Nominowani NIKE 2011: “Księga obrotów” Tomasz Różycki

Różycki jest zdyscyplinowany, akuratny i najprawdopodobniej dzięki tej wewnętrznej stabilizacji osiągnął przejrzysty przekaz i łatwą komunikatywność. Piszę to wszystko na plus, nie ukrywam, że oczarowała mnie ta dojrzała poezja Różyckiego możliwa w dzisiejszym niemożliwym świecie dekonstrukcji i nihilizmu. Różycki „być chociaż przecinkiem/w tekście o nostalgii, wykrzyknikiem,/czarną literką wśród miliona spacji”.[38. Rano coś na górze] przesuwa się niespiesznie dwu zwrotkami jednakowo zbudowanymi w 88 wierszach, które połączone są zawsze przerzutnią, jakby autor bał się ich wewnętrznego rozpadu i ucieczki drugiej zwrotki.
Różycki robi w poezji to wszystko, co lubię: opisuje siebie, swój stan wewnętrzny i poprzez to osobiste medium przechodzi do Świata. Świat, mikrokosmos Różyckiego jest bliski, domowy, podobnie przydarzający się czytelnikowi, czytelnik się w nim łatwo odnajduje. Labirynty spostrzeżeń, nazwań, porównań są o tyle czytelne i proste, że nawet dowartościowuje czytelnika swoim wykwintem i trafnością określeń nieosiągalnych dla zwykłego odbiorcy. -Wyjął mi to z ust – powie czytelnik, a jednak chłód tych wierszy i dystans nie pozwala się czytelnikowi skumplować z autorem i trochę jest na zasadzie starszego brata, a nie równości. Dodatkowo wprowadzona figura „Człowieka, który kupił świat”, przypominająca mi herbertowskiego Pana Cogito, myli różnorakością interpretacji. Jak wynika z narracji, nie jest to alter ego autora, nie jest też „Człowiek, który kupił świat” tuzinkowym konsumpcjonistą, lecz filozofem. I poza wieloma czysto poetyckimi smakami („nieznani sprawcy wyłamują/ w samochodzie lusterko. Leżą zbite/ fragmenty nieba, miasta” [6. Ale nie jestem tutaj] ten zagadkowy Człowiek jest najciekawszym zabiegiem artystycznym całego poematu „ Księgi obrotów”. Według mnie jest takim lustrem, w którym przegląda się podmiot liryczny i do którego się przymierza i w pewnym sensie go podziwia. To człowiek sukcesu, o którym wprawdzie nikt nic nie wie w Wielkim Świecie za wodą: „Facet, który właśnie kupił świat, idzie/teraz Trzydziestą Siódmą Ulicą. Nikt/nie wie, że transakcja się dokonała”,[2. Facet, który kupił świat], ale znalazł się po stronie wygranej w loterii życia i już do końca poematu góruje mocą tej wygranej.
Jeśli kokieteryjnie podmiot lityczny-narrator szydzi z niego, naśmiewa się, to jednak po to, by się tylko droczyć: „ma swoje pięć/minut i barman mu stawia kolejną kreskę/przy nazwisku. Jak się nazywa?” [9. Wieczorem miłość]”.  
Człowiek, który kupił świat” góruje, bo transakcja jest sfinalizowana, a on jest właścicielem niekwestionowanym, chociaż „kupił świat, zrobił to przez słabość.” i  kupił nie bez wysiłku: „za wygórowaną cenę, siedzi teraz/ w kawiarni i przez ciemne okulary/ patrzy na ulicę, która należy do niego.” [16. Z knajpianej szyby] i bije z tego wiersza duma i spełnienie.
Zakup świata jest dla niego bogactwem „kupił też/wszystkie miejskie legendy” [22. Przez słabość], ale i ryzykiem: „jest pewien,/ że ktoś za nim chodzi” [30. Ktoś za nim chodzi]
„Człowiek, który kupił świat” uwikłany jest w tajemnicę życia, transakcja wiązana, kupił i śmierć, i niemożność penetracji świata bez bólu „nie może go dotknąć/skóra mu pęka od takich kontaktów” [43. Który kupił świat, nie może].

I najprawdopodobniej ukrywanie się „Człowieka który kupił świat”, jego tajemniczość, wiąże się z rolą poety, człowieka nocy i mroku, który swoje zdobycze, odkrycia i dociekania musi chronić, taić i urywać przed światem, który kupił: „Facet, który kupił świat, kładzie wreszcie/to zawiniątko pod łóżkiem” [84. Księga obrotów i zaszłości]
Tak więc poemat Różyckiego, wieloznaczny i wielowarstwowy, byłby wypowiedzią artysty w zawieszeniu, w niepewności i w nicości Świata, który dzięki poezji udało mu się kupić.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , | 28 komentarzy

Nominowani NIKE 2011: Andrzej Stasiuk „Dziennik pisany później z fotografiami Dariusza Pawelca”

Tak jak napisał Grzegorz Jankowicz, w prozie Stasiuka widoczny jest wyraźny przełom, oczekiwany i z ulgą witany. Wszelkie Dukle, postkomunistyczne dziury polskie i z rozpadłych demoludów zakątki, jako cel podróży pozostają, ale Andrzej Stasiuk już po nich, jak dawniej się nie ślizga, nie egzaltuje, nie estetyzuje wmawiając czytelnikowi, że to tylko romantyczne ruiny. W „Dzienniku pisanym później” po raz pierwszy gówno autentycznie śmierdzi, ścieki cuchną. Ruiny pokrywające się z biegiem czasu zielenią chwastów są jeszcze bardziej przerażające poprzez niemożność ich zabliźnienia, niż wtedy, gdy się nimi stawały.
„Dziennik pisany później” jest wstrząsający. Najprawdopodobniej to „później”, ta artystyczna obróbka, której pisarz poddał materiał przywieziony z podróży, zaważyła na głębi tych z pozoru banalnych obrazków rejestrowanych jakby mimochodem. Ot, dziecięcy bucik zabłąkany w piasku, ot, zdjęcie papieża wymiecione spod łóżka brudnego albańskiego hoteliku pamiętające papieską pielgrzymkę w Albanii. Ten „łan zboża” w Licheniu, złoty łańcuch na piersi Albańczyka, spaślaki morderców politycznych:

„(…)Czułem strach. Wypalone domy z roślinnością w środku, starzy ludzie i wojna, wojna, wojna, chociaż od dziesięciu lat panował spokój. Ale bałem się. Chciałem rozmyślać o Andriciu, o herezji bogomiłów, o zimowej olimpiadzie, o muzułmańskim kraju w środku Europy, ale widziałem nalane gęby wojskowych i polityków. Ta niedawna rzeź kojarzyła mi się z obżarstwem i pijaństwem. Mladić na zdjęciach wyglądał jak wieprz, Karadżić wyglądał jak wieprz, Tudman wyglądał jak wieprz przebrany w operetkowy mundur. Milośević, zanim umarł, wyglądał jak wieprz, który chudnie. Opuchnięci, obżarci, otyli, otłuszczeni, w garniturach. Wieczorne obżarstwo, chlanie, smród brudnych skarpetek i bełkot. Jechałem przez wojenny kraj i bałem się. Oni wszyscy umarli albo się ukrywali, ale czułem ten zapach w powietrzu. Skarpetki, spocone pachy, tłuszcz i gorzała. Wypalone dziury w obrusach, gdy przysypiali z papierosem. Prawdziwi mężczyźni.(…)”.

Kreśląc syntetyczną kreską sylwetki ludzi, na których składa się mijany, animowany tłum wchłaniany wrażliwym okiem Stasiuka, pisarz stara się nie odpowiadać na pytania nasuwające się w trakcie obserwacji: przechadzających się po rajskim Licheniu pielgrzymów, niemych pasażerów albańskich autobusów, właścicieli domów zadbanych przez albańskie kobiety i alfonsowatych mężczyzn, których sprośne twarze odnajduje w głupich twarzach polskiej wsi. Tam na Bałkanach twarz utajona w tłumie, w którym nikt nie rozpozna, kto zabijał jest bardzo podobna do polskiej twarzy, o której wiadomo, że nie zabijała. Wszystko u Stasiuka jest podskórne, pełne jakiegoś egzystencjalnego znużenia, jakby pisarz niedowierzał swojej percepcji, jakby rejestr świata, w którym przebywa był nie jego, z racji wstydu rodzącego się zawsze w bezradności.
W części polskiej – kiedy Stasiuk pozostawia już Srebrenicę, Medziugorie, Sarajewo by nie pytać, dlaczego strzelano do biegnącego dziecka, dlaczego pół wieku po holocauście, kiedy wszyscy wiedzieli, że to nie może się powtórzyć, powtórzyło się jak gdyby nigdy nic – szuka powinowactw. Bośniackie zbrodnie są już zapieczętowane jedynie w nieusuwalnym z „powietrza” niepokoju tych ziem, Stasiuk wraca do Polski, przesuwa się po niej leniwym krokiem ciężkiej degustacji, tropiąc grę pozorów, nawiązania i pokrewieństwa bałkańskie, ale i z przerażeniem odkrywa ten wiszący w „powietrzu” identyczny niepokój polski:

„(…)Ale tak musiało być, bo młodzi zawsze mają we krwi jakąś chemię pomieszaną z poczuciem nieśmiertelności. Gdy nie ma wojen, giną na motorach. Może bóstwa świata wciąż domagają się młodych ofiar, ponieważ zwykła śmierć jest nic niewarta? Osiem, dziewięć godzin. Od rzeki szedł mulisty opar. Wokół latarni przed remizą wirowały kłęby jętek jednodniówek. Nad ranem ich ciała chrzęściły na asfalcie. Wydzielały rybią woń. To wszystko się powtarzało. Chłopcy na motorach. Rytm. Tylko było słabsze, udawane, pozbawione nieuchronności, po prostu z nudów. Wróciłem i nie mogłem spać. Nasłuchiwałem, kiedy nadjedzie następny. W ustach smak benzyny. Moja ojczyzna była wsią pogrążoną w marzeniach. Leżała w Poznaniu na wznak i drapała się w pachę. Wstałem o szóstej i znów bez śniadania poszedłem na parking, żeby jak najszybciej wyjechać. Było jeszcze pusto, ale zanim wydostałem się z miasta, już powstawali i ruszali do pracy, niczym odwieczni chłopi do rannego obrządku. Trąbili i migali, żeby im zjeżdżać, więc po prostu wlokłem się prawym pasem jak emeryt. Miałem czas. Powiedziałem sobie: teraz myśl o swojej ojczyźnie. Jak syn marnotrawny, który powrócił po latach. Myśl o niej, ponieważ okazało się, że innej mieć nie będziesz. Wydawało ci się, że umkniesz, że się schronisz gdzieś na południu, że przeczekasz, ale krew nie woda. Tak, innej mieć nie będziesz, kosmopolityczny chłopku-roztropku z północno-wschodniego Mazowsza.(…)”

Stasiuk miesza czasy, wędruje po świecie i po Wszechświecie. I pisze swoją niepokojącą książkę kasandrycznie, ku przestrodze.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | Dodaj komentarz

Nominowani NIKE 2011: Mirka Szychowiak „Jeszcze się tu pokręcę”

Hortensja Nowak

46 wierszy tego zbioru faktycznie kręci się jedynie wokół Ja poetyckiego, bohaterki będącej alter ego poetki, kobiety dojrzałej, która czyni podsumowanie swojego życia językiem poetyckim i próbuje wyjść dzięki temu z egzystencjalnej pułapki człowieczej w drugiej połowie życia.
Podmiot liryczny dialoguje z dwiema rzeczywistościami: wewnętrzną i zewnętrzną. Poetka uzyskała równowagę tego procesu i widoczny jest wielki wysiłek twórczy, by tę symetrię utrzymać, a nie np. lamentować nad zbliżającą się biologicznie śmiercią. W sumie przemawia tzw. ludzkim, a nie „poetyckim” głosem i to jest wielki plus poetyckich zapisów wynikłych z wsłuchania się w siebie. Pytaniem jest tylko to, czy wsłuchanie jest uczciwe, bo amplituda wewnętrznych doświadczeń niepokojąco skacze, od skrywanych, egocentrycznych kokieterii poprzez autodestrukcyjne zaprzeczanie sobie:

„(…)Może w alei niezasłużonych
ktoś pomyli groby, położy kwiaty, zapali światło?(…)”

[Dokop]

Przygoda wewnętrzności z zewnętrznością jest u Mirki Szychowiak minorowa. Zawiera wszystkie egzystencjalne lęki, znużenie przeżytym życiem, brak złudzeń, co do dobrych intencji tego „ogrodu”, w którym poetka znalazła się na mocy otwierającego cykl wiersza:

„(…)Świadkowie odeszli, zabrali ze sobą pamięć
o mnie, zostawili w proszku, bez ładu, dorosłą.
I odkąd już nie rosnę, coraz mniej pamiętam.”

[Okoliczności]

I tutaj jest mój jedyny zarzut względem tego bardzo sprawnie napisanego tomu: podmiot liryczny nie pamięta. Wszystkie te sytuacje egzystencjalne, łącznie z obrazem budki z popcornem i wydzielającym się zapachem proustowsko otwierającym bramy pamięci pozostawiają właśnie faktograficzny niedosyt. Konwencja zbioru zakreśla całe długie życie pewnej kobiety i mówi zbyt ogólnie, by można było wyciągnąć z tego uniwersalne wnioski o człowieczej kondycji na mocy tego właśnie, poetyckiego doświadczenia. Podmiot liryczny mówi o wszystkim i o niczym. Prawdy zawarte w tych strofach nie są wprawdzie stereotypem i nie są banałem, natomiast są zakreślone zbyt ogólnie, by działały na podświadomość czytelnika i uruchamiały mechanizmy powinowactwa. Następuje tu dziwny, zupełnie najprawdopodobniej niezamierzony przez autorkę efekt, wynikły z procesu twórczego, alienacji i oderwania się od autorki wierszy, ale nie na zasadzie twórczego porywu, tylko wręcz przeciwnie: wiersze odrywają się mentalnie, ponieważ zamazanie podmiotu mówiącego staje się obsesyjne, podmiot liryczny zajmuje się marginaliami i heroicznie próbuje nimi zastąpić istotność:

„(…)Skuliło się we mnie życie
i czeka na wsparcie. Kiedyś było obiecująco
– dziś dożywocie z hukiem zamyka bramę.
Nie ma czego i czym rozpierdolić. No, nie ma.”

[Remis]

Wzruszający wiersz, poświęcony Julce córce poetki, (również poetce) kończy się niemalże testamentem artystycznym:

„(…)Jeśli zostanie coś, co się może przydać,
zabierzcie jak swoje. Jestem gotowa
na każdą czystkę, najbardziej intymne.”

[Zanim]

Strofy te, pragnące podświadomie dziedzictwo rodzinne rozciągnąć na całą rodzinę człowieczą są bardzo szlachetne i wzniosłe. I chwała Mirce Szychowiak, że w odróżnieniu od wielu megalomańskich poetów współczesnych zawierają skromność i niepewność, czy tak się stanie.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 4 komentarze

Nominowani NIKE 2012: Jacek Dehnel „Saturn: czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya” (2011)

Po paradokumentalnej „Lali” Jacek Dehnel próbował różnych stylów i poddawał się różnym wpływom. Nieudane „Balzakiana” nie sprostały wyzwaniu pisarskiemu, odwzorowanie metody pisarskiej Balzaca na potrzeby polskiej transformacji politycznej i zarazem obyczajowej okazało się za trudne. Pisarz próbował potem oderwać się całkowicie od wszelkich realiów i w nieudanym „Fotoplastikonie” stworzyć na podstawie zakupionych na targach staroci zdjęć i pocztówek powołać do życia światy, które nigdy nie istniały.

W tegorocznym „Saturnie” pisarz zmienia metodę pracy rezerwując sobie jedynie doświadczenie artystyczne zdobyte podczas pisania „Fotoplastikonu” dla opisu 14 obrazów wiszących w Prado, które ostatnimi czasy wywołały różne medialne sensacje i skandale. Juan José Junquera, profesor historii sztuki na Uniwersytecie Complutense w Madrycie, najbardziej znany z badań hiszpańskich mebli, dostał zlecenie od muzeum napisania książki o “Malarstwie czarnym” Goi, które przeniesiono do Prado z “Quinta del Sordo”, domu na obrzeżach Madrytu. Jacek Dehnel snuje swą opowieść pod wyraźnym wpływem Pascala Quignarda, zresztą na wstępie go cytuje. Być może właśnie francuskiemu pisarzowi zawdzięcza zdyscyplinowanie pisarskie i perfekcyjne szlifowanie zdań, niezmiennie we wszystkich prezentowanych na kartach książki monologach płynnie wchodzących w podświadomość czytelnika uwodząc go jedynie formą.
Jednak nawet najpiękniejsze frazy nie zastąpią przecież istoty literatury, czyli komunikacji. Co Jacek Dehnel chce czytelnikowi przekazać? Wiele nonsensów na temat epoki, która przecież jest mimo wszystko udokumentowana licznymi księgami parafialnymi, aktami własności, wszystkim, co każdy kraj pieczołowicie ochrania, by jakiś intelektualny najeźdźca z obcego państwa mu tego nie poburzył i nie zamącił. Dlaczego według Jacka Dehnela księżna Alba, której tożsamości nie wyklucza się w portretowanej Mai Nagiej i Mai Ubranej jest mężczyzną?

„(…)La Alba! To nie była kobieta, to był mężczyzna o cienkiej talii i długich czarnych włosach, i porządnym cycu, to był najpotężniejszy człowiek w królestwie.(…)”
[mówi Francisco]

Dlaczego Jacek Dehnel zmienia płeć postaci historycznej Maríi del Pilar Teresa Cayetana de Silva y Álvarez de Toledo ze szlacheckiej rodziny Alba urodzonej 10 czerwca 1762, poślubionej José María Álvarez de Toledo, 15 księcia Medina Sidonia ? Małżeństwo to, najbogatsze w Hiszpanii, niezwykle pomogło Goi w jego malarskich początkach i im właśnie Francisco Goya zawdzięcza rozkwit swojego talentu i geniuszu. Powieść z założenia napisana jako fikcja literacka, ma podobno na kanwie autentycznych życiorysów malarza, syna i wnuka badać relacje sławnego ojca z niedocenionym i wzgardzonym synem Javierem, który nagle staje się autorem 14 obrazów z cyklu „Pinturas negras” wiszących teraz w Prado, a które przecież są tematycznym i mentalnym podsumowaniem całego życia Goi. Jeśli polski artysta chce żerować na skandalach hiszpańskich, to automatycznie jego twórczość winna być przeszeregowana do popularnego gatunku sensacyjno – historycznego, gatunku powieściowego mającego wielkie nakłady, masę odbiorców, takich patronów jak Dan Brown, gdzie rozmnaża się Chrystusa, dopisuje ewangelie. „Saturn” omawiany jest jako książka niesłychanie ważna i wartościowa dla polskiej literatury, entuzjastyczne recenzje napisano w „Tygodniku Powszechnym”, „Polityce”, „Gazecie Wyborczej”.

Wbrew wszystkim bredniom zawartym w monologach trzech literackich postaci: Mariano, Javiera i Francisca, łącznie z zupełnie nietrafionym literacko portretom 14 obrazów wchodzących w cykl „Czarnego malarstwa”, trzeba przede wszystkim oddać sprawiedliwość hiszpańskiemu geniuszowi, o którego życiu najmniej wiemy i po którym właściwie nic, oprócz obrazów, nie zostało. O Goi pisało wielu intelektualistów, wielu zaraz po jego śmierci bezskutecznie walczyło z rosnącą legendą wymyślaną dla pieniędzy i sensacji. Wielu wielkich, szlachetnych duchów zdołało zdementować wszelkie fikcje narosłe wokół portretowanych kobiet, robiąc z Goi lubieżnika i człowieka niezdyscyplinowanego. Kto nie wie kim jest geniusz – a Jacek Dehnel dał w „Saturnie” dowód na to, że nie ma o tym zielonego pojęcia – podpowiadam, że jest to człowiek bez reszty oddany twórczości. Wspaniałe iluminacje malarstwa Goi (bez których nie byłoby impresjonizmu, ekspresjonizmu, współczesnego nam Bacona, a bez Velázqueza nie byłoby Goi) trwają przez całe jego twórcze życie, aż po czas osiemdziesięcioletniego, głuchego starca, kiedy tworzy „Saturna”. Wypunktowywanie tzw. słabości geniusza nie ma sensu, bo geniusz nie ma czasu na słabości, są one nieistotne i pomniejszanie nimi (na dodatek domniemanymi) osobowości geniusza nie ma zupełnie sensu. Niesprawiedliwy portret Francisco Goi, nie wiadomo dlaczego (cóż on zawinił ten biedny Goya polskiemu pisarzowi?!) sportretowany przez Jacka Dehnela tak obleśnie i tak sprośnie, być może jakąś robaczywą duszę zainspiruje do dalszego pławienia się w we własnych, a nie goyowych obrzydliwościach, bo przecież świat jest pełen różnych anomalii. Nigdy dość powtarzania: Goya to wielki geniusz hiszpańskiego malarstwa, którego rzekome braki erudycyjne wytknięte przez Jacka Dehnela nie miały miejsca, ponieważ nikt inny nie potrafił przenikliwiej zobaczyć swojej epoki, (przebywał wśród artystów skupionych wokół księżnej Alba i były to najwyśmienitsze umysły epoki) zsyntetyzować swoich wrażeń, przetworzyć język malarski na przekazanie swoich doświadczeń, a właśnie te zupełnie nie sprzedażne, malowane na tynku obrazy były jego ostatnim krzykiem i testamentem i jeszcze polski pisarz nawet tego go pozbawia!

Niestety nadszedł w Polsce “Czarny okres literatury”, kiedy promuje się artystów o mentalności Salieriego. Tacy będą niszczyć na każdym kroku wszelkich Mozartów, a ogłupiała polska krytyka literacka będzie temu tylko przyklaskiwać.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , | 46 komentarzy

Nominowani NIKE 2011: Joanna Lech „Nawroty”

Po debiutanckim, nagrodzonym Nagrodą Bierezina tomiku „Zapaść”  styl Joanny Lech się jeszcze bardziej usztywnił i wyzerował, dążąc do wyrażania coraz perfekcyjniej nieistotności i składania wyrazów w coraz bardziej skomplikowane, przeestetyzowane arabeski.
W wywiadzie dla Gazety Wyborczej poetka mówi o wpływach  Julio Cortázara i Kurta Vonneguta, co jest kolejnym jakimś zabiegiem estetyzującym jej twórczość, polegającym na przylepianiu autorytetów do wizerunków, zabiegu znanego z imprez miss urody, kiedy młode, urodziwe kobiety popisują się przed kamerą znajomością dzieł Heideggera i Derridy. Podobnie działa wstępny cytat do tomiku z nieznanego w Polsce twórcy awangardy meksykańskiej lat sześćdziesiątych, pisarza Salvadora Elizondo:

„Czy istnieje coś bardziej uporczywego niżeli pamięć?
„Czy jesteśmy wspomnieniem kogoś, kto nas zapomina?
Czy może jesteśmy kłamstwem ?
Czy jesteśmy wcieleniem pragnienia kogoś, kto nas wezwał, kogoś, kto nas tworzył ze swych wspomnień, z nic nie znaczących cieni?”

Niestety. poetka wierszami nie potrafi odpowiedzieć na ani jedno pytanie Meksykanina, mimo, że ambitnie sugeruje podjęcie tego poetyckiego wyzwania. 

Zbiór wierszy dzieli się na trzy części:

01. INTRO
02. DALEJ
03. WYJŚCIE

Nie mam pojęcia co znaczy w tym zestawie wyraz „Intro”, ale domyślam się, że wejście. W tej części poetycki podmiot liryczny kilkakrotnie zwraca się w drugiej osobie do kogoś, kto najprawdopodobniej odszedł na zawsze. Oczywiście rada Mallarmé’go, by swoje nieszczęścia zostawiać nim zasiądzie się do pisania, jest tylko umowna, bo krzyk zranionej duszy rodził zawsze arcydzieła i nie w temacie leży pies pogrzebany. Tarzanie się w bólu przez podmiot liryczny staje się kiczem wtedy, kiedy prawdziwy ból zostaje poetycko przetworzony według zasad poezji, czyli stwarzany jest na nowo, a nie odwzorowany. Jednak by tego dokonać, trzeba być poetą, a Joanna Lech poetką nie jest. I tutaj czytelnik dostaje niekończący się ciąg metafor, gdzie logicznie każde porównanie wynika z drugiego, cierpienie umiejscowione jest w permanentnej degradacji. I  byłaby z tego poezja, gdyby Joanna Lech to całe bogactwo upodmiotowiła i gdyby to obrazowanie do czegoś posłużyło. Niestety, obrazy przepływają, są czytelne, wszelkie przyrodniczo jesienno-zimowe stany jak najbardziej mogą odzwierciedlać stan duszy, jednak tego nie robią. W każdej części świat Joanny Lech jest nieruchomy, nieożywiony. Martwotę może poezja opisać, ale nigdy jej nie stworzy martwotą, bo jest to zaprzeczenie idei poezji i wszelkiej twórczości. Nieożywiony poeta nie może być poetą. Miałam nadzieję, że na zasadzie być może kontrastu (w końcu cały czas poezja jest w fazie eksperymentu i rozwoju, i nawet martwota w pewnych wypadkach może być środkiem wyrazu) w trzeciej części „wyjdzie” z zaczarowanego kręgu gonienia własnego ogona i wreszcie poetka przemówi normalnym głosem. Ale nie, Królowa Śniegu króluje w najlepsze.

Całe szczęście, że był jeszcze taki ktoś jak Andersen i Królowej Śniegu nie dał napisać autobiografii.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , | 17 komentarzy

URBANOWICZ

Przedwczoraj zmarł Andrzej Urbanowicz. Postać Urbanowicza wchodziła we mnie stopniowo, studiując we Wrocławiu niewiele wiedziałam o śląskich artystach. Po dyplomie nastał wkrótce stan wojenny, Związek Polskich Artystów Plastyków rozwiązano i dopiero kiedy Andrzej Urbanowicz pojawił się w BWA ze swoją gigantyczną wystawą, która zajęła wszystkie piętra (wtedy nie było jeszcze restauracji tylko permanentnie wszędzie sztuka i sztuka…) poznałam Urbanowicza.
Kiedy to było? Pamiętam, byłam z Zosią, Zosia, absolwentka Toruńskiego Uniwersytetu wydziału Grafiki przyjechała z Torunia ze swoimi sukienkami do Galerii Marianny do Chorzowa. Nasyciła już Toruń sukienkami, widziała swoje sukienki podczas nabożeństw i procesji, i zalewała teraz nimi Śląsk, gdzie doskonale się sprzedawały, były nowością. Po farbowanej tetrze i flaneli Zosia wymyśliła śliski materiał podszewkowy, który po ugotowaniu w nylonowej pończosze dla uzyskania pomarszczenia dawał falbanom niezwykłe efekty. Było to w czasie początkującej działalności Ojca Rydzyka w Toruniu, bo pamiętam, zachwycona opowiadała, że jest u nich w Toruniu taki ojciec Tadeusz i że chciałaby, by jego głos był słyszalny wszędzie. Mój mąż Zosię wyrzucił potem z naszego domu za antysemityzm po jakimś kolejnym przejeździe z sukienkami, ale na pewno nie było to jeszcze wtedy, kiedy chciałam gościnnie Zosi zaprezentować artystyczny Śląsk.
Kiedy weszłyśmy do BWA, z poukrywanych adapterów i magnetofonów sączyły się satanistyczne według Zosi odgłosy. Były to jakieś buddyjskie mantry, niewinne wobec tego, co potem Zosia musiała zobaczyć. Andrzej Urbanowicz przywiózł z USA blaszane szyldy, wyglądały jak wyjęte z pornoszopów taniej, wstydliwej dzielnicy. Symbolikę kilkumetrowych hybryd kobiet otoczonych skomplikowaną ornamentyką Zosia doskonale potrafiła rozszyfrować i ogarnąć zawarty tam przekaz tak, jakby ta wystawa była skierowana wyłączne do niej, bo z niesmakiem opuściła przedwcześnie BWA, a ja grzecznie jej towarzyszyłam.
Po reaktywowaniu ZPAP Urbanowiczowi dano pod zarząd galerię związkową, do której sprowadzał kosztownych gnostyków, wróżów, teozofów i tarocistów, i podobno przez to puścił z torbami ZPAP, które płacąc za wieczory autorskie dorobiło się długów. Jak było naprawdę nigdy się nie dowiem, byłam tam raz na spotkaniu z Jerzym Prokopiukiem, który sprzedał na spotkaniu wszystkie egzemplarze pism „Gnosis” i jakieś akcesoria, było masę ludzi, co bardzo mnie zdziwiło, bo wtedy Kaszpirowski w telewizji publicznej był na okrągło i teraz masz… Ale Urbanowicz jako jedyny w dziejach ZPAP zainteresował się mną, moją działalnością mailartową i w tej galerii dopuścił, bym zrobiła wystawę mail artu. Wybrałam do współuczestnictwa artystę możliwie blisko mieszkającego, o którym niewiele wiedziałam. Kiedy przyjechał z Myszkowa chłopak o 10 lat młodszy, wysoki, rudy i na dodatek mało odzywający się, Urbanowicz pamiętam popatrzył na niego taksującym spojrzeniem i po gombrowiczowsku mnie jakoś w parę od razu z nim skojarzył.
Urbanowicz po powrocie z USA był niesłychanie aktywny publicznie. Pisał po różnych śląskich magazynach, biuletynach, właściwie wszystkie dotowane przez miasto możliwości zarobkowe były mu dostępne. Nigdy nie pisał zachwycająco o sztuce, ale na Górnym Śląsku reprezentował jakiś poziom i uważam, że był lepszy od swojego przyjaciela Henryka Wańka, i od Tadeusza Sławka, których eseje o sztuce są dla mnie przegadane i nieprzeżyte. Toteż, jak nastały wybory, byłam gorącą zwolenniczką jego kandydatury na Prezesa ZPAP. Niestety, najprawdopodobniej pamiętano mu te honoraria dla ludzi z Warszawy, a być może był to pretekst i Urbanowicz prezesury nie dostał. Chyba to bardzo przeżył, pamiętam byłam jedyną osobą, która podeszła do niego jak samotnie stał pod ścianą w czasie przerwy po ogłoszeniu wyników głosowania, potem podeszły Kalarusy…
Urbranowicz działał na innych polach, czytał wiesze Ginsberga w swojej pracowni na strychu i to czytanie opublikowała telewizja Katowice. Nie wiem, czy znał Allena Ginsberga, bo jeśli faktycznie Ginsberg znał tylu Polaków, jak wynika ze wspomnień, to musiałby obracać się tylko wśród nich, bo życia by nie starczyło. Ale nikt nie znał wtedy Ginsberga, tej jedynej książeczki, gdzie go wreszcie spolszczono nie można było kupić i to czytanie w TV było strasznie dla nas ważne.
Urbanowicz dużo zrobił też dla popularyzacji Bellmera wśród katowiczan, zrobił kilka wystaw z lalkami, założył Towarzystwo Bellmerowskie, knajpę pod szyldem Bellmera…

Kiedy chodziłam na wystawy Urbanowicza, które co jakiś czas się otwierały z całym od razu jego dorobkiem i zakazanym tarotem w okresie stalinizmu, zawsze odbierałam go jednak nie jako artystę, ale jako animatora. Wielką szkodą było to, że nie był nim przede wszystkim i że nigdy ta działalność nie wyszła ponad promocję jedynie Andrzeja Urbanowicza.

Kiedy spotykałam Andrzej Dudka-Dürera zawsze pytał, co u Urbanowicza. Andrzej spotkał Urbanowicza w Stanach i Urbanowicz odwiedzał go we Wrocławiu na Krzykach, ale zawsze jak przyjeżdżał do nas do Katowic, to pytał, co u Urbanowicza. Kiedy ostatnio niespodziewanie zobaczyłam Andrzeja Dudka-Dürera w tłumie ludzi w Kościele Mariackim i pociągnęłam go za rękaw, wyszliśmy na Krakowski Rynek i nim zapytałam go, dlaczego łazi do kościoła katolickiego, skoro jest buddystą, zapytał:
– A co tam u Urbanowicza?
– Nie mam pojęcia, przecież prawie go nie znam osobiście. A dlaczego ty chodzisz do Kościoła Mariackiego, skoro jesteś buddystą?
– Bo mnie to energetyzuje – odpowiedział Andrzej Dudek-Dürer, wcielenie Albrechta Dürera.
Więc odszedł Andrzej Urbanowicz i nie mam pojęcia, o czym porozmawiamy, jak spotkam niespodziewanie Andrzeja Dudka-Dürera.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Amy Winehouse „Rehab” z angielskiego przetłumaczyła Ewa Bieńczycka

ODWYK

Oni chcą wysłać mnie na odwyk, krzyczałam nie, nie, nie!
Nie jestem czysta, dowiesz się, dowiesz się, dowiesz się!
Nie mam czasu, lecz tata sądzi, że jest ok,
wyślą na odwyk, ale nie mnie, nie mnie, nie mnie!

Wolę być w domu tam, gdzie Ray
siedemnaście dni im daj!
By nie wiedzieć!
Wszystko wiem od ciebie
czego nie dał mi Mister Hathaway.

Mało wyniosłam z lekcji
lecz wiem, że nie chodzi tu o whisky.

Oni chcą wysłać mnie na odwyk, krzyczałam nie, nie, nie!
Nie jestem czysta, dowiesz się, dowiesz się, dowiesz się!
Nie mam czasu, lecz tata sądzi, że jest ok,
wyślą na odwyk, ale nie mnie, nie mnie, nie mnie!

Zapytał, co mnie tutaj trzyma!
A ja mu na to: któż to wie?
Bo ja cię tracę, tracę kochanie,
dlatego wciąż pociągam z gwinta.
On na to, że to jest depresja.
Pocałuj mnie, idź się wyspać.

Oni chcą wysłać mnie na odwyk, krzyczałam nie, nie, nie!
Nie jestem czysta, dowiesz się, dowiesz się, dowiesz się!

Wódka mnie nie przejęła,
potrzebuję, ach, przyjaciela.
Dziesięć tygodni!
Nie oddam na pozór leczenia.

To nie jest z dumy.
Tak będzie, póki nie wyschną łzy

Oni chcą wysłać mnie na odwyk, krzyczałam nie, nie, nie!
Nie jestem czysta, dowiesz się, dowiesz się, dowiesz się!
Nie mam czasu, lecz tata sądzi, że jest ok,
wyślą na odwyk, ale nie mnie, nie mnie, nie mnie!

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 12 komentarzy

Amy Winehouse “Back To Black” z angielskiego przetłumaczyła Ewa Bieńczycka

KROK W MROK

Nie miał czasu ten smutas,
mokry kutas,
pewny swego jak głaz!
A ja w obłokach,
suchość w oczach,
bez faceta po nocach!
Wróciłeś do znanego,
przeszliśmy i odeszliśmy, wiesz od czego,
moja droga jak stok,
bez wyjścia los,
pcha mnie znowu w mrok…

Mówiliśmy do widzenia,
konałam sto, nie raz,
powracasz do niej,
a ja wracam do…

Powracam do nas…

Tak cię kocham.
To nie starcza.
Ćmisz, ja wciągam dym do dna.
Życie jest jak fajka,
a ja jak grosik toczący się w rur zakamarkach…

Mówiliśmy do widzenia,
konałam sto, nie raz
powracasz do niej,
a ja wracam do…

Mówiliśmy do widzenia,
konałam sto, nie raz
powracasz do niej,
a ja wracam do…

Mrok, mrok, mrok, mrok, mrok, mrok, mrok,
tam kroczę do,
tam kroczę do…

Mówiliśmy do widzenia,
konałam sto, nie raz
powracasz do niej,
a ja wracam do…

Mówiliśmy do widzenia,
konałam sto, nie raz
powracasz do niej,
a ja wracam do…

W mrok…

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Otagowano , | 19 komentarzy