Lata sześćdziesiąte. Rudek (12)

Nie było łatwo wracać Rudkowi na Kubę po urlopie w Polsce, gdyż nie miał już domu i nie wiedział, co go czeka. Spotkanie z Anatolem Korcem mogło być burzliwe i bał się, że go pobije, tak, jak zrobił to z dyrektorem w Turoszowie, za co został zwolniony z pracy. Kiedy Rudek wpadał w szał, nie pamiętał co robi, rzeczy toczą się wtedy niezależnie od niego i on na nie nie ma wpływu. Pragnął tylko, by udało mu się Korca nie zabić.
Jego rzeczy stłoczone byle jak w małym pomieszczeniu zajmowanym przez administrację osiedla Alamar sprawiały wrażenie przygnębiające. Kierownik dał mu karteczkę od compañero Polaco. Pojechał zobaczyć mieszkanie na pozostawiony przez Korca nowy adres. Po drodze stanął w kolejce do narożnej budki, wypił cafecito zwane colada zawsze rewelacyjnie smakujące, z pianką „espumita” i to go uspokoiło. Sam dźwięk tych nazw, hiszpańskojęzyczny gwar ulicy działały na Rudka kojąco. W bistrze zjadł jeszcze piętrowy cuban sandwich, gdzie z grzanek wystawały falbanki cieniutko pokrojonego boczku. W Polsce nie jadł czegoś tak pysznego.
Mieszkanie okazało się służbówką dozorcy garaży, z oknami w garażu i bocznymi na wyjazd z garażu. Garaż był czynny całą dobę, słychać było huk motorów, głosy kierowców i spaliny. Miało jeden pokój z wnęką.
Rudek ponownie wpadł w szał, ale przez kolejne trzy dni, które przemieszkał w pokoju u Bogdana Zieleńca w swoim dawnym mieszkaniu w casa 192, Korzec był nieobecny w biurze i ukrywał się przed Rudkiem.
Tymczasem w Ministerstwie Budownictwa Kubańczycy powitali Rudka owacyjnie. Stali z robotą i czekali na jego dalsze korekty, miał pilnie lecieć do Santiago de Cuba, a jego sprawa mieszkaniowa nie została rozwiązana. Nikt nie słyszał tutaj o rzekomej rezygnacji władz kubańskich z jego usług. Skutkiem skargi Rudka do Biura Radcy Handlowego przy polskiej ambasadzie, do compañero Anatola Korca pojechał wydelegowany przez ministerstwo inżynier Matos, ale go nie zastał. Nazajutrz obaj z inżynierem Matosem pojechali na Miramar, gdzie udało im się przekonać sekretarkę, by ich wpuściła. Po chwil Rudka siłą wyprowadzono na korytarz, gdzie czekał, aż inżynier Matos porozmawia z Anatolem Korcem.
Rudek wrócił do zajęć zawodowych mieszkając kątem u Bogdana Zieleńca. Projekt zakładu prefabrykacji elementów konstrukcyjnych dla budowy fabryki lin w Bayamo na zlecenie wiceministra Materiałów Budowlanych inż. E. Ezenarro był w pełnej fazie rozwoju i zbliżał się do zakończenia. Równocześnie jego pracownia podjęła się zaprojektowania przenośnego dźwigu do budowy domów osiedli mieszkaniowych na terenie całej Kuby, zleconego przez dyrektora Departamentu Osiedli arch. Gabriela Zerguera. W związku z wyburzeniami starych bohio socjalistyczna architektura nabierała rozpędu. Także Instituto de Los Reciersos Hiddraulicos domagał się pilnych projektów.
W połowie marca Rudek otrzymał od dyrektora Instituto De Proyectos inż. Parezcio polecenie opracowania projektu tunelu przelotowego dla dwupasmowej drogi w Santiago De Cuba. Po zaprojektowaniu i zatwierdzeniu projektu organizował jego wykonanie i przewidywał maszyny do jego budowy. Studiował materiały z badań laboratorium mechaniki gruntu oraz dane sejsmiczne. Wszystko to przedstawił na licznych konferencjach, radach pracowniczych przy udziale rzeczoznawcy i doradcy Ministra Budownictwa inż. M. Isova.
Tymczasem do ambasady i komórki radcy handlowego Anatola Koreca spływały z Ministerstwa listy chwalące ingeniero Rudolfo i przynaglające do rozwiązania sprawy mieszkania. W czasie pobytu Rudka w Santiago de Cuba z bólem serca, nie mając innego mieszkania i innego wyjścia, Anatol Korec wydał pocenie, by w zarezerwowanych pokojach dla lepszych Polaków dać Rudkowi tymczasowe pomieszkanie w Hotelu Nacional i nie miał też możliwości wstrzymywać przyjazdu żonie Rudka. Krystyna była jednak krótko, niespodziewana choroba teściowej zmusiła Rudka do kolejnych kontaktów z Polakami, do upokarzania się i próśb o możliwość nagłego powrotu do Polski jego żony.
Z warszawskiego Polservice w połowie kwietnia nadeszły przeprosiny: „jednocześnie pragniemy wyrazić ubolewanie, że ponownie podjęcie przez Obywatela pracy na Kubie było związane z tyloma przykrościami i kłopotami. Żywimy nadzieję, że sprawy bytowe i zawodowe Obywatela zostaną uregulowane pomyślnie. Korzystając z okazji łączymy pozdrowienia. Zastępca Kierownika Działu Zatrudnienia specjalistów za granicą mgr Stefan Hrycaj.” To go podniosło na duchu i rzucił się z całym impetem w wir pracy, do której miał teraz blisko. Przynosił do domu teczki z dokumentacją i nocami robił obliczenia na suwaku.
Kosztowne mieszkanie hotelowe nie mogło być wynajmowane długo, jednak mieszkał tam do jesieni i wtedy Rudek niespodziewanie dostał przepiękne, trzypokojowe mieszkanie na Miramarze. Dawni lokatorzy opuścili je niedawno na zawsze za sprawą Castro, który otworzył mały port Camarioca do emigracji Kubańczyków w ramach łączenia rodzin. Camarioca była małą osadą rybacką leżąca na 130 kilometrze szosy prowadzącej wzdłuż Cieśniny Florydzkiej z Hawany do Varadero. Tutaj wsiadających w łodzie rybackie Kubańczyków z małymi dziećmi zobaczył cały świat.
Od kryzysu rakietowego w 1962 Amerykanie zablokowali rejsy do Stanów Zjednoczonych, a w 1963 Organizacje Państw Amerykańskich zerwały stosunki dyplomatyczne i handlowe z Hawaną, oprócz Meksyku. Działała linia lotnicza Hawana — Ciudad Mexico, ale nie przyjmowano emigrantów kubańskich. Kosztowny lot hiszpańską „Iberią” przez Madryt był dostępny dla nielicznych, peso kubańskie przestało być wymienialne. W nocy z 29 września 1965 roku na Plaza de la Rewolucion w Hawanie Fidel Castro ogłosił, że począwszy od 10 października 1965, port Camarioca będzie otwarty. Kubańczycy, którzy chcą na zawsze opuścić Kubę pozostawiając cały dotychczasowy majątek muszą złożyć wniosek do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Zaraz po zgłoszeniu chęci wyjazdu Kubańczycy tracili pracę i do czasu wyjazdu pracowali na podrzędnych fizycznych etatach. Inwentaryzowano majątek i sprawdzano jego stan w dniu wyjazdu.
Na zarządzenia Fidela 3 października 1965 prezydent Lyndon Johnson pod Statuą Wolności w Nowym Jorku odpowiedział zobowiązaniem publicznym do przyjęcia uchodźców i podpisał umowę imigracyjną.
Od 6 do 28 października 1965 ponad 600 statków z Florydy przewiozło 8000 osób. Ale zaraz tę trasę morską zamknięto w drodze porozumienia między obu rządami. Wynegocjowano też „wolność lotniczą” i część uchodźców leciała bardziej bezpiecznie małymi amerykańskimi samolotami handlowymi kursującymi między Varadero i Miami. Z Camarioci wypływały kutry i jachty do 15 listopada 1965 i przewieziono około 3 tysięcy uchodźców. Pierwsza tragedia stała się na początku listopada u wybrzeży Meksyku, jacht żaglowiec rozbił się przy złej pogodzie na rafach wyspy Contoy. Z 45 pasażerów uratowało się tylko sześciu.
15 listopada port Camarioca został zamknięty, a exodus Kubańczyków wstrzymany.
Wszystko to w biurze Rudka było dyskutowane i liczba inżynierów, kreślarzy i sekretarek w Ministerstwie gwałtownie zmalała.
Jednak pomimo racjonowania, Kubańczycy chodzili bardzo dobrze ubrani i nie głodni, prawie każdy miał pracę i pensję, Castro wciąż cieszył się poparciem przez zdecydowaną większość Kubańczyków.
Wprawdzie fotografie Che Guevary wieszano w pokojach amerykańskich campusów i zdawało się, że młodzież całego świata sprzyja rewolucyjnej Kubie, przyjazd Beatlesów na tourne po Ameryce od 13 sierpnia 1965 roku wywołał wielkie zamieszanie na wyspie. Nie wiadomo, jak dotarł najnowszy album „Hepl!”, gdyż muzyka pop w języku angielskim była wrogiem ideologicznym. Robiono domowe płyty ze zdjęć rentgenowskich, a bliskość Florydy pozwalała na chwytanie fal amerykańskich radiostacji, co było zakazane na Kubie. Rozpoczęły się nagonki na długie włosy u chłopców, sandały i obcisłe spodnie. Za to skazywano na przymusowe roboty w jednostkach wojskowych. Zwalczano „gejostwo” jako przejawy kontrrewolucji.
Niemniej echa największego koncertu Beatlesów 15 sierpnia na stadionie Shea w Nowym Jorku, na który przyszło ponad pięćdziesiąt pięć tysięcy ludzi dotarły do Hawany.
Na Placu Rewolucji wisiały transparenty z 26 lipca „Popieramy Fidela”, ale Fidel Castro usuwał już ostatnie przeszkody na drodze do władzy absolutnej. Z początkowych Zjednoczonych Organizacji Rewolucyjnych, w które weszły trzy ruchy rewolucyjne: Ruch 22 Lipca, Rewolucyjny Dyrektoriat i Socjalistyczna Partia Ludowa, powstała jedna: Komunistyczna Partia Kuby. Dziennik „Revolucion”, dotąd w miarę niezależny przy omawianiu sztuki i literatury, ambitnie prezentujący Pabla Picassa , Miró , Caldera , Jean-Paul Sartre , Simone de Beauvoir i Julio Cortázara został zastąpiony 3 października 1965 roku organem Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Kuby, gazetą „Granma”. Redaktorem „Granmy” został Jorge Enrique Menendez. Zakazał wszelkiej krytyki Fidela Castro jego reżimu.
Niedługo potem starsza siostra Fidela – Juana Castro Ruz uciekła do Meksyku i potępiła tam reżim Fidela w radiowym wywiadzie.
Rok wcześniej w lipcu 1964 odkryto trzy tony broni dostarczonych przez Kubę Wenezueli. W artykule „Socjalizmu i człowiek na Kubie” Guevara przedstawił jedyną możliwą wizję życia na Kubie jako hombre nuevo. Ma on odrzucić wszystkie indywidualne potrzeby i stać się człowiekiem społecznym. Ma się solidaryzować z międzynarodowym proletariatem. Chciał też, by gospodarka przynajmniej była taka, jak w Chinach Mao-Tsetunga.
W grudniu 1964 wygłosił w ONZ płomienną mowę, napadł na imperializm, spotkał się ze Malcolmem X Michelle Duclos. Potem odwiedził Egipt, Algierię, Ghanę, Gwineę, Mali, Dahomej, Kongo-Brazzaville, Tanzanię, w drodze powrotnej Irlandię , Francję i Czechosłowację.
Na konferencji afro-azjatyckiego w Algierii 24 lutego 1965 oficjalnie skrytykował politykę gospodarczą ZSRR.
Od momentu, kiedy Fidel i Raul powitali go na lotnisku 14 marca 1965 roku już się więcej nie pojawił.
Wobec nacisków i licznych spekulacji Fidel Castro 16 czerwca 1965 wygłosił w przemówieniu tajemniczy komunikat, że Guevara jest tam gdzie jest najbardziej potrzebny, 3 października 1965 ujawnił, że dostał od niego list. Powiedział, że jego amigo jest w dobrym zdrowiu.
W tym czasie Guevara wspierał zbrojnie zwolenników zamordowanego Lumumby w Kongo. Był tam jeszcze jesienią, kiedy grupa amerykańskich Zielonych Beretów i najemników z rządem apartheidu w RPA i osłabiła oddział Guevary i zwolenników Lumumby. Guevara, w porównaniu z entuzjazmem na Kubie podczas rewolucji, spotkał się tu z wrogością lub zaniechaniem tubylców. Chory na astmę po pół roku walk opuścił Kongo i walczących wraz z nim 180 Kubańczyków, z których zginęło sześciu. Przez następne sześć miesięcy ukrywał się w Tanzanii, potem w Czechosłowacji i NRD.
Rudek nie wiedział już, czy te wszystkie opowieści o Guevarze to prawda, ale prawdą było, że ceny cukru na rynkach światowych spadały na łeb na szyję, jedynym odbiorcą cukru po zawyżonych cenach było ZSRR, a Che je obraził.
W grudniu Bogdan Zieleniec pojechał na urlop do Polski i przysłał Rudkowi list, w którym prosił, by odebrał za niego jego pensję ze szkoły. Donosił, że Polskę Pan Bóg skarał kardynałem i kontr kardynałem.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Andrzej (9)

