POMOC NIEDZIELNEGO PORANKA

od Mr. Eliot’s “Sunday Morning Service”

Uświadomienie to jak wola,
jak wybór, bez rozróżnień między
plonami na równiutkich polach
wyrosłych wiecznie z ziemi-jędzy.

Drapie się wciąż po stromych zboczach
to chuchro bez wyposażenia,
mozolnie postępując, podczas
gdy cel już stracił na znaczeniach.

I kiedy kompas też je zdradza,
bo inni emitują fale,
nagle przyssane zło w rozkładach
losowych ciągnień zda się maleć,

i się przenosi strona świata na nice,
na podszewkę świeżą,
tam, gdzie nie dotrze nikt po nitce,
tam, dokąd jest, to nie powiedzą.

A po cóż wiedzieć, czy to niebyt,
czy właśnie byt poszukiwany?
Wszak nikt nie pomógł przecież przeżyć,
to jak żałować to, co znamy?
– – – – –
Błogosławieństwo transformacji,
błogosławiony brak powrotu,
pasyjnych mąk kolejnych stacji
nie oferuje dla idiotów.

I kiedy strąca pył z sandałów,
to zawsze to jest okruch gwiezdny,
bo stopy kładzie się pomału,
one nie iskrzą już energią,

one, co przeszły już na stronę,
jak konfidencja, co ma sprawę,
zawsze są dawno odmówione
już niespotkane, oderwane,

oddziela się, by same niosły,
po polach, zboczach i urwiskach,
by się ziściła nowa postać,
by już nieważne było wszystko,

tylko to jedno na uwadze,
tylko ten szczegół ku ochronie,
by było zawsze w równowadze,
zawsze w właściwej Świata stronie.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

Basen

Teraz, gdy przechodzę przez dziedziniec Pałacu Młodzieży wszystko wydaje się małe i ciasne. Kąty proste murków, wypustek i marmuro-podobnych, socrealistycznych ozdóbek nie są już tak ostre.
Art déco było i przed wojną synonimem bogactwa. I tak jest tutaj, duch szczodrości, nawet, jeśli socrealistycznej, jeszcze nie wywietrzał.
Wchodzę jak pięćdziesiąt lat temu, w te same wnętrza ciasnej szatni dla dziewcząt, gdzie teraz białe, nowe kafle podłogowe rozświetlają pomieszczenie. Kobiety wyjmują z plecaków kosztowne kosmetyki i idą pod prysznic. Z drżeniem wchodzę na niewielką salę, nie większą niż 30 metrów długości i doznaję dziwnego efektu miniaturyzacji wszystkiego, co oglądałam wtedy.

Szliśmy bezładnymi parami, ale sam spacer do Pałacu Młodzieży z naszego liceum, gdzie teraz mieści się Seminarium Duchowne, był wielkim szkolnym urozmaiceniem. Szliśmy, rozmawiając z sobą, ale tak mimochodem, tak trochę bez słów, tak, by nas niósł do tego basenu entuzjazm. Wuef był naszą losową wygraną. Niewiele szkół zapewniło swoim uczniom basen, tak niewiele liceów kierunków humanistycznych mogło poszczycić się dyrektorem z tytułem magistra WF– u. Paradoksalnie, naszemu liceum właśnie „nieartystyczny” dyrektor przysłużył się najbardziej. Chociażby tym, że raz w tygodniu przemierzaliśmy w środku dnia ulice naszego miasta, by na kwadratowym dziedzińcu w stylu pijanego socrealistycznego cukiernika bezładnie nagle się rozproszyć i gęsiego wniknąć w dwóch trzecich w maleńką damską szatnię i w jednej trzeciej w męską.
W tych szatniach, za sprawą surowego regulaminu, wszyscy przechodzili niemiłą, unifikacyjną przemianę. Chłopcy: obowiązkowy czepek i białe majtki, tzw. trójkąt męski. Trójkąt był płócienny z wzmocnieniem w postaci żółtego, pionowego pasa. Ale nie bardzo wiadomo, co ten pas wzmacniał, natomiast nie zapobiegał nieustannemu wypadaniu całej zawartości majtek bokami na zewnątrz. W wodzie taki materiał rozciągał się i stawał się przezroczysty.
Ale to nie były nasze, dziewczyńskie sprawy, nam zależało tylko na tym, by prezentować się jak najlepiej. Nie było przecież dziewczyny niezakochanej śmiertelnie w tej jednej trzeciej materiału męskiego, na jednego chłopaka przypadały dwie dziewczyny i konkurencja była ogromna. Łojotok skóry, którego nie dawało się zamaskować na pływalni pudrem, podkreślały zawsze monstrualne czepki z gumy przypominające materią oślizłość ropnych krost. Ale nie głowa była najważniejsza. Reszta miała być jak w obozie koncentracyjnym zuniformizowana, bo w czasach, w których żyliśmy wykorzystywano każdy moment, by sprawić, byśmy stanowili jedność. Trudno było jednak nawet ten kolektywizm zrealizować. Po premierze świeżo kupionego stroju kąpielowego, który przypominał nic innego, jak zszyty w kroku podkoszulek w kolorze białym, skracało się szelki o kilkanaście centymetrów po każdej bytności na basenie. Kostium tajemniczo i niezmiennie za każdym razem wydłużał się.
Ale odważnie wychodziłyśmy wszystkie mokre, gdyż nakaz umycia się pod prysznicem obowiązywał i stłoczone po prawej stronie wejścia jak zmokłe kury, kierowałyśmy nieśmiało wzrok na chłopaków. Oni już od dłuższego czasu stali jak struny po drugiej stronie wody w swoich trójkątach męskich nie patrząc na nas, zainteresowani wyłącznie czekającym ich skokiem do wody.
Dyrektor trenował naszego kraula konsekwentnie i skutecznie. Bicie nogami piany na powierzchni wody maskowało przezierający z wody smętny obraz ciała, które przecież na powierzchni zawsze dawało się jednak zamaskować biżuterią i pończochami, a brak piersi wkładaną do stanika watą. Tu byłyśmy bezbronne, pozbawione nawet funkcji osłaniającej białego trykotu, poprzez który wszystko przezierało. Bielizny pod spodem nie wolno było zostawiać.
Dlatego, jako swój pokazowy przepływ stylem grzbietowym na stopień kończący się piątką odbywała Danka dwa razy. Wszyscy zbieraliśmy się wzdłuż basenu, smętnie patrząc jak jej ogromne, wielkie piersi odbywają nadwodny, okazały taniec.
Wszyscy – dziewczyny i chłopaki, ci z brodzika i ci umiejący pływać, prowadzący zajęcia Dyrektor – jak urzeczeni staliśmy na krawędzi basenu z wbitym wzrokiem w te drgające, żyjące już swoim osobnym życiem kule.

Zaszufladkowano do kategorii 2011, dziennik ciała | Otagowano , | 2 komentarze

Dziennik miejski (2)

21 stycznia 2012, sobota. Zaniosłam „Klub Pickwicka” na kasetach, ostatnią książkę, którą mama przesłuchała przed zakupem czytaka, ale pani Bożenka powiedziała, że pan Czesio, jako niewidomy, nie ma obowiązku pracować w sobotę, a na pendrive i tak mi nie nagra, nie mam co zostawiać, bo się nie da.
Zawsze, kiedy spotykam się z panią Bożenką boję się jej śmiertelnie, tak jak zawsze przy spotkaniu z kobietą otyłą mam paniczny, nigdy niepokonany lęk. Spuściłam więc przepraszająco oczy za to, że nie ma pana Czesia i za to, że nie przyniosłam wymaganej karty 4 GB i wiedziałam już, że jak nie przyniosę książek do domu, to Marek się wścieknie, bo będzie musiał po nie jechać ekstra, za to też, że zaraz powie, nikt mu nie będzie dyktował, na co on ma książki nagrywać i z panią Bożenką się wtedy pokłóci. Zaczęłam więc na zapas przepraszać panią Bożenkę i zapewniać, że książki jeszcze mama ma z Warszawy, że przysłali w kopercie z bąbelkami na tej jedynej karcie 4 GB, którą posiadamy i teraz mama tej karty używa. Mamie nie przysługuje zwolnienie z opłat pocztowych, bo mimo, że zbliża się do dziewięćdziesiątki, to coś jednak jeszcze widzi i ta ulga, ten znaczek z białą laską jej nie przysługuje, i że wolałabym, by mi nagrywano tutaj, skoro mam tylko cztery kilometry od domu, a do Warszawy przecież dalej.
Wyszłam więc z Biblioteki Książki Mówionej z pustym plecakiem i korzystając z bliskości Pałacu Młodzieży postanowiłam odżałować te siedem złotych szczególnie, że już od tygodnia jedyny publiczny basen w naszym mieście po remoncie jest czynny.
Wprawdzie remont Pałacu Młodzieży trwa nadal, elewacja wygląda jakby opakował go Christo, na dziedzińcu stoją blaszane parawany, ale wąski korytarz do pływalni jest drożny i niewielki hol zdążył pomieścić tłumy czekających grubo przed otwarciem o 14. Tylko w soboty i niedziele basen jest czynny dla ludzi z ulicy o tak wczesnej porze. Niestety, podobnie było w basenie, a wielu zdeterminowanych pływaków, którzy chcieli za wszelką cenę wykonać w ciągu tych 45 minut za siedem złotych swoje pensum, nie zwracała uwagi na resztę przebywającą w wodzie, więc zawsze zwyciężali ci zdeterminowani swoim zdyscyplinowaniem i niczego niedostrzegający. I ja, która Pałacu Młodzieży nie widziałam już bardzo dawno, a który ma zawsze tyle lat, co ja, międliłam wspomnienia z nim związane starając się pływać nostalgicznie i melancholijnie i nie zwracać uwagi na grożące mi uderzenia gwałtownych ramion pływaków. Zawsze traktowałam kąpiel jako oddzielenie się od rzeczywistości, samo już otoczenie wodą, otulenie jak wodami płodowymi stwarzało bezpieczną izolację i stan nieważkości, braku zakotwiczenia i poczucie wolności. Drugi plan, czyli bezwzględny, betonowy prostopadłościan basenu można było na czas wodnych rozmyślań wykluczyć, jako opresję i więzienie, gdyż tłum kąpiących właściwie zasłaniał krawędzie basenu i dawał pozór jego nieskończoności.
I tak w tym kokonie dryfowałam po turkusowej przestrzeni, którą basen zyskał dopiero chyba w latach dziewięćdziesiątych, po jakimś kolejnym remoncie. Wtedy, kiedy dyrektor naszego liceum prowadził nas na zajęcia wuefu raz w tygodniu pamiętam go jedynie z białych i szarych tonów, szczególnie, że obowiązywały wyłącznie trykotowe stroje kąpielowe dla dziewczynek, a płócienne, tzw. trójkąty męskie dla chłopców i białe, gumowe czepki na głowach.
Kilka kobiet wysypało się ze mną na dziedziniec, który zdążył się pokryć warstwa śniegu, a moje przemoczone topniejącym śniegiem botki natychmiast stężały na mrozie. Podążyłam za sylwetkami kobiet okutanych czapkami, szalikami, kapturami i dreptałam za ich obcasami tak długo, aż śnieżyca zakryła wszystko i nawet i ich już nie było widać. Na ulicy 3 Maja tuman śnieżny, jak Bóg na pustyni Mojżeszowi, wskazywał drogę do domu przez Rynek kierując mnie na wschód, by nad Rawą rozpierzchnąć się jak pamięć.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii 2012, dziennik ciała | Otagowano | Dodaj komentarz

Marcin Sendecki „Pół” (2010)

Poezja Sendeckiego choruje na anemię, na anoreksję, przypadłość zaniku mięśni i instrumentów mowy, toteż, jeżeli miałaby startować w jakimś rankingu poetów niepełnosprawnych, może spełniłaby rolę, jako rejestracja chlubnej – wprawdzie przegranej – walki z chorobą.
Ale przecież Marcin Sendecki to ikona bruLionu, tworzył z innymi Wielkimi Marcinami i nikomu do głowy nawet nie przychodzi, nominując go do Nagrody Poetyckiej Silesius, że jest intelektualnym kaleką.
Na stronach Biura Literackiego czytam, że Sendecki to kolejny poeta, który w wywiadach mówi, że oczekuje od czytelnika większej aktywności, a nawet tego, by sam sobie dośpiewał, o co chodzi w jego wierszach, gdyż on sam tak czyni:

„(…) Mam wrażenie, że jeśli mówi się o tym, że jest w tych wierszach jakaś warstwa brzmieniowa, o tym że są jakieś zestawienia słów często może dziwne, które mogą w różne strony prowadzić, to dla mnie samego jako dla czytelnika to jest często wystarczające. Bo gdy sam czytam, nie chciałbym wiedzieć, o co chodzi w wierszu, kto zabił albo kto nie żyje. Jeśli ta powierzchnia jest na tyle atrakcyjna, że po pierwsze może mi wystarczyć na jakiś czas, a po drugie mogę dalej sobie szukać różnych kluczy. Mogę sam budować na podstawie tego własne historie.(…)”
[Marcin Sendecki w „rozmowach” Biura Literackiego]

Akurat! Już to widzę, jak Marcin Sendecki pochyla się, ślipi nad poezją dzisiejszą i po wielogodzinnych studiach nad jej sensem wychodzi z tego oświecony!
Nie, nie, Sendecki pochyla się nad czytelnym, zrozumiałym Mickiewiczem, Krasińskim, Szymborską i żeruje na rzeczach oklepanych, szkolnie wżartych w mózg czytelniczy i gdyby nie te okruchy wielkiej poezji polskiej wprasowane w jąkanie się poetyckie Sendeckiego, nic by nie zostało z tych strof. Jeśli Sendecki w „[lobelii]” nawiązuje do biurka Telimeny, jeśli próbuje zatartą swoją pamięć usprawiedliwić potrzebą wiersza opartą na niedopowiedzeniach, robi to nieładnie, nieharmonijnie i niecelnie. Liryka Sendeckiego podobna jest radosnej twórczości tych wszystkich hrabin, które w dworkach nudziły się śmiertelnie i modną wówczas techniką decoupage pocięły arcydzieła malarstwa światowego, przyozdabiając swoje biurka wyciętymi z obrazów olejnych kwiatami. Tak pocięły np. Jeana Antoina Watteau.
Nie przypuszczam, by wiersz “[]” zastąpił „Dobranoc” Adama Mickiewicza utrwalonego w masowej wyobraźni przez song Czesława Niemena, jednak podpięcie się pod takie ikony nie jest – jak pisała Susan Sontag – bez znaczenia.
Przeczesując Internet, natrafiłam na hymny chwalące ten wiersz i nie jest wykluczone, że takimi właśnie akcjami propagandowymi zmobilizuje się rzesze snobów i osoby niczego nieczytające oprócz sieciowych recenzji, i w konsekwencji Sendecki wyprze Mickiewicza zwykłą belferską koleją rzeczy, bo która nauczycielka nie zechce się pochwalić, że jej wychowanek zrozumiał Sendeckiego?
Zadziwiająca jest ta potrzeba dekonstrukcji w czasach, kiedy demonstruje się samo, kiedy napiera ze wszech stron popkultura, która miele, jak żywioł natury, jak woda skały na piasek, a dobrodziejstwa naszej cywilizacji beztrosko pomagają ścieraniu się wizerunków. Niepojęte jest, że ten przyczółek kultury wysokiej, ocalającej, dla następnych pokoleń stanowiący przecież takie samo źródło inspiracji i twórczych impulsów zastępowane jest artefaktami gorszymi, a nie kontynuowane. Nie jest prawdą, że powstające dzisiaj dzieła literackie mają – wskutek jakiś wmówionych ulg co do jakościowych wymagań, lub wmówionych wysokich walorów tych jakości – stanowić najwyższy próg twórczych możliwości. Nieprawdą jest, że wszystko zostało już powiedziane, że powiedziano za dużo, że wysoki gmach kultury nas przygniata swoją wielkością. Przychodzą nowe czasy, nowe wyzwania i nowy język poetycki. Nie jest nim język kaleki, amputowany, zasznurowany i zablokowany, który pod pretekstem tajemniczej hermetyczności mówi coś, czego nie pojmuje nawet sam autor. Odrzuciwszy metafizykę, wstyd wpadać we własne sidła, a podciąwszy gałąź, na której się siedziało, wmawiać wieloznaczność, tajemnicę i magię. Bo co oznacza np.:

„(…) pięta szmat łydki odkryty(…)”
[Lobelia]

„(…) Ściek z zorzy(…)”
[Jedna]

„wądół
jar
pół”
[Jetlag]

Na uwagę natomiast zasługuje wiersz „[Druga poprawka]” ujmujący bardzo trafnie absurd polityki, ustaw państwowych i wszystkich tych aspektów życia urzędowego decydującego o egzystencji obywateli. Wiersz ten, w moim mniemaniu nawiązuje do motta zbioru „Pół”, cytowanego Saint-Justa, który nakazuje państwową ustawą noszenie czarnego ubioru mordercom.
W takim kontekście, kiedy właściwie kolor czarny jest kolorem obowiązkowym na wszelkich wernisażach i spędach artystowskich, bycie mordercą nie jest ani hańbiące, ani kłopotliwe.
Mordercą słów.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | 7 komentarzy

Dziennik miejski (1)

17 stycznia 2012, środa. Wczoraj zobaczyliśmy w telewizji kolejny film Richarda Linklatera, tym razem scenariusz Erica Bogosa (laureata Pulitzera), ale tak samo świetny, jak autorskie filmy Linklatera. Oglądaliśmy u Marka na jego dużym ekranie, wcześniej upiekłam (karnawał) tort karmelowy z pudełka w proszku, trzymając się dokładnie przepisu na opakowaniu. W konsekwencji jedynie gotowe ciasto z proszku było tym gwoździem, z którego Cygan gotował zupę, bo wszystko trzeba było, wraz z jajkami i masłem, dodać.
Kanał telewizyjny emitujący Linklatera okazał się komercyjny, reklamy były tak długie, że jak zaczęliśmy oglądać przed jedenastą, to skończyliśmy o wpół do drugiej. Podczas reklam, skacząc po kanałach, udało mi się zobaczyć Grażynę Torbicką nagradzającą „Paszportami”. Nie widziałam jej chyba 10 lat i wydała mi się jeszcze młodsza od ostatniego z nią, wizualnego spotkania na ekranie telewizyjnym, a równocześnie jednak babciowata, i upodobniona do Krystyny Loski z lat siedemdziesiątych, kiedy martwo recytowała z ekranu program telewizyjny, a której babciowatość była wrodzona i niezależna od upływu czasu. Przy kolejnej reklamie w końcu nie wytrzymaliśmy i wyjęliśmy z lodówki tort karmelowy, który miał tam być aż trzy godziny od czasu jego włożenia (tak zastrzegano na opakowaniu), ale jak się okazało, tyle już minęło.
„Na przedmieściach” to film o artystach, którzy jeszcze artystami nie są, ale chcą nimi być. Przypominał jak ulał dzisiejsze fora literackie w Sieci, gdzie marazm prowincji może się dowolnie aktywizować, przeradzać w terror, zazdrość do tych, którym się udało gdzieś przebić, bądź w nałóg bywania. „Na przedmieściach” to zderzenie udanego z nieudanym, chociaż nigdy nie wiadomo, czy to udane jest naprawdę udane.
Bohater filmu – ten wygrany – jest w trasie, daje koncert w rodzinnym miasteczku, gdzie spotyka się z maturalnym kumplostwem i niczym św. Mikołaj przywozi wszystkim w podarku obietnicę, że coś im załatwi, by przy jego pomocy oderwali się od rodzicielskich domów i pofrunęli w Świat.
Zaraz mi to przypomniało moje studenckie wakacje w Przemyślu, na które pojechałam w trakcie studiów we Wrocławiu i natychmiast zostałam rozpoznana przez tubylców, jako nowe mięso erotyczne w miasteczku i złapana i przyłączona podczas przeglądania zagranicznych pism w KMPiK-u do grupy lokalnych artystów. Włóczyliśmy się wieczorami po gorących zaułkach lipcowego Przemyśla, wakacyjni bardowie chodzili uliczkami z gitarami przewodząc jakimś grupom wracającym z Bieszczad i śpiewali niezmiennie o Beacie, kładąc nacisk zawsze na słowo Beata i robiąc długą, znaczącą przerwę, tak długą, by można było z tą Beatą zrobić w myślach wszystko, co słuchacz pragnął zrobić. Potem, dla potwierdzenia przekazu, wers „a na imię miałaś właśnie Beata / Piękne imię musisz przyznać, miła ma” powtarzano, znowu zatrzymując się znacząco na Beacie. Za dnia włóczyliśmy się po plażach Sanu, pływaliśmy w nim, a ja wśród tych zakwitających chłopaków czułam się bardzo dobrze, bo ponad tymi wakacyjnymi umizgami była Sztuka. Rej wodził syn miejscowego fotografa, firmy renomowanej, istniejącej od przedwojnia, który też był na wakacjach między jakimś rokiem filmowych studiów w Łodzi i to on był taką, ja na filmie „Na przedmieściach” postacią wygraną, która już zdobyła Świat i teraz radzi i pomaga wszystkim starym kumplom, by się tam przedostali. Jako syn bogatej rodziny w mieście, posiadający tzw. sprzęt, zachował relacje ze swoimi szkolnymi kolegami jednak zupełnie inne, niż w filmie SubUrbia. Ci prości, przemyscy chłopcy, którzy nie posiadali nic, tylko marzenia, ufnie, z nabożeństwem, dawali się manipulować i byli zaczarowani swoim guru. Kiedy mi zaproponował sesję zdjęciową w Krasiczynie i nalegał na robienie mi aktów, był zaskoczony, że nie czuję się tą propozycją dowartościowana i że się nie zgadzam.
I tak oglądając amerykański film, zdałam sobie sprawę, że jest on uniwersalny, że mówi o relacjach międzyludzkich prawdziwie, a jednak w Polsce taka rzecz by nigdy nie zaistniała. Bardzo trudno budować literacką fabułę w kraju, który nie mieści się w żadnej rozpoznawalnej rzeczywistości. Podejrzewam, że też nasza Sieć jest skażona taką specyfiką, którą trudno zrozumieć poza granicami kraju, co jest o tyle abstrakcyjne, że wirtualna przestrzeń bez państw i granic nie powinna mieć zadanych regionalnych deformacji, a jednak ma.
W południe poszłam brnąc osiedlowym śniegiem do „Ośrodka dziennej opieki” z nadzieją, że będę przyprowadzać tu mamę, by mogła pograć z kimś w karty. Ośrodek mieści się obok przedszkola, którego plac zabaw pokryty grubą warstwą śniegu z wystającymi gębami koni karuzeli rozjaśniał ten dość ponury przybytek. Kilku mężczyzn w wieku zatartym chyba jeszcze bardziej niż u Grażyny Torbickiej krążyło po maleńkim korytarzu, jakby najadali się gorącym powietrzem, buzowało w nich, a oni chłonęli go na zapas, nim wyjdą na obchód śmietników i osiądą z butelką i zabranym stąd jedzeniem w studzience ciepłowniczej, której klapa dyskretnie odsunięta, widoczna jest z okien naszego bloku. Grzeczni i szarmanccy, wskazali mi kantorek, gdzie siedziała zapracowana kierowniczka wśród kalendarzy, notesików i stosów papierów. Niestety, nie jest możliwe epizodycznie uczestniczenie w świetlicowych zajęciach, obecność starców jest codziennie obowiązkowa, ale nie wiadomo też czy jest jeszcze jakieś wolne miejsce, bo mają już 40 podopiecznych, chyba, że ktoś umrze. Wie to tylko centrala.
Właśnie ukończyłam czytanie „Zamachu na rozum”. Al Gore na końcu książki po kilkusetstronicowym psioczeniu na rządy Busha przechodzi do niemal lirycznych wyznań miłosnych do Internetu, do tego współczesnego panaceum na całe zło, do wielkiej, człowieczej szansy uratowania obywatelskiej wolności, którą zniszczył George Bush i jego klika. I dalej: wielka nadzieja w blogach! To blogi mają być rewolucyjne, mają stać na straży wartości, mają bronić prawdy i obywatelskich swobód, to blogi mogą być poza cenzurą i mają cenzurze raz na zawsze zaprzeczyć.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, dziennik ciała | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Tadeusz Pióro „Abecadło” (2009)

„(…) Mazur, Krakowiak, Lambada pozwolą nam
zbliżyć się w ramach konwencji,
skutecznie i bez skrupułów: „out of control”
nie znaczy „wolni”, ale o to chodzi.”

[Malpica]

Końcówka jednego z 22 wierszy tego tomiku jest według mnie kwintesencją przesłania, jakie poeta chciał zawrzeć w pozostałych utworach: poezja to nie wolność, ale coś, co jest poza kontrolą.
Oczywiście, ta konkluzja powstała wyłącznie na użytek Tadeusza Pióro, jak i wszystko, co zawierają wiersze w „Abecadle”. Autor bowiem bawi się przednio, jak pijak, któremu zupełnie starcza wyłącznie obecność w tłumnej knajpie i który robi spektakularnie różne „psikusy”, a których nikt nie dostrzega i nikogo ani on, ani one nie interesują.
Świat zbudowany w tych wierszach jest pewnie i prawdziwy, bo zrobiony z istniejących elementów, jednak prawda ich, to prawda wyłącznie autora i jeśli poezję sprowadzić jedynie do funkcji terapeutycznej wobec piszącego, to ten postulat Pióro spełnił.
Czuje się w tych wierszach wyśmienite samopoczucie autora, a jego zabawa w chowanego z czytelnikiem sprawia mu wyraźną przyjemność, gdyż, jak w tej zabawie, wywiedzenie w pole jest wygraną. Pióro więc grę z czytelnikiem wygrywa za każdym razem zupełnie nie przeszkadzając sobie, że oprócz polskich kumpli z czasów chicagowskich nikt tej grze się nie przygląda i nie bierze w niej udziału.
Swoje podchody poeta rozpoczyna zawsze tytułem wiersza, czyli jednym słówkiem, a wyraz ten coś brzmieniowo przypomina, ale znaczy zupełnie coś innego i wiersz bardziej odnosi się do tego brzmienia, czy przejęzyczenia, jeśli takie by było. Ten fonetyczno-formalny zabieg zmuszający czytającego za każdym kolejnym wierszem do sprawdzania dziwacznych wyrazów w Wikipedii (a w tym czasie autor ryje ze śmiechu, że znowu czytelnika nabrał) byłby pewnie wartościowy, gdyby był śmieszny. Jednak, jak to z humorem bywa, im bardziej chcemy być śmieszni, tym bardziej płoszymy dowcip: bycie bawidamkiem nigdy nie udaje się z założenia, bo damy same decydują, kto je ma bawić. Podobnie jest w poezji. Ktoś, kto chce pisać czystym nonsensem, zawsze go zbruka swoją chęcią, a przede wszystkim pobożnym życzeniem. Tadeusz Pióro „Alfabet” zanieczyścił i zafajdał przede wszystkim lenistwem. Od znawcy T.S. Eliota i Ezry Pounda, których miał nie tylko szczęście zrozumieć w oryginale, ale na dodatek analizować, oczekiwałoby się przynajmniej pokory. I być może, o to chodzi, niemniej szkoda.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | 12 komentarzy

Nagroda Literacka Europy Środkowej “Angelus”(2009) Josef Škvorecký „Przypadki inżyniera ludzkich dusz”

Ośmiuset pięćdziesięciostronicowa powieść Josefa Škvoreckýego jest tym, czym dla twórców argentyńskiego tanga perkal, czyli kwiecisty kreton sukienek tańczących kobiet. Materiał, z jakiego utkany jest niekończący się, o kompozycji otwartej, literacki pean na część jednostkowego życia bez względu na okrucieństwo losu, to właśnie taki delikatny, podlegający zniszczeniu mechanicznemu (podarcie), poprzez czas (wyblaknięcie), delikatny materiał, symbolizujący ludzką duszę.
Nie wiadomo, co oznacza tytuł powieści, interpretuje się go sloganem wymyślonym przez Stalina, jak i bardziej wieloznacznie nawiązuje do różnych systemów (zarówno reżimowych jak liberalnych), ale też i do wielkiej literatury, która też dusze kształtuje (tytuły rozdziałów to nazwiska Wielkich Duchów: Poe, Hawthorne, Twain, Crane, Fitzgerald, Conrad, Lovecraft. Zatem pejoratywny, jak i afirmujący wydźwięk nacisków na duszę w tej powieści zawarty w tytule, to też zapowiedź wielowarstwowości, wielowątkowości i wszelakiej obfitości powieści, którą czyta się z przyjemnością, byleby się tylko jeszcze nie skończyła.
Josef Škvorecký to rocznik mojej mamy, ale klimat powieści jest mi niesłychanie bliski, gdyż czas powieści obejmuje lata powojenne do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Swojskość narracji komunistycznych czasów kontrapunktowana jest relacją pisarza z pracy akademickiej w Kanadzie i tak samo, jak tytuł, odczytuje się ją wieloznacznie. Rozpad na Zachód, gdzie można napisać i wydać wszystko i nikogo to nie obejdzie i reżimowy Wschód, gdzie nie można napisać wszystkiego, bo nikt nie wyda, a jak się wyda poza cenzurą to naraża się ludzi na nieprawdopodobne w stosunku do winy represje. I te dwa przeciwstawne bieguny spaja nieustanna dysertacja o wielkiej, nieprzemijającej literaturze światowej.
Swoboda literacka Škvoreckiego polega nie tylko na żenieniu antagonizmów, na swobodnym przeskakiwaniu z wątku do wątku, z jednej czasoprzestrzeni (okupacja hitlerowska) do korespondencji słanej z Czechosłowacji powojennej (Jan) akademickiemu profesorowi do Kanady, ale przede wszystkim na żywym, pasjonującym wyważaniu kompozycyjnym tych wszystkich elementów. Metoda pisarska Škvoreckiego, zwana przez krytyków metatextem, to nic innego, jak relacja świadka wydarzeń alter ego autora – Dannego Smiřického, i jego kolegów, kobiecych miłości, rozrastających się epizodów, często bardzo śmiesznych nawet w ich przerażających aspektach (dyskusje filozoficzne Maliny i Kosa w toaletach). Mimo pozornego chaosu, czeskiego bajania i opowieści na modłę J. Haška, J. Shebeena B. Hrabala, J. Šotola, nazwy rozdziałów, którym patronują wielkie nazwiska anglojęzycznej, literatury stanowią ramy dla tych wylewających się z nich, czeskich realiów.
Z barwności i wielości wątków, złotych myśli i intelektualnych smaków przepojonych erotyzmem i zmysłowością (Czeszki są najpiękniejsze i warte grzechu zawsze, w każdych okolicznościach na wszystkich kontynentach), wyłania się jednak cały czas pisarz delikatnie stymulujący, niczym mag i demiurg, poskramiający ten świat literacki, który na stronach powieści powołał do życia. Przeziera postawa pisarza, jego kredo życiowe, przede wszystkim smutek konstatacji, że w życiu poddanym działaniu historii nie ma za wiele wyborów. Mimo braku zaangażowania w ruch oporu, zarówno przeciw władzy hitlerowskiej, jak i komunistycznej, Danny jest zawsze indywidualnie przeciw, nie dla czynów bohaterskich, ale dla tego, że taki jest, że nie może być inny. Emigracja rozbiła osobowość pisarza, jego studenci nie są w stanie zrozumieć ani sytuacji krajów komunistycznych, ani stanu duchowego swojego wykładowcy. Nie rozumieją go rodacy, którzy pozostali w komunistycznej Czechosłowacji, śląc do niego listy, a cały kapitał mentalny, czyli wszystko, co przeżył w swojej ojczyźnie, powoli jałowieje, ulatnia się i zanika. Nie da się uprawiać niebezpiecznego zawodu pisarza w kraju policyjnym, jakim jest Czechosłowacja:

„(…) W takiej sytuacji pozostaje pisarzowi święta trójca możliwości: żyć z czegoś innego i pisać do szuflady, pisać dla dzieci oraz pisać bzdety. Pisanie rzeczy poważnych (w tej sytuacji tylko „tzw. poważnych”) to jedyna rzeczywista zdrada ojczyzny (i sztuki), jaką pisarz popełnia.„Pisarz to ten, który pisze”. Nie ten, który milczy.”(…)

jak i nie daje się w „wolnej” Kanadzie:

„(…) Od czasu do czasu, po książkach służących pożytecznej, przyziemnej grze, po tych miłych, sympatycznych książkach poprawiających humor, musiałbym stworzyć książkę z tego, co wyeliminowałem.
Jednak jestem już za stary na pisanie do szuflady.
I przez cały czas bym się bał. Strach wypędził mnie z tego kraju. Zdrowy strach przed szubienicą. I przed jej łagodniejszymi, subtelniejszymi, nie tak krwawymi odpowiednikami.”(…)”

Danny dostaje z Pragi listy od lewicującego Jana, który tak przedstawia sytuację literacką w kraju:

(…)”W końcu każda sztuka jest tajemnicą. A także: nie ma tylko sztuki wielkiej oraz „nie-sztuki” i niczego pomiędzy. Jest też sztuka mała, choć wcale nie bezwartościowa. Jeszcze raz Twój Chandler do Gardner a: „Mówić, że to, co piszesz, nie jest literaturą, to tak jakby mówić, że książka, która budzi w człowieku chęć jej przeczytania, jest nic niewarta. Jeśli jakaś książka, jakakolwiek książka, osiągnie pewną intensywność artystycznego oddziaływania, to staje się literaturą. Ta intensywność może być sprawą stylu, sytuacji, postaci, idei, zabarwienia emocjonalnego albo tuzina innych spraw. Może to być także zdolność doskonałej kontroli nad przebiegiem wątku, podobnej do zdolności opanowania piłki.”
Zrozum mnie dobrze: nie wymagam, żeby o autorze kryminałów pisano z takim samym szacunkiem i równie dużo, jak o wielkim poecie, albo żeby Vietviczka uznał Alenę Obdrżalkovą za geniusza. Ale nie znoszę, kiedy mówi się z ironią czy wręcz ze wzgardą o ludziach, którzy uczciwie włożyli w pisanie książki wszystko, co potrafią. Więcej nikt nie jest w stanie włożyć do książki. Ani Joyce, ani Natalie Sarraute. Faulkner powiedział kiedyś, że wszystkie powieści to rozbite statki. Wraki. I tak rzeczywiście jest. W każdej książce, nie wyłączając żadnej, znajdzie się coś niedoskonałego, śmiesznego, uwarunkowanego okresem jej powstania – tak jak każdy człowiek, bez wyjątku, jest w czymś niedoskonały i śmieszny, jest niewolnikiem swych czasów i środowiska. Ale jeśli jest to człowiek uczciwy i jeśli jest to uczciwa książka, to nikt nie ma prawa do ironii czy wręcz do wzgardy. Kto naprawdę kocha literaturę, temu raczej jest żal, że autor z czymś sobie nie poradził. (…)”

I mimo taryfy ulgowej dla kolegów pisarzy, Jan nie wytrzymuje:

„(…) Ja już nie mogę. Znów rozkręca się znana, koszmarna karuzela: młodzi grafomani, godzący się na wszystkie skreślenia, byle tylko zobaczyć się w druku. Każda młodość pewnie jest taka. My też się godziliśmy, więc nie mam prawa mieć im tego za złe. Ale już nie mogę. I zarzucam posiadaczom władzy, że cynicznie wykorzystują głód grafomanów. Bo ja, Danielu, wreszcie zdobyłem pewność, że można się wystawić na każde ryzyko wolności, ale ryzyko niewoli jest dla człowieka zabójcze.
Ja już nie mogę go znieść. Nie piszę. Co gorsza – nawet do szuflady. Tylko czasem czytam, co piszą – tacy młodzi, a takie wiecznie stare świnie. Jak łatwo by było o tych ich wypocinach satirám scribere. Ale już nie mam siły.
Znów do mnie powraca mój nocny koszmar: gablota u Rupa. Kto właściwie wygrał tę wielką wojnę, Danielu? Kto wygrał tę głupią i straszną wojnę?
[fragmenty w tłumaczeniu Andrzeja S. Jagodzińskiego]

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | 10 komentarzy

SKVORECKY

Zmarły w tym tygodniu Josef Škvorecký, aktualny jak nikt dzisiaj, w dobie Internetu, kiedy nikt nie wiek, kto jest kim…

W swoich powieściach nazywa Czechosłowację, którą znał sprzed emigracji jako państwo „znużonych śledczych”. Natomiast Czechosłowacja powojenna to kraj „znużonych katów”.  
 J. M. Coetzee nie uważa
Škvoreckýego za wielkiego stylistę, jednak słowami Kundery potwierdza jego „szczególny sposób podglądania historii od spodu” oraz „antyrewolucyjnego ducha” jego powieści, ich „krytyczne podejście do ducha rewolucji z jej mitami, eschatologią i bezkompromisową postawą”.
 
Škvorecký uzyskuje to dzięki powieściowym uwikłaniom bohaterów w historię.  Portretuje społeczeństwo szpicli, gdzie zinstytucjonalizowane donosicielstwo powoduje, że „Nikt […] nie wie, kto jest kim. […] Nie wolno ufać wieloletnim przyjaciołom, ukochanym, może nawet mężom”.
Donosicielstwo, to postępująca choroba duszy, diagnozuje
Škvorecký. W szpiegującym i szpiegowanym społeczeństwie wzrasta wzajemna podejrzliwość. Jednak artysta Škvorecký jest konsekwencje apolityczny:
„Przeniewierstwo, zdrada ojczyzny lub – w moim przypadku – zdrada przekonań politycznych […] zawsze jest lżejszym grzechem niż zdrada przyjaciela”.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano | Dodaj komentarz