AKT XVII
Zmierzch się przetacza, znikam w trudzie
wciąż metodycznie, miarodajnie, znikam, jak znika w mroku twarz,
przechodzą ludzie, dręczą ludzie, a ja przechodzę wciąż w nietrwanie.
Spotkanie z tobą, to jest złudzie
kolejny hołd ostatni raz
oddany. Losom pustym da przypadek nikły, jak morze daje szansę,
lecz nie poszuka nikt rozbitka, skieruje na trupa latarnię,
bo wiedzą, bo się dowiedzieli, że nie ma nic, że nocne głosy
to tylko syren jęki w pianie,
a cienie, to ich długie włosy,
a jeśli już, to w majonezie syrena, w modnej restauracji
bo czemu nie, skoro jej nie ma, to warto pokosztować ciało
(fikcja jest smakowitsza prościej, bo mija koralowe rafy
strachu zwątpienia w słuszność racji).
Zniknie w przełyku ciała białość,
język z odrazą zwróci ości,
pochwali nowość w menu gości,
nic się nie stało, nic się nie stało, ot, talerze
białe i puste. Znikam trafem
przepadku wierzeń
w coś, co zdarzyło się syrenio
jak wyło w portach, kiedy statki
słały sygnały w morza noc,
trwałam na horyzoncie niemo
twojego snu troskliwej matki
bezradnej w swojej zaradności,
by płód mój przetrwał. Nie ma roszczeń,
gdy nie ma płodu, poronienia, śladu. Śpiew syreni
jest uduszony. Ja, to owoc
zaniku czasu i przestrzeni.
Tags: 2010 · Nie daję ci czytać moich wierszy
AKT XVI
Piosenka dla chłopca
miękko się sączy wonią floksów
lato. Piosenka tylko z tobą!
Jeszcze nie czas, byś wszystko popsuł
niesfornym wiekiem letnich chłopców!
Pochylam się nad lustra wodą
sama, a las się czernią tłoczy
w tle. Zanim woda się pomarszczy
świat będzie drżał, robił się starszy,
zmiesza odbiciem moje oczy,
by nie patrzyły już w ciąg dalszy.
Chłopiec, co zwija się w piosence,
która się mieści w floksów woni,
lustro leśnego stawu w ręce
łatwo poniesie, nim poświęcę
mu kroplę wody poświęconej.
Trwa aksamitu chwila letnia, nic nie jest jasne, ani mroczne,
drga ta piosenka w chwili świętej,
zamkniętej głucho w tkance ocznej!
(Zamknę, bo cóż z tym wszystkim pocznę?
Skarby na głucho zatrzaśnięte
na dnie leśnego stawu latem.)
Odejdź, bo skończy się dramatem.
Tags: 2010 · Nie daję ci czytać moich wierszy
Nudnych, nijakich i bezbarwnych osobowości z pewnością ludzkość na przestrzeni wieków wyhodowała wystarczająco dużo, którzy w pokorze niezaistnienia jako artyści odeszli w mroki niepamięci pozostawiając pola postaciom barwnym i twórczym.
Dopiero dwudziesty pierwszy wiek literatury polskiej zdecydował się na naprawienie tej niesprawiedliwości dziejowej uruchamiając nakładem dużego publicznego wysiłku i kosztów sieć warsztatów poprawnego pisania, które z bogatej oferty przyrodzonego, niesfornego przychówku szkolnego potrafią bezbłędnie wyselekcjonować rok rocznie egzemplarze poetów, co do których wiadomo będzie, że konsekwentnie będą stać na straży martwoty duchowej, neurotycznej nieciekawości świata i po wysunięciu ich kandydatur do laurów zwycięzców konkursów literackich, gdzie w jury zasiądą ich nauczyciele w miarę upływu lat, będą zasiadać w tych samych strukturach jurorowania, by precyzyjnie i perfekcyjnie z bogatej oferty kandydatów wyłonić największe beztalencia z zakodowanym w genach brakiem jakichkolwiek predyspozycji literackich.
Podobno debiut książkowy to dla poety zazwyczaj szczyt jego osiągnięć i jeśli potem krytyka się zachwyci i pochwali następne dokonania, debiut zazwyczaj pozostaje najsilniejszym, a zwinięte zazwyczaj jest w niewielkich objętościowo utworach wszystko, co dojrzały pisarz potem rozwinie.