Jeszcze w styczniu 1965 roku wysłał babci ze Szczyrku do Przemyśla pocztówkę o takiej treści: Pozdrowienia ze Szczyrku, jestem z kolegą na nartach, fajnie, że nie ma tu mamy i Ewy.
Andrzej dusił się w ciasnym domu, wpadał tylko na posiłki i uczył się nocami. Przejściowe wprawdzie, ale prawdziwe doświadczenie posiadania oddzielnego pokoju na Kubie zdemoralizowało domowników i wszyscy zaczęli odczuwać potrzebę izolacji nieznaną wcześniej.
Z klasą zaliczyli wprawdzie kino „Kosmos” otwarte na Koszutce z wielka pompą w 20 rocznicę wejścia wojsk radzieckich, czyli wyzwolenia Katowic, ale Andrzej rzadko tam bywał. Przyjechał wtedy twórca „Krzyżaków” ze Zbyszkiem z Bogdańca i odbyła się projekcja „Pierwszego dnia wolności”, gdzie Kalenik zagrał esesmana. Najnowocześniejsze kino w Katowicach miało ekran panoramiczny 5,20 m x 13 m, 700 miejsc i wysokie uskoki między rzędami miękkich foteli, gdzie nikt nikomu nie zasłaniał, dźwięk stereofoniczny emitowany urządzeniami polskiej produkcji D 345 i niemieckimi Zeiss Ikona oraz klimatyzację. Projektor polskiej produkcji AT 5 miał rewolwerowy uchwyt obiektów i elektromechaniczny napęd. Wchodziło się do hallu, w którym bileterki i kasjerki ubrane były w jednakowe granatowe kostiumy, na piętro po ażurowych schodach, gdzie stało kilkanaście stolików, przy których można było napić się kawy.
Ale bilety były najczęściej nie do dostania.
Mówiło się tylko o Beatlesach i kiedy jesienią ubiegłego roku Helen Shapiro wystąpiła w krakowskiej hali Wisły, koleżanki z klasy Andrzeja zdwoiły ilość lakieru do włosów na tapirowane głowy. Wiosną nastąpiła inwazja młodzieży na wszystkie kina w całej Polsce wyświetlające angielski film z Beatelsami i biletów nie dawało się kupić. Film „A Hard Day’s Night” nazwano „The Beatles” lub „Wieczorem po ciężkim dniu”. Kronika pokazywała oblegane kasy kin „Praha”, „Moskwa” i Sali Kongresowej. 400 tysięcy warszawskiej młodzieży i – jak kąśliwie dodawano, „byłej młodzieży”- histeryzowało w kinach i na ulicach Warszawy. Podobnie o seansach filmowych w Krakowie donosił słany z Przemyśla „Przekrój”. W żartobliwym i jednocześnie zjadliwym tonie, zapowiadał zmierzch zachodniej mody na kudłatych.
Tymczasem usilnie próbowano zainteresować młodzież nieprawdopodobnym boomem prasy radzieckiej dostarczanej tonami do kiosków i czytelni KMPiKu. Chwalono najlepsze na świecie wyniki czytelnictwa z ZSRR w porównaniu z krajami europejskimi i USA, dowodząc, że obecnie w ZSRR na tysiąc mieszkańców przypada 800 egzemplarzy gazet i czasopism.
Nie wiadomo, czy te statystyki obejmowały też te egzemplarze, które wożono do krajów socjalistycznych. W Polsce leżały nietknięte „Prawda”, „Pionierskaja Prawda”, „Komsomolskaja Prawda”, „Sielskaja żizn”, Sowietskaja Rosija”, Trud”, „Sowietskij Sport”, „Uczitielska Gazieta” „Futbol”, „Niediela”, „Rabotnica”, „Krokodił”, „Ogoniok”, „Nauka i Żizn”, „Litieraturnaja Gazieta”. Gazet tych nikt nie ruszał i nie kupował i nawet rusycystka na lekcji nie odważyła się nigdy proponować ich uczniom. Nie zainteresowali się nimi, kiedy barwnie pokazano tam „kosmiczną przechadzkę”, do której kosmonauci radzieccy – Leonow i Bielajew – przygotowywali się rok. Gazety groziły, że jeszcze w tym roku Związek Radziecki przeprowadzi następny eksperyment zespołowego lotu dwu lub więcej statków załogowych, które w Kosmosie połączą się burtami, by już niedługo popędzić ku Księżycowi, Marsowi i Wenus, a opuszczenie statku przez kosmonautę stanowił pierwszy etap w przygotowaniach do przyszłego montażu na orbicie przestrzennych stacji kosmicznych z których wystartują rakiety ku planetom układu słonecznego.
Andrzeja jak i jego całą klasę nic to wszystko nie obchodziło. W dalszym ciągu nie miał dżinsów i szpulowego magnetofonu, adapter był już na wykończeniu, a pocztówkowe płyty niemiłosiernie trzeszczały. Na dodatek cała szkoła pojechała tramwajem do Parku Kościuszki na manifestację przyjaźni z bratnią Kubą powitać Raula Castro z małżonką Vilmą Espin. Andrzej nie musiał się wykazywać znajomością hiszpańskiego, gdyż nikogo nie obchodziło co mówi Raul, a i tak głównie przemawiał Gierek. Powiewały flagi narodowe Polski i Kuby i na ogromnym transparencie hasło „Socjalizm młodością i przyszłością świata”. Obok Kliszki, Gierka i Ziętka na trybunie zasiadł ojciec ich szkolnego kolegi z klasy wyżej, naczelny dyrektor Katowickiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego mgr inż. Benon Stranz. Orkiestra górnicza zagrała hymny narodowe Republiki Kuby i Polski. Podkreślono i potępiono antypokojowe knowania amerykańskich imperialistów. Krzyczano „Niech żyje wieczna przyjaźń narodów Polski i Kuby”. Delegacja górników wręczyła towarzyszowi Raulowi Castro olbrzymi puchar z węgla dla towarzysza Fidela Castro. Harcerze i harcerki wręczyli kwiaty. Potem odśpiewano Międzynarodówkę.
Całą trasę przejazdu ulicami Katowic udekorowano flagami biało-czerwonymi, czerwonymi i flagami narodowymi Kuby. Po obu ich stronach stały spędzone ze szkół i zakładów pracy tłumy mieszkańców Katowic. Jak się potem okazało, Raul dostał jeszcze popiersie Stanisława Staszica wyrzeźbione w węglu w Kopalni Staszic.
W Santku omawiano kwietniowy występ jazzowy Elli Fitzgerald z zespołem Oskara Petersona w Pałacu Kultury w Warszawie, na który ktoś z paczki pojechał.
W kwietniu też poszli na film „Pingwin” namówieni entuzjastycznymi recenzjami, do którego były ogonki, ale przynajmniej bilety można było kupić. W katowickim „Światowidzie”, kinie „non-stop” ludzie stali, czekając na wolne krzesło i jak pisali recenzenci katowiccy, dlatego czekali, że ci co siedzieli, nie chcieli kina opuszczać, tak się film podobał. Obok Psa Huckleberry’ego, Pingwin stał się dla nich najczęściej omawianym bohaterem filmowym, którego fałszywy romantyzm odczytali jako zamach na ich wiedzę o relacjach męsko – damskich.
Na Koszutce zmieniono nazwy ulic, zaczęto rugować z socrealistycznego osiedla niemieckich komunistów. I tak wycofano Klarę Zetkin i dano jej ulicę dwa lata wcześniej zmarłemu Gustawowi Morcinkowi. Andrzej mieszkał teraz nie na ulicy Liebknechta, ale na ulicy generała Aleksandra Zawadzkiego zmarłym w ubiegłym roku.
W maju zmarła Maria Dąbrowska, która jak i Eliza Orzeszkowa wszystkich ich na polskim śmiertelnie nudziła, a wydana w całym powojennym okresie w zawrotnej ilości 1700 tysięcy egzemplarzy wypełniała szczelnie stragany i kiermasze „Targi Książki”. Na kiermaszu z okazji „Dni Oświaty” sprzedawano świeżo wydanych „Ludzi stamtąd”, a zapowiedziane „Przygody myślącego człowieka” się nie pojawiły. Andrzej skrył się przed deszczem w podcieniach Zenitu i udało mu się kupić „Małą Encyklopedię” i bardzo się z tej zdobyczy ucieszył. W domu nie mieli żadnej encyklopedii, a przedwojenny „Lexikon”, który używał Rudek, był tylko po niemiecku. Na stoiskach muzycznych leżały jedynie płyty długogrające Violetty Villas, Marii Koterbskiej, Sławy Przybylskiej, Danuty Rinn i „Filipinek”.
Z trudem wydostał się z targów omijając zalecane przez polonistkę stoliki z siedzącymi tam śląskimi pisarzami: Aleksanderem Baumgardtenem, Stanisławem Broszkiewiczem, Janem Baranowiczem, Janem Brzozą i Marią Klimas-Błahutową. Wszędzie krążyły dzieci polujące na darmowe foldery, torebki i kartonowe bibeloty.
Wrócił do domu Armii Czerwonej i w podcieniach świeżo wybudowanego „Separatora” oglądał wystawy salonu „Motozbytu” stojąc na wąskim, tymczasowym chodniku dla pieszych. Podobnie jak tutaj, na Koszutce przy ul. Armii Czerwonej otwarto pawilon ZURiT-u. Pawilony lśniły nowością i sławą niedawnych partyjnych uroczystości ich otwarcia. Wszystko było w nich fikcją: zarówno samochody, których nie dawało się kupić, jak i telewizory które naprawiano miesiącami w oczekiwaniu na dostarczenie części zamiennych. Na wprost rozciągał się widok wznoszonych fundamentów „Superjednostki”, a w dalszym tle rozgrzebanego Ronda. Miano na dniach zainstalować przy Rondzie sygnalizację świetlną i nadrobić zaniedbania, gdyż Katowice były jedynym wojewódzkim miastem w Polsce nie posiadającym sygnalizacji ulicznej.
Zbliżały się wakacje i Krystyna przerażona wydatkami na segmenty Kowalskiego zadecydowała, że na wakacje pojadą tylko do Przemyśla. Mieli i tak piękne wakacje na Kubie, pora trochę zaoszczędzić. Andrzej dostał świadectwo do klasy dziesiątej bez żadnej trójki i z zaledwie trzema czwórkami. W dalszym ciągu jednak najbardziej interesował się matematyką i fizyką.
Perony PKP dostępne tylko jednym wejściem od placu Andrzeja, gdyż nowy dworzec był cały czas w budowie, były wypełnione jadącymi na kolonie i obozy letnie dziećmi i młodzieżą.
Przed kasami, dodatkowo uruchomionymi na czas wakacji, stały gigantyczne kolejki.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Ewa (18)

Do liceum plastycznego egzaminy były wcześniej niż do ogólniaka, ale nie można było złożyć podania do dwóch liceów równocześnie i zdawać w wypadku nieprzyjęcia w późniejszym terminie do innego. To prawo jednej szansy było łamane jak i wszystko w ówczesnej Polsce. Na lekcji wychowawczej klasy siódmej przerabiali to wielokrotnie: pisali na lekcji podanie o przyjęcie, życiorys i drugie podanie w wypadku nieprzyjęcia do szkoły średniej. Pozostawała wtedy zawodówka i każdy uczeń ze względu na obowiązek dalszego kształcenia po ukończeniu podstawówki musiał złożyć podanie do wybranej przez siebie szkoły zawodowej. Ewa marzyła, by móc toczyć prawdziwe kule z drewna, a nie męczyć się ciągle z odpadającymi piłeczkami pingpongowymi z korpusów lalek, dlatego w wypadku nie dostania się do Liceum Plastycznego zapragnęła być tokarzem i podanie do Zespołu Szkół Zawodowych złożyła.
Na lekcji polskiego trzeba było napisać na ocenę ankietę z podyktowanymi na lekcji pytaniami i odpowiedziami.
Ankieta
1 Czy po ukończeniu VII klasy chcesz pójść do szkoły ogólnokształcącej, czy do zawodowej?
2. Jeśli chcesz iść do szkoły zawodowej, to do jakiego zawodu i dlaczego?
3. Gdybyś nie mógł uczyć się w wybranym przez ciebie zawodzie, to jaki inny wybrałbyś zawód (wymień kilka zawodów)?
4 Czy rodzice zgadzają się z twoim wyborem, a jeśli nie, to jaki zawód proponują?
5. Wymień kilka szkół zawodowych, gdzie można uczyć się zawodu który sobie wybrałeś.
Nikogo nie interesowało dlaczego Ewa chce pójść do liceum plastycznego, ale ona doskonale zdawała sobie sprawę z wyboru takiej jeszcze możliwości ucieczki przed życiem wspólnotowym i gromadnym. Tylko w zajęciach samotniczych, w kontakcie z materią, w jej przetwarzaniu, Ewa odzyskiwała smak życia i poczucie bezpieczeństwa. Ale stawała się jeszcze bardziej samotna, brat jej unikał i izolował swoich kolegów i koleżanki od niej, a jej koleżanki szkolne wiedziały już, że nie będzie się z nimi dalej uczyć i też zajmowały się tylko sobą. Marzenka już ostentacyjnie zupełnie ją ignorowała i z korzystając ze swego o głowę wyższego wzrostu nie zauważała.
Ewa zaczęła chodzić do szkoły sama, bez Marzenki. Dołączała do niej po drodze na wysokości pomnika Jola. Na Placu Grunwaldzkim pomnik „Rodzina” stał już ukończony w swojej betonowej, surowej krasie. Nogi rodziców zwężały się ku dołowi, a trzymane nad ich głowami – niczym trofeum – masywne dziecko, świadczyło o tym, że to właśnie w nim Polska Ludowa pokłada największe nadzieje. Jola wyczytała gdzieś, że rzeźbiarz jest w ciężkiej depresji po krytyce publicznej jego dzieła. Wkrótce też pojawiło się znowu rusztowanie i pomnik zaczęto oklejać różnokolorowym złomem ceramicznym.
W życiu Ewy także pojawiły się nowe problemy dnia codziennego, z którymi nie mogła już się podzielić z przyjaciółkami, bo takie już nie istniały. Mimo, że w dalszym ciągu na świadectwie ukończenia szkoły podstawowej „groziły” jej same piątki i nie miała żadnych problemów z nauką, spadło na nią prowadzenie całego gospodarstwa domowego, gdyż jej ukochana babcia Wandzia nie miała pojęcia o zakupach, ani o sprzątaniu. Przed wojną Wandzi usługiwała dziewucha ze wsi mieszkająca w służbówce, a po wojnie Emil. Babcia testowała kuchty testem pierogowym, który decydował o przyjęciu, sama gotowała dużo lepiej od Krystyny, ale trzeba było jej dostarczać wszystkie wiktuały, co było trudne. Także trzeba było za nią sprzątać i choć prosiła Ewę, by pozamiatała tylko po wierzchu, „bo po co się tak męczyć”, to jednak te wszystkie czynności trzeba było wykonać.
Niestety, mimo usilnych starań Ewy, babcia czuła się coraz gorzej z sercem, Andrzej znikał na całe dnie wpadając tylko na posiłki, a Ewa ciągle podnosiła z ziemi spadające otyłej babci przedmioty i wsuwała pantofle, wysuwające się skutkiem przydeptywanych zawsze pięt.
Nastał Wielki Tydzień w połowie kwietnia i babcia w stresie przygotowań wielkanocnych czuła się z dnia na dzień coraz gorzej i powiedziała, że nic nie da rady zrobić. Ale w Wielki Piątek, jak Ewa i Andrzej spali, wstała świtem i kiedy Ewa się zbudziła, babcia w makutrze ucierała już jajka i wszystko na gazie się gotowało. Na wyrzuty, że miała leżeć, powiedziała, że nie mogła wnukom tego zrobić, by nie było bab wielkanocnych i pierogów.
W pierwszym odruchu Ewa zbiegła na parter do pani Ireny, gdyż tej właśnie sąsiadce Krystyna powierzyła los swoich dzieci i matki. Ale w piątek rano pani Irena i jej mąż, też inżynier, byli w pracy, otworzyła jej zasikana ze starczą demencją matka pani Ireny. Odór zepsutego moczu buchający z otwartych drzwi był nie do zniesienia. Zza niej wychyliła się Danka i Wituś, ale cóż mogli oni wszyscy pomóc. W pantoflach Ewa przebiegła koło piaskownicy do Pani Marzenkowej, tylko Marzenka miała telefon. Ale pani Marzenkowa, kobieta przecież niepracująca, przy mężu, od miesiąca podjęła pracę w księgowości Spółdzielni Mieszkaniowej w niebieskich blokach, które wybudował jej mąż, czyli Pimpuś, ojciec Marzenki. Marzenka poradziła, by pójść piętro wyżej do Szeferowej, do której Ewa chodziła na lekcje gry na pianinie, gdyż Marzenka nie znała numeru telefonu, a niedawno męża pani Szeferowej odwiozło pogotowie i pewnie ten numer zna. I faktycznie, pani Szeferowa sprawnie wezwała karetkę pogotowia i babcię Wandzię zawieźli do dawnego, przyklasztornego, teraz miejskiego szpitala w Bogucicach. Ewie przybyły jeszcze jazdy autobusem do Bogucic, gdzie jej ukochana babcia leżała w samym kącie dziesięciołóżkowej, obskurnej sali starego szpitala z czerwonej cegły, ponurego i chyba od zbudowania go w ubiegłym wieku, nie remontowanego. Ewa przywiozła babci jasiek pod głowę i kompot, i zapewnienia, że wszyscy sąsiedzi się nią interesują i pomagają im w domu, co było nieprawdą. Ewa przemykała się przez klatkę schodową obładowana siatkami zakupów chwytając nieżyczliwe spojrzenia sąsiadów, którzy z satysfakcją patrzyli, jak się Ewa męczy i dobrze jej, bo rodzicom zachciało się Kuby zamiast tutaj siedzieć i doglądać starej matki. Babcia Wandzia miała sześćdziesiąt pięć lat i Ewa w codziennych żarliwych modlitwach do swojej patronki, Małej Tereski z Lisieux życzyła swojej ukochanej babci długiego żywota i modlitwa została wysłuchana. Ponieważ Ewa posłusznie na polecenie babci wysłała telegram na Kubę powiadamiając matkę o chorobie, doszły w szpitalu razem z babcią do wniosku, że przecież nie musi mama wracać, skoro lekarze uważają, że nie ma żadnego zagrożenia życia. Wanda, pełna wyrzutów sumienia kazała Ewie wysłać następny telegram. Ewa wiedziała, że każda litera telegramu na inny kontynent to mnóstwo pieniędzy i starała się redagować wiadomość jak najoszczędniej.
Zgodnie z poleceniem matki, że ma o wszystkim informować panią Irenę zeszła tam wieczorem. Mimo, że pani Irena często nie przychodziła na noc zostawiając swoją matkę i dwójkę małych dzieci do opieki mężowi, gdyż musiała być „na kopi”, tym razem była w domu i przyjęła Ewę leżąc w łóżku i odpoczywając po racy. Trzymając w jednej ręce szklankę z kawą, a w drugiej papierosa, powiedziała Ewie, że jutro przyśle do niej kobietę do sprzątania, której trzeba zapłacić i by Ewa zostawiła klucze. Ewa z bólem obserwowała, jak znikają z domu różne przedmioty, nawet kubańskie kolekcje znaczków Andrzeja, muszle, ubrania, nowe białe buty mamy z szafki z przedpokoju. Po wyczyszczeniu dywanu z dużego pokoju i umyciu podłóg i pobraniu kilkudziesięciu złotych kobieta, której towarzyszyła mała dziewczynka zaglądająca do wszystkich szuflad już się nie pojawiła, co Ewa przyjęła z ulgą. Teraz zostali sami z Andrzejem na gospodarstwie i wykształcił się specyficzny podział ról. Andrzej stołował sie tylko w barach mlecznych i potrafił w ciągu dnia odwiedzić nawet trzy, kupując w każdym inne naleśniki z serem lub gołąbki. Ewa po południu zmywała naczynia, a Andrzej cały czas w trakcie zmywania opowiadał jej wszystko, o czym się mówiło ubiegłego wieczora w Santosie. Kiedy kończyła, on też kończył opowiadać i szybko szedł do Santka, by wrócić późnym wieczorem i nastawiwszy Radio Luksemburg do rana się uczyć.
Ewa zasypiała śmiertelnie zmęczona jak kamień, nie oglądając telewizora, zdążywszy jedynie odrobić lekcje. W soboty Andrzej sprowadzał do zajętego zaraz po wyjeździe Rudka małego pokoju niemal całą klasę – „do wolnej chaty”, zamykał się tam z nimi i Ewa nie miała do nich wstępu. Czuła się wtedy jeszcze bardziej samotna niż gdyby była kompletnie sama w domu. Stawała się coraz bardziej nieśmiała, niepewna i zahukana.
Babcię przywieźli ze szpitala na krótko przed powrotem Krystyny z Kuby. Wkrótce pojechała do Przemyśla, a Krystyna rzuciła się w wir meblowania mieszkania. Udało jej się natrafić na moment, kiedy nie wiadomo z jakiej przyczyny i czyjej interwencji, komplety meblościanek Kowalskiego nagle przestały być jedynie dekoracją wystawową w domu meblowym na ulicy Mickiewicza. Wóz meblowy miał tylko kilka przecznic do przejechania i robotnicy wnieśli deski paździerzowe na trzecie piętro. Stolarz polecony przez panią Irenę pociął piękne biurka dziadka Franciszka w stylu Art Deco zamieniając je na komody i zwężając tak, by się zmieściły w przedpokoju pełniąc rolę bieliźniarek. Z przedwojennej szafy stolarz zrobił pawlacz w przedpokoju. Podzielił mały pokój na dwa wąskie pokoiki o wspólnym oknie, przedzielonym ruchomą ramą z płytą pilśniową, by można je było otwierać i zamykać. Andrzej skutkiem nie centralnego położenia okna na ścianie dostał większy kawałek pokoju, głębszy sekretarzyk z zamykanym blatem i różnymi w środku przegródkami, szafę na ubrania z lustrem i drążkiem na krawaty oraz wysuwane, a na dzień pełniące rolę kanapy, łóżko. Ewa w swojej części, z racji tego, że jej edukacja związana była z malowaniem, duży składany na noc stół, gdyż inaczej nie dałoby się rozłożyć kanapy złożonej z trzech materacy i wnęki na pościel będącej równocześnie czarną tablicą do rysowania. Te supernowoczesne meble, którymi Ewa z bratem nie mogli się napodziwiać i nacieszyć, były oddzielone przepierzeniem ze szkieletu drewnianych kantówek obitego płytą pilśniową. Ewa nie wdziała Andrzeja i kto do niego przychodzi, podobnie on mógł zapomnieć o jej istnieniu. Głośna muzyka wyciszała ewentualne odgłosy z obu stron.
Do dużego pokoju Krystyna kupiła taki sam stół jaki mieli już Józek i Zosia – na metalowych krzyżakach z podnoszonym blatem na dwie gałki, do którego zamówiła szkło, by się politurowany blat nie niszczył. Dokupiła jeszcze miękki fotel Andrzejowi, wąskie trzy szafy zestawu Kowalskiego do przedpokoju i wyrzuciła na śmietnik resztę mebli zrobionych przez Rudka. Meble Kowalskiego skręcał i zbijał stolarz, mimo, że jak się potem okazało, mogli to z powodzeniem zrobić sami, ale nikt nie wiedział, że jest to takie łatwe.

Na ostatnią pożegnalną zabawę szkoły podstawowej obowiązywały mundurki. Przyszli pomagać wychowawczyni zastępczej – ich ukochana pani Szalecka była chyba na macierzyńskim, rodzice. Krystyna z mamą Joli, ojcem Basi i panią Marzenkową siedzieli z przysadzistą nauczycielką przy jednym stole i pili herbatę, a klasa tańczyła w parach, małe dziewczynki tańczyły z małymi chłopcami, wysokie z wysokimi. Usia, wyższa nawet od Marzenki, tańczyła z Tadkiem Tobusem, a Ewa z maleńkim Andrzejem Kleszczem.

Kończono już budowę Ronda i podziemnego przejścia do przystanków tramwajowych, ale było jeszcze wszystko otoczone placem budowy i Ewa z Krystyną pojechały na egzamin wstępny idąc na piechotę do Rynku i stamtąd tramwajem szesnastką pojechały na Wita Stwosza.
Budynek szkoły był imponujący, w modernistycznym stylu zaprojektowany przed wojną dla Prywatnego Liceum Katolickiego Męskiego im. św. Jacka. Wybuch wojny przerwał budowę, kontynuowano ją potem na potrzeby wojska niemieckiego. W 1945 Gimnazjum im. św. Jacka wznowiło działalność wzbogacone o internat i Małe Seminarium Duchowne. W 1950 Szkołę Ogólnokształcącą stopnia licealnego im. św. Jacka zastąpiono Niższym Seminarium Duchownym im. św. Jacka w Katowicach. Kiedy budynek stał się własnością miasta tego nikt już nie wiedział.
Na piętro, gdzie były egzaminy wstępne, wiodły schody z politurowaną, wyświeconą poręczą w sam raz do zjeżdżania. Ewa, mała, w białej bluzce, białych bawełnianych pończochach, czarnych lakierkach z paskiem w środku – kupiły sobie takie same z Marzenką tylko Marzenka miała o dwa numery większe – z białą kokardą na czubku głowy, stała wśród nieprzebranej ciżby czarno-biało ubranych dzieci nieśmiała i przestraszona. I wtedy stał się cud, dziewczynka, która przybyła tu z Sosnowca z ojcem, podeszła do niej i zaproponowała, że usiądą razem na egzaminie.
Obie równocześnie oddały namalowane prace, ale chyba najbardziej liczyły się wyniki świadectw z podstawówki, które obie miały nieskazitelne, bez żadnej czwórki. Danka długo jeszcze stała zdenerwowana z Ewą czekając na wyniki i kiedy obie radośnie rzuciły się sobie w ramiona, wiedziały, że będą razem w jednej ławce siedzieć we wrześniu.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Krystyna (10)

Ledwo Krystyna zdążyła się nacieszyć Polską, a już zwalał się Rudek na urlop i trzeba było się nim zająć. Ponieważ miała wrócić po miesiącu, czyli na początku marca 1965 roku razem z nim do Hawany, było masę spraw do załatwienia – przekazać dom matce pod opiekę, która miała tu przyjechać z Przemyśla, ale przede wszystkim załatwić szkołę Ewy. Ewa uparła się, że pójdzie do Liceum Plastycznego, które nie dość, że było na drugim krańcu miasta, to jeszcze nie wiadomo dlaczego było się tam trudno dostać. Krystyna dowiadywała się zdumiona coraz to nowych rzeczy o szkole-fanaberii jej córki, którą uważała za szkołę poniżej jej aspiracji.
Przede wszystkim ważne było jaką tarczę się tam nosi, ale kiedy dowiedziała się, że czerwoną, odetchnęła z ulgą. Wstyd by jej było przed Koszutką, że jej córka nosi tarczę zieloną, albo niebieską. Te kolory było przeznaczone dla zawodówek i szkół specjalnych, czyli dla „debili”. A tak z daleka nie będzie widać, co jest na tarczy, byle by miała kolor czerwony, liceum ogólnokształcącego. Maja chodziła już do ogólniaka i wstyd jej było przed Zosią, że Ewa nie będzie chodzić do ogólniaka, do pawilonówki, do której chodził od dwóch lat Andrzej. Zazdrościła rodzicom Joli, Basi i Marzenki, że ich córki idą do ogólniaka, a Ewa nie chce iść z nimi. Na dodatek profilem szkoły w Katowicach było zabawkarstwo, rzecz zupełnie niepojęta i zupełnie nie prestiżowa dla Krystyny.
Rudek nie wiadomo czemu leciał samolotem przez Madryt, ale przywiózł z Hiszpanii duży blok chałwy i blok z migdałami, pistacjami i orzechami zalanymi miodem, wszystko to pochłonęła Marzenka z Ewą zaraz w pierwszy dzień jego przyjazdu.
Nazajutrz Krystyna wysłała Rudka do Liceum Plastycznego na ulicę Wita Stwosza, by dowiedział się wszystkiego o tej szkole. Rudek, jak się potem okazało, dotarł jedynie do sekretarki, z którą umówił się w restauracji hotelu „Polonia” przy Kochanowskiego na wieczór. Kupił w PKO flakon francuskich perfum i przetańczył z sekretarką całą noc. Nazajutrz nie potrafił nic opowiedzieć Krystynie o szkole, co zakończyło się piekielną awanturą domową. Potem próbował jeszcze załatwić coś dla córki poprzez swojego największego przyjaciela ze studiów, Adama. Spotkał się z nim w jego świeżo wybudowanej willi w Ligocie. Adam miał kolegów architektów, którzy wykładali w tym liceum przedmioty zawodowe, więc mogli pomóc. Ale Adam Rudkowi odmówił pomocy, traktując to jako oczywistość. Miał o rok młodszego od Ewy syna i o trzy lata młodszą córkę, nie wiedział jeszcze, co jego dzieci postanowią po ukończeniu podstawówki. Zastanowiło go, dlaczego Ewa chce zdawać do tak dziwacznej szkoły, ale zatyrany na co dzień licznymi etatami zaczął podejrzewać, że skoro Rudek daje tam swoją córkę, może to właśnie jest teraz dla dzieci korzystne. Postanowił nie marnować protekcji na Rudka i wprost mu to powiedział.
Po awanturach z Krystyną Rudek na wszelki wypadek nie spotkał się już z sekretarką i o wszystkim zapomniał. Nagle dostał wiadomość z Polservice z Warszawy, że na Kubę już nie ma co wracać i dostał ponownie szału, takiego samego, jak w trakcie kłótni z Krystyną. Natychmiast pojechał pociągiem do Warszawy.
Krystyna dowiedziawszy się, że Rudek już na Kubę nie pojedzie, z początku się nawet ucieszyła, że nie musi lecieć do Hawany, że będzie jej mąż tak jak każdy normalny człowiek jeździł rano do elektrowni Łagisza ze skórzaną teczką i że będzie wracać o zmroku, jednak żal jej było tej całkowitej wolności bez Rudka. Jednak Rudek wrócił wieczorem i powiedział, że ma już bilet na samolot 6 marca i że jednak na Kubę wraca. Bez niej. Krystyna ma dojechać sama później, bilet LOT przebukował na koniec marca, gdyż włamali się do jego domku Polacy i mu go zabrali, a ona nie miałaby gdzie mieszkać.
Krystyna pomyślała, że to z pewnością wina Rudka, bo jak to tak miałby się ktoś włamywać? Zawsze w konfliktach Rudka w pracy brała stronę jego krzywdzicieli, ale na wszelki wypadek już się na ten temat nie odezwała.
Kiedy dostała od Rudka pocztówkę, była już pewna, że go nie ma. Rudek pisał czule:
Nie mogę dolecieć na Kubę, stoimy w Shannon, ale cudny postój, szkoda Krysiu, że nie lecisz ze mną. Zwiedziłem cały dzień zabytkowe miasto Limerick w zachodniej Irlandii. Dobrze, że miałem trochę dolarów, bo inaczej musiałbym siedzieć w hotelu. Komunikacja droga, ale sklepy i towary cudowne i tanie. Wiosna w pełni taka, jak na widokówce. Sobota i nie wiem, dlaczego w kościołach tyle ludzi. Lecą również jakieś żony i w miarę możliwości pomagam, ale chcę także coś zobaczyć, więc ulatniam się z kim mi wygodniej. Z całej załogi tylko pięciu Argentyńczyków mówi po hiszpańsku, więc im niełatwo znaleźć towarzystwo do zwiedzania. Może odlecimy wieczorem po usunięciu defektu podwozia, ale mechanik przyleci dopiero z Londynu, więc czekam. Pa, Rudek
Krystyna szybko przejrzała pocztówkę, ale nawet wzmianka o żonach ją nie poruszyła. Kartka przedstawiała hrabstwo Kerry z pasmem gór na horyzoncie, z kamienistą celtycką plażą i siedzącą na pierwszym planie kobietą w czerwonym swetrze. Długo pocztówka służyła za przykrycie różnym naczyniom na stole, aż Ewa zachwycona pięknym turkusem nieba i wody, zabrała ją i ukryła w swoich zbiorach.

Krystyna doleciała do Rudka pod koniec marca. Rudek dostał przejściowe mieszkanie w Hotelu National zarezerwowane dla bardzo wybitnych gości, ale po awanturze z mieszkaniem na Alamarze, po której Kubańczycy chcąc zawstydzić polskich urzędników zrekompensowali mu incydent tym hotelem.
Krystyna nie potrafiła ukryć zachwytu, kiedy zobaczyła cienie podwójnego szpaleru palm jak jechała po raz pierwszy do Hotelu Nacional de Cuba. Już samo wchodzenie do tak legendarnego budynku przejmowało ją drżeniem, szczególnie, że oprócz wcale nie rewolucyjnych rytuałów hotelowych z lokajami, windziarzami i jednakowo ubranej obsługi była tu wszędzie upragniona klimatyzacja. Odsłoniwszy jedwabne story widać było Morze Karaibskie i twierdzę El Morro. W ich pokoju stały dwa dwuosobowe łóżka i ciężkie, mahoniowe meble. Obicia kanap i foteli w haftowane kwiaty powtarzały wzór zasłon okiennych. Piękna, wykafelkowana łazienka z bidetem, wanną i prysznicem miała marmurową podłogę i mosiężną armaturę. Na korytarzach pachniały orchidee w wazonach. Przed rewolucją Batista otaczał się tutaj różnymi zbirami jak Meyer Lansky czy Santo Trafficante, a na dachu biesiadował sam Al Capone. Ale mieszkali tu też bardzo porządni ludzie jak Frank Sinatra, Ava Gardner, Buster Keaton, John Wayne , Marlena Dietrich, Gary Cooper, Ernest Hemingway i Winston Churchill, co Krystyna wyczytała z wiszących w korytarzach fotografii. Osobno wywieszono fotografie Jurija Gagarina, Jeana-Paula Sartre i Simone de Beauvoir.
Cały hotel był w stylu lat trzydziestych i panującego wtedy Art Deco, ale ponieważ miał być bogaty i luksusowy, dodano obficie elementy mauretańskie, a krużganki przypomniały hiszpańskie klasztory z półcieniami i łukami arkad. Ta mieszanina stylów nawiązująca do średniowiecza, neoklasycyzmu i budownictwa kolonialnego, rafinowała się w rzeźbionych portalach, mozaikowych ścianach z arabeskami, kasetonowych mahoniowych stropach i eleganckich oknach. Kremowa sylwetka pałacu z dwoma wieżami, tarasem na dachu, ośmioma piętrami i około pół tysiącem pokoi otoczona była przepięknym parkiem pełnym kwitnących krzewów na skalnej skarpie, na której go wzniesiono. Wystarczyło przejść tylko na drugą stronę Maleconu, by być nad morzem.
Krystyna rano gotowała obiad dla Rudka na hotelowej maszynce elektrycznej wstawionej w pokojach dla specjalistów zagranicznych. Potem zjeżdżała windą i szła na basen w kształcie nerki. Basen nie miał kafelków na dnie, lecz jedynie pomalowany turkusową farbą beton, ale sprawiał wrażenie prawdziwego, krystalicznego jeziorka. Zaczepiali Krystynę liczni obcokrajowcy z których zalotami dawała sobie dobrze radę. Rudek miał blisko do pracy i wcześniej niż na Alamarze wracał do domu. Po wygraniu batalii o mieszkanie poczuł się pewniej, złagodniał i chciał zaimponować Krystynie tym, że Kubańczycy się o niego upomnieli i że on coś tutaj znaczy. Jednak Krystyna trzymała twardy kurs pomniejszania i niedostrzegania zalet swojego męża, a każdego przedstawionego jej Polaka, wychwalała pod niebiosa. Kiedy Rudek przedstawił jej Bogdana Zieleńca, z którym razem w styczniu mieszkał na Alamarze, podziw Krystyny był szczery i nie musiała nic udawać. Był to wyjątkowo miły, zawsze uśmiechnięty człowiek. Spotykali go przypadkowo na ulicach Vedado, a on zagadywał ich o pożycie miłosne, ale robił to niemal uroczo, bo Krystynę – mimo jej pruderii – nie zrażała taka bezceremonialność.
W ambasadzie Krystyna dowiedziała się też, że Pydymowska urodziła synka Kubusia i ma zamiar wrócić na Kubę z niemowlęciem i Jagą.

Były to ostanie dni karnawału trwającego już od końca stycznia i teraz miało nastąpić jego uroczyste zakończenie z przejazdem szkół tańca, pokazem ogni sztucznych przed Capitolem i wyborem królowej karnawału na Maleconie. Na chodnikach i pod arkadami ustawiono drewniane konstrukcje służące za trybuny. Rudek dostał specjalne bilety z miejscami tylko dla obcokrajowców i mogli z Krystyną siedzieć w bezpiecznym miejscu na trybunie i obserwować idące pochody w takt nie milknących bębnów, grzechotek, instrumentów dętych i gitar. Cały park Piragua przed hotelem Nacional był rzęsiście oświetlony kolorowymi lampami ukrytymi wśród krzewów, a wzdłuż całego wybrzeża gromadziły się barwne tłumy i nieprzerwanie poruszały się w rytm samby. Krystyna podziwiała różnokolorowe kobiety jadące udekorowanymi wozami ubrane w wydekoltowane krynoliny, rękawiczki do łokci. Obowiązkowo miały na nogach szpilki, nawet kobiety przyłączające się do ulicznego tańca były w czółenkach na cienkich obcasach.
Wszystko to Krystynę oszałamiało i zachwycało, a widzowie na trybunach ulegali nastrojowi, kołysali się, śpiewali i się bratali.

Kiedy po kilku dniach przyszedł telegram, który wręczył Krystynie portier w recepcji na dole, Krystyna nie mogła uwierzyć: BABCIA W SZPITALU EWA. Rudek wszczął natychmiast kroki zarezerwowania dla Krystyny biletu powrotnego, co nie było łatwe, gdyż robiło się to zazwyczaj z co najmniej miesięcznym wyprzedzeniem. I mimo, że w dwa dni potem przyszedł następny telegram BABCIA CZUJE SIĘ DOBRZE EWA, Krystyna nie mogła już sobie znaleźć miejsca i czekała tylko odlotu.

Opublikowano czytam więc jestem, lata sześćdziesiąte | 3 komentarze

Dziennik stuttgarcki (4)

3 grudnia 2013, sobota. Wczoraj na basen przyszedł ojciec z 10 letnią córeczką, położył się na leżaku, a ona bezskutecznie w wodzie robiła różne figle, by go zainteresować.
Rano zadzwoniła Beki powiadamiając nas, że jest sobota i kuchnia Mariotta na piętrze ma wolne, śniadanie jest na dole, a my mamy ją zawieźć na lotnisko zaraz po śniadaniu.
Byłam już spakowana, najcenniejsze niemieckie zdobycze. czyli foldery i ulotki zbierane po całym mieście dałam do uszkodzonej podróżą z Los Angeles ogromnej, czerwonej walizki syna. Syn zdecydował się w końcu na autobus przestraszony moimi opowieściami o tym, że pociągi są zatłoczone i pasażerowie biwakują na podłodze wagonów. Wrzucał teraz do walizek ciuchy, układał w pozostałych dwóch sprzęt fotograficzny.
Kiedy zjechaliśmy widną na dół, cała sala jadalni była udekorowana świątecznie, na wszystkich stołach leżały wykrochmalone białe obrusy i sztućce zawinięte w białe serwetki. Niklowane patery i kuliste osłony na gorące dania odbijały kolorowe światełka gigantycznej choinki.
Siedliśmy obok Beki na końcu sali, przyniosłam sobie soki, które pomieszałam z jakimś alkoholem, którego nazwy nie mogłam zapamiętać, a podobno nazwa napoju zmienia się za każdym wlaniem soku z innego owocu egzotycznego. Goście hotelowi cierpliwie wymieniali kucharce stojącej przy przenośnym palniku, co ma dodać do omletów, i pomyślałam, że te wszystkie ceregiele i rytuały wczesno-poranne są jakimś w końcu nie tylko udręczeniem hotelowej obsługi, ale mnożeniem nielicznych przecież w życiu przyjemności.
W podziemnym hotelowym garażu wrzuciliśmy bagaże do samochodu, Beki zjechała windą równocześnie z nami i nie musieliśmy czekać. Kiedy ją żegnałam na zawsze, a syn jedynie na trzy dni dzielących ich do pracy w Amsterdamie, poczułam do niej niespodziewaną, nadmiarową sympatię, jakby ucieleśniła wszystko, co dobre i co się kończy. Jej drobne loczki jasnobrązowych włosów nagle rozsypały się na wietrze i wykonała pożegnalny gest trzymając rączkę torby na kółkach, a drugą odgarniając zasłaniające twarz włosy.
Dwaj kolorowi chłopcy sprawnie i szybko odebrali samochód w oszklonej hali garażu sprawdzając dokumenty i stan licznika. Uwolnieni od auta podążyliśmy z walizkami do wejścia portu lotniczego. Wszystkie stalowe kolumny podtrzymujące ogromne sklepienie pozorujące pnie drzew z rozwidlającymi się u szczytu gałęziami owinięte były lampkami bożenarodzeniowymi, tak, że mimo świecącego słońca skrzyły się i wprowadzały w lotnisko baśniowy nastrój.
Autobus był dopiero o 15, ale nie mieliśmy już siły na wypad do miasta. Przeczekaliśmy godziny na niklowanych ławkach na piętrze, skąd można było obserwować cały główny hol lotniska, odprawy i fale podróżnych, których nacje zmieniały się po odlocie konkretnych samolotów. Samoloty do Azji gromadziły czekoladowych ludzi w turbanach, tunikach, sari i chustkach, z zasłoniętymi twarzami i dominującą czernią długich szat.
Chodziliśmy po kawę w papierowych kubkach do Burger Kingu, gdzie cały czas krążyły rodziny z dziećmi w koronach papierowych. Ponieważ dzieci nie chciały nosić koron, ubierali je dorośli zabawiając jak się tylko dawało nudzące się dzieci. W środku hollu stał specjalnie dla nich przeznaczony pokój bawialny, w którym z wielką radością przyciskałam na aktywnym elektronicznie stole samoloty, helikoptery i samochody, karetki pogotowia, zapalałam okna w domostwach, latałam balonem i to wszystko bardzo mnie cieszyło. Na ścianie – wyjątkowo lubianej zabawki dla trzyletnich dzieci – było zawieszanie drewnianych insektów, ptaków, ryb i ssaków w specjalnie do tego przeznaczonych środowiskach, czego dzieci zupełnie nie przestrzegały, umieszczając zająca w głębinach morskich i wściekały się przy absurdalnych korektach ich dorosłych opiekunów
Co jakiś czas syn zjeżdżał kilka kondygnacji w dół do sklepu spożywczego, który miał w odróżnieniu od zawyżonych cen na lotniskach ceny takie same jak w osiedlowym sklepie samoobsługowym i przywoził mi czarną lukrecję, a sobie napoje w puszkach. Był tu też okrągły sklep z kosmetykami, gadżetami, książkami i gazetami, gdzie były „Playboye” z kobiecymi aktami, podobno zakazanymi już w Stanach Zjednoczonych.

Po przestudiowaniu i zakosztowaniu tego wszystkiego minęło kilka godzin i poszliśmy do mieszczącego się po drugiej stronie ulicy autobusowego dworca, skąd odchodził polski autobus do Górnego Śląska.
Długowłosy kierowca w moim wieku, powitał nas familiarnie, byliśmy jak na razie jedynymi jego pasażerami. Nienumerowane miejsca pozwoliły na zajmowanie dwóch równocześnie.
Autobus mknął rozświetlony grudniowym słońcem i nagle zatrzymał się w jakiejś niemieckiej wsi, gdzie weszło kilka polskich kobiet. Kierowca powiedział, że mamy duży zapas czasu, i wszyscy, razem z nowymi pasażerami wyszli palić papierosy. Widocznie były to jakieś wieloletnie usługi transportowe, gdyż kierowca znał wszystkich i wesoło z nimi rozmawiał. Na cygaret pauzę zatrzymywaliśmy się mniej więcej co godzinę, aż dopadł nas zmrok i czerwone ogniki papierosów przed drzwiami autobusu dodawały mu romantycznego wymiaru.
Autobus krążył po Niemczech w nieprawdopodobnych konfiguracjach zbierając z jego zakątków Polaków, którzy wchodzili do niego jak do zaprzyjaźnionego, bliskiego im pojazdu. Było wśród nich wiele kobiet, zazwyczaj o 10 lat młodszych ode mnie, oprócz ogromnych waliz miały bagaż podręczny, który stawiały obok na wolnym siedzeniu. Zawierały zabawki bądź ciasta świąteczne i słodycze. Zaraz po zajęciu miejsca wyjmowały komórki i przez całą trasę już ich nie odejmowały od uszu. Tym sposobem dowiedziałam się, że całą noc poprzedzającą wyjazd kobiety pakowały paczki świąteczne w kolorowe, ozdobne papiery, na które podobno polscy krewni niecierpliwie czekali. Było w tych mało zamożnych kobietach jakieś epokowe spóźnienie, jakaś determinacja dawno już niepotrzebna, jakieś nieinformowanie i fałsz rodaków w Polsce. Jedna usłyszawszy coś przez komórkę z wielkim wysiłkiem tłumiła wzburzenie podsumowując rozmowę, że w takim razie wigilię zrobi sama i to obowiązkowo wszystkie potrawy, a jak nie, to nie, ale ona ją na pewno zrobi i sama ją zje.
Syn rozciągnął się na wolnych siedzeniach na samym końcu autobusu robiąc sobie wygodne legowisko z pięciu siedzeń i zasnął. Ja próbowałam zasnąć na siedząco, ale dosiadła się na granicy młoda, bardzo ładna dziewczyna, i usiadła za mną. Natychmiast ją zauważył młody chłopak siedzący po drugiej stronie przejścia na moim poziomie i nawiązał. Ich flirt, zresztą, bardzo przejmujący, pełen emocji i w miarę postępującej nocy nasilający się siłą przyciągania dwojga młodych ciał był niewinny i tragiczny, a mi nie pozwalał spać. Ten dialog niezwykle erotyczny, opierający się jedynie na opowiadaniu o swoich domach, partnerach, dzieciach, zakupach, miał w sobie jakąś przerażającą nieistotność i zmarnowanie w żarliwości słów kipiących od pożądania.
Na stacjach benzynowych, gdzie autobus brał benzynę, na postojach autostrady, gdzie jedynym ich powodem były cygaret pauzy, gdyż ustęp woziliśmy ze sobą, nasz kierowca, a zarazem KaOwiec i stewarde serwujący za darmo herbatę i kawę w plastikowych kubkach, zżywał się z nami coraz bardziej. Kiedy odbywało się liczenie pasażerów po każdym przystanku, a on jak matka troszczył się o każdego, czuliśmy się coraz bardziej jak wielka autobusowa rodzina, która wcale nie chce dojechać, a jedynie cały czas podróżować w grudniową noc i czerń autostrady i nie docierać do czekających w domach kłopotów.
Kierowca w czasie, gdy autobus prowadził jego zmiennik – nie zauważyłam na której wsi się dosiadł – nachylił się do pasażerki wysiadającej we Wrocławiu i wyjaśnił jej, że autobus nie będzie jechał aż do dworca. Musi się przesiąść do taksówki opłaconej przez firmę, która ją tam zwiezie. Takie oszczędności na benzynie autobus zrobił jeszcze w Opolu i w Katowicach. Kiedy przenieśliśmy nasze bagaże w Zabrzu do mikrobusu przysłanego przez firmę, była już głęboka noc, a puste uliczki jarzyły się dekoracjami świątecznymi nostalgicznie. Po drodze pięcioro pasażerów powysiadało, usłużnie podwiezionych tam gdzie było im najbliżej do domu, a nas kierowca wysadził na Piotra Skargi, gdzie oczekiwaliśmy na przyjazd Marka. I tu zrobił mi syn zdjęcie w pustce katowickiej nocy i dał na facebook.

Opublikowano 2016, dziennik ciała | Skomentuj

WIGILIA 1970

20 grudnia powołano na I sekretarza KC PZPR Gierka i w sklepach pojawiły się dawno już zapomniane wiktuały, między innymi rodzynki. Ten fakt historyczny uwieczniłam w pocztówce namalowanej dla babci Wandzi i wysłanej do Przemyśla.

p1200067p1200068
(…) Pocztówka wyobraża ucztę świąteczną wydaną dzięki tow. Gierkowi, który umożliwił nam kupno świątecznego jadła(…)

Opublikowano dziennik duszy | Skomentuj

Dziennik stuttgarcki (3)

2 grudnia 2016, piątek. Jest ciemno kiedy syn podrzuca mnie samochodem na przystanek kolejki S1. Stacja Goldberg w Böblingen jest za drzewami, kiedy dochodzę tam od ulicy, nie mam pojęcia w którą stronę jechać. Młodzi ludzie stojący na niezadaszonym peronie kierują mnie na drugą stronę, znajduję kładkę, mostkiem zbiegam do dojeżdżającej kolejki i miga mi tylko zza okien stojący na stacji automat biletowy. Cała w strachu jadę na gapę siedem przystanków, wagon jest zatłoczony i gotowa jestem wysiąść wcześniej i dojść do Stuttgart-Mitte, byleby tylko skrócić ten paniczny strach i oczekiwanie na kontrolera. Jednak muszę wysiąść na Hauptbahnhof, nie mam mapy i się zgubię, a tylko tam w informacji turystycznej mogę ją dostać. Nie wydrukowałam w domu, zawsze kiedy wydrukuję, na lotniskach zabieram kolorowe plany miast o wiele lepsze i myślałam, że taką też teraz znajdę. Ale wczoraj nie znalazłam, nie znajdę i teraz szybko, bo wszystko zamknięte jeszcze. Wyjeżdżam schodami na początek Königstraße, przed zamkniętą, całą oszkloną Informację Turystyczną, widzę jak dziewczyna latynoska podłącza odkurzacz do prądu i będzie tu zaraz sprzątać. Mam godzinę do otwarcia, wszystkie sklepy i knajpy na Königstraße są też zamknięte. Na środku Cyganie albo jakaś inna nacja obsiedli ławki, palą papierosy i tak jak ja, zdaje się być bezprizorni. Na dodatek zaczyna padać niespodziewany deszcz, a mój parasol zabrany z Polski jest w hotelu.
Wracam więc pod ziemię gdzie jest ciepło, widno i energetycznie. Przypatruję się jak tłum podróżnych oblega wszystkie udekorowane świątecznie punkty z jedzeniem, jak pobiera ze stolików pałeczki cukru i pudełeczka śmietanki, jak nalewa sobie kawę z ekspresów, jak znikają leżące na boku torebki, do których pakują ciepłe i pachnące buły, rogaliki i precle, potem dopiero idą do kasy. Zdumiewa to społeczne zaufanie, mam wyrzuty sumienia, że dotarłam tu na gapę. Wszyscy sobie ufają, nikt nic nie kradnie, a przecież kasa jest tak odległa i jest tak małe zainteresowanie obsługi tym, co się z ich towarem dzieje. Oglądam z zainteresowaniem co Niemcy jedzą rano, jak są ubrani i jak to wszystko sprawnie się odbywa, jak dużo jest tych bistr, stoisk, punktów z espresso, barów i restauracji tu w podziemiu, gdzie ludzie nieśpiesznie jedzą śniadania i potem nieśpiesznie rozchodzą się w swoich kierunkach do pracy, szkół i codziennych spraw.
Wjeżdżam schodami na powierzchnię do zabytkowej części dworca poznanego wczoraj, jego obracający się neon, logo Mercedesa – gwiazda o 5 metrowej średnicy na dachu wieży jest zawsze punktem odniesienia dla pogubionych w mieście.
Dworzec główny, Królewskie Württemberg zbudowano na początku XX wieku, co jest udokumentowane wmurowaną tablicą i wpisano jako zabytek. Naloty powietrzne w czasie II wojny światowej go podobno uszkodziły, odbudowany został w latach pięćdziesiątych. Zbudowany z wapiennych bloków, wewnątrz z piaskowca, mimo funkcjonalnych okrągłych okien, płaskich dachów i portyku supernowoczesnego modernizmu tamtej epoki, w porównaniu z ciepłem dzisiejszego podziemia sprawia wrażenie zimna, obcości i oschłości. W.G. Sebald pisał wręcz o antycypacji nazizmu w jego architekturze. Włączono do niego królewską bramę z murów obronnych miasta, stąd ten gigantyczny łuk, jak łuk triumfalny. Pozostał herb Wirtembergii z rozetą i dwoma lwami na ścianie głównego wejścia do hali. Kamienne schody zostały zastąpione ruchomymi, ale nie zmiękcza to faszystowskiego stylu, ani girlandy choinkowych światełek, ani stoisko z włoskimi słodyczami, gdzie wysypano w gablotach duże marcepanowe owoce egzotyczne i w kształcie bab wielkanocnych nugaty z pistacjami i wszystkimi gatunkami orzechów. Dochodzę do płatnej toalety zaopatrzonej w bramki, by nikt się bez opłacenia w automacie biletu nie przecisnął.
Wracam do turystycznej informacji, wszystkie darmowe plany Stuttgartu pochowane, w części sklepu tylko można jedynie kupić szczegółowy plan miasta i okolic zupełnie mi niepotrzebny. Kieruję się tylko do panienki mającej odpowiadać na pytania turystów. Czas nie turystyczny i jestem jedyną turystką, pytam o Muzeum Hegla, by mieć jakiś powód do dostania darmowej mapy. Panienka długo drukuje mi skomplikowaną trasę dwiema kolejkami podziemnymi i autobusem, co grzecznie zabieram i proszę teraz kategorycznie o mapę. Kiedy ją dostaję, gdzie zabytki są narysowane przestrzennie, zaraz wiem, gdzie jestem, i że za 10 minut dotrę do Hegla na piechotę.
Tymczasem deszcz ustał i delektuję się parkiem królewskim, obchodzę od tyłu hotel z tarasowymi latarniami w formie stojących lamp pokojowych w kształcie ściętego stożka i podążam ku zamkom małą uliczką wzdłuż jeziora. Widać już złotego jelenia na zielonej kopule Württembergischer Kunstverein, gdzie wystawiają swoje prace zrzeszeni artyści wizualni. Zza jelenia widać skrzydlatą boginię na kolumnie, a dalej Merkury stoi na jednej nodze i połyskuje złotem na dawnej wieży ciśnień, budynku między Schillerplatz a Schlossplatz. Czuje się w powietrzu goździki i zioła z grzanego piwa, świątecznego Glühbiera. Wchodzę na plac bramą zwieńczoną jeleniem i lwem do Neues Schloss, do Nowego Zamku. Barokowy zamek jest przeogromny, z dwoma skrzydłami pod kątem prostym do frontonu, wszystko zwieńczone sterczącymi na dachu figurami. Był po klęsce pierwszej wojny światowej siedzibą Instytutu Spraw Zagranicznych, policji i muzeum. Hitlerowcy wybudowali w nim schron. Naloty bombowe zrównały go z ziemią. Teraz są tu ministerstwa, restauracje i obszary turystycznego zwiedzania.
Mijam czynną fontannę, przechodzę na drugą stronę ulicy do kolejnego zamku, bardziej przypominający baśniowy. Stary Zamek mieści Landesmuseum Württemberg, przez 4 wieki mieszkali tu grafowie i hrabiowie. Jeden z nich, podobno zdeklarowany antysemita żyjący w piętnastym wieku, Eberhard Brodaty, stoi dzisiaj na koniu na renesansowym dziedzińcu.
Jeszcze przed II wojną światową zamek częściowo spłonął, w czasie wojny został poważnie uszkodzony, teraz jest pięknie odbudowany. Dziedziniec arkadowy podobny do Wawelu, ale się nie umywa, jest mniejszy i nie ma naszego metafizycznego promieniowania. Wprawdzie w zamkowym kościele w skarbcu królewskim spoczywają prochy władców Wirtembergii, zamek jest przede wszystkim muzeum bogatym w zbiory wszystkich epok, od starożytności, Celtów po nasze czasy. Można je wszystkie poszukać w Internecie i zobaczyć, są skrupulatnie wirtualnie skatalogowane.
Przed zamkiem współczesne pomniki i instalacje z lat sześćdziesiątych. Tekst Ernsta Blocha (uciekł z NRD, jak zaczęto budować Mur): „1933-1945 Zabito powieszono zagazowano milion ofiar przez Dyktaturę Narodowego Socjalizmu. Nigdy więcej!…”
Wokół w uliczkach wszędzie pachnące jodłą szczelnie nią opatulone budy świątecznych straganów. Podobno miasto oddało im 4000 metrów kwadratowych, Stuttgart Christmas Market rozciąga się na Starym Rynku, wokół zamku oraz na Schlossplatz. Między uliczkami wyrasta mi nagle kościół ewangelicki, ale przepiękna mosiężna klamka w kształcie smukłej łasiczki ani drgnie. Ludzi tu mnóstwo, krążą przy stoiskach, piją, jedzą i kupują, tak, że trudno zobaczyć kościół w całej okazałości. Późnogotycki Stiftskirche to główny kościół Kościoła Ewangelickiego w Wirtembergii, był poważnie uszkodzony w czasie bombardowań i odbudowany z resztek ruin.
Mijam apetyczne wystawy sklepu czekolady, leżą wyłożone właśnie całe blachy orzechów zmieszanych z mleczną czekoladą, panienka tnie je i zwija w małe gwiazdkowe prezenciki. Podążam już do Museum Hegel-Haus na Eberhardstraße 53, ciekawe, czy ten Eberhard to ten sam na koniu.
Idę wzdłuż Kirchstraße, skręcam w Marktplatz, potem w lewo w Rathauspassage, tutaj patrzę na plan, ale już podchodzi mężczyzna i pyta, czy mam jakiś problem, wie, gdzie jest muzeum Hegla, poprawia, mnie, nie Hegel, a „Hige”, nie wiedziałam, że Niemcy tak go wymawiają. Ale w prawo jest już Eberhardstraße, a portret Hegla już widać na fasadzie dwupiętrowej kamieniczki. Recepcjonista w maleńkim kantorku, mały szczupły człowieczek w okularach nie zwraca na mnie uwagi, nie odpowiada na guten Morgen, rozmawia przez telefon. Wieszam płaszcz na wieszaku, wieszam też plecak, jestem tu sama i nikogo nie obchodzę. Widać pełne zaufanie nawet dla tych, którzy mogą porwać z gabloty aksamitny beret Hegla i unicestwić oryginalne jego listy. Ale jakoś wiadomo, że nic takiego się nie stanie. Przechodzę przez wszystkie pokoje o niskich stropach pedantycznie wymalowane i odnowione, ale nie znajduję toalety i zrezygnowana wracam na dół, natrafiam na klamkę uradowana, że to może toaleta, chcę otworzyć, ale słyszę głos, ach, to przecież drzwi kantorka!
Przechodzę tylko ulicę i widzę srebrne kasetony gigantycznej Galerii Kaufhof Stuttgart Eberhardstraße, gdzie do toalety wjeżdżam na najwyższe piętro, wiem już, że najwyżej umieszczane są bary i restauracje. Siadam pod oknem, sala jest gigantyczna, rozpostarta na planie całego budynku, z widokiem na dachy Stuttgartu. Biorę tekturowy kubek i nalewam sobie mleko, wyjmuję kanapkę. Nie ma jeszcze jedenastej, a tu, najczęściej starcy, przynoszą do stolików tace z daniami obiadowymi. Wszyscy jedzą dyskutują, nikt nie zwraca na mnie uwagi. Na stolikach już bożonarodzeniowe szkarłatne poinsecje, harmonizują ze szkarłatnymi abażurami lamp, gdzieniegdzie stoją łączące sufit z podłogą ubrane choinki. Jeżdżę trochę schodami i przechadzam się między stoiskami z zabawkami, wracam na ulicę, gdzie wychodzę pasażami na budynki Ratusza. Nad głową widzę przeźroczyste chodniki łączące kompleks zabudowań Ratusza, po których chodzą ludzie. Ratusz, wybudowany w początku XX wieku został zrównany z ziemią i na jego miejscu powstały supernowoczesne budowle, z których najważniejszy, przy Marktplatz teraz jest kalendarzem adwentowym z oknami okolonymi gałązkami jodłowymi. Po Ratuszu można swobodnie chodzić, jeździć taką samą windą paciorkową, jaką jeździłam w dzieciństwie w Katowicach w Urzędzie Wojewódzkim, w nowoczesnym gmachu katowickiego modernizmu okresu międzywojnia. Są tu makiety jakiegoś zupełnie kosmicznego Stuttgartu i nie wiadomo, czy te projekty są już zatwierdzone, czy rzeczywiście Stuttgart będzie tak przebudowany. W jednej sali podłoga z linoleum z nadrukowanym całym Stuttgartem z lotu ptaka tak realistycznie, że stąpam jak Guliwer w krainie Liliputów.
Wychodząc z Ratusza od razu wpadam w wir straganów bożonarodzeniowych. By w nich nie ugrzęznąć pędzę do sąsiadującej Markthalle. Secesyjny budynek o 3500 metrów kwadratowych powierzchni handlowej jest bardzo jasny i przyjemny, nie ma nic z zimna takich handlowych gigantów. Przypomniała mi się Hala Targowa we Wrocławiu podczas studiów, która zawsze śmierdziała i na galeriach u góry sprzedawano tandetne suknie ślubne i komunijne z tiulu. Tu na galeriach są chyba bardzo drogie restauracje, jest pora obiadowa i wszystkie stoliki z białymi obrusami są zajęte, biznesmeni wychodzą nawet do balustrady, by na białych, wykrochmalonych serwetkach położonych na kamiennych barierkach pić w bombiastych kieliszkach wino. Przechodzę arkadami całe piętro i zaglądam w dół na stragany z parteru. Tutaj ciągną się sklepy z bożonarodzeniowym towarem. Czego tu nie ma! – od pięknie pomalowanych drewnianych ptaszków i girland szyszek, szlachetnych ozdób ze słomy i kory drzewnej, pachnących świeczek, mydeł i wszystkiego, by wigilię dało się przetrwać, po meble i eleganckie wyposażenie domu.
Hala, jak obwieszczają liczne plakaty, obchodzi sto lat. Zbombardowana, kosztownie odbudowywana przez lata, uznana jako zabytek, ma dużo rzeźb, płaskorzeźb (podobno z plastiku, ale nic nie poznać) fresków i cudowną szmaragdową fontannę Ceresbrunnen, którą wstawiono tutaj dopiero w 2009 roku. Na tronie siedzi naturalnej wielkości bogini Ceres szkliwiona szmaragdowo i turkusowo, otoczona chłopcami i winogronami, na ścianie lwy, na fontannie kaczki, kury, koguty i ryby. Do koryta fontanny wypływa pitna woda mineralna.
Przechodzę jeszcze wzdłuż Hauptstätter Straße na południe Stuttgartu. Neogotycki kościół Świętej Marii, pierwszy katolicki kościół w Stuttgarcie też zbombardowano zostawiając nietknięte 60 metrowe dwie wieże. Ale już w 1949 odprawiano tam nabożeństwo.
Przed kościołem Rupert-Mayer-Platz gromadzi bezdomnych ludzi i młodzież w czarnych kurtkach z psami, trochę boję się obok nich przechodzić, zresztą są dość daleko, obok wejścia chyba do nieczynnego już miejskiego szaletu podziemnego i fontanny. Jest to znane w mieście miejsce alkoholików, ludzi marginesu i ćpunów. Każdego ranka siostry zakonne z kościoła ich karmią od 20 lat, ale stopniowo są rugowani budową podziemnych garaży, gdyż między Marienkirche, a ulicą Paulinenbrücke powstało niedawno centrum handlowe Gerber. Teraz korzystają z toalet Gerbera. Usunięto ich siedziby pod mostem. Teraz schody na wiadukt pomalowane są w kolory tęczy i na każdym napisana jest po angielsku optymistyczna sentencja. Dobrze komponują się z barwnym, mieniącym się kolorami Gerberem.
Siadam przy fontannie na samym dole i wyjmuję kanapkę. Obok też przesiadują dzieci i dorośli z jedzeniem kupionym w licznych tutaj stoiskach z street foodem. Dwaj ochroniarze stojący w czarnych garniturach i dobrze wyczyszczonych butach rozmawiają ze sobą i nie bardzo się interesują co się wokół dzieje. A nie dzieje się nic szczególnego, myślałam, że zatrzymają dziewczynę z trzema bardzo rasowymi psami, z których jeden jest gigantycznej wielkości. Ale dziewczyna podchodzi do nich i wesoło z nimi rozmawia, widocznie psy w galeriach handlowych mają prawa takie same, jak każdy klient. Jadę po piętrach ruchomymi schodami patrząc co nowego w dziale zabawkowym, potem szybko wracam na ulicę, gdyż już się ściemnia. Wracam bocznymi uliczkami do Opery, pędzę niemal, bo nie wiem, do której Neue Staatsgalerie Stuttgart jest otwarte.
Wystarczy przejść podziemnym przejściem pod Konrad Adenauer Straße i znaleźć się przed kompleksem postmodernistycznych budynków ze zbiorami obrazów i rzeźb od zarania ludzkości, ale przede wszystkim Sztuki Nowoczesnej, do której chcę dotrzeć. Jest późno, trochę błądzę, trudno się jest połapać, pytam ciągle o wystawę Francisa Bacona i recepcjonistki kierują mnie do coraz to innych części rozległych pawilonów poprzecinanych różowymi i błękitnymi ciągami linii. Liczne chodniki przeznaczone zapewne dla wózków inwalidzkich prowadzą spiralnie do wewnętrznej rotundy. Dużo jest tu odniesień do starożytnej architektury, przede wszystkim odejście od architektury nazistów poprzez wprowadzenie niekonwencjonalnych kolorów. Trawertyn i piaskowiec zestawiono z zielonymi oknami, kolorowe belki stalowe i różowo-niebieskie poręcze, które zauważyłam na początku, umilają ironią i dystansują się do monumentalizmu budowli.
Wchodzę do ogromnej sali, gdzie obok sklepu i szatni w środku są kasy. Cała podłoga foyer wyłożona wściekle zieloną gumową wykładziną odbijającą się zielenią od niklu i szyb oswaja wchodzącego swoją wesołością.
Po zobaczeniu czterdziestu obrazów Francisa Bacona i filmu o nim, na co wydałam 12 euro bez żadnej zniżki dla seniorów, poszłam jeszcze schodami w górę i zobaczyłam kolekcję awangardy światowej XX wieku, same sławy malarstwa i rzeźby. Byłam już zmęczona, zaniepokojony syn zadzwonił o 17, nie miał wiadomości ode mnie od pozostawienia mnie świtem na stacji kolejki. Powiedziałam, że jeżeli jest zmęczony, to przyjadę kolejką, ale odetchnęłam z ulgą, kiedy usłyszałam, że zaraz po mnie przyjedzie.

Opublikowano 2016, dziennik ciała | Skomentuj

Dziennik stuttgarcki (2)

1 grudnia 2016, czwartek. Syn już w pracy, jadę sama windą do pokoju VIP-ów, który otwieram kartą gdzie w najlepsze trwa śniadanie, goście hotelowi bez pośpiechu nabierają sobie jajecznicę z ogromnych, podgrzewanych tac przykrytych szklanymi pokrywami, krążą wśród wszystkich możliwych dań na każdy gust i żołądek. Zaczynam żałować, że nie jadam śniadań i nie mogę zjeść tych wszystkich apetycznych kiełbas, pieczonych schabów i niemieckich ziemniaczanych sałatek majonezowych. Ograniczam się do stoiska z musli i orzeszków laskowych, nalewam sobie w odwecie po szklance soku pomarańczowego, mandarynkowego i grejpfrutowego, zabieram łakomie jeszcze kilka kostek ananasa.
Kieruję się drogowskazami na Sindelfingen, do starego ratusza i rynku, tablice na latarniach anonsują świąteczny jarmark. Jest słoneczna, mimo mrozu, pogoda, mam w plecaku kanapkę z Katowic i litr mleka. Mleko zawsze mnie uspokaja i relaksuje, a ja mam dużo do przejścia i do zobaczenia dzisiaj.
Przechodzę na drugą stronę ulicy i podążam na zachód Mahdentalstraße, która rozwidla się, idę Neckarstraße. Ciekawe, gdzie płynie rzeka Necker – pod ulicą? Potem do Vaihingerstraße i jest już Rathus Platz i widać bożonarodzeniowe stoiska. Na środek Rynku zwieziono stertę gałązek jodły, robotnicy przybijają je do dachów drewnianych stoisk. Obfitość jarzyn, owoców, serów, mięs i mikołajów w każdym rozmiarze, wiązek jemioły i szyszek. Mnóstwo ludzi krąży po placu, wszyscy coś kupują lub wesoło rozmawiają. Przyciągają mnie przy stoisku z jajkami, kupowane najchętniej barwione wściekłymi kolorami jajka wielkanocne „Bunte Eier”, już ugotowane, po 28 centów za sztukę. Wstępuję jeszcze do piętrowej drogerii, by kupić zapomnianą szczoteczkę do zębów gdzie między stoiskami przechadza się serdecznie witana przez obsługę klientka z gigantycznym labradorem.
Rynek wieńczy dziewiętnastowieczny neoklasyczny budynek Starego Ratusza, mieszczący teraz Galerie der Stadt Sindelfingen i Lutze Muzeum, a władze miasteczka przeniosły się gdzieś indziej. W 1970 był siedzibą policji, na wmurowanej żeliwnej tablicy widnieje napis: „Ziegelwasen”. Na dole arkady z cegły i piaskowca, balustrady z kutego żelaza. Okna półkoliste, dzwonnica, wieża zegarowa czynią klimat niemal śródziemnomorski. W 1944 zbombardowany, ściana zachodnia runęła, dach całkiem zniszczono i w tej ruinie merostwo zarządzało miastem do 1948 roku. Sindelfingen w latach pięćdziesiątych błyskawicznie podniosło się ekonomicznie, powstała tu biblioteka i sale wystawowe, ratusz pięknie odbudowano.
Jeszcze po powrocie do hotelu, po prysznicu, wypiciu herbaty i zjedzeniu kolejnej kanapki z Katowic poszłam na wschód. Minęłam duży kamienny posąg Buddy stojący w trawie i skierowałam się idąc Mahdentalstraße na kładkę przerzuconą przez czteropasmową szosę w kierunku osiedla, gdzie chyba mieszkają bogaci emeryci. Stali przed garażami z wiklinowymi koszami na zakupy, krzątali się wokół wypielęgnowanych domków o dwuspadowych dachach z bateriami słonecznymi. W niektórych przypadkach cały dach jest jedną, wielką baterią słoneczną.
Wróciłam na drugi brzeg ulicy, przede mną do galerii handlowej szły dwie zakwefione kobiety, ale to były jedyne dowody legendarnego zalewu uchodźcami niemieckich landów.
Pojeździłam schodami ruchomymi po centrum handlowym Breuningerland, czerwony neon widoczny jest zewsząd, wejście przypomina swoją gigantomanią dworzec kolejowy w Berlinie. Ze 120 sklepów wybieram tylko te z zabawkami, gdzie, jeśli tylko je nawiedzę, śledzę nowinki. W tym sezonie modne są dla pluszaków szklane oczy wielkości jednego euro dzięki czemu zwierzątka są bardziej zdziwione i bardziej słodkie.

Syn wraca o 18., jest już ciemno. Jedziemy windą na siódme piętro, do kolacji można sobie wybrać wino i wszyscy goście hotelowi piją teraz alkohole.
Szybko podrzuci mnie do centrum Stuttgartu, a sam przy Operze spotka się ze swoją koleżanką szkolną Kasią Kozielską, która tam tańczy i robi choreografię. O tej porze jest tłok na jezdni, grzęźniemy w korkach, spóźniamy się, Kasia już czeka przy podziemnym parkingu z mężem i córeczką. Na fasadzie zabytkowego gmachu Opery wielki afisz z nazwiskiem Kasi. Zostawiam ich i idę do Opery, która jest otwarta. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku miał tu premierę Philip Glass ze swoją trzyaktową operą „Akhnaten”, dawniej dawały tu występy największe sławy i dzisiaj też jest liczącą się operą na całym świecie. Kompleks budynków, gdzie mieści się balet, teatr i opera – podwójny budynek Opery i Mały Dom obok, zbudowany na początku dwudziestego wieku. Foyer Opery, do którego weszłam przetrwało II wojnę światową ale na resztę spadła bomba w 1944. Rotunda wewnątrz jest otoczona pilastrami i smukłymi filarami, ciężkie żyrandole przypominają bardziej art deco, niż klasycyzm, stoją marmurowe popiersia. Po zajęciu Stuttgartu, żołnierze amerykańscy przysposobili operowe foyer do gry w ping ponga.
Stojąc w wejściu na szczycie wielkich schodów pod kolumnami widać błyszczące jezioro odbijające rzęsiście złoto oświetlony gmach Opery, w którym odbijają się posągi wieńczące dach rotundy. Architektonicznie przypomina katowicki Teatr Wyspiańskiego, ale chyba jest trzykrotnie większy.
Przy jeziorze stoi obszerny wóz policyjny, w którym policjanci trzymają konie i właśnie wyprowadzają je na wieczorny obchód. Idę jeszcze do „Małego Domku”, czyli do Kleines Haus Schauspielhaus, który został doszczętnie spalony w 1944 i w latach sześćdziesiątych wybudowano nowy, biały dwupoziomowy na planie ośmiokąta budynek z betonu, stali i szkła w manierze Le Corbusiera. W ostatnich latach zmodernizowany, ruchome schody wiodą na piętro z ogromnymi, czarno-białymi malowidłami abstrakcyjnymi i nieprawdopodobną liczbą ludzi, którzy tu może przyszli na premierę, gdyż siedzą tu i na dole przy szatni, piją wino i coś jedzą, kolejka do kasy ogromna, wykupują ostatnie bilety, słowem, zaraz się zacznie, zaraz wszyscy tu znikną i zaludnią miejsca na widowni, a ja już też znikam. Wtapiam się w Ogród Zamkowy, po którym jeżdżą rowery z zamontowanymi w koła wyświetlaczami ledowymi w różnych neonowych kolorach. Duże ogrodowe kule lamp i rowery multiplikują się w tafli jeziora poruszanego jeszcze nie śpiącymi i żebrzącymi kaczkami, co bardziej refleksy świetlne zwielokrotnia.
Przecinam Ogród Zamkowy i podążam do głównego deptaka Stuttgartu, czyli na Königstraße. Królewska Droga jest główną ulicą handlową, była to podobno droga przerobiona z dawnej fosy przez budowniczych księcia Fryderyka II, a potem prace kontynuował król Wilhelm II. W czasie nalotów w 1944 domy przy tej ulicy zburzono do fundamentów, w latach sześćdziesiątych zamknięto ruch kołowy, a w siedemdziesiątych dodatkowo tramwajowy, teraz go przeniesiono pod ziemię.
Dzisiaj o tej porze przetacza się rozgadany, wielojęzyczny tłum przykucający mimo mrozu czasami na ławeczkach pod gołymi o tej porze platanami. Platany są oczkiem w głowie miasta, chorują skutkiem ciepła wytwarzanego przez budynki, trzeba chore egzemplarze wycinać, nowe mają bryły korzeniowe 2 metrowej średnicy i kosztują po 2 tysiące euro za egzemplarz, ale je wymieniają, dbają. Nawet teraz w zimie, kiedy sterczą tylko kikuty, platany tworzą egzotyczny klimat.
Nagle tłum wypycha mnie na Christmas Market, którego ani nie szukałam, ani nie pragnęłam znaleźć. W południowych Niemczech, a zwłaszcza w Baden-Württemberg jest najsłynniejszy, czego ze zdziwieniem doświadczam. Faktycznie, jest zachwycający! Myślałam, że jest jak przed laty w Norymberdze, gdzie stragany miały tylko cel marketingowy, gdzie liczyła się przede wszystkim sprzedaż i reklama firm i rzemieślników handlujących w swoich stoiskach. Tutaj jest to spotkanie towarzyskie. Na ogromnym placu przed rozświetlonym choinkowymi girlandami budynku Königsbau rozciąga się po horyzont morze światełek. Tłum rozbawionych ludzi celebruje bożonarodzeniowe misterium w barwach czerwono zielonych. Bardziej przypomina to karnawał w Rio, niż ponurość adwentowego oczekiwania na bożonarodzeniową wyżerkę.
Königsbau jest królewski, zbudowany w dziewiętnastym wieku przez Wilhelma I w późnym stylu klasycystycznym, przypomina jońskimi kolumnami bardziej świątynię grecką, niż handlowy pasaż, czym jest dzisiaj. Zbombardowany w 1944 został zbudowany na nowo, a w ostatnich latach dobudowano szklany dach i garaże podziemne. Na barokowym Schlossplatz stoi oświetlona fontanna Lustgarten i estrada z girlandą żarówek jak w „Yellow Submarine”, w której grał Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band. Oś placu wyznacza wbita w ziemię 30 metrowa kolumna Jubiläumssäule wzniesiona na urodziny króla Wirtembergii Wilhelma I. Stoi na niej, na kuli z dwoma lwami, 5 metrowy posąg rzymskiej bogini Koncordi ze skrzydłami. Bogini patrzy na estradę i Königsbau.
Obsługa 300 stoisk udekorowanych gałązkami jodły, tak, że zostawiono tylko okna, nawet wewnętrzne ściany udekorowano, uwija się jak w ukropie. Przyszło tu, przyjechało, przyleciało, nawiedziło tak dużo ludzi, że wydaje się Weihnachtsmarktzeit być czymś najważniejszym na świecie. I faktycznie, radość z ciast, grzanego wina, potraw ze wszystkich stron świata, ale jednak głównie z kiełbasy udziela się wszystkim, którzy jak w amoku krążą po placu upojeni przyjemną atmosferą. Wydawałoby się, że tłum złakniony igrzysk i chleba jest tu tylko po to. Nieprawda. Z satysfakcją odczuwam dobroczynny wpływ tłumu, który przyjaźnie toczy dyskusje, śmieje się, spędza czas na piciu wina, paleniu papierosów i delektowaniu się wyszukanymi potrawami, z których, jak podejrzałam, wybierają białą kapustę i wieprzowinę. Ale jedzą też moje ulubione nugaty, ogromne, wielkości bochenków chleba bezy, lukrowane pierniki, cwibaki i wszystko co uwielbiam i czego już nie jem. W powietrzu czuje się przyjemne wonie cynamonu, ziołowych przypraw, pachnących kosmetyków i dymu z luksusowych papierosów.
Stoi 10 letni chłopczyk w okularach i na ogromnym blaszanym instrumencie dętym gra przejmująco „Heilige Nacht”, przed nim pudełko po butach na datki, ale jest bardzo zadbanym dzieckiem i jest to pewnie tylko popis, a nie żebranina.
Po powrocie do hotelu zjeżdżam windą do podziemia, na basen przechodzi się przez siłownię, gdzie ćwiczy tylko jeden gość hotelowy w krótkich spodenkach, wchodzę po kilku schodkach w górę obok koszy ze zużytymi białymi ręcznikami i już jestem przy niewielkim basenie. Wszystkie baseny na świecie mają turkusowe kafelki na dnie i ten też ma turkusowe i ciepłą, miękką wodę.
Kiedy wracam, nikogo już nie ma nawet na siłowni, zabieram z tacy zielone jabłko. W pokoju syn już śpi.

Opublikowano 2016, dziennik ciała | Skomentuj