Tomasz Pułka „Zespół Szkół” (2010)

Wbrew zdaniu Adama Wiedemanna, że „Pułka już pisze tak dobrze, że może pisać niedobrze, a i tak jest dobrze.”, nie znalazłam w Sieci ani jednego tekstu analitycznego potwierdzającego tę rekomendację na temat czwartego już tomiku młodego poety.
Poeta nazywa wiersze zawarte w nim wierszami „dysinformatywnymi” i pewnie dlatego oprócz aprobaty kolegów po piórze niczego się więcej dowiedzieć o nich nie da. Zmowa milczenia zakładająca, że poeta Tomasz Pułka musi być świetny dlatego, że odmawia komunikacji z czytelnikiem jest o tyle zastanawiająca, że pisanie od rzeczy zdarza się wielu poetom, jednak dopuszczony do głosu jest właśnie Pułka.

Czytając ostatnie wiersze Pułki zasmuca nawet nie to, że są puste, pozbawione wdzięku i młodzieńczej żarliwości, którą poeci miewają przynajmniej w pierwszej połowie życia. Zasmuca coś zupełnie innego: hochsztaplerka tych wierszy, poparta środowiskowym kibicowaniem, nakierowuje całą energię poetycką na nicniemówienie celowo i z premedytacją, by napisać cokolwiek. Te wiersze są nieludzkie, a więc nie Pułki, są wypreparowane z wszelkiego doświadczenia wewnętrznego, na którym zazwyczaj wykwita wiersz. Dowodem, jakoby tak nie jest – że doświadczenie wewnętrzne nie jest to twórczości niezbędne – miałyby być wiersze Pułki. Ale, czy wiersze Pułki, oprócz druku na papierze w formie tomiku i sprzedawane w dziale „poezja” są wierszami? Czy nie warto zakwestionować ich istotę i uzurpację przynależności do działu „poezja”?

Wiersz otwierający zbiór przedstawia sytuację, kiedy podmiot liryczny budzi się i dziwi, że jeszcze nie kontaktuje z rzeczywistością. Nieprzytomność podmiotu lirycznego egocentrycznie poeta podnosi do rangi wydarzenia, które próbuje filozoficznie zwerbalizować wdając się w kontynuację pijackiego monologu:

„(…)Albo wyobraź sobie Miejsce jako debiut dla Czasu;
że Czas jest Naczyniem i wcale nieważne –
czym Naczynie wypełnić, lecz gdzie je postawić.(…)”

[Masmix]

Gorzej jest, kiedy Pułka się jednak komunikuje. Napaść na tzw. „klasyków” kimkolwiek oni są, niekoniecznie Wisławą Szymborską, jest napaścią na starzenie się, na niesmak młodości w kontakcie z obrzydliwością:

„(…)wypadanie włosów;
jądra zniżające się wraz
z wiekiem – okaryna pełna
śliny(…)”

i pyta niezadowolony z ich aktywności późnego wieku:

“(…) Dlaczego klasycy kładą się
tak późno? (…)”

[Dlaczego klasycy]

Tomasz Pułka, któremu pewnie trudno imputować chęć zawłaszczeniem obszaru poezji jego rówieśników poprzez zakwestionowanie poetyckiej kontynuacji, jednak nie można oprzeć się wrażeniu, że Tomasz Pułka próbuje swój świat poetycki zbudować na tu i teraz, na wpływach jedynie współczesnych grup poetyckich i spotykanych poetach. Pozbywając się dotychczasowej osobowości ukształtowanej w okresie przed poetyckim, Tomasz Pułka nabiera cech współczesności, bezkrytycznie utożsamiając się z napotykanym światem dzisiejszej duchowości:

„(…)o, ten chujowy tekst
tej chujowej piosenki.(…)”

[Solec Zdrój]

jest refrenem pobrzmiewającym przez wszystkie wiersze, trawestując słowa Adama Wiedemanna, cokolwiek Tomasz Pułka napisze, zawsze napisze chujowo:

„(…)ja czytam Pessoę i tyleż jest pięknych i tłustych
błyszczących zdań z nazwiskami że wszystkie je sobie

elegancko pierdolę(…)”
[Trututu błyszczy trąbka]

Nie wiadomo, na jakiej podstawie Pułka napisze:

„(…)Pisał o tym Hesse lecz był słabym pisarzem(…)”
[Ruiny ruin]

Obalanie autorytetów – wiadomo – specjalność poety Tomasza Pułki, ale dlaczego w tym samym wierszu napisze, że: „Śmiałość to koszyk na grzyby i las”? Tego typu nonsensów, niestety nieczystych i nie brudnych, jak sugeruje w wypadku twórczości „klasyków”, jest w wierszach mnóstwo, nonsensów nie mających żadnego artystycznego uzasadnienia: „Nie będę jadł mięsa i odwiedzę muzeum/Przebij mnie ach przebij jak ta igła w dzbanku”(w tym samym wierszu); „Samochody które niczym „szybkie adidasy” [Swing są kandelabrem]; „Wsiądźmy do sarny i zapuśćmy silnik. Niech wierzga.” [72-FN-BH];“księżyc tuż przed miesiączką” [Samsung].

Bardzo trudno się czyta te wiersze. Jeszcze trudniej się o nich pisze, ponieważ nie sposób dociec powodu ich powstania. Chyba tylko taki, że, jak powiedział Adam Wiedemann, Pułka już pisze tak dobrze, że może pisać niedobrze, a i tak jest dobrze. I po co mu w takim razie czytelnik?

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , | 12 komentarzy

Nominowani Nagroda Literacka Gdynia 2011: Adam Wiedemann “Dywan”

Słynne powiedzenie Lecha Wałęsy „jestem za, a nawet przeciw” pasuje do przesłania „Dywanu”. Adam Wiedemann, wieloletni przedstawiciel poetyckiego relatywizmu w „Dywanie” złożonym z wierszy podobno odrzuconych, które nie weszły w skład nagrodzonego „Pensum”, używa wszystkich dozwolonych poezji współczesnej środków perswazyjnych, by niczego nie powiedzieć. Cała potęga ironii zostaje nagle zlekceważona pozorną abnegacją tak, jakby poeta robił ukłon w kierunku poezji alternatywnej nie ruszając się z wygodnie zakotwiczonego miejsca w konformistycznej orientacji poezji polskiej przebąkując buntownicze strofy, ale na niby. Taka postawa kokieteryjnej asekuracji, gdzie Barańczak i Balcerzan to „dziady” jest o tyle mało poetycka, że zrywając z jakąkolwiek stałą postawą (oprócz postawy „tumiwisizmu”), staje się niewiarygodna.

„(…)Wolę mówić, co zechcesz, lubię robić
wszystko dla innych, o ile
za to zapłacą,(…)”

[Słowik niestandardowy]

powie podmiot liryczny, ale nie wiadomo, czy nie jest to głos autora, ponieważ dalej czytamy:

„(…)W ciągu życia nauczyłem się ufać ludziom głupim oraz sprytnym.
Tych pierwszych trzeba słuchać, drugich naśladować.
Taki los. Ludzie poczciwi są w gruncie rzeczy nieznośni(…)”

[Saddest of Tuesdays]

Melancholia przesłania wierszy Wiedemanna byłaby w pewnej konwencji i jego specyficznego, żartobliwego stylu strawna, gdyby nie, jak napisze w jednym wierszu, czekająca czytelnika nuda:

„(…)Na myśl o sobie chce ci się tylko ziewać;
na tej szczególnej modlitwie poprzestań.(…)”

[Wizyta u Starszej Pani]

Wszelka zabawa słowna, brak znaczeniowych ram dyscyplinujących poezję prowadzi wyłącznie do gry słów, które – jak napisał jeden z recenzentów – w tych utworach się wzajemnie oświetlają. Zgoda, wieloznaczność, niekoniecznie kalambury, ale siła słów, ich skrupulatne umieszczanie (przechodnie srają w spodnie) powodują ożywienie i w pewnych momentach zainteresowanie. Intrygujące tematy, szczególnie dowody na to, że seks to nie wszystko, zmierzają do pewnych konkluzji, które się jednak nie krystalizują. Uniki prowadzą na manowce, Wiedemann świadomie przeczy naturze dyskusji dowodząc, że na tym niepojętym świecie nie ma żadnych reguł i żadnych pewników. Oczywiście i z tym można się zgodzić, jeśli poeta przejdzie drogę dowodu i wskaże absurd świata w sposób konsekwentny. Wiersz Wiedemanna to takie zaczepki kuglarskie, z których nic nie wynika, ot, podmiot liryczny przechadza się po świecie dla przechadzki, a nie dla bycia, czy zaistnienia. Wszelkie egzystencjalne pytania strywializowane i wyśmiane brzmią w „Dywanie” w przeciwieństwie do motta, fałszywie i bezpodstawnie: Wiedemann nie tyle odmawia wszelkiego drążenia, szukania odpowiedzi na odwieczne pytania zakładając z góry, że takie nie istnieją, ale jakby naigrawał się z tych, którzy próbują to robić.
Ten niebezpieczny, żartobliwy ton poezji Widemanna otwiera szeroko wrota wszelkim artystom półśrodków, zwolennikom życia powierzchownego, łatwego, którzy nie będą nigdy wchodzić w jego głębię, bo nie będzie się już im chciało.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , | 6 komentarzy

Nominowani Nagroda Literacka Gdynia 2011: Maciej Woźniak “Ucieczka z Elei”

O tym tomiku w Sieci piszą wyjątkowo dużo, autor w wywiadzie mówi, że tomik sprzedaje się dobrze, że był dodruk. Najciekawsza spośród panegiryków na cześć „niepodważalnie jednej z najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły się w ostatnich latach polskiej literaturze” (Maciej Topolski) jest recenzja Adama Wiedemanna, równie afirmująca, ale przynajmniej nieśmiało przebąkująca o przeładowaniu metaforami.

Niejednokrotnie pisałam o trzech tomikach Woźniaka: debiutanckim „Srebrnym ołówku”, “Iluminacjach. Zaćmieniach. Szarości” i o tomiku “Obie strony światła”. Najnowszy, “Ucieczka z Elei” jest powtórzeniem wcześniejszych motywów, jest konsekwencją tam obranej drogi i utwierdzeniem się w jej słuszności.
Maciej Woźniak przyznaje się w wywiadzie do duchowych powinowactw z takimi poetami, jak Anna Piwkowska, Agnieszka Kuciak, Tomasz Różycki, Darek Suska, Jacek Dehnel. Nie kwestionuje przeszeregowania do neoklasycyzmu.
Po lekturze „Ucieczki z Elei” mam wrażenie, że Woźniak nie tyle ucieka ze szkoły eleatów, ile szuka gorączkowo czegoś, skąd mógłby uciec. Cały tomik, jak i poprzednie tomiki, to nic innego, jak sztuka uników, konsekwentne ślizganie się po problemach egzystencjalnych, z których niczego wysnuć się nie udaje, ani niczego dowiedzieć. To, co Adam Wiedemann uważa za największy plus tej poezji – estetyzacja niemal młodopolska – służy w nich właśnie do kamuflażu i do ukrycia przekazu i braku przesłania. Tak jak w poprzednich tomikach, gdzie poeta próbował zamiany muzyki na poezję – co nigdy się nie udaje, tak jak zamiana malarstwa na muzykę i odwrotnie – tak tutaj bezsilność tworzenia poezji staje się coraz bardziej wyrazista.
Midasowo – im bardziej poeta Maciej Woźniak stara się być poetą – im więcej tej poezji produkuje, tym bardziej ona jałowieje, a czytelnikowi pozostaje z tej uczty tylko łaknienie i groźba śmierci głodowej.

Zastanawiałam się długo, jak Woźniak uzyskuje ten efekt poetyckiego odejmowania, mimo niewątpliwych starań zarówno w ekwilibrystyce składania misternych rymów, jak i wynajdywaniu – szczególnie podczas łowienia ryb i sypaniu mandali – powodów, by pisać.
Co mamy w wierszach?
Podmiot liryczny przechadza się po świecie, i wyławia wszystko, co można zamienić na język poezji: chłopca na przystanku autobusowym, który „rzuca piguły w rozkład” [Deep Blue]; zastanawia się, co kojarzy mu się ze szwami i to wylicza [Białe szwy]. I w konsekwencji ucieka z wszelkich filozoficznych dociekań na rzecz niezobowiązujących migawek, które jedynie migają sugerując jakieś większe problemy.
Jeśli podmiot liryczny w zachwycie pływa łódką po wodzie i wyławia to, czym zachwyca się Adam Wiedemann, to są to jedynie do niczego nieprowadzące ozdobniki:

„(…)Koła na wodzie nie toną, aż fala dobije do brzegu. Więc każde
było przez moment otwarte? Kiedy trąciła powierzchnię
chłodnym pyszczkiem ryba, żeby opowiedzieć,(…)”

[Ordalia]

Czasami afirmująco próbuje czytelnika zarazić swoim uniesieniem lirycznym:

i ciepły blask od dukatów wysypanych z kufra, kiedy muł
przeżarł drewno. Brodzę z wędką całe popołudnie, jak czapla
patrząc w dół. Jeśli to nie jest szczęście, to nie ma szczęścia.”

[Mandala z liści na dnie]

W wypadku bardziej klasycznie zbudowanych wierszy – mających często na celu uwydatnić ich proweniencje muzyczne – ma się wrażenie, jakby skojarzenia rodziły się wskutek pasujących brzmieniowo słów, a nie znaczeniowo, ani dla wywołania efektu absurdu, np. wiersz napisany w oparciu o słynny wiersz o traceniu Elizabeth Bishop, który namolnie powtarza pewne frazy dla formy jedynie:

„Robi się rzeczy, żeby mogły zniknąć,
żeby zmizerniał czarny pugilares.
Romeo alfa skrzypi kibitką.
W przeciwną stronę śmiga pozytron
niż swoją astmą krztusi się zegarek (…)”

[Vanishing joint]

Podobnie dzieje się z uporczywie mantrowanym wierszem odnoszącym się do przeżyć dzieciństwa, do ubiegłej epoki, z której autor zaczerpnął historyczne już przedmioty i rekwizyty:

„(…) musuje erzac serca, przeciąga się orzeł
na krążku z aluminium, który ci uiszczał
chłopak o mojej twarzy, nic nie sprzedasz drożej

niż jest ci winien za to, że wycinał nożem
w ławce, gdy o tablicę skrzypiał nudny dyszkant
koślawe inicjały, nie zapłacę drożej
za krynicę niż szklankę przy saturatorze.”

[M.I.]

Motyw spotkania dwóch epok przełamanych zmianami politycznymi w Polsce zawiera jeszcze wiersz, który nadał tytuł tomikowi „Ucieczka z Elei”. Jednak większość utworów jest pisana „co mi ślina na język przyniesie”, nie ruszająca żadnych problemów dzisiejszego świata. A przynosi niewiele. Podmiot liryczny przechadza się po świecie i co zobaczy skrzętnie zanotuje:

„W mętnej wodzie pod mostem
uklejki, opiłki spod tarczy słońca.”

[Mandala z opiłków i drzazg]

Czasami dostrzega rzeczy wydziwaczone, niezrozumiałe dla czytelnika:

(…)Wstaw róże, a ich pyszczki zaczynają iskać.[…)
(…)Dziewczyny w kusych ustach przychodzą na cmentarz.(…)

[Menuet z podżegaczem]

Maciej Woźniak, o którym Adam Wiedemann napisał, że „Ucieczka z Elei” jest tomem „zaskakującym i odświeżającym przede wszystkim na gruncie twórczej ewolucji samego Woźniaka” pogrążył się na amen w swojej wypracowanej estetyce, przeciwnie, nie rozwija się, odmawia uczestnictwa w kształtowaniu nowego głosu poezji, umocnił się w konserwatyzmie poetyckim dzieląc po raz szósty włos na czworo, a wiadomo, że tak można w nieskończoność produkując wiersze, a nie je tworząc.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | 20 komentarzy

Dlaczego portal literacki liternet.pl nie chce Edinuela Mary

Dlatego, że twórczość poety Edinuela Mary pomniejsza wartości tradycyjne i automatycznie pomniejsza zaistniałe tam artefakty innych uczestników portalu. A tylko tego typu działalność jest historycznie uzasadniona i oczekiwana.

Edinuel Mara odzwierciedla czas, w którym tworzy, jego eksperymentatorski, wszechogarniający ton wypowiedzi nie byłby możliwy bez Internetu i danych nam narzędzi do wyrażania własnej ekspresji. Wykorzystując to, Mara jest zawsze odosobniony w swoim działaniu. Jeśli nawet czasami ma miejsce aprobata jego prac, nie współgra ona z resztą portalowych wypowiedzi, mimo, że to tylko on jest komunikatywny, trafny i celny w ocenie bieżącej i prezentowanej tam twórczości.

Wszystko bowiem na portalu liternet.pl dzieje się na opak: preferowane są głupawe wyróżnienia i zachwyty nad wierszami prezentującymi niski poziom poezji, banał, mierność, oraz zamykanie się we własnym świecie autorów już coś osiągających na oficjalnym polu literackim. Nagradzana jest biurokracja portalowa władna likwidacji wielomiesięcznego trudu komentatorskiego i publikowania swoich dzieł. Portal rezygnuje z funkcji prezentowania eksperymentów twórczych, „bo to obraża” resztę uczestników, bo jest pod presją ich protestów. Rezygnuje z funkcji uzdrawiania poprzez sztukę, gdyż dzięki uczestniczeniu na portalu literackim autor może uratować siebie, swój niepowtarzalny świat, tylko tutaj sprzeciwić się oportunizmowi, zaprezentować nowe formy, wyrazić swoje możliwości. Portal Liternet rezygnuje z tych odwiecznych praw artysty, bez których prawdziwa sztuka jest niemożliwa.

Sztuka jest cały czas aktualna. Wszystkie historyczne kierunki znane z historii sztuki i literatury mają niezmiennie tę samą rację bytu. Nic, co ludzkość wytworzyła od zarania dziejów wartościowego nie ulega przeterminowaniu. Wszystko możne w każdej chwili wypłynąć i być kontynuowane poprzez artystę nowych czasów. Wbrew słowom Adorno, nic się nie skończyło, gdyż ludzkość ciągle przechodzi przez różne kryzysy i upadki i się wspaniale odradza. Czujemy odchodzącą epokę, nadchodzący nowy wiek i nowe prądy. Temu też służy wielkie dobrodziejstwo Internetu. Nadchodzi nowa era rozkwitu twórczości, z synkretyzmem gatunkowym, bez hamulców obowiązującego obyczajowego tabu wieku ubiegłego (komunizm był purytański), nadchodzi czas krzyżówek stylów, hybryd, wyłaniania nowych form dzięki dostępności do niemal całej kultury, sztuki, jaka na świecie powstała od zarania ludzkości. Na naszych oczach realizuje się idea Andre Malraux: „Muzeum wyobraźni”. Dzięki Internetowi jest to możliwe. Każde czasy obfitowały w złą sztukę, w każdym okresie powstawały mierne utwory artystyczne. Ważne jest, by w tej dzisiejszej mnogości twórców celowo nie przeoczyć wartości.
Czekają nas wielkie wyzwania, wielka, pionierska praca twórcza. I to właśnie na portalu Liternet zapoczątkował poeta Edinuel Mara. I właśnie to, co działo się najcenniejszego, co czyniło z tego portalu prawdziwą kuźnię nowych idei – a reszta poetów grzała się tylko przy tym wspaniałym procesie – zostało zahamowane, a nie wiadomo, czy nieodwracalnie zniszczone.
W tej chwili portal Liternet, mimo dziejących się tam prób ożywienia, mimo wprowadzania nudnych, akademickich portalowych – podążą drogą portali zniszczonych. To one ostatecznie sprzeniewierzyły zaufanie swoich uczestników na rzecz prywaty, lansowania twórczości uznanej przez marne polskie gremia jurorów i instytucje kulturopodobne. Tak stało się z blogiem Kumple, powołanym jedynie do reklamy działalności oficjalnej i zawodowej ich założycieli. Tak stało się z portalem Nieszuflada, gdzie natychmiast po jego powołaniu w Sieci wyłoniono grupę literatów prymusów, której wartość miała uświetniać masa wstępujących artystów, dla których przebywanie na portalach literackich było psychicznie konieczne, by pokonać czas niepewności między tworzeniem do szuflady, a debiutem. Tak też zmarnował szansę bycia portalem artystycznym portal TRUML, demokratycznie nie tylko dopuszczając do publikacji na swoich łamach najgorsze z najgorszych produkcje pseudoartystyczne, ale i wyłaniając pokaźną grupę „ochroniarzy” złej poezji i spowodował, że każdy głos sprzeciwu spotykał się tam z zakrzyczeniem, ostracyzmem i banowaniem. Tak było z portalem rynsztok.pl, który utracił swoją szansę odrodzenia w momencie, kiedy udało mu się ograniczyć „destrukcję” portalu poprzez wyrzucenie z niego osobowości, które rodziły twórczy ferment.
Czytając portale literackie można dojść do wniosku, że w dzisiejszej Polsce osoby wypowiadające się na nich, to ludzie niepotrafiący wyzbyć się swoich skaz biurowych, szkolnych, ludzie uwikłani w swoje obyczajowe traumy, niepotrafiący przemówić wolnym głosem artysty, którzy sztukę nie traktują do przezwyciężenia swoich wad, ale do ich utrwalenia. Odgrywają więc w kółko swoje społeczne role nie tolerując głosów innych, odświeżających i uzdrawiających. Tabuny lizusów, sztywniaków, ludzi niewyedukowanych estetycznie, nie mających smaku artystycznego, wiedzy artystycznej, nie czytających (oprócz swych portalowych towarzyszy, czym utrwalają zły smak) niczego wartościowego, o mentalności kiboli sportowych, zapitych piwem notorycznych onanistów i nienasyconych seksualnie kobiet, którzy dzień w dzień szczelnie wypełniają poetyckie portale i zachwyceni są niezmiennie sobą. I właśnie taki styl internetowego uczestnictwa preferują administracje literackich portali, czego dowodem jest banowanie osób kontestujących ten stan i którzy wielkim wysiłkiem akcji protestacyjnych próbują temu zapobiec.

Zaszufladkowano do kategorii lustro | Otagowano , , , , , , | 11 komentarzy

Jacques Lizène w Katowicach

Nie można powiedzieć, że w reżimie komunistycznym awangarda nie miała się dobrze. Może dzięki niezrozumieniu mogła rozkwitać równolegle ze wszystkimi zachodnimi nurtami sztuki drugiej połowy dwudziestego wieku, uprawiając bez przeszkód politycznych wszystkie jej gatunki: neodadaizm, ekspresjonizm abstrakcyjny, pop-art, akcje Fluxusu, poezję konkretną, poezję dźwiękową, minimal art, postminimal art, happeningi, performance, sztukę video.
Kiedy na początku lat siedemdziesiątych rozpoczęłam studia wrocławskie, odłam tych, którzy nie uprawiali malarstwa „oliwnego” – profesorowie, asystenci i studenci roczników starszych – podejmowali w swojej działalności artystycznej właściwie wszystkie te nurty, które zobaczyłam wczoraj na wernisażu w Katowickiej BWA. Może malowanie gównem nie było tak rozpowszechnione (pytanie, dlaczego), natomiast sperma artystów była zamykana na wystawach w gablotach, w woreczkach foliowych i stanowiła bardziej relikwię, niż materię do tworzenia, jak w wypadku Lizène’a, stosującego wydaliny z ciała jak farbę.
Ale dzisiaj zastanawiam się nad czymś innym: czym różniła się i różni w dalszym ciągu kontestacja artysty świata zachodniego od tej, kontestującej przecież niewolę pół wieku temu we Wrocławiu artysty reżimu komunistycznego.

Wśród rupieciarni artefaktów – wśród których chyba Jacques Lizène nie ominął żadnego gatunku rzemiosła artystycznego, by móc go sprofanować – był też przykład malarstwa „oliwnego”: portret Leonida Breżniewa z zasłoniętym czarną tkaniną portretem Edwarda Gierka. Politycy, namalowani realistyczną techniką klasycznego malarstwa olejnego na płótnie złączyli się uściskiem wyciągniętymi do siebie rękami.
Być może był to wybór tylko na rzecz tej polskiej wystawy, niemniej wszystko, co zaprezentował Jacques Lizène stawało się tu natychmiast magicznie przewrotnością i zaprzeczeniem pierwotnego przekazu.
Prezentując „Instytut sztuki głupiej”, „niepotrzebnej”, „nieciekawej”, powołując do istnienia wszystkie „rysunki byle jakie”, „rzeźby bez wartości”, „malarstwo bez wartości”, traktując je bez litości jako „stos obrazów” zsunięty pod ścianę, jako „grubą warstwę obrazów”, Belg uzyskał coś na opak bardzo sympatycznego i dziecięcego, dla którego zabawa jest jedyną możliwością istnienia. Obrazy są pełne namalowanych, uśmiechniętych członków, ale z aktu przecięcia nasieniowodu, któremu poddał się w młodości by nie infekować świata swoim potomstwem, zrobił wiele dokumentacyjnych prac pozornie go lekceważąc. Wazektomia symbolicznie uzmysławia wszelkie niedokonania artysty. „Jem, trawię, wydalam, maluję, sprzedaję obrazy, żeby móc jeść” – mówi artysta w wywiadzie, ale samo zaistnienie na świecie jest permanentną odmową obecności. Uprawianie malarstwa neo-naskalnego nie jest krytyką barbarzyństwa czasów współczesnych. Malowanie murów gównem, którego odcienie artysta pozyskiwał dzięki specjalnie dobieranym potrawom barwiącym każdego dnia inaczej jego odchody, to nie policzek wymierzony mieszczaństwu, ale przemożna potrzeba scalenia się i samowystarczalności. Plucie w obiektyw kamery to nie wykorzystywanie masochistycznych potrzeb odbiorcy, a manifestacja wolności, dumy ze swojej śliny. Nic właściwie nie jest krytyką, jedynie naigrywaniem się, szyderstwem dobrotliwym i osobistym. Lizène poleca zakup swoich obrazów tylko po to, by kolekcjonerzy posiadający jego obrazy malowane bez talentu, mogli docenić te, które posiadają. Niska samoocena nie jest żadnym samobiczowaniem, ani fałszywą kokieterią. Ten równoległy świat, który pół wieku artysta prezentuje na pokazach, wystawach, happeningach i filmach video nie jest ani walczący z innymi formami wypowiedzi artystycznej, ani jej zagrażający. Jacques Lizène uprawia swój ogródek konsekwentnie, całe życie wchłaniając w całości po to, by zamienić nieznośną lekkość bytu w sztukę. Wszystkie pocięte krzesła, meble, twarze, przedmioty kultu religijnego pożenione z odległymi im logicznie z zupełnie innymi, „z innej parafii” częściami, tworzą na wystawie niepokojący, jednak niesłychanie ciepły klimat czegoś, paradoksalnie bliskiego i ludzkiego. Nieludzki świat Lizène tylko poprawia na swoją miarę, robi wielkim wysiłkiem co może, by dało się w nim żyć. Wszelkie inkrustacje naskalnymi rysunkami potęgują jeszcze efekt nie tyle szaleństwa, co określenia świata alternatywnego, gdzie wszystkie niepotrzebne rzeczy mają zastosowanie bardziej swojsko i domowo.

Kiedy wczoraj wieczorem weszłam na otwarcie wystawy do BWA, był już pokaźny tłum katowiczan oczekujących wejścia artysty. Niebawem się pojawił szczupły, mizerny człowieczek w ciemnych spodniach w ciemnej marynarce, czarnej koszuli z czarnym krawatem. Na głowie miał czapkę z daszkiem, która go zasłaniała i przy zawsze pochylonej głowie chroniła jego prywatność. Przemknął przez tłum jakoś nieśmiało i niepozornie, wszedł do kabiny, gdzie miało odbyć się powtórzenie happeningu z 1970 roku p.t. „6000 szklanych kul na podłodze” i wysypał z żółtej skrzyni te 6000 kulek, które potoczyły się posadzką wylatując z kabiny. Podniosłam dwie i chciałam je wrzucić z powrotem do skrzyni, ale Lizène zaprzeczył gestem, więc wrzuciłam je nic nie rozumiejąc po francusku bezradnie do torebki. Reszta kul – 5998, posłużyła artyście do udowodnienia, że na tak rozsypanych, szklanych kulach nie można chodzić i że artysta się niebawem przewróci. Ale tego wieczoru artysta miał sztywne, wypastowane, czarne buty skórzane i chodził bez problemu po tych kulach, i się nie przewrócił. Zgromadzony tłum podążył za artystą, który po tym nieudaniu wszedł poza ogrodzone, do powystawianych pod ścianą gipsowych rzeźb Chrystusów, Matek Boskich, Buddów i świętych wszystkich innych religii pociętych wzdłuż lub wszerz na kawałki i następnie sklejonych z kawałkami innych rzeźb i włączył stojący tam – obok różnych szczotek, przepychaczy ustępów i mopów – ogromny odkurzacz i przejechał nim podłogę galerii. Potem otoczyliśmy wielki, metalowy komin podłączony do butli z materiałami łatwopalnymi, do którego artysta i goście wernisażowi wrzucali zapalone zapałki oraz ognie sztuczne, ale nic nie wybuchało.

Jedyne, co udało się tego wieczora, to uroczyste powitanie wszystkich notabli naszego miasta, którzy w hołdzie dla belgijskiego, sławnego artysty, przybyli na wernisaż. Artysta robił co mógł, by temu przeszkodzić, w końcu zaśpiewał do mikrofonu jedną ze swoich anty-piosenek i zatańczył anty-taniec, nakazując publiczności oklaskiwanie notabli, i szybko zniknął.
Kolejka, która uformowała się do nalewanego z butelek piwa zatuszowała jego nieobecność. Reszta wernisażowiczów otoczyła miejsce, gdzie stały kieliszki z czerwonym winem i sery z chorągiewkami,
I właściwie tylko ta konsumpcja się udała zgodnie oczekiwaniem gości, ale była jakoś poza całą imprezą, osobną i niemającą już nic wspólnego z Jacquesem Lizène, osobnym jeszcze bardziej.

zdjęcia autorki bloga

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , | Dodaj komentarz

Nominowani NIKE 2011: Ewa Lipska „Pogłos”

Zawsze jak przystępuję do czytania utworów Ewy Lipskiej narasta we mnie irytacja, która nie opuszcza mnie już do końca lektury. I zawsze zastanawiam się bojąc się kolejnych irytacji, dlaczego tak jest, dlaczego nie jest mi przynajmniej obojętna. Ten każdorazowy, negatywny odbiór mógłby być ich wartością (o!, rezonuje!), ale nie jest. Nie jest, bo za każdym razem dowiaduję się, że bycie poetą to jakaś katorżnicza praca wykuwania metafor z materii opornej, nieprzeżytej, nikomu niepotrzebnej. Tak było w „Pomarańczy Newtona, tak jest i w „Pogłosie”, gdzie poetka dystansuje się do świata przedstawianego tak bardzo, że traci z nim kontakt. Podobnie było w „Seferze”, gdzie bohater powieści przybywa do Krakowa jak Markiz de Custine do Rosji i ogarnia Polskę swoim filozoficznym zdziwieniem. Ewa Lipska się nawet nie dziwuje, chociaż w „Pogłosie” ten świat oglądany przez szybę restauracji – byle się tylko nim nie pobrudzić – jest takim zadziwieniem, troską matki, która udaje mędrca, a która wie niewiele, leniwie siedzi w salonie i powtarza swojemu nieudacznikowi: a nie mówiłam, że tak będzie, sam sobie jesteś winien.
Lipska nie jest Kasandrą. Utyskiwanie na los kraju, który kocha jak każdy przyzwoity wieszcz polski z jakiegoś urojonego wzniesienia, jest wyrzeczeniem: daję mu to, co mam najcenniejszego: poezję.
I teraz warto przeanalizować ten szczupły tomik, wiersz po wierszu, co poetka daje takiego cennego polskiemu obywatelowi w pierwszej połowie XXI, by uczynić go lepszym.
„Mój kraj wygląda dzisiaj jak
nieogolona kopalnia.(…)”

[MÓJ KRAJ]
Nie mam jako czytelnik na tyle wyobraźni by wiedzieć, jak wygląda nieogolona kopalnia. Jednak w innych wierszach metafory są bardziej czytelne: poezję tam się spuszcza ze smyczy [RAZEM]. Spuszcza się też ze smyczy śmierć [PRZED SKLEPEM]. Poetka cały czas powtarza, że poetyckie działania są daremne, nieopłacalne:
„(…)Nie opłaca się inwestować w poezję.
Liczy się krzem. Złoto.
Może jeszcze nieruchomości(…)”

[SZPAK]
i to jest pewnie prawda, jednak w tym kontekście permanentnej kokieterii dominującej tomik i fałszywej troski, zdania te brzmią paradoksalnie. Jeśli „Ziemia jałowa” T.S. Eliota w ubiegłym wieku była jakimś odkryciem w celności opisu degradacji świata, skutkiem intensywnej odhumanizowanej działalności cywilizacji, słowa Ewy Lipskiej przestrzegającej nas dzisiaj przed czymś zupełnie nieczytelnym – katalog zagrożeń jest zbyt upoetyczniony i przeestetyzowany, by mógł być realny – brzmią egzaltowanie i niepotrzebnie. Orzeł „nie wzlata” nie dlatego, że jest wytatuowany na łydce, tylko dlatego, że jest w dobie zagrożenia nacjonalistami w dzisiejszej Europie niepotrzebny [MÓJ KRAJ].
Cały sztafaż pozamykanych w metafory ubiegłowiecznych rekwizytów jest już nieaktywny, muzealny, trujący i szkodliwy.
„(…) i zamieszkaj w sobie.
Przemyśl to wszystko(…)”

[MÓWIĘ DO MOJEGO KRAJU]
radzi poetka polskiemu anonimowemu obywatelowi zamiast sobie.

I właśnie tym wierszom brakuje męczącego, tytułowego pogłosu. Pogłos nie wybrzmiewa w tych wierszach, pogłos, jako czas miniony, trudny, niechciany, pełen ucieczek i przeprowadzek, czas niestabilny, niesprzyjający zagrożonemu człowiekowi w tych wierszach naznaczonych takim tytułem właśnie jest nieobecny. Ewa Lipska unika konfrontacji, unika spowiedzi, podsumowań. Jest jak horda narzekających, zatroskanych bab o jutro, które wiadomo, nigdy lepsze nie będzie od narzekania na takie, jak w tych wierszach ogólniki i zagadki.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , | 11 komentarzy

GORĄCZKA

************
*******
**********
*******
Bo mam też takie gorączkowe stany
w nich miarowy rytm dreszczy
niesie sucho pustynne, nieme karawany
do monotonnych pomieszczeń.
Wtedy wszystko mi jedno, czy się tutaj zmieszczę,
czy gorączka wewnętrznie mnie spali,
czy zasypie piasek, gdy przestrzeń
rozsypie się i wchłonie też miałkość detali…

Wtedy noc jest głucha jak pustynne noce,
zimno przenika całun,
mnożę stosy przykryć, pierzyny i koce,
i noc uszczelniam pomału.
(Wolno czas wtedy ciurka, zdezorientowany
bez majaków, miraży, fatamorgany
niewidzialne, jak skały betonowe ściany
zbliżają się zdradziecko na statek pijany).
Nie ma więc mitu i nie ma złudzenia
tylko trwam bez adresu wśród pozornej śpiączki,
nic wokół nie ma i tak też mnie nie ma,
jak nie ma nic na świecie oprócz mej gorączki.

Gdzieś to, czym byłam wcześniej w prenatalnym czasie
obojętnieje szybko, nim się myśl pojawi
i to, czym się stanę zaraz, kiedy w czerni da się
krok zrobić lub rękę podnieść ponad krawędź
za którą tylko przepaść i tylko niewiele
ponad, jednak resztką mej determinacji,
staram się ciało drugie zrodzić w moim ciele
bez udręki kojarzeń i bez własnej racji,
ot, coś, jak apartament, do wynajmowania!
Bez śladu lokatorów, bez żadnej historii,
by się objawiły potrzebne nazwania,
tak nijakie jak wszystko, co przetrwa bez formy…

Lecz nic się nie urodzi, kiedy gorączkuję,
nic się nie przeobrazi nocą już nieżywą,
pocę się zimnem pustki, ciepło nie jest zbójem
który tajnie przychodzi zadusić możliwość.
Wtedy, kiedy konwulsją kolejną potrząsa
tajny zarządca wnętrza, Wielki Inkwizytor,
obojętnieje czujność, a bladość jest w pąsach
zawstydzona przegraną, którą ciągle widać.
I kiedy wreszcie dnieje, mocą tylko Ziemi
która się obróciła niezależnie do mnie,
piję herbatę wargami do krwi spękanymi
gasząc gorączkę nocną na odchodnym.

Zaszufladkowano do kategorii 2011, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

Nominowani NIKE 2011: Justyna Bargielska „Obsoletki”

Debiut prozatorski Justyny Bargielskiej jest natury dziennikarskiej, a nie artystycznej, natomiast wszelkie środki wyrazu, jakie zawdzięcza doświadczeniu poetyckiemu są tutaj jedynie ozdobnikami, a nie budulcem tego utworu.
Przede wszystkim zawartość znaczeniowa „Obsoletek” jest nikła, rozdmuchana do histerycznych rozmiarów problemu medycznego, który najprawdopodobniej jest tej samej wagi co wszystkie traumy wskutek nieszczęść, które przeżywają obie płcie. Jak zresztą sama autorka przyznaje, przeżycia i ich nasycenie po stracie (dziecka, nogi, kota) to sprawa indywidualna, dla jednych przerobienie żałoby nie jest psychicznym problemem, dla innych raną do końca życia.
Książka składa się z luźnych obrazków i może to jest jej największa wartość, że Justyna Bargielska nie zadręcza czytelnika martwymi płodami cały czas, tylko daje ulgę czytelnikowi w postaci martwego kota, ptaka, martwej babci czy 14 letniej dziewczynki rozbitej na motorynce. Niemniej katalog nieszczęść zgromadzonych w książce miesza się z powszednim życiem dwuznacznie (sielskie obrazki kąpieli dzieci w basenie warszawskiego apartamentowca z plastikową Matką Boską) i właściwie trudno zrozumieć w tej chaotycznej narracji intencję autorki. Bohaterką, narratorką książki jest matka tych dwojga małych dzieci, z których jedno podrzuca do opiekunki, drugie do przedszkola, by zająć się – jak prawdziwej czynownicy w epoce ubiegłej należało – pracą społeczną. Nie wiadomo, dlaczego powołanie bohaterki, jak i jej przyjaciółki Bronki do zakonu obsoletek ma miejsce i dlaczego jest to tak społecznie paląca sprawa, a wypuszczanie balonów z helem, budzące całkiem słuszny sprzeciw narratorki („spierdalacie dziwki” ) wobec tej upupiającej i piknikowej imprezie plenerowej jest mimo wszystko tak namaszczone i chwalebne. Narratorka jest ze swoim artystycznym i przenikliwym widzeniem świata jak najbardziej za wszelką jałową obrzędowością, za robieniem pogrzebów w szpitalu w obecności księdza nienarodzonym płodom, za rejestracją fotograficzną martwych płodów przez osoby trzecie, tak, jakby poszkodowani w dobie aparatów cyfrowych sami nie mogli sobie tych palących potrzeb psychicznych zaspokajać.
Dzisiejszy świat jest pełen dziwactw i rolą artysty jest je odsłaniać i uwydatniać, jednak komentarz odautorski jest tutaj jednoznaczny: dziwactwa, które umożliwia zaawansowana technologia medyczna zostają pod pretekstem jakiegoś rzekomego i niezbędnego dzisiejszej kobiecie dobra, w postaci rozdmuchania i nadmuchania (balony) jej nieszczęść, utrwalona. Trzeba pamiętać, że nie tak dawno kobieta skacząc z szafy w akademiku – kiedy zastrzyki studenckiego ginekologa nie pomagały – witała poronienie z ulgą i radością. Herta Müller opisuje w swoich powieściach makabryczny i niezwykle bolesny sposób spędzania płodu za pomocą wkładanego do macicy drutu z żyłką do robótek włóczkowych, z którym kobieta rumuńska (i sama pisarka) chodziła kilka tygodni, aż do skutku.

„Obsoletki” to książka napisana przez sytą dla sytych. „Powiedziałam anestezjologowi, że chyba przestało działać znieczulenie” – Chyba?
Nic w książce nie ma o wielkim bólu, jaki kobieta doznaje roniąc płód. O fizycznym, realnym, wielkim cierpieniu równym bólom porodowym niezależnie, czy ciąża jest pożądana, czy nie. Ujmując się za losem kobiet Justyna Bargielska rozprasza się na zupełnie nieważne imponderabilia mające w sposób żartobliwy rzecz przybliżyć i dzięki zmiękczającej go ironii, uprzystępnić i chyba upiększyć. Szkodliwa jest wymowa tej książki, zabawowej i w pewnym sensie nieetycznej. Wszelakie komitety i stowarzyszenia niosące ulgę cierpiącym kobietom rozpraszają problemy, zastępują je namiastkami, mnożą niepotrzebną urzędowość i pod pretekstem pomocy demonizują nieszczęścia zamiast je wyciszać. Wszelkie nieprawidłowości funkcjonowania organizmu ludzkiego nie zniwelują działania społeczne, towarzyskie i religijne, hordy pocieszycielek, grup wsparcia nie zastąpią dobrze funkcjonującej pomocy medycznej. Materią tej szczupłej książeczki jest egzaltacja, być może zasadna dla lokalnych wspólnot skupionych wokół wszelkich charytatywnych inicjatyw kobiecych, które na przestrzeni wieków ludzie powoływali do istnienia. Natomiast waga problemu nie ma nic wspólnego z walką toczoną w obronie kobiet np, przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego i Irenę Krzywicką w ubiegłym wieku. Wpisuje się natomiast bardzo dobrze w dzisiejszą katolicką histerię walki z aborcją i walki z zapłodnieniem in vitro wspierając swoim sentymentalnym tonem siły konserwatywne, hamujące zdobycze medycyny XXI wieku. Dzieło sztuki powstałe na takim materiale winno skupić się na jednostkowym przypadku straty u kobiety, a wnikliwe studium jej przeżyć mogłoby uzmysłowić wagę problemu i odsłonić mechanizm działania macierzyństwa z całą jego zwierzęcością.

Niestety, „Obsoletki” ograniczając się jedynie do bardzo pobieżnych, klawym językiem zarysowanych kilku zasłyszanych przypadków poronień, nie stają się ani książką osobistą, ani uniwersalną orędowniczką anonimowego kobiecego losu.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , | 3 komentarze