Lektury Obowiązkowe: Theodore Dreiser „Tragedia amerykańska”(1925)

Powieść Dreisera osnuta na autentycznych wydarzeniach niemal dziewiętnastowiecznych, gdyż główny bohater w niej dorasta i kończy żywot na początku nowego wieku skutkiem słynnej na całą Amerykę tragedii: 11 lipca 1906 roku znaleziono ciało 20-letniej Grace Brown w jeziorze Big Moose w Górach Adirondack w stanie Nowy Jork . Chester Gillette został postawiony przed sądem i skazany za zabicie kochanki, wyrok wykonano na krześle elektrycznym w dniu 30 marca 1908 roku.

Powieść Dreisera odrodziła się w wielu późniejszych dziełach artystów stając się archetypem pewnej postawy człowieczej wobec pętających go społecznych i losowych uwarunkowań. „American Tragedy” odbiła się czkawką u Braci Marx, Siergieja Eisensteina, George’a Stevensa, Stanisława Párnickyego, Woody Allena, w licznych sztukach scenicznych i musicalach, serialach telewizyjnych na całym świecie.

Dzisiaj czytając z przyjemnością te trzy opasłe tomy, gdzie nie spieszy się ani pisarzowi, ani czytelnikowi (genialne tłumaczenie Józefy Zydlerowej) dostrzegam wpływy takiego pisania u współczesnych pisarzy amerykańskich, np. w „Amerykańskiej sielance” Philipa Rotha, który, podobnie jak Dreiser, próbuje krok po kroku na kartkach swojej powieści dociec początków zmarnowania urodziwej i utalentowanej młodzieży amerykańskiej. Jest to może nawet nie wpływ, ale dopisanie dalszego ciągu toczącej się wciąż, niczym nie przezwyciężonej, ludzkiej tragedii.
Dreiser poszukując przyczyn kieruje trop na religię, szczególnie na chrześcijańskie sekty głoszące Słowo Boże na ulicach wielkich amerykańskich miast. Obrazem takiego rodzinnego przedsiębiorstwa biznesowego, jakim była dziewiętnastowieczna działalność misyjna Dreiser rozpoczyna i kończy „Tragedię” i taką klamrą daje do zrozumienia, że tragedia tego typu nigdy się w Ameryce nie kończy i trwa nadal owocując kolejnymi zbrodniami.

