Dziennik angielski i szkocki (3)

9 marca 2017, czwartek. Hotel Hilton Garden Inn w świetle dnia był jeszcze bardziej osamotniony, zza hotelowych zasłon widać było tylko puste, wiosenne pola.
Po śniadaniu na parterze, gdzie można było sobie wybrać, czy zjeść jajecznicę na bekonie, czy pociętą w plasterki kaszankę lub smażone trójkąty ziemniaczanego purée, od widoku takich dań na śniadanie robiło mi się niedobrze, syn przed wyjazdem z Kris do pracy poprosił recepcjonistkę, bym mogła zostać w hotelu do 13, bo i tak w Luton nic nie ma i nie ma się gdzie spieszyć. Zagadnęłam sprzątaczki – usłyszawszy, że cała ich ekipa łącznie z szefową mówi po polsku – co można w Luton zobaczyć?, ale nie wiedziały. Najmilsza Polka była w moim wieku i miała jeszcze trzy lata do emerytury, przepracowała w Luton już siedem lat i wcale nie chciała wracać do Polski, ani spędzać tam emerytury, mimo, że jedna z córek w Polsce pozostała. Zaintrygował mnie Luton, w końcu to ważne miasto z międzynarodowym lotniskiem, do którego samoloty latają bezpośrednio nawet z Katowic i to lotnisko jest najstarsze, wybudowane przed wojną, podczas gdy to, na które przyleciałam, Heathrow, po wojnie.
Wyszłam z hotelu w samo południe spisawszy z Google Maps wszystkie ulice, miałam iść do Luton niecałą godzinę. Przed hotelem powiewała jeszcze triumfalnie unijna flaga.
Po drodze mijałam zachwycona żywopłot z bożonarodzeniowego ostrokrzewu, który w Polsce przemarza, kwitnące łany dziko rosnących krokusów, żonkili, fiołków i sasanek. Mijałam starożytne cmentarze i małe osady z placami handlowymi. Ale jak doszłam do drugiego ronda, nie wiedziałam gdzie iść i napotkany jedyny mężczyzna powiedział, że można iść i tak, i tak, i że na jedno wychodzi, a najlepiej tak, co było zupełnie inne, niż mój spis nazw z Google Maps.
Kiedy wspięłam się na wzgórze zabudowane kolonią romantycznych domków z loggiami, skąd roztaczał się piękny widok na podobne domki i kolonie, nagle, wśród zupełnej pustki dostrzegłam figurkę młodej kobiety rasy żółtej, która właśnie wchodziła do swojego domu. Kiedy ją dogoniłam i spytałam o Luton złapała się za głowę, wstawiła zakupy do samochodu którym najwidoczniej tutaj przyjechała i razem ze mną zeszła z tej góry. Była bardzo zaaferowana i zatroskana, zdziwiona, że idę na piechotę z hotelu, ale ze swoją wschodnią powściągliwością nie podziwiała, a ni nie żałowała, że tak się męczę, pokiwała ze zrozumieniem głową. Przeszłyśmy pod mostem i nakierowała mnie na właściwą drogę, pouczyła, że przed Luton będzie jeszcze jeden most. Złożyłam dłonie jak do modlitwy w podziękowaniu takim, jakim wdziałam na filmach, byłam przepełniona wdzięcznością do tego żółtego anioła i nie wiedziałam jak mam to okazać.

Idąc szosą mijam szeregi zadbanych domków z wypukłymi loggiami, często wieżyczkami i rozbudowanymi dachami. Zaglądam przez bramę cmentarną w formie neogotyckiego zamku. Gruby mur kamienny skutecznie chroni cmentarz przed hałasem szosy. Jest to, jak czytam, Luton Church Burial Ground przy Crawley Green Road, miejsce, gdzie pochowano 132 zabitych w czasie I i II wojny światowej. Wpatruję się w duże kamienne tablice wbite w trawę przedzielone aleją wierzb rosochatych, po bezchmurnym niebie leci samolot.
Nieciekawe obrzeża Luton wiodą do centrum miasta, po przecięciu torów kolejowych podziemnym tunelem docieram do centrum. W odróżnieniu od Londynu świeci słońce, trochę odpoczywam, jem mój ulubiony paprykarz szczeciński w mojej ulubionej porze jedzenia na murku przy oknach biblioteki. Przez obrotowe drzwi wchodzą i wychodzą młodzi ludzie, głównie Azjaci. Kieruję się do toalety, wchodząca za mną dziewczyna w długiej szacie i chuście na głowie zajmuje z laptopem miejsce przy oknie na wysokim stołku, ale większość wchodzących kartą wstępu uwalnia blokady bramek i znika na siedmiu piętrach biblioteki. Stoją tu obok baru półeczki z folderami, mapami i wszystkim, co mi jest akurat jest potrzebne, łącznie z mapką szlaku rowerowego przez najatrakcyjniejsze okolice Luton. Mapka campusu, na którym okazuje się już jestem, wskazuje jako atrakcję średniowieczny, niski kościół St Mary’s Churchyland, który zaraz odwiedzę. Jest ogrodzony i zamknięty, ale jego elewacja w szachownicę i zamkowe blanki przypomina rycerski zamek z klocków LEGO. Wchodzę do jednego z oszklonych, nowoczesnych budynków Uniwersytetu Bedfordshire, nikt nie zwraca na mnie uwagi, czarnoskóry portier nie ma nic przeciwko temu, bym się tu porozglądała. Pobieram ze stolików w holu kolejne foldery.
Przecinam plac campusu i jestem już w High Town, którego główną ulicą – deptakiem jest George Street zaczynający się placem świętego Jerzego i kończący się dziewiętnastowiecznym ratuszem. The Mall Luton, do którego można dostać się różnymi bramami z George Street, gdyż pawilony tego gigantycznego sklepu ciągną się równolegle do ulicy zasłonięte pierzeją kamienic, od razu jest widoczny. Wchodzę i wjeżdżam na piętro ruchomymi schodami do skrzydła z napisem MARKET. Chyba jestem tutaj jedyną białą osobą, ale i tak nikt nie zwraca na mnie uwagi, do niczego nie zachęca i niczego nie oferuje. Wbrew napisowi nie panuje tutaj atmosfera energetycznych egzotycznych targowisk, nawet obsługa stoisk jest gdzieś pochowana, czasami smętnie przesuwają się czarnoskóre postacie, by coś poprawić na wieszakach lub podnieść z posadzki upuszczony towar. Sennie jedzą w oddzielonych zasłonkami z koralików małych boksach czekoladowe kobiety w chustach i owłosieni mężczyźni w turbanach potrawy na plastikowych tackach i piją kawę z tekturowych kubków. Mozolnie, w którymś z boksów kobieta szyje na maszynie otoczona stertami kuponów materiałów. Przy stoiskach z jedzeniem, warzywami, rybami i mięsem jest o tej porze pusto. Zwabiona egzotycznymi zapachami przypraw i kadzidełek, barwnością stoisk próżno poszukuję jakiejś radosnej, emigracyjnej enklawy w Luton, które szczyci się największą liczbą ludności kolorowej z całego Królestwa. Ciężki betonowy sufit sprawia, że jest tu ciemno i przytłaczająco, a sztuczne oświetlenie nie jest wystarczające, jakby chciano na kolorowych mieszkańcach Luton zaoszczędzić.
Wychodzę na dalsze przestrzenie hipermarketu, dalej jest weselej, ciągną się kilometrami restauracje, bistra sklepy, stoiska, sale rekreacyjne, gier i kącików dla dzieci. Cały ten kompleks powstał w latach siedemdziesiątych, kiedy wyburzono wiktoriańskie domy ze szklanymi dachami i Arnold Hagenbach, założyciel centrów handlowych po II wojnie światowej w całym Zjednoczonym Królestwie pod nazwą Arndale Centre, postawił tu ten gigant. Teraz wszystko przejęła spółka Maill i unowocześniła. Udaje mi się przy pierwszym napotkanym wyjściu na George Street uwolnić się od sklepowego labiryntu i wyjść na słoneczną ulicę, gdzie przeważa rasa biała, głównie Polacy, bo język polski dochodzi zewsząd.
Niestety wielki polski magazyn z napisem „Miód” jest już zlikwidowany, ale za to polskie delikatesy “Smaczek” są w dalszym ciągu otwarte.
Dochodzę do białego ratusza z jońskimi kolumnami, który wydaje mi się brzydki, dalej za nim ciągną się uliczki z dwukondygnacyjnymi kamieniczkami z polerowanej, czerwonej cegły, białymi okiennicami i łukowatymi witrynami sklepów na parterze. Na ich tle, jak z Matrixa, pięknie komponują się szybko kroczące muzułmańskie kobiety w długich, czarnych trenczach, z twarzami zamaskowanymi kwefami. Dalej mały kościółek, domek neogotycki w którym jest muzeum, wszystko zresztą jest w stylu gregoriańskiej, wiktoriańskiej Anglii. Polacy niosą torby z zakupami, palą papierosy, często po wschodniemu zaciągają i strasznie klną, ale są jacyś energetyczni i podekscytowani. Okrążam kilka razy teren wokół ulicy Jerzego, zaglądam do dziewiętnastowiecznego budynku z czerwonej cegły, obok do zabytkowego domeczku, podobno całe Luton wyrabiało kapelusze, potem samoloty, a w czasie wojny bomby i samoloty, za co było bombardowane mimo tajności ulokowanych przez Churchilla fabryk. W jednej z uliczek napotykam na mały sklepik z materiałami dla plastyków, jest doskonale zaopatrzony, a ceny są niższe niż w Polsce. Kupuję sobie fosforyzujące flamastry, piękna czarnoskóra dziewczyna, chyba mająca dwa metry wzrostu we fryzurze afro kupuje arkusze czerpanego papieru.
Wracam do biblioteki, widziana wcześniej Pakistanka w dalszym ciągu siedzi na wysokim stołku przy laptopie mimo, że jest upał, szczelnie okutana jest szarą chustą, popielate abaja i czador zasłaniają całą sylwetę. Oglądam fotografie na ścianach i czytam informacje. Campus powstał niedawno, dziesięć lat temu, a tę supernowoczesną bibliotekę otwarto w styczniu ubiegłego roku. Biblioteka jest, jak pozostałe budynki campusu super ekologiczna, obiektem wzorcowym pod tym względem: panele słoneczne, wydajne ogrzewanie, ograniczenie emisji CO2, dach zbiera deszczówkę.
Jakieś kolorowe towarzystwo świętuje przy stoliku swoją uroczystość, rozkładam swój laptop przy oknie i próbuję się zalogować do sieci uniwersytetu. Ale interesuje mnie życie za oknem, trzy bardzo atrakcyjne muzułmanki właśnie się tu spotkały i nie mogą się rozstać, rozmawiają żywo ze sobą, śmieją się, trzymają pod pachami jakieś skrypty. Piszę do syna, by przyjechał tutaj po mnie, odpisuje, że już jedzie. Zbieram się, pakuję laptop do plecaka i wychodzę na zewnątrz. Ze mną oczekuje na samochód ciemnoskóra studentka okutana szczelnie w długie popielate szaty i tego koloru chustę, jest bardzo ładna. Po nią przyjeżdża czarny samochód z czarnymi szybami, czarnoskóry kierowca roztapia się za kierownicą i wygląda, jakby samochód przyjechał bez kierowcy.
Syn przyjeżdża wściekły, okazało się, że są trzy biblioteki w Luton, a ja jak zwykle nie odbieram telefonu.
Jedziemy na kolację na obrzeża Luton, już się ściemnia i pub Rhubarb mieszczący się w piętrowym domku przy Church Road zapala przed wejściem zabytkowe latarnie. Mimo, że jak głosi szyld, potrawy są tu kuchni domowej, dorsz z frytkami, zamówiony mi na siłę przez syna jest smażony w głębokim oleju z mrożonek z hipermarketu i raczej niejadalny. Ale jest miła, egzystencjalna atmosfera prowincji, gdzie po pracy przychodzą tubylcy pograć w gry, w bilard, zobaczyć wspólnie mecz w telewizorze i wypić przy kontuarze piwo. Otyła kobieta właśnie podeszła do jednorękiego bandyty i chyba go opróżniła z pieniędzy, bo monety długo sypały się do korytka.
Jednak szybko wstajemy i idziemy do samochodu. Mamy cztery godziny jazdy do Newcastle upon Tyne, a trzeba wyjechać z miasta w korkach na autostradę, co podróż przedłuży.

Opublikowano 2017, dziennik ciała | Skomentuj

Dziennik angielski i szkocki (2)

