PIOSENKA ULICZNA

O, lubię widzieć czerwienie
w mokrym rozmazane
jak auta celują we mnie
oświetlając ranę.

O, jak ciepło przy witrynie
pulsujących lampek,
gdy z aorty krew popłynie,
serduszkowym samplem!

O, jak szmince rozmazanej
trudno znać krawędzie,
pora wreszcie wejść w nieznane,
powrotu nie będzie.

O, skończyła się piosenka,
czerwony kolorek,
barwi stygmatem na rękach
dziennik, luty, wtorek.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , | 4 komentarze

SZYMBORSKA

Dzień pogrzebu Wisławy Szymborskiej zbiegł się u mnie z porządkowaniem dokumentów lat minionych, a ponieważ Wisława Szymborska była niemal w wieku mojej mamy, zajrzałam ja YouTube zobaczyć, co się działo w 1956 roku w Stalinogrodzie, kiedy miałam 4 lata, kiedy padał śnieg i chowano Bolesława Bieruta. Marek, starszy ode mnie o rok mąż mówi, że o godzinie 11 zaczęły tak wyć syreny, że weszli z siostrą pod stół i bali się, że wybuchła zapowiadana trzecia wojna światowa. Ich rodzice byli w pracy i niczego im nie wyjaśnili. Nie mam pojęcia, co robiłam 16 marca 1956, mama nie pracowała i pewnie wyłamała się z obowiązkowego znieruchomienia, gotowała w najlepsze obiad, podczas gdy w tym samym czasie nawet statki na morzach zamierały w bezruchu.

Na odpowiedniej do nastroju starej taśmie Polskiej Kroniki Filmowej Andrzej Łapicki grobowym, przejmującym głosem wygłasza poetyckie słowa:

„(…) Dzień i noc szli warszawiacy,
szły delegacje z całej Polski i jeszcze jeden dzień i jedną noc.
Noce były zimne,
a od Wisły szedł mroźny wiatr.

Trzeba było czekać długie godziny.(…)” Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , | 14 komentarzy

Krzysztof Szymoniak “Pokój bez okien” (2009); “poemat amerykański” (2011)

Z twórczością Szymoniaka to jest tak, jak w jego wywiadzie przeprowadzonym z Gustawem Herling-Grudzińskim w 1994 roku, teraz publikowanym w sieciowym wydaniu „Zeszytów poetyckich”.
– Barańczak? – mówi Grudziński –

„Ja Barańczaka wysoko bardzo cenię jako pisarza, jako naukowca i jako tłumacza oczywiście. On dokonuje chyba cudów. Kiedy on to wszystko robi? Ciągle widzę nowe przekłady… Ale jest coś takiego niezwykłego w tym wszystkim.”
– I ta lisia kokieteria ciągnie się dalej odnośnie zasług Barańczaka, by mu potem za to, że odważył się na nowo spolszczyć „Hamleta”, słusznie przywalić:

„To jest absolutnie wierne; świetnie zapisane i tak dalej, ale to nie jest to.”

Podobnie jest z emigracyjnym poetą Tadeuszem Łukowskim, który nie nauczył się angielskiego, podobnie z Kisielem:

„No i to jest ten Kisielewski, ten mędrzec polityczny… Ja zresztą wysoko go cenię i nie chciałbym, żeby tu pojawił się cień złośliwości. To jest człowiek o ogromnych zasługach. On powinien nawet pomniczek dostać w Polsce za to co zrobił.” Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , | 20 komentarzy

Codzienne życie

Autobus z Paryża nie spóźnił się. Czekał na siostrę w jesienny poranek krótko. Gdy wnieśli torby pełne książek i słowników do samochodu odetchnęła z ulgą. Był to jej największy skarb, a niepokój, że go utraci, zawsze towarzyszył jej w podróży. Nie była zmęczona. Mówiła szybko i nerwowo wypalając ciągle nowego, wreszcie bez ograniczeń, papierosa. Nie czuła nawet ciężaru lat – jej duży biust nie mieścił się w czerwonym dresie założonym dla wygody do spania w autobusie. Był rozpięty, a obcisłe spodnie dodawały jej pewności siebie. Jednak na drugie piętro weszła z trudem zasapawszy się i z wdzięcznością zjadła podane śniadanie.
Miała tak wiele na głowie. Francuz, z którym uciekła rok temu zostawiając męża i dwoje dzieci nie sprawdził się. Jej studia romanistyczne w Paryżu okazały się nieprzydatne. Lubieżność i egoizm Francuza niszczyły ją, mimo wykształconych w sobie mechanizmów obronnych: taktyka godzenia się i skwapliwej akceptacji wszystkich niedogodności życia powodowała, że dominował.
– On ma tu przyjechać. Za dwa tygodnie. Mam zorganizować pracę, mieszkanie, transport mebli – uzupełniła bardziej kierując słowa do siebie.
Siadła i zadzwoniła w sprawie pracy. Słowa wypowiadała gładko i z dużą wprawą prowadziła fachowe, konkretne rozmowy. Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii dziennik ciała | Dodaj komentarz

Dziennik miejski (3)

31 stycznia 2012, wtorek. Wczoraj mama upadła w wannie pod prysznicem i kiedy zawołała, by ją wyciągnąć, przybiegłam i zobaczyłam, że jej sama nie wyciągnę, że wypełnia szczelnie całą wannę. Kiedy mama uporała się z ubieraniem szlafroka na mokre ciało, zawołałam Marka. Wcisnęłam się za ciało mamy do wanny, oparłam o ścianę i razem udało nam się stosując dźwignię mamę podnieść do pionu i przerzucić nogi mamy na zewnątrz wanny.
Dzisiaj oglądaliśmy w Castoramie kabiny prysznicowe, najtańsza jest za 184 zł z płyt plastikowych, ale trzeba dokupić brodzik, najtańszy za 43 zł i 67 groszy+ odstęp od podłogi ze styropianu za 54 zł. Jeśli Marek wykonałby brodzik z samych kafli, to kosztowałoby chyba jeszcze drożej, bo cenę cementu i kafli. Na razie kupiliśmy kafle z tzw. kończącej się serii przecenione z 50 zł za metr na 16 zł, by wykafelkować podłogę, jeśli uda nam się wannę wyrzucić i wynieść z czwartego piętra. Trzeba coś dać, bo tam jest surowy beton. Nawet, jak to wszystko wykonamy, to i tak nie wiadomo, czy wanna nie jest bezpieczniejsza dla mamy od prysznica, bo upadek na brodzik jest chyba jeszcze bardziej bolesny. Dzisiaj mama ma na głowie dużego guza i chyba powinnam asekurować mamę w trakcie kąpania.
Te kafle, które kupiliśmy są fiołkowe. Naszą łazienkę możemy uzupełnić każdym kolorem kafli, ponieważ wykafelkowana jest resztkami po mozaice, jaką wykonaliśmy dla basenu w ośrodku wczasowym w Jaworzu k. Bielska. Była to jedyna chałtura, jaką udało nam się dostać z przydziału PSP, czyli Pracowni Sztuk Plastycznych, które pośredniczyły w przydziałach prac dla plastyków i widocznie udało mi się ją dostać, bo nikt z rekinów śląskich jej nie chciał. Okazało się, że po zatwierdzeniu projektu trzeba było czekać kilka lat, aż zostanie wybudowany obiekt. Żadna też fabryka w Polsce (a podpisując umowę nie wolno mi było przekraczać granicy, zresztą ceny kafli zachodnich pochłonęłyby honorarium za wykonanie) robiąca kafle łazienkowe nie zgadzała się na wykonanie mozaikowych płytek 4x 4 cm w wielu odcieniach, mozaika z mojego projektu miała przedstawiać monstrualne akwarium z egzotycznymi, barwnymi rybami. Kiedy wreszcie wszystko się sfinalizowało, byłam już w dziewiątym miesiącu drugiej ciąży, nie pozostało nic innego, jak w tym stanie skakać po rusztowaniach i bardzo się śpieszyć, by zdążyć przed porodem. Dlatego część tego wyczynu jest na ścianach naszej niewielkiej łazienki na znak hartu ducha i wytrzymałości moich organów rozrodczych niczym pomnik. Być może, że dzisiaj kupione przepiękne kafle fiołkowe podkreślą heroiczną część łazienki i ją uświetnią.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, dziennik ciała | Dodaj komentarz

DZISIAJ POLSKA PODPISAŁA ACTA

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano | 9 komentarzy

Rafał Gawin „Przymiarki” (2009)

Trudno analizować tomik Rafała Gawina, ponieważ jego zawartość polega na przebiegłym zbiorze samych zabezpieczeń przed odpowiedzialnością za przestępstwo, jakim jest druk poezji niedojrzałej, niepotrzebnej i nie dającej się czytać.
Już sam tytuł asekurancko donosi, że są to jedynie poetyckie przymiarki. Wiersze zatytułowane niejednokrotnie pytaniami, pytania mnożą się wewnątrz wierszy, na które autor ani myśli dawać odpowiedzi. Zadane są tak, że rzucając je w przestrzeń poetycką Gawin nie interesuje się celowo odpowiedzią i jak małe, rozpuszczone dziecko pyta, aby pytać i doprowadzić do furii rodziców.

Czytam w wywiadzie z Marcinem Bałczewskim, że Gawin programowo nie tylko nie chce dowiedzieć się niczego jako autor pisanych przez siebie wierszy, ale też nie dopuszcza do siebie wszelkiej wiedzy o ich recepcji:

„(… )nie bierz do siebie krytyki tekstu: tekst jest tylko zapisem pewnego fragmentu mniej lub bardziej wykreowanej rzeczywistości i skoro już został napisany i puszczony w obieg (czytaj: pokazany choćby jednej osobie), funkcjonuje również poza tobą, więc nie bierz jego krytyki do siebie (…)”

– powie wierszofil balkowi, co stawia pod znakiem zapytania trud pisania tej notki, bo skoro daremne są próby zainteresowania kogokolwiek samą poezją, to kto jeszcze (autor sam się wykluczył) przeczyta moje blogowe słowa?

Rafał Gawin napisał jedną strofę w swoim tomiku celnie:

„(…)Pokolenia nie mają celów, co najwyżej
wymagania.(…)”

[Lustrzyca]

Jednak to zwykła kokieteria, o czym przekonują poeci z pokolenia Rafała Gawina których celem jest zachwyt jego poezją. Dawid Jung napisze, że:

„(…)Wiersze są naprawdę świetne. Przełamują pewien stereotyp młodego pokolenia. Są bardzo zaangażowane w życie polityczne, społeczne i kulturowe przede wszystkim. Jest to też jakaś rozmowa, polemika z wielkimi tuzami polskiej literatury. Myślę, że ta twórczość przebije się szerzej do świadomości, a szczególnie znajdzie uznanie wśród angielskojęzycznych czytelników, na czym nam bardzo zależy. Myślę że seria, którą uruchomiliśmy z Marcinem Orliński i Markiem Kaźmierskim – tłumaczem, będzie miała świetny wymiar promocji polskiej literatury za granicą.(…)”

Jednak sam autor, by wzmocnić efekt adoracji, pozornie zaprzecza przyjmując postawę skromnego, biednego, szlachetnego poety-idealisty:

„(…)Jeżeli poeta ma obecnie w ogóle jakąkolwiek rolę do spełnienia, to ta rola jest coraz bardziej znikoma – przyznaje Rafał Gawin. – Bardziej to jest jego idealizm, że ma pewne rzeczy do pokazania, do spełnienia, niż jakieś zapotrzebowanie społeczne. Cały czas myślę nad tym, jak sprawić, żeby wytworzyć jakiś rodzaj pozytywnego snobizmu na czytanie książek, a przede wszystkim na czytanie poezji wśród ludzi, którzy jeszcze dodatkowo mogliby te książki kupować. I wtedy rzeczywiście rola poety się zmieni. Oprócz Rafała Gawina w piątkowe popołudnie swoje wiersze zaprezentował Jacek Kukorowski, który niebawem w serii Biblioteka Debiutów „Zeszytów Poetyckich” opublikuje pierwszą książkę.(…)”

Pomińmy na razie debiut Jacka Kukorowskiego i przyjrzyjmy się już drugiej książce wierszofila, czyli Rafała Gawina pytając, jak on wiersze kocha i jak realizuje przyrzeczony czytelnikowi idealizm.
W pierwszym wierszu zbioru poeta pyta:

„Co cię bardziej przeraża: poezja współczesna czy współczesna
kobieta?(…)”

[Antykwariat. Dom publiczny]

Dalej w tym wierszu dowiadujemy się, że mimo, że zapytywany podmiot liryczny tkwi długo w tym zawodzie (chodzi zapewne o zdumiewający zawód łączenia antykwariusza i prostytutki) to waha się, czy w nim pozostać, i czy kiedyś uda się z tej dziwacznej profesji zrezygnować.
Ten sposób stawiania pytań towarzyszy wszystkim wierszom zestawu i nie przymierzając, są po prostu głupie:

[W seksie szukasz formy czy treści?]

“(…)Czy z każdą nutą ziemia drży coraz bardziej?(…)”
[Czy jesteś na tyle skuteczny, żeby obejść się bez boga?]

“(…) A może tylko
stworzyłbyś jedną z wersji powtórnego
przyjścia, szczegółu zamiast ogółu?(…)”

[Obwód otwarty. Przymiarki]

Między przymierzaniem się do pytań, poeta kasandrycznie przepowiada przymiarkę do wszelkiej niemożność ludzkiej egzystencji w czasach, które mają nadejść słowami kapłana:

“(…) W następnym wcieleniu będziemy gwoździami
w żywym drzewie krzyża, na którym przybędzie
nowy zbawiciel.(…)”

[Powstania]

“(…)Raj w obrazkach
nie nadaje się na grę planszową. Od początku
nie mieliśmy równych szans.”

[Efekt: domina. Czarne skóry i białe rękawiczki]

Rafał Gawin nie wie, co ma pisać, a fenomenem tej twórczości jest fakt, że mimo wszystko jednak pisze. Pisanie wbrew zdrowemu rozsądkowi jest być może chwalebnym rysem charakteru poety, który przepowiada światu najgorsze scenariusze. I ma rację.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | 22 komentarze

IWASZKIEWICZ

Adam Michnik polecił trzy książki roku, które obowiązkowo każdy Polak przeczytać powinien. Książki o Borejszy, Broniewskim i Iwaszkiewiczu. Właśnie ukończyłam Iwaszkiewicza.

Marek Radziwon w zwięzłej (580 stron) “Iwaszkiewicz. Pisarz po katastrofie” stara się o portret obiektywny, w moim odbiorze czołobitny, a i tak internauci w komentarzach do sieciowych recenzji pomstują na antykomunizm Radziwona i oszołomstwo niszczące chlubną kartę PRL-u. Na dodatek wielu, którzy książki nie czytali piszą, że Iwaszkiewicz nie splamił się żadnym wierszem o Stalinie po jego śmierci. Prostuję, splamił się, o czym Radziwon lojalnie donosi:

„(…) Iwaszkiewicz nie był tu żadnym wyjątkiem. Napisał artykuł dla „Nowej Kultury”: „Imię i postać Stalina były i pozostaną najgłębszym umiłowaniem ludzi prostych” – pisał. I dalej: „Wszystko, czego dokonaliśmy od lat prawie dziesięciu, wszystko, czym jest nasze współczesne życie, nasze osiągnięcia ekonomiczne i kulturalne, są i muszą być związane z Jego imieniem”. Iwaszkiewicz, działacz Komitetu Obrońców Pokoju, nazywał Stalina „wielkim obrońcą pokoju” o „genialnie prostym i jasnym umyśle”, pisał o „lampach ludzkich serc”, które płonęły „na całej kuli ziemskiej, we wszystkich krainach, przed portretami Tego, który już odszedł spomiędzy nas”, pisał o „zapale do pokoju”, jaki Stalin „potrafił wzbudzić w całej ludzkości”, nazywał Stalina „symbolem najwyższego ideału ludzkości, symbolem pokojowej i braterskiej współpracy między narodami”.
W druku dodano Iwaszkiewiczowi kilka zdań. Nie zmieniają one sensu tego i tak hagiograficznego artykułu, ale wzmacniają jego propagandową stylistykę. Fragment o „wszystkich ludziach prostych” zawiera w wersji opublikowanej wyrażenie o „klasie robotniczej i masach pracujących” -nie ma go w maszynopisie przygotowanym przez pisarza. Dopisano jeszcze fragment o „przyjaźni, która nas łączy z narodami radzieckimi, a która […] jest dziełem Jego i Partii, której przewodniczył, oraz tych, którzy w Polsce wzorują się na Jego myśli i Jego czynie”. W ostatnim akapicie zamiast neutralnych słów o „braterstwie ludów” i bez mała ewangelicznym „pokoju na ziemi” pojawiło się „braterstwo ludów ugruntowane wbrew wszystkim wrogom pokoju”.
Iwaszkiewicz przemawiał także na wiecu żałobnym Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu w Hali Mirowskiej. Nazywał Stalina „największym twórcą naszej epoki”: „Stalin jest dla nas niedościgłym wzorem tego, co przede wszystkim reprezentuje pierwiastek twórczy w życiu ludzkości. […] jego dzieło jest otwarciem nowej epoki”. „Twórcy […] odczuwali zawsze jego opiekę, jego dobrotliwy i wyrozumiały uśmiech zachęty – jego głębokie zrozumienie, jego trafną ocenę – powiadał Iwaszkiewicz. – […] W niezwykłych, dzięki swej przejrzystości, myślach Stalina […] twórcy sztuki i kultury znajdować zawsze będą ożywcze źródło działania i wyjaśnienie wątpliwości. Jasność jego sformułowań będących rezultatem głębokiego przemyślenia stała się dla nas najcenniejszym wzorem”. Ten występ Maria Dąbrowska komentowała w dzienniku: „niesmak wstrętny czuło się w gębie, słuchając go”.(…)

Ale nie jest główną winą Iwaszkiewicza, dożywotniego prezesa Związku Literatów Polskich robienie tego „co wszyscy w tych czasach”, i któremu wybacza się „wszystko” tylko dlatego, że „potrafił pisać”.
Postawa Iwaszkiewicza, tak chętnie analizowana przez pokolenie siedemdziesiąt, którzy są przeświadczeni, że w PRL-u nie było żadnych wyborów moralnych, że pokolenie ich rodziców było Konradami Wallenrodami kwestionującymi wartość romantyzmu to typowa strategia dzisiejszych literackich portali internetowych, gdzie panuje zasada: Panu Bogu świeczkę, a Diabłu ogarek. Skoro udało się Iwaszkiewiczowi, to czemu nie ma udać się wam, wstępującym pisarzom koniunkturalistom? A co, nie opłacało się? Przecież tu nie chodzi o to, czy Iwaszkiewicz na TAK, czy NIE, bo wpojono wam, że prawdy jednej nie ma, że kształtowana jest wedle okoliczności. Ważne jest tylko to, by dostać jakieś intratne literackie dożywocie, obojętnie pod jakim szyldem, a Jarosławowi Iwaszkiewiczowi to się udało i strzegł, mimo pohukiwań w dzienniczku na zły los i to że go nikt nie kocha dzielnie przez pól wieku reżimu komunistycznego, który go na ołtarze wyniósł.
I co, nie opłacał się pakt z Diabłem? W latach czterdziestych i pięćdziesiątych, w latach mroku stalinowskiego terroru, kiedy wycieńczeni wojną ludzie dogorywali w więzieniach, kiedy nawet nie wolno było słać listów za granicę do swoich bliskich, Jarosław Iwaszkiewicz wiódł żywot bogatego intelektualisty ze świata, który nie istniał:

„(…) Iwaszkiewicz czekał, nie wykonywał gwałtownych ruchów, nie manifestował pierwszy, ale też pierwszy nigdy niczego nie popierał. Nie angażował się zanadto, ale jednak na tyle, żeby nie stać się całkowicie bezbronnym, nie wypaść poza oficjalny krąg. Należał nawet w najgorszych latach stalinowskich do nomenklatury świata kultury, był świadom swoich atutów i umiejętnie je wykorzystywał. Pozostawał bezpartyjny, i nie tylko dlatego, że wstąpienie do partii kłóciłoby się z jego poglądami, ale dlatego także, że wiedział, że jest potrzebny właśnie jako bezpartyjny. Wiedział, że jego względnie niezależny wizerunek służy władzom – dobrze wykształcony bezpartyjny pisarz, znający języki i znany na Zachodzie przydawał się bardziej niż najwierniejsi ludzie aparatu. Umiał kokietować swoimi przedwojennymi manierami i pańskim wykształceniem.(…)
Mimo że w kraju Iwaszkiewicz był postrzegany jako symbol minionej estetyki literackiej i starego porządku politycznego, za granicą traktowano go jako lojalnego i aktywnego wysłannika nowych władz. W roku 1947 jako przedstawiciel ZAiKS-u i Związku Polskich Autorów Dramatycznych reprezentował Polskę w Londynie na kongresie Międzynarodowej Federacji Związków Autorów i Kompozytorów, rok później, jesienią 1948 roku, w tej samej roli odwiedzał Argentynę i Brazylię, wcześniej, w połowie kwietnia, podróżował do Paryża i do Włoch w związku z intensywnymi przygotowaniami do zbliżającego się Światowego Kongresu Intelektualistów we Wrocławiu. Cieszył się więc wówczas znacznie szerszym przywilejem podróżowania niż ktokolwiek z pisarzy. W Paryżu było tak: sobota 17 kwietnia godz. 10.30 przyjazd do Paryża, Bobkowski, Mach. Niedziela godz. 13 śniadanie u Zagórskiego, godz. 20 Mach. Niedziela 26 kwietnia godz. 20 Panufnik. Niedziela 9 maja godz. 10 odczyt w konsulacie, godz. 15 u Anatola. Poniedziałek wyjazd do St. Remy, dzień u Gleizesów. Środa 12 maja śniadanie z Andrzejem, koncert Dody Conrada. Czwartek przyjazd Borejszy. Niedziela 16 maja godz. 5.40 odlot do Rzymu, 10.30 przylot. Sobota 22 maja przylot.
Po niespełna tygodniu Iwaszkiewicz leciał już do Kopenhagi: piątek 28 V godz. 9.20 wyjazd do Kopenhagi. 6-7 czerwca Malmó. Wtorek 8 czerwca godz. 8.20 przyjazd do Warszawy, Stawisko.
Jesienią ponownie Paryż i prawie dwumiesięczna podróż do Ameryki Południowej: niedziela 3 października śniadanie u Mirków. Poniedziałek telefon do Janty. Wtorek, godz. 12.30 rue du Louvre, godz. 4.30 Casella, godz. 7 ambasada. Środa godz. 12.30 Janta, godz. 4 wystawa, godz. 6 Janusz Dupont. Niedziela 10 października wyjazd godz. 13.30, godz. 16.30 Madryt, noc w Madrycie. Poniedziałek godz. 9 wylot z Madrytu, godz. 10.15 Sewilla, godz. 13.45 pustynia, godz. 7 Dakar, godz. 8 odjazd. Środa Rio de Janeiro, godz. 9.30 odlot do Buenos Aires, godz. 4 przylot. Sobota 30 października godz. 9.30 odlot z Buenos Aires, godz. 12 Porto Allegre, 15.30 Sao Paulo, godz. 17.10 Rio Hotel „Regente”, obiad w Poselstwie. Środa 3 listopada 5.30 odczyt w Rio. Piątek 19 listopada godz. 4.30 odlot z Rio. Niedziela 21 listopada godz. 2 przylot do Dakaru, 2.15 przylot do Madrytu. Poniedziałek 22 listopada Paryż. Szczegóły kolejnych wyjazdów Iwaszkiewicz notował w małych, podręcznych kalendarzykach.(…)”

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano | Dodaj komentarz