Czytając to wspaniale napisane dzieło literackie, zachwycałam się – mimo ohydnej postawy głównego bohatera – aspektem „ludzkim” całego wydarzenia, które rozpatrywane tutaj jest jeszcze po dostojewsku. Jeszcze ludzkości nie śni się holocaust, jeszcze maszyna zbrodni nie udowadnia, że człowiek to zwyczajna kupa kości i mięsa jedynie. Tutaj prokurator, opętany wymierzaniem sprawiedliwości i żądaniem najwyższej kary, nie jest mimo wszystko urzędniczą machiną w amerykańskim sądownictwie. Cały niemal trzeci tom to rozprawa sądowa, mająca najprawdopodobniej źródła w autentycznych mowach i zeznaniach świadków (pisarz podobno pilnie sprawę obserwował), a do skazania na śmierć dwudziestoparoletniego chłopaka przywołano nieprawdopodobną liczbę świadków i oskarżycieli, będącymi nie katalogiem urzędniczych oskarżeń, ale próbą obiektywizacji zjawiska poprzez subiektywne oceny zdarzeń. I cały ten spektakl – poprzedzony dwoma tomami skrupulatnymi, niemal reporterskimi i dokumentalnymi opisami dziejów skazańca dowodzącymi, że nie wiadomo, czy była to zbrodnia, czy tylko nieszczęśliwy wypadek – służy właściwie tylko jednemu celowi: by pisarz, w miarę swojego talentu przedstawił rzecz najlepiej, jak potrafi. Dlatego też powieść, pełna artystycznego oddechu, pełna cennych, obyczajowych szczegółów z życia kast najniższych, farmerskich, proletariackich, złotej młodzieży wzbogaconych w pierwszym pokoleniu dzieci fabrykantów, pozbawiona jest dydaktyki i moralizatorstwa. Dreiser pisze nowocześnie, zrywa z metodą wszystkowiedzącego narratora, używa monologów wewnętrznych poszczególnych postaci jako podstawowego źródła informacji, co się tak naprawdę w nich dzieje. Pisze „jak wyda”, jak to widzi wchodząc w swe postacie, jak to wszystko ogarnął i zaobserwował swoim czułym, pisarskim okiem nie czyniąc żadnych ocen, nie używając ani aluzji, ani ironii.
American dream przedstawione jest bardzo ostrożnie. Ojciec bohatera powieści, skazanego na śmierć mordercy, nie dostał od swojego ojca nic, zostając nieudacznikiem, czyli twórcą sekty religijnej, podczas gdy jego brat dostał z domu rodzinnego 1000 dolarów i stworzył kwitnącą ogromnym przychodem fabrykę koszul. A więc nie żadne sprzedawanie ogórków i pięcie się po szczeblach kariery biznesowej dzięki owijaniu ich w celofan, ale chodzi o autentyczny kapitał założycielski. Dla przyszłego zbrodniarza kapitałem jest tylko jego uroda i możliwość bogatego wżenienia się w rodzinę fabrykanta, co najprawdopodobniej też jest tylko amerykańskim snem.
Ale bohater powieści, Clyde Griffiths chcąc uciec z sekty religijnej, czyli też równocześnie najbliższej rodziny, nie dysponuje niczym, prócz młodości i tęsknoty za światem sytych. Dreiser nie obarcza go cwaniactwem, jak w Polsce Tadeusz Dołęga-Mostowicz swojego bohatera, mimo, że dyzmowatość Clyde’a wielokrotnie jest bardzo skuteczna. Dreiser właściwie robi wszystko, by czytelnik polubił tego delikatnego, romantycznego chłopca, bezradnego w swoim zablokowanym na szkoły i wszelkie zewnętrze wpływy edukacyjne dzieciństwie i pojął siłę materialnych pokus. Podczas gdy w pierwszym tomie sprawy materialne rozgrywane są poprzez centy (jeden dolar ma niebotyczną siłę nabycia), w drugim tomie bohater dysponuje już setkami dolarów, a obraca się w środowiskach rówieśników mającymi własne jachty, samochody, konie, tereny golfowe, wydającymi przyjęcia na setki osób w oświetlonych ogrodach z lokajami, orkiestrą i tańcami z bajkowymi, łatwymi księżniczkami.

W czym tkwi tragedia amerykańska? – pyta autor, jakby pisał swoją powieść tylko po to, by sam się o tym dowiedzieć. Trzeci tom, który próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy oskarżony zabił i czy gwałt na sumieniu w tak religijnym, subtelnym chłopcu się faktycznie dokonał, daje odpowiedź wstrząsającą. Bezradność jest odkryciem tej powieści, gdyż to właśnie ona dominuje ostatnie sceny, ostatnie kartki tej niepokojącej prognozy wieków, które nastąpią po „Tragedii amerykańskiej”. Dreiser odkrył właściwie coś, czym najprawdopodobniej sam się przeraził. Tym, że nie istnieją żadne zabezpieczenia przed możliwością życia kosztem innych (jak wmawia każda religia grożąc piekłem), przed przejściem przez życie „po trupach”. Skazaniec w celi śmierci bezskutecznie oczekuje ocalenia i pozytywnych skutków apelacji i nie żałuje tego, co było, ale tego, co będzie, żałuje swojej młodości, przyjemności życia, smaku każdej przyjemnej chwili, bezpowrotnie utraconej możliwości ożenku z bogatą panną, która dałaby mu możliwość wstępu do kasty wyższej.
I może to nie jest świadomie zamierzonym przez autora przesłaniem tej amerykańskiej, dziewiętnastowiecznej cegły, jednak trudno nie przyznać ze smutkiem jej dzisiejszej aktualności.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , | 10 komentarzy

Andrzej Stasiuk / Dariusz Jabłoński “Opowieści galicyjskie”(1995) /„Wino Truskawkowe”(2009)

Najprawdopodobniej do ekranizacji wybrano najlepsze fragmenty opowiadań, ponieważ pamiętałam je z „Tygodnika Powszechnego”, czyli sprzed 30 lat. Nie pomogło to filmowi. Krewkość Kościejnego (bardzo wyraźnie pamiętam, jak czytałam o nożu zanurzanym w Wasylczuku) mimo rewelacyjnej roli Mariana Dziędziela (aktor, który gra zawsze bardzo dobrze wbrew logice złego filmu, kiedy złych dialogów nie daje się grać) rozmywa się w Chłopie Duchu, czyli postaci zupełnie idiotycznej.
Wiem, że Stasiuk nie wartościuje, pisze jak leci, nie ocenia i zdaje się na intuicję. Ale co udaje się w prozie, nie jest w stanie unieść film, pozbawiony kamuflujących wstawek egzystencjalnych i opisów przyrody.
I tak mamy źle skonstruowaną postać wioskowej piękności (22 letnia Lubica rodem ze Słowacji), chmarę wioskowych samców w jej otoczeniu (wśród nich policjant Andrzej rodem z Warszawy) i w tle resztę społeczności rozpiętej między upadłymi pegeerami a kościołem.