Czytając zaledwie około trzydziestu krótkich wierszy, zastanawiałam się, czy to wszystko, co napisano o „Zapaści” Joanny Lech nie jest też jakimś adekwatnym do klimatu wierszy autorki suplementem i celowym poronieniem entuzjazmu i afirmacji, jakimś freudowskim uleganiem ich klimatowi, bowiem dwuznaczność pochwał jest typowa i zastanawiająca:
„(…)Przypomniałem sobie jednego z jurorów, który nie wytrzymał i już w kuluarach zdradził werdykt Bierezina. A potem widziałem go na widowni lekko drzemiącego. Teraz wiem, że zapadał się w świat niesamowitych zwidów.”- napisze Krzysztof Kleszcz na blogu bialafabryka.blogspot.com
Ciekawe są recenzje, które potrudziwszy się z wymienieniem cech złej poezji zaprzeczają jakoby właśnie „Zapaść” była od nich wolna:
„(…)Zapaść sprawia wrażenie książki spójnej, starannie skomponowanej. Nie jest to z pewnością zestaw wszystkich opublikowanych wcześniej tekstów, co zdarza się debiutantom dość często. Z pozoru te wiersze niespecjalnie wyróżniają się na tle innych. Nie zaskakują ucha, przykrojone tak, jak dzisiaj się wiersze kroi. Są nieufne w sposób jak dziś nieufnym wobec języka być powinny. Introwertyczność, depresyjność, wzmacniana przez ponure obrazy – wszystko to wydaje się dość znane współczesnemu odbiorcy. Łatwo przejść koło tych tekstów obojętnie, bo nie starają się nas za wszelką cenę uwieść.(…)”
- pisze Artur Nowaczewski w Toposie 1(110)/2010
Czytając wiersze Joanny Lech, które nie wiadomo dlaczego porównywane są do poetyki filmów Jarmuscha, do poetyki powieści Hrabala, do kontynuacji odkryć formalnych w poezji Wojaczka, Rimbauda, Honeta i Sosnowskiego, trudno nie odczuć obcości tych wyalienowanych strof ze wszystkiego, z czym można skojarzyć twórczością poetycką.
Przede wszystkim ta wydumana poezja cierpiąca, mająca pozór dramatycznie przeżywanego świata przez kobietę wchodzącą w życie dorosłe, pełne kolców i ranień, spreparowana jest z sztucznie przywoływanych strzępów przeżyć (powódź i ostracyzm podwórkowy w dzieciństwie), które niewątpliwie były udziałem autorki, ale są one tak już artystowskie, że nie wiążą się ani z autorką, ani z podmiotem lirycznym, a odskakują natychmiast od czytelnika, wiodąc jakiś smętny, nieprzyswajalny byt.
Wiersze mówią o nieprzystawalności bohaterki utworów do świata, który boleśnie odbiera. Używa wielu środków surrealistycznych, bebechowych i metafor rzygawicznych, wielokrotnie pojawia się nadrealistyczny sen, ale zawsze koszmarny, pełen lęków i onirycznych egzaltacji. Następuje tutaj nieporozumienie ze względu na wymienność obiektu opisywanego i autora. To wyszło mniej więcej tak, jakby zdegradowany i popsuty świat zaczął przemawiać, jakby nie wiadomo było, jakim sposobem coś, co umiera i co jest w zaniku, zaczęło opowiadać o sobie. Artysta, który akurat tak odbiera świat i ma wolę go tak opisać, musi nad nim panować, nawet, jeśli dysponuje śmietnikiem, miastem zdeformowanym, pustym i wyludnionym, to ten katastrofizm nie może być pisany anemią i wrażeniem, że nam pacjent zaraz umrze nie powiedziawszy, co mu dolega. Jęki Lechowej są wprawdzie wyniosłe i zdystansowane, jakby artykułowała je dama nadepnąwszy na odchody ludzkie, ale jednak niezgoda, mimo, że pisana cichą skargą, jest słana w pustkę, w brak adresata, w neurotyczną abstrakcję, która jest wszystkiemu winna. Nie dowiadujemy się z wierszy, kto za tym stoi, dlaczego w otwierającym wiersz „Głód” kochankowie, którzy z taką skutecznością wymieniają między sobą płyny ustrojowe, nie są zadowoleni. Mało, dalej kochankowie, już w odległości tak dużej, że technicznie nie jest to możliwe, stają się zupełnie nieosiągalni sobie, jak jest w wierszu „Przepustowość”
„(…)przełamuję się światłem i ciągle jeszcze próbuję cię dotknąć,
ale to zawsze za mała przepustowość, spięcia na łączach.”
Jeśli w wierszu jest jesień, to tylko w postaci czegoś, co zaraz nastąpi, czyli zbliżającej się zimy i ten permanentny chłód, przeciąg i lodowatość zawsze są opisane schyłkowo, jako degradacja, nieunikniona katastrofa i senny majak. Minorowość nie jest ani poezją czarną, ani gotycką, nie służy do straszenia, nie jest też katastroficzną diagnozą. Nawet w kończącym tomik wierszu „Odpryski” pojawia się, zadawałoby się, optymistycznie i z happy endem ukochany, ale w postaci już przez bohaterkę wiecznie niezadowoloną i zimną, niechciany:
„(…)Chyba południe, bo wracasz.
I wszystko znów się zapętla.”
Nie dowiadujemy się z całego tomiku, na ile wieloznaczność tytułu, w pierwszym rzędzie zapowiadająca medyczną przypadłość, dotyczy scen w szpitalu i niedogodności z tym związanych, a na ile jest sprzeciwem wobec kobiecego losu, który każe kobiecie stać przy garach i być niezadowoloną ze zbyt wczesnego przychodzenia z pracy męża („chyba południe”), ponieważ koszmar ich współprzebywania zawsze naznaczony jest niezadowoleniem i muchami w nosie.
(…) „Te wiersze brzmią jak dobrze odrobione zadanie domowe absolwentki Studium Literacko-Artystycznego przy Uniwersytecie Jagiellońskim, znakomicie obeznanej z modnymi dykcjami poetyckimi ostatnich lat. Takich imitatorskich talentów mamy wiele. Za takie predyspozycje nie dostaje się prestiżowej Nagrody Bierezina. Musi tu być coś więcej, skoro jury wyłuskało projekt autorki z Rzeszowa i nagrodziło tomikiem. I szczególnie nie trzeba się wysilać, żeby tę wartość dodatkową znaleźć.(…)”
- napisze tajemniczo Karol Maliszewski, pozostawiając czytelnika z tym bezskutecznym poszukiwaniem.
„(…)która zapada, gdy nie mamy nic do powiedzenia, albo właśnie mamy za dużo, tylko brakuje nam słów. To jest poezja brakujących słów. Co może dziwić, gdyż na pierwszy rzut oka wydaje się, że słów jest za dużo.
– podpowie jeszcze Karol Maliszewski w dodatku „Kultura”, „Dziennik Gazeta Prawna” z 31.12.2009
Natomiast Jakub Sajkowski na portalu nieszuflada.pl nie ma wątpliwości:
„(…)Ale jedno jest pewne: nie jest to poezja odmierzana “tępą wsuwką do włosów” jak gdzieś już było zapowiadane. Zastanawiam się, czy Joanna Lech odmierzała tu gdziekolwiek i cokolwiek.(…)”
Mogę odpowiedzieć Panu Sajkowskiemu: nie odmierzała.
Tags: czytam więc jestem
AKT XIII
Ciało jest wtedy bezcielesne, gdy nie widzą go ludzie;
nie spocznie dłoń na twoim udzie,
nie powie nikt już „weź ta ręka”,
bo nie ma rąk i już nie skręca
temat rozmowy tak naprędce
kleconej w biegu
dla kończyn dolnych. Ot, wlecze serce
nitkę wykresu w sztywnym ściegu.
Ciało, to dowód na istnienie bytów subtelnych w swej naturze;
co urealni je na górze?
Jedynie tkanka rozpięta na rożnie, bez duszy,
nie popsuje się mięso, jak się je wysuszy,
jak pokarm na złe czasy, magazyn dla serca
skarbów świata całego, jak przysmak,
który jada ludożerca,
by nie jadł nic innego i nie wiedział jak
uniknąć cielesnego głodu. Była obfitość przydziałowa,
były kończyny wszystkie: i korpus, i głowa
gdy jeszcze buzował chcący przeżyć setkę,
produkt z taśmy. Go zdjęto, kontroler dał metkę
i się na powrót scalał spojrzeniami,
przyrodą, marzeniem zaklinanym w słowie,
bez limitu dniami,
aż został cień, który zgubił niewidzialny człowiek.
