Bianka Rolando „Modrzewiowe korony” (2010)

Twórczość Bianki Rolando działa w dzisiejszym świecie poetyckim jak plankton. Inwazja słów w założeniu spontanicznych, uwolnionych z podświadomości artystki jest agresją cichą, lepką, bezszelestną i podstępną.
Przypomina mi to radosny popis “pociechy”, którą rodzice bezkrytycznie wysyłają na wszelkie konkursy artystyczne bez powodzenia i dziecko zaczyna imitować twórczość, żądne w dalszym ciągu uwagi i zachwytu. Tu się dzieje paradoksalnie inaczej: jest wygrana, jest aplauz i zachwyt oceniających, ale wiadomo, że zanikł podział na tych, co się na rzeczy znają krytyków i na adeptów odstawiający swoje wytwory do weryfikacji. Po obu stronach znajdują się takie same, żądne uwagi, dzieci.
Dlatego też wszelkie komentarze odnośnie najnowszej książki Bianki Rolando – zarówno te youtubowe, jak i sieciowe recenzje, czy wywiady na witrynie Biura Literackiego – to ślizganie się po bezpiecznych rejonach przymilności z użyciem wszelkich eufemizmów i niedopowiedzeń, i trudno nawet udowodnić tym, którzy tak entuzjastycznie się o książce wypowiadają, że przeczytali ją w całości, ponieważ nie dają na to żadnych dowodów.

„Modrzewiowe korony” Bianki Rolando czyta się z wielkim wysiłkiem i ta droga krzyżowa po modrzewiowym lesie nakazująca czytelnikowi penetrować wszystkie leśne piętra, a szczególnie wysokościowe (podmiot liryczny siedzi na drzewie i dopiero spada z niego po 130 stronach gęstego tekstu) nie daje żadnej nagrody, śladu satysfakcji czytelnikowi, który jednak na każdej stronie szuka rozpaczliwie zakotwiczenia się w rzeczywistości jakiejkolwiek. Baśniowość scenerii miesza się co jakiś czas z brutalnym światem prozy życia na zasadzie mijania się jedynie ozdóbek i dodatków, tak, że dla dezorientacji nawet ta jedność, która mogłaby dać czytelnikowi schronienie na czas czytania poematu, zostaje rozbita.

W pierwszym momencie czytania, odbierając biologizm opisów, poetyka autorki skojarzyła mi się z „Falami” Wirginii Woolf, gdzie np. opisy trawy są przerażające poprzez próby uchwycenia egzystencji w jej metamorfozach. U Bianki Rolando natomiast następuje jakieś bezkrytyczne uwierzenie we własny potencjał i to, że wystarczy go jedynie wydobyć, a potem bezustannie coś mielić i przetwarzać. Kiedy Michał Anioł napisał, że w każdym marmurze drzemie posąg i wystarczy go jedynie uwolnić, to miał na myśli szlachetną materię kamienia, który jako dzieło stworzenia zawiera esencję boskości. Z człowiekiem, jako naczyniem boskości rzecz ma się inaczej i wiara, że każdy człowiek jest napełniony, i że coś w jego materii dzieje się samo, może być jedynie religijną nadinterpretacją. Człowiek jest akuszerem, ale to coś, co ma wydobyć, niekoniecznie musi być w człowieku. Człowiek obnaża i odkrywa, tworzy wskutek pewnych wizji które narkotykami można wyzwolić z jaźni czy tzw. natchnieniem, ale musi to w człowieku być. W poemacie Bianki Rolando dane są wprowadzane z zewnątrz wskutek naczytania się i naszperania pewnych mitów i po bardzo powierzchownej, powiedziałbym niechlujnej obróbce, natychmiast wyprowadzane z utworu na zewnątrz. Nawet nie poddaje ich poetka należnej fermentacji czy leżakowaniu, spontaniczność polega na mechanice, na braku selekcji i na przypadkowości kojarzeń. Pobieżny porządek sprawia wrażenie raczej zamiatania pod dywan, który później wywraca się na drugą stronę i bada, jak to się ułożyło niczego nie wyrzuciwszy. Wszelkie remiksy i kolaże, jakimi Bianka Rolando poddaje tekst, nie służą pierwotnemu budowaniu nowego tworu o innym zupełnie znaczeniu, a jednak za każdym razem o strukturze dzieła literackiego, lecz polegają na symulacji. Przypominają wróżby z kawy, wszelkie, rodem z new age czary i ułatwienia uprawiania wiary w coś, co się odpowiednio preparuje. Wszystko w „Modrzewiowej koronie” jest poezjopodobe i postmodernistyczne na dwoje babka wróżyła, tj, może być umieszczone w tym miejscu i tak wypowiedziane, ale jak się „omsknie” i nie trafi, to jeszcze lepiej.
Nie przypuszczam, by odwieczna, ludzka wola eksploracji, odkrywczości i wspinania się na piętra poznania, do czego potrzebne są narzędzia i jakiś ład – przynajmniej postępujących po sobie w kolejności ruchów – nagle w dwudziestym pierwszym wieku opuściła poetę i pogrążyła się w totalnej rozsypce i zamazaniu. Próba interpretacji „Modrzewiowych koron” kluczem metafizycznym sugerowana przez autorkę w wywiadzie jest absurdalna: jakoby Bianka Rolando posiadała wybitne właściwości mediumiczne i przelewała na papier wszelkie pokłady świadomości zbiorowej, do których wskutek nieprzeciętnych właściwości paranormalnych dotarła.