Być może wymowa „Galicyjskich opowieści” trzydzieści lat temu, kiedy Stasiuk je pisał, pasowała do realiów ówczesnych, być może pisał je szczerze i artyzm literacki był wystarczającym ich atutem. Dzisiaj oglądając film, trudno nie rozczarować się ich kontrowersyjną wymową. Hrabalowska pseudo dobrotliwość nie wytrzymuje próby czasu i przemian. Scena przymusowego spędu do kościoła, by uhonorować mordercę (Kościejny), to jedna z tych mnóstwa nielogiczności, jakimi naszpikowany jest film. Dlaczego okropność życia w tej plugawej społeczności jest dla policjanta przybyłego z Warszawy czymś lepszym niż żywot w stolicy i balsamem na jego pełen tragicznych epizodów żywot? Dlaczego upodabnianie się Andrzeja do chłopstwa, które właściwie nie ma innego wyjścia, jak tkwienie w swym postkomunistycznym bezsensie jest w przesłaniu filmu czymś zbawiennym i tak samo afirmującym, jak konformizm księdza?

Zamiast magii kina, która łączy i zespala, mamy dolepiony realizm magiczny. Tak samo dolepiony, jak piana z kiosku mytego przez Lubicę, która przykleja się do policzka Andrzeja przejeżdżającego właśnie na rowerze. Ten kawał piany zasłaniający mu twarz wbrew naturze latających w powietrzu kawałów mydła, nie pasuje, jest sztucznie przyklejony. Tak dzieje się właściwie z każdą sceną, z każdym kadrem: samoloty na niebie nie przypominają krzyżyków na łańcuszkach noszonych przez chrześcijan, stosunek seksualny Andrzeja z Lubicą nie jest żadną ognistą namiętnością, a oprawianie bydła na ulicy nie mieści się w polskiej obyczajowości.

Wszystko, cokolwiek chcemy z całą przychylnością dla prozy Stasiuka i kunsztu reżyserskiego Jabłońskiego akceptować, odskakuje, jak piłeczka pingpongowa od wrażliwego widza, bo wszystko jest nieludzkie, wysilone i wyssane z brudnego, wiejskiego palca.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , | 5 komentarzy

Jarosław Stawirej “Masakra profana” (2011)

O tej marginalnej i nikomu niepotrzebnej książce nie pisałabym na blogu, gdyby nie to, że w Sieci jest o niej bardzo dużo, wylewa się też do eteru dzięki dyskusji w Polskim Radiu prowadzonej przez Jerzego Sosnowskiego z udziałem księdza, dyskutowana jest też na licznych spotkaniach autorskich w całej Polsce.
Kuriozalność takiej literatury polega na tym, że wywodzi się z prostej linii z komiksów Henryka Jerzego Chmielewskiego, tzw. „tytusów”, gdzie ubiegłowieczny peerelowski rysownik mnożył przygody swoich bohaterów jedynie dla podtrzymania żywotności wydawniczej swojej serii. Mechanizm fikcji literackich, oprócz pierwszych komisów mających zadanie propagowania w Polsce powojennej komunistycznych idei (Tytus, Romek i A’Tomek nosili pionierskie chusty i uczestniczyli w reżimowej liturgii uroczystości partyjnych) w miarę zakorzenienia się bohaterów w wyobraźni masowej młodzieży szkolnej polegał na wymyślaniu licznych pojazdów, na których bohaterowie dzięki tzw. smykałce do pokonywania przeszkód przemierzali świat pełen wyssanych z palca udziwnień, takich samych, jak i te ich pojazdy. I właśnie nurt poznawczej jałowości, rzekomego komizmu i satyry reaktywuje dzisiaj Jarosław Stawirej.
Dla profana – a każdy entuzjasta tej książki jest profanem nie wyłączając księdza biorącego udział w tej żenującej radiowej dyskusji – pozór intelektualnej głębi i epizod z monologiem filozoficznym głównego bohatera książki wydaje się czymś istotnym, rzekomy bunt odwagą, a prostactwo przekazu obalaniem tabu. Profanacją jest tutaj jedynie dyskusja około książkowa, gdzie działalność literacką Stawireja przyrównuje się do Monty Pythona, a szczególnie do filmu „Żywot Briana”.

