Dziennik wiejski (8)

2 września 2012, niedziela. Nigdy nie wiem, czy to jest ta sama mysz. Kiedy kładę się z laptopem do łóżka i zabieram coś do jedzenia – a najczęściej są to orzeszki ziemne – wtedy znęcona zapachem uwolnionym z otwieranej torebki foliowej wychodzi z trójkątnego otworu w ścianie wprost na pościel i staje słupka kręcąc podniesioną główką i wąsikami, i tak bada, skąd dolatuje zapach. Wczoraj pani Władzia dała mi nóż, bym wybrała u niej w ogrodzie najokazalszy słonecznik i kiedy ten słonecznik skubałam wieczorem leżąc z laptopem, pomyślałam, że wyskubię trochę nasion i posieję w przyszłym roku, a resztę zjem. Ale zapomniałam go schować, rano już znalazłam jedynie puste łupiny, a przeźroczysty kubek, w którym trzymałam nasiona pod zasiew był przewrócony i te ziarna też zamienione na plewy.
Nigdy nie wiem, czy to ta sama mysz. Od czasu, kiedy rano wylałam na ogród wodę z miednicy dla brudnych naczyń w którym biedna myszka pływała nie mogąc się wydostać i widziałam, jak przerażona ucieka, to byłam pewna, że żyje. Ale po dwóch dniach znalazłam w bali pozostawionej na deszczówkę pływającego trupka myszy, którego natychmiast wyłowiłam i patrzyłam jak hordy mrówek podążyły do sztywnego już ciałka. I kiedy zrozpaczona po utracie przyjaciółki wyjęłam wieczorem z lodówki kolejną torebkę orzeszków ziemnych i otworzyłam, z czarnego otworu w ścianie delikatnie wysunął się mały pyszczek, schował się i ponownie, tym razem w całości ukazała się myszka i stanęła słupka na pościeli.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, dziennik ciała | Otagowano , | Dodaj komentarz

TRZYDZIEŚCI SONETÓW WRZEŚNIOWYCH (4)

4.
Że piszę wciąż jest rzeczą oczywistą,
nie pisać to jak wstrzymać ruchy planet,
jedyne co w tym życiu nie skłamane,
to ta intencja, jak alkohol czysta.

Niech cały świat się w sobie mroczy,
bo zawsze żył, jak było mu wygodnie,
a ja mam tylko moje istotne historie,
których świat nie chce już widzieć na oczy.

I co, że wieczór już, że już wrześniowe
woale nieb gromadzi szarość bura,
i tak niemożności skumuluje powieść.

Bez twego wsparcia też na nogi stanę,
zimno nadchodzi, gdy zbyt cienka skóra,
ale już będzie wszystko napisane.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , | Dodaj komentarz

TRZYDZIEŚCI SONETÓW WRZEŚNIOWYCH (3)

3.
Rozpoczął się wrzesień deszczem tego roku
rozsnuwając mgły nad lasami miękko,
czas to tylko narkotyk złączony z włóczęgą,
iść, iść w amoku.

Przewiązałam wstążkę tam, gdzie były sady,
bym wiedziała, które drzewo jabłka rodzi
Ariadna znała sposób, a ja znam odpowiedź
zanim deszcz zmyje ślady.

Trzeba odejść w labirynt jak się jest artystą,
jak się nie jest to i labiryntu nie ma,
każda oczywistość rzeczą oczywistą,

tak jak mgły prymitywny schemat.
Nigdy nie pobłądzisz, grę prowadząc czystą
z mglistością ziemi i z mglistością nieba.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

TRZYDZIEŚCI SONETÓW WRZEŚNIOWYCH (2)

2.
Wejdziemy  na góry w opuszczone sady,
zbyt stromo, zbierania nie warte
grube warstwy jabłek. Wciąż gniją, upadłe,
kilka z wierzchu weźmiemy my, darmozjady.

Nie sieje i nie orze zamieszkała myszka
w ścianie frontowej i dniami w podskokach
bawi oko ekwilibrystyką na sznurze z laptopa
w nocy wyjada mi wszystko.

Jajka z wolnego wybiegu w moim ogrodzie
będą nieść cudze kury, bo są w furtce dziury.
Moja poezja świeża, tak jak z nioski, co dzień,  

też na cudzym chlebie, pożywieniu jarskim,
jest chłopska, rodzona siłami natury
chyba, że się waha, to cięciem cesarskim.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , | Dodaj komentarz

Dziennik wiejski (7)

1 września 2012, sobota. Kiedy zniosłam ze strychu ostatnie pięć z sześćdziesięciu segregatorów zawierających całe moje życie i otworzyłam laptop właśnie syn napisał, że już jest w Amsterdamie na lotnisku i zaraz wylatuje do Los Angeles. Odetchnęłam, bo ostatni tydzień po dowiedzeniu się zarżnięciu ok 50 tubylców w tym dzieci i kobiet maczetami, kamieniami, dzidami, spaleniu żywcem w domach całych rodzin i bydła nie chciał jak i cała amerykańska ekipa już być w Kenii, mimo, że jak wylądowali w Nairobi wydawało im się, że jest to najbardziej cywilizowany kraj Afryki z, trzech, jakie dotychczas odwiedzili. Obiecał, że zaraz po dotarciu do domu da znać i faktycznie napisał o 20 maila o szczęśliwym lądowaniu w LA.
Tymczasem Marek opowiadał na Skypie, że mama przyszła do niego do kuchni wspominając, że bardzo się cieszyła, że wybuchła wojna i że nie musi iść do szkoły. A mówi się, że dzieci mają większą wyobraźnię, niż dorośli.
Nie mam pojęcia, jak mam się zabrać do tych segregatorów w których najcenniejsze jest to, że znam zakończenie, co przecież jest chyba podstawą każdej opowieści i staję się automatycznie dzięki temu Panem Bogiem dzierżącym los ludzki. Niestety, nie bardzo mogę to wykorzystać. Umberto Eco podobno przygotowywał sobie nawet obraz nieba towarzyszący faktom, które opisywał, a niebo jego narodzin dokładnie sporządził mu jakiś astronom. A ja przecież nie mam na to wszystko czasu. Nawet nie mogę chronologicznie, jak Henry Miller, bo nie zdążę przed śmiercią.
Wyszłam do ogrodu upewnić się, czy niebo jeszcze istnieje, ale było tak czarne, lampki solarne w nasturcjach ledwo widoczne, jakby miały zaraz zgasnąć z wycieńczenia. Tak też się czuję patrząc na segregatory wymagające ciszy i skupienia.
W południe przestało na moment padać i przed domem przejechała kawalkada aut z balonami, a ze strażnicy doleciała powtarzana na wszelkie wiejskie uroczystości melodia, która, od kiedy pamiętam, zawsze jest taka sama. Ponieważ istnieje tutaj zwyczaj stawiania na skrzyżowaniach dróg stolików z alkoholem gdzie narzeczeni muszą się wykupić, by pozwolono im na dalszy etap jazdy do kościoła, zrobił się gigantyczny korek mieszający radosne klaksony gości weselnych z poirytowanymi sygnałami zaskoczonych oczekiwaniem kierowców samochodów, które wciąż od strony Krakowa nadjeżdżały. Na wsi deficyt ciszy jest ogromny. Nie równoważy go nawet niedziela z religijnym zakazem koszenia trawników i włączania pił elektrycznych, ponieważ hańbą każdego domu jest brak kotletów schabowych, które po przyjściu z kościoła trzeba tłuc.
A mówią, że tylko spokój może uratować

Zaszufladkowano do kategorii 2012, dziennik ciała | Otagowano | 10 komentarzy

TRZYDZIEŚCI SONETÓW WRZEŚNIOWYCH (1)

1.
Te głosy na werandzie to są imitacje
z sobotniego grilla zakończenia lata
dla mnie to zbędne dekoracje
już się nie bratam.

Nieważne przecież to, czy ja mam rację,
bo jestem tak odrębna, jak w istnieniu data,
nie mam lęków przed wpływem. Kolejowe stacje
polikwidowane. Kto wsiadł, się załapał.

Śmiech Dorotki to już nie natura
zastępuje przyjemny trzask ognia,
a na to głosy męskie: kurwa, kurwa, kurwa.

Ot, polifonia.
To nie ulotne malarstwo, muzyka, literatura,
to coś, co wciąż trwa.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , | Dodaj komentarz

WIERSZE LETNIE (8)

Zawsze jest tak i zawsze jest inaczej
jakbym po schodach w dół schodziła ciemnych,
a przecież jeszcze trwa krzątanie wśród pajęczyn,
tka żywym los i uwikłanie w innych.

I chociaż już się ważę mlekiem zsiadłym, rozlanym,
rozwarstwiam i zasklepiam na przemian powieki,
puch bodiaków oblepia pajęczyn zasieki
demaskuje zasadzki i krzyżuje plany.

A na miejscu szyn opuszczonej stacji
wyrosły wielkie, pomarańczowe dynie
podobne kombinezonom ochronnym świecą gęstwinie.

Jakby chciały przypomnieć tych od nawigacji,
kontrolerów wykrywających torów śmiertelne pułapki,
by bezpiecznie wsiadano do właściwych pociągów i w ich trajektorie.

 

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , | Dodaj komentarz

WIERSZE LETNIE (7)

VII.
To wszystko wokół nie jest poezją
tak jak rośliny nie są potrawami,
a jednak w dekoracjach wnętrza
dusza jest na wakacjach.
I jakże łatwo o obojętność
i jakże trudno, kiedy drży, o pewność.

Nawet nie asekuracja,
bo gwiazdy zawsze są sierpniowe
i kiedy spada coś na głowę, przecież to przybytek.
W wersie tylko spacja.

Wiersz bez woli wzrasta osobny i niebyły. Skąd przyszedł, nikt nie wie,
staje się zaraz świata elementem.
Nic nie ma wspólnego z niebem, a jednak na niebie
bliższy jaskółkom, co kreślą
ślady kręte.

Tak wiersz w sobie narasta i staje się
integralny, zawsze w podnieceniu,
chciałby zapładniać Bóg wie, co,
napięty jak tafla stawu o zachodzie
na którą komary lecą,
jakby chodziły po wodzie,
a wszystko na niby, wszystko się nam tylko zdaje,
nikt się nim nie naje.

Ot, tak niewiele, lecz to wyzwania najśmielsze
w kręgu przydomowym, powiedzmy, intymne,
bo jak zabronić mrówkom zapasów na zimę
i roślinom siać nasiona, by nie rosły inne,
i wierszom, co wciąż rosną cicho i niewinnie,
aż staną się jak drzewa, zablokują drogi, wnikną bez kontroli
i wzniecą pożogi.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , | Dodaj komentarz