Tags: 2010 · Nie daję ci czytać moich wierszy
W ostatnim filmie Romana Polańskiego można doszukiwać się, jak chcą krytycy, powiązań z innymi arcydziełami tego reżysera, jednak jest osobnym, integralnym utworem, najświeższą wypowiedzią artystyczną, noszącą charakterystyczne rysy dojrzałej twórczości perfekcjonisty i moralisty.
Film stawia pytanie o wolność artysty w świecie tak skomplikowanym, pełnym sprzecznie działających w nim sił, gdzie krzyżują cię ciągle strefy wpływów i gdzie na jego powinności, mającego odwiecznie etyczne obowiązki ich rozwikływania, nie ma miejsca.
Nakręcony na podstawie powieści brytyjskiego pisarza Roberta Harrisa „The Ghost” szczególnie skupia się na specyfice słowa pisanego, zawiera bowiem problemy literackie pełne kontrowersji wskutek rozszczepienia powinności, jakimi powinien kierować się wolny zawód pisarza bezprawnie zniewalanego i oddanego służbie zewnętrznych sił rządzących światem.
Tytułowy widmowy pisarz, pisarz do wynajęcia, murzyn, ghostwriter, który daje się skusić swojemu agentowi zleceniem miesięcznej pracy za astronomiczne honorarium 250 tysięcy dolarów polegającym na nadaniu artystycznego kształtu nieudolnie spisanej autobiografii żyjącego byłego premiera Wielkiej Brytanii popada w coraz większe tarapaty, ponieważ napotyka na rozbieżności miedzy pracą historyka, a machiavelliczną powinnością wobec swojego klienta.
Ale, mimo sensacyjnych i spektakularnych scen filmowych, wprowadzenia całego arsenału najnowszych technicznych środków komunikacji, transportu i najświeższych narzędzi wojskowych oraz atrakcyjnych widoków nadmorskich posiadłości na wyspie, gdzie rezyduje dzisiejszy władca mocarstwa uzależnionego od innego mocarstwa, z prowadzonej wspaniałej narracji filmowej wyziera jedynie smutek zmarnowania jednostki, a nie właścicieli świata. Ten romantyczny akcent przegranego bohatera pozytywnego doskonale współgra ze zdawało się już bezpowrotnie utraconą naiwnością i paradoksalnie ożywa zyskując na aktualności.
Bo mimo nakładających się warstw komplikujących akcję wzajemnymi powiązaniami i domysłami, kto za tym wszystkim stoi, mamy, za przyczyną autora filmu cały czas na uwadze widmowego autora, który jest anonimowy, jak współczesna dusza, przeganiana z ciała wszechpotężnej administracji świata, która błąkając się od Annasza do Kajfasza z żałosnymi manuskryptami, na wiele sposobów próbuje stoczyć nierówną walkę z siłami zła. Wielokrotnie sponiewierana, wykorzystana seksualnie, wykpiona i wydrwiona, w końcowej scenie zostaje definitywnie zabita, a wiatr roztrwania po ulicach dzisiejszej wspaniałej metropolii kartki sześciuset stronicowego manuskryptu, które umierając trzymał w ręce widmowy pisarz, jak ślady, jak ułamki prawdy z rozbitego lustra, które diabły roztrzaskały, niosąc je do nieba tak, jak działo się w pięknej baśni Chrystiana Andersena.
Tags: czytam więc jestem
AKT XII
Dobre godziny to te, kiedy
cień aksamitny kładzie niebyt,
kiedy się lato ciałem staje
wtulonym w wieczór skóry szalem;
tak trudno istnieć dla istnienia
tego wieczoru i w nim cienia,
rozgrzanych drobin ciała w matni,
promieni dobrych i ostatnich,
tańczących po powierzchni chcenia,
przekonań, że już głębi nie ma,
że nic nie boli już do końca
upływu lata, lat, trująca
już postać z czasu nie wyrośnie,
nie spotkam jej, miną mnie goście
nie zapraszani, których ciała
powidok słońca zmieni w banał.
Tags: 2010 · Nie daję ci czytać moich wierszy
AKT XI
Ach, wierzysz w miłość, nie ma ciała
tylko marzenie, tylko czar?
- Rozpada się niebo w noc sierpniową
spadają gwiazdy nad twą głową,
jak więc mam wierzyć w świat w kawałach
kiedy się rozpadł?
Miłość to wiara w to co w niej
symetrią zmysł pociąga.
Nie w konieczności problem tkwi,
wybór to rzecz wolności,
jakże wybierać, kiedy przestrzeń
pusta, bez gwiazd i końca!
Ciało to już zamknięty byt
uchwytny i jednaki
gwiazdy skałami meteorów,
ziemię opętał tłum potworów,
których nie rozpoznaje nikt,
a gwiazdy to nie ptaki
naiwne, łatwo łowne w sidła.
Gwiazdy są zimne i wygasłe
spadają, tam, gdzie chcą,
rysują trajektorię racą
białego światła. To są widma,
nie drogowskazy własne
lecz cudze drogi, wciąż mylące
poszukiwaniem złudnym,
miłość jest tak realna w ciele,
jak rzeczywistość wcieleń
w życie, w jego dwa końce
między słonecznym południem.
Tags: 2010 · Nie daję ci czytać moich wierszy
Sierpień 3rd, 2010 · 4 Comments
AKT X
To, co pod skórą,
co ciut ciut głębiej,
jest uwerturą
do wnętrza. Lepiej
się nie prześwietlać
się nie rozpadać
na analizę. Pozorność z metra
to mechaniczność wnętrza. W układach
poukładane? Ależ to pozór!
Wygoda świata w tępej szykanie
narzuca pęta, by grany utwór
nie absorbował. Zagrany ładnie
wchłonie przymilne ucho średniości
nagrodzi kopię, pochwali banał,
by nie móc więcej w roszczeniach rościć
do głębszej warstwy dostępu. Kanał
zatkany szczelnie, zamaskowany,
kto strwonił życie, o nim nic nie wie!
Mądrość szukaniem ścieżki nirwany:
w meandrach kluczeń wchodzi się w siebie.
Tags: 2010 · Nie daję ci czytać moich wierszy
AKT IX
Ogród sierpniowy tłoczy pigment żółty, jak siarkę,
jad zakończy to lato, złość zabarwi walkę
żółtym proszkiem, którym bąki rozkoszują się w kwiatach;
w słońcu będę się smażyć w słownych, pożółkłych miazmatach
zanim się nie rozpadnę, jak kartki dziennika
ledwo dyszące kruchością metryki, zżółkłe od narodzin,
od złości, niemożności i od lat, kiedy świat był cały zaropiałym wrzodem,
zepsutą krwią, woskową modlitwą;
spłonę, by już nigdy nie pić płynów barwy moczu,
by nie posklejał jęczmień zbyt otwartych oczu
które patrzą, jak sierpień znika w słonecznikach.
Tags: 2010 · Nie daję ci czytać moich wierszy
AKT VIII
I pójdę w las, gdzie ściana się otworzy,
w aksamit wsiąknę, w miękkich liści morze
których koniuszki jak sierść mnie wypieszczą,
będę się wsączać esencją i treścią,
w każdą możliwą mi metamorfozę,
w gorączce się wypocę,
będę u siebie, będę prawdą sama,
bo nikogo nie będzie, by chciał przy mnie kłamać.
Ciężar ciała wysuszą na mnie parne noce,
bez żadnej selekcji, wymaganych ocen
wniknę w las, jak ajent, który swoje dożył
w mieszkaniu przejściowym.
Nie musisz mnie unikać niespełnieniem,
czego nie zabrał głód, to teraz się nie najem:
w zieleni fotosynteza pulsuje
łączeniami bez związków. Pnie się czulej
niż z serca. Chlorofil gra z cieniem,
w wyższe piętra podąża, ku słońcu!
I tak oddzielam się, nie roszcząc, gdyż nie mówię,
bo co to jest za mowa wiatr wiejący w tłumie
drzew! Pamięć skarżących i obrońców
echem są głupich słów,
obchodzą mnie tak, jak sprawcze zdanie
co pozbawia widoku na pierwsze śniadanie.
Tags: 2010 · Nie daję ci czytać moich wierszy