Trudno pisać o tej książce, ponieważ wszystko co się w niej podważy i zaneguje, staje się nie warte wysiłku takiej analizy, gdyż właściwie nawet nihilizm nie ma tu racji bytu dlatego, że jest nurtem wojującym. Natomiast, jak napisałam wcześniej, mamy do czynienia ze zjawiskiem jedynie pozoru, dlatego nihilizm też jest pozorny. Nie ma tu też problemu biblijnej letniości, ponieważ samowolka autora ewoluuje w kierunku jedynie rozbawiania, a wiadomo, im ktoś chce być bardziej zabawny, tym staje się nudniejszy i ponury. I dlatego np. epizod z misiem, mający pokazać, że przyroda dokonuje selekcji osobników słabych i że rodzina w przyrodzie nie istnieje, jak i nie istnieje sentyment, nagle przeradza się w ziejący grozą fantazmat chorej wyobraźni, gdyż Stawirej łączy człowieczość ze zwierzęcością w sposób dobrotliwy, czyli jeszcze bardziej przerażający. Jeśli w filmie „Szczęśliwy człowiek” Lindsaya Andersona główny bohater (Malcolm McDowell) wędrujący po świecie na modłę wolterowskiego Kandyda natrafia na klinikę lekarza szaleńca, który przeszczepia ludziom zwierzęce kończyny, to widok chłopca połączonego chirurgiczną operacją ze świnią, widza napawa przerażeniem zupełnie innej natury, niż w książce Stawireja. Fantastyka Stawireja jest budowana na tej samej cały czas zasadzie mnożenia nieprawdopodobieństw dla uzyskania komizmu. Oczywiście, humor marnej jakości, istniał zawsze, salwy śmiechu do dzisiaj wywołuje wypicie sześćdziesięciu piw na Oktoberfest i sikanie, puszczanie bąków i robienie w gacie, ale nigdy nie było to dla artysty celem samym w sobie i nikt czegoś podobnego nie uważał za sztukę. Dlatego niepokojące zjawisko wywyższenia tak niskiej literatury, jaką propaguje dzisiaj wydawca tego najniższych lotów debiutu Stawireja stawia Krytykę Polityczną w sytuacji bardzo podejrzanej. Z jednej strony ma ambicje nadrabiania intelektualnych zaległości w spolszczaniu i propagowaniu dzieł ubiegłowiecznych, lewicujących myślicieli, wspiera się wyśmienitymi nazwiskami światowej kultury, obiera sobie za patrona cennego ze wszech miar Stanisława Brzozowskiego i jednocześnie bez żadnego krytycznego komentarza wydaje szkodliwą, pełną schematów infantylną i niedojrzałą prozę Jarosława Stawireja.
Bo przecież nie chodzi w tej książce ani o krytykę religii, ani o szkodliwość kultu, ani o polskie realia. Chodzi jedynie o hodowanie głupoty, o to, by głupi pisał o głupocie jako o jedynym panującym w literaturze prądzie artystycznym. Im głupiej, tym lepiej, zdaje się beztrosko perswadować Stawirej. Nie uczcie się, nie czytajcie, nie rozwijajcie się literaci, bo jeśli popełnicie ten błąd życiowy, Krytyka Polityczna nigdy was nie wyda.
W końcu Chrystus też nie wydał Judasza.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , , , | 11 komentarzy

Jan Krzysztof Kelus „Był raz dobry świat… / Jan Krzysztof Kelus w rozmowie z Wojciechem Staszewskim (i nie tylko)” (1999)

Książka w formie wywiadu portretuje poetę Kelusa jako człowieka obcego, nieprzystosowanego, świadomego swojej odrębności i próbującego żyć w świecie, który jest dla niego szkodliwy. Jest w tych rozmowach nie tyle romantyczna melancholia ile opowieść o zmarnowaniu, na które z ciepłem i taoistyczną cierpliwością przystaje Kelus i nawet się nim masochistycznie cieszy. „Dobry świat”, w co wierzy Kelus staje się za przyczyną dobra, a dobro to zgoda ze sobą. Kelus żyje w zgodzie ze sobą, ze swoim strachem i trudnym życiem także i wtedy, gdy po ostatnim pobycie w więzieniu piosenki już „nie przychodzą” i kiedy jego niepokoju egzystencjalnego nie łagodzi nawet liryka.

Kelus, artysta światowy, na miarę czeskiego Kryla, jest w pełni ukształtowanym, świadomym siebie twórcą. I wtedy, jak usiłuje ominąć kosztowny psychicznie kontakt z Mysią i nagrać na magnetofonie kasetowym 1000 kaset ze swoimi utworami i tym sposobem dotrzeć do publiczności i ogłosić dobremu światu nowinę i jak dokonuje decyzji o zamilknięciu. W tych książkowych rozmowach, bogato inkrustowanych powszednim dniem – czy to więziennym w listach do Kuby (jak Havla do Olgi), czy ze szczytów świerków podczas zbierania szyszek – na plan pierwszy wysuwa się zawsze prawda artystyczna, przemożny nakaz wewnętrzny autentycznego świadectwa, odartego z wszelkich kreacji i deformacji. W tej narracji, w tym języku prawdy, nie ma relatywizmu, nie ma pobożnych życzeń i nie ma egzaltacji. Jeśli Kelus mówi o procesie taterników, czy o jazdach do Radomia w celu niesienia pomocy materialnej bezradnym, skrzywdzonym rodzinom, zawsze podkreśla ludzki aspekt swoich działań, nigdy polityczny. Działanie publiczne jest nakazem odwiecznym, ponadczasowym, naturalnym jednoznacznym wyborem z całą świadomością jego kosztów i konsekwencji. Nie są usprawiedliwieniem predyspozycje psychiczne, paniczny strach przed bólem i poniżeniem. Jan Kelus dziękuje losowi, że swojej konfrontacji z Historią doświadczył w momencie komunistycznego rozkładu w PRL-u, a nie na placu Tian’anmen, czy chilijskim stadionie za rządów Pinocheta. Swoje życie traktuje jako uwikłanie, które może pokonać jedynie dzięki wierności sobie, swojemu wewnętrznemu nakazowi i nie jest to żaden heroizm, tylko zwyczajna powinność każdego przyzwoitego człowieka. Padają słowa z piosenek: nie mogłem inaczej się zachować, bo co bym powiedział, gdzie wtedy byłem, kiedy sytuacja wymagała mojego udziału. I ta właśnie naturalność życiowych wyborów, które nie są w konsekwencji wyborami, ale właśnie sprostaniem wyborowi zewnętrznemu dokonywanemu poprzez okoliczności za jednostkę, odczuwa się w jego piosenkach, tworzonych z tej samej materii, co jego życiorys. Łatwiej je zrozumieć, poddawszy się monologowi Kelusa, kiedy narracja książki się alienuje, wymyka się dziennikarskim pytaniom Wojciecha Staszewskiego, urodzonego w czasie, kiedy Jan Krzysztof Kelus rozpoczął swoją działalność opozycyjną, czyli w czasie wypadków marcowych.
Gdyby nie marzec 1968, nie przebudziłbym się, mówi, Kelus. Jego wyniesiony z domu sprzeciw wobec komunistycznemu reżimowy był mglisty, wyrażony jedynie w niechęci, nieakceptowaniu zarówno szkoły prowadzonej przez siostry zakonne, jak i po przeniesieniu, przez ortodoksyjną czynownicę stalinowską. Ale cały rozwój duchowy Kelus zawdzięcza właśnie wielkiej światowej literaturze. Jego młodzieńcze fascynacje, według niego, trującym Dostojewskim, jak i w późniejszych latach literaturą zabronioną, książek, które wypożyczało się od znajomych najwyżej na dobę, nie tyle oświeciły młodego Janka, co dały mu siłę na sprzeciw. Szarość PRL-u lat siedemdziesiątych, cela więzienna, nieustanna inwigilacja służb bezpieczeństwa i zakaz przekraczania granicy – nawet do krajów Bloku Wschodniego, gdzie obowiązywał tylko dowód osobisty – to skazanie Kelusa i jego towarzyszki życiowej Kuby na życie alternatywne, które w konsekwencji okazało się w tym ograniczeniu wartościowsze, niż pozorne swobody wolnego obywatela PRL. Kelus korzysta z biblioteki ambasady amerykańskiej, ma dostęp do wydawnictw paryskiej Kultury (Jerzy Giedroyc przysłał mu potem 100 dolarów honorarium za kasety z nagranymi piosenkami), w więzieniu, w celi jednoosobowej skrystalizuje się jego pełna ascezy i kontemplacji osobowość. Podobnie jak Jean Genet, Jan Krzysztof Kelus próbuje z braku uczynić wartość i ten brak pokochać. Jednak ich świętość jest zupełnie innej natury, być może właśnie z powodu organicznej niemożności zaakceptowania zła przez Kelusa. Kelus z wydziału prawa przenosi się na socjologię i obroniony doktorat nie daje mu ani ochrony przed toksycznością komunistycznej uczelni, ani niewątpliwie wielkie osobowości świata nauki, które na uczelni poznał, nie są w stanie umożliwić mu samorealizacji. Samotnicze ucieczki z Warszawy w góry czy jeziora przywracające równowagę psychiczną w pewnym momencie są już niedostateczne. Całkowite odejście na wieś polską w tych latach ma coś z wolterowskiego Kandyda, gdyż doświadczenie upadłych pegeerów, których podszewkę Kelusowie poznali przy zakładaniu pasieki na Warmii zdaje się jeszcze gorszym obrazem, niż spsienie intelektualnych elit na warszawskich uczelniach.

Jeśli ktoś z racji swojej, przypadającej na lata siedemdziesiąte młodości ma sentyment do tych czasów, w których żył, działał i bohatersko sprzeciwiał się Jan Krzysztof Kelus, nigdy nie zrozumie tego, o czym on pisze, mówi i śpiewa. Wszystko, co opisuje Kelus mnie, o dekadę młodszą, jest dobrze znane, odczute i prawdziwe. Tak było.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , | 7 komentarzy

Wesołych Świąt!

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | Jeden komentarz

Anka Grupińska i Joanna Wawrzyniak „Buntownicy. Polskie lata 70 i 80” (2011)

Chwalebna próba literacka ogarnięcia lat, których świadkowie właśnie przemijają lub cierpią na amnezję pozostawia jednak niedosyt i niedowierzanie. Zdawałoby się, że dopuszczono do głosu prawdziwych buntowników epoki PRL-u, a tak nie jest. Jest wielka dokumentacja tego projektu w Warszawie na Karowej – powie w wywiadzie radiowym Anka Grupińska, jednak pisanie historii metodą mówioną budzi powątpiewanie, co do jej wiarygodności. Zadawałyśmy opowiadającym wiele dociekliwych pytań, wydobywając tematyczne niuanse z przeszłości i tym sposobem pozyskiwałyśmy wiele smaków, które by pewnie uszły narratorom – dopowie w wywiadzie radiowym zadowolona z książki Grupińska. I być może inaczej się nie dało, kilkuletnia praca autorek dała właśnie taki efekt, a książkowy wybór, czyli dopuszczenie do druku reprezentacyjnych narratorów – ze 150 relacji tylko 27 – daje polifoniczny głos wyśrodkowany i bezpieczny. A jednak, mimo, że byłam dzięki książce w więzieniach, na scenach teatrów niezależnych, w pracowniach plastyków i w gabinetach posiadaczy intratnych etatów, szary człowiek tamtych czasów, jakim przecież i ja byłam, jawi się ku mojemu zaskoczeniu, jako człowiek wygrany. Anka Grupińska mówi w radiowym wywiadzie, że ostatnia część książki zatytułowanej „Epilog” jest najsmutniejsza, bo niejednokrotnie ludzie po upadku komuny nie mogą sobie znaleźć miejsca w błyskawicznie zmieniających się realiach dnia powszedniego.

Bardzo trudno z mnogości ludzkich losów, z wstępującej w życie dorosłe młodzieży lat siedemdziesiątych zbudować obraz jednoznaczny i pewny. Ma się wrażenie, że dzięki zabiegowi powtarzających się w relacjach elementów życia codziennego – obfite, niegolone owłosienie, rozciągnięte swetry, obowiązkowe dżinsy, Wolna Europa, Radio Luksemburg, wódka i papierosy – odnajdujemy wspólną płaszczyznę, na której można wyobrazić sobie tytułowy bunt naszej młodości. Z ust opowiadających co i rusz pada twierdzenie, że było wszystkiego mało, skromnie, wobec czego zdobywanie dóbr nazwano buntem. Buntem były właśnie aspiracje do posiadania rzeczy trudno lub niedostępnych, bądź zakazanych. Bunt w takim wydaniu byłby przełamaniem orwellowskiej rzeczywistości i kontestacją jej poprzez łamanie obowiązujących norm. Nic się jednak takiego nie dzieje. Jeśli opowiadający pochodzą z warstw niższych, czyli wielodzietnego proletariatu, to marzą i aspirują do tego, co posiada młodzież z domów czerwonej burżuazji i naśladują właśnie ją, czyli władzę, a nie młodzież niedostępnego Zachodu. Dlatego warto by spuścić z tej książki trochę nadętego powietrza, zaległego w relacjach tych uzurpatorów buntu, którzy mówią, że „wódka była beznadziejnie tania”, że w stanie wojennym w Internatach robiono dowcipy klawiszom bez żadnych konsekwencji, że byli równi i równiejsi i właśnie dopuszcza się do głosu tych równiejszych:

„ (…) Zarabiałem wtedy chyba cztery tysiące złotych od razu. Dostałem umowę do podpisania, kiedy zobaczyłem kwotę, to zdębiałem po prostu. Gdybym poszedł na pensję asystenta, to bym dostawał chyba jakieś tysiąc pięćset złotych. Miałem gabinet, sekretarkę – to była szalenie miła i piękna dziewczyna, Halinka Cieślińska. Pracowałem tam do września 1977 roku. Nie odłożyłem ani złotówki. Skorzystał na tym aktyw studencki i polski przemysł spirytusowy. Działaliśmy ostro.(…)”

Gdzie jest bunt w takiej relacji? Gdzie tytułowy bunt we wspomnieniach plastyków, których działalność znam przecież od podszewki…
Pięćset stron opowieści, ale niejednokrotnie opowieści „jak leci”. Trudno w mrowiu życiorysów wyławia się rzeczy cenne, jak opisy pracy nad wydawaniem opozycyjnej literatury, wszechpanujący strach po ogłoszeniu stanu wojennego, kiedy nikt nie wiedział, jak się dalej to wszystko potoczy. Właściwie przeczytałam tylko tę książkę po to, by białe plamy czasów, w których żyłam nareszcie zastąpić prawdziwym życiem, które ktoś inny za mnie doświadczył i zdał z tego sprawę. Ale widocznie, żeby tego dokonać, trzeba być świadkiem epoki bardziej wrażliwym, niż zebrani w książce narratorzy. Być może przeszkodą w tym połowicznym sukcesie jest ich dobór.

Na portalach literackich piszą teraz demokratycznie wszyscy. Nic z tego nie wynika dla jakości powstającej literatury. Być może podobnie jest z gawędą, która może być sztuką, ale najczęściej zwykłym ple ple.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , | 7 komentarzy

VICO (2)

Grecy to poezja, Rzymianie to proza, pisze Vico. Ale dzisiaj, po wiekach szaleństwa ludzkości, jak pisać historię, by była poezją? Hayden White w swojej „Poetyce pisarstwa historycznego” podpowiada współczesne rozwiązania, dla którego np. relacja Primo Leviego jest istotą Holocaustu, ponieważ, powołując się na słowa z „Nauki Nowej” Giambattisty Vico „człowiek może osiągnąć wiedzę tylko o tych rzeczach, które sam wytworzył, albo jest w stanie wytworzyć”.
Podobno Primo Levi popełnił samobójstwo nie dlatego, że doświadczył Holocaustu, ale dlatego, że o nim pisał. Ból życia nie zawsze jest do pokonania, ale nie ma innej drogi. Nietzsche powiedział, że „sztuka istnieje po to, byśmy nie umarli od prawdy”. Primo Levi nie umarł od prawdy, ale od sztuki.
White w oparciu o Vico buduje dzisiejszy model metahistorii złożony z metafory, metonimii, synekdochy i ironii.
Jakim gatunkiem literackim osiągnąć transparentność ludzkich przeżyć na przestrzeni dziejów, ocalić je od zakusów wszelkich demagogów kształtujących historię do własnych potrzeb?
Słucham piosenek Jana Krzysztofa Kelusa, by zrozumieć czasy, w których żyłam. O Kelusie w Sieci jest wyjątkowo mało, a historia pisana przez Kelusa zastępuje z powodzeniem wszelkie o nim wypowiedzi i naukowe dysertacje. Kelus nie napisał ani jednej niepotrzebnej piosenki, ani jednej pustej zwrotki, ani jednego fałszywego słowa. Historia w wydaniu Kelusa jest poezją.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

Mariusz Grzegorzek “Królowa aniołów” (1999)

Postmodernizm radośnie uwierzył, że bez żadnego przygotowania może podjąć każdą tematykę i głośno o niej się wypowiadać, najbardziej chyba wysypuje się w wątkach metafizycznych i surrealistycznych. Te wszystkie okropne filmy Lecha Majewskiego, Piotra Szulkina, Jana Jakuba Kolskiego z pewnością zaciążyły na Grzegorzku, który całkiem znośnie zadebiutował „Człowiekiem z Szafy”.
Najbardziej chyba zaszkodził mu film Macieja Wojtyszki “Ognisty anioł”(1985), nakręcony widocznie pod wpływem wyboru na papieża Polaka, gdzie Maciej Wojtyszko, niemający pojęcia o rosyjskim symbolizmie, zekranizował arcydzieło Walerego Briusowa „Ognisty anioł”.
Nie mam pojęcia, czy Wojtyszko przyswoił idee Schellinga, Hoffmanna i Novalisa, lektury, które pokolenie Briusowa znało na pamięć i z genialnie potrafiło je przetworzyć tak, by były rosyjskie. Ten ich wielki wysiłek twórczy, to dojście do mistycyzmu estetycznego łączącego chrystianizm z pierwiastkiem dionizyjskim, a to wszystko przesycone liryką Verlaine’a, to przecież czysta, wspaniała poezja, na której wyrosła Cwietajewa, Achmatowa, Mandelsztam, a potem Brodski. Ale przynajmniej ten film stara się w jakiś sposób lojalnie, wszak nieudolnie, powiedzieć, o co chodziło Briusowowi.
Nie ma nic gorszego, niż fałszywy symbolizm. To tak, jak wszelka tandeta imitująca złoto. Na dodatek zło artystyczne ma swoje konsekwencje. Oto następne pokolenie twórców filmowych, które reprezentuje Grzegorzek, łapie się za symbolizm rosyjski czyniąc to w kompletnej samowolce artystycznej. A przecież żeby mistycyzm nie był bełkotem, potrzebuje o wiele większego reżimu logicznego, niż realizm.
Film otwiera scena krzyczącego w szpitalu dziecka, małego aktora, który nawet w swoim nieskomplikowanym, powtarzającym się krzyku nie sprostał rzemiosłu aktorskiemu, ale przynajmniej, jest to jedyna realistyczna scena, która coś konkretnego mówi. Potem następuje zupełna degrengolada, mówią wszyscy jednocześnie i poprzez siebie, ale jak to w polskim filmie, każdy dba tylko, by siebie wyeksponować, toteż wszelkie sceny zbiorowe są zawsze histerycznymi monologami bez względu na to, kogo aktorzy odgrywają.
I jeszcze na to wszystko nakłada się fantastyka rodem z jarmarku: postać kołysząca kołyską obwiązana wraz z twarzą czarnym bandażem, w kołysce porcelanowa lalka krwawiąca czarną cieszą, podobnie na ziemi jajko broczące czarną posoką. Zofia Rysiówna, polska aktorka szekspirowska, jako przerysowana matrona, wygłaszająca kwestie źle napisanego monologu… Właściwie dosłownie każdą scenę tego filmu można obśmiać i zrobić z tego całką przyzwoitą komedię. Niestety, Mariusz Grzegorzek kręci to wszystko ze śmiertelną powagą, mieszając jak diabeł w kotle style, kierunki i czas, jak uczeń szkolny, który nie przygotował się do lekcji i bajdurzy wywołany do tablicy, a nauczycielka przysypia i nie wie, nie słyszy o czym, byleby mówił i dał spokój. Ale widz nie jest nauczycielką, widz płaci, a nie pobiera honorarium, widz płaci całym sobą, a szczególnie swoją duszą. I, jeśli po czymś podobnym niedojrzały odbiorca tego filmu na serio weźmie sieriożne przesłanie wyrecytowane w ostatniej, zbiorowej scenie, gdzie jak w teatrze, aktorzy zbierają się, by podkreślić, że to tylko gra i świat sztuki, jeśli widz te końcowe brednie o miłości weźmie na serio, to najprawdopodobniej nigdy nie zrozumie współczesnego kina europejskiego, zatrzyma się w swoim rozwoju i zacuka, bo potęga wiary jest wielka, kiedy serwują ją fałszywi mistycy, sztukmistrze, krzykacze i neurotycy pokroju Mariusza Grzegorzka.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | 8 komentarzy