VICO (1)

Przyznaję ze wstydem, że przeczytałam „Naukę nową” Giambattisty Vico dopiero mając sześćdziesiąt lat. A przecież całą teorię poetyki Harold Bloom oparł na Vico. Na kolanach o Vico, jego nieprzemijalnej wartości odkryć pisali miedzy innymi Cassirer, Fray, Czerny, Infante, Starobiński, Ortega y Gasset, Márai, Kundera, Eco, Berlin, Becket, Pavese, Barthes, w Polsce Brzozowski, Leśmian, Bielik-Robson, Janion…
Co jest u Vico, którego także dzisiaj czyta się z zachwytem, a czego próżno szukać u innych filozofów idei, też tych dzisiejszych, którzy dysponują o wiele precyzyjniejszymi narzędziami badawczymi niż osiemnastowieczny myśliciel, który całe genialne życie samotniczo, bez rozgłosu przesiedział w Neapolu?
Nie mam pojęcia, czy zdumiewające hipotezy Vica np. o pochodzeniu starożytnych olbrzymów opisanych przez Homera są trafne. Ale odwrócenie ról, to, że mity są prawdą, że świat baśni jest bardziej realny niż wszelkie dokumenty historyczne, to nie nadinterpretacja Vico. Poezja była pierwsza, dowodzi Vico. To nie proza konstruowała nasz świat, a wyobraźnia poetycka, kiedy starożytność rafinowała się w formułowaniu świata, w nazwaniu żywiołów, gwiezdnych konstelacji, potrzebny był ten naddatek zawarty nie w intelekcie, ale w poezji.
Filozof nie może być poetą, ani poeta filozofem, pisze Vico. Wspaniałość rozwoju ludzkości optymistycznie Vico przypisuje wyłącznie sztuce i działaniu pozornie irracjonalnemu.
Bez alegorii, metafory, metonimii i synekdochy nie wyrażono by niewyrażalnego. Vico opowiada o powstaniu poetyckiego świata nie jako poeta, ale jako filozof. Oddaje tym hołd poezji stawiając się poniżej. Ale podkreśla, że ludzkość sama tworzyła swoją historię. I ta konkluzja jest pocieszająca dla każdego poszczególnego istnienia: to my piszemy swoje historie, wymyślamy bogów, by móc odnajdywać się i przeglądać jak w lustrach w cudzych ideach i wyobraźni artystów.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 13 komentarzy

Mariusz Grzegorzek „Jestem twój”(2009) na podstawie dramatu Judith Thompson „I Am Yours” (1987)

Wczoraj ten film portal iplex dodał do kategorii filmów „za darmo” i zobaczyłam z zainteresowaniem produkt kinematografii polskiej, o której alarmująco coraz częściej słyszy się sieciowe głosy, że schodzi na psy.
I faktycznie, schodzi, schodzi w dobie łatwej dostępności widza do perfekcyjnie robionych dzisiaj utworów kina światowego. W czasach, gdy możemy śledzić z zazdrością rozkwit kina azjatyckiego i krajów postkolonialnych, ich sztuki filmowej wyraźnie poruszającej problemy ich mieszkańców.

Judith Thompson, na której Grzegorzek oparł scenariusz, to podobno kanadyjska buntowniczka, kontynuatorka dzieła Arthura Schnitzlera. Niestety, nie znalazłam spolszczeń dramatów Thompson (nie założono jej nawet polskiej strony Wikipedii). Polski jest pomysł opowiedzenia o niepożądanej ciąży, kanadyjski z odwróceniem ról – tutaj walczy o płód uwiedziony mężczyzna, a nie uwiedziona kobieta, co zdaje się być najsilniejszym atutem przedsięwzięcia. Sama walka zakonotowana jest w polskiej świadomości, dzięki szkolnej lekturze Gabrieli Zapolskiej „Pani Dulska’. Nie wiem natomiast, na ile histeria wszech panosząca się w filmie jest kanadyjska, a na ile polska. To, że deformacje bohaterów, słuszne przerysowane w kierunku patologii, są uniwersalne i rozpoznawalne na całym ziemskim globie, czyni z filmu rzecz na tyle strawną, że zobaczyłam go do końca.

Tylko aktorka Dorota Kolak sprostała artystycznemu wyzwaniu, o czym słusznie donosi forum filmwebu. Zdawałaby się, prosta konstrukcja fabularna ma na celu retrospekcyjnymi scenami przybliżyć widzowi problem bohaterów – odpowiedzieć na pytanie; dlaczego w dobie polskich przemian politycznych i wyraźnej sytości – gdyż nawet tzw. doły społeczne mają się tam życiowo wybornie – jest tak źle, tak głupio i tak na zawał i na zmarnowanie? Wariactwo, demony, symbolizm scen (pszczoły, kicz piosenek) zmierza podobno – jak dowodzi Tadeusz Sobolewski – do zamierzonej groteski. Ale czy kontrolowanej? Czy z premedytacją? Realizm zawsze jest łatwiejszy do opanowania zarówno przez twórcę, jak i przez widza. Schody zaczynają się wtedy, kiedy autor przekazu sięga po środki, nad którymi nie panuje.

Społeczna psychoanaliza? Deficyt uczuć w dobie rezygnacji z religii i obrzędowości? Damska swoboda seksualna i jej skutki?
Grzegorzek nie stara się odpowiedzieć na te pytania i nie wiadomo nawet, czy je stawia.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , | 42 komentarze

GRZYBY

Przywiezienie z Krakowa grzybów przez starszego syna połączyło się nadchodzącymi urodzinami młodszego. Kiedy uruchomił mi playlistę w winampie, zjadłam po całodziennej głodówce pierwszą partię suszonych grzybów i za pół godziny miałam zjeść resztę z plastikowego pudełeczka. Położyłam się w łóżku kierując głowę w stronę komputera, gdzie geometryczne wzory o wściekłych, neonowych kolorach zmieniały się pod wpływem delikatnej muzyki wprawiając w nieustanny ruch ekranową przestrzeń.

Były identyczne, jak trzydzieści dwa lata temu w szpitalu na izbie porodowej. Po sześciu godzinach wysiłków by ujrzeć, jak wyrywają ze mnie drugiego syna, identycznego, jak pierwszego, owłosionego noworodka, ściskałam w dalszym ciągu w zaciśniętej pięści papierowy banknot, który miałam wręczyć pielęgniarce, jako zapłatę za podanie środka znieczulającego w trakcie zszywania krocza.
I tak szóstego marca o godzinie szóstej rano rozluźniłam pięść i banknot przeszedł do dłoni kobiety, która natychmiast przyniosła strzykawkę. Fraktale, niekończące się otwierające okna, które otwierały mieszczące się w nich kolejne okna, nieustannie, kalejdoskopowo wsysały mnie czystymi barwami rozszczepionego światła słonecznego. Miarowo, na zasadzie fotograficznej zasłony, unosiły mnie w przestrzeń nieba. Cały czas miałam uczucie, że umieram, że odchodzę, że Bóg jest celem, tym geometrycznym, nieprzyjemnym i nieustannie zmieniającym się kalejdoskopem.
Proces wsysania trwał bardzo długo, w tym czasie pogrążałam się w smutku i rezygnacji, że nie pozałatwiam tych wszystkich ziemskich spraw, które mam jeszcze tam na dole, że idę tam, gdzie jest zimno, obco i nieprzyjemnie. Mając do dyspozycji te dwa światy – psychodeliczną przestrzeń nieba i brudny koniec zimy przemysłowego, brzydkiego miasta – wybrałam dół i wtedy odczułam, że wciągająca mnie barwna gonitwa zmieniających się obrazów zwalnia i odpuszcza. Poczułam powolne obniżanie się mojego ciała, a niebo z abstrakcyjnym Bogiem zaczyna się oddalać.
Kiedy odnalazłam się na szpitalnym wózku odetchnęłam z ulgą, że żyję i że jeszcze nie pora umierać.

Wszystko to przypomniałam sobie teraz bardzo wyraźnie wchodząc w tę podróż uruchomioną Psilocybe Cubensis (odmiana Ekwador) i dziwiłam się, że wizualizacja winampu jest jaka sama, jak po Głupim Jasiu.
Toteż od razu weszłam w jakąś nieprzyjemną, być może pod wpływem tych wspomnień, ścieżkę zimna i nie wiedziałam też, czy cała ta stymulacja komputerowa nie jest skonsturowana tak, by mnie wyziębić, a potem dać mi ciepło. Kiedy opróżniłam plastikowe pudełeczko z drugiej porcji grzybów, na ekranie pojawił się przesuwający się lodowiec, a w kosmosie kołysał się schematycznie skonturowany święty Mikołaj w otoczeniu płatków śniegu. Wszelkie odgłosy burz, rzęsistych opadów łączyły się na ekranie z nieustannymi metamorfozami przenikających się tęczowych wzorów, barwnych plam, linii i kalejdoskopowych symetrii. Przenikliwe zimno zaczęło powoli ustępować, zamknęłam więc oczy i skupiłam się na dolatujących z głośników odgłosach ptaków i cykad. Te przyjemne doznania wspierały rytmicznie powtarzające się, narastające fale o określonej częstotliwości działające jak dostawcy ciepła. Tak, jakby obdarzano mnie czymś, czego nie ma, a co trzeba importować, sprowadzać z daleka. I wtedy pojawiły się różne postacie z mojego życia, z różnych jego faz, i wszyscy byli mili i dobrzy, wszyscy, cały korowód osób pojawił się widocznie tylko po to, by okazać mi życzliwość. A ja cały czas sobie obiecywałam, że po tej sesji grzybowej do nich się zwrócę, że będę reaktywować te wszystkie znajomości, że pierwsza je wznowię, bo wiem, że są mi tak przychylni. Jednak cały czas nieśmiało oczekiwałam wejścia w świat ducha, w świat idei platońskich, a to nie nadchodziło. Czasami śmiałam się, wybuchałam niepohamowanym śmiechem, ale równocześnie przyłapywałam się na tym, że ten mój śmiech nie jest spontaniczny, ale cały czas ironiczny. Dystansowałam się więc do mojego śmiechu i te krótkie, środkowe chwile sesji, kiedy w dalszym ciągu wzrastałam w tym stanie, w którym się pod wpływem grzybów i wspomagającej muzyki znalazłam, równocześnie dawały mi  niepotrzebne  poczucie panowania nad całą sytuacją. Rytmiczna muzyka krajała moją głowę. Niepohamowany proces skanowania mózgu, przejęcia go przez jakieś niezidentyfikowane siły stawała się mantryczna i monotonna, i nawet zaczęłam obojętnie traktować to, że niedługo już go nie będę miała i z pewną nawet ulgą czekałam, aż proces ten się sfinalizuje jak przy kompaktowaniu Outlooka. Chcąc wyjść z zamkniętego pokoju nacisnęłam eskape, by wyjść z programu, ale klawisz nie działał. Poczułam się trochę uwięziona, ale było to bardzo słabe poczcie zagrożenia, właściwie dominującym uczuciem była rezygnacja i poddanie się. Wszelkie obietnice wejścia w jakieś głębsze rejony świadomości były już nierealne. Ślizgałam się cały czas po powierzchni mojego życia, wszystko, czego doświadczałam w ostatnim tygodniu przychodziło jak niepotrzebne, psychiczne śmieci.
Upływała szósta godzina sesji i ja tkwiłam w tym zawieszeniu tak, jakbym wraz z programem komputerowym zacięła się i trwała w nieskończoność w niezdefiniowanej stagnacji.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , | Dodaj komentarz

Dziennik miejski (6)

Poszukiwanie papierowej dokumentacji dokonań mojego żywota rzuciło mnie w ten marcowy czas przenikliwego zimna na północ miasta.
Kiedy w przemoczonych botkach natrafiłam na Real – jego istnienie w tym miejscu mgliście tylko przeczuwałam – było już późno i powoli niebo stawało się granatowe. Rozświetlony hipermarket dawał obietnicę wytchnienia, toteż szybko zdjęłam ciężki płaszcz i włożyłam do wózka. Kupiłam herbatniki i płacąc przy kasie dostrzegłam w tłumie Krzysia. Nieprawdopodobna sytuacja z „Gry w klasy” Cortazara zaczęła się ziszczać. Rzuciliśmy się sobie w ramiona, Krzyś zaprowadził mnie do stolika i poszedł zamówić herbatę.
– Bez cukru i cytryny – rzuciłam za nim, by jakoś obniżyć koszt tego spotkania. Nie miałam ani grosza, herbatniki pochłonęły wszystko, co pozostało mi z opłat za wydanie dokumentów w urzędach.

– Kim ty jesteś Krzysiu teraz? Docentem już nie, bo podobno nie ma już docentów. Profesorem? – Tak, jestem habilitowanym doktorem- zaśmiał się Krzyś chcąc zbagatelizować swoje dokonania życiowe, które, jak wynikało z dalszych jego słów, były imponującej pozwoliły mu na pracę na uczelniach w niewielkim wymiarze godzin i duży życiowy luz. Prezentował się zresztą doskonale w odróżnieniu od moich przyjaciół malarzy, którzy na Facebooku wglądają niezmiennie jak zapijaczeni Święci Mikołaje na ostatnich nogach. Krzyś odwrotnie do czasu, który niemiłosiernie pastwi się na moim pokoleniu, dotarł, jako nieliczny, do fazy rozkwitu.

Kiedy kelnerka postawiła przed nami dwie filiżanki herbaty i dwa małe talerzyki z dwoma plastrami cytryny – cukier stał cały czas w cukierniczce na stoliku – byliśmy już po moich informacyjnych opowieściach, o tym, co dzisiaj robią żony mojego brata, ilu miały mężów owdowiawszy, co robią jego córki i ile mają dzieci.
– Wspominacie Andrzeja? – spytał Krzyś, a ja nie mogłam się zorientować, czy to jest pytanie grzecznościowe, czy faktycznie po tych trzydziestu latach z okładem pamięć mojego brata w Krzysiu jest żywa, czy okolicznościowa i czy aby tym pytaniem nie nadrabia jakiś swoich zaległości. Nie zdążyłam i tak odpowiedzieć, bo zadzwoniła właśnie jego żona, której Krzyś tłumaczył spontanicznie, że spotkał kogoś tak cennego:
– Wiesz – mówił do komórki – siostra przyjaciela, który zginął w Himalajach, wiesz, ten, o którym ci opowiadałem – mówił podekscytowany, ale trudno było wywnioskować, czy kobieta po drugiej stronie połączenia wiedziała, o co chodzi. Krzyś obiecał dokonać zakupu brakujących dzisiaj w ich domu rzeczy i rozmowę zakończył, co zakończyło też temat mojego brata.

– Ożeniłeś się?Masz dzieci? – spytałam zaciekawiona.
– Bo wiesz, to że tak długo nie zakładałeś rodziny i że tylko z dziewczynami „chodziłeś”, to rodziło plotki, chodziły słuchy, że jesteś pedałem. Wtedy, jak mnie spiłeś zaraz po mszy żałobnej za Andrzeja i wszyscy mnie szukali, a ja byłam u ciebie, to nawet Bożena dzwoniła do mamy, czy już wróciłam – to się dziwili… Ale przecież pedał to nic złego – plątałam się coraz bardziej widząc reakcję Krzysia, który nagle zesztywniał i stał się na moment zwyczajnym profesorem nadzwyczajnym.
– Ożeniłem się cztery lata temu – Krzyś wrócił już do swobodnego, ciepłego nastroju.
– Nie, niestety nie mamy dzieci. Żona jest o 13 lat młodsza. Jestem bardzo zadowolony.
– No, nasz romans trwał tak krótko, że trudno było się zorientować – brnęłam coraz bardziej w rejony, których Krzyś sobie wyraźnie nie życzył.
– Jaki tam romans – żachnął się, jakby chcąc pewne rzeczy albo zdyskontować, albo też ich zupełnie nie pamiętał i nie chciał się, że nie pamięta, przyznać. Krzyś ostatni okres życia brata spędził z nim w Krakowie. Brat pisał doktorat przed wyprawą w Himalaje i jeździł na UJ robić obliczenia na tamtejszym uczelnianym komputerze. Spędzał z Krzysiem czas niemal codziennie, co automatycznie czyniło go największym jego przyjacielem.

– A ty, co robisz? Mówisz, że jesteś na emeryturze? I co, malujesz?
– Nie, wystąpiłam ze Związku Artystów Plastyków. Nie mam możliwości wystawiać. Mam bardzo niską emeryturę. Malarstwo to kosztowna zabawa. Nigdzie nie należę, z kościoła też wystąpiłam. Chcę resztkę życia przeżyć tak jak chcę, jak zawsze chciałam. Jestem w najszczęśliwszym okresie mojego życia, mam nareszcie upragniony luz finansowy. Zajęłam się literaturą na poważnie. Prowadzę bloga. Przecież ty pisałeś wiersze, nie interesujesz się literacką Siecią? Nie publikujesz na portalach Liternetu, Nieszuflady?
I wtedy zadzwoniła znowu żona Krzysia, a z jego dopowiedzeń wynikało, że dyktuje mu dalszą listę zakupów.

– Opowiedz mi o tym bloguto bardzo interesujące – poprosił, a ja nie wiedziałam, czy to grzeczność, czy autentyczne zainteresowanie. Popatrzyłam na niego z wahaniem, bo w końcu to dla mnie wysiłek tłumaczyć mu rzeczy, o które pyta tylko pro forma. Jednak pamiętając jego recytacje wierszy w naszym domu zdecydowałam, że odpowiem. W końcu to Krzyś był zaawansowany jako adept poezji lat osiemdziesiątych bardziej niż ja, pokazywał swoje wiersze aktorom warszawskim, podobno zbierał zachwyty i przychylne opinie. Niestety, bardzo trudno było wtedy, przy małych dzieciach nawiedzenia poetyckie Krzysia traktować poważnie. Wpadał do nas często po śmierci Andrzeja z wizytą i po odczekaniu jakiś obowiązujących zwyczajowo konwersacjach nagle wyjmował z kieszeni kartkę i skazywał wszystkich obecnych w domu na słuchanie jego recytacji.
– Staram się czytać co teraz wychodzi w tomikach poetyckich i rejestrować na blogu moje odczucia po lekturze tych wierszy…
– I co, i co? – Dopytywał się Krzyś, jego natężona uwaga świadczyła o tym, że burzy się coś w nim, że być może przeżył już takie chwile w związku z czytaniem jego wierszy i być może ktoś ich nie pochwalił i jakby teraz, zastępczo czekał, że ja będę chwalić wiersze mu wprawdzie nieznane i obce, jednak wspólnotowe.
– No, najczęściejprawie zawsze – piszę, że autor nigdy poetą nie był, nie jest i nie będzie – wyrecytowałam, jakbym przyznawała się do winy. Na twarzy Krzysia natychmiast pojawiło się rozczarowanie i zniechęcenie.
– Jak to?.. I po co to… To nie ma grup wspierających, zachęcających?
– Owszem, wyłącznie są! To mówię ci, wejdź na byle portal poetycki i w pięć minut skrzykniesz grupę poetów, która cię będzie chwaliła. To jest niesłychanie proste. Wystarczy, że ty będziesz chwalił, poeci to naród wdzięczny, wynagrodzą Ci to takimi samymi pochwałami, bo poeta pamięta! Ale mój blog jest inny. Dlatego mnie w Sieci nikt nie lubi. Mnie nienawidzą. I wiesz, ja zupełnie nie mam żadnego już ruchu. Piszą mi w mailach, żebym dała adres, to przyślą mi tomiki do domu. Dawniej się głupia godziłam, wtedy pisałam w mailach długie analizy, oczywiście negatywne, ale bardzo się przykładałam, ponieważ rzecz była wewnętrzna, to nigdy nie pisałam o tym publicznie. Ale nawet przy tak uczciwie postawionej sprawie dorobiłam się jeszcze wrogów wewnętrznych. W odpowiedzi zarzucano mi, że słanych książek nie przeczytałam. I tak mam wrogów blogowych i mailowych. Teraz, kiedy przysyłają mi wersje elektroniczne, to kasuję od razu załączniki, ale to też jest obraza i ten, komu skasuję załącznik nie przeczytawszy jego twórczości od razu mnie nienawidzi. Wiesz, ja nie mam żadnej mocy, nie mam pojęcia, dlaczego akurat ja mam kogokolwiek namaszczać, mianować na poetę, skoro mam tak złą prasę w Sieci, na innych portalach. A dla mnie poezja, literatura to sprawa niezmiernie poważna. Bo wiesz, to nie jest obojętne. To są połączenia z Kosmosem, z Wszechświatem, to nie przelewki. A mam cały czas do czynienia tylko z przejściowym egoizmem ludzkim, co jest zupełnym przeciwieństwem twórczości, która musi być wolna, czyli bezinteresowna.
I wtedy zadzwoniła mama.
Jestem z Krzysiem. – Z K R Z Y S I E M!!! – Tak, z tym, z przyjacielem Andrzeja!!! – Na kawie!!!, Nie na herbacie!!!
Widząc, że Krzyś daje znaki, mówię:
-Krzyś cię pozdrawia!!!! – Tak zaraz przyjdę. Już kończymy. Tak, pozdrowię Krzysia od ciebie!!! – Mama cię pozdrawia – mówię Krzysiowi.
– A jak się mama czuje? Wiesz, moja mam zmarła cztery lata temu, ale ojciec ma 96 i bardzo dobrze się czuje.
– E… dobrze się czuje… Dostaję takie maile od moich kolegów malarzy, że ojciec ma dziewięćdziesiąt i prowadzi samochód. W nic nie wierzę. Moja mama ma 88 i właściwie, gdyby miała się dobrze czuć, to musiałaby wymienić wszystkie organy i narządy na nowe. Widzisz: ten telefon. Nic nie słyszy. Pamiętasz ten skecz Laskowika „Mamuśka”? Głuchy telefon.

Zaczęliśmy kończyć spotkanie. Krzyś usiłował znaleźć skrawek papieru, by napisać mi swój adres mailowy Ja też nie miałam wizytówki. W końcu na rachunku z kawiarni wypisał adres. – To przecież znajdę na twojej uczelni – powiedziałam demaskując te grzecznościowe symulacje. Oderwałam z mojego telefonu komórkowego naklejkę, ale była tak mikroskopijna, że Krzyś nie mógł przeczytać moich danych.
To przypomnij mi twoje nazwisko…
– Bieńczycka.
I pożegnaliśmy się tak, jak przywitaliśmy się. Rzucając się sobie w ramiona.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , | 4 komentarze

Dziennik miejski (5)

24 luty 2012, piątek. Nie mogłam wczoraj pisać na blogu mojego cotygodniowego sprawozdania ze stanu poezji dzisiejszej, gdyż w czwartek przypadło, zbierające się raz w roku, zebranie Wspólnoty Mieszkaniowej.

Boję się wychodzić z domu na wypadek spotkania kogoś, kto nie jest np. taką Magą z „Gry w klasy” Cortazara, którą Horacio zawsze spotykał w Paryżu bez żadnego umawiania się. Ot, kochankowie wychodzili ze swoich mieszkań w oddalonych od siebie dzielnic Paryża, o byle jakiej porze i szli byle gdzie, by zawsze natknąć się na siebie w czeluściach wielkiego miasta. U mnie jest podobnie, z tą różnicą, że kiedy wyjdę z domu o byle jakiej godzinie i idąc byle gdzie, zawsze się natykam na kogoś, kto nigdy nie był moim kochankiem, czyli zawsze na Danusię.
I tak Danusia dopadła mnie na ulicy, nie mam pojęcia, w jaki sposób w tak dużym mieście właśnie mnie dopadła, i właśnie przed tym zebraniem, ale ponieważ boję się Danusi, obiecałam jej, że będę reprezentować matkę na zebraniu i za nią oddawać głosy wspólnotowe. Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii 2012, dziennik ciała | Otagowano | Dodaj komentarz

Chordettes “Lollipop” z angielskiego luźno przetłumaczyła Ewa Bieńczycka

Lizunia, Lizunia
Oh, niunia, niunia, niunia
Lizunia, Lizunia
Oh, niunia, niunia, niunia
Lizunia, Lizunia
Oh, niunia, niunia, niunia
Lizunia, cmok
Lizunia, Lizunia
Oh, niunia, niunia, niunia
Lizunia, Lizunia
Oh, niunia, niunia, niunia
Lizunia, Lizunia
Oh, niunia, niunia, niunia
Lizunia, cmok Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Dodaj komentarz

Pierwsza Nagroda konkursu im. Marka Hłaski w Wiedniu 1990 Adam Lizakowski „Złodzieje czereśni”(2000)

Adam Lizakowski otrzymał wiele nagród, ale nie doszukałam się informacji w Sieci, czy była i jaka za „Złodziei czereśni”, więc na wszelki wypadek nagrody nie wpisałam w nagłówku postu(doszła wiadomość i uzupełniłam).
Ze wszystkich dostępnych w bibliotece pozycji autora, które przeczytałam, wybrałam do dzisiejszej analizy właśnie ten tomik, gdyż wydawał mi się najbardziej reprezentatywny dla dyskusji o tego typu poezji. Adam Pertinent – pod takim nickiem kryje się Adam Lizakowski – opublikował dotychczas na portalu Nieszuflady 161 wierszy i większość właśnie pochodzi z tego tomu.
Na plus Lizakowskiemu trzeba zapisać to, że porusza sprawy emigracji, że próbuje skonfrontować te dwa światy, w których jako poeta jest cały czas w trakcie aktu twórczego i że mentalne powroty do Polski podyktowane są autentyczną nostalgią. Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , | 37 komentarzy

Dziennik miejski (4)

Z pieczątką szkoły poszło mi stosunkowo łatwo, mimo wewnętrznego oporu do przekroczenia jej progu po 30 latach. Nakręcałam się tym, że to przykre doświadczenie zużyję w trakcie rysowania komiksu o szkole. Ale zamierzenie niwelacji poprzez twórczość nie starczało na tyle, bym nieprzyjemne wspomnienia mogła przeżywać dwa razy. Niestety, mimo, że młoda, sprawna sekretarka wyciągnęła teczkę z moimi personaliami natychmiast, bez szukania i ku mojemu miłemu zaskoczeniu zadzwoniła nawet do ZUS-u z zapytaniem jak ma rozwiązać ich prośbę, skoro takich druków już dawno nie wydają, to jednak na pieczątkę dyrektorki miałam czekać jeszcze tydzień i miałam tu przyjść raz jeszcze. Zeszłam więc w celach regeneracyjnych do podziemi szkolnych, w których w dalszym ciągu istniała – jak wtedy – stołówka, a w której trzydzieści lat temu uczyłam wychowania plastycznego. Kucharki po moim zapytaniu, czy mam robić zdjęcia potajemnie, czy zezwalają na nie oficjalnie, wpadły w popłoch i zatelefonowały do sekretarki, od której właśnie wracałam i po jej akceptacji wpuściły mnie do niskiej, pustej sali z okienkiem do wydawania obiadów, gdzie stały nowe stoły i krzesła. Obiady miano wydawać za dwie godziny. Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii 2012, dziennik ciała | Otagowano , | Jeden komentarz