WIGILIA 1970

20 grudnia powołano na I sekretarza KC PZPR Gierka i w sklepach pojawiły się dawno już zapomniane wiktuały, między innymi rodzynki. Ten fakt historyczny uwieczniłam w pocztówce namalowanej dla babci Wandzi i wysłanej do Przemyśla.

p1200067p1200068
(…) Pocztówka wyobraża ucztę świąteczną wydaną dzięki tow. Gierkowi, który umożliwił nam kupno świątecznego jadła(…)

Opublikowano dziennik duszy | Skomentuj

Dziennik stuttgarcki (3)

2 grudnia 2016, piątek. Jest ciemno kiedy syn podrzuca mnie samochodem na przystanek kolejki S1. Stacja Goldberg w Böblingen jest za drzewami, kiedy dochodzę tam od ulicy, nie mam pojęcia w którą stronę jechać. Młodzi ludzie stojący na niezadaszonym peronie kierują mnie na drugą stronę, znajduję kładkę, mostkiem zbiegam do dojeżdżającej kolejki i miga mi tylko zza okien stojący na stacji automat biletowy. Cała w strachu jadę na gapę siedem przystanków, wagon jest zatłoczony i gotowa jestem wysiąść wcześniej i dojść do Stuttgart-Mitte, byleby tylko skrócić ten paniczny strach i oczekiwanie na kontrolera. Jednak muszę wysiąść na Hauptbahnhof, nie mam mapy i się zgubię, a tylko tam w informacji turystycznej mogę ją dostać. Nie wydrukowałam w domu, zawsze kiedy wydrukuję, na lotniskach zabieram kolorowe plany miast o wiele lepsze i myślałam, że taką też teraz znajdę. Ale wczoraj nie znalazłam, nie znajdę i teraz szybko, bo wszystko zamknięte jeszcze. Wyjeżdżam schodami na początek Königstraße, przed zamkniętą, całą oszkloną Informację Turystyczną, widzę jak dziewczyna latynoska podłącza odkurzacz do prądu i będzie tu zaraz sprzątać. Mam godzinę do otwarcia, wszystkie sklepy i knajpy na Königstraße są też zamknięte. Na środku Cyganie albo jakaś inna nacja obsiedli ławki, palą papierosy i tak jak ja, zdaje się być bezprizorni. Na dodatek zaczyna padać niespodziewany deszcz, a mój parasol zabrany z Polski jest w hotelu.
Wracam więc pod ziemię gdzie jest ciepło, widno i energetycznie. Przypatruję się jak tłum podróżnych oblega wszystkie udekorowane świątecznie punkty z jedzeniem, jak pobiera ze stolików pałeczki cukru i pudełeczka śmietanki, jak nalewa sobie kawę z ekspresów, jak znikają leżące na boku torebki, do których pakują ciepłe i pachnące buły, rogaliki i precle, potem dopiero idą do kasy. Zdumiewa to społeczne zaufanie, mam wyrzuty sumienia, że dotarłam tu na gapę. Wszyscy sobie ufają, nikt nic nie kradnie, a przecież kasa jest tak odległa i jest tak małe zainteresowanie obsługi tym, co się z ich towarem dzieje. Oglądam z zainteresowaniem co Niemcy jedzą rano, jak są ubrani i jak to wszystko sprawnie się odbywa, jak dużo jest tych bistr, stoisk, punktów z espresso, barów i restauracji tu w podziemiu, gdzie ludzie nieśpiesznie jedzą śniadania i potem nieśpiesznie rozchodzą się w swoich kierunkach do pracy, szkół i codziennych spraw.
Wjeżdżam schodami na powierzchnię do zabytkowej części dworca poznanego wczoraj, jego obracający się neon, logo Mercedesa – gwiazda o 5 metrowej średnicy na dachu wieży jest zawsze punktem odniesienia dla pogubionych w mieście.
Dworzec główny, Królewskie Württemberg zbudowano na początku XX wieku, co jest udokumentowane wmurowaną tablicą i wpisano jako zabytek. Naloty powietrzne w czasie II wojny światowej go podobno uszkodziły, odbudowany został w latach pięćdziesiątych. Zbudowany z wapiennych bloków, wewnątrz z piaskowca, mimo funkcjonalnych okrągłych okien, płaskich dachów i portyku supernowoczesnego modernizmu tamtej epoki, w porównaniu z ciepłem dzisiejszego podziemia sprawia wrażenie zimna, obcości i oschłości. W.G. Sebald pisał wręcz o antycypacji nazizmu w jego architekturze. Włączono do niego królewską bramę z murów obronnych miasta, stąd ten gigantyczny łuk, jak łuk triumfalny. Pozostał herb Wirtembergii z rozetą i dwoma lwami na ścianie głównego wejścia do hali. Kamienne schody zostały zastąpione ruchomymi, ale nie zmiękcza to faszystowskiego stylu, ani girlandy choinkowych światełek, ani stoisko z włoskimi słodyczami, gdzie wysypano w gablotach duże marcepanowe owoce egzotyczne i w kształcie bab wielkanocnych nugaty z pistacjami i wszystkimi gatunkami orzechów. Dochodzę do płatnej toalety zaopatrzonej w bramki, by nikt się bez opłacenia w automacie biletu nie przecisnął.
Wracam do turystycznej informacji, wszystkie darmowe plany Stuttgartu pochowane, w części sklepu tylko można jedynie kupić szczegółowy plan miasta i okolic zupełnie mi niepotrzebny. Kieruję się tylko do panienki mającej odpowiadać na pytania turystów. Czas nie turystyczny i jestem jedyną turystką, pytam o Muzeum Hegla, by mieć jakiś powód do dostania darmowej mapy. Panienka długo drukuje mi skomplikowaną trasę dwiema kolejkami podziemnymi i autobusem, co grzecznie zabieram i proszę teraz kategorycznie o mapę. Kiedy ją dostaję, gdzie zabytki są narysowane przestrzennie, zaraz wiem, gdzie jestem, i że za 10 minut dotrę do Hegla na piechotę.
Tymczasem deszcz ustał i delektuję się parkiem królewskim, obchodzę od tyłu hotel z tarasowymi latarniami w formie stojących lamp pokojowych w kształcie ściętego stożka i podążam ku zamkom małą uliczką wzdłuż jeziora. Widać już złotego jelenia na zielonej kopule Württembergischer Kunstverein, gdzie wystawiają swoje prace zrzeszeni artyści wizualni. Zza jelenia widać skrzydlatą boginię na kolumnie, a dalej Merkury stoi na jednej nodze i połyskuje złotem na dawnej wieży ciśnień, budynku między Schillerplatz a Schlossplatz. Czuje się w powietrzu goździki i zioła z grzanego piwa, świątecznego Glühbiera. Wchodzę na plac bramą zwieńczoną jeleniem i lwem do Neues Schloss, do Nowego Zamku. Barokowy zamek jest przeogromny, z dwoma skrzydłami pod kątem prostym do frontonu, wszystko zwieńczone sterczącymi na dachu figurami. Był po klęsce pierwszej wojny światowej siedzibą Instytutu Spraw Zagranicznych, policji i muzeum. Hitlerowcy wybudowali w nim schron. Naloty bombowe zrównały go z ziemią. Teraz są tu ministerstwa, restauracje i obszary turystycznego zwiedzania.
Mijam czynną fontannę, przechodzę na drugą stronę ulicy do kolejnego zamku, bardziej przypominający baśniowy. Stary Zamek mieści Landesmuseum Württemberg, przez 4 wieki mieszkali tu grafowie i hrabiowie. Jeden z nich, podobno zdeklarowany antysemita żyjący w piętnastym wieku, Eberhard Brodaty, stoi dzisiaj na koniu na renesansowym dziedzińcu.
Jeszcze przed II wojną światową zamek częściowo spłonął, w czasie wojny został poważnie uszkodzony, teraz jest pięknie odbudowany. Dziedziniec arkadowy podobny do Wawelu, ale się nie umywa, jest mniejszy i nie ma naszego metafizycznego promieniowania. Wprawdzie w zamkowym kościele w skarbcu królewskim spoczywają prochy władców Wirtembergii, zamek jest przede wszystkim muzeum bogatym w zbiory wszystkich epok, od starożytności, Celtów po nasze czasy. Można je wszystkie poszukać w Internecie i zobaczyć, są skrupulatnie wirtualnie skatalogowane.
Przed zamkiem współczesne pomniki i instalacje z lat sześćdziesiątych. Tekst Ernsta Blocha (uciekł z NRD, jak zaczęto budować Mur): „1933-1945 Zabito powieszono zagazowano milion ofiar przez Dyktaturę Narodowego Socjalizmu. Nigdy więcej!…”
Wokół w uliczkach wszędzie pachnące jodłą szczelnie nią opatulone budy świątecznych straganów. Podobno miasto oddało im 4000 metrów kwadratowych, Stuttgart Christmas Market rozciąga się na Starym Rynku, wokół zamku oraz na Schlossplatz. Między uliczkami wyrasta mi nagle kościół ewangelicki, ale przepiękna mosiężna klamka w kształcie smukłej łasiczki ani drgnie. Ludzi tu mnóstwo, krążą przy stoiskach, piją, jedzą i kupują, tak, że trudno zobaczyć kościół w całej okazałości. Późnogotycki Stiftskirche to główny kościół Kościoła Ewangelickiego w Wirtembergii, był poważnie uszkodzony w czasie bombardowań i odbudowany z resztek ruin.
Mijam apetyczne wystawy sklepu czekolady, leżą wyłożone właśnie całe blachy orzechów zmieszanych z mleczną czekoladą, panienka tnie je i zwija w małe gwiazdkowe prezenciki. Podążam już do Museum Hegel-Haus na Eberhardstraße 53, ciekawe, czy ten Eberhard to ten sam na koniu.
Idę wzdłuż Kirchstraße, skręcam w Marktplatz, potem w lewo w Rathauspassage, tutaj patrzę na plan, ale już podchodzi mężczyzna i pyta, czy mam jakiś problem, wie, gdzie jest muzeum Hegla, poprawia, mnie, nie Hegel, a „Hige”, nie wiedziałam, że Niemcy tak go wymawiają. Ale w prawo jest już Eberhardstraße, a portret Hegla już widać na fasadzie dwupiętrowej kamieniczki. Recepcjonista w maleńkim kantorku, mały szczupły człowieczek w okularach nie zwraca na mnie uwagi, nie odpowiada na guten Morgen, rozmawia przez telefon. Wieszam płaszcz na wieszaku, wieszam też plecak, jestem tu sama i nikogo nie obchodzę. Widać pełne zaufanie nawet dla tych, którzy mogą porwać z gabloty aksamitny beret Hegla i unicestwić oryginalne jego listy. Ale jakoś wiadomo, że nic takiego się nie stanie. Przechodzę przez wszystkie pokoje o niskich stropach pedantycznie wymalowane i odnowione, ale nie znajduję toalety i zrezygnowana wracam na dół, natrafiam na klamkę uradowana, że to może toaleta, chcę otworzyć, ale słyszę głos, ach, to przecież drzwi kantorka!
Przechodzę tylko ulicę i widzę srebrne kasetony gigantycznej Galerii Kaufhof Stuttgart Eberhardstraße, gdzie do toalety wjeżdżam na najwyższe piętro, wiem już, że najwyżej umieszczane są bary i restauracje. Siadam pod oknem, sala jest gigantyczna, rozpostarta na planie całego budynku, z widokiem na dachy Stuttgartu. Biorę tekturowy kubek i nalewam sobie mleko, wyjmuję kanapkę. Nie ma jeszcze jedenastej, a tu, najczęściej starcy, przynoszą do stolików tace z daniami obiadowymi. Wszyscy jedzą dyskutują, nikt nie zwraca na mnie uwagi. Na stolikach już bożonarodzeniowe szkarłatne poinsecje, harmonizują ze szkarłatnymi abażurami lamp, gdzieniegdzie stoją łączące sufit z podłogą ubrane choinki. Jeżdżę trochę schodami i przechadzam się między stoiskami z zabawkami, wracam na ulicę, gdzie wychodzę pasażami na budynki Ratusza. Nad głową widzę przeźroczyste chodniki łączące kompleks zabudowań Ratusza, po których chodzą ludzie. Ratusz, wybudowany w początku XX wieku został zrównany z ziemią i na jego miejscu powstały supernowoczesne budowle, z których najważniejszy, przy Marktplatz teraz jest kalendarzem adwentowym z oknami okolonymi gałązkami jodłowymi. Po Ratuszu można swobodnie chodzić, jeździć taką samą windą paciorkową, jaką jeździłam w dzieciństwie w Katowicach w Urzędzie Wojewódzkim, w nowoczesnym gmachu katowickiego modernizmu okresu międzywojnia. Są tu makiety jakiegoś zupełnie kosmicznego Stuttgartu i nie wiadomo, czy te projekty są już zatwierdzone, czy rzeczywiście Stuttgart będzie tak przebudowany. W jednej sali podłoga z linoleum z nadrukowanym całym Stuttgartem z lotu ptaka tak realistycznie, że stąpam jak Guliwer w krainie Liliputów.
Wychodząc z Ratusza od razu wpadam w wir straganów bożonarodzeniowych. By w nich nie ugrzęznąć pędzę do sąsiadującej Markthalle. Secesyjny budynek o 3500 metrów kwadratowych powierzchni handlowej jest bardzo jasny i przyjemny, nie ma nic z zimna takich handlowych gigantów. Przypomniała mi się Hala Targowa we Wrocławiu podczas studiów, która zawsze śmierdziała i na galeriach u góry sprzedawano tandetne suknie ślubne i komunijne z tiulu. Tu na galeriach są chyba bardzo drogie restauracje, jest pora obiadowa i wszystkie stoliki z białymi obrusami są zajęte, biznesmeni wychodzą nawet do balustrady, by na białych, wykrochmalonych serwetkach położonych na kamiennych barierkach pić w bombiastych kieliszkach wino. Przechodzę arkadami całe piętro i zaglądam w dół na stragany z parteru. Tutaj ciągną się sklepy z bożonarodzeniowym towarem. Czego tu nie ma! – od pięknie pomalowanych drewnianych ptaszków i girland szyszek, szlachetnych ozdób ze słomy i kory drzewnej, pachnących świeczek, mydeł i wszystkiego, by wigilię dało się przetrwać, po meble i eleganckie wyposażenie domu.
Hala, jak obwieszczają liczne plakaty, obchodzi sto lat. Zbombardowana, kosztownie odbudowywana przez lata, uznana jako zabytek, ma dużo rzeźb, płaskorzeźb (podobno z plastiku, ale nic nie poznać) fresków i cudowną szmaragdową fontannę Ceresbrunnen, którą wstawiono tutaj dopiero w 2009 roku. Na tronie siedzi naturalnej wielkości bogini Ceres szkliwiona szmaragdowo i turkusowo, otoczona chłopcami i winogronami, na ścianie lwy, na fontannie kaczki, kury, koguty i ryby. Do koryta fontanny wypływa pitna woda mineralna.
Przechodzę jeszcze wzdłuż Hauptstätter Straße na południe Stuttgartu. Neogotycki kościół Świętej Marii, pierwszy katolicki kościół w Stuttgarcie też zbombardowano zostawiając nietknięte 60 metrowe dwie wieże. Ale już w 1949 odprawiano tam nabożeństwo.
Przed kościołem Rupert-Mayer-Platz gromadzi bezdomnych ludzi i młodzież w czarnych kurtkach z psami, trochę boję się obok nich przechodzić, zresztą są dość daleko, obok wejścia chyba do nieczynnego już miejskiego szaletu podziemnego i fontanny. Jest to znane w mieście miejsce alkoholików, ludzi marginesu i ćpunów. Każdego ranka siostry zakonne z kościoła ich karmią od 20 lat, ale stopniowo są rugowani budową podziemnych garaży, gdyż między Marienkirche, a ulicą Paulinenbrücke powstało niedawno centrum handlowe Gerber. Teraz korzystają z toalet Gerbera. Usunięto ich siedziby pod mostem. Teraz schody na wiadukt pomalowane są w kolory tęczy i na każdym napisana jest po angielsku optymistyczna sentencja. Dobrze komponują się z barwnym, mieniącym się kolorami Gerberem.
Siadam przy fontannie na samym dole i wyjmuję kanapkę. Obok też przesiadują dzieci i dorośli z jedzeniem kupionym w licznych tutaj stoiskach z street foodem. Dwaj ochroniarze stojący w czarnych garniturach i dobrze wyczyszczonych butach rozmawiają ze sobą i nie bardzo się interesują co się wokół dzieje. A nie dzieje się nic szczególnego, myślałam, że zatrzymają dziewczynę z trzema bardzo rasowymi psami, z których jeden jest gigantycznej wielkości. Ale dziewczyna podchodzi do nich i wesoło z nimi rozmawia, widocznie psy w galeriach handlowych mają prawa takie same, jak każdy klient. Jadę po piętrach ruchomymi schodami patrząc co nowego w dziale zabawkowym, potem szybko wracam na ulicę, gdyż już się ściemnia. Wracam bocznymi uliczkami do Opery, pędzę niemal, bo nie wiem, do której Neue Staatsgalerie Stuttgart jest otwarte.
Wystarczy przejść podziemnym przejściem pod Konrad Adenauer Straße i znaleźć się przed kompleksem postmodernistycznych budynków ze zbiorami obrazów i rzeźb od zarania ludzkości, ale przede wszystkim Sztuki Nowoczesnej, do której chcę dotrzeć. Jest późno, trochę błądzę, trudno się jest połapać, pytam ciągle o wystawę Francisa Bacona i recepcjonistki kierują mnie do coraz to innych części rozległych pawilonów poprzecinanych różowymi i błękitnymi ciągami linii. Liczne chodniki przeznaczone zapewne dla wózków inwalidzkich prowadzą spiralnie do wewnętrznej rotundy. Dużo jest tu odniesień do starożytnej architektury, przede wszystkim odejście od architektury nazistów poprzez wprowadzenie niekonwencjonalnych kolorów. Trawertyn i piaskowiec zestawiono z zielonymi oknami, kolorowe belki stalowe i różowo-niebieskie poręcze, które zauważyłam na początku, umilają ironią i dystansują się do monumentalizmu budowli.
Wchodzę do ogromnej sali, gdzie obok sklepu i szatni w środku są kasy. Cała podłoga foyer wyłożona wściekle zieloną gumową wykładziną odbijającą się zielenią od niklu i szyb oswaja wchodzącego swoją wesołością.
Po zobaczeniu czterdziestu obrazów Francisa Bacona i filmu o nim, na co wydałam 12 euro bez żadnej zniżki dla seniorów, poszłam jeszcze schodami w górę i zobaczyłam kolekcję awangardy światowej XX wieku, same sławy malarstwa i rzeźby. Byłam już zmęczona, zaniepokojony syn zadzwonił o 17, nie miał wiadomości ode mnie od pozostawienia mnie świtem na stacji kolejki. Powiedziałam, że jeżeli jest zmęczony, to przyjadę kolejką, ale odetchnęłam z ulgą, kiedy usłyszałam, że zaraz po mnie przyjedzie.

Opublikowano 2016, dziennik ciała | Skomentuj

Dziennik stuttgarcki (2)

1 grudnia 2016, czwartek. Syn już w pracy, jadę sama windą do pokoju VIP-ów, który otwieram kartą gdzie w najlepsze trwa śniadanie, goście hotelowi bez pośpiechu nabierają sobie jajecznicę z ogromnych, podgrzewanych tac przykrytych szklanymi pokrywami, krążą wśród wszystkich możliwych dań na każdy gust i żołądek. Zaczynam żałować, że nie jadam śniadań i nie mogę zjeść tych wszystkich apetycznych kiełbas, pieczonych schabów i niemieckich ziemniaczanych sałatek majonezowych. Ograniczam się do stoiska z musli i orzeszków laskowych, nalewam sobie w odwecie po szklance soku pomarańczowego, mandarynkowego i grejpfrutowego, zabieram łakomie jeszcze kilka kostek ananasa.
Kieruję się drogowskazami na Sindelfingen, do starego ratusza i rynku, tablice na latarniach anonsują świąteczny jarmark. Jest słoneczna, mimo mrozu, pogoda, mam w plecaku kanapkę z Katowic i litr mleka. Mleko zawsze mnie uspokaja i relaksuje, a ja mam dużo do przejścia i do zobaczenia dzisiaj.
Przechodzę na drugą stronę ulicy i podążam na zachód Mahdentalstraße, która rozwidla się, idę Neckarstraße. Ciekawe, gdzie płynie rzeka Necker – pod ulicą? Potem do Vaihingerstraße i jest już Rathus Platz i widać bożonarodzeniowe stoiska. Na środek Rynku zwieziono stertę gałązek jodły, robotnicy przybijają je do dachów drewnianych stoisk. Obfitość jarzyn, owoców, serów, mięs i mikołajów w każdym rozmiarze, wiązek jemioły i szyszek. Mnóstwo ludzi krąży po placu, wszyscy coś kupują lub wesoło rozmawiają. Przyciągają mnie przy stoisku z jajkami, kupowane najchętniej barwione wściekłymi kolorami jajka wielkanocne „Bunte Eier”, już ugotowane, po 28 centów za sztukę. Wstępuję jeszcze do piętrowej drogerii, by kupić zapomnianą szczoteczkę do zębów gdzie między stoiskami przechadza się serdecznie witana przez obsługę klientka z gigantycznym labradorem.
Rynek wieńczy dziewiętnastowieczny neoklasyczny budynek Starego Ratusza, mieszczący teraz Galerie der Stadt Sindelfingen i Lutze Muzeum, a władze miasteczka przeniosły się gdzieś indziej. W 1970 był siedzibą policji, na wmurowanej żeliwnej tablicy widnieje napis: „Ziegelwasen”. Na dole arkady z cegły i piaskowca, balustrady z kutego żelaza. Okna półkoliste, dzwonnica, wieża zegarowa czynią klimat niemal śródziemnomorski. W 1944 zbombardowany, ściana zachodnia runęła, dach całkiem zniszczono i w tej ruinie merostwo zarządzało miastem do 1948 roku. Sindelfingen w latach pięćdziesiątych błyskawicznie podniosło się ekonomicznie, powstała tu biblioteka i sale wystawowe, ratusz pięknie odbudowano.
Jeszcze po powrocie do hotelu, po prysznicu, wypiciu herbaty i zjedzeniu kolejnej kanapki z Katowic poszłam na wschód. Minęłam duży kamienny posąg Buddy stojący w trawie i skierowałam się idąc Mahdentalstraße na kładkę przerzuconą przez czteropasmową szosę w kierunku osiedla, gdzie chyba mieszkają bogaci emeryci. Stali przed garażami z wiklinowymi koszami na zakupy, krzątali się wokół wypielęgnowanych domków o dwuspadowych dachach z bateriami słonecznymi. W niektórych przypadkach cały dach jest jedną, wielką baterią słoneczną.
Wróciłam na drugi brzeg ulicy, przede mną do galerii handlowej szły dwie zakwefione kobiety, ale to były jedyne dowody legendarnego zalewu uchodźcami niemieckich landów.
Pojeździłam schodami ruchomymi po centrum handlowym Breuningerland, czerwony neon widoczny jest zewsząd, wejście przypomina swoją gigantomanią dworzec kolejowy w Berlinie. Ze 120 sklepów wybieram tylko te z zabawkami, gdzie, jeśli tylko je nawiedzę, śledzę nowinki. W tym sezonie modne są dla pluszaków szklane oczy wielkości jednego euro dzięki czemu zwierzątka są bardziej zdziwione i bardziej słodkie.

Syn wraca o 18., jest już ciemno. Jedziemy windą na siódme piętro, do kolacji można sobie wybrać wino i wszyscy goście hotelowi piją teraz alkohole.
Szybko podrzuci mnie do centrum Stuttgartu, a sam przy Operze spotka się ze swoją koleżanką szkolną Kasią Kozielską, która tam tańczy i robi choreografię. O tej porze jest tłok na jezdni, grzęźniemy w korkach, spóźniamy się, Kasia już czeka przy podziemnym parkingu z mężem i córeczką. Na fasadzie zabytkowego gmachu Opery wielki afisz z nazwiskiem Kasi. Zostawiam ich i idę do Opery, która jest otwarta. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku miał tu premierę Philip Glass ze swoją trzyaktową operą „Akhnaten”, dawniej dawały tu występy największe sławy i dzisiaj też jest liczącą się operą na całym świecie. Kompleks budynków, gdzie mieści się balet, teatr i opera – podwójny budynek Opery i Mały Dom obok, zbudowany na początku dwudziestego wieku. Foyer Opery, do którego weszłam przetrwało II wojnę światową ale na resztę spadła bomba w 1944. Rotunda wewnątrz jest otoczona pilastrami i smukłymi filarami, ciężkie żyrandole przypominają bardziej art deco, niż klasycyzm, stoją marmurowe popiersia. Po zajęciu Stuttgartu, żołnierze amerykańscy przysposobili operowe foyer do gry w ping ponga.
Stojąc w wejściu na szczycie wielkich schodów pod kolumnami widać błyszczące jezioro odbijające rzęsiście złoto oświetlony gmach Opery, w którym odbijają się posągi wieńczące dach rotundy. Architektonicznie przypomina katowicki Teatr Wyspiańskiego, ale chyba jest trzykrotnie większy.
Przy jeziorze stoi obszerny wóz policyjny, w którym policjanci trzymają konie i właśnie wyprowadzają je na wieczorny obchód. Idę jeszcze do „Małego Domku”, czyli do Kleines Haus Schauspielhaus, który został doszczętnie spalony w 1944 i w latach sześćdziesiątych wybudowano nowy, biały dwupoziomowy na planie ośmiokąta budynek z betonu, stali i szkła w manierze Le Corbusiera. W ostatnich latach zmodernizowany, ruchome schody wiodą na piętro z ogromnymi, czarno-białymi malowidłami abstrakcyjnymi i nieprawdopodobną liczbą ludzi, którzy tu może przyszli na premierę, gdyż siedzą tu i na dole przy szatni, piją wino i coś jedzą, kolejka do kasy ogromna, wykupują ostatnie bilety, słowem, zaraz się zacznie, zaraz wszyscy tu znikną i zaludnią miejsca na widowni, a ja już też znikam. Wtapiam się w Ogród Zamkowy, po którym jeżdżą rowery z zamontowanymi w koła wyświetlaczami ledowymi w różnych neonowych kolorach. Duże ogrodowe kule lamp i rowery multiplikują się w tafli jeziora poruszanego jeszcze nie śpiącymi i żebrzącymi kaczkami, co bardziej refleksy świetlne zwielokrotnia.
Przecinam Ogród Zamkowy i podążam do głównego deptaka Stuttgartu, czyli na Königstraße. Królewska Droga jest główną ulicą handlową, była to podobno droga przerobiona z dawnej fosy przez budowniczych księcia Fryderyka II, a potem prace kontynuował król Wilhelm II. W czasie nalotów w 1944 domy przy tej ulicy zburzono do fundamentów, w latach sześćdziesiątych zamknięto ruch kołowy, a w siedemdziesiątych dodatkowo tramwajowy, teraz go przeniesiono pod ziemię.
Dzisiaj o tej porze przetacza się rozgadany, wielojęzyczny tłum przykucający mimo mrozu czasami na ławeczkach pod gołymi o tej porze platanami. Platany są oczkiem w głowie miasta, chorują skutkiem ciepła wytwarzanego przez budynki, trzeba chore egzemplarze wycinać, nowe mają bryły korzeniowe 2 metrowej średnicy i kosztują po 2 tysiące euro za egzemplarz, ale je wymieniają, dbają. Nawet teraz w zimie, kiedy sterczą tylko kikuty, platany tworzą egzotyczny klimat.
Nagle tłum wypycha mnie na Christmas Market, którego ani nie szukałam, ani nie pragnęłam znaleźć. W południowych Niemczech, a zwłaszcza w Baden-Württemberg jest najsłynniejszy, czego ze zdziwieniem doświadczam. Faktycznie, jest zachwycający! Myślałam, że jest jak przed laty w Norymberdze, gdzie stragany miały tylko cel marketingowy, gdzie liczyła się przede wszystkim sprzedaż i reklama firm i rzemieślników handlujących w swoich stoiskach. Tutaj jest to spotkanie towarzyskie. Na ogromnym placu przed rozświetlonym choinkowymi girlandami budynku Königsbau rozciąga się po horyzont morze światełek. Tłum rozbawionych ludzi celebruje bożonarodzeniowe misterium w barwach czerwono zielonych. Bardziej przypomina to karnawał w Rio, niż ponurość adwentowego oczekiwania na bożonarodzeniową wyżerkę.
Königsbau jest królewski, zbudowany w dziewiętnastym wieku przez Wilhelma I w późnym stylu klasycystycznym, przypomina jońskimi kolumnami bardziej świątynię grecką, niż handlowy pasaż, czym jest dzisiaj. Zbombardowany w 1944 został zbudowany na nowo, a w ostatnich latach dobudowano szklany dach i garaże podziemne. Na barokowym Schlossplatz stoi oświetlona fontanna Lustgarten i estrada z girlandą żarówek jak w „Yellow Submarine”, w której grał Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band. Oś placu wyznacza wbita w ziemię 30 metrowa kolumna Jubiläumssäule wzniesiona na urodziny króla Wirtembergii Wilhelma I. Stoi na niej, na kuli z dwoma lwami, 5 metrowy posąg rzymskiej bogini Koncordi ze skrzydłami. Bogini patrzy na estradę i Königsbau.
Obsługa 300 stoisk udekorowanych gałązkami jodły, tak, że zostawiono tylko okna, nawet wewnętrzne ściany udekorowano, uwija się jak w ukropie. Przyszło tu, przyjechało, przyleciało, nawiedziło tak dużo ludzi, że wydaje się Weihnachtsmarktzeit być czymś najważniejszym na świecie. I faktycznie, radość z ciast, grzanego wina, potraw ze wszystkich stron świata, ale jednak głównie z kiełbasy udziela się wszystkim, którzy jak w amoku krążą po placu upojeni przyjemną atmosferą. Wydawałoby się, że tłum złakniony igrzysk i chleba jest tu tylko po to. Nieprawda. Z satysfakcją odczuwam dobroczynny wpływ tłumu, który przyjaźnie toczy dyskusje, śmieje się, spędza czas na piciu wina, paleniu papierosów i delektowaniu się wyszukanymi potrawami, z których, jak podejrzałam, wybierają białą kapustę i wieprzowinę. Ale jedzą też moje ulubione nugaty, ogromne, wielkości bochenków chleba bezy, lukrowane pierniki, cwibaki i wszystko co uwielbiam i czego już nie jem. W powietrzu czuje się przyjemne wonie cynamonu, ziołowych przypraw, pachnących kosmetyków i dymu z luksusowych papierosów.
Stoi 10 letni chłopczyk w okularach i na ogromnym blaszanym instrumencie dętym gra przejmująco „Heilige Nacht”, przed nim pudełko po butach na datki, ale jest bardzo zadbanym dzieckiem i jest to pewnie tylko popis, a nie żebranina.
Po powrocie do hotelu zjeżdżam windą do podziemia, na basen przechodzi się przez siłownię, gdzie ćwiczy tylko jeden gość hotelowy w krótkich spodenkach, wchodzę po kilku schodkach w górę obok koszy ze zużytymi białymi ręcznikami i już jestem przy niewielkim basenie. Wszystkie baseny na świecie mają turkusowe kafelki na dnie i ten też ma turkusowe i ciepłą, miękką wodę.
Kiedy wracam, nikogo już nie ma nawet na siłowni, zabieram z tacy zielone jabłko. W pokoju syn już śpi.

Opublikowano 2016, dziennik ciała | Skomentuj

Dziennik stuttgarcki (1)

30 listopada 2016, środa. Górny Śląsk, jak się okazało, z Niemcami ma marną komunikację. Pociągi jadą z przesiadkami przez Poznań, bezpośrednie autobusy Katowice-Stuttgart jadą na noc, by o 5 rano wjechać do miasta, nie miałabym się gdzie podziać. Syn przylatywał z Los Angeles dopiero o 19 i kupił w końcu bilet przewoźnika niemieckiego DB na autobus do Berlina, a stamtąd na pociąg do Stuttgartu, by mnie z dworca o 23 móc odebrać.
Autobusowy dworzec na Piotra Skargi jest zabytkiem historycznym epoki Gierka z obskurną poczekalnią, w której czekałam z przeziębionym Markiem na przyjazd niemieckiego autobusu, by się jakoś osłonić od zimna, co było ryzykowne tak się oddalać, gdyż autobusów zagranicznych, jak powiedziała kasjerka w okienku, nie wyczytują przez megafon, a one wjeżdżają na stanowiska jak wyda, czyli na to, które jest wolne. Mimo, że na bilecie wymagano by pasażer zjawił się 20 minut przed odjazdem autobusu, autobus wtoczył się na peron dwie minuty przed porą odjazdu, zabrał mnie i jedną jeszcze pasażerkę i natychmiast odjechał.
Jechałyśmy do Wrocławia w pustym autobusie, z kierowcą i pilotem było nas czworo, a autobus pruł szosą szybko, planowo i komfortowo z dostępnym Internetem i gniazdkami z prądem. Na polach leżał śnieg, w autobusie było ciepło i autostrada przed Wrocławiem już nie podrzucała jak kiedyś, kiedy zrobiona była z betonowych płyt przez więźniów obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu i przez cały PRL nie remontowana. Teraz Hitler Autobahn, czyli A4 doczekała się pieniędzy unijnych i jest gładka jak lustro. We Wrocławiu dosiadają się nieliczni Niemcy i w autobusie słychać już tylko język niemiecki. Kiedy dojeżdżamy do Berlina jest już ciemno i autobus z trudnością pokonuje wielki tłok na ulicach przedzierając się do dworca. Pada deszcz i wszystko zlewa się, okna parują, oprócz mnóstwa kolorowych świateł i nie kończących się łańcuchów aut niczego nie mogę dostrzec. Autobus jadący błyskawicznie autostradą z jednym przystankiem we Wrocławiu, teraz w Berlinie traci czas na dojazd do placu przy Berlin Hauptbahnhof. Jest trochę opóźniony ale i tak mam jeszcze pół godziny na pociąg do Stuttgartu. Wystarczy przejść przez jezdnię wraz z tłumem zmierzającym do gigantycznego wieńca adwentowego zawieszonego nad wejściem do dworca, który teraz, mimo, że nie ma jeszcze 18-tej pogrążony jest w absolutnej czerni nieba, w ciemności jarzy się światłami i bożonarodzeniowymi ozdobami. Budzi strach taki szklany gigant, złożony z dwóch wieżowców połączonych łukowatym dachem i jest coś w tej architekturze nieludzkiego. Zaraz po wejściu na ruchome schody rozglądam się, kogo spytać o „gleis” 13, by nie zakłócić tempa przemieszczania się podróżującym i wypatruję dwie kobiety ubrane w fosforyzujące kamizelki, najprawdopodobniej sprzątaczki, które na mój angielski i podsunięty bilet, wyciągnęły z kieszonki okulary i na migi pokazały mi windę i kierunek. Peron był na samym szczycie dworca, pode mną przejeżdżały ruchome schody w różnych kierunkach i ten moloch, łagodzony kaskadami choinkowych świateł budził we mnie w dalszym ciągu irracjonalny lęk, czego nigdy nie odczułam na lotniskach. Przeszklony, gigantyczny dach, to kolebkowe sklepienie przy czarnym niebie budziło dodatkowo grozę swoim kosmicznym ogromem. Pociąg do Stuttgartu właśnie się wyświetlił, ludzie już stali po horyzont wzdłuż peronu i ciągle nadchodzili, a ruchome schody cały czas dostarczały na peron nowe transporty podróżnych. Kiedy wyłonił się jak biały wąż pociąg, nie mający podziałów na wagony, będący jednolitym, opływowym tworem i cicho się zatrzymał, wsiadłam wraz ze wszystkimi w miejscu, gdzie się pociąg na moment otworzył. Pociąg natychmiast ruszył wraz z tą ogromną ludzką masą, którą błyskawicznie wchłonął pociąg pozostawiając za sobą pusty peron. Tymczasem wewnątrz nie znalazłszy wypisanego na bilecie miejsca siadłam gdzie bądź, skąd od razu zostałam wyproszona, gdyż okazało się, że to klasa pierwsza. Przeszłam przez wagon restauracyjny i poszukałam swojego miejsca w klasie drugiej, ale siedzącego tam młodego człowieka nie udało mi się wyrzucić, powiedział po angielsku, że miejsca nie są rezerwowane. Pociąg był napchany, ze zdziwieniem zobaczyłam, że podróżni usadawiają się na podłodze, co przecież chyba już się nie zdarza w pociągach, że to jakaś daleka przeszłość kiedy pociągi były tak zapchane, że nie dawało się wejść do śmierdzącej toalety, bo tam też było wszystko zajęte. Przeszłam jeszcze dwa wagony dalej i napotkałam jedno miejsce siedzące obok nieruchomo siedzącego mężczyzny ze słuchawkami w uszach. Nie poruszył się i nic nie odpowiedział. Udało mi się przepisać z pociągowej ulotki z kieszonki siedzenia hasło do laptopa i połączyłam się z Internetem. W dalszym ciągu nie wiedziałam, czy mogę tu siedzieć, ale zmęczona rozsiadałam się i mościłam. Konduktor sprawdził bez słowa bilet i to mnie uspokoiło. W wagonie nikt ze sobą nie rozmawiał i ponownie przeczytawszy ulotkę dowiedziałam się, że to jest cichy wagon, gdzie nie wolno rozmawiać przez komórkę, ani z sąsiadem. Kiedy po jakimś czasie wyszłam na korytarz i wróciłam do wagonu restauracyjnego, w odróżnieniu od mojego cichego wagonu tętniło tam życie, a przy bufecie stała gigantyczna kolejka za piwem. Bufetowa uwijała się bardzo sprawnie, ale ludzie wciąż nadchodzili i czekali na swoją kolej i nikt nie odchodził. Wszyscy, którzy je już kupili stawali w grupach i głośno dyskutowali, śmiali się i przyjemnie spędzali czas.
Nie wiedziałam, jak spotkam syna w takiej ciżbie ludzi, gdyż wprawdzie dużo wysiadło we Frankfurcie, a potem w Main, to i tak na peronie w dalszym ciągu było ich mnóstwo i wszyscy wysiadający kierowali się w tym samym kierunku. Podążyłam z nimi i wpadłam w ramiona syna, który tłumaczył mi, że przecież nie dało się zgubić, skoro był tylko jeden kierunek.
Syn pożyczył na lotnisku dużego volkswagena, gdyż już jutro o szóstej zawiezie nim całą ekipę filmową do pracy, a w mniejszym by się nie zmieścili i poszliśmy na parking.
Jechaliśmy na zachód przez tunel, w miarę jechania gubiliśmy miejski zgiełk i sznur samochodów, na przedmieściach było już całkiem pusto i kiedy ukazał się neon hotelu Marriott, odeszły ode mnie wszelkie lęki i reisefieber i poczułam się jak u siebie w domu.

Opublikowano 2016, dziennik ciała | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Wanda (6)

Ksiądz chodzący po kolędzie zawsze kończył swoją posługę na ten dzień na mieszkaniu Krystyny i kiedy dotarł do nich, był już wykończony. Zatrzymywany przez popisy operowe Hechlińskiego na pierwszym piętrze i grę na skrzypcach Małgosi na drugim, nie chciał już oglądać maski zrobionej przez Ewę ze skorupy mamey, podtykaną mu przez Wandę. Śpieszył się, podpisywał z roztargnieniem święte obrazki kilka razy pytając o imiona, tłumaczył, że nie zdąży dzisiaj odmówić swojego obowiązkowego pensum modlitw przed północą i zaraz wyszedł. Ewa zachłannie zgarnęła ze stołu pokrytego białym obrusem, gdzie paliły się jeszcze dwie świeczki po dwóch krańcach krzyża, cztery nowe święte obrazki, którymi na dziecięcej mszy świętej o dziewiątej w niedzielę handlowano wymiennie.
Zaraz po świętach Wanda wróciła do Przemyśla, gdzie czekały ją obowiązki administratora kamienicy, pobieranie czynszów i chandryczenie się z lokatorami. Odprowadzona rankiem przez Krystynę na zatłoczony pośpieszny „Szczecin-Przemyśl”, kiedy było jeszcze ciemno, weszły na dworzec nowoczesnym wejściem od placu Andrzeja, ale Wanda trudy podróży odczuwała już na jej początku. Pociąg na peron wjechał pełen, już w Gliwicach się napełnił, a co sprytniejsi i zdesperowani jechali do Gliwic, by zająć miejsca siedzące. Całe szczęście, że minął już okres bożenarodzeniowy o wiele gorszy do podróżowania, jednak i tak pasażerów było pełno przez okrągły rok, a w przedziałach cuchnęło od potu, odoru nigdy nie pranych płaszczy, nie wiadomo dlaczego nie zdejmowanych w czasie podróży, które pod wpływem upału panującego w przedziałach śmierdziały jeszcze bardziej. Wandy nigdy nie było stać na pierwszą klasę, którą zawsze podróżował jej syn Leszek z Wrocławia. Udało jej się wcisnąć między wiejskie kobiety i tak przesiedziała dziesięć godzin. Nikt z przedziału nie pozwolił otworzyć okna, kosze z jedzeniem dodatkowo wydzielały mdlący zapach i Wanda dusiła się, nie miała nawet siły prowadzić rozmów z sąsiadami, które bardzo lubiła i chwalić się wnukami, które były na Kubie. W Tarnowie sporo ludzi wysiadło, przedział się przerzedził, ale za to pociąg zwolnił i jechał już jak osobowy, mimo, że nie zatrzymywał się na małych stacjach. Kiedy po dziesięciu godzinach zbliżali się do Żurawicy, Wanda już stała ubrana w futro i kapelusz w korytarzu obok śmierdzącego ustępu, trzymając swoją niewielką przedwojenną walizkę ze skóry. Przejechali most kolejowy, wjechali na peron i Wandzie mignął stojący na peronie, czekający na nią Emil.
Wanda z niesmakiem popatrzyła na ruinę przepięknego niegdyś dworca, który miał wygodny, zamknięty czterema ścianami hall, nie jak ten nowoczesny w Katowicach, gdzie wszędzie hulał przeciąg i wiatr. Hall był wielki, kwadratowy gdzie na 12 plafonach nad krużgankami w łukach były niegdyś wymalowane olśniewające, barwne herby, a teraz brud i odłażąca farba nie pozwalały się nawet domyślać, że coś pod tym było. Stropy, pełne wcześniej zdobień, kasetonów i złoconych listew szpecił liszajowaty, spękany kolor klejowej farby.
Ominęli wałęsających się, bezzębnych pijaków w łachmanach i wyszli z Emilem na plac Dąbrowszczaków, na którym przed wojną stały secesyjne kamienice. Po bombardowaniu w 1939 i uprzątnięciu ruin było teraz pusto, zrobiły sobie tu dworzec niebieskie pękate autobusy oblegane przez chłopki z wiklinowymi koszami i cynowymi bańkami, pędzącymi do nadjeżdżających pojazdów, gdzie zaraz się formował tłum. Przepchali się przez dworzec autobusowy MKS i PKS i poszli pod górę do ulicy Dworskiego. Mimo zawieszek, nikt już nawet nie wiedział, że dawno temu przemianowano nazwy ulic i że idą teraz po ulicy 1 Maja. Nikt w Przemyślu nowych nazw nie tylko nie uznawał i nie używał, ale po prostu o nich już dawno zapomniano. Przyjezdni pytający o plac Karola Marksa, czy nadbrzeże Fryderyka Engelsa nie dostawali nigdy od tubylców odpowiedzi. Po prostu oni takich nazw nigdy nie słyszeli.
Emil z Wandą rozmawiali o nowej ustawie ratalnej. MHD i PDT mogły sprzedawać ubrania na raty, płaciło się tylko 200 złotych miesięcznie. Ich to nie dotyczyło, bo ubierali się na ciuchach, gdzie zazwyczaj o wiele lepsze ubrania, garnitury i płaszcze mieściły się w kwocie jednej raty. Ale urządzenia domowe kończyły swój żywot, a Emil marzył o nowym telewizorze, a Wanda o lodówce. Stała w kuchni przedwojenna lodówka na lód, ale lodu nikt przecież teraz nie woził. Zniesiony został tak zwany dolny pułap kwoty zakupu artykułów, który do tej pory wynosił 1200 złotych. Obecnie można było płacić w nawet 18-miesięcznych ratach. Na raty można było kupować lodówki „Ził” i „Silesia” znane z oszczędnego zużycia prądu, pralkowirówki produkcji krajowej z wyjątkiem SHL, zegarki krajowe i radzieckie.
Nim doszli do zaułku Pierackiego, Emil zdążył opowiedzieć Wandzie przygodę swojego kolegi, kolejarza z Żurawicy, który kupił sobie motorower „Komar”, by móc wygodnie i szybko dojeżdżać na kolej ze wsi, skąd nie było żadnego połączenia autobusowego. Ale ponieważ pojazd się od razu popsuł, a był na gwarancji, oddał go do sklepu, w którym go kupił. Zwodzono go miesiąc, mówiąc, że jeszcze nie naprawiony. Nagle wezwała go MO z Żurawicy i oskarżyła o kradzież motoroweru „Komar”, co wytropili po numerze silnika. Po wyjaśnieniu nieporozumienia, „Komar” wrócił znów do sklepu, gdzie zwodzono go z naprawą kolejne kilka miesięcy. Stamtąd „Komara” odesłano do Łazisk Górnych, gdzie niedawno otworzono specjalną placówkę naprawy motorowerów. Pojechał więc po Komara na drugi koniec Polski, co – jak zauważył praktyczny Emil – nie było dla niego kosztowne, gdyż jako kolejarz miał bilet za darmo. Tam znalazł w jednej z hal swego „Komara” z wymontowanym silnikiem. Po awanturach, na krawędzi załamania psychicznego dowiedział się od samego kierownika, czego nie chciano z początku uczynić, że „Komara” nie da się naprawić, bo nie ma i nie będzie części zamiennych. I – jak podsumował Emil, kiedy wchodzili na schody – dojeżdża do pracy na rowerze. Ma na całe szczęście solidny, przedwojenny rower.
Na etażerce w pokoju Wandy czekał na nią stos pocztówek świątecznych. Przyjaciółka z jej pracy w tartaku przysłała życzenia z trzydniowego pobytu w Wiśle, gdzie była z wnukiem i zapłaciła „tylko” 325 zł od osoby, co przecież stanowiło tyle, ile wynosiła emerytura Wandy.
Zasmuciła się listem osamotnionej Janeczki, z którą przyjaźniła się przed wojną. Wyjechała lekkomyślnie z Przemyśla by zamieszkać w Bytowie z synem i synową.

Kochana moja Wandeczko!
Bardzo przepraszam, że tak długo nie pisałam, ale jestem kaleką. Człowiek czasem jest tak zdegustowany, że zadaje sobie pytanie po co ja żyję, komu ja jestem potrzebna? W końcu do czego człowiek doszedł i czym jest? Zbędnym człowiekiem i każdemu zawadza! Nie wiem czy ci pisałam, że miałam wypadek, u znajomych upadłam i tak mnie Bóg skarał, w przedpokoju osłabłam i przewróciłam się na sam środek potrącając maszynę do szycia, ciągnąc firankę. Karnisz się mi w nogę wbił, zrobiła się głęboka rana, jest to powód, że nie mogę do dzisiejszego dnia chodzić na nogę. A ponieważ wypadek w podeszłym wieku to i krążenie nie jest w porządku. Wyobraź sobie Wandeczko szpital w Słupsku polecili leczyć w tutejszym szpitalu, to telefonistka powiedziała, że w tym wieku nie będą przyjmować do szpitala i tak siedzę w domu. Nigdzie nie wychodzę, bo bucika nie włożę. Nieraz sobie popłaczę, ale co robić, moje życie dla nich nic, ich nie obchodzi babka. Babka dobra wtedy jak ma pieniądze – szkoda że nie możemy się zobaczyć, opowiedziałabym ci kochana Wandeczko, a jak Pan Bóg da doczekać, a będzie jeszcze gorzej, bo nie mogę się wybrać do Ciebie. Teraz mieliśmy ruch w domu, Małgosia wyszła za mąż, ale robili bardzo skromnie i dobrze, bo po co robić huczne wesele i długów pełno.
Kochana napisz mi co u Ciebie? Jak byłam w Przemyślu i pracowałam na poczcie, naczelnik namawiał mnie, bym przyniosła podanie, darował mi mieszkanie, a ja durna zrezygnowałam, chciałam być między ludźmi! A tak tyle wycierpiałam! Oj, mam dużo do opowiedzenia! Wybacz mi pismo.
Tak miło wspominam jak byłam u Ciebie, tyś mi kochana tyle serca okazała i byłaś taka miła i dobra.
Nie zapomnę, całuję gorąco Ciebie i Krysię i Leszka.

We wtorek Wanda poszła na miasto. Śnieg leżał chodnikach ulicy Dworskiego, ale nie był tak czarno szary, jak w Katowicach, a i cały Przemyśl wydawał jej się bardziej radosny niż ponure Katowice. Mimo, że Emil przynosił w menażkach obiad ze stołówki kolejowej także i dla Wandy, według niej były to pomyje i Wanda unikała tych obiadów jak ognia, a ponieważ nie palili w piecu w kuchni i podgrzewali tylko na maszynce elektrycznej, w kuchni było tak zimno, że nie dawało się tam nic przyrządzać. Wstąpiła więc do Baru Mlecznego na rogu Dworskiego i Placu na Bramie zwanego Placem Karola Miarki czym pozbyto się historycznej nazwy grodu z murami obronnymi. Właśnie w tym miejscu była Brama Lwowska.
Zjadła 7 pierogów ruskich ze skwarkami i popiła kwaśnym mlekiem w białym, litrowym kubku z napisem PSS Społem. Minęła Pomnik Wdzięczności, wzniesiony ku czci żołnierzy radzieckich którzy polegli oswobadzając Przemyśl. Teraz na kamiennych blokach leżał śnieg i przezierała zaprószona czerwona gwiazda. Obok kościoła Reformatów od strony placu Marksa stał na cokole pomnik gwardiana Krystyna Szykowskiego w franciszkańskim habicie z wzniesioną do góry flagą pod Kormanicami trzysta lat temu uwalniając tym gestem jeńców wziętych w jasyr i odbierając łupy Tatarom. Obok na murze kościoła Wanda drobiazgowo przeczytała wszystkie klepsydry i nie napotkała na szczęście ani jednego znajomego.
Administracyjnie była to parafia Wandy. Kościół Reformatów wzniesiono jeszcze w siedemnastym wieku, otoczony murami pełnił przy Bramie Lwowskiej rolę barbakanu, stał 3 metry niżej niż jezdnia. Wewnątrz panował tajemniczy mrok dzięki starożytnym freskom, obrazom, zabytkowym portalom i rokokowej ambonie. Modliła się niemal w pustym kościele, kilka kobiet uległe naleganiom proboszcza z niedzielnej ambony, by dyżurowały w ciągu dnia nie przerywając modlitw i baczyły na ewentualnych złodziei, siedziały w ławkach.
Potem szła Jagiellońską powstałą w miejscu wyburzonych murów miejskich na ciuchy, tam, gdzie było getto, a po wojnie został tylko na końcu plac Czarnieckiego. We wtorki i piątki przychodziło tu pół Przemyśla. Minęła baby z pijawkami w słoikach na Kamiennym Moście i chodziła między stertami amerykańskiej, używanej odzieży leżącej na foliach gęsto powykładanej na bruku. Zastanawiała się, czy w sklepach nie ma lepszych ubrań, z pewnością przynajmniej nie trzeba ich szukać jak w tych stertach. W telewizji reklamowano nowe wyroby włókiennicze z dodatkiem anilany i elany i klejone zamiast szycia metodą radziecką. Łódzka Fabryka Anilany powiększyła dostawy, dodawano więcej włókien elanowych i polanowych, zastosowano najnowszą technologię używając piankę poliuretanową, ubrania ocieplano laminatami, pojawiły się tkaniny niemnące, niekurczliwe, wodo- i molo- odporne, sztuczna skóra i kauczuki syntetyczne.
Wróciła Jagiellońską do Placu na Bramie i zamiast skręcić do domu, poszła jeszcze na Rynek, który Rynkiem przedwojennym już nie był, tylko wielką, skośną przestrzenią, gdzie w czasie jej nieobecności postawiono przed prezydium MRN okrągłą fontannę z niedźwiedziem w środku, odlanym w zakładzie odlewni dzwonów. Fontanna o tej porze roku z przysypanym śniegiem, czarnym niedźwiedziem wydała się Wandzie smutna. Sam rynek został zlikwidowany, był to teraz plac Wielkiego Proletariatu i to już samo w sobie było smutne. Stał tu kiedyś ratusz i piękne kamieniczki.
U wylotu Grodzkiej i Fredry minęła kiosk meteorologiczny, przed budynkiem Okręgu Lasów Państwowych przynajmniej stali od przedwojnia na cokołach Adam Mickiewicz, a naprzeciw król Jan III.
Weszła na Franciszkańską, którą po wojnie nazwano Stalingradzką a teraz Tysiąclecia, wstąpiła do sklepu „22 lipca” i spytała kiedy będą dostawy pomadek na wagę i ptasiego mleczka. Potem zahaczyła o sklepy z ubraniami, wszystko było bardzo drogie i brzydkie. Franciszkańska kończyła się Placem Karola Świerczewskiego i jego pomnikiem, który upodobały sobie gołębie, gdyż na jego czarnej powierzchni najlepiej były widoczne ich odchody. Kiedy weszła na Dworskiego, była już zmęczona. To, że przemianowali ją na 1 Maja było słuszne. Była tu Komenda Wojewódzka Milicji Obywatelskiej i gdzieś obok, w osobnym gmachu znajdowała się Służba Bezpieczeństwa.
Emil wręczył jej list od Krysi w niebieskiej kopercie. Krysia pisała, że Rudek dostał już bilet dla siebie i dla niej na wyjazd na Kubę i musi przyjechać do dzieci do Katowic ostatniego lutego.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Rudek (11)

Zdawało się, że Rudek odlotu dzieci i Krystyny nawet nie zauważył. Pochłonięty był problemami kubańskimi tak bardzo, że nie zauważył nawet, że codziennie kiedy wracał z pracy, zjawiał się przed jego domkiem opuszczony pies Czechów, którzy wyjechali z wyspy, były narzeczony Miki, Puntik. Był to bardzo piękny kundel o kasztanowej, przechodzącej w złote pasemka grubej sierści i trudno go było nie zauważyć. Dlatego Rudek go jednak w końcu zauważył i zaczął codziennie wynosić Puntikowi zupę, którą zawsze po pracy sobie gotował. Jak szedł do sąsiednich domków w odwiedziny, Puntik mu towarzyszył, siadał przed domkiem i czekał, aż Rudek z niego wyjdzie i odprowadzał go do domu, potem znikał, by o godzinie 17 następnego dnia pojawić się przed domem Rudka na zupę.
Ale na Kubie były ważniejsze sprawy, niż bezdomne psy. Ogniskiem zapalnym było Guantanamo, zwane przez Kubańczyków Caimanera, oddane Amerykanom mocą ustawy na wieczyste użytkowanie. Tę bazę wojską, za którą Amerykanie płacili Kubie czynsz i zatrudniali w niej miejscowych Kubańczyków dobrze im płacąc, pod naciskiem Chruszczowa Fidel chciał oddać Związkowi Radzieckiemu, by mógł tam sprowadzić sprzęt wojskowy. W związku z tym odbywały się ciągle próby wybębniania jankesów z wyspy na wiele sposobów. Już 13 stycznia 1964 roku spędzono pod pusty budynek amerykańskiej ambasady w Hawanie tłum, skandowano przez megafony Pim para fuera – abajo Caimanera!. Zawieszono na balkonie karnawałową kukłę Wuja Sama i podpalono flagę amerykańską. Rudek te godziny nienawiści omawiał w biurze skarżąc się, że nie może się porozumieć ze swoim bratem mieszkającym w stanie Ohio i musi słać do niego listy przez Polskę, gdzie je dopiero odsyłają na amerykański kontynent, przez co korespondencja idzie kilka miesięcy.
Guantanamo było ogniskiem zimnej wojny, ale też wojny na wodę. Fidel zakręcał bazie wojskowej wodę i humanitarnie otwierał wodociąg na godzinę na dobę „dla kobiet i dzieci”. 10 lutego w bazie zapadła decyzja rozpoczęcia budowy urządzeń do odsalania wody morskiej, która miała kosztować dziesięć milionów dolarów i uniezależnić Guantanamo od Kuby. Przedsięwzięcie było drogie i trudne, materiały i urządzenia przywożono ze Stanów, ale wytwórnia słodkiej wody ruszyła w kilka miesięcy później, dokładnie w dniu wielkiego święta kubańskiego ustanowionego na cześć Ruchu 26 Lipca. W odpowiedzi na to Castro zwołał konferencję dla dziennikarzy w Varadero w hotelu International, gdzie siedząc w fotelu z zapalonym cygarem w obscenicznych słowach straszył Amerykanów radzieckimi rakietami. Potem radzieckie spychacze ścięły kaktusy pod budowę bunkrów w szerokim na trzysta metrów pasie ziemi i trzydziestoośmiokilometrowej linii granicznej przy bazie Guantanamo. Zbudowano 400 kubańskich bunkrów wojskowych, na które jankesi skierowali swoje działa i reflektory, oświetlali je nocami także z powietrza helikopterami. Amerykanie obliczyli, jak podało radio Cuba Libre w Miami, że kosztowało to co najmniej piętnaście milionów dolarów. Kubańczycy w Guantanamo rzucali kamieniami i obraźliwymi słowami, nękali i straszyli marines.
Sowietyzacja na Kubie się zaostrzała. Sprowadzeni z ZSRR agenci pomagali w tworzeniu sieci donosicieli znanej pod nazwą Comites para la Defensa de la Revolucion.
Mimo to w pracy Rudka otwarcie rozmawiano o emigracji i ucieczkach, szczególnie, kiedy Fidel pozwolił przez port Camarioca w pobliżu Matanzas opuszczać Kubę w ramach łączenia rodzin. I tak wcześniej nielegalnie przez Camariocę uciekało na pontonach i łódkach mnóstwo zdesperowanych Kubańczyków, ich tragedie były w pracy Rudka omawiane. Ale najboleśniejsza była akcja Piotruś Pan, gdzie dzieciom obiecywano baśniowe przygody na emigracji. W latach od 1960 do 1962 poprzez katolicką organizację wykorzystującą fakt, że dzieci nie muszą mieć wiz do Stanów Zjednoczonych, przeprowadzono „Operación Peter Pan”. Przez dwa lata wygnano z wyspy 14 tysięcy dzieci w wieku szkolnym, którym obiecano, że rodzice zaraz do nich dołączą. Stało się to niemożliwe, czego nie przewidziano, gdyż porażka kubańskich rebeliantów w Zatoce Świn, a także kryzys rakietowy uniemożliwił matkom dołączenie do dzieci, nie dostały zezwolenia na wyjazd. Dzieci czekały na nie w domach dziecka lub rodzinach zastępczych i kreślarki w pracy Rudka o tym z płaczem opowiadały.
Jesienią 1964 roku Kuba stała się już państwem policyjnym. W organizacji Comites para la Defensa de la Revolucion, na czele której stanął minister spraw wewnętrznych Ramiro Valdes, legendarny rewolucjonista z ataku na koszary Moncada u boku Fidela było już trzy tysięcy agentów inwigilujących wszystkich i wszystko. Reformy rewolucyjne zakazały zmiany miejsc zamieszkania, dlatego chiuato mieli ułatwioną pracę. Zsyłano do obozów pracy katolików, Świadków Jehowy, Adwentystów Dnia Siódmego, Badaczy Pisma Świętego, baptystów, uchylających się od pracy, mówiących źle o Castro, anty castrowskich partyzantów i bojowników zsyłano do kubańskich kołchozów.
Teraz Rudek dowiedział się, że wydarzenia z 2 lutego 1964 roku miały inny przedbieg, niż podała prasa kubańska i agencja PAP, której notkę Piotra Ikonowicza Rudek przeczytał w „Trybunie Ludu” w polskiej ambasadzie. Pisano słowami Fidela o „głupiej prowokacji ze strony jankeskich imperialistów i agresji, której żadną miarą nie wolno tolerować!”. Cytowano moskiewską „Prawdę” nawołującą do przywołania amerykańskich piratów do porządku. A było tak, że kuter amerykańskiej Straży Wybrzeża spotkał cztery łodzie rybackie które przekroczyły pięciokilometrowy pas amerykańskich wód terytorialnych. Na łodzi wykryto nadajnik, trzydziestu ośmiu rybaków na czterech łodziach w mundurach kubańskich rewolucjonistów. Przyholowano ich na Key West i zaaresztowano.
Tymczasem Związek Radziecki słał Kubie mocą porozumień handlowych wyposażenie radiostacji, dok pływający, materiały i dokumentację techniczną dwóch elektrowni, portu rybackiego, zakładów metalurgicznych oraz zakładu remontu samochodów. Dzięki radzieckim ładowaczom zafra nie była tak ciężka. W przyszłym roku miały nadejść radzieckie kombajny radzieckie typu KCT-1. Przemysł rodzimy i import pozwalały też Kubie na dalsze postępy w mechanizacji. Przy kubańskiej zafrze zaczęły pracować też kombajny australijskie firmy „Massey-Ferguson”.
Wielka Brytania sprzedała też Kubie 16 autobusów Leylands.
W lipcu 1964 stany Zjednoczone spowodowały zerwanie z Kubą stosunków dyplomatycznych i handlowych państw Ameryki Łacińskiej. Johnson od roku był nowym prezydentem w Stanach i nagle nastąpiły też zmiany w ZSRR. W październiku 1964 Rudek przeczytał, że nagle Chruszczow ustąpił, a moskiewska „Prawda” wypomniała mu nieudolność kryzysu rakietowego na Kubie: „ugodził w prestiż Związku Radzieckiego”. Chruszczow kochał Kubę całym sercem, płakał, jak ją będąc na delegacji opuszczał i wszyscy spodziewali się po Breżniewie jeszcze czegoś gorszego, niż wyspę spotkało do tej pory.

Jeszcze w czerwcu 1964 władze kubańskie wystąpiły o przedłużenie pobytu przed urlopem Rudka i objęcie stanowiska doradcy technicznego. Zlecono mu projekt technologiczny zakładu prefabrykacji elementów konstrukcyjnych dla budowy fabryki lin w Bayamo na zlecenie Wiceministra Materiałów Budowlanych inżyniera Euzebio Ezenarro. Równocześnie projektował dźwig przenośny dla budowy domów osiedla mieszkaniowego, dla Dyrektora Departamentu Osiedli architekta Gabriela Zerguera. Do obu tych prac Rudkowi przydzielono dwóch nie w pełni wykwalifikowanych konstruktorów pracujących na poziomie polskich kreślarzy. Rudek za nich obliczał, poprawiał rysunki, często zaczynał od nowa źle wykonane prace. Zaraz po powrocie z pracy pracował w domu, by rano zanieść pracownikom rozwiązania. Z końcem listopada miał wykorzystać urlop zeszłoroczny i polecieć do Polski, ale prace były nie skończone i Rudek domagał się od swoich kubańskich przełożonych zwiększenia ilości konstruktorów o odpowiednich kwalifikacjach. W drugiej połowie grudnia zgłosiło się dwóch konstruktorów, podobno studentów uniwersyteckich, którym objaśnił projekt i zadania dla nich, ustalając termin rozpoczęcia przez nich pracy. Do pracy jednak nigdy się nie zgłosili. Rozpoczętą pracę w tej sytuacji kończył sam, Kubańczykom pozostawiając na czas swojego urlopu wyciąganie rysunków w tuszu, które cały czas poprawiał. Wtedy też odbywał się proces wdrażania i realizacja projektu, niekończące się konferencje, rady techniczne i dyskusje już w trakcie rozpoczętej budowy.

Rudkowi w styczniu 1965 roku dokwaterowano świeżo przybyłego warszawiaka, grafika Bogdana Zieleńca, który był tylko o rok od niego młodszy i okazał się wspaniałym człowiekiem, na dodatek urodził się w Sosnowcu i zaraz poczuli się ze sobą swojsko. Zieleniec wniósł w dom Rudka filozoficzny spokój i te wszystkie lęki związane z pracą i sytuacją polityczną, potrafił swoją zrównoważoną osobowością uśmierzyć, wprowadzić w ich życie dowcip i ironię. Rudek, nie znający się na sztuce współczesnej komentował liczne prace graficzne Zieleńca i obaj zarykiwali się ze śmiechu.
– To kogut – mówił Rudek, podczas gdy rysunek piórkiem przedstawił zupełnie coś innego. Zieleniec nabijał się z wyglądu betonowej szkoły Instituto Superior de Arte, do której jeździł codzienne gauaguą prawie 30 kilometrów na zachód wybrzeżem przez Miramar aż do rzeki Quibú. Szkoła w której uczył była największą chlubą architektury rewolucyjnej. Podlegała Ministerstwu Przemysłu Kuby, czyli ministrowi Che-Gueverze. Zadaniem Zieleńca było utworzyć tam „Wyższą Szkołę Wzornictwa Przemysłowego” jako część większego organizmu, czyli „Szkoły Sztuki Narodowej” . Ponieważ przyszło mu pracować w okrągłej kopule, gdzie nie było kątów prostych, psioczył na te niedogodności, szczególnie, że jego uczniowie przychodzili na zajęcia głodni i z biegiem czasu jego pracownia zamieniła się i w kuchnię, gotowali w niej jego przydziałowy ryż.
Po ukończeniu przez Rudka obu prac, departament „Asistencia tecnica” zarezerwował mu miejsce w samolocie na drugiego lutego 1965. Dwa dni wcześniej, 30 stycznia powiadomiono go, że równocześnie otrzymuje bilet na drogę powrotną dla siebie i dla małżonki. Krystyna nie zgodziła się na wyjazd dzieci, co łączyłoby się z utratą roku w szkole. Miały zostać w Katowicach z babcią.
W kilka dni przed odlotem skierowano go, w towarzystwie kubańskiego inżyniera Brezosa do Instituto de Los Reciersos Hiddraulico, gdzie dyrektor przedstawił mu prace, jakich powinien się podjąć po powrocie, i na których podjęcie się zgodził. Polecono pracownikowi wystąpić z pismem w tej sprawie do Ministerstwa Pracy z równoczesnym powiadomieniem Biura Radcy Handlowego przy Ambasadzie PRL i Rudek podał nazwisko obywatela Anatola Koreca.

Już 6 lutego w czasie nieobecności Rudka, a także Bogdana Zieleńca który wyjechał na wieś by przygotować ilustracje do swojej książki, obywatel Korec, by móc umieścić na Kubie swojego człowieka, rozgłosił, że Rudek już nie powróci. Polecił wyrwać zamek, usunął rzeczy Rudka i zakwaterował tam inżyniera Dubińskiego. Wszelkie rzeczy osobiste usunął z jego pokoju do innego pomieszczenia. Ponieważ przed wyjazdem do kraju strona kubańska wysłała rezerwację biletów dla Rudka i Krystyny, co zostało w parę dni po przylocie do Polski potwierdzone przez PLL „LOT”, obywatel Anatol Korec wstrzymał wyjazd Rudka i żony Rudka na Kubę.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Lata sześćdziesiąte. Ewa (17)

Kiedy Ewa pokazała Marzence maleńkie, kwadratowe zdjęcie o boku 3 centymetrów, które podarował jej Jorge z dedykacją na odwrocie napisaną ołówkiem po przekątnej, Marzence się Jorge bardzo spodobał. Była to jej jedyna uwaga, jaką poświęciła pobytowi Ewy na Kubie, i tak jak reszta klasy o nic nie pytała. Nikt nie zauważył ani jej opalenizny, ani też jej dwumiesięcznej nieobecności w klasie siódmej. Ewa jak gdyby nigdy nic, jakby siedziała tam od zawsze, usiadła w pierwszej ławce z Marzenką w rzędzie pod ścianą w sali na najwyższym piętrze szkoły, dokąd przenosili się uczniowie uczący się w klasie siódmej. Była wdzięczna wychowawczyni, że nie pozwoliła Marzence usiąść z Anitą, z którą coraz częściej przebywała na przerwie i pozwoliła to miejsce zachować na powrót Ewy. Jedynie Lopez powitał ją radośnie i pytał, czy jeździła guagułą. Wiedział dużo o Kubie i się z Ewą przekomarzał mówiąc do niej po hiszpańsku, a Ewa sprawnie mu w tym języku odpowiadała. Jednak Hiszpan Lopez się w klasie nie liczył, był za stary i zbyt osobny, by ktoś go brał poważnie i wszelkie te zainteresowania wypowiadane na głos przy całej klasie klasa zbywała ostentacyjnym milczeniem przechodząc natychmiast na swoje tematy i zabawy.
Nie było wiele do nadrobienia w programie szkolnym, przeciwnie, Ewa na rosyjskim dzięki rozmowom z Tamarą na Alamarze biegle mówiła w tym języku i wyprzedzała klasę. Oczywiście wszyscy wiedzieli, że Союз Советских Социалистических Республик, czyli СССР to skrót Cep Cepa Cepem Pogania i ta znajomość rosyjskiego nie przysporzyła Ewie żadnego podziwu ani korzyści. Wiedzieli też, że prezerwatywa zrobiona z grubej gumy kosztuje tam 4 kopiejki, ale Ewa nie wiedziała co to jest prezerwatywa. Nie pomogły też prezenty dane Marzence, ani Pani Marzenkowej. Chłód codzienności po kubańskich tropikach zdawał się nasilać w miarę jak psuła się pogoda dochodząc do swojego szczytu w listopadzie. Po deszczach i słotach nagle w telewizji pokazano bukoliczny Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku jak tonie w śniegu. Na dużym kręgu tanecznym montowano oświetlenie i przygotowywano lodowisko.
Religię w tym roku prowadził nie ksiądz, a katechetka i Ewa z Marzenką chodziły na nią do przykościelnej salki katechetycznej już o zmroku, a wracały jak było zupełnie ciemno. Katechetka zachęcała do uczęszczania od 1 grudnia codziennie na roraty na godzinę szóstą rano i Ewa bardzo chciała na nie chodzić. Niosło się zapalony świeczką lampion zrobiony z brystolu i Ewa bardzo chciała mieć taki lampion i go sobie zrobić. Romantyzm tych jarzących się punkcików w białym śniegu, podczas gdy cała Koszutka tonęła w absolutnej ciemności, a place budowy maskował nieskazitelny śnieg powodował, że jedynie taki właśnie stan był na osiedlu strawny, który oglądała jedynie z okna i w tym celu budziła się wcześnie. Troje dzieci sąsiadów: Małgosia, Danek i Wojtek, który już wyzdrowiał, codziennie chodziło na roraty aż do Bożego Narodzenia i pani Danusia, jak przychodziła do Krystyny pożyczyć pieniądze, zawsze się nimi chwaliła. Jednak Krystyna nie pozwoliła wątłej Ewie na chodzenie na roraty, podobnie postąpiła Pani Marzenkowa.
Nadszedł czas, gdy katechetka ogłosiła obowiązkowe w klasie siódmej lekcje wtajemniczeń w płeć małego katolika i nastąpił szereg spotkań wyłącznie jednopłciowych, raz mieli nie przychodzić uczniowie, a raz uczennice. Dziewczynki ze zdumieniem patrzyły na czarną tablicę, gdzie katechetka, ubrana w szaty podobne do zakonnych o nieokreślonej barwie brązowo-czarnej kreśli coś niezrozumiałego na tablicy. Można było wyczuć z tych rysunków dwa oddzielne problemy, które w jakiś sposób trzeba połączyć, by zaistniał trzeci, ale nikt nie wiedział jak, najprawdopodobniej nie znała odpowiedzi sama katechetka. Kiedy zgnębione i przerażone wracały po ciemku do domu, Marzenka dopytywała się Ewy, a raczej głośno myślała, jak, jak właściwie dochodzi do zbliżenia?
Krystyna zadowolona, że ktoś za nią wykonał tę nieprzyjemną dla niej robotę uświadamiania córki – o tym rodzicielskim obowiązku przypominał „Przekrój” w dowcipnych poradach dla matek – że lepiej w domu niż w bramie, nigdy z Ewą o tym nie rozmawiała, gdyż wiedziała, że salka katechetyczna to nie brama. W tym wypadku brama okazałaby się z pewnością skuteczniejsza, gdyż niedoinformowanie Ewy, którą ani to obchodziło, ani była ciekawa, spowodowało, że poczuła jeszcze większą grozę świata i strach w nim było przebywać. Wszystkie katusze, jakich doznawała na co dzień związane przede wszystkim z brzydotą otoczenia i zimnem międzyludzkim były niczym w porównaniu z tym, co będzie, jak zacznie wieść życie nie dziewczynki, a kobiety. Te przerażające operacje na ciele ludzkim wyrysowane przez katechetkę na tablicy nie mogły się już od Ewy odkleić i pozostały w niej raz na zawsze.
Wywiadówka szkolna obligowała rodziców do przerabiania z dziećmi lekcji, poświęcania im czasu, pisani wieczorami dyktand, tłumaczenia prawa rozdzielności dzielenia względem dodawania oraz natury spółgłosek dźwięcznych i bezdźwięcznych, powtarzania przed snem z dzieckiem kilku słówek rosyjskich, a przede wszystkim interesowania się tym wszystkim, co dzieje się w szkole. Dzięki temu, że Krystyna dała Ewę do szkoły rok wcześniej, Ewę miała ominąć katastrofalna decyzja Ministerstwa Wychowania i Oświaty wprowadzająca już dla roczników 1952 osiem klas i przedmiot Wychowania Obywatelskiego. Wszystkim dwójarzom zależało na tym, by nie przebywać w podstawówce nie rok, a dzięki ustawie dwa lata dłużej. Ewie to nie groziło, wraz z Basią, Jolą i Marzenką miała nieustannie same piątki i groziły jej na świadectwie same bardzo dobre, tak jak we wszystkich poprzednich klasach. Wszystkie jej piątkowe koleżanki szły, tak jak Andrzej do ogólniaka, ale Ewa chciała iść do Liceum Plastycznego, co Krystynę niemile zaskoczyło. Ponieważ Ewa się uparła, Krystyna szybko zaczęła dowiadywać się jakiego koloru tarczę nosi taka szkoła. Uspokoiła się, że czerwoną, bo niebieska czy zielona przynależna „zawodówkom”, to byłby wstyd przed Zosią, czy całą Koszutką?
Ku nieszczęściu klasy, pani Szalecka poszła na urlop macierzyński i zastąpiła ją otyła nauczycielka, która nie znając klasy traktowała ich łagodnie przeczekując jedynie powrót ich ukochanej pani.
Ewa pomagała w świątecznych porządkach, ale dzięki obecności Wandy, która przejęła całą kuchnię i zajmowała się gotowaniem, nie musiała wycierać naczyń po zmywaniu co przy myciu naczyń przez matkę zawsze musiała robić. Krystyna jak wszystkie kobiety zaglądała codziennie do „Delikatesów”, na Armii Czerwonej, by nie przeoczyć okazji kiedy coś rzucą atrakcyjnego na święta. W kawiarni „Kryształowa” cukiernicy pracowali na trzy zmiany produkując torty, makowce, pierniki, co Krystynę nie interesowało, gdyż Wanda była mistrzynią w wypiekach, jednak należało jej kupić surowce, co było tak samo trudne, jak wystać gotowe ciasta w „Kryształowej”.
Ewa patrzyła przez szybę okna balkonowego na stojący tam kupiony przez Krystynę świerk za 70 zł. Marzyła już o plastikowej choince, którą Wanda jeszcze w ubiegłym roku obiecała kupić na ciuchach z amerykańskich paczek lub z radzieckiego przemytu, i że będzie cała srebrna. Zrobiła już nawet małą szopkę w pudełku od zapałek, gdzie aureole Świętej Rodziny zrobiła z cekinów. Jednak Wanda była w Katowicach, a latem choinkami nie handlowano. Świerk na balkonie mimo że mały, to i tak był za duży na szopkę Ewy. Ewa marzyła, by pojechać do Krakowa na odbywający się pod pomnikiem Mickiewicza konkurs szopek. Właśnie skończyła czytać młodzieżową powieść o chłopcu w jej wieku, którego ojciec, z zawodu murarz, robił takie szopki co roku i pozwolił i pomógł synowi zrobić własną, która dostała na Rynku Krakowskim nagrodę. Jednak szopkami w otoczeniu Ewy nikt się nie interesował ani tym, co Ewa po szkole wytwarza. Jedynie Wanda zachwyciła się maską zrobioną na Kubie przez Ewę ze skórki mamey i powiesiła ją w najbardziej eksponowanym miejscu w dużym pokoju na słomiance nad tapczanem.
Tymczasem Koszutka grzęzła w zwałach śniegu, pracownicy MPO łopatami usiłowali usunąć śnieg z chodników i mimo odezw do mieszkańców i czynów społecznych, śnieg leżał zmieniając jedynie kolor, co Ewę jeszcze bardziej odstręczało. Dymiące kominy i latające w powietrzu całe płaty sadzy robiły ze śniegu odrażające błoto pokrywające wszystko wokół, bez oddechu jaką dawała w innych porach roku zieleń.
W telewizji Ewa oglądała odcinki „Doktora Kildare’a”, a odcinek o ciąży był dla niej zupełnie niezrozumiały. Oglądała, bo koleżanki kochały się w dwudziestoparoletnim aktorze Richardzie Chamberlainie i dlatego, że lubiła jak wymawiano nazwisko doktora Gillespie. Gillespie był szefem Kildare i należało się go bać, a była to kokieteria, gdyż przy końcu każdego odcinka następowała absolutna harmonia całego personelu szpitala ze sobą i z pacjentami. Ewa nigdy nie była w szpitalu, nawet nie przyszła w nim na świat i patrzyła z zaciekawieniem, jak szpital wygląda wewnątrz. Wydawało jej się, że jest to miejsce, gdzie chciałaby przebywać całe życie: czyste i nieskazitelnie białe, gdzie mieszkają uroczy, dobrzy ludzie troszczący się o siebie nawzajem, jak i tymi, którzy do nich z zewnątrz przychodzą. Tak, jakby drugi człowiek był ważniejszy od siebie samego. Nigdzie z czymś podobnym się nie spotkała, tylko w tym serialu.
Marzenka coraz częściej odwiedzała Anitę, która przegrywała z Ewą tym, że mieszkała naprzeciwko kościoła, zupełnie nie po drodze do szkoły, do której zaczęły chodzić od klasy czwartej. Do Ewy wystarczyło przejść jedynie przez podwórko i tylko lenistwu Marzenki Ewa zawdzięczała, że ta kończąca się przyjaźń jeszcze trwała. Z racji codziennego wstępowania po Marzenkę do domu, wspólnych wędrówek do szkoły i powrotów do domu, Marzenka formalnie była przyjaciółką Ewy. Dlatego na wypracowaniu języka polskiego na temat przyjaźni, Ewa ostatkiem uczuć wysmarowała bałwochwalczy panegiryk na cześć Marzenki. „Moją najbliższą koleżanką jest bardzo ładna, wysoka dziewczynka o imieniu Marzenka. Przyjaźń nasza zaczęła się w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Wspólne odrabianie lekcji, wspólne zabawy i wizyty w domach pogłębiły naszą przyjaźń…”
Lekcji w siódmej klasie było niewiele. W poniedziałek był polski, matma, biola, dwie godziny prac ręcznych i wieczorem religia w kościele. We wtorek szły na dziewiątą, gegra, W.F, matma, hista, ruski, i śpiew. W środę też na dziewiątą, dwie godziny polskiego, fiza, chemia i wieczorem religia w kościele. W czwartek ruski, gegra, matma, polski, biola, ruski. W piątek na dziewiątą matma, hista, w.f., chemia, i lekcja wychowawcza. W sobotę na dziewiątą gegra, fiza, polski, matma.
Za pierwszą ławką, w której była Ewa z Marzenką, siedzieli chłopcy, z którymi wiodły na lekcjach życie towarzyskie, za nimi siedziała Basia z Usią i potem znowu chłopcy, tak że cały ten rząd dobrze uczących się uczniów i uczennic był jakby poza uwagą nauczycieli starających się przepchnąć resztę klasy, by nie musiała powtarzać roku i iść do klasy ósmej nie ukończywszy o czasie podstawówki, co w statystykach szkolnych by fatalnie wyglądało. Chłopcy byli urodziwi i dowcipni, wszyscy szli do Śląskich Zakładów Technicznych oprócz Leszka, którego ojciec był kolejarzem i obaj nie wyobrażali sobie, by przyszłością Leszka nie było Technikum Kolejowe. Ewie podobał się bardzo Andrzej Górnikowski, ale był jakiś osobny i nie należał do paczki. Na wzór młodzieży starszej zaczęto nieśmiało, pod pretekstem imienin organizować prywatki i takie odbyły się u Basi i u Marzenki. Ewa była zapraszana, ale wszyscy byli tam onieśmieleni i dowcipy, które w szkole przechodziły gładko, w domach umierały i drętwiały pod bacznym okiem mam.
Ewa jednak mimo tego stadnego życia klasowego czuła się samotna i zamykała się coraz szczelniej w swoim świecie rzeźb z końcówek ołówków i bardziej wolnościowym zeszycie nazwanym BRUDNOPIS Klasy VII, w którym bez pokazywania go nauczycielkom mogła nareszcie notować swobodnie wszystkie swoje klęski i rysować co chce. Rysowała na każdej już lekcji wszystkich i wszystko, rysowała też w domu oglądając telewizor, w którym pozowali jej Dziedzic, Suzin, Wicherek i doktor Kildare. Rysowała to co przeczytała, Indian z Amazonki z Fidlera i Murzynów z Sienkiewicza. Ewa chciała za wszelką cenę uciec z rzeczywistości, ale nie tylko nie było to możliwe dlatego, że nie miała odwagi, ale dlatego, że ukształtowana przez szkołę i dom jej osobowość była zbyt przyziemna i zbyt zwężona. Afirmacyjny głos świata z telewizji i gazet zawstydzał ją jedynie i wyzwalał wyrzuty sumienia. Wszyscy się cieszyli nadchodzącym Bożym Narodzeniem. Wujcio Adaś, czyli Adam Kwiatkowski ogłaszał, że dużo zaproszeń na „rybkę”, oczekuje gości i dostał paczkę, a tam zrobiona przez nie lalka „Kajtuś” od katowickich dzieci… Nie tylko cieszyły się tak sławne postacie życia publicznego. Sonda uliczna potwierdzała euforyczność katowickiej rzeczywistości schyłku 1964 roku ustami tramwajarzy, budowlańców, sprzedawczyń i pracowników MPO.

Ewa poszła na pocztę wysłać pocztówkę cioci Lesi i wujkowi Emilowi do Przemyśla, z którymi tym razem babcia nie spędzi świąt. Przeskakiwała brudne zaspy śniegu na ulicy Klary Zetkin. Panował tu niesłychany tłok, gdyż właśnie tylko tutaj z całego miasta można było wysyłać paczki za granicę, co wiązało się z otwarciem przed wysyłką paczki i sprawdzeniem jej zawartości. Urząd celny mieścił się w najmniejszym pokoju poczty co nie pozwalało na zatrudnienie większej liczby pracowników, dlatego przed świętami ludzie narażani byli na takie piekło.
Po drodze chciała kupić jeszcze z uskładanych oszczędności prezenty, chciała Andrzejowi pod choinkę kupić płytę, ale w pawilonach przed niebieskimi blokami były tylko płyty „O mnie się nie martw” oraz „Przyjdzie na to czas”, a jak wiedziała, nie słuchał takich płyt.

Opublikowano lata sześćdziesiąte | Skomentuj

Leonard Cohen „Suzanne” z angielskiego przełożyła Ewa Bieńczycka

Suzanne ciebie wabi do siebie, nad rzekę
Słysząc łodzi szelest
Możesz przespać się w jej ciele
Wiedząc, że jest wpół szalona
Chcesz brać udział w wspólnym dziele
Herbata i pomarańcze
Są dla ciebie prosto z Chin
I gdy chcesz być dla niej nikim
I miłości nie chcesz dać jej
Bierze z fal odpowiedź inną
Rzeka wie od ciebie lepiej
Zawsze byłeś tylko dla niej

I z nią tylko podróż ma sens
Jako ślepiec idąc za nią
Wiesz, że jesteś już jej ciałem
Idealnym, które twój intelekt tknął.

I Jezus był żeglarzem
Na wodzie nie sięgnął dna
Oczekiwał długi czas
Samotnie w wieży z drewna
Wiedział i miał pewność
Topiący widzieli, jak każe:
„Wolni są wtedy żeglarze
Kiedy wolne oceany”
Ale sam był załamany
Długo przed otwarciem bramy
Niebios i sponiewierany
I jak człowiek nieświadomy, zatonął jak kamień

I z nim tylko podróż ma sens
Jako ślepiec idąc za nim
Wiesz, że jesteś jego ciałem
Idealnym, które twój intelekt tknął.

Suzanne bierze twoją dłoń
I do rzeki ciebie wiedzie
Ciuchy, pióra rozpromienia
Kupione w Armii Zbawienia
Spija miód słońca przystani
Nasza najjaśniejsza pani
Pokazuje splendor świata
W śmieciach, w kwiatach,
Bohaterów w wodorostach
Są i dzieci, gdy dzień wstaje
Oni omdlewają z miłości
Oni już na zawsze usną
Gdzie Suzanne wstawia lustro

I z nią tylko podróż ma sens
Jako ślepiec idąc za nią
Wie, że jesteś swoim ciałem
Idealnym, które jej intelekt tknął.

Opublikowano się tłumaczy | Skomentuj