komputery poszczególnych osób. Masz też encyklopedie, słowniki, gazety, telewizje, uniwersytety. I wszystko to możesz wyświetlić na swoim ekranie. Czyli jak chcesz się dowiedzieć, kiedy człowiek wylądował na Księżycu, to na ekranie możesz zobaczyć hasło z encyklopedii, film z lądowania, poczytać prace naukowe na ten temat i dowiedzieć się, czy jest planowana jakaś nowa ekspedycja. Jeśli nie znasz angielskiego, a artykuł jest po angielsku, to komputer przetłumaczy to sam na polski. Koślawo i z błędami, ale na tyle, że da się zrozumieć.
Miał taki wzrok, że bałam się, że zemdleje. Na serio zaczęłam się martwić, czy nie przesadzam, czy mimo wszystko w jego futurystycznym mózgu nie strzeli jakiś bezpiecznik od nadmiaru informacji.
– Przecież – wydukał – przecież to jest raj. (…)”

Tak, to jest raj i trzeba bardzo uważać, by nie zostać teleportowanym do Polski Ludowej. Nie tylko uważać z seksem, w „Godzinie pąsowej róży” nawet niewinne cofnięcie wskazówek antycznego zegara spowodowało przeniesienie nie o pół wieku, ale nawet o cały wiek. Ale Maria Krüger pisała swoją książkę w latach sześćdziesiątych, kiedy była cenzura i najbezpieczniej było wysłać bohaterkę jeszcze dalej. Dzisiaj Miłoszewski pisze bez cenzury, jednak nie o tych realnych, prawdziwych zagrożeniach.

 

 

Opublikowano czytam więc jestem | Skomentuj

Aleksandra Zbierska „Biegnij” 2017

Aleksandra Zbierska należy do tych poetek, które konsekwentnie wydobywają twórczością to, co w sobie noszą z determinacją wewnętrznej potrzeby, nawet jeśli obie strony, autor i czytelnik nie zdają sobie sprawy, co się w poezji tak wydobytej naprawdę dzieje.
Nie czytałam środkowego tomiku „Panoptikum”, natomiast znam pierwszy tomik „Wibrujące ucho” i wydaje mi się, że są to cały czas te same warianty tej samej historii opowiedziane tak jak w filmie „Biegnij Lola Biegnij”.
Trudno nie zorientować się, że klimat wierszy jest ciemny, mimo, że świat pokazany w nich  jest barwny, kolaże są lekkie i nie wydumane, w najnowszym tomie wzbogacone o reminiscencje historyczne, dużo tu radzieckich wspomnień z komunistycznej szkoły: Tiereszkowa wyniesiona nawet nie tyle w kosmos, co pod sufit pokoju, tak jak na postmodernistyczną ironię przystało.

Wśród nieustannej gry skojarzeń, gdzie zawsze, w każdym wierszu jest jakieś główne przesłanie, niekoniecznie dla czytelnika czytelne, niemniej wyczuwa się drugie dno, odnaleźć można prawdziwe piękno, zapewne mimochodem, gdyż poetka wystrzega się płytkiego sentymentalizmu. I tak niebieskie róże z kiczu przeobrażają się w atrybut estetycznej wartości w proletariackiej kamienicy [Sztuczne kwiaty], włosy, być może i ich brak, zmieniają się w imponujące pukle [fryzjerczyk], modlitwa przeradza się w masochistyczną udrękę niekoniecznie bolesną [Medytacja].
W wierszach podmiotem lirycznym ciągle jest ktoś inny i dzięki temu mamy różne perspektywy świata, który właśnie się w wierszu objawia. I tak widzimy go oczami noworodka [okno życia], byłej prostytutki [Gdy miłość odchodzi], czy pijaka [Charakter].
Są też konwencjonalne obrazki z ulicy, najbardziej sugestywne w swojej prostocie, chociażby ten zawarty w według mnie w najpiękniejszym wierszu z tomiku zatytułowany „ I już”, gdzie Poznań jest przestrzenią o tyle bezpieczną, o ile nadwrażliwy bohater pokona toksyczność Drugiego, zarówno napotkanego znajomego, jak i anonimowego przechodnia i kogoś, z kim dzieli mieszkanie.
A kto nie jest nadwrażliwy? I o tym jest ta poezja, o panicznym uciekaniu od przeznaczenia, od losu, od Drugiego, od własnej nadwrażliwości.

Opublikowano czytam więc jestem | Otagowano , | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Andrzej (11)

Kiedy przylecieli na Kubę, szkarłatne flamboyany były w pełni kwitnienia, ale już w połowie lipca Andrzej widział z okna swojego pokoju, jak przekwitają i z każdym dniem płatki kwiatów coraz gęściej pokrywały ulicę i trawnik posesji naprzeciwko. Sąsiadowali z nimi w prawym skrzydle domu, też jak oni na parterze, Filipowiczowie z Gdańska. Nie wiadomo kiedy się wprowadzili, Andrzej niewiele interesował się tym, co dzieje się w domu, w każdym razie zauważył, że nie było tu zwyczaju takiego jak na Alamarze, że trzeba było robić powitalny bankiet dla Polaków ze smakołyków przywożonych tutaj z polskich dewizowych sklepów PKO. Być może bliskość ambasady niwelowała takie potrzeby, przydziały Baltony, zawsze cichcem rozdzielane wśród swoich jednak starczały i dla takich szarych pracowników jak ojciec Andrzeja i Filipowicz, którzy zawsze coś dostawali, np.: trójkątne puszki polish ham lub herbatę, o którą wszyscy Polacy się zabijali, bo tu herbatę, nie nadającą się do picia, sprzedawano w aptece na chory żołądek.
Jednak dwójka dzieci Filipowiczów – 10 letni chłopak i 8 letnia dziewczynka – nie kwapiła się do żadnych kontaktów towarzyskich. Dzieci były nieśmiałe, zamknięte w sobie i na dodatek Filipowiczowa skarżyła się, że syn ma fobię bakteryjną, że nie może skosztować nawet co ugotowała, bo jak to zobaczy, nie je już nic do końca dnia.
Andrzej w pustce towarzyskiej wyczekiwał przylotu Zieleńcówien, który nie wiadomo z jakich przyczyn opóźniał się, a siostry były w podobnym do jego wieku.
Była pełnia lata na Kubie, smakowite aguacate dojrzewały właśnie teraz, jak i pornograficzne mameye zwane w domu mamayami, gdyż znali nazwy tych owoców tylko ze słyszenia. Czerwona mamaya była podobno na Kubie symbolem kobiecej seksualności i Andrzejowi także nie kojarzyła się z niczym innym.
Stawało się coraz upalniej, codziennie późnym popołudniem gwałtowne deszcze trwające nie dłużej niż piętnaście minut przechodnie przeczekiwali w podcieniach. Andrzej obserwował, jak krople niemal odbijają się sycząc od parzącego gorącem chodnika. Nocne powietrze nie przynosiło żadnej ulgi, gdyby nie wentylator, nie dałoby się spać. Najlepiej było wyjmować z lodówki oszronioną Coca-Colę, którą uwielbiał, mimo, że jak się dowiedział, jest na czeskiej recepturze i czeskich komponentach, gdyż właściciel koncernu zabrał tajemnicę jej wyrobu emigrując do Stanów i nie ma nic wspólnego z amerykańską Coca-Colą, ale i tak była pyszna. Polska Polo-Cocta z PSS-Społem w Siemianowicach, musująca i nie różniąca się kolorem od amerykańskiej Coca-Coli właśnie weszła na polski rynek w ubiegłym roku. Z kofeiną, na importowanych z Jugosławii aromatach, luksusowa, dostępna tylko w niektórych barach Katowic i sklepach siemianowickich, nie umywała się do kubańskiej. Przy ulicy rosły palmy z owocami, których nikt nie zbierał, a właśnie w nich był jeszcze bardziej orzeźwiający napój „agua de coco”. Kokosów nie sprzedawano w sklepach i były dostępne tylko na rosnących wokół palmach. Otwierało się je mocnym uderzeniem nożem w twardą skorupę, gdyż przez dwie zasklepione dziurki nie dawało się dostać do środka. Przed Rewolucją sprzedawali „agua de coco” uliczni sprzedawcy, teraz napój zdawał się być zupełnie zapomniany, nabrzmiałe owocami palmy stały wzdłuż całej 5 Avenidy i nikt się nimi nie interesował.
Za dwa miesiące Andrzej rozpocznie już siedemnasty rok życia, ale jego kontakty męsko damskie były w dalszym ciągu żałosne. Odprowadzał wprawdzie w liceum Urszulę na Dąb, gdzie mieszkała tylko z ciotką, w zastępstwie jej klasowego chłopaka, który wraz z rodzicami wyemigrował do Izraela, ale podobała mu się też Aldona, choć ta wymagała od niego jedynie pomocy w matematyce i fizyce i o „więcej” mowy nie było. Tymczasem na Kubie wszystko było rozerotyzowane, mężczyźni ciągle drapali się w okolicy rozporka, a kobiety były tak samo niedostępne na ulicy, jak i na basenie hotelu Riviera, do których nie miał śmiałości podejść, mimo, że jak skakał i robił salta z trampoliny, Czeszki zachęcająco się do niego uśmiechały.
Andrzej w dalszym ciągu nie miał swoich upragnionych dżinsów, a białe spodnie kupione na ciuchach w Przemyślu choć wydawały się odpowiednie na Kubę, to tylko się wydawały, co też pozbawiało go pewności siebie. W okolicach Vedado i na La Rampie można było spotkać nielicznych wprawdzie, ale jednak długowłosych tropikalnych hipisów ubranych w obcisłe dżinsy. Odbiegali znacznie wyglądem od typowych mężczyzn Karaibów ubranych wciągu dnia w biały garnitur, białe buty, słomkowy kapelusz, z obowiązkowym zegarkiem na ręce w metalowej bransoletce. Fidel Castro zakazał muzyki rockowej już w 1961, mimo jej lewicowych kontekstów i przesłań i mimo, że Batista też jej nie popierał. W rewolucyjnej Kubie wprowadzono kontrolę wszystkich występów muzycznych zespołów zainfekowanych rockiem, czyli odznaczających się dywersją ideologiczną. Wszelkie wpływy Beatlesów czy Rolling Stonesów zostały pogardliwie wyśmiane jako degeneracja i dewiacja na słynnym przemówieniu Fidela na schodach Uniwersytetu w Hawanie w 1963. Elvisa Presleya nazwał Fidel elvispresliana, a dżinsy pitusas, oskarżając wszystkich rockmanów o homoseksualizm. Nazwał też ich nierobami i włóczęgami (pepillos) i nie wiadomo, czemu, synami burżujów nie mającymi co szukać w socjalistycznym społeczeństwie.
A jednak Andrzej nigdy nie uwierzył, by rock na Kubie mógł tak nagle zniknąć i wiedział, że gdzieś tam cała zbuntowana młodzież jest i czasami bojąc się milicji i kubańskich ormowców przemyka ktoś długowłosy ulicami Hawany.
Ale tak jak od kwitnących dziewcząt, tak od muzyki swojego pokolenia tutaj też był odcięty. W sklepach za jedno peso można było kupić w magazynach pozostawione przez Amerykanów longplaye, które w Polsce kosztowałyby majątek, ale nikt z jego kolegów tego by nie słuchał. Wszystkie bolera i operowe pienia, a także muzykę symfoniczną on i jego koledzy mieli za nic i takich płyt nawet nie dotykali.
Andrzej samotnie wypuszczał się do dzielnicy Vedado, krążył po La Rampie zastanawiając się, dlaczego będąc tak blisko Ameryki w niej nie jest. Uwielbiał wypuszczać się właśnie do Vedado, gdzie za jedno peso mógł wejść do supernowocześnie zbudowanego w stylu rewolucyjnym Radiocentro przy skrzyżowaniu ulic 23 i L, ale najbardziej lubił kino studyjne cine La Rampa. Mógł tu zobaczyć filmy, na które w Katowicach ustawiały się kolejki lub ich wcale nie było. Mógł wejść o każdej porze, podczas gdy w Katowicach było jedno kino typu non-stop – kino „Światowid”. Cine La Rampa powstałe jeszcze przed Rewolucją, supernowoczesne z klimatyzacją, najlepszą w Hawanie jakością dźwięku i projekcji. Ekran był na pierwszym piętrze, do którego wchodziło się nie schodami, a pochylnią. Drugie wejście było z restauracji „Wakamba” na calle O. Hol był pokryty tapetami imitujące drzewo sosny. Były tu najnowsze filmy z całego świata, jedynie amerykańskich nie wpuszczano na wyspę. I tak zobaczył wszystkie filmy Bergmana, „Gości Wieczerzy Pańskiej”, „Milczenie”, „Jak w zwierciadle”, a także pogodniejsze filmy z Lollobrygidą „Chleb, miłość i fantazja” oraz „Chleb, miłość i zazdrość”, filmy z Bardotką, Felliniego „La Stradę” „Noce Cabirii” i „Dolce Vita” a na końcu „Parasolki z Cherbourga” i przekonał sie, że właśnie śnieżnobiałe Vedado z kredowymi wieżowcami ma kolor zachodnich filmów kolorowych, kolor, którego w Polsce nie ma i nigdy nie było. Ekipy budowlane właśnie kończyły przebudowę zabytkowego Funeral Caballero na Rampie, przekształcając je w Centrum Kultury we wściekłych, czystych kolorach.
Avenida 23 między ulicą L, a Malecónem zwana La Rampą była najbardziej energetyczna. W chodniki niedawno wmontowano piękne artystyczne mozaiki Rampy z granitu, było ich prawie dwieście, każda inna, supernowoczesna wywodząca styl od Klee i Picassa, zaczynające od ulicy J. Wyżej, po drugiej strony ulicy stał monumentalny salon wystawowy Pabellón Cuba zbudowany na międzynarodowy VII Kongres Związku Architektów w 1963 z wiodącym tematem „Architektura w krajach rozwijających się” w ciągu 72 dni zbudowano na rogu ulic N i 23 aż do Calle 21 kolumny z betonu zbrojonego wysokości 14 metrów wspierające rozświetlony strop z też betonowych belek. Kręte tarasy dwóch pawilonów połączonych tunelem i schodami stanowiły zadaszony, wiszący ogród. Wszystko supernowoczesne nawiązywało do kolonialnej architektury, jednak surowy beton z galeriami, bramami, oczkami wodnymi, tropikalną roślinnością, drewnianymi ławami sprawiało wrażenie monumentalności tropiku, elegancji, funkcjonalności i prostoty. Na murze obok wielkich schodów czerwony napis CUBA przypomniał rewolucyjny rodowód budowli.
Na Rampie było mnóstwo małych lokali czynnych dopiero w nocy, w ciągu dnia czyszczonych i sprzątanych. Andrzej zaglądał do mrocznych klubów jazzowych wyłożonych drewnem, aksamitem, obwieszonych lustrami. Wracając do domu, natykał się na restaurację Moskwa, do której bał się wchodzić, a podobno to tłoczne miejsce było jedynym, gdzie serwowano kawior. Tutaj właśnie Moskwa znalazła sobie siedzibę w opustoszałym po Rewolucji nocnym klubie i kasynie kabaretu Montmartre, niezwykle w epoce Batisty cenionego ze względu na swoje położeniu w centrum miasta, francuskie klimaty i niezwykły w stylu art deco wykwintny wystrój. Zaledwie dwie przecznice przed Hotelem Nacional w kierunku Malecónu, na rogu ulic 23 i P. Klub miał własną orkiestrę, śpiewaków bolera i zespół taneczny, był bardzo drogi ale też niezwykle modny i popularny wśród amerykańskich turystów. Teraz najczęstszym językiem w restauracji Moskwa był rosyjski.
Andrzej mówił biegle po hiszpańsku, dokształcił się jeszcze przez ostanie dwa lata z podręcznika Perlina, niemniej nie potrafił nawiązać tutaj żadnego kontaktu. W szkole dużo uczyli się o Bloku Wschodnim, z którym Kuba od sześciu lat miała intensywne związki gospodarcze, stając się jedynym państwem socjalistycznym obu Ameryk. Od roku rządząca partia nazywała się Komunistyczną Partią Kuby odcinając się od swoich socjalistycznych korzeni z początku wieku i przyznając się bardziej do marksistowsko-leninowskiego wpływu. Fidel Castro, podobnie jak w Polsce Gomułka, stał się pierwszym sekretarzem Partii, a zarazem najważniejszym członkiem Biura Politycznego. Kuba natomiast w odróżnieniu od Polski, miała swojego prezydenta, Osvaldo Dorticosa.
Słowo powtarzane na okrągło na przemówieniach Fidela „venceremos” nawoływało wprawdzie do budowania równocześnie socjalizmu i komunizmu, jednak nikt nie wiedział, co to oznacza. Andrzej z ciekawości chodził z Rudkiem na przymusowe spędy na Placu Rewolucji gdzie ze zdumieniem przekonywał się na własne oczy, jak Kubańczycy autentycznie kochają Rewolucję. Chociaż, jak pamiętał z lekcji francuskiego, Sartre potępiał biurokrację, która pochodziła z „zimna”, to jego słowa „ le Socialisme qui venait du froid ,”nie miały tu uzasadnienia. Rewolucja była gorąca, sprzedawała się tak samo dobrze jak kabarety przedrewolucyjnej Kuby, zamieniono po prostu tylko seks na ideologię.
I jak za poprzedniego pobytu Andrzej widział jeszcze resztki amerykańskich reklam na domach nie zdjętych mocą wrodzonego lenistwa i opieszałości Kubańczyków, tak teraz już po tym wszystkim śladu nie było, wszystkie obiecane społeczeństwu dobrodziejstwa niedostępne za Batisty zastąpiła jedna wielka, permanentna przyjemność: Rewolucja. Objawiało się to w oplakatowaniu całej Hawany. Niezwykle trafne plastycznie, robione z wielkim talentem ogromne tablice i transparenty rewolucyjne budziły naród z tropikalnego lenistwa, energetyzowały i namawiały do buntu wobec zawsze wiadomego wroga: Cuba si, jankes no. Tu, na tej demonstracji przy pomniku Jose Martiego na placu Rewolucji wszyscy byli companiero.
Andrzej pamiętał ubiegłoroczną wizytę towarzysza Raúla Castro w województwie katowickim, jego spotkanie z aktywem partyjnym Śląska i Zagłębia w kop. „Staszic” omawianą na lekcji Wychowania Obywatelskiego. Ach, te wszystkie nazwy! Na zaproszenie KC PZPR przybył tow. Raúl Castro Ruz, II sekretarz Ogólnokrajowego Kierownictwa Zjednoczonej Rewolucji Socjalistycznej, wicepremier i minister sił zbrojnych Rewolucyjnego Rządu Kuby z małżonką Vilmą Espin i innymi kubańskimi towarzyszami. Najpierw kawalkada samochodów zjechała do kopalni Staszic w Katowicach. Tu powitał gości naczelny dyrektor Katowickiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego mgr inż. Benon Stranz, ojciec kolegi szkolnego Andrzeja. Natomiast w Hali Parkowej w Parku Kościuszki, gdzie obowiązkowo musiało pojechać jego liceum, wśród flag narodowa Polski i Kuby z pośrodku czerwonym, radzieckim sztandarem z napisem „Socjalizm młodością i przyszłością świata”. na trybunę stawili się wszyscy partyjni notable całego Górnego Śląska, ambasadorowie kubańscy z ZSRR i Polski, tow. Zenon Kliszko, tow. Edward Gierek, tow. Jerzy Ziętek, oraz ojciec ich szkolnego kolegi. Przybyła generalicja i przedstawiciele organizacji społecznych. Zagrała orkiestra górnicza hymny narodowe Republiki Kuby i Polski. Gierek mówił, że cieszy się, że na Kubę dociera węgiel i maszyny z Górnego Śląska. Raúl żalił się, że naród kubański pierwszy buduje socjalizm na kontynencie amerykańskim, a spotyka się jedynie z kontrrewolucjonistami, atakami pirackimi i bezprawną blokadą ekonomiczną. Raúl Castro dostał od Gierka olbrzymi puchar wykuty w węglu dla brata Fidela, z którego pewnie bardzo się ucieszy. Marzył o takim pucharze, pomyślał Andrzej. Harcerze i harcerki, śpiewając Międzynarodówkę, wnieśli kwiaty i zawiązali na wszystkich szyjach notabli na trybunie czerwone chustki.
Dopiero nazajutrz, Raúla ze świtą przewieziono do Warszawy gdzie Ochab odznaczył go Krzyżem Grunwaldu I klasy. Stawili sie wszyscy, Gomułka, Cyrankiewicz, Kliszko, Spychalski, Szyr, Czesak, Korczyński, Moczar, Werblan. Andrzej musiał znać te wszystkie nazwiska, by w przyszłym roku dopuszczono go do matury. Raúl z Warszawy wrócił na Śląsk i stąd odlatywał do Budapesztu, ale już o tym nie musieli się uczyć.
Andrzej nie mógł wiedzieć, że tutaj w tym czasie, kiedy Raúl był w Polsce, sprzyjającego Rewolucji Kubańskiej młodego lewicującego amerykańskiego poetę w trampkach, Allena Ginsberga wydalono z Kuby za luzactwo, marihuanę i niestosowne wypowiedzi o orientacji seksualnej Che. Ale odczuwał już że to, co tutaj się dzieje jest inne niż w Polsce, że propaganda polityczna jest bardziej egzotyczna, zamiana energii seksualnej na rewolucyjną nie może odbywać się nigdzie indziej, jak tylko tutaj. Przebudowa społeczeństwa postępowała szybko, rock, narkotyki, hipisi do niej nie pasowały. Zakaz filmów pornograficznych, zamykanie domów publicznych, ograniczanie prostytucji nie zredukowało innych narodowych przywar, jak niepunktualność, nieefektywność pracy, wieczne odwlekanie „mañana”. Kubańczycy nie zamienili się w biurokratów, a ich pogodne usposobienie i witalność rokowało, że nigdy to nie nadejdzie. Jednak ku zdumieniu Andrzej zauważył na ulicach pionierskie chusty u szkolnych dzieci, czego jeszcze dwa lata temu nie było, kiedy był tutaj w czasie kiedy trwał rok szkolny. Teraz były wakacje i może to jakieś obozy, kolonie, myślał Andrzej. Wtedy poszczególne klasy chodziły po Hawanie w pastelowych, kretonowych ubrankach, każda szkoła w innym kolorze, bez radzieckich chust.
A jednak każdy Kubańczyk w pracy ojca Andrzeja mówił, że Kubie nic lepszego się w całej historii nie przydarzyło jak José Martí i Fidel. Kubańczycy pojmowali swoje zadanie budowania historii, przez formowanie świadomości społecznej, wszędzie tam, gdzie się udawało, budynki publiczne, szkoły, fabryki, spółdzielnie, kołchozy, nazwano imionami męczenników rewolucji kubańskiej bądź afrykańskiej. Całe społeczeństwo uznano za jedną ogromną szkołę, z Fidelem jako głównym pedagogiem, dostarczającym długimi przemówieniami pewność, że na ich oczach tworzy się nowa ludzka natura, której celem jest ubóstwo.
Gdzieś na Vedado było mieszkanie Che, podobno skromne, ale Andrzej nie wiedział gdzie. Skromnie, jak niosła fama, żył też sam Fidel. Stawiali oni wyżej świadomość społeczną nad rozwój gospodarczy i bardziej przypomniało to religię, gdzie wystarczy uwierzyć, a reszta zrobi się sama. Siedem milionów Kubańczyków i 4 tysiące rosyjskich żołnierzy żyło na wyspie, gdzie dokonywała się wielka operacja na ludzkiej zmysłowości, którą się do tej pory handlowało. Taniec śpiew i ludzkie ciało zrodzone z najwartościowszych soków tej cząstki kuli ziemskiej na Morzy Karaibskim, palmy, turkus wody, biały piasek, miało być zamienione na żołnierskie panterki, na życie stadne. Nie wpuszczanie darmozjadów Amerykanów na wyspę, gdzie spędzali przed Rewolucją zimowe wakacje miało zaoszczędzić tego wszystkiego, czego i tak zaczęło natychmiast brakować. Przydziały kartkowe, przejściowe jak zapewniano po Rewolucji, teraz obejmowały dosłownie wszystko, zmniejszyły się, a posunięcia gospodarcze nie powiększyły obiecywanych plonów. Obsadzenie krzewami kawowymi Zielonego Pasa otaczającym Hawanę z równoczesnym zniszczeniem plantacji wiejskich miało na celu nie wyprodukowanie kawy, a jedynie uzmysłowienie Kubańczykom jak można efektywnie gospodarować, mimo pożałowania godnych efektów. Wszystko to, co mówił Fidel na wielogodzinnych przemówieniach i co słyszał od ojca wprawiało Andrzeja w zdumienie, gdyż w Polsce polityka nie była tak jawna, jak tutaj. On też jeździł ze szkołą sadzić drzewka w czynie społecznym do Chorzowskiego Parku Kultury, ale wiadomo było, jak to się kończyło, wszyscy tam się świetnie bawili, za to pracownicy miejskiej zieleni mieli więcej roboty po akcji, niż przed. Wyjazdy na zafrę, trabajo voluntario ludzi nie umiejących pracować na plantacji było dla Andrzeja równą głupotą i wiedział, już że to wszystko po to, by społeczeństwo wychować, a nie by coś pożytecznego dla kraju zrobić. Propagowanie ubóstwa, jako przeciwstawienie się amerykańskiemu zalewowi zbędnych przedmiotów doprowadziło do wydłużania się kolejek za przedmiotami niezbędnymi, a walka z indywidualizmem sprowadziła się do walki z długimi włosami u mężczyzn.

I na te wszystkie rozmyślania Andrzeja zjechały z Warszawy Zieleńcówne.
Andrzej nie wiedział, czy miały w walizkach ukryte dżinsy, były ubrane w zachodnie ciuchy, miały kosmetyki kupione w PKO, były swobodne i nieskończenie piękne.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Ewa (22)

Krystyna wysyłała Ewę do sklepu i Ewa jechała autobusem bardzo chętnie, zawsze przywoziła to, czego brakowało w czasie ich jazd po reglamentowane produkty, czyli głównie owoców, które rzucano w różnych dniach, w różnych ilościach i różnego asortymentu, a oni przyjechali tu po to, by nareszcie najeść się ich do syta. Ale zamiast do sklepu na calle 42 w Marianao, Ewa potajemnie wsiadała w autobus wiozący ją w odwrotnym kierunku, gdzie samej wypuszczać się nie wolno było, czyli do Habana Vieja. Prosiła kierowcę, by wysadził ją na Malecónie u wylotu ulicy Galiano, która podobno nazywała sią Avenida Italia, ale Ewa nie wiedziała, czy nazwę zmieniono po Rewolucji, w każdym razie wszyscy teraz nazywali ją Galiano.
Była to ulica którą pamiętała z poprzedniego pobytu na Kubie, z murowanymi arkadami, z wysoko sklepionymi sufitami, pięknymi gzymsami, ciężkimi parapetami okiennymi i monumentalnymi balkonami. Jak pamiętała, był tu pięciopiętrowy duży, klimatyzowany magazyn z ruchomymi schodami, kompletnie pusty, po którym jeździła zachwycając się tymi ruchomymi schodami, bielą silnie oświetlonych pomieszczeń, gdzie gdzieś w rogu na jakimś piętrze wisiały zachwycające girlandy sztucznych kwiatów i na półkach posążki Buddy, oraz figurki katolickich madonn, najczęściej czarnych, trzymających na rękach czarnoskórego Jezusa. To wszystko pragnęła zobaczyć jeszcze raz i przywitać się z tym wszystkim. Bo na odwiedzenie dzielnicy chińskiej nie starczało już jej odwagi.
Rewolucja kulturalna w Chinach zapoczątkowana w maju przerażającymi wydarzeniami nie dotarła na Galiano. Tu smutni, niezwykle chudzi, zgięci w pół starzy Chińczycy podążali jak zwykle milcząco od morza w górę ulicą Galiano, na nikogo nie patrząc, niemal niewidzialni wśród ładnie ubranych Kubańczyków w białe garnitury i słomkowe kapelusze i Kubanek w obcisłych sukienkach, zawsze w pończochach i na obcasach. Podążali do swojej dzielnicy Barrio Chino rozpościerającej się niemal kilka metrów od Capitolu pomiędzy ulicami Amistad i Dragones. Tam w połowie dziewiętnastego wieku osiedlili się ich przodkowie, którzy przybyli tu statkami z nędznych prowincji Kanton i Hakaka jako pracownicy najemni, dołączając do czarnych niewolników na pola trzciny cukrowej, gdzie zawsze brakowało rąk do pracy. Dwa tysiące Chińczyków lojalnie walczyło z Hiszpanami o niepodległość Kuby, ale kiedy Rewolucja nacjonalizowała ich luksusowe restauracje, sklepiki, teatry, kasyna, salony, nocne kluby z wyrafinowanymi imprezami i tańcami, zabrano im banki, winiarnie, kioski z chińskimi gazetami i książkami rozproszyli się na uchodźctwie w państwach sąsiednich Ameryki. Część osiedliła się w Stanach, Dominikanie i innych krajach Ameryki Łacińskiej, ale ci mający tu już rodziny z Kubankami zamieszkała poza dystryktem i Ewa wyobrażała sobie, że tam, w tej tajemniczej dzielnicy chińskiej należącej do Habana Vieja muszą mieszkać tylko starzy, łysi Chińczycy z warkoczem na plecach, którzy już ze względu na wiek nie mogli ani emigrować, ani tworzyć mieszanych małżeństw.
Szła ulicą Galiano w upalne przedpołudnie chroniąc się przed słońcem jak wszyscy przechodnie podcieniami, słońce dopadało ją jak przekraczała przecznice Galiano: San Lázaro, Trocadero, Lagunas. Wszystkie przecięcia kończyły wspaniałe, kilkukondygnacyjne neobarokowe kamienice. Między Animas a Virtudes stał Hotel Lincoln. Tu w restauracji hotelu zbierała się elegancka elita Hawany, przychodziły kobiety ubrane w pobliskim El Encanto według najnowszej europejskiej mody od Diora i Chanel. Były tu marmurowe posadzki, lustra w złotych ramach, białe posągi amorków, kryształowe żyrandole i boazerie z różowego marmuru. Fidel jeszcze przed przejęciem władzy kazał porwać stąd i przetrzymać światowej sławy mistrza świata w wyścigach samochodowych na czas odbywających się w Hawanie Batisty ważnych zawodów, by prezydent Kuby nie cieszył się jego sukcesem. Ewa wiedziała, jak ważny jest sport dla popularności panującego rządu pamiętając emocje Wyścigu Pokoju w Polsce i zapewne wiedział to też Fidel. Nim wypuścił na wolność kierowcę rajdowego jak już zawody się zakończyły, zniknięcie gwiazdy wyścigów samochodowych odnotowały gazety w Nowym Jorku, Rzymie, Paryżu, Meksyku i Buenos Aires. Wbrew tym wszystkim deprecjonującym rząd zabiegom Fidela, kapitalistyczny hotel Lincoln, służący teraz w większości notablom radzieckim, wyglądał wspaniale.
Gdy przeszła przecznicę Concordia, po drugiej stronie Galiano wyłonił się jeden z największych budynków na Kubie, dziesięciopiętrowy gmach zbudowany w czasie drugiej wojny światowej w stylu art déco. Składał się z 67 mieszkań oraz dwóch dużych sal widowiskowych: „Teatro América” dla 1800 widzów z ogromnym marmurowym holem, oraz pierwszego klimatyzowanego kina w Hawanie „Radio Cinema”. Była tam przed Rewolucją słynna restauracja prowadzona przez Chińczyków.
Ponieważ drzwi w kinie pozostawiono otwarte, a seanse filmowe odbywały się cały dzień systemem non stop za jedno peso wstępu, Ewa poczuła przechodząc obok falę zimnego powietrza.
Dalej już, po przekroczeniu ulicy Neptuno, był wyłożony wielkimi kamiennymi płytami z otworami na drzewa, park powstały po spaleniu największego i najwykwintniejszego domu towarowego przedrewolucyjnej Kuby, El Encanto, gdzie po jego znacjonalizowaniu i zwolnieniu 400 pracowników, którzy wyemigrowali do Miami, Che zdążył kupić sobie skórzaną kurtkę, którą Alberto Korda rozsławił na cały świat najsłynniejszym portretem Guevary.
W 1961 roku 23 letni pracownik sklepu, agent CIA – jak powiedział o nim w przemówieniu Fidel – nocą podłożył dwie bomby. Dom spłonął wraz z 43 letnią Fe del Valle, zwaną „Lula”, która tej nocy jako strażnik milicji tam przebywała. W trzy miesiące terrorysta został schwytany i wykonano na nim wyrok śmierci przez rozstrzelanie.
Tragicznie zmarła Fe del Valle ma posąg w parku jej imienia.
Ewa była już u celu swojej wędrówki, skręciła w przecznicę Neptuno do domu towarowego, który sobie mgliście przypomniała, jak była tu dwa lata temu. Dom towarowy zatrzymał nazwę sprzed Rewolucji, nazywał się La Epoca i konkurował niegdyś ze świetnością spalonego i zamienionego na park El Encanto.
„Epoca” był ogromnym budynkiem, miał wejścia i wyjścia przez Galiano, San Rafael i Águila. Schody ruchome już nie działały, ale w dalszym ciągu była klimatyzacja, co Ewa przywitała z zadowoleniem, gdyż zmęczyła się upałem idąc tu aż z Malecónu. I tak budynek szczęśliwie przetrwał trudne porewolucyjne czasy pełniąc w dalszym ciągu swoją pierwotną handlowa funkcję. Inne sklepy przy Galiano, gdzie przed Rewolucją w sobotnie popołudnia pielgrzymowały na zakupy kobiety z całej wyspy, zamieniono z powodu braku produktów do handlowania na inne użyteczności, jak mieszkania, magazyny czy zwyczajnie zburzono.
La Epoca sprawiała wrażenie całkowitej bezużyteczności z powodu braku materii do handlowania i pozór ten zastępowano różnymi rodzajami przedmiotów związanymi z kulturą chińską, widocznie ze względu na bliski Chinatown, a może z innego powodu i Ewa skrupulatnie przechodząc między regałami wchłaniała te wszystkie smoki i koronkowe zdobienia w marmurze i drewnie. Były tajemnicze, nie wiadomo jak wykonane ażurowe kule w kuli promieniowały jakimś smutkiem bezużyteczności dewocjonaliów stojących w jednym miejscu, których znaczenia Ewa nie rozumiała i niejednokrotnie się ich bała. Całe szczęście wystawione na sprzedaż egzotyczne sztuczne kwiaty wykonane z nasączonego stearyną papieru i wzmocnione drucikami zwisały girlandami z wysokich sklepień i dawały oczekiwaną przez Ewę wesołość i optymizm.
I kiedy Ewa jechała z powrotem autobusem na zakupy do Marianao, myślała o tym, że właściwie nie odczuła już elegancji ulicy Galiano, którą ulica utraciła bezpowrotnie, ale była zadowolona, że i tak to co pozostało było o wiele bardziej wykwintne niż Supersam i Zenit w Katowicach, sklepy które nie musiały ulegać degradacji, gdyż od początku były zdegradowane.

