Nagroda Literacka im. Józefa Mackiewicza 2011: Wojciech Wencel „De profundis”

Piszę niechętnie o twórczości Wojciecha Wencla, ponieważ jest to autor utworów politycznych a nie artystycznych, jednak warto prześledzić ten odwieczny mechanizm podszywania się wszelkich maści ideologów, hochsztaplerów i cynicznych działaczy partyjnych pod działalność artystyczną zarówno wytwórców utworów, jak i kapituł specjalnie do ich uwierzytelniania powołanych Nagród Literackich. Uzurpacja, jaką ze słusznym rozdrażnieniem i oburzeniem wypunktował Krzysztof Varga w „Gazecie Wyborczej”, która zawłaszcza symbole patriotyczne i polską kulturę w celach manipulacyjnych i propagandowych, dotyczy też przyzwolenia na ten proceder właśnie nagradzających, którzy automatycznie stają się uzurpatorami. Uzurpatorami występującymi jako głos narodu polskiego, a nie jakiejś marginalnej sekty religijnej mającej pretensje do arbitralnych sądów nad naszą historią. Wyniesienie Wojciecha Wencla na ołtarz sztuki automatycznie wartość tej sztuki deprecjonuje i przekreśla.

„De profundis” Wojciecha Wencla można zestawić z „De profundis” Oscara Wilde’a i natychmiast się zorientować, jak brzmi wołanie z otchłani dzisiejszego wypieszczonego sługi kościoła katolickiego i męczennika idei ubiegłych wieków, którego geniusz został brutalnie zniszczony w pełni jego sił twórczych przez właśnie te siły, które Wojciech Wencel reaktywuje dzisiaj i ich zło hoduje.
Faryzejstwo Wojciecha Wencla polega na trosce o rzeczy nie swoje, nie przeżyte osobiście, przypomina słynną z opisów psychiatrycznych neurotyczną matkę, która cały czas dba o to, by jej dziecku nie było zimno zadręczając go swoją nadopiekuńczością. Poeta Wencel nie doświadczając czasów wojny opisuje wojnę, a nie będąc wizjonerem, produkuje w zaciszu domowym współczesne horrory, które z racji swojej ideologicznej roli, jaką pełnią w jego utworach, są jedynie historycznymi atrapami.
Wencel w wywiadzie zwierza się ze swojego heroizmu, który skutkował powstaniem dzieła literackiego „De profundis”:

„(…)Tak było też z tomem “De profundis”. Zacząłem go pisać dwa miesiące przed katastrofą smoleńską. Trochę wbrew sobie, bo dotąd sądziłem, że w języku współczesnej poezji nie da się wiarygodnie przedstawić polskiej duszy. Ale właśnie tego oczekiwała ode mnie ta siła, która rozbudza wyobraźnię. Ogromnym i niezwykłym przeżyciem była dla mnie noc z 9 na 10 kwietnia. Nie mogłem zmrużyć oka.(…)”

Kreowanie się na mistyka, nadwrażliwca przeczuwającego światowe katastrofy jest u Wojciecha Wencla na poziomie rubryk wróżek z pism kolorowych, które z żarliwością kaznodziei piętnuje w swoich felietonach z „Gościa niedzielnego”, natomiast fałszywego proroka na wysokich koturnach najłatwiej demaskują jego wiersze:

„(…) szukam więc twoich śladów żeby cokolwiek pojąć
z czasów kiedy artyści nie musieli wybierać
między narodem a sztuką bo jedno i drugie
było im zapisane w lirycznym testamencie
my też nie musimy wybierać ale to dlatego
że mamy tylko sztukę – narody już nie mówią
nie widzą ani nie słyszą zamieszkały w hospicjum (…)”

[EPITAFIUM DLA WOJCIECHA MENCLA]

Niebezpieczna nuda, wytwarzająca się w pokoleniach młodych ludzi żyjących w dobrobycie i w błogiej niewiedzy czym jest prawdziwa tragedia, może w tych tęsknotach do bohaterstwa lisio podsuwanych przez poetę Wojciecha Wencla znaleźć kumulację, szczególnie, że w wzywa coraz sławniejsze poetyckie autorytety:

„(…)gdybyś wiedział poeto cóżeś nam wywieszczył
jak ranią ucho twoje skamandryckie rymy
po sześćdziesięciu pięciu latach głuchej ciszy
o tym kraju zabitym krojonym na ćwierci
ja nie chcę nic innego niech jeno mi płacze
powstańczych wierszy gędźba w zburzonej kantynie (…)”
[DO JANA LECHONIA]

Propagandowa perswazja wzbogacona licznymi cytatami z Mickiewicza i Kochanowskiego zbliża się nieuchronnie do Smoleńska:

„(…)teraz śpisz ale pilnują cię Judasze
co w tej ziemi zakopali wór srebrników(…)”

[PANI COGITO Pamięci Anny Walentynowicz, poległej 10 kwietnia 2010 w Smoleńsku]

Tragedia na miarę drugiej wojny światowej i Powstania Warszawskiego się już wydarzyła, którą poeta Wencel przeczuł noc wcześniej. Żeby pokonać Zło, poeta wzywa herbertowskie zimne czaszki, ale nie tylko:

„(…)wszyscy nagle znaleźli się w wolnym kraju
który jest także twoim krajem
są tu a jakby ich nie było
raz lub dwa razy w roku spotykasz ich
pod pomnikami na cmentarzach w parku
czasem ocierasz się o nich w kościele
wysłużone płaszcze buty z prawdziwej skóry
bruzdy na twarzach krawaty moherowe berety
biało-czerwone opaski na ramieniu
mają swój świat: przepływają jak zjawy
z porannej mszy do klubu dyskusyjnego
towarzystwa wzajemnej prefacji(…)”

[REFUGIUM]

Opisaną społeczność Wojciech Wencel nazywa w wywiadzie wykluczonymi:

„(…) Czułem się zobowiązany stanąć po stronie brata prezydenta razem z kilkoma milionami „moherowych” Polaków, wykluczonych z życia publicznego. Poza tym uważam, że Jarosław Kaczyński jest obecnie jedynym mężem stanu, działającym w interesie narodowym i zdolnym po odzyskaniu władzy realnie zabezpieczyć polską suwerenność. A moja wiarygodność? Już dawno zrezygnowałem z wielkiej kariery literackiej. Jestem poetą podziemnym, nie spodziewam się tysięcy czytelników. Bóg zna moje motywy, cieszę się wolnością i to mi wystarczy.(…)”

Wojciech Wencel zyskał kilka milionów czytelników swojej poezji, ujmując się za wykluczonymi. Zyskał bardzo dużo lukratywnych funkcji na społecznej niwie, łącznie z prestiżową Nagrodą. Swoją bohaterską postawą partyjną dowiódł, że służba partyjnej sprawie się opłaca.
Tylko tropiąc metafizyczne tajemnice jego liryki trudno się od niego dowiedzieć, dlaczego do tych zwykłych, przyziemnych celów używa tak cennego materiału, jakim jest Poezja Polska.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | 22 komentarze

Krzysztof Siwczyk „Koncentrat” (2010)

Agnieszka Wolny-Hamkało pisze w Gazecie Wyborczej, że „Koncentrat” to tomik przemiany twórczości Krzysztofa Siwczyka, to pisanie po nihilizmie, rezygnacja z nihilizmu, pisanie, w które wpuszczono powietrze i lekkość jego debiutu („Dzikie dzieci”).
Nieprawda.
Siwczyk jest cały czas taki sam, ani drgnie. Po prostu wcześniejsze tomiki nie były jeszcze naszpikowane taką ilością wpływów z lektur, które poeta w międzyczasie w siebie wchłonął i zrobił z nich koncentrat na zimę, czyli na czas braku wegetacji (czytaj weny twórczej).
Wiersze z tego tomiku są męczące dla obu stron – autora i czytelnika. Przedzierając się poprzez ten niesłychany gąszcz obrazów poetyckich, które apokaliptycznie wysnuwają się nieskończenie lgnąc do czytającego, jak kąpiel w kisielu sennym, zamazanym koszmarem, można zwątpić zupełnie w wagę słowa i jego przydatność. Zachodzi tu coś takiego, jak u gaduły, którego grzecznościowo wysłuchujemy i on robiąc nagle przerwę, którą my z ulgą odczytujemy jako koniec, ale nie, jest to tylko sadystyczne badanie reakcji słuchacza, ponieważ po pauzie natychmiast następuje wznowienie gadulstwa. Tak jest właśnie w wierszach Siwczyka: czytelnik, mobilizując całą swoją dobrą wolę w ogarnięciu wywoływanych obrazów, wyobrażeniu sobie lasów, pól, drzew, mokradeł, nagle orientuje się, że ten znaczeniowy labirynt nie prowadzi do niczego, że jest zawsze unikiem, ucieczką i skrętem w bok z finalizacji czegoś, co nigdy się nie sfinalizuje, ale czytelnik jeszcze o tym nie wie. Nie chcę tutaj dawać porównań seksualnych, jednak jest w tym pisarstwie, które jest bardziej poetycką prozą niż wolnym wierszem pewne uwodzenie, ale nie czytelnika.
Siwczyk paradoksalnie uwodzi Historią. Vibowit, Relaksy (buty), salki katechetyczne, rozdawnictwo darów w stanie wojennym, klocki (lego), komiksy czarno-białe reglamentowane, na które się czekało jak na wszystko w tych czasach, podskórnie w tych wierszach stanowi jakąś wspólną płaszczyznę dla kary, którą odbywa pokolenie Krzysztofa Siwczyka: uwięzienie w bezdennej martwocie duchowej.
Czytając wiersze „Tabu z demobilu”, „Miasto”, „Pseudosen” przyłapywałam się na współczuciu bohaterowi lirycznemu tkwiącemu cały czas w scenerii późnego komunizmu z całym bagażem rekwizytów PRL-u, który nie jest w stanie się z tego bagna wydobyć. Okna nie mają otworów, gazety są puste, trwa propagandowa sztuczność, jałowość przedsięwzięć ma zawsze strukturę sennego niedokonania i ten surrealizm traci wskutek powtarzania bez kontekstów ostrość i wiarygodność, staje się papierowym straszakiem, smokiem z wiersza:

„(…)My, obce duchy,
przychodzimy zawsze z naprzeciwka,
zatrzymujemy się na ścianach smoków,
które nie chronią już nikogo,
niczego nie ma do zobaczenia
w wyłupionych oczach mędrców.(…)”

[Przy murze]

Jednak trudno uwierzyć w tak wyartykułowany jęk pokolenia. Dalej dowiaduję się, że dla podmiotu lirycznego panaceum na całe zło, które wyrządziła Historia, jest lenistwo:

„(…)Sakramentalną paszę odbieram w sieci, dużo jem, żeby spuchnąć.
Dużo czytam, żeby nie myśleć.(…)”

[Lemat]

W rozmowie z Małgorzatą Lichecką Krzysztof Siwczyk powiedział:

„(…)W tym sensie przylega do elementarnej, egzystencjalnej opowieści o życiu podmiotu. Bo nie opowiadam w niej o sobie. Jestem przekonany, że książki poetyckie nie są zbiorami przypadkowych wierszy, że przejawia się w nich autorska strategia pisania. Choć to trochę zafałszowany model. Pierwszą motywacją do napisania „Koncentratu” była próba znalezienia się w różnych gorsetach językowych i formalnych, tak by przekonać się raz jeszcze, że pisanie wierszy jest ubieraniem masek, by wreszcie w jakiejś poczuć się dobrze. (…)”

I być może w szczerych słowach autora zawarta jest zagadka źle postawionej tezy tomiku. Intuicyjnie odczuwalny fałsz tych wierszy czytelnik zawdzięcza maskom wkładanym nie dla prawdy artystycznej, a czegoś wręcz przeciwnego.
I w dalszym ciągu nie wiem, dla czego i w imię czego.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | 18 komentarzy

Marta Podgórnik „Rezydencja surykatek” (2011)

Ten zbiór wierzy powstał po przekroczeniu przez autorkę trzydziestki i w porównaniu z przednimi tomikami zawiera coś nowego i nieuchwytnego wcześniej, mimo, że poetka pozostaje przy swoich kobiecych motywach połowicznego wyzwolenia i połowicznego dążenia do samorealizacji. Po trzydziestce, czyli wtedy, kiedy artysta już nie wstępuje, a chyli się ku upadkowi w kierunku dojrzałości będąc w dalszym ciągu niedojrzałym, ale mającym już poczucie, że jest.
Można ufać tym konfesyjnym wierszom jedynie wtedy, kiedy oderwie się jej bohaterkę od profesji poetki. Sęk w tym, że podobnie jak autorka, bohaterki wierszy na nieszczęście są też profesjonalnymi artystkami, za co zbierają zasłużone baty, zarówno w trakcie swoich publicznych występów („Rezydencja surykatek”), jak i w łóżku z kochankiem ( „Gwiazdor rocka, królowa poezji, pies, schody i puenta”).

Nieuchwytnego, ponieważ ironia wcześniejszych tomików, gdzie bohaterka promuje model rozluźnionego obyczajowo wampa, tutaj zamienia się bardziej już w szyderstwo i poniekąd w zakamuflowane zwycięstwo, mimo, że pozornie mówi o kobietach przegranych.
Szukając klucza do tych wierszy, zobaczyłam jeden z dokumentalnych filmów o zwyczajach surykatek pragnąc dociec, jakim sposobem zalęgły się te walczące o przetrwanie w niesłychanie trudnych warunkach pustynnych afrykańskie zwierzątka na obszarze Górnego Śląska. Niestety, trop okazał się zupełnie mylny, nie odnalazłam żadnych powinowactw z tymi wierszami, pisanymi przecież z pozycji kobiety sytej, zabezpieczonej zawodowo i towarzysko, a stany lękowe, które mogłyby być skutkiem niepewności co do kierunków, którymi podąża dzisiejsza poezja, są wynikiem przecież braku rodziny i aborcji, jakiej dopuszcza się co i rusz w wierszach podmiot liryczny.
W filmie dokumentalnym samica rodzi w ciągu stosunkowo krótkiego życia 7 – 12 lat siedemdziesiąt małych surykatek, które nawet osiągając dojrzałość są niesłychanie rodzinne i giną w bezwzględnej przyrodzie, jeśli się od niej oddalą. Jeśli metafora surykatek posłużyłaby Marcie Podgórnik do ilustracji życia poetyckiego w Polsce, to miałoby to jakiś sens i być może stanowiłaby tajny kod aktywizacji drążenia poetyckich korytarzy na terenie całej Polski, z wezwaniem: poeci łączcie się z nami, bo inaczej wasz ród zaginie. Rodowość surykatek polega na klanowym działaniu, gdzie zwalcza się z równą bezwzględnością inne gatunki zwierząt, jak i inne rody surykatek, które cały czas dybią na ich terytorium i na ich ziemne korytarze. Samica Marta Podgórnik (na czele rodu surykatek stoi zawsze samica) byłaby jego założycielką, a krewni duchowi jej dziećmi, które równocześnie zapładniałyby poetycko w miarę osiągnięcia pełnoletniości ją i swoje siostry.
Jednak w tomiku niczego podobnego nie ma. Sprawy poezji, Martę Podgórnik zupełnie nie interesują. Mamy natomiast żałosny obraz kobiety – romantyczki, marzącej o nieśmiertelnej miłości, o pielęgnacji tego marzenia na bieżąco poetyckimi strofami dziwiąc się za każdym razem, że los, ku jej zaskoczeniu, pozbawia elementarnych praw rządzących klasycznym romansem bohaterkę tych wierszy:

„(…)Sama nie wie, kiedy straciła wielką miłość,
taką, co się zdarza o wiele, wiele rzadziej niż talent literacki.(…)”
(…) Ale nikt jej nie spytał o zdanie.(…)”

[Gwiazdor rocka, królowa poezji, pies, schody i puenta]

Trudno dociec, na jakiej podstawie bohaterka wierszy – Gwiazda Poezji – przed którą wszystkie literackie drzwi otworzyły się nagle na mocy nieprzeciętnego jej talentu uważa, że ten drobny defekt bycia Gwiazdą Poezji uniemożliwia jakikolwiek związek z drugim człowiekiem? Czy np. pracownica Mac Donalda pisząca wiersze do szuflady ma większe szanse na trwałe pozyskanie miłości swojego życia?
Takie pytanie niestety nie pada. Losy sławnych artystek wieków ubiegłych wplecione w fabułę tych wierszy (Eleonora Duse) nie ułatwiają zadania rozszyfrowania, co poetka chce o kondycji swojego pokolenia powiedzieć i dlaczego to pokolenie tak bardzo cierpi prywatnie, kiedy ich pragnienia społeczne są zaspokojone.
W wierszach przewija się jakaś zupełnie nieuzasadniona gorycz i nawet pretensja spowodowana brakiem harmonii i symetrii w tej szczęśliwej nieszczęśliwości. Tak, jakby roczniki poetów wchodzących w wiek męski – tutaj kobiecy – kokieteryjnie zaprzeczały swoim społecznym sukcesom w obawie pozazdroszczenia im tych sukcesów lub wręcz zniechęcały do pięcia się w górę po drabinie społecznej, bo wiadomo, to szczęścia nie daje:

„(…)Debiutowała
z nawet niezłym hukiem. Następne cztery lata przeżyła jak we śnie.
Publikacje, imprezy, spotkania autorskie, czasopisma, książki, audycje,
gazety. (…)Wszystko, czego się podejmie, wykonuje
świetnie. Sprawdza się jako recenzentka, tłumaczka, redaktorka, prowadzi
warsztaty twórczego pisania, juroruje w konkursach, bryluje
w panelach krytycznoliterackich, błyszczy dowcipem i niewymuszoną
erudycją w wywiadach dla czasopism literackich, jak i dla wysokonakładowej
prasy. Właśnie składa do druku pierwszą powieść.(…)”

[Gwiazdor rocka, królowa poezji, pies, schody i puenta]

Z wywiadów z Martą Podgórnik dowiedziałam się, że działalność Biura Literackiego, w którym zatrudniona jest poetka, nie podlega żadnym ocenom, ponieważ nikomu nie wolno mówić firmie, czyli Biuru Literackiemu, jak ma być zarządzana.
Rezygnując z omawiana tej aktywności zawodowej pozostaje więc tylko czytać te wiersze jako lamet kobiety niekochanej, kobiety, która chce być jedynie kochana z powodu bycia kobietą, która też jest przecież w pewnym sensie firmą: firmuje swoją kobiecość w zamian za zaspokojenie uczuciowe – chce zapomnieć na czas bycia kobietą, że jest nieszczęśliwie uwikłana w wstydliwy zawód poetki.
I być może czytelniczki gnębione syndromem poaborcyjnym odnajdą w tych strofach – pisanych pięknie prozą poetycką, inkrustowaną rymami wewnętrznymi, a także wypełnionymi zupełnie infantylnymi wierszykami nostalgicznie przywołującymi niedoszłe macierzyństwo – swój świat, swoje terytorium i swoją rezydencję.
Oby tak było.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | 11 komentarzy

„Tyska Zima Poetycka 2011″: Elżbieta Lipińska „Rejestry”

W powieści „Życie i myśli Tristrama Shandy” Laurence Stern porusza kwestię tzw. „konika”, czyli aktywności ludzkiej rozwijanej przyjemnościowo tylko dla tego, kto ją kultywuje. Autor zaznacza, że do „konika”, nie powinny się wtrącać osoby trzecie, że hobby jest nieszkodliwą działalnością tylko wtedy, kiedy zaspokaja jedynie hobbistę nie zadręczającego otoczenia swoim zainteresowaniem.
Oczywiście uprawianie poezji, pisanie wierszy i publiczne ich odczytywanie odbywało się – ku zgrozie tych, których zmuszano do uczestniczenia w takim rytualne – poprzez wszystkie wieki, ale dzisiejsza możliwość technologiczna ją wyolbrzymiła, umożliwia jej wnikanie w psychikę niezorientowanego miłośnika poezji dzięki konkursom literackim. Wystarczy hobbistę naznaczyć Nagrodą, a już hobbista, którego konikiem jest pisanie wierszy trwale wchodzi w krwiobieg poetyckiego słowa, krąży, multiplikuje się po witrynach sieciowych, wieczorkach autorskich, samorzutnie, bezwolnie i bezszelestnie wnika w podświadomość i na zawsze w niej zalega. Zła poezja w tej chwili rozsiana po świecie podobna jest do plastikowych śmieci, które rozkładają się dopiero po kilkudziesięciu latach, nieposprzątane zatruwają naturalne środowisko. Nagradzani poeci pozyskują tą drogą glejt na mocy którego stają się profesjonalistami, są nietykalni i nieweryfikowalni. Mianowanie laureatów uwierzytelnia legiony hobbystów, którzy poprzez aprobatę wyboru laureata, ustawiają się automatycznie w kolejce do Nagrody.

Dlatego tak częstym motywem wierszy laureatów jest sen o potędze.
„Rejestry” Elżbiety Lipińskiej to nic innego, jak zapis snów, które z racji tego, że są tylko snami, mogą mówić o wszystkim i o niczym. Mogą artykułować kompletną dowolność, byleby tylko tę Nagrodę dostać, nikogo nie obrazić, o nic nie zahaczyć, słowem, taki populistyczny, konformistyczny głos poetki na nowy wiek najbardziej przydatny jest wszelkim konkursom poetyckim.
Laurence Stern tak ciepło piszący o hobbistach nie przewidział, że po kilku wiekach „konik” wymknie się kontroli, zawłaszczy świat oficjalny i w sztuce zapanuje hobbista, którego jedynym celem będzie zmuszanie ludzi do akceptacji jego hobby, a nie pierwotna przyjemność płynąca z jego uprawiania.
Na nieszczęście Elżbieta Lipińska korzysta też z kolejnych ułatwień cywilizacyjnych, bogato inkrustuje swoje sny wszystkim, co da się wyczytać z Wikipedii, każąc czytelnikowi nagle pomniejszonemu tym erudycyjnym nokautem, skakać po Spinozie, Arystotelesie, Berkeley’u, Pliniuszu, przyswajać zwroty greckie, baskijskie , niemieckie, łacińskie, mowę plemion podzwrotnikowych itd. Nie dość na tym, że poezja Elżbiety Lipińskiej, robiąca wrażenie niesłychanego oczytania i wtajemniczenia sugeruje też, że troszczy się o rodzinę autorki i jej korzenie, rozciąga swoje poetyckie zainteresowanie na świat współczesnej poezji polskiej, robiąc wewnątrzwierszowe ukłony do Piotra Sommera i Bohdana Zadury, natomiast poszczególne wiersze dedykuje poetom bardziej z nią zżytym: Jackowi Dehnelowi, Wioletcie Grzegorzewskiej, Markowi Kołodziejczykowi, Aleksandrze Zbierskiej i Michałowi Kobylińskiemu.
W tak wielkim projekcie zabezpieczenia wszystkich poetyckich frontów mało miejsca zostaje na samą poezję. Wprawdzie poetka snuje się po wersach swoich wierszy czasami w postaci dymu, wspina się po nieżyczliwych zimnych ścianach, przegląda się w kałużach ulicznych, boi się jak dziecko obłoconego buta stojącego w łazience, ale to wszystko nie jest głosem artysty uprawiającego surrealizm. Przeciwnie. To kategoria lęków kobiety, która może kiedyś chciała być artystką, a która już dawno podpisała pakt z poprawnością i nigdy nie zaryzykuje żadnego szaleństwa. Zemstą niestety za ten akt sprzeniewierzenia się światu poezji jest freudowskie przeniesienie destrukcji nie na siebie, ale na czytelnika. Elżbieta Lipińska mści się na za to, że dokonała kiedyś wyboru. Będzie się już do śmierci z pełną satysfakcją zwycięstwa pięła po pionowych ścianach zdobywców poetyckich laurów na złość nie sobie, babci, ale czytelnikowi.
Świadczy o tym szydzący z pokus jej pokolenia wiersz „Spóźnionemu bitnikowi”. Nie jest on nikomu imiennie dedykowany, ponieważ Elżbieta Lipińska dedykuje wiersze tylko przedstawicielom swojego świata. Tytułowy wzgardzony bitnik, to człowiek przegrany, który nie wskoczył w odpowiednim momencie w garnitur lub garsonkę, nie dokonał tak skutecznych wyborów życiowych jak poetka Elżbieta Lipińska. Dlatego nie dość, że stracił życie przed śmiercią autorki wiersza, to jeszcze na grobie za karę, za niesubordynację społeczną posadzi się mu konopie, by nic już z tego nie miał, jedynie szkodę:

„(…)Konopie wrosną w ciało, zakorzenią się.
Wielbiciele będą Cię wdychać, aż zapomną.(…)”

[Spóźnionemu bitnikowi]

Oczywiście, nikt nie zapomni wierszy Elżbiety Lipińskiej łatwo, ponieważ anektowanie wszelkich przyczółków życia literackiego w Polsce staje się coraz łatwiejsze. Ponieważ nasza cywilizacja produkuje śmieci, które rozkładają się niezwykle wolno. Co nie znaczy, że są używane (czytaj „czytane”).

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , | 11 komentarzy

Roman Honet “Piąte królestwo”(2011)

Bebechowość ostatniego, podobno szóstego tomiku poezji Romana Honeta nie ma nic wspólnego z egzystencjalizmem i wszystkimi izmami, którymi entuzjastycznie obdarowali ten tomik fani poezji Honeta. Okładkowa grafika przedstawiająca brazylijskiego potwora nawiązuje do latynoskich motywów tylko poprzez takie słowa, jak „pies”, „katedra” „madonna”, natomiast „gazrurka, „kibel”, „dupsko”, to już grunt typowo polski i jeśli Roman Honet chciał wznieść się na jakiejś międzykontynentalne wyżyny, to przykuwa go jak kajdanami do miejsca, niefortunny folklor. Wysokie loty poezji Romana Honeta nie byłyby egzystencjalnym kiczem, gdyby nie były tak egzaltowane i sztuczne. Nie wierzę w ani jedną troskę Honeta o naszą planetę, kumpli i sąsiadów, a troskami wręcz naszpikowane są jego wiersze. Cierpienie i płacz nad nieszczęściami ludzkiego padołu jest nie do zniesienia w wypadku stosunkowo młodego jeszcze artysty, który udaje, że w swoim życiu zaliczył, jako świadek, największe katastrofy tego globu, podczas, gdy fałsz jego życiowych doświadczeń jest natychmiast rozpoznawalny. To nie jest głos nadwrażliwca, którego złe spojrzenie anonimowego przechodnia może zapędzić w beznadziejną melancholię. Cały czas, czytając te wiersze, miałam wrażenie, że autor wybrał z wielu wariantów ludzkich doświadczeń minorowy klimat tylko po to, by coś napisać.
Poczynając od tytułu, w którym na wstępie zapraszani jesteśmy do świata iluzji i domniemania, stajemy się nie tylko niewolnikami tego powołanego wyobraźnią poety miejsca, ale ciągłe łubudu, ciągłe wizje pseudo surrealistyczne klimatu gier komputerowych powodują, że trudno, po przeczytaniu tomiku nie zostać – już na zewnątrz, po wypluciu z kręgu tych strof – poszkodowanym psychicznie.
Piąte królestwo nie jest Królestwem Szatana, ponieważ w takim królestwie Śmierć nie sika. Ale oddawanie moczu przez Śmierć nie jest tu ani ironią ani dowcipem. Jeśli próbowałam powiązać wizje Honeta z na przykład malarstwem Jacka Malczewskiego, gdzie w końcu też wszystko jest na poważnie, zawsze przyłapywałam się na tym, że przecież Malczewski potrafił malować jak barokowi malarze europejscy, podczas gdy warsztat poetycki Honeta oparty jest na jednej nucie wyjałowionego już z wszelkiego bogactwa językowego świata współczesnej poezji.
Wszelkie nawiązywania do Grochowiaka, Ratonia, Bursy, Wojaczka, do turpistów, wszelkie neo w tym wypadku nie mają sensu. Brzydota, o jakiej mówi duet recenzentów z radia szczecińskiego nie jest siłą tej poezji, ponieważ brzydota nie gra tu żadnej roli. Jest nieważna, niweluje się tak, jak strach w horrorze, stosowana jest na niby, jest zabiegiem estetycznym, a nie doświadczeniem poetyckim. Każdy wrażliwszy odbiorca natychmiast odbierze fałsz tej poezji pisanej przez sytego przedstawiciela gatunku ludzkiego, który podszywa się pod głodnego, cierpiącego i poszkodowanego. Zamiana tych ról najbardziej jest irytująca, ponieważ autor używa środków artystycznych wydumanych, metafory służą artystowskiemu popisowi i nawet nie zakamuflowaniu, że „dupsko bibliotek” ma w dupie, tylko po to, by się autentycznie popisać brawurową jazdą po klawiaturze.
Cały tomik oparty jest na schemacie artykulacji niezgody podmiotu lirycznego na zastany świat wykrzyczany przez narratora i który ex cathedra grzmi nad nim wytykając jego wady. Służą do tego bardzo często psy:

„(…)wiatr zbiera dzwony,
psy i dzwony syczące w budach i katedrach(…)”

[w prochu, w dzwonie]

„(…)psy wyją
na zaśnieżonych hałdach elektrowni,
stróż podnosi gazrurkę, leżącą w krzewach
jak igła w oszronionej operze – ta fanfara(…)”

[wdowiec i złoty mróz]

„(…)czas zabrał kogo innego,
komu innemu rozdał nasze twarze,
nasze psy – i nawet brudu,
nawet brudu zostało zbyt mało, żeby go wypluć
i schować się pod nim(…)”

[brud]

„(…)słońce, skradzione z parku o zachodzie,
leżało w brudzie na śniegu, zepsute
wył w nim pies łańcuchowy,
mój promień(…)”

[promień]

Konstrukcja tych wierszy – zawsze ilustrowana obrazkami mimochodem zarejestrowanymi, jakby kątem oka, ukradkową kamerą – w celu przyłapania niecności świata na gorącym uczynku – wbrew zamierzeniu klarowności i czytelności, jest konstrukcją spaghetti. W nieskończoność można mnożyć metafory i obrazy bez żadnej szkody dla całości, Chwała więc Honetowi, że tomik jest tak wstrzemięźliwy objętościowo, a autor zdroworozsądkowo płodny.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , | 11 komentarzy

Karol Maliszewski – “Potrawy pośmiertne” (2010)

Z twórczością Karola Maliszewskiego jest tak, że trzeba wybrać spośród trzech aktywności – krytyka, prozaika i poety – tę najlepszą, by nie deprecjonować go pozostałymi. I ja zawsze wybieram Maliszewskiego prozaika pamiętając „Faramuchę”, gdzie Maliszewski był jeszcze zbuntowany i nie popadł w dzisiejszy konformizm. Bardzo trudno przekonać mi się do ostatniego tomiku wierszy, ponieważ ten konformizm w nim jest, wadzi, tamuje rozwinięcie skrzydeł poezji, Maliszewski w nim jest stłamszony, mówi półgębkiem, by broń Boże kogoś, nie urazić, cenzuruje się, nawet gdy zahacza o sprawy wyłącznie prywatne. Ta intymność liryki – tak mi potrzebna w przededniu Wszystkich Świętych otwierająca tomik dedykacją do zmarłego starszego brata Andrzeja (powinowactwo biograficzne ze mną, mój brat Andrzej też zginął w młodym wieku) – jest zawsze niedosytem, jakby poeta zatrzymywał się w pół drogi śmiertelnie zmęczony pisarską pracą nad wierszem. Pobrzmiewające tu i ówdzie rymy są jej dodatkiem, a nie konstrukcją utrzymującą ciężar wiersza, który zazwyczaj błąka się bezprizorny i tak naprawdę, niezdecydowany jest, co i o czym ma mówić.
Nie mam pojęcia, dlaczego są to potrawy pośmiertne, ponieważ martwy poeta nie ma prawa głosu, nie wolno mu mówić, bo poezja jest samą kwintesencją duchowego życia, martwy Duch to Duch nieobecny, a dowody na to, że trupy poetyckie przemawiają publicznie jest przecież tylko skutkiem niedowładu systemu selekcji wydawniczej. Maliszewski jakby świadomie, kokieteryjnie deprecjonuje swój tomik w nadziei, że ktoś mu zaprzeczy. I faktycznie, nie znalazłam w Sieci nikogo, kto rzuciłby na ostatni tomik Maliszewskiego kamieniem złego słowa, przeciwnie.
„Potrawy pośmiertne” kręcą się wokół śmierci, w istocie nigdy nie przekraczają granicy umierania, nawet jak podmiot liryczny jedzie na pogrzeb wujka, to jest to takie samo doświadczenie, kiedy uczy w szkole dzieci z biedaszybów. Maliszewski przypomina bohatera dowcipu rysunkowego francuskiego satyryka, na którym widzimy człowieka w kilkunastu cudacznych nakryciach głowy, a subtelny dowcip polega na tym, że te karkołomne próby poprawy, lub zmiany wyglądu nie przynoszą żadnego skutku. Tak jak w wierszach Maliszewskiego, w których przelatują pory roku, lewicowe, groźne slogany, pomruki fałszywego buntu, a wiersze ani drgną w swej zwyczajnej, nieciekawej wypowiedzi prostego człowieka, który żyje na tym świecie, bo tak mu wypadło, ale już opisać to doświadczenie życia jest ponad jego możliwości. Maliszewski zauważa cechy drugorzędne własnej egzystencji i ten minorowy – jak wypada przy funeralnej tematyce – klimat jest w poezji, posiada popiół, ale nie przeżycie, a samospalenia się kończą przed rozbłyskiem. Nie ma iluminacji, nie ma rozświetleń, jeśli coś się w nich uda:

„(…) być jasnym pędem, gorzkim mleczem w żwirze.(…)”
[Prosta historia]

to tak, jakby się poecie wypsnęło i napisało przypadkiem. Metafora pociągu, przecież bardzo celna w opisie dzieciństwa, które rytmem uderzeń kół o szyny, powraca do wieku dziecięcego [Prosta historia] na mocy zawodu nauczyciela wykonywanego przez podmiot liryczny, pojemna nie jest ani poetycko, ani filozoficznie, jest zwyczajna i płaska. Właściwie ten zabieg natychmiastowego gaszenia powołanych przez siebie poetyckich obrazów można by uznać za jakiś osobliwy rys charakteru autora, gdyż jest równy i konsekwentny we wszystkich trzydziestu paru wierszach tego zbioru, być może ciągoty metafizyczne i rozważania o Bogu są jakimś i nawiązaniem i tęsknotą do posępności bohatera romantycznego, jednak nie posiadają jego ładunku.
Tak, jakby Karol Maliszewski został rozproszony w środowisku literackim, przemielony na drobne ciągłym bywaniem, jurorowaniem i zabieraniem głosu w obronie miernej poezji, jeszcze mierniejszej niż własna.
Przeczesując Sieć w poszukiwaniu wywiadów Karola Maliszewskiego przeczytałam jego wypowiedź o tym, że trzeba przystać na takie środowisko literackie, jakie jest, bo bez uczestnictwa i jego animacji mowy nie ma, by można było pisać. Karol Maliszewski jest ewidentnym przykładem na to, że jest zupełnie odwrotnie. Wielkie Duchy każdej epoki działały na obrzeżach wszelkich salonów i koterii, i może dzięki temu ich nazwiska przynajmniej zapamiętało następne pokolenie.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , | 11 komentarzy

ODA DO ZWYCIĘSTWA

Edinuelowi Marze
Nie śmiej się ze mnie. Tak to jest
kiedy czerwony październik
dębem się sypie. Wojny pleśń
czerwieni wstydem rówieśnik,
wolność damy sobie sami
koniecznymi wyborami,
wciąż niewłaściwy kierunek,
pionowo liście spadają w cierpkość ulic…

I, kiedy wirem wiatr wzniesie
w załomie muru słup liści,
pozór staje się magicznie
jawnym przykładem wzniosłości,
jakbyś to ty, tylko siłą,
zwyciężył los, a czas minął
i zwycięstwo w górę leci
jak pion bojowy bałwochwalczych, krwawych mieczy!

Wszystko zmienia się na niby
by wciąż było jednoznaczne,
rytuał wszak jest naiwny,
potworny, jak mord w teatrze.
Ale aktor z martwych wstaje,
kłania się grzecznie w tle bajek,
widz nie ścierpi dłużej męki,
wierzy w konieczność osobnej, cudzej klęski.

Październik zawsze czerwony,
koronki dębów to poza,
jak różaniec tej matrony,
której podciął gardło kozak;
zawsze Historia daniny
równo kładła ściółką leśną,
świeża krew nie tak obleśną
staje się u stóp korony
dębu, co metamorfozy
utrwala w swoim pozorze
wiecznego odradzania Dworu na dworze.

Naprawdę się nic nie dzieje
wśród jesieni umierania
rdza jest strupem trupa w ciele
żywych tkanek. Tylko mania,
nałóg, fiksacja, psychoza
dają gwarancję, że groza
jest odnawialna umyślnie,
by świat rumienił się za siebie, nim pryśnie!

Bądź ze mną, chociaż tę chwilę,
kiedy czerwień malinowa
barwi teraz każdą milę
puszcz i parków. Wciąż od nowa
zmieniając ton wszechzieleni
dominantą wszechjesieni,
gdy się późno nagle staje,
rewolucyjnie, ostatecznie znacząc gaje!

Nie odchodź, jak odchodziły
herosów cienie w noc mitu!
Jesteś kochankiem tej siły
co faustowsko w aksamitu
czerń kolory pochłaniała
w głuchość nieżywego ciała!
Niech wysnuje się nić tęczy
z naszych barw, nim jesień zniszczy trud pajęczy!

Zaszufladkowano do kategorii 2011, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , | 2 komentarze

Nagroda Osobna Nagrody Literackiej Gdynia 2011: Andrzej Sosnowski “poems”

W jednym z rozdziałów zatytułowanym „Dzwon” z filmu „Andriej Rublow” (rosyjskiego filmu w reżyserii Andrieja Tarkowskiego na podstawie scenariusza Andrieja Konczałowskiego z 1966 roku) Borys po śmierci ojca, który tajemnicę odlewania dzwonów zabrał do grobu, podejmuje się tego niebezpiecznego zadania: odlania dzwonu dla cerkwi. Film pokazuje, jak niesłychanie trudne i ryzykowne jest to wyzwanie. Scena filmowa, kiedy odlany dzwon wydobywa z siebie głos i decyduje o udanym przedsięwzięciu Borysa ilustruje fakt, że dzięki naturalnym umiejętnościom i czystej wierze, kilkunastoletni chłopiec osiąga cel.
Czytając poezje Andrzeja Sosnowskiego za każdym razem mam poczucie, że Andrzej Sosnowski wie, jak buduje się wiersz, czyli „jak odlewa się dzwon”, ale on nigdy nie wydaje głosu.
Ponieważ efekt pracy poety nie podlega tak bezwzględnej weryfikacji, jak praca rzemieślników w średniowiecznej Rosji (kara śmierci), wiersze produkowane są bezkarnie bez głosu.

„Poems” to zaledwie 3 poematy zakończone kilkunastoma linkami do filmików YouTube, trzydziestostronicowa książeczka, będąca bardziej awangardowym manifestem poety, niż samą poezją. Czytając nafaszerowane znaczeniami wersy ma się uczucie, jakby autor był głęboko zniesmaczony i zmęczony wierszowaniem, że rzemiosło poety go śmiertelnie nudzi, jednak odwala tę poetycką szychtę w imię racji wyższej: dlatego, że jest poetą, że jest poetą uznanym i poetą hermetycznym. Konserwa hermetyzmu zacieśnia się i zamyka właściwie w miarę galopującej akcji tych wierszy, co w duecie z zupełnie nic niemówiącymi ilustracjami Bianki Rolando, powoduje dezorientację nie tylko znaczeniową, ale też tożsamościową. Czytelnik nie wie, kim jest obcując z tomikiem, poddaje się jakiejś operacji mentalnej wykazując dobrą wolę w śledzeniu spiętrzających się kontekstów i odniesień, rozszyfrowuje zagadki rymów i powtórzeń, i nic: wiersz nie wydaje głosu, milczy jak grób.
Ma się wrażenie, że ten wielowiekowy balast wytworów kultury ciąży Andrzejowi Sosnowskiemu, nic mu nie dał, nie wzbogacił, nie przeniknął do niego, nie obdarzył duchowością, jest tylko dla niego kulą u nogi jak dla człowieka niewykształconego, a już napełnionego śmieciowymi artefaktami masowej kultury. Odwraca się od dziedzictwa plecami w stronę łatwizny, zrywa z odwieczną rolą artysty, rezygnuje z przezwyciężania przeszkód powodujących zacieranie i ścieranie się znaczeń na rzecz papugowania pod pozorem wtajemniczenia docierających do niego kulturowych szumów. To zewnętrzność rządzi Andrzejem Sosnowskim, a jego artystowskie zblazowanie zamienia się w poetycko podobny produkt, w „poems”, mający zastępczo przemówić diagnostycznie, że coś się na zawsze skończyło w sztuce, w poezji i że się nigdy nie odrodzi. To dorzynanie sztuki na jej rzekomych zgliszczach odbywa się przy fanfarach nagród, przy ochach i achach krytyki, przy niezmiennym kilkudziesięcioletnim cmokaniu i braniu wszystkiego, co powie Sosnowski za dobrą monetę w tasiemcowych, napchanych pakułami wywiadach („Trop w trop” 2010) o niemożności kontynuacji wysiłków modernistów ubiegłowiecznych.

Kluczem do „poems” jest – jako usprawiedliwienie sprzeniewierzenia – rekomendacja innej książki: „Kult cargo. Kredyt i czas” Marvina Harrisa i link do utworu reprezentanta Trip-Hopu, Tricky’ego (który przypomina Marcina Świetlickiego występującego ze Świetlikami) ilustrujący jej tezę.

Po lekturze „poems” można się tylko zastanawiać, czy odmowa komunikacji z czytelnikiem wynika u Andrzeja Sosnowskiego – jak sugeruje tymi pozostałymi 14 linkami youtubowymi – ze stanu globalnego kryzysu dzisiejszej kultury, lub, czy Andrzej Sosnowski – poprzez niesłychaną nadaktywność w życiu poetyckim – sam nie wyprodukował tego kryzysu.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , | 10 komentarzy