Teksty w „Modrzewiowych koronach” magii nie posiadają, żonglerka językowa zatrzymuje się na poziomie ekwilibrystyki, i dzieje się w nich coś zupełnie odwrotnego: im autorka bardziej czaruje i kokietuje, tym bardziej odziera obrazowanie z poezji i z jej chemii, pozostaje po lekturze jedynie obraz jakiejś kobiety o małych piersiach, która siedzi na drzewie i bajdurzy.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | 13 komentarzy

Krzysztof Varga „Aleja Niepodległości” (2010)

Wbrew wielu recenzjom, które pojawiły się po wydaniu ostatniej książki Krzysztofa Vargi w Sieci, książkę tę odczytuję bardziej ogólnie, niż dokonuje tego recenzencki, szczegółowy podział na bohaterów, mających rzekomo reprezentować zantagonizowane rysy charakteru dzisiejszych Polaków.
Poprzednia powieść „Nagrobek z lastryko”, o której pisałam tu, syntetyzuje czas, antycypując skutki dziejowych wydarzeń, przede wszystkim przez pryzmat Powstania Warszawskiego. W „Alei Niepodległości”, powieści tak samo jak poprzednia, ściśle warszawskiej, Varga skupia się na wyłuskaniu przyczyn nieprzezwyciężonego w dalszym ciągu marazmu toczącego zarówno postacie o losie wygranym ( Jakub Fidelis), jak i przegranym (Krystian Apostata). O tym, że Polakom nic się nie chciało w PRLu-, pisał śmiesznie Sławomir Mrożek w dramatach, a Tadeusz Różewicz w wierszach, a o polskiej nierzeczywistości Kazimierz Brandys w „Miesiącach”. Pomost, jaki wpracowała sobie polska mentalność, przerzucony na drugą stronę po politycznym przełomie i związanym z tym stylem życia, czyli tzw. chorobowe przetrwalniki, przypomina właśnie jakiś biologiczny fenomen, kiedy choroba szuka nowych miejsc żerowania i buduje sztuczne nowe twory, by móc gniazdować, przetrwać i się panoszyć.
Varga po Houellebecq’owsku skupia się na jednostkowych życiorysach, wykorzystując fakt, że jego bohaterowie, przyjaciele ze szkolnej ławy, są w tym samym wieku co autor i tym sposobem może bardzo dokładnie odwzorować z pamięci czasy, w których dorastał i które kształtowały osobowość.
Osią narracji jest warszawska ulica (tytułowa „Aleja Niepodległości”) wokół której kręci się cały świat warszawskich dzieci i nastolatków, dla których stan wojenny to jedynie wojna, którą przeżyli, która na zawsze ich zinfantylizowała kwalifikując do Pokolenia Bez „Teleranka” i którą – jak mówi Jakub – jedyna, którą Polska może wygrać. Niestety w tej powieści niczego nikt nie wygrywa. Przegrana jest permanentna, od piłkarskich meczów, po wszystkie miłości, które w szkole – jak diagnozuje bohater – zawsze są jednostronne. Miłość w wydaniu Vargi, to cały czas fantom, który używany jest jedynie do spełniania wyobrażeń, natomiast spełnienie naturalne, realne i prawdziwe, możliwe staje się jedynie w onanizmie. Dlatego też onanizm, samogwałt, samozaspokojenie, podobnie jak w „Cząstkach elementarnych” Houellebecq’a jest nałogiem determinującym nie tylko sferę seksualną, ale i wszystko co bohaterowie w wieku dorosłym robią metaforycznie determinując i zamykając ludzką aktywność jedynie do wsobności. Ani Jakub Fidelis, zyskując artystyczną sławę idola popkultury nie wychodzi poza swój medialny wizerunek w rejony prawdziwej sztuki, zamykając się w roli telewizyjnej marionetki, ani Krystian Apostata, który wychodząc z konwencji mieszczańskiej i przeradzając się w artystę awangardowego, nie czyni nic poza autodestrukcją swojego ja.
Nie ewoluują człowieczo postacie dalszych planów, jak choćby ciotka Krystiana, mająca literacko tendencje pokrzywiania się postaci z „Ciotki Julii i skryby” Mario Vargasa Llosy, czy ciotki Thomasa Bernharda, które są zawsze ciotkami inspirującymi i zapładniającymi, inicjującymi młodzieńca. Natomiast z ciotki Krystiana pożytku nie ma, to wprawdzie przedstawicielka przedwojennej inteligencji warszawskiej, ale pełnej toksycznych blokad bez logicznej konsekwencji. To kobieta z syndromem zapiekłej nienawiści do komunizmu, potajemnie kochającej się w jego ikonach (Kloss), to stereotyp aż do bólu prawdziwości i powtarzalności charakteru obywateli PRL z ich dwójmyśleniem i konformizmem, jednak bardzo w powieści zasadny. To, że cały czas odnajdujemy się w rzeczywistości Krzysztofa Vargi w sposób komiczny, satyryczny, myli trochę właśnie z szablonem i zbytnim syntetyzowaniem zjawisk, co może powodować zarzut spłycania, czy wyciągania z nich wniosków zbyt powierzchownych. Jednak tak nie jest. Modele, które Varga z determinacją i widoczną troską o lepsze jutro lepi na kartach swojej powieści, przemawiają nie tyle ludzkim, wiarygodnym głosem, co ich zniekształceniem. Mamy tu cały czas kontynuację gombrowiczowskiej formy, gdzie wszystko jest permanentnie zniekształcone i zdeformowane. Kupa wariatów udowadniająca, że wariatami nie są, to korowód stworzonych przez Vargę postaci poważnych, funkcjonujących w życiu z powodzeniem, słowem, świat Vargi jest tylko taki, innego nie ma. I ta książka nie jest właściwie satyrą na czterdzieści lat przeżytych i doświadczonych w Polsce schyłku komunizmu, które minęło niewykorzystane na wartości, na budowanie, tylko na cwaniackie prześlizgiwanie się po jego hedonistycznej stronie. To też rachunek wystawiony pokoleniu Vargi, pokoleniu bruLionu, które z anarchii, z tych wyciekających, obrazoburczych „flupów z pizdy” Sajnóga przeobraziło się w popłuczyny różowego erotyzmu Gretkowskiej, kiczu popkatolicyzmu Wencla, czy niestrawnego neolingwizmu pseudo awangardy konceptualnych poetów. Wszystko to Varga mówi nie wprost, używając wielkich świadomych metafor, jednak językiem dosadnym, używanym przez jego pokolenie. Komunikatywność jest tak wielka, że ci, którzy doświadczyli historycznie tych czterdziestu lat na własnej skórze, natychmiast orientują się nie tylko w topografii historycznej, ale nie będąc warszawiakami, warszawskiej. Są tam zawarte nie tylko aluzje do skłamanego serialu TV „Czterdziestolatek”, ale do absurdu wielu kultowych, ambitnych filmów polskich, którymi bohater jest nie tyle zafascynowany, ile zaczadzony i które swoją wtórną nieprawdziwością, kłamstwem artystycznym w jakimś stopniu go też zniekształcają. Zniekształca właściwie wszystko, i „Zły” Tyrmanda, jak i Czyżewska w „Samotności w sieci”, gdzie jest stara, brzydka i mówi źle po angielsku.
Varga nieustraszenie wskazuje na toksyczne tropy kultury polskiej, która jak narkotyk inhalowana jest bezkarnie i ufnie przez polskiego inteligenta, by w konsekwencji stworzyć się na monstrum, na modłę ciotki głównego bohatera, Krystiana.

Słowem, – to co napisał Andrzej Stasiuk w notce wydając w wydawnictwie „Czarne” „Aleję niepodległości” swojego pokoleniowego kumpla: Varga jest jak wino im starszy, tym lepszy – to prawda. I ja, czytelniczka, to potwierdzam.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | 18 komentarzy

Rihanna “We Found Love” tekst piosenki przetłumaczyła Ewa Bieńczycka

JEST NASZA MIŁOŚĆ

Tak jak twój krzyk: nikt nie usłyszy,
tak wstyd uzależnienia od kogoś
najważniejszego, bez którego czujesz się nikim.
Nikt nie zrozumie, jakie to jest bolesne.
Czujesz rozpacz,
dla niej nie ma ratunku. A gdy mija i kończy,
niemal tęsknisz za powrotem wszystkiego co złe,
bo takie też dobre.

Świeci diamentów żółć,
stoimy ramię w ramię
swym cieniem na mój cień rzuć,
ożyjemy w nas samych.

(Nie da się ukryć, tak to odczuwam
ale muszę zrezygnować…)

W rozpaczy jest nasza miłość
W rozpaczy jest nasza miłość
W rozpaczy jest nasza miłość
W rozpaczy jest nasza miłość

Oświetl drzwi otwarte,
miłość i życie oddzielę,
tak cię potrzebuję, zawróć,
w myślach tłucze się serce.

(Nie da się ukryć, tak to odczuwam
ale muszę zrezygnować…)

W rozpaczy jest nasza miłość
W rozpaczy jest nasza miłość
W rozpaczy jest nasza miłość
W rozpaczy jest nasza miłość

Świeci diamentów żółć,
stoimy ramię w ramię
swym cieniem na mój cień rzuć,
ożyjemy w nas samych.

W rozpaczy jest nasza miłość
W rozpaczy jest nasza miłość
W rozpaczy jest nasza miłość
W rozpaczy jest nasza miłość

W rozpaczy jest nasza miłość
W rozpaczy jest nasza miłość
W rozpaczy jest nasza miłość
W rozpaczy jest nasza miłość

W rozpaczy jest nasza miłość
W rozpaczy jest nasza miłość
W rozpaczy jest nasza miłość
W rozpaczy jest nasza miłość

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Otagowano | 32 komentarze

WESOŁYCH ŚWIĄT!

Zaszufladkowano do kategorii 2011, dziennik ciała | 17 komentarzy

HAVEL

Odszedł dzisiaj Václav Havel, człowiek wyraźny, zdefiniowany i konsekwentnie szlachetny. Odchodzi z nim epoka ludzi dobrych. W esejach pisał o tym, jak ważna jest ludzka indywidualność. W obliczu śmierci strata jest tym bardziej bolesna, że Havel był dowodem na to, że da się żyć możliwie w świecie niemożliwym.
Kto teraz będzie przypominał o mechanizmach niszczących gatunek ludzki, jak zabraknie żywego egzemplarza?
W eseju Václav Havel pisał:

„(…)Ten „dyktat rytuału” sprawia jednak, że władza wyraźnie nabiera charakteru anonimowego. Człowiek roztapia się niemal w rytuale, daje mu się unosić – i częstokroć zdaje się, że to sam rytuał wydobywa ludzi z mroku na światło władzy, bo też czy dla systemu posttotalitarnego nie jest typowe, że na wszystkich szczeblach hierarchii władzy indywidualności są coraz to bardziej wypierane przez ludzi bez oblicza, marionetki, zuniformizowane sługi rytuału i rutyny?
Samoczynny ruch odczłowieczonej i zanonimizowanej w ten sposób władzy jest jednym z parametrów owego podstawowego „samoruchu” systemu; odnosi się wrażenie, iż dyktat tego „samoruchu” sam powołuje do władzy ludzi bez indywidualnej woli, że ten „dylemat frazesu” sam dobiera do władzy „ludzi frazesu”, jako najlepszych gwarantów „samoruchu” systemu posttotalitarnego.
Sowietolodzy zachodni niejednokrotnie przeceniają rolę jednostek w systemie posttotalitarnym i nie zauważają, że osoby zajmujące kierownicze stanowiska mimo niezmiernych uprawnień, jakie daje im scentralizowana struktura władzy, częstokroć nie są niczym więcej, jak tylko ślepą funkcją prawidłowości systemu, prawidłowości, których w dodatku ani nie wymyślają, ani nawet wymyślić nie mogą. Zresztą doświadczenie uczy nas przecież dostatecznie, jak bardzo „samoruch” systemu okazuje się wciąż na nowo silniejszy od woli jednostki. Jeżeli ktoś ma trochę indywidualnej woli, musi długo kryć ją pod maską rytuału i anonimowości, by w ogóle mieć jakieś szanse w hierarchii władzy, a gdy się w tej hierarchii już usadowi i spróbuje przeforsować swą wolę, prędzej czy później ogromna siła bezwładu „samoruchu” pokona go -i wtedy albo zostanie usunięty ze struktury władzy jako obce ciało, albo stopniowo będzie musiał rezygnować ze swej indywidualności, ponownie stopić się z „samoruchem” i stać się jego sługą, niemal nieodróżnialnym od tych co byli przed nim, jak i od tych, co przyjdą po nim (dość przypomnieć chociażby ewolucję Husaka czy Gomułki). Konieczność nieustannego ukrywania się za rytuałem i posługiwania się nim sprawia, że często również światlejsi przedstawiciele struktury władzy padają, że tak powiem, ofiarą ideologii: nigdy nie umieją sięgnąć wzrokiem do dna rzeczywistości i miast niej widzą zawsze – nawet w krytycznej chwili – ideologiczną pseudorzeczywistość (…)”

[Przełożył Piotr Godlewski]

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano | 9 komentarzy

Nagroda Literacka Czterech Kolumn 2010: Maciej Melecki „Przester”

Tytuł tomiku pochodzi od czasownika „przesterowanie” i sugeruje, że rezygnacja z komunikacji międzyludzkiej w poezji jest możliwa. Natomiast nazwa Nagrody nawiązuje do piątej kolumny, czyli szkodliwej działalności poetyckiej Macieja Meleckiego i roli, jaką odgrywa w dzisiejszej liryce polskiej.
Przesterowanie, przekierowanie działań poetyckich z ich odwiecznych powinności w sztuce na dzisiejsze zaniechanie, czyli na niwelację jakiegokolwiek przekazu poetyckiego Melecki przeprowadził konsekwentnie na przestrzeni kilkudziesięciu bardzo długich wierszy. Dzięki pozornie żmudnym poszukiwaniom rzeczy nieistotnych i nieważnych pilnując, by absolutnie niczego nie powiedzieć, ten ciąg nikomu niepotrzebnych utworów poetyckich zabrzmiał wiarygodnie i z powagą.
Widocznie tomik adresowany jest do młodego pokolenia poetów nie pamiętających szkód wyrządzonych nowomową kulturze polskiej, a która obowiązywała w PRL, i nie kojarzy czyhających na nią niebezpieczeństw, ufnie powielając w swoich próbach poetyckich stylistykę Nagrodzonego. Poeta Melecki zastosował ten niezwykle prosty chwyt retoryczny (nowomowa) do komunikacji z czytelnikiem, stając się automatycznie jego mentorem i właścicielem jego straconego czasu. Czytając te wiersze ma się wrażenie, że skoro poświęciliśmy im tyle uwagi śledząc każdy wers, otrzymamy wreszcie jakąś nagrodę, chociażby w postaci wyjaśnienia, w jakim celu autor wyprowadza czytelnika na mentalne manowce i co ten czytelnik mu zawinił, że zasłużył na tak okrutną karę. Podwójna kara czeka czytelnika w moim wieku, której fundowano leksykalno-frazeologiczny bełkot całą komunistyczną szkołę i studia. Liryczna sieczka zapełniała wtedy szczelnie literackie periodyki, a o ich autorach już nikt dzisiaj nie pamięta. Wypełniacz, jaki zastosował dobrowolnie w swoim obszernym tomiku Maciej Melecki dzisiaj przez nikogo niezmuszany politycznie, zdumiewa. Są to zdania służące do zapełnienia 77 stron papieru zawierające jedynie pustkę znaczeniową, których nie powinno się czytać. Kiedy obywatel PRL-u wiedział już, że czytać mu tego nie wolno, że czytanie nowomowy to śmiertelne niebezpieczeństwo dla obywatela i zamach na jego nie do końca wyrugowaną duchowość, to wskrzeszona dzisiaj nowomowa dla potrzeb artystycznych niepokoi podwójnie. Najprawdopodobniej jest wynikiem przedostania się do krwiobiegu kultury osób wybitnie pozbawionych talentów artystycznych chcących to zakamuflować nowomową, którą szalenie łatwo się posługiwać i jak widać, też emitować i powielać.
Być może przyczyna jest inna, o której nie wiem.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | 12 komentarzy

Agnieszka Mirahina „do rozpuku” (2010)

Trzecia książka Agnieszki Mirahiny nie różni się wiele od dwóch poprzednich, autorka jedynie łagodzi w niej akcenty bulwersujące (zauroczenie totalitaryzmem i przemocą) na rzecz fascynacji lękiem, rozkładem i degradacją. Trudno zaprzeczyć energii tym wierszom, pisanym zawsze z pozycji Zła, ze świata, na którym już nic dobrego nie pozostało, a jak pozostało, to wkrótce nie pozostanie. Nie jest to nawet nihilizm, jedynie taki ogląd, w którym nie bardzo wiadomo, czy bohaterka wierszy nie czułaby się lepiej, gdyby ten świat się jednak polepszył. Problemy twórcze i ewentualne wahania etyczne autorka ujawnia na samym wstępie w wierszu Breslau (pewnie słowo „Wrocław” patriotycznie chce oszczędzić), gdzie podmiot liryczny zupełnie wyjałowiony ze stanu lirycznego prosi by” byle/demon we włosach roił się jak wesz i coś na ząb wszystko” i pisze, bo pisać musi.
Nie wiadomo do końca, dlaczego podmiot liryczny pisze, dlaczego pisać musi, nie dowiemy się o tym na przestrzeni tych 32 wierszy, gdyż autorka w grze z czytelnikiem, nie przestrzega żadnych reguł.
Mirahina robiąc oko do historii (odeskie schody), religii (stacje benzynowe), sztuki (Hopper, Niżyński) zawłaszcza nowocześnie i beztrosko symbole na rzecz jednolitego, katastroficznego przesłania. Robi to nieczysto, ponieważ pozorne zimno tych wierszy oddaje część swojej istoty sentymentalizmowi, który pod pretekstem szorstkości, przemyca jednak pewne przesłanie tęsknoty za minionym. Tak się dzieje w wierszu „Odbijając odbicie”, gdzie groza wiersza zawarta jest w przerażeniu bohaterki, która odczuwa rozpad systemu, jako coś nieodwracalnie złego. „Comprachicos” to wiersz o deformacji, ale tak, jakby istoty poddane tej deformacji były z tego mimo wszystko zadowolone. Protest poezji Mirahiny zawarty jest zupełnie w innych rejonach, niż zwykliśmy my, kształtowani na ubiegłowiecznych potępieniach zbrodni przeciwko człowieczeństwu, uznawać. Wiersz „na biegunach” wręcz zawiera jawną groźbę urzeczywistniania nadchodzącej samowolki „teraz kiedy wiatr ustawia mnie w kadrze wolną jak amerykanka”.
Agnieszka Mirahina kreuje się na oskarżycielkę dzisiejszych wojen i niesprawiedliwości politycznej, co zawarła w wierszu „Jednoręki bandyta”, jednak równocześnie fascynują ją wszelkie szwarccharaktery, jakie ziemia zrodziła od zarania dziejów: „(…) to chyba nieszczęście gdy przestają grać świerszcze/mogłabym słuchać tylko bębnów”(…) napisze w wierszu „Wilk pantomima”, czy w wierszu „Wilk pacynka”, gdzie poetka stwarzając bohatera negatywnego, który chce „(…)żeby odwróciły się ode mnie znaczenia i zaszło słońce(…)”alegorycznie opowiada się za mrokiem i sprzeniewierzeniem.
„Pieszy rajdowy” to sytuacja paniczna, to stan zaszczucia, polowania i ucieczki niemożliwej, zapętlenia i zamknięcia się, jak w karuzeli chomika w mieście, gdzie dla zabawy i uciechy poluje się na ludzi, by ich zabić.
Stan zagrożenia, zbliżającej się lada moment wojny paraliżującej życie publiczne jest zobrazowany w wierszu „Powstanie i stanie”.
Trudno wyczuć na podstawie tych wierszy, czy nadwrażliwość autorki każe kasandrycznie bać się świata i nadciągających niechybnie katastrof, czy jest to jedynie kreacja artystyczna i poza bohatera neo-noir.
Bo Agnieszka Mirahina to pokolenie poetów wschodzących i jak napisała w wierszu „Comprachicos”:
„(…) to potwór nie człowiek
a współczesna technika pozwala na więcej –(…)”

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | 12 komentarzy

John Keats „To a Friend Who Sent Me Some Rose” z angielskiego przetłumaczyła Ewa Bieńczycka

DO PRZYJACIELA, KTÓRY PRZYSŁAŁ MI RÓŻE
Naćpanej Światem

Znalazłem się wśród pól szczęśliwych znów,
trącał skowronek rosy kropelki,
skryty w koniczynie; – wtem szum zbroi
rycerzy tarcze łamane w bitwach,
wśród dzikiej natury słodkich kwiatów,
gdzie zapachniał piżmowej róży pąk,
wczesnego lata. Jak z Tytanii rąk
różdżka czar czyni wśród elfów
narkotyk rozpylając naturze.
Myślę, że przewyższa klomb różany
to Wellsie, że przysłałeś mi róże.
Pyszny aromat mnie darowany
czule tłumaczy, prosząc w pokorze
by pokój, prawda, życzliwość były nam dane.

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Otagowano | 10 komentarzy