Trudno było zorganizować wycieczkę poza Hawanę, chociaż na przeszkodzie nie stawała Krystyna źle znosząca tropiki, ale środek lokomocji, którym można było się z Hawany wydostać.
Rudkowi udało się w końcu na niedzielę namówić Indianina, by przyjechał swoim służbowym chevroletem wczesnym rankiem pod ich dom. Niestety, Kubańczyk przyjechał z trzygodzinnym poślizgiem. Już spakowani stali na ulicy o umówionej godzinie i wyglądali jego przyjazdu, by ani minuty nie utracić z czasu wycieczki, aż wreszcie wrócili do domu sfrustrowani, rozpakowali rzeczy do jedzenia, włożyli do lodówki i wtedy Indianin zatrąbił.
Do Soroa było ponad godzinę zachodnim odcinkiem Carretera Central. Samochód jechał cały czas ponad sto kilometrów na godzinę, tak szybko, że szare pnie brzuchatych palm tylko migały za szybą. Mijali miasteczka z takimi samymi jak w Hawanie podcieniami, wielobarwne i wesołe, ale także puste przestrzenie wiejskich pól i nieużytków sawanny porośniętej suchymi chaszczami. Na horyzoncie migały wzgórza i pojedyncze chatki kryte palmowymi liśćmi i wtedy wszystko sprawiało wrażenie pustki i nostalgicznego smutku.
Nagle jadąc w kierunku prowincji Pinar del Río pejzaż zaczął się zmieniać i z czerwonej ziemi wyrosły pagórki pokryte dżunglą. Były to wapienne mogoty, mające też wewnątrz jaskinie, w których mieszkali Indianie przed kolonizacją, teraz były obiektem badań grotołazów z całego świata.
Po nacjonalizacji posiadłości Soroa wysyłano tu na wakacje, do rezydencji właściciela kolekcji storczyków, będącej teraz własnością Oddziałów Specjalnych w Soroa, notabli i ich rodzin, a także chwalono się nią wożąc tu delegacje zagraniczne. Było co pokazywać. W nieskazitelnie czystym powietrzu rosła bujnie wszelka egzotyczna roślinność dzięki częstym deszczom, a delikatne storczyki zakwitały jak polne kwiaty.
Zaparkowali w dolince na południowych stokach Sierra del Rosario, gdzie już po Rewolucji wybudowano kilkanaście supernowoczesnych domków campingowych z białymi betonowymi dachami i dokończono budowę basenu i restauracji.
Poszli w górę ścieżką przez dżunglę, mijając polecane tablicami informacyjnymi miejsce, gdzie powinien być wodospad, ale akurat był wyschnięty. Zwisały liany egzotycznych drzew, w poszyciu rosły znane Ewie rośliny z upraw doniczkowych na parapetach okien w Polsce, a wszystko razem było jak sienkiewiczowski opis z „W pustyni i w puszczy”. Liściaste lasy górskie, niejednokrotnie teraz kwitnące na czerwono, z drzewami czasem sięgającymi 30 metrów wysokości zachwycały bujnością. Przetykane bambusami, palmami, sosnami karaibskimi różnymi odcieniami zieleni układały się w harmonijne kolorystyczne struktury. W niższych piętrach puszczy rozpoznawali krzewy kawowe, będące pewnie pozostałością po plantacji, gigantyczne paprocie i widłaki wielkości człowieka, oraz tak samo duże krzewy borówek, agaw i kaktusów.
Po pół godzinie dotarli na szczyt pagórka gdzie był El Mirador i gdzie Rudek kazał zejść Ewie na skraj tuż nad przepaść, by ująć aparatem fotograficznym, w którym miał kolorowy film z przeźroczami równocześnie z porośniętymi dżunglą pagórkami widniejący w tle turkusowy prostokąt basenu. Mirador, pozbawiony zapewniających bezpieczeństwo turystom poręczy poprzez swoją naturalność dodał ich wycieczce element grozy, szczególnie, że Ewa cierpiała na lęk przestrzeni.
Z tego niewielkiego wzgórza – balkonu 250 metrów nad poziomem morza – roztaczał się piękny widok: ku południowi na wybrzeże Morza Karaibskiego, a ku północy na pasma górskie Sierra del Rosario. Słychać tu było odgłosy ptaków, które wokół nich krążyły, siadały na okolicznych drzewach i śpiewały.
Wszystkie gady i płazy towarzyszące im w wyciecze jak i wszelkie insekty były podobno niegroźne i nie wyrządzające ludziom żadnej krzywdy. Niestety, nie zobaczyli boa kubańskiego, ani żadnego zwierzątka, oprócz jaszczurek, które ciągle zmieniały kolor i przestraszone trąconym nieopatrznie butem, gdyż po zmianie koloru nie sposób było je zauważyć, uciekały pozostawiając ogony.
Ponieważ milczący Indianin został w restauracji „El Salto” i nie chcieli, by długo na nich czekał, kontemplacja dzikiej kubańskiej przyrody powoli, ku żalowi Ewy, się kończyła, musieli wracać.
Pozostało do zwiedzenia jeszcze tylko Orchidarium pełne tropikalnych begonii, storczyków, krotonów, anturium i kwiatów których Ewa nigdy w życiu nie widziała. 65000 kwitnących akrów będących teraz filią Uniwersytetu Hawańskiego było obiektem badań naukowców z całego świata. Cały stok niemal pionowego zbocza wzgórza otaczał gaj palm królewskich. Na ogród składały się małe poletka – poziome półki okolone żywopłotami oddzielającymi poszczególne gatunki kwiatów. Było ich tysiące z całego świata, w tym 700 gatunków storczyków z Azji, Ameryki Południowej i innych regionów tropikalnych, wiele rzadkich odmian, nigdzie nie spotykanych, ocalonych od wymarcia. Wszystko pachniało, wydawało dźwięki rojących się, połyskujących wielobarwnych kolibrów, motyli i pszczół. Storczyki rosły na innych żywych roślinach, zwisały z sufitu szklarni, w doniczkach, między skałami i także zupełnie swobodnie na trawnikach.
Wszystko to powstało na żyznych polach plantacji kawy założonej tutaj z końcem dziewiętnastego wieku, by potem nowy właściciel pochodzący z Wysp Kanaryjskich, polityk w kampanii prezydenckiej Machado i potem minister w rządzie Batisty kupił tę posiadłość, wybudował tu rezydencję dla żony, założył ogród storczyków, których z biegiem lat stał się znawcą i perfekcyjnym kolekcjonerem. Po Rewolucji wrócił na Wyspy Kanaryjskie, gdzie po roku zmarł, pozostawiając komunistycznej Kubie 700 gatunków orchidei, 6000 kwiatów ozdobnych oraz bogatą bibliotekę.

Kiedy siedzieli już w restauracji, a czarnoskóra kelnerka przynosiła im talerze z czarnym ryżem fasolą i kawałkami białego mięsa krabów, Rudek zapalił papierosa przywiezionego przez Krystynę z Polski, ale Indianin wolał swojego Partagása, który mimo znacjonalizowania fabryki, nie zmienił nazwy.
Co robiono z tak dużą ilością storczyków, zastanawiała się Ewa i przypomniała sobie kolorowe zdjęcie storczyków wpinanych przez stewardesy pasażerom samolotów lądujących na Kubie w amerykańskim przewodniku wydanym dziesięć lat temu, który właśnie Andrzej kupił za 1 peso w jakiejś księgarni w Starej Hawanie.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Krystyna (12)

Wprawdzie pobyt na Kubie miał być o połowę krótszy niż ostatnio, kiedy Krystyna przyleciała tutaj z dziećmi, niemniej sąsiedzi na Koszutce, jak i liczni znajomi i krewni Krystyny oczekiwali tak samo prezentów z Kuby, jak i poprzednio.
Na basenie hotelu Riviera dowiedziała się, leżąc z żonami polskich inżynierów na leżakach, że w sklepie kubańskim w Warszawie przy Kruczej można kupić o wiele taniej kubańskie koszyki i torebki z sizalu i palmowych liści jak i kosztowne tutaj cygara i rum Bacardi. Uspokojona, że nie muszą szukać po sklepach kubańskich prezentów i przeznaczyć ten czas na wylegiwanie się w leżakach, a raczej łóżkach drewnianych, które wdziała tu po raz pierwszy w życiu, Krystyna pogrążyła się we wspomnieniu, kiedy miała się na Kubie o wiele lepiej, kiedy mieszkała w Hotelu Nacional i do basenu zjeżdżała tylko windą, a teraz trzeba jechać autobusem kilka przystanków.
Krystyna pływała w basenie w gumowym, białym, polskim czepku tak, by go nie pomoczyć, gdyż zawsze woda przedzierała się do fryzury z trwałej ondulacji i potem miała włosy jak siano. Dlatego uważała na głowę, a jasna karnacja skóry przyczyniała się jedynie do oparzeń i Krystyna w całym dzieciństwie, jak i teraz musiała strzec się słońca jak ognia i dlatego w wodzie bywała bardzo krótko, by nie opalić twarzy, której nie mogła zamoczyć. Niemniej lubiła kąpiele, wychowana nad Sanem, gdzie jej ojciec skakał z mostu za pieniądze, dobrze pływała.
Nauczyła się już gotować ogromne, śmierdzące kubańskie ryby. Bez marynaty w czerwonym winie, specjalnie kupowanym do ryb, były niejadalne, ale odpowiednio przyrządzone traciły zapach i nabierały smaku.
Jeździli na zakupy do hipermarketu do Mariano na rogu Calle 42 i 13 Avenidy, tylko tam mogli realizować przydziałowe kartki. Mimo, że autobusem było to tylko kilka przystanków, Krystyna jeździła zawsze z Rudkiem, który zamawiał na ten czas samochód z ministerstwa i swojemu czarnemu Indianinowi, nigdy się nie odżywającemu, ani nie ocieplającemu tej sytuacji służbowo-prywatnej, dawał paczkę kawy z ich przydziału, którą też milcząco, jako oczywistość, przyjmował. Po zakupy, których zapomniała, bądź zabrakło w domu posyłała autobusem Ewę.

Był to jeden ze sklepów sieci przedrewolucyjnej Minimax Ekloh znacjonalizowany wraz z 166 firmami takimi jak Coca-Cola, Canada Dry, Ten Cents, Sears, el Molino Harinero Burrus, Fundición Mcfarlane, la Firestone, la Goodrich, , Abbot, Squibb, Ferrocarril de Hershey, firmy ubezpieczeniowe, kopalnie, wynajem maszyn, samochodów i akcesoriów, firmy tytoniowe, hotele i kasyna. Ustawa z 24 października 1960 roku nacjonalizowała wszystkie sklepy z żywnością, owocami, warzywami oraz magazyny. Rok później powstało dla kontroli realizacji ustawy Ministerstwo Handlu Wewnętrznego (MTNCTN), dzięki czemu w roku następnym zniknęły na całej wyspie targowiska i wózki obwoźnego handlu. Ponad 6500 sprzedawców ulicy utraciło pracę. Wprowadzono „libretę” – książeczkę żywnościową, kupony i bilety na inne niezbędne produkty dystrybuowane przez Komitety Obrony Rewolucji.
Supermercado Minimax był nowocześnie zbudowanym w 1950 pawilonem o prostej, przejrzystej architekturze, ocieniony baldachimem, z oszklonymi drzwiami i wszystkimi wygodami. Przewidziano swobodny dostęp wózków inwalidzkich i dużo miejsc parkingowych dla samochodów. W środku stały regały z masą produktów, których nie można było kupić, mimo to sklep był zatłoczony. Był już bez klimatyzacji i trochę brudny. Nie było komfortu swobodnego kupowania takiego, jakie doświadczyli na Alamarze, gdzie sprzedawcy byli mili i z biegiem czasu rozpoznawali klientów witając ich za każdym razem jak swoich znajomych. Tutaj nikt o nic nie pytał, sprzedawcy ponad głowami tłumu milcząco zabierali od Krystyny kartki i przychodzili z zaplecza z papierową torbą pełną przydziałowego ryżu, kawy, mąki, cukru, konserw i puszek z mlekiem skondensowanym. Owoce mogli sobie dobierać bez ograniczeń, ale też nie było dużego wyboru. Na półkach w kącie sklepu, gdzie już nie było samoobsługi, a ponury Mulat ważył wskazywane owoce, leżały kiście zielonych bananów w trzech rozmiarach, największe były do smażenia. Arbuzy, kokosy, ananasy i zielone, nadające się tylko na sok pomarańcze, mamey i mango zrzucone były byle jak na regały. Boniato, kupowane zamiast kartofli nie nadawały się do jedzenia i Krystyna nigdy ich nie kupowała. Brakowało jej do gotowania pietruszki i marchewki oraz selera, czego w sklepie nigdy nie było, natomiast leżały jakieś niezidentyfikowane przez Krystynę kłącza zwane malanga, oraz bardzo dobra sałata i zielone pomidory, które wszyscy w domu bardzo lubili.
W piwnicznej, niższej kondygnacji, gdzie sprzedawano przydzielane raz na rok buty i coś do ubrania, a także urządzenia elektryczne, jak radia, telewizory, odkurzacze i lodówki było zupełnie pusto. Na wieszakach wisiały przepiękne dziecięce stroje i sukienki dla dziewczynek. Krystyna kupiła dla Ewy jednoczęściowy strój kąpielowy z marszczonego cieniutkimi gumkami kretonu w pomarańczową kratkę z zamkiem błyskawicznym z tyłu i Ewa była nim zachwycona. Nie miała nigdy tak pięknego kostiumu kąpielowego, nie miała prawdę mówiąc żadnego kostiumu kupionego, oprócz tego bawełnianego białego na szkolny w-f. Krystyna zawsze sama szyła Ewie tak zwany opalacz, gdyż Ewa nie miała piersi i uszycie góry było bardzo łatwe.
Rudek poprosił Indianina, by wracając ze sklepu przejechał z nimi całe Marianao, w którego skład wchodziła dzielnica nad samym morzem Miramar. Cała gmina ciągnąca się na zachód i południe, była rozległa i Rudek chciał, by mieli jako takie wyobrażenie o tej części Hawany oddzielonej od Vedado rzeką Almendares.
Milczący Indianin jechał, a Rudek komentował miejsca, przez które przejeżdżali.
Jechali szerokimi, dwupasmowymi ulicami, gdzie najczęściej w pasie zielni ulicę ocieniały platany i rozrośnięte tropikalne drzewa, kwitnące szkarłatnie flamboyany i przekwitłe już żakarandy przetykane krzewami wawrzynów, fikusów, aukumb i wielobarwnych krotonów, a po drugiej stronie szosy stały kolonialne kamienice jedno i dwupiętrowe, zawsze z podcieniami wspartymi słupami i filarami.
Marianao przekształciło się z wsi w bogate przedmieście Hawany w dziewiętnastym wieku, kiedy pobudowano tutaj fabryki papieru, ceramiki i perfum, a przy kamieniołomach budowano piece do produkcji wapna, gipsu i cementu. Wzniesiono fabrykę lodu i dwa browary w tym w 1911, przepiękny „La Polar”, późniejszą chlubę Kuby, fabryki lodu, przetwórnie spożywcze. Lód i inne produkty były eksploatowane już w dziesięcioleciach 1940 i 1950 stały się dużymi i bardzo ważnymi krajowymi branżami. Zakładano parki i place zabaw.
Południowe Mariano, którym podążali, zamieszkałe przez czarną ludność stało się z biegiem lat sercem muzyki kubańskiej, jej najwspanialszych dokonań w folkowym gatunku son. Stało się to dzięki organizowaniu się czarnych mieszkańców Marianao w klubach społecznych, gdzie grano w domino, muzykowano, tańczono, uczono szycia i gotowania, a panny na wydaniu przychodziły zawsze z matkami lub kimś do opieki. Mariano Social Club obejmował takie sławne potem kluby jak Social Club de Buena Vista i Buena Vista en Guaguanco z Arsenio Rodriguezem, genialnym muzykiem niewidomym od siódmego roku życia.
Właśnie siedzibę mieli tu, w pobliżu 42 skąd Indianin zaczął z nimi poznawczą podróż po Marianao.
Likwidacja społecznościowych placówek, gdzie szczycono się nienagannym ubiorem i manierami, i gdzie propagowano najlepsze cechy współżycia w społeczeństwie, położyła kres ich wieloletniej, szlachetnej tradycji. Kiedy w 1962 rząd zaczął budowę „społeczeństwa bezklasowego i bez podziałów rasowych” centra kulturalne i społeczne pozbawiono lokali i zakończyła się wzajemna pomoc afro-kubańska.
Podobnie stawało się z zakładanymi przez rodziny wszelkie biznesy, browary z ogrodami piwnymi, które nie tylko były miejscami dla występów grup muzycznych, ale także niejednokrotnie ich aranżacja cechowała się wielkim artyzmem architektury ogrodowej. Ogrody piwne „Polaru”, czy „Los Jardines de la Tropical” zostały nagle bez właściciela i zaczęły popadać w ruinę, a muzycy grający najwartościowszą muzykę, emigrować, bądź rezygnować z grania.
Przed pierwszą wojną światową Marianao rozkwitało nie tylko dzięki utworzonemu tutaj obozowi wojskowemu i lotnisku, ale także boomowi gospodarczemu poprzez wzrost cen cukru, skutkiem czego powstały luksusowe rezydencje w nowych dzielnicach jak La Sierra, Céspedes, Miramar, zagospodarowanie wybrzeży Río Almendares wspaniałym parkiem. Wytyczono szerokie ulice, promenady, parki, wzniesiono 50 fontann. Przejeżdżali właśnie obok Instituto Técnico Militar gdzie przed Rewolucją mieściło się jezuickie Colegio de Belén, gdzie Fidel Castro i Roberto Goizueta – późniejszy szef koncernu Coca–coli najpierw w Hawanie, a po Rewolucji na emigracji już naczelny dyrektor całego koncernu – robili maturę. W 1961 skonfiskowano majątek szkoły i wydalono jezuitów do Miami.
Przepiękne rezydencie Mariano zmieniały po Rewolucji swoje przeznaczenie. Z mnóstwa nocnych klubów dających tancerzom i muzykom zarobek, zadecydowano, że redukcję ominie tylko klub „El Gato i kabaret „Tropicana” – która była obok „Sans Souci” najsławniejsza na świecie, ale także niezwykle przydatna, gdyż trzeba było po pracy wozić gdzieś delegacje zagraniczne i dawać rozrywkę radzieckim oficerom.
Pojechali 51- Avenida i jechali w dzielnicę Marianao Puentes Grandes, dawniej osady, od której Marianao zaczynało się rozrastać. Puente Almendares i Stadion La Tropical, jest zbiegiem głównych szlaków łączących zachodnie wybrzeże i Marianao z centrum stolicy. Tu mieszają się zapachy morza z zapachem piwa z browarów. Czuje się tu wpływy Hiszpanii i Afryki Zachodniej.
Most stał się najruchliwszym miejscem w Hawanie, kursowały tu wszystkie środki lokomocji, jeździli tutaj z Vedado bogaci ludzie do kabaretów, do dzielnic rozrywki, Marianao stało się miejscem spotkań rodzinnych, a domy, które zaczęto budować, były w bardzo dobrym guście, które powoli wrastały w proletariacki pejzaż Marianao, gdzie ubogie domy sąsiadowały z arystokratycznymi rezydencjami. Mnożyły się sklepy z najnowocześniejszym amerykańskim wyposażeniem domów, z futrami, biżuterią i perfumami. Jeżdżono tu już nie tylko dla wypoczynku, ale i na zakupy.
Kiedy zbudowano za administracji Gerardo Machado nowoczesną arterię Carretera Central łączącą całą Kubę wzdłuż, od wschodu do zachodu, przebiegła właśnie przez Marianao, ułatwiając dostęp do tej dzielnicy.
Przy Calle 29-E przejechali obok dawnego Museo Nacional de la Campaña de Alfabetización postawionego po rewolucji dla upamiętnienia 17 letniego nauczyciela Conrado Benítez zamordowanego w górach przez bandy antycastrystów. Muzeum, chluba Rewolucji, dokumentowała szczegółowo, dzień po dniu kampanię walki z analfabetyzmem od października 1960 do lutego 1962 roku.
Wjechali na tereny dawnego Hipodromu „Oriental Park” Marianao, do którego w zimie zjeżdżali Amerykanie do własnego Clubu Havana American Jockey, szczególnie chętnie w latach obowiązującej tam prohibicji, podczas gdy tu, mogli pić bez ograniczeń. Od 1920 były tu też wyścigi samochodowe. 1937 roku gangster Meyer Lansky przejął kontrolę nad torem wyścigowym i kasynem.
Oriental Park Racetrack połączony był z wyścigami chartów, modnymi w latach pięćdziesiątych. Havana Greyhound Kennel Club mieścił się nad morzem, przy Klubie Jachtowym, ale pełnił rolę uzupełniającą do wyścigów konnych, by zapewnić fanom jeździectwa wieczorną rozrywkę.
Na skrzyżowaniu 106 i 61 w okolicach Los Quemados Marianao zobaczyli ogromny portyk zwieńczony dachem z dachówki wejścia do Hipodromu Oriental Park, który powoli chylił się ku upadkowi, mający się w planach Castro przekształcić w coś innego, bardziej pożytecznego Rewolucji. Ostatni wyścig w Oriental Park odbył się rok temu, w 1965 roku. Obsługa tego gigantycznego obiektu-firmy, tu się urodzili i wychowali i jak nikt inny znali się na tej robocie, znali imiona wszystkich biegających tu koni od zbudowania hipodromu, oraz sławnych gości, jak Kirk Douglas, Errol Flynn, Gary Cooper, Rita Hayworth, teraz stracili pracę i przeniesiono ich do innych resortów i miejsc na Kubie.
Pozostały im walki kogutów i psów, które były nielegalną, ale bardzo popularną rozrywką mrocznych zakątków Hawany.
Bardziej na południowy zachód Marianao był sławny kabaret nocny Sans Souci, ale Rudek nie mógł się dowiedzieć, gdzie był naprawdę, gdyż ślad po nim został dokładnie zatarty, a ostanie nagonki na mini spódniczki i długie włosy u mężczyzn powodowały, przy wielu donosicielach w Rudka pracy, że nie chciano o tym mówić. Mógł być już nawet w La Lisie, sąsiadującej z Marianao gminą, co dla amerykańskich zmotoryzowanych gości nie stanowiło żadnego odległościowego problemu. Fidel dowodził, że kluby należy pozamykać, gdyż człowiek Rewolucji musi wstawać rano i iść do pracy, wcześnie kłaść się spać, a rozwydrzonych Amerykanów, głównych klientów nocnych klubów Hawany, już nie ma, i nie mają prawa wstępu na wyspę.
W klubach koncert zaczynał się o północy, lub po 1 w nocy, ściągał turystów nie tylko ze Stanów Zjednoczonych, ale też z Hiszpanii, gdzie poziom życia był o wiele niższy, niż na Kubie. W nazwie miało Sans Souci „beztroski”, podobno z francuska. Klub powstał tuż po pierwszej wojnie światowej i bez przerwy prosperował mimo Wielkiego Kryzysu ciesząc się nieustającą sławą rewelacyjnego miejsca w Hawanie, aż do 1959 roku.
Obok kasyna, w sali na wolnym powietrzu z zadaszeniem w środku była „Nevada Cocktail Lounge”, gdzie co noc odbywało się widowisko. Podobno koktajl „nevada” był obowiązkowym trunkiem tego lokalu. Zostawiali tu pieniądze głównie Amerykanie przegrywając w kasynie fortuny. Sans Sousi był tak wartościowym i ważnym artystycznie przedsięwzięciem, że wydawał sam płyty i ocalił głosy i nagrania genialnych muzyków, wirtuozów skrzypiec, kompozytorów i muzyki do choreografii baletowych.
Marlon Brando zakochał się tu w Dorothy Dandridge, gdzie występowała i podobno śpiewał tu Nat King Cole,
bywali tu Tony Martín, Frank Sinatra, Kirk Douglas Marlene Dietrich, Liberace i Susan Hayward, Edith Piaf, Ilona Massey.

Będąc na granicy La Lisa, szofer Indianin zawrócił i posuwał się teraz bardziej na północ ku morzu. Wjechali w obszar dawnego Country Club , teraz przedmieść Cubanacan gdzie w 1961 roku Fidel grając z Che w golfa będąc na terenach wielkich boisk golfowych ekskluzywnego amerykańskiego klubu, wymyślili właśnie tutaj lokalizację wszystkich szkół artystycznych. Pomysł zaowocował betonowym arcydziełem architektury rewolucyjnej, z której widzieli z szosy tylko czubki tonących w zieleni ceglanych kopuł Escuelas Nacionales de Arte gdzie w sekcji plastycznej uczył Zieleniec.
Przedostali się na dawną Avenida de las Américas, przemianowaną jako kontynuacja Quinta Avenida gdyż wszelkie amerykańskie nazwy były rugowane.
Krystyna poczuła się lepiej kiedy dowiedziała się, że kierują się już ku Miramarowi, czyli domowi, gdyż zaduch i upał w samochodzie, nie ustępował mimo pootwieranych wszystkich okien, co było nie do wytrzymania. Ale oni zamiast w kierunku Miramaru, skręcili na zachód.
Jechali w cieniu drzew, na terenach dawnego Bailtmore, teraz przemianowanego na Siboney. Było tu przed Rewolucją podobnie jak Country Club, wszystko finansowane przez Amerykanów, którzy pobudowali sobie po II Wojnie Światowej luksusowe nadmorskie wille, arcydzieła tej miary architektów co Mario Romanach z ogrodami, basenami, własną policją w porozumieniu z koszarami w Jaimanita. Tu był elitarny Havana Baltimore Yacht Club, gdzie podobno nie mógł należeć nawet sam prezydent Fulgencio Batista, gdyż był Mulatem. Organizowano tu konkursy piękności, a sale wspaniałego budynku klubu były supernowoczesne.
Wszystko pozamieniano z początku na domy studenckie, potem na siedziby członków rządu i dyplomatów.

Już dojeżdżali do sztucznie usypanej jeszcze przed Rewolucją przystani, tworzącej dla cumujących jachtów pocięte regularnie wodne korytarze, gdzie kołysały się nieliczne jachty i motorówki. Było cicho i pusto, nadmorskie sosny lekko poruszały się na orzeźwiającym wietrze wiejącym od morza.
Zawrócili, przekroczyli rzekę Quibú i jechali wzdłuż usypanej sztucznie plaży La Concha przylegającej do prestiżowego niegdyś Clubu Náutico zaprojektowanego przez Maxa Borgesa Recio twórcy „Tropicany”, o podobnym układzie stopniowo zmniejszających się sklepień w kształcie muszli. Błękitny kolor gigantycznej konstrukcji uskrzydlał ją i wtapiał w barwę oceanu. Po Rewolucji i miesiącach euforii, kiedy wszystko należało do wszystkich, ekskluzywne ośrodki zaczynały być zamykane, dostępne dla wojska, dygnitarzy partyjnych i ich rodzin. Jednak powoli się degradowało, teraz farba odłaziła, a plaża była wyludniona i brudna. Woleli kąpać się w basenie Hotelu Riviera. Szybko wsiedli do samochodu.
Nikt już nie wiedział, jak co się nazywa, kluby dostały nowe nazwy od nazwisk zasłużonych dla Rewolucji Kubańczyków, ale nie tylko Kubańczyków, Miramar Yacht Club nazwano imieniem Lumumby.
Na całym hawańskim wybrzeżu było przed rewolucją 39 klubów jachtowych, z pełnym wyposażeniem restauracji, kawiarni, miejsc noclegowych. Teraz było pusto.
Ale już wracali, już jechali przepiękną, kojącą Aleją Piątą, minęli w pobliży Wesołe Miasteczko, niegdyś zwane Coney Island lub po prostu „Cony”, gdzie z daleka widać było koło młyńskie i gigantyczną, drewnianą, jak z upiornego snu, Montañę Rusa.
Już widniał pałacyk ambasady polskiej i Indianin milcząco skręcił w ich cichą uliczkę, gdzie wytaszczyli papierowe torby z zakupami i szybko nieśli je do lodówki.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | 2 komentarze

Lata sześćdziesiąte. Ewa (21)

Kubanki w wieku Ewy ubierały się jak kobiety, nosiły buty na obcasach i lokówki na głowie, robiły makijaż, a Ewa w dalszym ciągu nie tylko nie dojrzewała, nie miesiączkowała , ale nawet nie wiedziała dokładnie, jak rozmnażają się ludzie. I właśnie wtedy, kiedy pół roku temu skończyła czternaście lat, łaskawy los rzucił ją powtórnie na Kubę, gdzie wszystko zdawało się dążyć ku rozmnażaniu i dojrzewaniu w scenerii rajskiego piękna.
Miramar oszołomił ją dostojnym tropikiem. Królewskie palmy były arystokratyczne, a przystrzyżone krzewy na 5-ta Avenida przypominały otoczenie pałacu w Wersalu. W to, że dostała swój własny pokój, z którego zza szklanych żaluzji widać było ocienioną niskimi palmami ulicę, nie mogła w pierwszych dniach po przylocie uwierzyć i cały czas dotykała okna, i sprawdzała, czy nie jest to przypadkiem sen, z którego się brutalnie obudzi. Nie było tu wprawdzie całodobowego szumu morza jaki towarzyszył jej na Alamarze i który bardzo lubiła jak i wchodzących przez patio pająków i skorpionów, ale za to były baseny ze słoną wodą w dzielnicy Vedado, do której z Andrzejem jeździli sami autobusem za darmo kilka przystanków w kierunku centrum.
Wszystkie baseny przyhotelowe były dostępne dla obcokrajowców. Portierzy, którzy zobaczyli ich po raz pierwszy nie pytali o nic, gdyż jakimś zmysłem wiedzieli, że nie są Kubańczykami, mimo, że Andrzej na Kubańczyka wyglądał.
Najbardziej lubili basen przy hotelu Riviera.
Niemal wszystko, oprócz hotelu Nacional w dzielnicy Vedado zbudowano w latach pięćdziesiątych i lśniło jeszcze bielą nowości bez patyny czasu. Nagła zmiana właścicieli wznoszonego przez mafię i skorumpowanego prezydenta Batistę kubańskiego Las Vegas niczego nie zmieniła zarówno względem wyglądu ekskluzywnych hoteli, jak i ich pracowników.
Tak było i w hotelu Riviera. Nie wszyscy fachowcy wyjechali z Kuby, pozostali w hotelach wspaniali kucharze jak i portierzy, którzy pracowali tak samo sumiennie z perfekcyjną galanterią jak w czasach, kiedy przez obrotowe szklane drzwi wchodzili amerykańscy mafiosi do największego na Kubie kasyna stworzonego tutaj przez gangstera Meyera Lanskyego, właściciela hotelu, którym cieszył się tylko dwa lata, nim Fidel Riviery nie znacjonalizował.
Może właśnie wtedy, gdy Ewa z Andrzejem przechodzili przez szklane, obrotowe drzwi wiodące na wielki, obrośnięty krotonami, agawami i palmami betonowy teren rekreacyjny z dwoma turkusowymi basenami otoczonymi kabinami przebieralni, do hotelu przybył z Bogoty, też na wakacje Gabriel García Márquez, by spotkać się ze swoim przyjacielem Fidelem Castro, zajmując tu najdroższy apartament, zjeść z nim jako fan kuchni kubańskiej owoce morza, homara i bulion z żółwia.

W małym, okrągłym basenie kąpały się dzieci, ale w tym z trzypiętrową skocznią, z której Andrzej wykonywał salta, bo wiedział, że piękne Czeszki go obserwują, pływała cała młodzież komunistycznej Europy Wschodniej, a w weekendy słychać było słowiańskie i niemieckie rozmowy brzuchatych, łysiejących specjalistów, którzy wypoczywali tutaj w dniu wolnym od pracy leżąc na wygodnych amerykańskich łóżkach plażowych.
Zawsze, kiedy Ewa wypływała na powierzchnię – najprzyjemniej nurkowało się poszukując z głębokiego dna rzucany turkusowy, wyszlifowany słoną wodą szklany kamyk znaleziony na brzegu morza – widziała te same kolory na powierzchni. Fasada hotelu Riviera z 20 piętrami i 352 pokojami była tak samo, jak ten kamyk, błękitna, złożona z takich samych kamyków, a za białymi poręczami basenu rozciągało się atramentowe morze.
Już po kilku dniach wszyscy się znali i można było ścigać się w łowieniu kamyka, a przede wszystkim nie wychodzić ze słonej wody basenu aż do momentu, kiedy gwałtowny głód nie sygnalizował potrzeby powrotu do domu, do Krystyny na Miramar czekającej z obiadem na Rudka i dzieci.
Jednak przed powrotem wchodzili do hotelu kupić w sklepie z pamiątkami chińskie i kubańskie znaczki pocztowe. Pakowane były w foliowe, przeźroczyste torebki po jedno peso za torebkę. Przy okazji nieśmiało chodzili po korytarzach, jeździli windami, podziwiali kasetonowe ściany z nowoczesną plecionką, zegary w kształcie słońc za biurkiem recepcji i rozłożyste, wygodne kanapy oraz wielkie, jasne przestrzenie holu, w którym stała kilkumetrowa rzeźba z brązu podobna do pomnika „Rodzina” na Koszutce i przedstawiała umownie ciała tancerza i tancerki splecione we wściekłym, erotycznym tańcu.
W sobotę przyjechali na basen całą rodziną i Rudek zapoznawał Krystynę z leżącymi na łóżkach plażowych polskimi inżynierami i ich żonami, najczęściej z Gdańska i Warszawy. Kuba była tylko ich kolejnym etapem prac na zagranicznych placówkach, zdawali się być ponad nią jako ludzie obeznani z zagranicą i wszelkie zachwyty Krystyny kwitowali pobłażliwym uśmieszkiem.
Po południu opuścili basen i skwarem hawańskich ulic poszli na piechotę do Coppeli. Lodziarnię o olśniewającej architekturze rewolucyjnej otwarto zaledwie kilka dni temu, Rudek już tam był i chciał ją pokazać rodzinie.
Wyszli na Malecón i minęli kopułę kasyna hotelu Riviera w kształcie ogromnego rzecznego kamienia-otoczaka. Niebieskawa sylwetka Riviery jeszcze długo widniała za ich plecami jak oglądali się wstecz, by obserwować słońce chylące się do wód oceanu. Szli wzdłuż kamiennego muru o który waliły fale niejednokrotnie przedostając się na chodnik mocząc przechodniów i jadące samochody. Po drugiej stronie wznoszone kamienice jeszcze w początku XX wieku miały neoklasycystyczny i secesyjny charakter wprowadzając nostalgiczny nastrój egzystencjalnego smutku. Na ruchliwej, sześciopasmowej autostradzie mknęły amerykańskie samochody jadące od granic Miramaru, do fortyfikacji Castillo de San Salvador de la Punta. Minęli u wylotu Avenida de los Presidentes pomnik weterana kilku wojen o niepodległość Kuby Calixto García na koniu, a dalej, gdzie ulica Línea kończyła swój bieg na Malecónie, dwie kolumny pomnika Ofiar USS Maine. Rewolucja powstrzymała się od zniszczenia pomnika ograniczając się do zdjęcia wieńczącego kolumny orła jako symbolu imperializmu.
Na specjalnie w tym celu wybudowanych na Malecónie wysepkach grały i śpiewały zespoły muzyków z dużą liczbą instrumentów perkusyjnych, wybijając lekko kubańskie melodie i powodując, że atmosfera sobotniego popołudnia zaczynającego się tropikalnego lata robiła się coraz radośniejsza i swobodniejsza.
Minęli majestatyczną skarpę, na której wzniesiono Hotel Nacional de Cuba świecący w oddali czerwonymi dachami, wysadzaną agawami, krotonami, kwitnącymi krzewami i skręcili w Calle 23.
„La Rampa” wydawała się im jeszcze piękniejsza niż dwa lata temu, pełna barów, sklepów i klubów. W dali dominował widziany zewsząd przy rogu Calle M i Calle 17 seledynowy budynek mieszkalny Focsa.
Lodziarnia Coppelia, nazwana tak przez sekretarkę Fidela, nazwą jej ulubionego baletu zbudowana naprzeciwko hotelu Havana Libre w rogu Calle 23 i Calle L wyrastała nagle spośród wątłych jeszcze, niedawno posadzonych drzewek i palm. Białe, rozkraczone żelbetonowe słupy wielkiego pająka lśniły bielą i nowością. Stała gigantyczna kolejka, ale ponieważ lodziarnia pracowała całą dobę i obsługując w tym czasie 1000 gości, przesuwała się szybko i wkrótce znaleźli się pod wielką betonową platformą. Betonowa posadzka wyszlifowana przez tysiące klientów była poprzecinana klombami bujnej roślinności egzotycznej. Prowadziły tu obszerne, kręte schody do jedynej sali na planie koła o średnicy 40 metrów, poprzedzielanej jednak – dla stworzenia intymności – na pięć kwater w kształcie kół o średnicy 12 metrów z ażurowymi przegrodami, w których witrażowo wmontowano barwne szyby, powtórzone w świetliku kopuły zwieńczającej całą konstrukcję. Biały dach kopuły podzielony po gotycku na żebra uwydatniające konstrukcję sprawiał wrażenie czystości, nieskazitelności i lekkości. Cały personel był ubrany w jednakowe charakterystyczne mundury, a na piękne kelnerki wołano „coppelianas”.
Pamiętano jeszcze, że przed Rewolucją były trzy marki lodów: Guarina, Hatuey i San Bernardo, które lodziarze obwozili w dwukołowych wózkach po ulicach Hawany. Tutaj wszystko jak w socjalizmie przystało, był lepsze, większe, dostępne, tanie i demokratyczne. Nie trzy smaki, a dwadzieścia sześć smaków z dwudziestoma czterema dodatkami, i to za niecałe peso, a dodatki po 50 centavos.
Podane w wysokich szklankach, gdzie syrop mienił się kolorami słanymi z sufitowego świetlika, smakowały wybornie mimo, że nie zdążyli jeszcze skosztować pozostałych zestawów z migdałów, mleczka kokosowego, czekolady, orzechów, brzoskwiń, tutti frutti, kawy, karmelu, pomarańczy ananasów, truskawek, bananów, wanilii, guayaby i mango. Zamówili najdroższy zestaw, sałatkę lodową składającą się z pięciu gałek różnych smaków polanych syropami z dużą czapą bitej śmietany i kremu. Na sąsiednich stolikach Kubańczycy zamawiali wyłącznie lody truskawkowe, truskawek nigdy nie było w sprzedaży w sklepach i była to jedyna możliwość poznania ich smaku. Sprowadzone przez Fidela maszyny do lodów z Holandii były najnowszą zdobyczą technologiczną. Wszyscy siedzieli przy marmurowych stolikach na białych, pięknych krzesłach z drutu Harry Bertoia.
Szybko zjedli lody skonsternowani czekającymi na ich stolik Kubańczykami. Rudek położył na talerzyku, leżącym w tym celu dwadzieścia centavos napiwku, które kelner w białym, nieskazitelnym uniformie zbierając puste szklanki natychmiast schował.
W lodziarni była klimatyzacja, chociaż ze względu na ażurową konstrukcję, było to wielkie marnotrawstwo. Po zejściu po schodach i wyjściu na żar ulicy zaraz odczuli tę różnicę temperatury. Postanowili już wracać autobusem na Miramar, gdyż Rudek umówił się z Zieleńcem, że w czasie jego wyjazdu do Warszawy będzie się opiekował jego mieszkaniem, a Zieleniec wylatywał nazajutrz. Zabierze od niego klucze i będzie podlewał mu kwiatki i karmił ryby w akwarium.
Nim nadjechała guagła, Vedado rozbłysło neonami. Na całej fasadzie hotelu Habana Libre świecący się napis informował o kolejnej rocznicy Rewolucji.
Zieleniec powitał ich bardzo serdecznie. Pokazywał im najnowsze prace malowane na dużych kartonach temperami. Były to zawsze motywy kubańskie z rozbitymi na różnorakie faktury płaszczyznami, bardzo dekoracyjne i Ewa była zachwycona. Na półce ciągnącej się nad oknami stały jego drewniane rzeźby w syntetycznych, ale wyraźnych kształtach ludzkich. Obrazki z muszli i wszystkiego, co znalazł na wybrzeżu morskim podmalowane były farbami tak, że tworzyły płaskorzeźby o harmonijnych, barwnych tonacjach. Wszędzie w mieszkaniu, na stołach i półkach stały w dużych słoikach holenderskie farby o fantastycznych kolorach, o których Ewa mogła tylko marzyć.
W kilka dni po tej fascynującej wizycie Ewa wykradła Rudkowi klucze do mieszkania Zieleńca i pojechała dwa przystanki do jego mieszkania. Tam otworzyła właz na taras na dachu i z dużym wysiłkiem wniosła po drabinie sztalugi. Widok z dachu był imponujący. Widać było morze i białe skrzące się w słońcu Vedado. Ale było właśnie południe i upał był tak upiorny, że porozkręcane tubki farb Zieleńca poskładała resztkami sił. Ratując się ucieczką z dachu przeliczyła się. Taszcząc na dół sztalugi już była bliska omdlenia. A musiała jeszcze pozacierać ślady swoje wizyty.
Po powrocie do domu nie mogła się ze zmęczenia ruszać i zdziwiony Andrzej sam pojechał na basen.
Już nigdy sama nie wróciła do mieszkania Zieleńca dziwiąc się, że bez klimatyzacji tak wiele namalował. Ale nim Zieleniec wrócił z Polski z żoną i trzema córkami, pojechała tam raz jeszcze, przedarła się przez żywopłot na podwórze, gdzie między starym żelastwem pod domem powyciągała wyrzucane przez okno nieudane według niego szkice Zieleńca na cienkim papierze rysowane piórkiem i czarnym tuszem tak dobrej jakości, że pod wpływem wilgoci się nie rozpuścił. Były tam muszle, ornamenty z kubańskich owoców, ryby i ptaki, i tańczące pary Kubańczyków. Ewa to wszystko jak relikwie wyprostowała i zabrała do domu.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Rudek (13)

Jadąc na liczne delegacje do prowincji Oriente Rudek musiał przyznać rację kolegom ze swojej pracowni: Kuba zrobiła ogromny postęp poprawiając warunki bytowe kubańskich wsi. Od 1959 zaczęły sprawnie działać chłopskie spółdzielnie mieszkaniowe, edukacja i opieka zdrowotna w Sierra Maestra, efekty były widoczne. Kolonie domków dla pracowników związanych z rolnictwem i hodowlą zwierząt wyposażone w podstawowe usługi socjalne zastąpiły tradycyjne bohíos. Przeprowadzono ważne prace infrastrukturalne, w tym bardzo potrzebne tamy wodne dla pozyskiwania słodkiej wody pitnej.
Projekty realizowane w Ministerstwie Budownictwa przez kadry architektów, którzy powoli zaczynali z Kuby uciekać, zaczynały się już zmieniać na gorsze. Zanim jednak całkowicie zapanował sowiecki model gospodarczy na Kubie zdążono wybudować wiele wspaniałych, konstruktywistycznych budynków zaprojektowanych wbrew wytycznym postępującej sowietyzacji. Zachwycały one tropikalną spontanicznością Rosjan przybyłych do biur projektowych.
Kuba nigdy właściwie nie zrealizowała wytycznych komunistycznego państwa omijając biurokratyczne zalecenia i zachowała początkowo indywidualność utalentowanych architektów. W każdym razie jeszcze zaraz po Rewolucji było to widoczne. Charakterystyczną sztywność socjalistycznego państwa, ukrytą w decyzjach pochodzących od władzy centralnej nie mogła złamać indywidualnej potrzeby twórczego wyrażania humanistycznych treści José Martíego i zaakcentowania tożsamości kulturowej postulowaną przez przedrewolucyjną awangardą artystyczną.
W ciągu pierwszych czterech lat po Rewolucji, w etapie romantycznym, wyraźna swoboda planowania gospodarczego i wdrażanie utopijnego modelu „nowego człowieka” wymyślonego przez Che Guevarę pod wpływem marksistowskich idei zaowocowała wielkimi osiągnięciami architektonicznymi. Jeszcze w oparciu o amerykańskie plany i solidne materiały powstały osiedle Havana del Este, sąsiadujące z nim Alamarem, osiedle małych domków w którym Rudek mieszkał, wielki, złożone z czterdziestu budynków campus uniwersytecki Instituto Superior Politécnico José Antonio Echeverría, oraz wszystkie pięć szkół artystycznych w sielankowej scenerii Country Club, obiektów Szkoły Narodowe Sztuki, w której Zieleniec uczył, gdzie umiejętnie połączono nowoczesność z tradycją kolonialną powiązaną z architekturą afrykańską o wolnych, wyrazistych formach.

Rudek, który opuścił Alamar raz na zawsze myślał o tym wszystkim kiedy jechał właśnie zajmować duże mieszkanie w ekskluzywnej dzielnicy Miramar. Kibicowali temu szczękliwemu trafowi jego koledzy z pracy ciesząc się z zakończonej bezdomności Rudka. Mówili mu, że przed Rewolucją nie wolno było wchodzić do tej dzielnicy biedocie z Hawany Vieja, by nie brudzili chodników. Batista, poszerzający Hawanę na wschód i na zachód stworzył Miramar na zachodzie z potrzeby nowego centrum administracyjnego dla nowej klasy bogaczy. Pobudowali tu swoje rezydencje magnaci cukrowi i tytoniowi, przedsiębiorcy budowlani i właściciele nocnych klubów.
Quinta Avenida, dwupasmowa, szeroka arteria z pasm zieleni, po której jechał guaguą była piękna i zachwycił się przede wszystkim jej otwartą przestrzenią szosy ciągnącej się wzdłuż niskiej zabudowy.
Rudek poczuł się wspaniale w zatłoczonym autobusie. Nikt w niej nie jechał brudny lub ubrany nieelegancko. Mężczyźni byli w kapeluszach, w jasnych garniturach, krawatach lub w koszulach guayabera z krótkimi rękawami noszonymi na spodnie, spoza których prześwitywał biały podkoszulek i pasek od spodni. Kobiety w kapeluszach na głowie, obcisłych spódniczkach lub perkalowych sukienkach miały małe torebki lub kuferki na kosmetyki, pończochy i zawsze wysokie obcasy.

Jadąc mijał poprzycinane równo wysokie krzewy rosnące w środku autostrady, brzuchate palmy i kwitnące rabaty. Skierował się na podany adres. Calle 30 była cichą uliczką łączącą Piątą Awenidę z wybrzeżem morskim. Niedaleko, dwie ulice dalej przy Awenidzie Piątej pod numerem 4405 była Embajada Republica Popular de Polonia. Na Piątej niedaleko niej były ambasady Belgii, Kenii, a w uliczkach dalej kilkanaście innych ambasad, i całą dzielnicę nazywano dzielnicą ambasad.
Zastał mieszkanie splądrowane.
Mieszkania w tej dzielnicy dostawali wyżsi urzędnicy państwowi przy rządzie Fidela Castro, którzy grasowali nocami i okradali domy opuszczone w ubiegłym roku przez emigrujących Kubańczyków przez port w Camarioca. Wtedy tysiące budynków na Miramarze wśród rozłożystych flamboyanów i olśniewających ogrodów zamieniono na internaty dla młodzieży ze wsi, na szkoły, kliniki i domy wypoczynkowe dla partyjnej nomenklatury. Średnie i małe domy, rezydencje i pałacyki w różnorodnych stylach architektury kolonialnej, od barokowych po modernistyczne, stały się ambasadami. „Właściciele nieobecni” zmuszeni zostali do rezygnacji z własności domów i wszystkiego, co się w nich znajdowało. Przydzielano je dygnitarzom, personelowi dyplomatycznemu i takim jak Rudek, zagranicznym specjalistom.
Przyznane Rudkowi eleganckie i przestronne mieszkanie zajmowało pierwsze piętro niskiego budynku w stylu Le Corbusiera. Budynek czterokondygnacyjny posiadał windę i wszelkie udogodnienia. Do klatki schodowej wiodły obszerne schody z poręczą. Na piętrze (parteru nie było, gdyż dom stał na palach między którymi parkowano samochody) były tylko dwa mieszkania, oba z balkonem wzdłuż całego mieszkania z drewnianą, wycinaną w geometryczne wzory balustradą.
Mieszkanie Rudka było doszczętnie zrabowane, w kuchni stała ogromna amerykańska lodówka, piecyk gazowy i ładne nowoczesne kuchenne meble. Widocznie nocami nie zdążono wszystkiego wynieść kradnąc bardziej wartościowe przedmioty. Trzy pokoje były kompletnie puste, na ścianach i na podłodze były jeszcze ślady po meblach i obrazach. W jednym stało masywne, barokowe łóżko z baldachimem na którym Rudek zawiesił moskitierę.
Cała dzielnica o niskiej zabudowie, tonąca w kwiatach przy budynkach ambasad, wysadzana palmami, powstała w drugim okresie wielkiej przebudowy Hawany. W pierwszym, za czasów prezydenta Machado budowano w stylu francuskim, za Batisty zrobiono tu drugie Miami na modłę amerykańską korzystając z pieniędzy amerykańskiej mafii.
Od kiedy Rudek zamieszkał na Miramarze, często szedł klika ulic dalej do ambasady, gdzie w czytelni białego pałacyku z kolumnami czytał polskie gazety i konfrontował je nazajutrz w biurze z Kubańczykami. Porównywano informacje z polskich gazet z Granmą. Korespondent PAP w Hawanie red. Piotr Ikonowicz umieszczał w polskich dziennikach krótkie notki z Hawany ukazujące się niemal codziennie. Kuba była dla Polski bardzo ważnym krajem, skoro dawano je na pierwsze strony obok wieści z Moskwy. Po ubiegłorocznej wizycie Raula Castro na Górnym Śląsku, skąd przywiózł do Hawany popiersie Staszica, dar kopalni Staszic, Kubańczycy w jego pracowni uznali go za wyrocznię w ocenie bieżących na Kubie wydarzeń. A było ich mnóstwo.
Siódma rocznica zwycięstwa Rewolucji, kiedy pod koszarami Moncada załopotała flaga zwycięstwa castrystów przebiegła w Hawanie tak jak co roku na wielogodzinnym pomstowaniu Fidela na imperializm amerykański. Pod pomnikiem José Martíego na Placu Rewolucji wśród owacyjnie przyjmowanych jego słów przez tłum i skandowania przy każdej nadarzającej się przerwie w słowotoku Rudek się dowiedział, że za wszystkie bolączki świata jest odpowiedzialne CIA, od huraganów, katastrofy na oceanie i sekty religijne po klęski w gospodarce Kuby. W ubiegłym roku osadzono w więzieniach 53 baptystów oskarżonych o działalność szpiegowską na rzecz CIA, co było konsekwencją prześladowań religijnych od momentu, kiedy po katolikach, kiedy większość zakonnic i kapłanów wysłano do Hiszpanii, przyszła kolej na Seminarium Baptystów w Hawanie, które stanowiło najsilniejszą grupę ewangelicką, gdzie zmuszono studentów do służby w wojsku w wyniku czego opustoszało.
Kiedy w styczniu Fidel Castro zorganizował w Hawanie Pierwszą Konferencję Solidarności Narodów Afryki, Azji i Ameryki Łacińskiej, zwaną w skrócie Konferencją Trzech Kontynentów, siedmiuset pięćdziesięciu delegatów z osiemdziesięciu dwóch krajów wypowiedziało się przeciwko imperializmowi, czyli Stanom Zjednoczonym, Fidel nie omieszkał wesprzeć ugrupowań, które USA właśnie u siebie zwalczała. Obecny był przywódca Czarnych Panter poszukiwany w USA listem gończym.
Pod koniec marca próbowano bez powodzenia uprowadzić samolot z Santiago de Cuba do Stanów Zjednoczonych w wyniku czego pilot został zabity, samolot wylądował w Hawanie, a porywacza ujęto i skazano.
Wiosenny incydent z ekipą kubańskich sportowców, których udziałowi w regionalnych Igrzyskach Krajów Ameryki Łacińskiej prezydent USA Lyndon Johnson sprzeciwił się, zakończył się udanym przerzuceniem ich barkami mimo amerykańskiej blokady i wzięciem udziału w igrzyskach, w wyniku czego przywieźli do Hawany mnóstwo medali owacyjnie witani.
Ale to były tylko nieliczne sukcesy. Kuba wolno pogrążała się w coraz większym kryzysie gospodarczym, przydziały kartkowe stawały się coraz mniejsze, a kolejki przed sklepami się wydłużały. Zlikwidowano wszystkie uliczne sprzedaże obwoźne, zniknęły wózki z owocami, sokami, napojami, lodami, ostrygami, piwem i ciastkami. Zniknęły z ulic charakterystyczne fotele pucybutów. Pozamykano wszelkie zakłady rzemieślnicze, fryzjerów, krawców i szewców, fotografów, ciastkarzy i piekarzy. Kioski z kawą parzoną na oczach przechodniów na rogach ulic Hawany na modłę wszystkich wielkich miast Ameryki Łacińskiej oblegane były teraz kilometrowymi kolejkami, które czekały na ich nowe dostawy, a jak była, znikała w ciągu paru minut. Kawa przydziałowa, uzależnionemu od kawy ludziom południa i tropików nie wystarczała.
Zieleniec też dostał mieszkanie na Miramarze i spodziewał się, podobnie jak Rudek, przyjazdu rodziny z Polski. Rudek miał do nowego domu Zieleńca tylko kilka przecznic. Zajmował piękne mieszkanie na najwyższym piętrze i z racji swojego zawodu artysty grafika, mógł jeszcze bardziej poszerzyć ogromny metraż i wyciągać na dach, na obszerny taras otoczony białym murkiem, sztalugi.
Korzystając jeszcze z wolności, nim przylecą LOT-em z Warszawy rodziny, w rzadkich wieczorach, kiedy Rudek nie był na delegacji, wypuszczali się w długie wędrówki Piątą Aleją aż do rzeki Almendares, gdzie Zielenic chodził często sam po ryby na obiad, a nawet za rzekę do Akwarium, ogromnego betonowego obiektu badawczego zbudowanego po Rewolucji, by szkicować do swoich grafik ryby. Piękna i majestatyczna Quinta Avenida przecinała dzielnicę mieszkaniową Miramar i zdawała się dzięki nasadzeniom roślin w jej środku i deptakowi być tropikalnym ogrodem. Wytyczona przez sławnych amerykańskich architektów Piąta Aleja z tunelu, którym jeździli do Alamaru łączącego ulicę Calzada w Vedado ciągnęła się kilometrami przekraczając rzekę Santa Ana i kończyła sie w małym nadmorskim miasteczku w Santa Fe.
Były przy niej przed Rewolucją kluby nocne, cyrk i parki, które także polikwidowano.

Zeszli ulicami bardziej na południe, doszli do Calle 23, rzeka Almendares u wylotu ulicy był płytka, a nurt wody płynął w przeciwnym kierunku, morze wlewało się do rzeki. W szesnastym wieku gubernator wyspy Juan Davila nakazał budowę wodociągu na brzegach rzeki zwanej Mayanabo, którą przemianowano na cześć biskupa Enrique Almendarisa. Stąd miasto brało wodę przez 250 lat.
Był tu na nabrzeżnej skarpie park zwany El Bosque ale nie przypomniał lasu, w każdym razie w polskim znaczeniu. Był jednym z pierwszych projektów zrealizowanych przez rząd rewolucyjny, gdyż resztki zachowanego lasu chciano udostępnić wszystkim, szczególnie dzieciom. Pobudowano, jak na Cojímarze małe zamki warowne z betonu i pełno atrakcji placu zabaw dla dzieci z betonowymi zjeżdżalniami i huśtawkami na łańcuchach. Przy brzegu przymocowane były łódki i motorówki różnej wielkości, a z wody nadciągał przyjemny dla Zieleńca odór zepsutych ryb.
W barze kupili sobie piwo, sok pomarańczowy, Rudek lody w płynie podane w szklance, lubił w takiej właśnie formie. Sprzedano cygara, ale oni ich nie potrafili palić, były za mocne.
Potem wspięli się na łukowaty most o nazwie rzeki, przed Rewolucją nocowali pod nim bezdomni, teraz było to zakazane. Z mostu rzeka wyglądała nadzwyczaj tropikalnie z gęsto zalesioną dżunglą wśród mangrowych bagien. Most prowadził do bramy kremowego hotelu El Bosque. Mogli jeszcze pójść do ekskluzywnej restauracji na cyplu u ujścia rzeki Almendares do oceanu, do restauracji „1830″, gdzie Rudka raz zaproszono kiedyś na bankiet z pracownikami jego pracowni w ministerstwie – było tam bardzo ekskluzywnie, lustra w barokowych złoconych ramach i z burżuazyjnymi wyfraczonymi kelnerami – ale szkoda mu było pieniędzy. Zbierał na samochód.
Wracali, jak słońce już kąpało się w oceanie, i podziwiali wyprzedzające ich długie cienie, których w południe wcale nie było. Zielenic z nostalgią patrzył w kierunku, gdzie był a Yacht Club, ale wszelkie opowieści o tym, jak złowił makrelę kawalę, czy tuńczyka z czego był niesłychanie dumny, Rudka nie interesowało.
Poprzestawali więc na rozmowach o kardynale Wyszyńskim i Gomułce. Rudek bardzo lubił przebywać z Zieleńcem, byli rówieśnikami i wiedzieli o Polsce to samo. Zieleniec był z Sosnowca, a Rudek spod Krakowa. Lubił jego ciepły, zrównoważony głos i humor, który nie opuszczał go nigdy.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj