WIERSZE LETNIE (6)

VI.
No tak, ja wiem, wątłości niepodobna znieść w nienasyceniu,
osobowości kurczą się, jak lato odchodzące niemo
i sił starcza na jedno życie i na śmierć jedną
byle dojść, za nas nie żyje nikt inny:
nie rodzą się, lecz stwarzają heteronimy.

I kiedy aksamitki już w ogrodzie więdną
nadymając się nasion wielokrotnym plonem,
nie powtórzą już siebie, ani żadnym wschodem
demiurg nie wskrzesi ich siarkowej żółci.
Wiatr rozproszy, rozkłóci, mróz obróci w badyle brunatne
i tylko ja przechowam garść nasion w pudełku,
i powielę je wiosną, być może ostatnią.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , | Dodaj komentarz

WIERSZE LETNIE (5)

V.
Pokryty czerwonymi, rajskimi jabłuszkami trawnik wystrzyżony aż do samej bramy
spłowiałą zieleń miesza z żółcią doturlanych mirabelek.
Nagle trzej chłopcy na motorynkach. Właśnie wjechali pod stary dwór
świeżo odmalowany farbą z Castoramy.
Jeszcze zgrzyt silników. Jeszcze na ich ubiór
słońce się złakomi, rzuci snop iskier i już starych belek nie ujrzę przez rozchwiane łopiany.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , | Dodaj komentarz

WIERSZE LETNIE (4)

IV.
Zimno zaczyna się od środka, jakbym nie była pogody warta,
choć krwawią łuną słońca zachody i nagietkami syczy parkan,
na ogniu skwierczą ogrodowe potrawy bijąc dymem w niebo,
a mnie jest zimno bez niczego. A mnie nie grzeją lata letnie,
bo jestem już gdzieś indziej w sobie, bo jestem głazem kilkusetletnim,
właściwie niech tam, gdzie ja leżę i kumuluję w sobie trwanie,
a to jest obojętne zawsze, kiedy przy drodze leży kamień.
A to jest zwykle i gorące, jak smaży wieczność letnie słońce.

Pójdę – bo drżeć wciąż nie wypada – gdzie ścieżki cierniem są pętane,
zasiekiem jeżyn i pokrzyw, jary wilgotne jak wybryk
spiesznej entropii i rozkładu. Jakby oszalał Wielki Chemik
i pokrajawszy drzewa pleśnią miękką, rzucił je hen niezgrabną ręką.
Trudno w mroku dojrzeć Doły i staw z ryb rozkradziony.
Został napis bezradny, do drzewa przykuty:
”POWYRYWAM NOGI Z DUPY”

Słońce grzeje mocniej, wiem to z Internetu
i muchy na obrusie białym wiedzą o tym
a jednak jest tak zimno, jak nieczuły dotyk
a jednak wbrew naturze tak trudno jej wierzyć
i będzie coraz trudniej, wiem coś o tym
ale to tajemnica (sza, nie dla młodzieży).

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , | 9 komentarzy

WIERSZE LETNIE (3)

III.
Pola, pisze Caeiro
nie są tak zielone dla tych, którzy
są kochani, a przecież czas zieloność kroi w twarde skiby.
I gdyby nie georginie płonące czerwienią,
żal oczy zanurzyć.
Rozpatrzyć błękit można tak na serio:
bure szarości wciąż wiszą, aż strach iść (co by było gdyby),
horyzont już połączony, nie ma w nim szczeliny,
a ja tam podążam, gdzie stopniują się ciemności tony,
gdzie biel czerń brudzi, zamydla okłamując przeźroczystości,
ginie kolor na wielkiej palecie nieboskłonu
bielmem porasta las i jezioro. Jakże pomóc
percepcji. Jakże porzucić przestrzeń i wrócić do domu.

Las zszarzał, a liście gubią tylko dęby,
w mroku ściółki ginie barwna połyskliwość,
na skraju rżysko zwiędłe z kołtunem pajęczyn;
może słońce tu wejdzie kiedyś, tak jak miłość
za wcześnie, lub za późno. Opcja wcale
nie ma zastosowania, bo świat w ciągłym ruchu,
sezony warty pełnią Bóg wie, w jakim duchu,
przyroda to wspólnota, człowiek sam jak palec.

W szarości dnia deszcz schładza głód tropików
zmywa kontury pokazując nieco,
kiedyś była potrzeba, teraz moc uników
jak w nijakości deszczu, ot zwykłe H2O.

I nagle sad. Ciężarny i soczysty, skrzy się rozrzutnie.
I nagle wyrzuca wszystko, i zieleń, i słodycz,
tak lekkomyślnie, jakby zawsze był młody
i wyzwalał się w rewolucji.

A ja wciąż patrzę za słońcem jak słonecznik,
choć cóż to da, że miłość do światła biegnie,
zbędna na ziemi, niebo nie potrzebuje jej,
ofiarne dymy ognisk, to tylko są grille,
a mnie potrzeba więcej.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , | Dodaj komentarz

WIERSZE LETNIE (2)

II.
Nadejdzie późne popołudnie. W miękkości dnia
rośliny kurczą się, rozwieszają liście pędy,
głowy na zachód kłonią słoneczniki,
a ja na książkę Alberta Caeiry.
Lat lata zawsze szkoda, gdy się zapowiada
nieśmiertelność, a książka zaciera się, wtapia…
Czas, to tylko umowność… Tożsamość, to strata
apetytu na bycie… A być nigdy dosyć…

Multiplikują się cienie, kiedy ulicami
wielkiego miasta podążam za nikim,
i jestem wszystkim wszędzie, jak szczelne zamknięte
kwiaty w szklanym słoiku.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , | Dodaj komentarz

WIERSZE LETNIE (1)

I.
A jednak,
kiedy nadchodzą chmury ciemne
waha się jeszcze nadchodzące
w obojętności lodowatej
i nawet, kiedy wraca słońce
unik jest zawsze byle jaki
tak uwolniony od przeznaczeń
jak słowa nieme…

Jak
latem, kiedy las się waha
skrzydłami, co nie lecą wiele
czesane wiatrem w dół do ziemi,
wzlatuje nagle okrzyk ptaka
by dźwięk zaginął i oniemiał
urwany dalą i przestrzenią
w niebie…

Tak
już nie wznosi dym ofiarny
pobożnych życzeń cudzym racjom
złudnych powiązań kosmos czarny
dziurą ssie nocą marzeń stosy
i tylko zachód płonie zorzą,
gdy wiatr przepędzi chmur zwalisko,
a z rżyska tuman wzbije kłosy.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , | Dodaj komentarz

PUŁKA

Dzisiejsza wiadomość o śmierci poety Tomasza Pułki zgasiła to piękne, upalne lato i umieranie stało się dla mnie absurdem pozbawiającym Śmierci mocy. Pisałam tutaj źle o Jego wierszach, ale przecież nie dlatego, że pora umierać. Poezja to przecież właśnie umieranie nieustanne i odradzanie się. Unicestwienie ciała w fazie wzrastania ducha, kiedy się jeszcze niczego ważnego nie powiedziało to uniemożliwienie i blokada tego nieustannego, trwającego w przyrodzie cyklu. I jeśli odejście Tomasza Pułki, najurodziwszego chłopaka ze wszystkich młodych poetów może mieć coś wspólnego z ofiarowaniem, to niech Poezja zniknie na zawsze z naszej planety.
Pozostają jedynie wyrzuty sumienia, że nie zdążyłam pochwalić wierszy Tomasza Pułki na moim blogu…      

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , | 8 komentarzy

Jonathan Black „The Secret History of the World” (2007) „Sekretna historia świata” (2011)

Zapełniająca dzisiaj półki empików luksusowo wydana opasła książka, napisana dla zysku, powielająca stereotyp teorii spiskowych i prognoz dalszego trwania naszej cywilizacji, wzbudza jedynie smutek i żal, że to wątpliwej jakości dzieło zajmuje miejsce, kiedy nie przetłumaczono np. 20 tomów Hermana Hessego i wielu cennych dla światowej kultury piewców człowieczej duchowości. Żal, ponieważ, we wstępie autor sam zalicza się do autorów wartościowych, odżegnuje się od wszelkiej maści magów, przepowiadaczy końca świata, czy tropicieli stosunków seksualnych Chrystusa z Marią Magdaleną.
A jednak im bardziej stara się czytelnika uwznioślić i wtajemniczyć w swoje rzekome sekrety, dowieść jakoby dotarł do najnowszych dokumentów potwierdzających wiarygodność wszelkich – od zarania ludzkości – hipotez, co do odpowiedzi na fundamentalne pytania Skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? Dokąd idziemy?, staje się coraz bardziej niemoralny w swoich naciąganych domniemaniach.
To, że takie książki pisze się łatwo, bo nie zawierają właściwie nic innego, o czym nie powiadamiałaby nas Wikipedia, nie jest jeszcze ich wadą. Niepokoją karkołomne zestawienia faktów historycznych i insynuacje, co do intencji przywoływanych postaci historycznych i czytelnik zastanawia się jedynie, w jakim to wszystko jest celu, jakie są prawdziwe (bo przecież nie prawda) intencje autora.
Z książki dowiaduję się, że Steiner, którego martwoty pism antropozoficznych nie trawię, był według Jonathana Blacka genialnym myślicielem, który o bandycie Rasputinie (Rasputin też według autora w porządku) powiedział, że „Duch ludu rosyjskiego może teraz działać wyłącznie przez niego i nikogo innego, jak tylko niego”. Wysokie notowania ma też kretynka Bławacka i wszelkiej maści guru, hochsztaplerzy, którzy od zarania ludzkości skazywali swoich wyznawców na sadystyczne męki głodu, chłodu i chłosty. Jedną z nich jest kontemplacja, po wielodniowych postach i spożyciu grzybów halucynogennych stosowana jako prosty sposób na zdobycie życia duchowego, które, jak się okazuje, warte jest niewiele, skoro okupione taką ceną. Black uczenie bombarduje nas portretami duchowymi geniuszy, których nazwiska znane są każdemu, kto ukończył szkołę podstawową, by w ich życiorysy wtłoczyć jakiś epizod kumania się z masonerią i tajnymi stowarzyszeniami (nie ominęło to nawet Karola Wojtyły), by w konsekwencji napisać, że tak naprawdę, to funta kłaków warta ta cała dyscyplina edukacyjna:

„( Wtajemniczony, o którym wcześniej wspomniałem – historyk sztuki – opowiedział mi o pewnym spotkaniu wybitnych uczonych, których łączyło wspólne zainteresowanie ezoteryką. Podczas tego spotkania okazało się, że wielkim nauczycielem nie był żaden z doktorów i profesorów tam obecnych, ale sprzątaczka z mopem i wiadrem, krzątająca się na tyłach sali wykładowej. Opowieści tego rodzaju mogą przywodzić na myśl apokryfy, jednak mają one równocześnie uniwersalny wydźwięk. Mistrz duchowy największego nauczyciela ezoterycznego XX wieku – Rudolfa Steinera – był drwalem i zbieraczem ziół.(…)”
[tłumaczenie: Anna Perkowska]

Ale głównie Black bazuje na autorytetach, gdzie teozofem jest zarówno Newton, jak i Blake, który przecież Newtona zwalczał nazywając go największym Diabłem swojej epoki. Autor nie oszczędza duszy Zaratustry, Mojżesza, Mahometa, Imhotepa, Jezusa, Templariuszy, Joanny d’Arc, Gandhiego, Robespierre’a, Kopernika (kogo tam nie ma!), ale przede wszystkim artystom dostaje się najbardziej: Leonardo, Szekspir, Milton, Beethoven, Tołstoj, Bracia Grimm, Carroll, Wilde, Poeci Jezior, Keats, Dylan – wszystko, co napiszą, to wiedza tajemna, to wikłanie się w tajne stowarzyszenia, których byli członkami. Z książki wynika, że żaden artysta samoistnie nic by nie stworzył bez pomocy sił tajemnych i właściwie każdy z nas może być takim samym geniuszem jak Goethe, jeśli będzie uprawiał ćwiczenia duchowe. Tak więc ani święty Jan od Krzyża, ani święta Teresa z Ávili nie są jednostkami twórczymi, jedynie mediami i naczyniami, w które, przy przyzwoleniu nosiciela reinkarnacji Wielkiego Ducha z wieków ubiegłych (bogini Isztar, Set, Wisznu, Jahwe) powstają dzieła literackie, które przy drobnej deszyfracji i zamianie znaczeń, znamy do dzisiaj jako perły literatury. Np. „Pieśń nad Pieśniami”, to nic innego jak erotyk pisany przez Jezusa do Marii Magdaleny, a Dantego do Beatrycze.
I tak między wierszami dowiadujemy się, że wszystko już było i że nie będzie nic innego tylko płacz i zgrzytanie zębami, że nasze technologiczne cudowności wymyślił Giordano Bruno tylko dlatego, że był też w jakimś tajnym stowarzyszeniu, które mu to odkrycie podszepnęło. Jesteśmy według Blacka marnym pyłem jedynie, dlatego nie warto się wysilać i jeśli mamy jakąś prawdę o nas samych poznawać, to tylko z takiego kompendium wiedzy jak „The Secret History of the World”, bo tylko ono prawdę ci powie.

Po prostu słów nie mam po przeczytaniu tej książki. To trzysta lat temu Giambattista Vico nie mając komputera potrafił napisać, że Grecja to metafora, że Perseusz to przenośnia, że Andromeda to branka, że wieloryb–lewiatan to nic innego jak statki polujące na morzach na łup i kobiety. I po tych trzystu latach ten żałosny, intelektualny i artystyczny regres: obrazy surrealistów to nie zabawa, lecz prawdziwe wizje z przeszłości, gdzie wszystko wydarzyło się na prawdę! I po 445 stronach A4, po intensywnym młotkowaniu, że wszelkie koboldy, demony w butelkach, głosy słyszalne zza gór i lasów, wszelkie dobrowolne lewitacje osiągalne jedynie siłą własnej woli i mięśni człowieka są jak najbardziej realne!

W przerażeniu kończę i zamykam lakierowaną twardą okładkę z ulgą, że już ją skończyłam i pocieszam się tym, że przecież, jest jeszcze Vico, który będzie, kiedy Black przeminie bez żadnej reinkarnacji wcielając się jedynie w pustkę.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , | 38 komentarzy