8 marca 2017, środa. Novotel jest w starej robotniczej dzielnicy południowego Londynu Southwark i okna pokoju wychodzą na rząd wielopiętrowych budynków, gdzie mieściły się dawniej różne wiktoriańskie biznesy. Można wychylić się i ujrzeć czterokondygnacyjną, z półkolistymi oknami Menier Chocolate Factory, teraz jest tam teatr.
Budzimy się wcześnie i mamy jeszcze czas, by zdążyć zjechać windą, syn do siłowni, ja do sauny. Siedzi w drewnianej kabinie mężczyzna w moim wieku okryty białym hotelowym ręcznikiem, ale jak biorę prysznic już z niej wychodzi i przenosi się na fotel w pomieszczeniu obok, by odpocząć i potem znika na dobre. Druga kabina z zimnym powietrzem miga zapraszająco niebieskimi światłami chcąc umilać przejście z gorącego piekła pierwszej. Lecz ja i tak nie wytrzymuję nigdzie długo i wolę siedzieć pod prysznicem. Piramida zielonych jabłek tutaj także jest, stoją we wszystkich hotelowych siłowniach i basenach i nie wiadomo dlaczego ten gatunek jest im przypisany. Szafki z pozwijanymi w rulony ręcznikami, szafki na kluczyk, duże lustra i rośliny doniczkowe wokół, wszystko to zachęca, by zadbać o ciało, a ja i tak nie muszę, bo tylko mój duch każe mi pokonywać wszystkie odległości lekko, jak na jego wagę i umiejętności przemieszczania się.
Mam, jak się dowiaduję od syna, tylko jeden dzień na Londyn, już wieczorem jedziemy do Luton, gdzie mamy następny nocleg. Koncepcja, bym z Luton tu metrem wróciła, a syn w drodze powrotnej po mnie wyjedzie samochodem upada, gdyż hotel Hilton jest na peryferiach Luton, korki są okropne i czas skurczy się do tego przemieszczania, nawet metro ma liczne przystanki i jedzie długo.
Mimo że pada, rezygnuję z metra, by zobaczyć ulice Londynu, przechodniów, wystawy i pozaglądać przez szyby do pubów i restauracji.
Wychodzę z hotelu zaraz po tym, jak syn z Kris, która przyleciała z Seattle też wczoraj, znikają za rogiem ciągnąc walizki ze sprzętem fotograficznym, kierując się na wieżę Shard of Glass widoczną w całej okazałości z hotelowego parkingu. W niej do wieczora będą przeprowadzać wywiady z użytkownikami najnowszego programu komputerowego Microsoftu dla diagnostyki medycznej.
Mam żółtą pelerynę z kapturem i do tego parasol. Staram się nie przemoknąć i nie zaziębić, ale ogranicza mi to pole widzenia. Wszyscy po ulicach chodzą pochyleni i nawet już nie widzi się tych charakterystycznych sylwetek wpatrzonych w telefony, gdyż każdy ma gdzieś je ukryte i korzysta ze słuchawek. Jednak nie jest to ulewny deszcz, właściwie mży tylko, ale wystarczy, by cała wilgoć wsiąknęła w ubranie i buty.
Po błyszczących, czarnych ulicach jeżdżą czarne duże taksówki i piętrowe autobusy, najczęściej zupełnie puste. Stare dziewiętnastowieczne kamienice powoli ustępują szklanym wieżowcom, cały czas budowanym, żurawie wznoszące je do nieba widoczne są zewsząd. Idę ulicą Southwark równolegle do Tate Galery, którą chcę sobie zostawić na powrót, mijam wypożyczalnię miejskich rowerów, widzę, jak właśnie otwierają South Bank Centre, to taki chyba nasz były empik, młodzież głównie azjatycka wchodzi tu cały czas, by zjeść śniadanie i posiedzieć przy komputerach.
Dochodzę do Blue Fin Building Southwark, to szklany, błękitny wielokondygnacyjny biurowiec niedawno powstały w miejscu wyburzonych 150-letnich domów, przed nim stoi ruchoma instalacja – Pomnik Nieznanego Artysty stworzony przez grupę artystów niezależnych Greyworld. Na cokole z napisem łacińskim NON PLAUDITE MODO PECUNIAM JACI stoi realistyczna postać mężczyzny przypominająca prawdziwego mima stojącego nieruchomo w miejscach turystycznych i odgrywającego jakąś historyczną postać. Pomnik w zamyśle miał reagować ruchem na przechodniów, co musiało ludzi przestraszać. Stoi tu już 10 lat i nie wiadomo, czy się jeszcze rusza, ale na mnie nie reagował. Teraz w deszczu jego podniesiony w górę pędzel, jak i druga dłoń zwisają wzdłuż tułowia, a artystyczny szalik w kolorze szarości pomnika z brązu też opadł smętnie. Bliski tu plac budowy zasłonięty jest gigantycznymi zdjęciami dwóch nabrzeży Tamizy i wzniesionego niedawno supernowoczesnego City. Mijam trawniki kwitnące przylaszczkami i przebiśniegami, dochodzę do obszaru zajętego przez OXO, z tej strony wypielęgnowany park zza którego wyziera wieża, w XIX wieku najwyższy punkt Londynu, a za nią w oddali trzydziestopiętrowy, 111 metrów wysokości South Bank Tower zbudowana jeszcze w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku.
Mijam Kings College, podobno obok University of Oxford i University of Cambridge trzecia najważniejsza w UK uczelnia, potem wielokulturowy kościół st. Johns, wygląda jak grecka świątynia z kolumnami, gdzie odbywają się nawet nabożeństwa w narzeczu ludów Ugandy i podchodzę do gigantycznej rotundy. BFI IMAX ma największy ekran kinowy w Królestwie. Potem schodkami wzdłuż Hungerford Bridge, po jego przeciwległej stronie są półkoliste wejścia do pomieszczeń pod mostem gdzie jest „Topolski Bar”. Powstał, by upamiętnić słynną pracownię Feliksa Topolskiego, do którego zjeżdżali się wszyscy artyści z Polski z Wajdą na czele, ale także znakomitości z Anglii, a rodzina królewska kupowała od Topolskiego 150 rysunków rocznie. Teraz „Bar Topolski”, gdzie jedzenie jest piekielnie drogie, ozdobiony jest pracami Topolskiego w ponurych barwach, ale ekspresja jego rysunków na ścianach restauracji nikogo tam nie uspokoi.
Idę wzdłuż Royal Festival Hall, mijam dużą, czarną głowę Nelsona Mandeli stojącą na chodniku między halą a Hungerford Bridge na jeszcze czarniejszym, wypolerowanym cokole. Modernistyczna sala koncertowej Royal Festival Hall otwarta w 1951 koncertem w obecności króla Jerzego VI i królowej Elżbiety ciągle jest przebudowywana i modernizowana aż po nasz wiek XXI.
Jeszcze tylko zejść po schodach i już jestem na nabrzeżu, na przepięknym bulwarze Queen’s Walk zbudowanym na srebrny jubileusz rządów królowej Elżbiety II. Wtedy też dobudowano do kolejowego mostu Hungerford po jego dwóch stronach kładki dla pieszych przypominające burtę jachtu. Wzdłuż deptaku stoją żeliwne lampy ze szklanymi kulami – kloszami przypominające lampy gazowe, bogato zdobione motywem morskich stworów. Na barierki siadają ptaki morskie i słodkowodne oraz te, które lubią wsie angielskie: stalowoszare kaczki z białymi frędzlami, bladoszare perkozy, białe czaple, barwne zimorodki o turkusowych skrzydłach, brązowe kurki – kokoszki lub w ciemnym oliwkowym upierzeniu z zielonymi nogami i czerwonymi podwiązkami.
Szmaragdowe kaczki krzyżówki z butelkowo-zielonymi głowami i białymi kołnierzami, śnieżnobiałe łabędzie będące własnością Korony, cyraneczki – najmniejsze kaczuszki, gęsi o czekoladowych głowach i wszędobylskie mewy, rybitwy oraz czajki i jaskółki.
Wszystkie ptaki siadają na barierkach wzdłuż promenady lub na zakotwiczonych kutrach na Tamizie (znam je wszystkie, gdyż robię je z filcu i kolorowych szmatek i zawieszam u sufitu w domu). Zza ptaków rozpościera się przepiękny, zamglony widok na City Westminster, nawet piękniejszy niż na pejzażu Clauda Moneta.
Dochodzę do London Eye. W Londynie było już koło młyńskie w Earls Court na północno-zachodnim krańcu Londynu zbudowane w 1895, a rozebrane w 1907 roku i miało 94 metrów wysokości 82 metrów średnicy. Dzisiejsze London Eye z 2000 roku jest wysokie na 135 metrów i ma 120 metrów średnicy, przypomina koło rowerowe. Posiada 32 kapsułki, a jazda trwa 30 minut.
Ponieważ i tak nie miałabym czasu tym jechać, zobaczyłam ile zaoszczędzam funtów: dla seniora £16,50, wynajęcie całej kapsuły bez względu na liczbę pasażerów (maksimum 25 pasażerów) £500. Jeśli ktoś chce, posiłek z trzech dań kosztuje £5000 na grupę.
Dostaje się także zatyczki do uszu.
Diabelskie koło ma tę zaletę, że jest widoczne zewsząd i jest dla mnie punktem orientacyjnym, gdyż nie mam opłaconej komórki, by móc korzystać z mapy online.
Za Jubilee Gardens, aż do mostu westminsterskiego ciągną się „londyńskie lochy”, do których bilety sprzedawane są w oszklonych pomieszczeniach wzdłuż rzeki. Fundują dzieciom najkrwawsze momenty z dziejów Anglii. Dalej jest Sea Life London Aquarium zajmujące trzy kondygnacje i podziemia pełne ryb.
Zawsze chciałam zobaczyć zegar, na którego czterometrowych wskazówkach odpoczywali Piotruś Pan i Wendy w drodze do Nibylandii i wiedziałam, że do Nibylandii leci się właśnie przez Westminster. Przeszłam do niego na drugą stronę Tamizy mostem, mieszając się z tłumem, nie tylko turystów. Ludzie wychodzili ze stacji metra, straże parlamentu wpuszczały właśnie samochody na jego teren blokując przechodniów, a ja rozmyślałam o dziennikach Samuela Pepysa w genialnym tłumaczeniu Marii Dąbrowskiej, o tym, jak Pepys będący administratorem floty Anglii (nie mający pojęcia o marynarce) i członkiem parlamentu, chodził tu codziennie do pracy myśląc jedynie o tym, by kobiety, które mu się podobają pozwoliły mu zrobić z nimi co zechce i żeby żona się o tym nie dowiedziała.
Przed opactwem Westminster jest jednak kolejka turystów, trzeba pokazać plecak i zapłacić wstęp. Ksiądz ubrany w zielony ornat wymienia z każdym wchodzącym kilka słów i jest niesłychanie grzeczny. Ale jak podchodzę bez biletu i pytam, czy mogę sfotografować tylko to, co tu widzę, zaraz się zmienia, zakazuje wszelkich fotografii i obrażony odsyła mnie do kasy.
Najbardziej podobają mi się gotyckie koronkowe sklepienia i wyrzeźbione w kamieniu dalie na portalu, pamiętam, że o tych ulubionych kwiatach angielskich królów pisała Virginia Woolf w „Orlando”.
Niedaleko stoi posąg sufrażystki Emmeline Pankhurst otoczony właśnie licealistami, którym znużony nauczyciel objaśnia żywot wyniszczonej głodówkami więziennymi kobiety. Wzniesiono go z niezwykłą szybkością zaraz po jej zgonie, najprawdopodobniej ze wstydu, kiedy już niczego nie dało się naprawić. W filmie „Sufrażystki” z 2015 zagrała ją Meryl Streep.
Pomnik króla Jerzego V, dziadka królowej Elżbiety II z portlandzkiego marmuru stoi naprzeciwko Izby Lordów. Pochodzi z 1947 roku, ma 3 metry wysokości razem z cokołem i też gromadzi grupkę szkolnej młodzieży.
Siadłam na ławce w bliskim Parku świętego Jakuba, by wypić wodę z butelki i trochę odpocząć. Na trawnikach łany narcyzów, pod drzewami przebiśniegi i sasanki, obwódki z pierwiosnków, a jak wyjeżdżałam z Polski, nic jeszcze sie nie obudziło po zimie. Na stawie pelikan, potomek pewnie tego przekazanego przez ambasadora Rosji w 1664 roku Karolowi II. Trzymano tu kiedyś wielbłądy, krokodyle, słonia i egzotyczne ptaki w klatkach.
Myślałam o Oliverze Cromwellu, którego pomnik niedawno minęłam, stoi poza Izbą Gmin Zjednoczonego Królestwa w Westminsterze, a jeszcze 10 lat temu chciano go usunąć. Film „Zabić króla” z Timem Rothem jako Oliverem Cromwellem robi z niego faktycznie wściekłego tyrana i ten jeden moment w historii Anglii, gdzie król nie królował spowodował późniejsze rządy królewskie jeszcze bardziej absolutystyczne i jeszcze głupsze. Po ścięciu przez Cromwella króla Karola I, z wygnania we Francji wrócił na tron jego syn Karol II i założył właśnie ten park w stylu francuskim, który o zmroku za przyzwoleniem libertyńskiego króla stawał się miejscem seksualnych orgii.
Pod koniec XVIII wieku miejscem przestępstw i bezprawia stał się Westminster. Wprowadzenie oświetlenia ulicznego spowodowało, że kobiety pracujące „off-street” zajęły park nie oświetlony w nocy.
Opisał to młody poeta, przyjaciel króla hrabia Rochesteru John Wilmot w swoim poemacie „To Ramble w Parku St James”. Film „The Libertine” z Johnnym Deppem w roli hrabiego Rchesteru i z Johnem Malkovichem przybliża te czasy. Poemat o parku napisał też Edmund Waller „Park St. James” o którym Harolld Bloom wspomina w swojej książce „Lęk przed wpływem”. Jednak poematem tym podlizuje się królowi tworząc jego bukoliczny obraz, podczas gdy hrabia Rochester nie szczędzi wulgaryzmów i opisów całkowitego zezwierzęcenia frywolnych londyńczyków.
I jeszcze na dodatek współczesna nam powieść SF „Wróg” Charliego Higsona przybliża park futurystycznie. Akcja toczy się między innymi w tym parku po apokaliptycznych przemianach świata. Według niej nie mam co iść do pałacu Buckingham, gdzie zainfekowana rodzina królewska jest przechowywana w sali tronowej i jest zbyt słaba aby walczyć. Dzieci walczą natomiast o Park St. James by móc hodować w nim żywność.
Wzdłuż parku Jakuba ciągnie się Horse Guards Road, przy której też stoi pomnik, wyjątkowo brzydki, poświęcony ofiarom I wojny światowej, a po II wojnie światowej dodano jeszcze informacje o kolejnej porcji ofiar. Stoją wieńce z czerwonych maków składane na Poppy Day.
Cały plac Horse Guards Parade zastawiony jest dzisiaj jakimiś budkami, samochodami i wygląda to na plac budowy. Nagle z ulicy Maill wyjechał na koniach ubrany na czerwono, w złotych hełmach oddział Królewskiej Kawalerii Konnej, przejechał wzdłuż parku i zniknął za rogiem. Podążam tam, skąd wyjechali, przekraczam szeroką arterię The Maill gdzie z oddali widać dostojne łuki Admiralicji, przez które wiedzie uroczysta trasa z Trafalgar Square do Pałacu Buckingham. Wchodzę na plac Waterloo zapoczątkowany gigantyczną kolumną z Dukiem Yorku na czubku. Sir John Franklin stoi po lewej stronie, w środku król Edward VII na koniu, a po prawej stoi Field Marsahall, pierwszy baron Clyde. Przecinam Pall Maill i w środku nowy pomnik, stoi secesyjna grupa Crimean War Memorial z alegorycznymi figurami upamiętniająca zwycięstwo aliantów w wojnie krymskiej z 1853-56.
Drogowskazy kierują mnie do National Gallery.
Budynek przypomina Capitol, dzięki latarni kopuły wewnątrz jest bardzo jasno. Wnoszone plecaki i torebki sprawdzają pospiesznie dwaj strażnicy, gdyż napór wycieczek jest tak wielki, że trudno tu o dawną celebrację wejścia do świątyni sztuki. Pamiętam jeszcze moje szkolne wycieczki do muzeum, ściszone głosy, obowiązywało oddawanie wszystkiego w szatni i włożenie śmiesznych filcowych kapci z przywiązywanymi z przodu troczkami. Tutaj panuje prawdziwa demokracja, wszyscy chodzą gdzie chcą i w czym chcą i co chcą mają w rękach, nieustannie gadają, śmieją się, jest jak w ulu. Znudzeni pilnowacze interweniują w krańcowych wypadkach. Dopiero jak grupa uczniów dobrała się do jakiejś perły włoskiego renesansu, pilnująca czarnoskóra nagle poderwała się z krzesła i stanęła jak żołnierz między znudzonymi uczniami a obrazem. W innym miejscu francuski nauczyciel, wyraźnie pasjonat sztuki wysokiej, gestykulował i opowiadał o obrazie, który grupę licealistów nie zainteresował i widać było, że z pobłażaniem patrzą jedynie na swego śmiesznego nauczyciela. „Malarstwo włoskie rany boskie” jak pisał Andrzej Bursa w wierszu.
A ja zachwycałam się wszystkim i długo stałam przed moim ulubionym Jean-Auguste-Dominique Ingresem i wspaniałym portretem pani Moitessier.
Plac Trafalgar Square mimo niedawnego deszczu kipiał falującym, energetycznym tłumem. Po prawej stronie, gdzie czasowo na czwartym pustym cokole stawiają rzeźby młodych artystów, teraz stoi siedmiometrowa brązowa rzeźba czarnego koloru ludzkiej dłoni z gigantycznym, wydłużonym, skierowanym w niebo kciukiem rzeźbiarza z Glasgow Davida Shrigle.
Stoją też inni uliczni artyści. Przez siatkę moczoną w kuble, bubble man puszcza bańki mydlane na cały plac, które łapią dzieci. Po lewej uliczny zespół śpiewa piosenki Boba Dylana, stoją żywe posągi i turyści się fotografują. Górująca 44 metrowa kolumna koryncka z figurą z piaskowca Horatia Nelsona w napoleońskim kapeluszu i czterema ogromnymi lwami przeraża mnie, bo nie jestem przyzwyczajona do takiej gigantomanii.
Odpoczywam siedząc wśród urodziwych dziewczyn na brzegu fontanny i jem wyjęty z plecaka paprykarz szczeciński, tu zresztą wszyscy coś jedzą.
Kiedy dochodzę do Piccadilly Circus , fontanna Shatfesbury’ego oblegana jest przez turystów. Wieńczy ją figurka Erosa zrobiona pioniersko z aluminium w końca XIX wieku do której pozował 16 letni angielsko-włoski chłopak. Sylvia Plath zauważa w „Dzienniku”, że ma strzałę skierowują w dół, przez lata pełnił swoją miłosną rolę w centrum Londynu. Było to, od jego umieszczenia tutaj, miejsce najlepszych w Londynie prostytutek, a matki z pobliskiego targu przy Haymarket przyprowadzały tu na sprzedaż swoje córki. Teraz zmienił swój charakter, gdyż na stopniach fontanny siedzą wszyscy, którzy tak jak ja błądzą po Londynie szukając ławki by odpocząć, zjeść i wypić.
Sądząc z mapy jestem w samym sercu londyńskich uciech. Ulica Shaftesbury łączy Piccadilly Circus z New Oxford Street przecinając Charing Cross Road i ma początek w Chinatown. Na skrzyżowaniu Shaftesbury i Charing Cross Road znajduje się Palace Theatre z czerwonej cegły, a na północno-wschodnim końcu ulicy Shaftesbury Theatre.
Zabytkowy, z kolumnami, Teatr Criterion, podobno cały pod ziemią, stoi na południowym brzegu Piccadilly Circus. W północno-wschodniej części Piccadilly Circus, na rogu między Shaftesbury Avenue i Coventry Street, jest London Pavilion, na którym są sławne billboardy świetlne. Z początku przeznaczony był dla muzyki, teraz jest to pasaż handlowy.
Obok mnie siedzą młodzi ludzie, jedną parę pamiętam z parku St. Jamesa, mówią po hiszpańsku, robią sobie zdjęcia telefonem.
Wstaję i idę w kierunku ulicy Piccadilly.
Na Piccadilly mijam wielki Burlington House z 1664 roku, ostatni z wielkich domów jakie tu wzniesiono. Była tu Royal Academy i tu Darwin przedstawił po raz pierwszy swoją teorię.
Idąc dalej, odwiedzam siedemnastowieczny anglikański kościół St James’a gdzie ochrzczono Wiliama Blake’a. Mały, z czerwonej cegły, sprawia wrażenie trzynawowego, ale to tylko wielki hall, po bokach ma balkony wsparte kwadratowymi kolumnami. Marmury są rzeźbione i złocone. Wszystkie białe ściany oprócz wejściowej mają duże okna, zamiast ołtarza jest okno witrażowe i dzięki temu kościół jest jasny i przyjemny. Sklepienie kolebkowe harmonijnie zamyka przestrzeń. Pod organami wielki okrągły zegar czego nigdy w kościołach nie wdziałam. Brali tu podobno śluby wielokrotnie i tajnie arystokraci skandaliści.
Kościół prowadzi bogate życie artystyczne, odbywają się tu plenery rzeźbiarskie od zakończenia wojny w ogrodzie kościoła na terenie zbombardowanego cmentarza. Są też koncerty muzyki poważnej, ale ja trafiam akurat na działalność biznesową. Przed kościołem stoiska w poszczególne dnie tygodnia handlują czymś innym, a ponieważ jest środa, trwa Arts and Craft Market. Biskupi zachęcają do wszelkich działań komercyjnych na terenie kościoła, co się nie wszystkim podoba i w proteście powstała grupa chrześcijańska „Vagabonds”. Nazwa pochodzi z poematu Wiliama Blake’a „The Little Vagabond”. „Włóczędzy” spotykają się nieformalnie raz w miesiącu w zamkniętym pubie na St James, by od swojego patrona zaczerpnąć duchowości. Wspierają też ubiegających się o azyl i biednych.
Natrafiam na Piccadilly na „Hatchards” najstarszą w Londynie, osiemnastowieczną księgarnię, gdzie kupowali książki Kipling, Wilde, Byron. W „Hatchards” korzystam z bezpłatnej toalety.
Potem chodzę oszołomiona pod oszklonym dachem pierwszym w Wielkiej Brytanii pasażem handlowym zbudowanym pod kątem prostym do Piccadilly, otwartym od 1819. Nie tylko dziewiętnastowieczny Paryż miał swoje ekskluzywne pasaże opiewane przez Waltera Beniamina.
Wracam na Piccadilly i próbuję odpocząć w St James Square. Niestety park zamknięty jest dla publiczności, zaglądam przez ogrodzenie, wszystko wiosennie tam już kwitnie.
Soho, które ma zaledwie dwa kilometry kwadratowe dzisiaj straciło już podobno monopol na uciechy seksualne, a w ciągu dnia jest jak każda dzielnica pełne zabieganych, szarych przechodniów.
W latach trzydziestych pisarze pili tu na umór w pubach, a w utworzonych po wojnie tanich jadłodajniach jedli obiady. Umieszczali swoje najczarniejsze postacie właśnie tutaj. Hyde dostał od Stevensona swoje tajne mieszkanie, a Conrad dał sklep pornograficzny tajnemu agentowi.
Kogo tu nie było. Pomieszkiwał jako dziecko Mozart, mieszkał Karol Marks i knowali rewolucjoniści. Do pubów chadzali malarze Francis Bacon, Lucien Freud, później Damien Hirst. Mieszkał krawiec Beatlesów, producent „Wstrętu” Romana Polańskiego, muzycy jazzowi, rockowi i pop jak George Melly, Eric Clapton, Jimi Hendrix, Donovan, Elton John. W XXI wieku przywracali świetność Soho lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku Rolling Stonesi, Charlotte Church, Amy Winehouse i Paris Hilton.
Ale lata sześćdziesiąte były tu najważniejsze. Tu w teatrach toczyła się rewolucja seksualna, aktorzy występowali nago, skorumpowana policja przyzwalała na setki burdeli, sex shopów, klubów gejowskich i ulicznej prostytucji. Tu Beatlesi nagrywali płyty, występowali i się modlili. Pozostałością ich religijności jest Hare Krishna Temple. Kiedy przechodzę obok śpiewającej grupy buddystów przed ich kościołem widzę, że są tak jak inne elementy tej ulicy prowadzącej do parku czymś integralnym, ale nikogo nie obchodzącym.
Wchodzę do Soho Square, mijam biały posąg Karola II, tego samego króla, który założył park świętego Jakuba i którego wygląd przypomina naszego Jana Kazimierza, a grający go Malkovich w „Rozpustniku” był jak z portretów obu królów.
Rośnie tu, jak na Kubie ciepłolubna palma, a rabaty pierwiosnków już niemal przekwitają, a ja już tylko mogę zjeść i wypić kładąc się pod domkiem ogrodnika.
Na Oxford Circus skręcam tylko w ulicę Regent. Nie zamierzam kupować nic na Oxford Street, mimo, że właśnie tutaj autor horroru „Wróg” Charlie Higson przyprowadził dzieci łowione przez „dorosłych”, którzy zamienili się w kanibali, by się jakoś ogarnęły i odświeżyły plądrując opuszczone po zarazie ekskluzywne sklepy i założyły olśniewające adidasy, bluzy i kurtki.
Ulica Regent jest wiktoriańska, Pepys w swoim „Dzienniku” o niej nie wspomina, bo wytyczono ją dopiero po pożarze w 1666 znanym najlepiej właśnie z jego „Dziennika”. Najpiękniejszy jest The Quadrant, najlepiej widoczny na Google Map, gdyż nowatorsko zaprojektowany przez głównego i jedynego architekta ulicy (też architekt Pałacu Buckingham), Johna Nasha jako długi budynek jest na planie wycinkiem koła. Był jeszcze piękniejszy, miał arkady, by najbogatsza klientela Londynu nie mokła chodząc po sklepach. Kolumnadę usunięto w 1848 gdyż podobno zaciemniała sklepy.
Ubierał się tu Oscar Wilde, przy tej ulicy w klubie doszło do konfliktu Wilde’a z markizem Queensberry skutkiem czego po procesie go uwięziono i wkrótce zmarł.
Wszystkie kamienice są zabytkowe, o elewacjach z portlandzkiego piaskowca, o pięknych oknach z dziewiętnastowieczną sztukaterią.
Szukam słynnego sklepu „Hamleys” z zabawkami polecanego przez przewodniki jako największy sklep na świecie co pewnie nie jest prawdą, ale niechybnie posiada toaletę. Wjeżdżam na siódme piętro gdzie strzałki rozwidlają się na kolor niebieski „boys” i różowy „girls”. Nigdzie nie widziałam tak wesołej toalety.
Ekspedientki chodzą w tiulowych spódniczkach baletnicy, praca tutaj jest chyba bardzo ciężka, nikt z obsługi nie próżnuje. Sprzedawcy prezentują latające zabawki, jeżdżące po ścianach samochody, rysują przez szablony tęczowymi kredkami, wyciskają fosforyzującą pastę na balony. Jedynie uwięzione w obramowanych blatach stołów pluszowe zwierzątka próbujące z nich wyjść same się obsługują. Na półpiętrze jak na balkonie stoi rodzina królewska w skali 1:1 zrobiona z klocków Lego, gdzie klienci się z nią fotografują.
Mijam wielkości naturalnej pluszowe słonie i żyrafy i zjeżdżam do podziemia, na najniższy poziom, gdzie całą przestrzeń na planie sklepu zajmują zabawki dotyczące gwiezdnych wojen.
Popularne książeczki Saxa Rohmera z doktorem Fu Manchu w pierwszej połowie XX wieku przedstawiały mieszkańca China Town jako geniusza zła: wąsatego, szczupłego Chińczyka z nieprzeciętną wiedzą o twarzy szatana, dysponującego agentami i wojownikami wyposażonymi w wyszukane narzędzia tortur i broń chemiczną.
Pisarz podobno żalił się, że jest zakazany w faszystowskich Niemczech wbrew jego sympatiom i książkom propagującym walkę z komunizmem. Żółta zaraza tępiona przez Saxa Rohmera nie powstrzymała powojennego odrodzenia się zbombardowanego, pierwotnego China Town w Limehouse, którego wszystkich mieszkańców pisarz uczynił przestępcami.
W powojennym Soho Chińczycy osiedlili się przy Gerrard Street gdzie stoi chińska brama. Głównie byli to uciekinierzy z komunistycznych Chin za rządów Mao, a przedwojenny monopol na kokainę zastąpiła kuchnia chińska, równie uzależniająca angielskich żołnierzy wracających z frontów azjatyckich jak narkotyk, dzięki którym ogromny popyt na chińskie potrawy umożliwił powstanie i rozkwit chińskich restauracji.
Chińska dzielnica była też ulubionym miejsce muzyków, tutaj w piwnicach lat sześćdziesiątych działały kluby jazzowe, powstał Ronnie Scott Jazz Club, a w 39 Gerrard Street w piwnicy w 1968 roku czterech muzyków zagrało ze sobą i powstał Led Zeppelin.
Krążę po uliczkach zachwycona baldachimem z czerwonych lampionów wprowadzających tu erotyczny nastrój. Oczywiście nie znajduję żadnych sprzedawców kokainy, chociaż tu do dzisiaj jest centrum handlu narkotykami, a legendarny diler z lat dwudziestych ubiegłego wieku Brilliant Chang jest obecny w slangu kupujących.
Zabiegani Chińczycy zaludniają o tej porze wąskie uliczki China Town, a ja oglądam smakowite torty, których też w moim wieku jeść mi nie wolno.
Idę do British Museum przez ciche uliczki Bloomnbsbery. Mieszkała tu śmietanka Intelektualna Londynu: William Butler Yeats przy Woburn Walk, Charles Dickens przy Great Russell Street, Karol Darwin przy Upper Gower Street, a malarka Vanessa Bell i jej siostra Virginia Woolf przy Gordon Square. Wędrująca po Londynie Pani Dalloway na podobieństwo irlandzkiego Pana Blooma błądziła w jednym dniu tak jak ja po tej okolicy zachwycając się wszystkim.
Grupa Bloombsbury składała się głównie z mieszkających tutaj ekonomistów, pisarzy, krytyków, dziennikarzy, modernistycznych artystów i ich rodzeństwa. Spotykała się w czwartki.
Nie wiem, czy te szeregowe domki z wypielęgnowanymi trawnikami przy schodkach wejść i obowiązkowo wszędzie kwiatami doniczkowymi w oknach to były ich mieszkania, czy te kamienice przy skwerach. Myślałam z początku, że tutaj Orwell umieścił akcję swojej najlepszej przedwojennej powieści „Brak tchu”. Ale nie, to jeszcze wyżej na północ, tam też kręcono odcinki „Latającego cyrku Monty Pythona”.
Dochodzę do białego, niepokojącego wieżowca Senat House. Ma 19 pięter, wybudowany w latach trzydziestych, teraz mieści Uniwersytet. Podczas II wojny światowej było tu Ministerstwo Informacji opisane u Grahama Greene w powieści „Ministerstwo strachu” sfilmowane przez Fritza Langa.
Ale największą sławę budynek zyskał dzięki „Rokowi 1984” gdzie George Orwell umieścił w nim Ministerstwo Prawdy.
Dochodzę do kolumn British Museum, wejścia strzeże kamienny lew.
Zewnętrzny monumentalny budynek (myślałam, że to ateński Akropol) wiernie odtworzonej greckiej świątyni hellenistycznej Ateny Polias at Priene z jońskimi kolumnami z portlandzkiego piaskowca, zupełnie zmienia klimat po wejściu. Kolejka do sprawdzania torebek i plecaków stoi do zewnętrznego, ciemnego pomieszczenia, ale jak już się wejdzie schodami do budynku, zalewa zwiedzających białe dzienne światło z gigantycznego, szklanego dachu, który budynek dostał w 2000 roku i go uwspółcześnia.
Zbiory Imperium Brytyjskiego są tak wielkie, że ograniczam się bardziej do obserwacji zwiedzających niż męczącego szczegółowego oglądania wszelkich cudowności w gablotach starożytnego świata, który istnieje jeszcze tu właśnie i zawsze mnie interesował. Charakterystyczne jest to, że sale ze sztuką poszczególnych narodów wypełniają właśnie te nacje, których dotyczy sala, wręcz tam siedzą, płaczą i się modlą.
Po piętrach biegają francuscy licealiści całując się za kolumnami i posągami, ale głównymi zwiedzającymi są tu Azjaci, Hindusi, Afrykanie.
Nie mogę oderwać się od chińskiej ceramiki, której tajemnice sporządzania szkliw nigdy nie odkryto, a w dalszym ciągu, mimo dzisiejszej technologii, nie da się ich poetyckich barw powtórzyć. wychodzę z Muzeum, chciałabym pójść na północ. Mój ulubiony angielski reżyser Mike Leigh mieszka w Camden i tam większość scen kręcił z moją ulubioną angielską aktorką Sally Hawkins grającą Poppy w „Happy-Go-Lucky”. Jednak nie zdążę już, schodzę już ku Tamizie i na granicy Camden natrafiam na Central Saint Giles, którego wściekłe kolory elewacji widoczne są pewnie nawet z Kosmosu.
Były tu wcześniej slumsy, teraz stoją tu 15 piętrowe budynki na betonowych kolumnach z dwoma wewnętrznymi dziedzińcami i tarasem na dachu, zaprojektowane przez włoskiego architekta Renzo Piano, oddane do użytku w 2010 roku. Zachwycają, nieprawdopodobnie i ryzykownie integrują się z typową szarością Londynu. Elewację z ceramicznych płytek montowała firma z Wrocławia.
Wracam przez Covent Garden i jestem tak zmęczona, że nie mam siły fotografować ulic najbardziej turystycznego miejsca Londynu. Wchodzę na most Waterloo i widoki z mostu na zmierzch Londynu niczym obrazy Claude Moneta przywracają mi resztkę energii bym mogła jeszcze wrócić do Novomotelu przy Southwark Bridge Road.
Idąc promenadą wzdłuż południowego wybrzeża widać biały budynek – replikę elżbietańskiego teatru, którego współwłaścicielem był Szekspir i gdzie wystawiano jego sztuki. Oryginalny „Globe” był na samym brzegu, obecnie jest daleko od rzeki, gdyż nie można było usunąć wybudowanych tam domów. Mieści tylko połowę widzów, tylko 1400 w porównaniu do oryginału teatru mieszczącego wtenczas 3000 widzów. Spektakle utrwalane na DVD wystawiane są w okresie letnim, w zimowym teatr służy celom edukacyjnym, wycieczki przyjmowane są przez cały rok. Teatr ma zaplecze za kulisami dla aktorów i muzyków, nowoczesny hol, restaurację, sklep z pamiątkami i Centrum Informacji. Jest zbudowany na planie koła, a raczej wielokąta o dwudziestu bokach z trzypiętrowymi galeriami. Nad sceną jest zadaszenie wsparte na dwóch filarach pomalowane w Znaki Zodiaku.
Współczesny „Globe” zbudowano z drewnianych bali dębu szypułkowego bez użycia gwoździ i pokryto prawdziwą strzechą, ma te wszystkie cudowności jak za czasów Szekspira, zapadnie i możliwość unoszenia w powietrze aktorów. W odróżnieniu od tamtych czasów, gdzie kobietom nie wolno było grać na scenie, a 13 letni chłopcy odtwarzali role kobiece, teraz na scenie mogą grać wszystkie płcie.
Otwierała go królowa angielska Elżbieta II w 1997, a sąsiadujący z nim kryty teatr Sam Wanamaker Playhouse w 2014.
Przewodnik oprowadza po angielsku przez pół godziny i kosztuje to dla seniora aż £11.50.
Teatr utrzymuje się sam, bez dotacji państwowych i zawsze tu pełno odwiedzających.
Jak dochodziłam do Tate Modern uderzył mnie nieprzyjemnie (krematoryjny komin) widok betonowego potwora i pomyślałam, że może książę Karol, który nie cierpi brutalizmu, za co nabijają się z niego wszyscy dzisiejsi najwięksi architekci światowi, ma rację. Ale jak weszłam przez gigantyczny otwór byłej elektrowni, od razu zmieniłam zdanie, chociaż ogrom w dalszym ciągu nie pozbawia zwiedzającego jakiś mimo wszystko faszystowskich konotacji z gigantomanią berlińskich projektów Alberta Speera.
Zaraz na wstępie w mrocznej Hali Turbin stojąc na moście można zobaczyć najnowsze dzieło francuskiego artysty Philippe Parreño „Anywhen” i poczuć atmosferę spotkania z tajemnicą i misterium, czego nie daje już dzisiejszy kościół, natomiast współczesna sztuka tak.
Na podłodze w ciemności leżą swobodnie widzowie wpatrując się w gigantyczny ekran, a tam jest o tym, co w nas o nas. Anywhen to wystawa site-specific, zmieniająca się przez cały dzień i podobno rozwija się przez 16 miesięcy, czyli od jesieni 2016 do 15 kwietnia 2017 roku. Pokazuje losowe wydarzenia wywoływane przez oprogramowanie, które jest stymulowane przez mikroorganizmy z bioreaktora z drugiego końca Hali Turbin. Narratorem jest angielska aktorka i brzuchomówczyni Nina Conti, której monolog na ekranie zsynchronizowany jest z otworami gębowymi pływających żyjątek. A mówią różnymi tekstami, wywiadami, a nawet Jamesem Joycem. Mówią niestety pesymistycznie, między innymi to, że nie da się powstrzymać nadchodzącej tragedii.
Szukam tu rysunków Feliksa Topolskiego, nie są wystawione, są w Pokoju Grafiki i Rysunku w archiwach, ale zawsze można tam poprosić o pokazanie 25 jego prac.
Jeżdżę gigantycznie długimi schodami na poszczególne piętra gdzie zgromadzono wszystkie największe hity sztuki awangardowej, ale najwspanialsze są zawsze wystawy retrospektywne, które są wprawdzie płatne, ale jest okazja wtedy zobaczyć dosłownie wszystko co artysta zrobił, gdyż ściąga się (pożycza) jego prace z całego świata. I tak zobaczyłam Roberta Rauschenberga po jego śmierci w 2008 roku za jedyne £10…
Muzeum otworzyła królowa angielska w 2000 roku, brzydka wieża zbudowana niegdyś dla podziemnych zbiorników ropy dawnej elektrowni udostępniona została w czasie Olimpiady w 2012 roku.
Nowa Tate Modern jest pogrubiona, zarówno pod względem fizycznym jak i kuratorskim.
Przed przebudową elektrownia miała 200 m długości, była z cegły, z centralnym kominem 99 m wysokości. Podzielono ją na 3 części: wschód-zachód – hala turbin (zachowano suwnicę!) do centrum miasta, a kotłownia do północy na południe. Połowę dachu pokryto szkłem. Galerie na poziomie 4 posiadają naturalne oświetlenie górne. Most zbudowano w poprzek hali turbin i na poziomie 4 co stanowi górną drogę dostępu do reszty muzeum.
Poziomy 2, 3 i 4 to sale wystawowe. Każde z pięter jest podzielone na skrzydła wschodnie i zachodnie z 11 salami. W przestrzeni między skrzydłami utworzono mniejsze galerie na poziomach 2 i 4. Kotłownia pokazuje sztukę od 1900 do dnia dzisiejszego.
Łącznik House ma jedenaście pięter, ponumerowanych od 0 do 10. Poziom 0, 2, 3 i 4 to sale wystawowe. Poziom 0 to oryginalne zbiorniki elektrowni na olej napędowy, podczas gdy wszystkie inne poziomy mieszczą się w budynku wybudowanym poprzez przedłużenie wieży nad nimi. Łącznik House pokazuje sztukę od 1960 do dnia dzisiejszego.
W Hali Turbin jest pojedyncza duża przestrzeń (wysokość 6 piętrowego domu) na całej długości budynku między kotłownią i łącznikiem House. Most łączy kotłownię i łącznik House na poziomach 1 i 4. Zachodni koniec składa się z łagodnego zejścia w dół od wejścia i umożliwia dostęp do obu stron na poziomie 0.
Zbiory w Tate Modern międzynarodowej nowoczesnej i współczesnej sztuki pochodzą od 1900 roku aż do dzisiaj.
Po wyjściu rzucam jeszcze spojrzenie na Most Millennium. Otwarty w 2000 roku, kładka to ultranowoczesny wiszący most stalowy, który łączy Southbank z jaśniejącym w zmierzchu City of London i katedrę świętego Pawła.

Kris zabiera nas na kolację, bo wprawdzie do Luton jest niedaleko, jednak są korki i tam już nic nie zjemy o tak późnej porze.
Pub Sheaf jest blisko hotelu, w piwnicy domu przy tej samej ulicy. Już idąc wzdłuż kolumnady The Hop Exchange, imponującego budynku neoklasycznego epoki wiktoriańskiej, czuje się historyczną kontynuację legendarnego angielskiego ginu i piwa. Było w nim londyńskie centrum handlu chmielem, na parterze stragany z chmielem oświetlane przez szklany dach, gdzie kupowały go browary, a na piętrach biura. W piwnicach przechowywano butelkowane wina i spirytus, były tu magazyny z których restauracje i hipermarkety zabierały alkohole jeszcze w połowie ubiegłego wieku.
Pub jest bardzo niski, sztuczne oświetlenie, białe ściany oraz kolebkowe sklepienia czynią z tego miejsce zatłoczone, ale w pozytywnym sensie, tak, jakby przebywający tu ludzie przyszli ze strachu przed samotnością. Musiało być tu jeszcze inaczej, kiedy wolno było palić, ale i tak panujący tu jazgot i unoszący się w powietrzu alkohol są niezwykle energetyczne i jakieś „zaaferowane”.
Kris zamówiła gorące dania, które są tu podawane tylko w określonych godzinach, całe szczęście mieścimy się w tym grafiku, ale czekamy na nie ponad godzinę. Piwo kosztuje tu zależnie od gatunku £3,10 – £3,25 niestety ze wszystkich alkoholi najbardziej nie lubię piwa i zadawalam się w oczekiwaniu wodą.
Rozglądam się po rozległym pubie, niektóre miejsca są podzielone drewnianymi ekranami z sofą, ale tam raczej wszyscy stoją w grupach i trzymają w ręce piwo. Podział piwnicy jest tradycyjny z salonem, salą barową i prywatnym barem po jednej stronie a otwartym barem po drugiej, w środku gdzie siedzi najwięcej ludzi jest kontuar. Całe szczęście liczne ekrany telewizorów wiszące na ścianach z meczami piłkarskimi mają wyłączony głos, ale i tak jest tu zgiełk nie do zniesienia.
Do Luton jedziemy w miejskim korku cały czas stojąc na światłach. Chyba jest godzina, w której wszyscy wracają z pracy.
Hotel Hilton jest na kompletnym pustkowiu, ale jego sylwetka jarzy się z daleka. Ma wyższy standard niż londyński Novotel, ale jestem tak zmęczona, że trudno mi to docenić.

Opublikowano 2017, dziennik ciała | Skomentuj

Greg S. Reid „Myśl i bogać się. Orientacja na cel. Potęga wytrwałości” 2017

Przyznam się, że nigdy wcześniej nie czytałam literatury motywacyjnej, a do sięgnięcia po ten gatunek zmotywował mnie tekst „Plaga pozytywnego myślenia”, który ksiądz Aleksander Posacki SJ opublikował na witrynie „Radia Maryja” dotyczący ubiegłowiecznej postaci Napoleona Hilla, doradcy dwóch prezydentów USA: Woodrowa Wilsona i Franklina Roosevelta.
Nie wiedziałam, że opowiadanie się za przecież jak najbardziej chrześcijańskimi przymiotami aktywności ludzkiej może wzbudzić tak dużą niechęć, oskarżenia o kumanie sie z mocami nieczystymi, a nawet z samym Diabłem, sprzyjanie ruchom New Age i sektom typu Amway czy Herbalife.
W niewielkiej książeczce, którą właśnie przeczytałam Greg S. Reid żadnych analogii do domniemanych zagrożeń nie znalazłam. Autor co i rusz oddaje hołd Napoleonowi Hillowi próbując kontynuować jego wnikliwe analizy sukcesów życiowych takich ubiegłowiecznych bogaczy, jak Thomas Edison czy Henry Ford.
Przyznam, że najbardziej w wywodzie Grega S. Reida podoba mi się to, że zrywa z wpajanymi w szkole zachętami do rywalizacji, konkursów, bycia najlepszym, wykaszania konkurencji. Indywidualistyczny bieg przez życie (słusznie bieg, bo życie jest nam dane w wąskim przedziale czasowym i spieszyć się trzeba) ma być zawsze zmotywowany sobie znaną potrzebą i pasją, ale nie musi odbywać się w pojedynkę. Zachęca do współdziałania, do organizowania się w grupy, czyli wskazane nie tylko różne związki branżowe, ale portale i blogi. Namawia do wzajemnej pomocy, wręcz służby bliźniemu i dowodzi, że właśnie to, a nie asertywność przynosi profity. Program Reida brzmi niejednokrotnie jak platońskie upominanie się o pierwotne, szlachetne wartości międzyludzkie, a dążenie do samorealizacji jako główny powód istnienia na tym świecie, który jak się dobrze przyłożymy, nie będzie ani razu łez padołem. Wiem, że ten idealizm jest nadmiarowy, niemniej pokonywanie trudności, stawianie czoła przeciwnościom losu zawsze będzie lepsze niż depresyjny marazm i lelum polelum.
Nie są to jednak truizmy. Autor z udzielającym się czytelnikowi entuzjazmem przedstawia tych, którzy dali nam telefon komórkowy, skonstruowali blogi i ułatwili wszelkie operacje komputerowe tak, że nawet ja u schyłku życia potrafię je obsługiwać. To wydarzyło się naprawdę, za przyczyną utalentowanych entuzjastów niejednokrotnie bez grosza przy duszy, niejednokrotnie pionierów kalekich, niepełnosprawnych, o gorszych warunkach startu życiowego, jedynie obdarzonych instynktem samozachowawczym i umiejętnością perswazji.
Dzisiaj, jeśli nie pogrążymy się w diabelskich dywagacjach Radia Maryja torpedujących jak za czasów PRL-u wszelkie obywatelskie inicjatywy naprawy naszego przecież ze wszech miar popsutego życia publicznego, jeśli nie oddamy swojej energii i cennego czasu na śledzenie absurdów naszego rządu i skoro już nic, jak alarmują statystyki, nic nie czytamy, sięgnijmy chociaż po książki motywacyjne, których mamy nareszcie wielki wysyp, gdzie każdy znajdzie coś bliskiego dla swojej udręczonej szkołą i rodzicami duszy.
Chociażby z wdzięczności poznajmy twórcę systemu prowadzenia bloga, na którym od lat piszę:

„ (…)Nadeszła chwila, gdy Matt zrozumiał, co powinien zrobić. Wbrew radom najbliższych mu osób zrezygnował ze studiów na Uniwersytecie Houston i zatrudnił się w CNET Networks. Pod koniec 2005 roku rzucił tę pracę i założył Automattic. Zbieg wydarzeń sprawił, że w rezultacie wysiłków Matta Mullenwega powstał WordPress: darmowe, otwarte narzędzie do obsługi bloga i system zarządzania treścią.
Do grudnia 2011 roku wersja 3.0 WordPressa została pobrana ponad 65 milionów razy. Obecnie jest to najpopularniejszy w sieci system prowadzenia bloga, wspierający ponad 50 milionów blogów na świecie i 14,7 procent najpopularniejszych stron internetowych w sieci.
Z każdych stu nowych aktywnych domen w Stanach Zjednoczonych dwadzieścia dwie działają na bazie tego systemu. W kwietniu 2012 roku Pingdom – serwis monitorujący strony internetowe – ogłosił, że „WordPress całkowicie zdominował setkę najlepszych blogów”: używa go 49 spośród stu najpopularniejszych blogów na świecie.
W maju 2012 roku na stronie All Things D, poświęconej technologii, napisano, że „WordPress obsługuje 70 milionów stron i oczekuje się, że w tym roku przyniesie 45 milionów dolarów dochodu”.
(…)
Co Matt poradziłby piszącym w Internecie?
„Najlepszą radą dotycząca pisania, jaką usłyszałem, i niekiedy ją wykorzystuję, jest ta, by pisać z samego rana. Budzisz się, nastawiasz kawę – robisz to, co musisz, i piszesz tysiąc lub dwa tysiące słów, wyrzucasz je z siebie. Może tego nie opublikujesz, może przytniesz potem do kilkuset słów, może to nie ma znaczenia. Wystarczy, że ćwiczysz umysł. Wyzwalasz w sobie kreatywność, która nagromadziła się w trakcie snu. Swobodne skojarzenia to również dobry początek dnia”.(…)”

[Greg S. Reid „Myśl i bogać się. Orientacja na cel. Potęga wytrwałości” przełożyła Małgorzata Małecka WYDAWNICTWO Studio Emka]

Opublikowano czytam więc jestem | Skomentuj

Trafna ocena PRL-u Zbigniewa Sajnóga

W E-prawda ukazał się ważny wywiad Zbigniewa Sajnóga totalnie oceniający schyłek PRl-u o którym na moim blogu piszę. Ważny, gdyż dzisiejsze zamazywanie i obyczajowości i faktów historycznych zarówno przez prawą jak i lewą stronę sceny politycznej dzisiejszej Polski nie ma nic wspólnego z tym, co pamiętają ludzie przeżywający te czasy na własnej skórze. Doświadczenie Zbigniewa Sajnóga w czasie działającej Grupy Totart w Gdańsku w latach osiemdziesiątych, a potem po politycznej transformacji wejście jej do telewizji rządzonej w dalszym ciągu przez ludzi tych samych struktur i komunistycznego systemu i celebracje rocznicy powstania „Solidarności” z udziałem nie tych artystów, którzy zasłużyli swoją postawą na wyróżnienie w uroczystości jest bardzo cennym wkładem w ocalaniu zbiorowej pamięci. Powoli zapomina się już na fali resentymentu oglądając filmy i programy telewizyjne czasów PRL i zachwycając się nimi, że powstały w sztucznie spreparowanej, oderwanej od rzeczywistości przestrzeni publicznej.

„(…)Z dzisiejszego punktu widzenia zdają się tamte lata, druga połowa lat osiemdziesiątych, czasem nie tak strasznym, czasem tuż przed uwolnieniem, ale wtedy około roku 1985 nie odczuwało się tego, przeciwnie, mieliśmy wrażenie przegranego życia, które przyjdzie nam spędzić w sowieckiej niewoli, z wydzielanymi racjami pokarmu, z kneblem w ustach. To było nieznośne, dręczące, nie widzieliśmy wyjścia. Nie chcieliśmy iść na współpracę z systemem, choć raczej należy to rozumieć tyleż jako – powiedzmy – heroiczne postanowienie, co niemożliwość wynikłą z odrazy, nieomal biologicznej niechęci. Czuliśmy się ściśnięci sytuacją, to był nieznośny, ciągnący się, beznadziejny stan hibernacji, stan bez horyzontu, a zarazem ta sytuacja sprawiała, że ludzie podobnie przeżywający, odczuwający – ciążyli ku sobie. Nie chcieliśmy dać się zniszczyć, chcieliśmy rozwijać swoje talenty, ale zarazem wiedzieliśmy, że nie pójdziemy do tego radia, do tych gazet – pracować – do tej telewizji. Że nie wstąpimy do zetemesu, do komunistycznej partii.(…)

PRL był sowiecką okupacją,
kłamstwem, wędzidłem założonym by tym skuteczniej uczynić z nas niewolników pracujących na rzecz imperium, ale też by uczynić z nas narzędzia w rękach sowieckich generałów, gdyby zdecydowali się najechać Europę. Oprogramowywali nas „prawnie”, na przykład przysięga wojskowa na wierność ZSRR – w razie odmowy wykonania rozkazu miała być prawną podstawą do karania śmiercią za zdradę. Po co innego była im przysięga na wierność ZSRR? Tacy byli romantyczni?
System sowiecki był konsekwentnie ludobójczy, względem nas kolejno: akcja polska NKWD, potem wywózki i Katyń, potem, fakt mało znany, w 1940 roku w Zakopanem sowieci i hitlerowcy podpisali umowę w sprawie unicestwienia Polaków. Stronę niemiecką reprezentował Adolf Eichmann, sowieckiej przewodził pułkownik NKWD Grigorij Litwinow. Plan przewidywał całkowitą likwidację narodu polskiego do roku 1975. Kolejno dalej: działania czasów stalinowskich u schyłku i po II wojnie światowej, a potem, jako obywatele PRL mieliśmy być mięsem armatnim pierwszego rzutu inwazji na Europę Zachodnią, a teren Polski przeznaczony był pod nuklearną zagładę. Wyznaczony jako „strefa zgniotu” w planowanym „starciu cywilizacji”. Przecież to właśnie tak wstrząsnęło panem Kuklińskim, że skłoniło go do współpracy z USA. Użycie nas i przeznaczenie pod zagładę było zamierzone świadomie i z rozmysłem, przewidziane i przygotowane, opracowane. Polscy (peerelowscy) dowódcy wojskowi byli tego świadomi.

A więc PRL to było monidło, w którego otworach umieszczano buzie jego „obywateli” – nie miało czegokolwiek wspólnego z Polską, czegokolwiek wspólnego z Rzecząpospolitą, a wobec ludu miało plan instrumentalny i w dosłownym sensie ludobójczy. Każdy z członów nazwy: Polska Rzeczpospolita Ludowa był kłamstwem, całość była narzędziem niewolenia i ogłupiania, nadto: pośmiewiskiem z nas – zresztą zatwierdzonym przez Zachód, który w ten sposób konsekwentnie załatwiał swoje sprawy. Zatem otwórzmy wreszcie oczy na to: nie było jakiegoś tam PRL, była sowiecka okupacja, a każdy funkcjonariusz tamtego systemu był co najmniej sowieckim kolaborantem, a to znaczyło: funkcjonariuszem zbrodniczej ideologii, będącym podwykonawcą albo strażnikiem ludobójczych operacji.

Wmawia nam się, że ponieważ robione to było rękami Polaków, więc było dla nas mniejszym złem, ale zdaje się, że był to po prostu w ówczesnych okolicznościach najbardziej optymalny, więc najbardziej skuteczny sposób operowania nami. Najefektywniejszy i powodujący głębsze urobienie. Granica – gdzie jeszcze działa się na rzecz spraw polskich, a gdzie realizuje plan ludobójczy – była rozmyta, trudna do uchwycenia, zdefiniowania. Miało to wiele aspektów, odcieni, różnych: ale. A zważywszy jeszcze na rozliczność życiowych sytuacji, na to że jakoś przecież trzeba było żyć, jakoś to życie organizować, więc jakoś trzeba było się dogadywać, a w tym wszystkim nieraz „ludzki pan” coś tam przepuszczał, przymykał oko, albo przychylił się ze zrozumieniem, albo brał łapówkę, albo był ideowcem starającym się działać dla dobra ludzi – etc., etc., wszystko to razem rozmywało się w stan i obraz niejednoznaczności, chociaż przecież system był konsekwentnie wdrażany i systematycznie potwierdzany rozlewaniem krwi. Sowieckie bagno.(…)”
Cały bardzo długi artykuł w sam raz na wolne od pracy zawodowej dni świąteczne:

ZBIGNIEW SAJNÓG: „Człowiek potrzebuje ratunku” – wywiad totalny
http://www.eprawda.pl/zbigniew-sajnog-czlowiek-potrzebuje-ratunku-wywiad-totalny/

Opublikowano 2017, dziennik ciała | 17 komentarzy

Wielkanoc 2017

Opublikowano 2017, dziennik ciała | Skomentuj

Dziennik angielski i szkocki (1)

7 marca 2017, wtorek. Mam nie lecieć, wszyscy w domu są chorzy i zawsze czuję się jakbym popełniła jakieś przestępstwo opuszczając dom.
Samolot dopiero o 15, całe szczęście, że nie trzeba wstawać rano. Marek przywozi mnie i zostawia na zupełnie pustym lotnisku w Pyrzowicach gdzie czekam na piętrze, aż obsługa Lufthansy zacznie przyjmować i udaje mi się połączyć z lotniskowym Internetem na 15 minut za darmo.
W samolocie niewielu pasażerów, głównie kolorowi obcokrajowcy, mogę nawet zmienić sobie miejsce pod oknem bez widoku skrzydła i gdy zbliżamy się do Frankfurtu, wszystko na dole żarzy się wieczornymi światłami. Zawsze chłonę tę niesłychanie energetyczną miejską biżuterię na powierzchni kuli ziemskiej, która tylko dla mnie oddycha, żyje i stanowi właśnie organiczny, a nie materialny byt, a poprzez skomplikowaną strukturę i rytmy jest dekoracyjna i barokowa.
Na samolot do Londynu mam godzinę na tym samym terminalu, ale zawsze samolot z Polski przylatuje do jakiś odległych zakątków lotniska i kierując się tabliczkami przemierzam kilometry ruchomymi schodami, windami, ruchomymi chodnikami i kiedy wreszcie docieram widzę, że po drodze zgubiłam poduszkę pod głowę, w której miałam majtki i rajstopy oraz podkoszulek do spania. Mogłam zabrać tylko 8 kilogramów podręcznego bagażu i co się nie zmieściło, dałam tam.
Docieram wreszcie do stanowiska Lufthansy i uruchamiam laptop, tutaj kontakty elektryczne są wszędzie i jest Internet do woli. Bardzo lubię atmosferę lotnisk jak już nie muszę szukać bramek, jak mogę spokojnie siedzieć i obserwować podróżnych.
Niestety w samolocie do Londynu nie mam siedzenia przy oknie, a chciałabym zobaczyć wjazd na wyspę, samolot jest pustawy i się przesiadam pod okno, niestety przychodzi młody Hindus i mówi, że to miejsce jest jego, ale żebym tam pozostała. Jestem wdzięczna urodziwemu Hindusowi, który i tak zaraz zasypia. Tak udało mi się zobaczyć wybrzeże Belgii i Anglii jeszcze nie całkiem wieczorem, ale kiedy już lądowaliśmy na Heathrow niebo było ciemne. Strzałki pokierowały mnie do kolejki metra, które ma taki sam znak jak drogowy znak zakazu wjazdu: białe koło z czerwoną obwódką, a na średnicy napisane jest „Undregrund”.
Ruchome schody zjeżdżające do podziemi metra są niemal pionowe, z ich szczytu widać, jak wielkie jest wielopoziomowe lotnisko Heathrow ze skrzydłami gigantycznych samolotów zamiast dachu.
Całe szczęście, że w odróżnieniu od metra amerykańskiego w LA, gdzie przy automatach do biletów nie ma nikogo, tutaj stoi aż trzech pilnujących i proszę ich o kupno biletu, gdyż będę jechać przez trzy strefy i nie mam pojęcia ile to będzie kosztować. Automat wchłonął moje papierowe 10 funtów i wypluł dwie monety dwufuntowe, nie sprawdziły się przepowiednie z misia Paddingtona, że nikt mi nie pomoże. Niestety, nie będę przejeżdżać przez stację Paddington. Misia znaleziono wprawdzie na stacji kolejowej, a nie metra, ale właśnie pod tą stacją wydrążono tunel metra i nazwano tak samo.
W metrze jadą ludzie ubrani więcej niż skromnie, jest niewielu podróżnych i w większości są to Azjaci i Arabowie. Wszyscy wpatrują się w ekrany komórek lub tabletów i jak ich podglądnę, to zawsze mają na ekranie grę, a nie książkę i tekst.
Wysiadam na stacji Green Park i muszę przesiąść się na linię do stacji London Bridge i tu jestem bezradna. Jakaś dziewczyna wskazuje mi właściwy kierunek, schodzę po schodach jeszcze bardziej w dół do jeszcze niższych korytarzy i podążam jak w wykafelkowanej rurze kanalizacyjnej do linii metra Jubilee. Na stacji London Bridge przy wyjściu, do którego długo wyjeżdżam z podziemi schodami, czeka w brązowej skórzanej kurtce Kajtek. Jest radosny i wesoły, idziemy w głąb historycznej dzielnicy Southwark, która kiedyś nie należała już do miasta, była siedliskiem zbiegłych łotrów i morderców, domów publicznych i prostytutek, tu powstał szekspirowski teatr Globe i największy w Londynie targ rybny. Tu przyjeżdżały łodzie z miasta pełne żądnych zakazanych uciech w mieście londyńczyków. Coś zostało z tych potrzeb, chociaż wygląda, że jedynie wszyscy odreagowują dzień pracy stojąc z gigantycznymi szklankami piwa przy stolikach gadając i gestykulując. Dzielnica się przekształca cały czas, ceny mieszkań ostatnio wzrosty dwukrotnie i mimo wyburzeń, by postawić supernowoczesny wieżowiec The Shard w kształcie dobrze zaostrzonej końcówki do wiertarki, który żarząc się światłami zagląda między domami do wszystkich ulic, zabudowa tutaj jest w dalszym ciągu zabytkowa i jakby wyjęta z ilustracji książek Dickensa.
Idziemy do Novomotelu zostawić bagaż i od czasu, kiedy pierwszy raz w życiu byłam w czterogwiazdkowym hotelu w Krynicy w nagrodę za przetłumaczenie wiersza szkockiego poety Roberta Burnsa o szkockiej krwawej kiszce haggis – wygraną zawdzięczałam poznanemu w Internecie Patrykowi – pokochałam hotele z całego serca i chętnie bym została, ale idziemy na miasto coś zjeść. Syn niedawno przyleciał samolotem z Los Angeles i też pewnie by się przespał, ale idziemy.
Tutaj, o tej porze jest jak w ulu, jakby wszyscy pracujący w tych świeżo wybudowanych szklanych wieżowcach spłynęli windami i rekompensowali swoje komputerowe odczłowieczenie w piwnicach starych domów, gdzie wprawdzie nie ma już dymu papierosów, ale unoszą się opary alkoholowe i wszyscy wszystkich przekrzykują. Za szybami widzę sale wypełnione do ostatniego miejsca, jest gwarno i swojsko. Natrafiamy na Market Borough już opustoszały, z zamkniętymi stoiskami harmonijkowymi blaszanymi okiennicami w zielonym kolorze i wszystko w mroku tu jest szmaragdowe, a solidne, secesyjne przęsła gigantycznej sali jak i dziewiętnastowieczne i zabytkowe szklane sklepienie, teraz jest czarne od pochmurnej nocy. Na piętrze jaśnieje oszklona restauracja Roast, do której wchodzi się po schodach przez klatkę schodową. Kelner zna kilka słów po polsku, ma dziewczynę Polkę i wyraźnie nas lubi, natomiast na widok tego, co przynosi robi mi się niedobrze i nawet wyglądem potrawy przypominają te z „Wielkiego żarcia” Marco Ferreriego. Kajtek mówi, że trzeba skosztować lokalnych potraw. Surowa wołowina, jajka pół surowe zapiekane w brązowej otoczce, na deser trzęsący się nieprzyjemnie brązowy pudding. Poprosiłam o wodę, ponieważ wiem, że w restauracjach herbatę podają wprawdzie w czajniczkach, ale tam wrzucają torebkę jedynie. Nikt nie parzy już herbaty, a zwykła woda, którą zamówiłam, by chociaż trochę zaoszczędzić, była w szklanej butelce zamykanej na metalowy gwint jak wódka i miała jakieś historyczne napisy i też była droga.
Poszliśmy nad Tamizę, przestało padać, cała promenada wzdłuż rzeki była mokra i mnożyła kuliste latarnie, wystawy sklepów i roziskrzone mosty. W Tamizie odbijało się przeciwległe wybrzeże jeszcze bogatsze i rozświetlone, a po prawej na horyzoncie niebo wypełniały szklane wieżowce z postmodernistycznym 30 St Mary Axe zwanym „Ogórkiem” na czele. Ptaki hałasowały na przycumowanych na środku rzeki statkach, ludzie przechadzali się po wybrzeżu i czuło się kojący stan historycznej stabilności i sytości.
Minęliśmy London Brigde, most wszystkich mostów, najważniejszy i najmniej ciekawy architektonicznie, strzeżony przez gryfy, symbol pieniądza. Pisarze przez wieki alarmowali o morzu ludzkiej nędzy przechodzącej przez ten most, by wsiąknąć w mroczne i niebezpieczne uliczki południowych dzielnic. Nocami koczowały na mim bezdomne rodziny, a 138 prywatnych latryn i jedną publiczną opróżniano wprost do Tamizy. Między London Bridge i Tower ciągnęły się doki załadunkowo-wyładunkowe pozamykane w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Pozostała jedynie siedemnastowieczna Hay Galley, gdzie przywożono herbatę, teraz o zmroku robiąca czarowne wrażenie z owiniętymi kolumnami choinkowymi świecidełkami. Teraz tu są tu mieszkania, sklepy, biura i restauracje, dawniej była to estakada do Tamizy, przebudowana w 1980 roku. Cały dok przykryto szklanym dachem, a w środku postawiono ruchomą rzeźbę z brązu przypominającą statek. Wszystko tworzy teraz tajemniczy, pełen zieleni, roziskrzony światłami zaułek.
Podobno pejzaże Canaletta z tego odcinka Tamizy są skłamane, wyidealizowane i oczyszczone z wszelkiego ludzkiego brudu. Już bardziej wierny był Turner, który rysował nędzę londyńską ulokowawszy się na statkach Tamizy.
Mokra nawierzchnia przybrzeżnego deptaka odbija ponad dwumetrowe czarne jajo z polerowanego metalu umocowane do podłoża jednym punktem i jajo sprawia wrażenie, że zaraz się przewróci.

Za nim sylwetka jajowatego kształtu całego ze szkła Ratusza rozświetlonego od wewnątrz. Coś mi on przypomina, tak, podobny jest do kopuły Reichstagu w Berlinie i jak czytam, autorstwa tego samego architekta Normana Roberta Fostera.
Wchodzimy na most Tower, za nim majaczy więzienie Tower i miejsce kaźni wyglądające niewinnie, jak baśniowy zamek. Ścięcie głowy w tym miejscu było wielki wyróżnieniem, Thomasa More’a ścięto poza jego murami, gdyż nie był szlachetnie urodzony.
Jak z każdego mostu, tu też roztacza się piękny widok, obok nas przejeżdżają dwupiętrowe autobusy, do których widoku łatwo się przyzwyczaić. Nad nami szklany chodnik kładki dla pieszych, we wieżach są do oglądania wystawy i mechanizmy zwodzonego mostu, ale my już wracamy. Kajtek miał wprawdzie przelot z Los Angeles do Londynu bez przesiadek, ale nie udało mu się zasnąć.
Po powrocie do hotelu Novotel ukrytego wśród uliczek dawnego Southwark idę do sauny, a Kajtek na siłownię. W saunie siedzi już mężczyzna owinięty białym hotelowym ręcznikiem, niedługo wychodzi, pozostaję sama na najwyższej drewnianej półce, z której zaraz wyskakuję do zimnego pomieszczenia.
Jak w każdym hotelu w miejscach rekreacji, tu też stoi piramida zielonych jabłek Granny Smith podobno sprzyjających odchudzaniu.

Opublikowano 2017, dziennik ciała | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Krystyna (11)

Irena Dziedzic była tylko o rok młodsza od Krystyny, była ze Lwowa i Krystyna każdorazowo w telefonicznej rozmowie z Zosią, zachwycała się jej przedwojennymi manierami, strojami i fryzurą. Dziedzic już od dwóch lat prowadziła Dziennik Telewizyjny, i także raz na dwa tygodnie „Tele- Echo” na wzór francuskiego „Tele-Paris”. Zawsze była jak spod igły, zawsze elegancka i uśmiechnięta, co w Polsce Ludowej, gdzie wszystko było ludowe, było jak haust świeżego powietrza. Zosia cierpliwie przeczekiwała wynurzenia Krystyny. Ważyła już ponad 100 kilogramów i w dalszym ciągu tyła borykając się z jaskrą, cukrzycą i chorobami serca. Bracia lekarze umieścili już ją w krakowskiej klinice, gdzie nocami nie miała dostępu do lodówki, a teraz po powrocie do domu nadrabiała zaległości i kłóciła się z Józkiem. Przeczekiwała, by o tym wszystkim opowiedzieć Krystynie, także i o tym nowym zmartwieniu dotyczącym jej syna Olka, którego Krystyna była matką chrzestną.
– Wyobraź sobie, że się zupełnie nie uczy! Tylko ogląda „Czterech pancernych”, przynosi z podwórka pistolety i karabiny zrobione z gałęzi, a obiad je tylko w hełmofonie w menażkach używanych przez Józka na pikniku w Świerklańcu, gdzie jeździli na biwak, kiedy Olek był mały. Nieustanie okupuje łazienkę, którą traktuje jak czołg Rudy 102!
Od kiedy w telewizji od 9 maja pojawił się serial o czołgu, czterech czołgistach i wilczurze Szariku, Krystyna miała święty spokój, bo ani Ewa, ani Andrzej, który już był mocno przez zespoły rockandrollowe pacyfistycznie zindoktrynowany go nie oglądali, a przecież niedawno, jak się popsuł telewizor, to potrafili pójść do Koniecznej piętro niżej, by kolejny odcinek „Znaku Zorro” zobaczyć . Toteż bagatelizowała niepokoje Zosi, wiedziała, że starsza siostra Maja jest najlepszą uczennicą w ogólniaku i przecież niepojęte by było, by brat był gorszy. Ot, taki wiek, pocieszała Zosię Krystyna wiedząc, że w pawilonówce, do której po znajomości Józka z koleżanką z dzieciństwa, będącą teraz wicedyrektorką, dali Olka, nie dopuszczą, by się źle uczył. Zresztą, Krystyna nigdy nie miała takiego problemu, Ewa wracała teraz koło piątej wieczorem, a wychodziła po siódmej rano, Andrzej znikał na całe dnie, a jednak na wywiadówkach jej dzieci były tylko chwalone i nie mogła uwierzyć, że zdarzyło się to jej przyjaciółce Zosi.
Krystyna zresztą pogrążała się, podobnie jak jej chrześniak Olek coraz bardziej w fikcyjnym świecie telewizji, którego tak naprawdę nie było. Na święta Bożego Narodzenia przed południem oglądała z dziećmi w piżamach przedwojenne polskie filmy, dzieciom się wcale nie podobały, ale ona chłonęła je, przywoływały wspomnienia z lat młodości, kiedy Wanda z Iśką małą Krystynę przemycały do kina, by nikt nie doniósł dyrektorce żeńskiego gimnazjum im. Marii Konopnickiej w Przemyślu, że jej uczennica przebywa w kinie, mimo, że były to tylko niegroźne moralnie komedie. Teraz miała okazję zobaczyć Jadwigę Smosarską i Eugeniusza Bodo w intymnych sytuacjach, zakazanych jej nawet przez matkę i ciotkę. Te klimaty inteligentnego świata, który bezpowrotnie minął odnajdywała właśnie u Ireny Dziedzic i w „Kabarecie Starszych Panów”, a nawet w „Pegazie”, gdzie pokazywano trochę świata zachodniego będącego jakąś jednak kontynuacją tego, co zabrała Polsce wojna, co nie zgadzało się z komunistyczną propagandą wieszczącą koniec tego świata i nastanie epoki ludowości na całej kuli ziemskiej. „Pegaz” pokazał zezowatego Sartre’a, Steinbecka i Cocteau mówiących po przetłumaczeniu przez lektora zupełnie zrozumiałym, ludzkim językiem, nie takim, jakim mówiono w „Dzienniku Telewizyjnym” i w dodanej teraz jeszcze w godzinach popołudniowych „Panoramie”. „Pegaz” był w soboty o 20 i zawsze coś z tego, o czym mówiono w Wolnej Europie było, nawet fragmenty występów Elli Fitzgerald w sali kongresowej i Rolling Stonesów.

W styczniu 1966 roku wpłacono na konto Krystyny i Rudka w oddziale Banku Polskiej Kasy Opieki S.A. na Pocztowej 320 kubańskich peso i zamieniono na 192 dolary, które to pieniądze Krystyna mogła dostać tylko w bonach towarowych i zamienić je na zakupy w sklepie PKO na Morcinka. Wiedziała, że tylko tam kupując lakier do włosów i paznokci, szminkę, tusz do rzęs, koronkowe sukienki, kolorowe pończochy oraz sweterki z perlonu i torebki ze skaju, a nawet dwukolorową pastę do zębów Signal upodobnić się może do Ireny Dziedzic, jednak tego nigdy nie zrobiła. Podjęte bony towarowe zamieniła na prezenty dla Kubańczyków, co akurat starczyło, gdyż Rudek polecił przywieźć konkretne rzeczy, które jeśli były w sklepach, to tylko za łapówki, co na jedno wychodziło. Prezenty wożone do rodzin do Stanów Zjednoczonych kupowane w nowym pawilonie Cepelii na Koszutce nie miały u Kubańczyków zupełnie sensu, a były tak samo drogie, jak potrzebne im kosmetyki i ciuchy w PKO.
Krystyna miała na przygotowania do wyjazdu pół roku i przygotowywała się do niego starannie. Jeśli istniał jeszcze gdzieś inny świat to właśnie tam, mimo, że gminne żony dyplomatów polskich w ambasadzie nie umywały się do Ireny Dziedzic.

Krystynie dla poznania świata w którym żyła pozostawały jedynie gazety, które i tak musiała kupować, gdyż przysyłany z Przemyśla „Przekrój” nie starczał na obowiązkową makulaturę jaką dzieci musiały okresowo zanosić do szkoły, a papieru toaletowego coraz częściej nie dawało się kupić. Robiła to niechętnie, zwłaszcza po wykonanej w marcu karze śmierci na warszawskim dyrektorze Miejskiego Handlu Mięsem Stanisławie Wawrzeckim bała się do nich zaglądać. Jednak tylko czytanie gazet umożliwiło jej wybór artykułów, podczas gdy w „Dzienniku Telewizyjnym” musiałby wchłonąć całą informacje złożoną głównie z posiedzeń egzekutyw partyjnych, państwowych akademii i festynów. W gazetach mogła czytać swoje ulubione kryminały amerykańskie w odcinkach, które wycinała i latem zawoziła do ciotce i matce do Przemyśla. Ale nie mniej intrygujące były mrożące krew w żyłach afery opisywane przez „Dziennik Zachodni”, które niczym rak toczyły ludowe państwo.
I tak kierowniczkę kiosku „Ruchu” Katowicach zamieszkałą w Szopienicach na ulicy Bieruta skazano na 2 lat więzienia, 8 tysięcy grzywny, utratę praw publicznych, obywatelskich i honorowych za to, że zrobiła manko i upozorowała włamanie.
Przy ulicy Szewczenki 4 w Katowicach MO nakryło tajną przetwórnię ryb „Węgorz” będącą własnością kapitalisty, który zatrudniał mnóstwo ludzi, a ci za łapówki dostarczali mu od dyrektorów państwowych przedsiębiorstw (nie do dostania w wolnej sprzedaży w dużych ilościach) tran, ocet , olej i zwozili do tej przetwórni niezbędne komponenty do produkcji marynat i konserw. Ponieważ trwało to kilka lat, zachwycała Krystynę wielbiącą wszelkie zagadki kryminalne ta właśnie nieuchwytność jak ich w artykule nazwano, spekulantów i romantyczna postać specjalisty od ryb.
Został skazany na 13 lat więzienia i wysoką grzywnę.
Długa lista skazanych na wieloletnie więzienie zawierała afera chałupników pracujący dla PSS szyjących damskie płaszcze, którzy potrafili z powierzonych materiałów wygospodarować jeszcze więcej płaszczy i sprzedać je bez żadnych faktur w sklepie przy 3 Maja oraz w spółdzielczym domu towarowym „Zenit”. Kierowniczka stoiska konfekcji damskiej od każdego sprzedanego płaszcza dostawała 230 złotych od szefa gangu chałupniczego i jak wykazało śledztwo, sprzedała ich aż 150.
W „Zenicie”, jak przy okazji wykryto, na lewo sprzedawała też płaszcze Spółdzielnia Pracy Odzieżowej „Dom Pracy” w Warszawie.
Tylko 10 i 7 lat więzienia dostali wykryci szpiedzy zachodnioniemieccy, małżeństwo z Kostrzynia, którzy w ostatniej chwili okazali skruchę, stąd tak niski wyrok.
20 pracowników Centralnego Zarządu Ceł w Warszawie, kolejowego i lotniczego wywiozło z Polski 43 tysięcy dolarów USA i przywiozło za to z Francji, NRF i Włoch różne towary. Udowodniono łapówki na 50 tysięcy złotych za odprawy celne samochodów kupionych od pracowników zagranicznych oraz za 20 aparatów fotograficznych. Krystyna dowiadywała się, gdzie ukrywano podczas przemytu zarówno pieniądze, jak i sweterki (4 tysiące swetrów!), lakiery do włosów, kolorowe pończochy i sztuczne rzęsy, czyli wszystko, co Irena Dziedzic miała na sobie prezentując to całej Polsce na telewizyjnym ekranie, a co w sklepie było nie do dostania. Gdzie się zaopatrywała? Czy w takim razie nie powinna być oskarżona za współudział w przestępstwie?
Takie i inne myśli krążyły po głowie Krystyny kiedy kończyła już czytać przy porannej kawie zapaliwszy papierosa „Damskiego” po tym, jak dzieci już poszły do szkoły.
Czytała jednak dalej. Trzynastu kierowników piekarń Gliwickich Zakładów Przemysłu Piekarniczego nie wpisywało do raportów dziennych całego wypieku chleba i na lewo sprzedawało bez faktur chleb i bułki w sklepach, kradnąc tym sposobem mąkę i bułkę tartą.
Równocześnie „ Dziennik Zachodni” informował, że skutkiem ciągłego dotykania i przebierania kupujących, bochenki ulegają deformacji i w związku z tym Zakłady Piekarnicze w Katowicach wprowadzają druciane pojemniki do transportu pieczywa i pozostawiania ich w sklepach, co uniemożliwi dostęp do nich brudnych rąk. Na razie, z powodu braku większej liczby pojemników, dostaną je tylko dwa sklepy: gigant przy Dzierżyńskiego i piekarnia przy Młyńskiej.

Rudek polecił Krystynie , by kupiła mu spodnie i elektryczną maszynkę no golenia.
Andrychowskie Zakłady Przemysłu Bawełnianego zaczęły produkować tkaniny z domieszką włókien syntetycznych i miała nadzieję kupić niemnące spodnie elanowe w sklepie wojskowym na Morcinka. Wyszła więc z domu. Na placu Grunwaldzkim stał olbrzymi spychacz – buldożer, traktor i mnóstwo ciężarówek – wywrotek. Panował okropny hałas, maszyny Świętochłowickiego Przedsiębiorstwa Ciężkiego Sprzętu Budowlanego Przemysłu Węglowego po przerwie śniadaniowej zaczęły pracować. W wojskowym sklepie musiała się przekrzykiwać z ekspedientką. Właśnie rzucili krótkie, czarne śniegowce na obcasie i na zamek błyskawiczny wyprodukowane przez Zakłady Chemiczne „Oświęcim” z polskiego lateksu, czym się ucieszyła, nigdzie nie można było dostać butów na deszcz. Spodnie kupiła za duże, ale postanowiła je skrócić i zwęzić, bo szukanie na mieście spodni pasujących i tak byłoby o wiele większą fatygą. Odwiedziła niedawno wybudowane pawilony za Niebieskimi Blokami, gdzie otwarto „Eldom”. Po drodze zajrzała do „Diany”, która z cukierni zamieniła się w bar mleczny, i nawet w godzinach rannych można tu było kupić obiad.
Jak donosiły gazety, katowiczanie żyli coraz wygodniej i nowocześniej: w bieżącym roku już na 3 mieszkania przypadały 2 pralki, a w co szóstym stała lodówka. I teraz w „Eldomie można było to wszystko kupić. Dla tych gospodarstw, które nie miały elektryczności stały pralki poruszane na korby. Stały odkurzacze polskie i z NRD, froterki do parkietów z ZSRR, kuchenki gazowe i bojlery z NRD i Jugosławii, walizkowe wieloczynnościowe maszyny do szycia, wyciskarki do soków z jarzyn i owoców bułgarskie i jugosłowiańskie. Ale Krystyna nie dawała się nabrać, bo wszystkie te cudowności były jedynie na wystawach niczym w wioskach potiomkinowskich, gdyż był przepis, że z wystawy nie wolno sprzedawać towarów. A nowoczesny salon miał oszklone ściany frontowe i wszystko było wystawą.
Z elektrycznymi maszynkami do golenia też był problem. Tych z NRD było nawet kilka rodzajów. Salon ,,Eldomu” sprzedawał je na specjalnym stoisku, gdzie przeszkolone przez niemieckie firmy ekspedientki instruowały klientów jak mają się nimi posługiwać. Ale to było, jak powiedziała Krystynie kierowniczka sklepu, w ubiegłym tygodniu. Nie została ani jedna maszynka do golenia. Krystyna wróciła na Morcinka i obok sklepu PKO kupiła Rudkowi w drogerii żyletki Rwa Lux i nowy pędzel.
Pamiętając czasy przedwojenne i okupację, Krystyna pomyślała, że to wszystko przypomina jakiś alarmujący, chwilowy stan, kiedy czytać trzeba tony makulatury, by się dowiedzieć, co gdzie jest i kiedy, w jakim sklepie i jak długo tam będzie i kiedy zniknie, by pojawić się w innym krańcu miasta. Stan ten trwał latami, a ona się do niego nie przyzwyczaiła. Budowano nowy dworzec kolejkowy i w związku z wyburzeniami zamknięto Delikatesy dworcowe, 2-zmianowy sklep spożywczy na przeciwko kina „Rialto”, cukierniczy przy Kościuszki. Mleko zaczęto sprzedawać przy Armii Czerwonej 1, na 3 Maja 36, i na Granicznej teraz do godzin tylko popołudniowych. Od wiosny w 15 sklepach sprzedawano napoje mleczne, a w Delikatesach przy ul. Armii Czerwonej koktajle mleczne miksowane z prawdziwych owoców w mikserach. Postulowano, by chociaż dwa sklepy w Katowicach miały dyżury nocne, ale jeszcze nic nie ustalono.
A w SAM-ach były w dalszym ciągu kilometrowe kolejki.

Musiała szczegółowo zapoznać się z przepisami celnymi, które zmieniły się w marcu i zrezygnować z zabrania już przygotowanych rzeczy, o które prosił Rudek. Wartość upominków nie mogła przekraczać tysiąca złotych. Żywności można było wywieźć do 8 kilogramów, w tym tylko 2 kilogramy wyrobów mięsnych. Nie wolno było wywozić spirytusu, tylko dwa litry wódki i 2 litry wina oraz 250 sztuk papierosów. Całe szczęście, że „Smiena” Andrzeja się popsuła, gdyż mogły ją wywieźć, ale musiałby ją po powrocie pokazać, że przywozi. Innych zabronionych rzeczy, jak kamery, maszyny do pisania po prostu nie mieli.

W sobotą wielkanocną z zachwytem Krystyna zobaczyła widziany tuż przed wybuchem wojny film „Barbara Radziwiłłówna” z Jadwigą Smosarską, Witoldem Zacharewiczem i Leną Żelichowską, a w pierwszy dzień świąt „Dziewczęta z Nowolipek” z Elżbietą Barszczewską, Mieczysławą Ćwiklińską, Jadwigą Andrzejewską i Kazimierzem Junoszą-Stępowskim.
Kiedy w kwietniu Wolna Europa podała, że Watykan zaproponował przyjazd papieża do Polski na uroczystości milenijne w maju, a rząd odmówił, Krystyna miała już dość tych religijnych wojen, szczególnie, że proboszcza z parafii na Koszutce aresztowano. Kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, którą wożono po miastach „Żukiem” miała dotrzeć na Koszutkę we wrześniu i cała parafia się na te uroczystości cały czas przygotowywała. Krystyna wiedziała, że będzie wtedy na Kubie i odetchnęła z ulgą. Nie znosiła wszelkich przejawów dewocji, ale regularnie chodziła w każdą niedzielę do kościoła i ubolewała, że Ewa, wracająca późno do domu nie chodzi już na religię. Andrzej zakończył kościelne sprawy wraz z dostaniem dokumentu z bierzmowania.
Rozmyślała jeszcze o tym wszystkim, kiedy samolot zniżał się już nad Hawaną i kiedy poczuła znane jej, oklejające ciało wilgotne powietrze lotniska, odcięła się mentalnie od spraw Polski Ludowej, od jej ludowego katolicyzmu jak i od problemów ludowego rządu i skierowała uwagę na leniwie kołyszące się palmy.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Andrzej (10)

„The Animals” zagrali w parku Kościuszki w Hali Parkowej dwa koncerty, ale Andrzej i tak na nich nie był. Bilety kosztowały 70 zł i sprzedawano je na katowickim rynku w „Orbisie” gdzie ustawiały się tasiemcowe kolejki na kilka godzin stania. Jak opowiadano w „Santku”, Park Kościuszki pełen był milicjantów i koników sprzedających bilety po horrendalnych cenach przez cały tydzień poprzedzający występ. Posiłki milicyjne ściągnięte z całego województwa dzień przed koncertem usiłowały rozproszyć oblegające park tłumy, a w dniu koncertu i tak przegrały z atakującą drzwi młodzieżą, która biletów nie posiadała. Komentowali to wszystko szczegółowo w „Santku”. „Animalsi” zaczęli koncert od „I’m crying”. Wszyscy dyskutanci kawiarniani mieli grającą pocztówkę z tym utworem kupioną w ukrytych w podwórzach sklepikach na Wawelskiej i Wieczorka, zawsze wygiętą, ale i tak możliwą do wielokrotnego odtwarzania. Przed „Animalsami” wystąpił łódzki zespół „Polanie”, których nikt nie chciał słuchać. Podobno mimo, że nie było stojących miejsc, wszyscy stali bądź skakali po krzesłach i, jak potem drwiąco donosiły gazety, słychać było tylko wrzeszczącą salę. Po koncercie, czego już w gazetach nie było, tłum zaatakował milicyjne nyski i do Katowic, po „Animalsach”, żadnych zachodnich muzyków nie zapraszano.
Andrzej nie żałował, że nie wdział Erica Burdona, ani jego żółtych butów i wąskich spodni w pasy. Cotygodniowa „Top 20” w Radiu Luxemburg w nocy z niedzieli na poniedziałek pozwalała śledzić ranking utworów Beatlesów, The Rolling Stones, The Hollies, The Animals, Gerry and the Pacemakers, Lulu czy Billy J. Kramera, a także nasycić jego potrzeby. Na prywatki zawsze ktoś przynosił longplaye, a nawet magnetofony szpulowe. Dzięki tegorocznym najnowszym przepisom celno-dewizowym Polacy mogli odwiedzać demoludy ustawiając się w kolejkach do „Orbisu” „Sports-Touristu”, Biura Turystyki Polskiego Związku Motorowego BTZ PTTK, Biura Wczasów Podróży i Turystyki ZSP, „Juventuru”, „Turysty” i „Gromady”. Wielogodzinne stanie jednak się opłacało – prestiż wakacji zagranicznych był tak wielki, że wart był każdego wysiłku. Kuba Andrzejowi bardzo się przydawała, by nie być gorszym.
A wszyscy oglądali telewizję i to ich łączyło.
Jesienią 1965 roku telewizja była już ustabilizowaną, dobrze prosperującą machiną propagandową, telewizorów było coraz więcej, liczba godzin emisji rosła. Nie było w klasie Andrzeja nikogo, kto nie miałby telewizora. W liceum wymagano, by uczniowie ją oglądali. Wiele programów przedpołudniowych było przeznaczonych dla szkół i nauczyciele chętnie korzystali z takiej pomocy lekcyjnej, a ich szkoła, sztandarowa „pawilonówka” wybudowana w ramach „Tysiąc szkół na tysiąclecie” miała w pracowniach telewizory. Rozpoczęto przez telewizję kursy języka rosyjskiego i programy naukowe. Andrzej, który coraz intensywniej interesował się przedmiotem prowadzonym przez ich wychowawcę nazywanego „Fizykiem”, nie bardzo lubił ani książek popularnonaukowych, ani tych programów i uważał, że wszystko spłycają. Lubił oglądać telewizję tylko rozrywkowo, oglądał w czwartki „Kobrę” a w poniedziałki od stycznia „Stawkę większą niż życie” w teatrze telewizji. Zresztą w tak małym mieszkaniu trudno było się odizolować od telewizora, szczególnie, że Krystyna była fanatyczką kryminałów. „Kobra” spełniała jej oczekiwania, a w Hansie Klossie – radzieckim agencie o pseudonimie J-23 – natychmiast się zakochała, zastępując zajmującego do tej pory w jej sercu Gregory’ego Pecka. Dzięki „Interwizji”, powstałej w opozycji do zachodniej „Eurowizji” telewizja mogła nadawać bezpośrednie programy z Moskwy i tylko pojawiające się okna – nawet przez godzinę z napisem „Przepraszamy za usterki”- hamowały tę eskalację. W 1963 roku pokazano zdumiewającą wszystkich osiągnięciami technicznymi Polski Ludowej bezpośrednią transmisję z USA z manifestacji przeciwko dyskryminacji rasowej poprzez satelitę „Telstar”.
Andrzej nie fascynował się „Wielką grą”, oglądał chętniej „Wielokropka”, ale obowiązkowo „Psa Huckelberry’ego” Hanny i Barbery, a wieczorem „Bonanzę” i „Świętego” oraz „Wojnę domową”. Ta ostatnia w sposób inteligentny wyszydzała ciągoty nastolatków do rock-and-rolla, niemniej wszyscy w klasie ją oglądali.
Od kiedy Komitet do Spraw Radiofonii „Polskie Radio” został przekształcony w Komitet do Spraw Radia i Telewizji, zwany w skrócie Radiokomitetem, telewizja stała się centralnym organem administracji państwowej, podlegała prezesowi Rady Ministrów czyli Partii. Sowiecki model socjalistycznego kraju obowiązywał w całym bloku wschodnim. Wszystkie telewizje demoludów – Polski, NRD, Węgier, ZSRR, Czechosłowacji Rumunii i Bułgarii jednoczyła „Interwizja” traktująca zachodnią „Eurowizję” jako niebezpieczną. Wszystko, co nadawano zależne było od wskazań i opinii KC PZPR i wiedzieli o tym wszyscy nie tylko z Wolnej Europy, ale przekonywali się o tym na co dzień na własnej skórze. Telewizja budująca społeczeństwo socjalistyczne krzewiąca idee marksizmu-leninizmu tępiła subiektywne i dowolne oceny nie pochodzące z Partii. I kiedy Lucjan Kydryński w audycji „Muzyka łatwa lekka i przyjemna” jako wielki autorytet i znawca muzyki potępił i wyśmiał Beatlesów wysławiając w ich miejsce francuskich piosenkarzy, Andrzej po prostu przestał go oglądać.
Jednak zerwanie z telewizją było niemożliwe. Telewizja walcząca z kiczem i tandetą próbowała złamać wszelki opór i odrazę zatrudniając bardzo dobrze wykształconych w przedwojennych szkołach ludzi dobrze im płacąc oraz umożliwiając im zarobek z wielu lukratywnych źródeł, dzięki czemu stawali się ludźmi wolnymi, zadowolonymi z życia i promieniującymi szczęściem. Swoboda i aluzyjność wypowiadanych na antenie komentarzy, branych opacznie przez oglądających za wywrotowe, przyciągała coraz to więcej uzależniających się od niej telewidzów i telemanów. „Słusznym kierunkiem” było też udostępnienie ambitnej produkcji o zacięciu politycznym i wychowawczym, co znaleziono w neorealizmie włoskim i francuskiej artystycznej lewicy, rezygnując stopniowo z obfitości filmów radzieckich i tworząc pozór państwa otwartego na świat współczesny. Na przełomie 1965 i 1966 z okazji 1000-lecia państwa polskiego pojawiło się w telewizji zdumiewająco dużo imprez, festynów, wieców z całkowitym pominięciem uroczystości kościelnych. Nagonki na obchody Milenium Chrztu Polski przez kościół katolicki zwiększyły się przy okazji „Listu biskupów”. Podkreślano reakcyjną i antynarodową politykę Kościoła i antypolską postawę Watykanu. Po tym okresie już zupełnie przemilczano święta kościelne, a na Boże Ciało nadawano najlepsze filmy w czasie, kiedy ulicami Polski szły procesje.
Ale i tak głównym tematem spotkań w „Santku” pozostała telewizja, którą wszyscy kochali coraz mocniej też dlatego, że innego sposobu spędzania czasu nie było. Nowoczesna aparatura filmowa kina „Kosmos” psuła się coraz częściej i systematyczne stanie w ogromnym ścisku w holu kina przed rozpoczęcia kolejnego seansu stało się normą.

Jeszcze jesienią na szkolnej akademii związanej z kolejną rocznicą Rewolucji Październikowej zacytowano słowa towarzysza Edwarda Gierka: „Wyrażam przekonanie, że w chwili obecnej problemem pierwszorzędnej wagi jest sprawa zespolenia wysiłków trzech podstawowych ogniw wychowawczych: rodziny, szkoły i zakładu pracy, w jeden wspólny nurt. Chodzi tu o swoiście rozumianą „koordynację poziomą” wysiłków wychowawczych w układzie: rodzina – szkoła – zakład pracy”.

Krystyna koordynowała się poziomo co tydzień, przed lekcją przysposobienia obronnego podcinała Andrzejowi włosy do poziomu, o którym precyzyjnie wiedział, czy jeszcze nie zostanie wyrzucony z lekcji. Andrzej miał po Rudku i Krystynie niesłychanie gęste, kręcące się włosy, odrastające w zawrotnym tempie i co tydzień podłoga kuchni zasłana była jego kłakami.
W klasie niemal wszyscy palili oprócz Andrzeja. Zapowiadano produkcję nowych papierosów z filtrem pod nazwą „Start” próbując wycofać niefortunną nazwę radomskich „Sportów”. Przedwojenna fabryka w Radomiu kupiła właśnie nowe maszyny potaniające produkcję i „Starty” miały kosztować 4 złote na co wszyscy się cieszyli. Dotychczasowe „Sporty” po 10 sztuk za 1,75 zł nie miały filtra i trzeba było nieustannie wypluwać pozostające w ustach drobiny. Bardziej wyrafinowani klasowi palacze kupowali fajkowy „Neptun ”z amerykańskiego tytoniu za 25 złotych i robili je sami owijając tytoń w gazetę, które były mocniejsze i dawały pożądanego kopa.

Na szkolne uroczystości obowiązywały marynarki i ich producentami były Bytomskie Zakłady Przemysłu Odzieżowego, które produkowały tylko na eksport. Krystyna miała problem z ubraniem Andrzeja, przemyskie ciuchy nie miały tak małych garniturów. Weszły do produkcji laminaty, bardzo drogie marynarki klejone zamiast szwów i nikt nie wiedział, jak to prać czy prasować. Było natomiast w sklepach dużo młodzieżowej odzieży z teksasu i nikt w tym nie chodził, a Andrzej nigdy by czegoś podobnego na siebie nie włożył, jak płaszcza z popeliny z podpinką na zatrzaski. Nigdy nie miał ortalionu i dobrze, bo stał się szybko zupełnie démodé. Polski przemysł zakupił podobno zachodnie maszyny do ich produkcji i teraz sklepy zalewano ortalionami. Natomiast Krystyna poszukiwała koszul non iron piekielnie drogich, których jugosłowiańskie partie rzucono w czerwcu do „Zenitu” i zakończyło się to dewastacją sklepu i przyjazdem milicji. Polskich koszul stilonowych produkcji Kaliskich Zakładów Dziewiarskich nie było w oficjalnej sprzedaży i Krystyna nigdy Andrzejowi takiej koszuli nie kupiła i była skazana na prasowanie.

Naprzeciwko szkoły pawilonowej na Diablinie zaczęto przed budynkiem kotłowni, na 5 metrowej skarpie budować pawilon Ogniska Muzycznego w kształcie rotundy o średnicy 36 metrów z oszklonym parterem i jednym piętrem, co na lekcjach z zainteresowaniem śledzili.
Mimo tych szlachetnych inicjatyw wznoszenia nowych budynków użyteczności publicznej, mrocznej strony dzielnicy nie dawało się już ukryć. Włamywano się do piwnic pokonując łomem każdy zamek. W stojących motocyklach odkręcano kurki z benzyną i zalewano nią ulice. W hotelu robotniczym naprzeciwko kościoła zapijaczeni robotnicy toczyli regularne bójki wewnątrz jak i na zewnątrz budynku. Napadano na pocztę, niszczono windy, wyrywano torebki staruszkom, kopano mężczyzn stających w ich obronie. Ten stan nasilił się jeszcze po zasiedleniu bloków przy Armii Czerwonej i Dzierżyńskiego. Dzielnica nie miała ani nocnego oświetlenia, ani posterunku milicji. Krystyna bała się o Andrzeja, który wracał późno do domu, na całe szczęście zawsze chodzili do kina w grupie.
Tak też zobaczyli „Salto” Tadeusza Konwickiego, które wydało im się filmem cudacznym i wydumanym, nie mającym nic wspólnego z ich codziennością. Życie mimo wszystko było o wiele prostsze.

Krystynie udało się kupić za 32 złote książkę telefoniczną. Miała 616 stron i Andrzej wertując z dumą napotkał swoje nazwisko na ostatnich kartkach abonentów przybyłych w czasie druku książki. Była podzielona na dwie części: w pierwszej numery instytucji, a w drugiej mieszkańcy i Andrzej mógł już dzwonić do wszystkich z klasy bez zapisywania ich numerów.

Na sylwestra u Maćka, który był już parą z Jolą, przyszła cała klasa, gdyż jego rodzice zawsze bawili się w ten dzień z aktorami teatru Wyspiańskiego i na noc nie wracali, Andrzej zaczął chodzić z Aldoną i potem uczył ją matematyki i fizyki. Fizyk na wywiadówce opowiadał mrożące krew w żyłach historie zaniedbań uczniów względem jego przedmiotu i pochwalona Krystyna dowiedziała się, że Andrzej będzie startował w międzyszkolnej olimpiadzie z dziedziny fizyki. Zwycięzcy mogli liczyć na przyjęcia na wyższe studia bez egzaminu. Ponieważ Rudek planował, by te wakacje spędzili na Kubie, Krystyna nie zgodziła się, by był nieobecny w klasie maturalnej i poprosiła jedynie o zwolnienie Andrzeja z czerwca i września.

Fizyk jeździł z klasą na wycieczki szkolne w Beskidy i do Zakopanego i klasa coraz bardziej była zgrana, formowały się trwałe związki i sympatie. Do połówki pokoju Andrzeja schodziło się coraz więcej chłopców i dziewcząt, za jego przykładem dzielono podobne jak jego mieszkania na Koszutce. Stawiano przepierzania w pokojach, a nawet kuchniach, by każdy mógł mieć podobny jak Andrzej, azyl.
Czasami grupą ze swoimi dziewczynami jechali Dzierżyńskiego tramwajem do Wesołego Miasteczka gdzie odnowiono „ślimaka” i zainstalowano na wzór Disneylandu w Los Angeles „wirujące filiżanki” i miniaturowy pociąg elektryczny złożony z elektrowozu i trzech odkrytych wagoników po 30 pasażerów. Jako „wycieczka szkolna” mieli zniżkę za pół ceny, a co 10 uczeń bilet bezpłatny.
Andrzej w dalszym ciągu interesował się lekkoatletyką i mimo, że na igrzyskach szkolnych zdobył brązowy medal w biegach i skokach, nie rósł i był najniższy w klasie. Wpatrywał się siedząc metr od ekranu w stojącą na najwyższym stopniu podium ze złotym medalem Irenę Kirszenstein. Była tylko o trzy lata od niego starsza i miała 176 centymetrów wzrostu.
Rodzice Maćka mieli zaprzyjaźnionych górali w Witowie, zaledwie 13 kilometrów od Zakopanego i Maciek postanowił z Andrzejem pojechać tam na narty. Śnieg leżał jeszcze w maju i można było swobodnie pojechać na wakacje wielkanocne, ale nie było czym. Stali więc na rynku, by kupić bilety do Zakopanego przed „Orbisem” już od szóstej rano. Kiedy wpuszczono ich do małego lokalu w trzech czynnych kasach sprzedawano bilety lotnicze, kolejowe, autobusowe na cały świat. Musieli równocześnie kupić bilet powrotny, gdyż jak się dowiedzieli w kolejce, nikt ich nie zabierze z powrotem, jeśli nie wykupi się biletu powrotnego i spóźni się na ten sam autobus, który ich przywiózł, trzeba będzie wracać piechotą z Zakopanego do Katowic, bowiem w autobusach do Zakopanego wszystkie miejsca wykupione są przez posiadaczy biletów powrotnych. Kierowcy autobusów, jak się dowiadywali z rozgadanej kolejki, nawet kiedy mają dużo wolnych miejsc, sadystycznie nie zabierają turystów stojących i wymachujących rozpaczliwie na przystankach i Andrzej czule wspomniał kubańską guaguę.
Nie łatwiej im było w Zakopanem, autobus do Witowa już przyjechał napchany, ludzie pchali się, złościli, złorzeczyli, panowała ogólna wściekłość. Tysiące turystów, urlopowiczów i tubylców przypadało na zaledwie kilka autobusów. Na dodatek w sklepie wiejskim nie było dosłownie nic, a w Zakopanem też w sklepach spożywczych niewiele do jedzenia, którego próżno szukali po brudnych i zatłoczonych Krupówkach. O kupieniu biletu na Kasprowy Wierch czy biletu na autobus do Morskiego Oka nie było mowy. Natomiast na bazarze łatwo było kupić po cenach takich jak w PKO elastyczne skarpetki i koszule non iron, miniaturowe wnętrza chat góralskich i drewniane figurki.

Jeszcze w maju jego sztandarowa szkoła musiała uczestniczyć w manifestacji mieszkańców Śląska i Zagłębia. W upale, pośród pół miliona ludzi na katowickim Rondzie tysiące młodzieży stanęło obok żyjących jeszcze Powstańców Śląskich. Umundurowani powstańcy w rogatywkach siedzieli tuż przy trybunie, blisko miejsca, gdzie miał stanąć zatwierdzony już w Warszawie Pomnik Powstańców. Makietę z wygraną na konkursie rzeźbą pomnika pokazywano wszędzie, miał mieć trzy skrzydła symbolizujące trzy powstania. Nad trybuną zawisła warszawska Syrenka, gdyż pomnik miała sfinansować Warszawa. W morzu sztandarów, górniczych orkiestr powiewających pióropuszami czapek, zanim uroczyście położono kamień węgielny pod budowę pomnika, rozpoczęły się wielogodzinne uroczystości.
Równo o godzinie 16 ryknęły syreny fabryczne by ci, którzy pracują na drugą zmianę mogli w uroczystości duchowo uczestniczyć. Na trybunie zasiedli: członek Biura Politycznego KC PZPR, przewodniczący Rady Państwa i Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu tow. Edward Ochab, członek Biura Politycznego KC PZPR, Marszałek Polski tow. Marian Spychalski, członkowie Komitetu Centralnego PZPR, ministrowie i generalicja WP, przedstawiciele władz naczelnych Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego z członkiem Rady Państwa wiceprezesem NK ZSL Bolesławem Podedwornym, przedstawiciele władz Stronnictwa Demokratycznego z członkiem Rady Państwa wiceprzewodniczącą CK SD Eugenią Krassowską, delegacja z Warszawy z I sekretarzem Komitetu Warszawskiego PZPR tow. Stanisławem Kociołkiem, członek Biura Politycznego KC PZPR, I sekretarz KW PZPR tow. Edward Gierek, członek Rady Państwa, przewodniczący Prez. WRN, przewodniczący Krajowej Komisji Weteranów Powstań Śląskich ZBoWiD tow. Jerzy Ziętek, sekretarze KW PZPR tow. tow. Zdzisław Grudzień, Stanisław Kowalczyk, Rudolf Juzek, członkowie Egzekutywy KW tow. tow. Mieczysław Hankus, Władysław Herman, Włodzimierz Janiurek, Bolesław Lubas, Piotr Mazelon, Jan Mitręga, Tadeusz Pyka, Roman Stachoń, Karol Stawarz, Jerzy Szuba, Ryszard Trzcionka. oraz członkowie Prezydium Woj. Rady Narodowej.

Kiedy w ostatnich dniach maja Andrzej był w samolocie lecącym na jego czteromiesięczne wakacje do Hawany, nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu. Miał na nosie przepisane przez okulistę, do którego skierował go lekarz badający wyjeżdżających w tropiki, okulary i wszystko nareszcie wyraźnie zobaczył.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj