Dziennik wiejski (6)

24 lipca, niedziela.  Kiedy mama przyjechała na wieś po raz pierwszy, ucieszyła się bardzo, że obchodzone są tutaj w przeciwieństwie do regionu Górnego Śląska tylko imieniny. Mama wprawdzie wbrew wszystkim na Śląsku całe życie obchodziła tylko imieniny tak, jak robiono to w jej domu rodzinnym (za karę, że sie urodziła w nieodpowiednim momencie Historii miała w dowodzie osobistym wpisane ZSRR), ale też – nie wiadomo dlaczego, czerpała z tej swojej kolebki wzorców zachowań na całe życie – satysfakcję i wyższość.
Dlatego przyjeżdżając tutaj po raz pierwszy mama z początku zaskoczona taką miłą jej zmianą, nie zwracając nawet uwagi, że większość mieszkańców wsi ma na imię patrona dnia, w którym się urodzili, szybko przekuła swoją wyższość na bezkrytyczną akceptację i wkrótce stała się główną uczestniczką wszelkich imieninowych bankietów. Z racji swojego imienia, które umożliwiało jej obchodzenie imienin dwa razy w roku, a ten drugi raz przypadał na lipiec, mama nie tylko świętowała po raz drugi imieniny na wakacjach, ale także mogła na imieninach bywać w wielu domach, gdyż z racji krzyżujących się terminów imprez spraszano gości nawet i tydzień po kalendarzowej dacie. Wieś w poprzednim systemie złożona z chłoporobotników i tak była wsią bogata, teraz porzuciwszy pracę na okolicznych łąkach i polach, zlikwidowawszy wszystkie zwierzęta domowe i wstawiwszy w budy wyłącznie psy rasowe, przeszła na sublimację potraw i domowe wypieki, nieodłączne z imieninami stawały się z roku na rok coraz bardziej wyrafinowane i kosztowne.
Ponieważ jestem przyzwyczajona, że moje imieniny przypadające na największe święto polskie są niedostrzegalne w nadmiarze Bożego Narodzenia, nigdy nie przejmowałam się faktem obchodzenia, bądź nie obchodzenia moich imienin i wyznając dewizę, że jeść trzeba, by móc żyć, starałam się zawsze, by posiłki służyły raczej podtrzymaniu życia, a nie były jego celem. I być może zmarłabym w tej nieświadomości, gdyby nie uświadomiła mi tego błędu w myśleniu moja mama wchodząc w oko cyklonu permanentnych wakacyjnych imienin na wsi.
Na wstępie zmyliło mnie nazywanie wszystkich wypieków plackami. Coś, co się nazywa plackiem, musiało być potrawą prostą, tanią i wiejską. Dlatego, kiedy ćwiczebnie przed nadejściem imienin mojej mamy upiekłam drożdżowy placek, by się nie skompromitować, a w wypadku sukcesu, już w przeddzień bankietu go powtórzyć, okazało się, że ze zdenerwowania do całkiem już wyrośniętego zaczynu zamiast szklanki cukru, dałam szklankę soli zmylona identycznymi słoikami z białym proszkiem. Pani Władzia, która po upływie czasu potrzebnego do pieczenia zjawiła się, by ciasto pokosztować, i kiedy dowiedziała się, że wyrzuciłam je już na kompost, szybko przyniosła ze sklepu placek drożdżowy i ukroiwszy duży kawał, z sadystyczną satysfakcją pokazała mi jak placek ma wyglądać. Moją kulinarną porażkę przeżyłam boleśnie, ale nawet jeśli następne wypieki moje były udane, jeśli potrafiłam już w tych skromnych, niemal campingowych warunkach robić torty, ciastka francuskie, kruche i tarty, to i tak nigdy nie dogoniłam ani mód panujących w poszczególnych domach, ani nie stać mnie było na tak kosztowne składniki.
Placki przez całe lato właściwie zaczynały krążyć między domami już od czerwca, od imienin Władysława, rozpoczęte bankietem u pani Władzi, na który musiałam pójść obowiązkowo z moją mamą niosąc butelkę ajerkoniaku. Okazało się, że do pieczenia placków zobligowane są nie tylko dwa kolejne pokolenia – córek i wnuczek – ale obowiązkowo dostarczają placki synowe. Przy takim zmasowaniu sił do pieczenia placków nie miałam żadnych szans w tej zupełnie nieinteresującej mnie konkurencji, której jednak sportowy charakter trafnie przeczuwałam. Nasłuchawszy się na dodatek docinków, dlaczego nie pracuję na etacie i przyjeżdżam na wieś nie na urlop tylko tak sobie, dowiedziałam się jeszcze, że wszelkie rewizyty są tak samo ważne, jak bojkot imienin. Pułapką łańcucha wiejskich zależności, która dla mojej mamy nie istniała, okazały się właśnie placki. Niemal codziennie przynosił nam ktoś placki, czasami nawet placki wisiały zawinięte nienagannie w biały papier w torbie foliowej na furtce, a myśmy nawet nie wiedziały od kogo. Placki na dodatek były pieczone na maśle, przekładane wymyślnymi masami, posypywane płatkami migdałowymi, nie szczędzono im bitej śmietany i galaretek z tropikalnymi owocami. Rogaliki z różą, które też nazywano plackami, makowce, serniki i ogromne blachy z ciastem kruchym posypane świeżymi owocami sezonowymi z zapiekaną w piekarniku pianą lub kruszonką niemal codziennie ktoś wykonywał w którymś z sąsiednich domów, by kawałek znalazł się zawsze na naszym stole. Córki koleżanek mojej mamy, które wszystkie przykładnie o wpół do szóstej wsiadały w swoje samochody i jechały do pracy, obchodziły imieniny też i w pracy. One to piekły po trzy gatunki ciast dla swoich kolegów i koleżanek i zawsze, w ramach być może kulinarnego popisu, ktoś przynosił nam dla skosztowania. Wszelkie najnowsze technologie wyrobu ciastek – masy budyniowe, ciasta ptysiowe, mielone herbatniki z masłem, masy bite mikserem z mlekiem, biszkopty pieczone z rozpuszczoną czekoladą – to wszystko, jako szczyt osiągnięć życiowych lądowało u nas w miarę jak kalendarz wyznaczał kolejną Annę, Marię, Grażynę, Krystynę czy Krzysztofa.
I kiedy nadchodzi sądny dzień, dzień imienin mojej mamy, zawsze kurczę się w sobie i marzę o tym by być malutkim Jankiem z książeczki Marii Konopnickiej „Na jagody”. Uwielbiałam tę książeczkę jako dziecko i do dzisiaj uwielbiam zbierać po lesie wszystko, co jest jadalne i z przyjemnością przyniosłabym mojej kochanej mamie „Dwie krobeczki jagód”, napisałabym na arkuszu: „Mojej Mamie zdrowia życzę!”. Ale gdzie tam…
Już się zbierają, już idą, każda niesie w ręce ajerkoniak… Mama każdej mówi, że wprawdzie placek Ewie się nie udał, ale są wędliny, sery i sałatka jarzynowa… Kobiety wtedy nie pocieszają mnie, są bezwzględne, jak tylko bezwzględna może być kobieta wobec kobiety, która nie wywiązała się z obowiązku bycia kobietą. Uśmiechają się pobłażliwie, wyniośle, wiedzą, że nasz dom jest naznaczony i wyznaczony, ale że jest też dobrą kumulacją wszelkich wakacyjnych placków i że nie czas go jeszcze likwidować i bojkotować. Toteż rozsiądą się wygodnie, pewnie  i z kaznodziejską pobłażliwością omiotą nasz ogród wzrokiem niczego nie widzącym, tak, jakby wiedziały, że mój grzeszny żywot jest niereformowalny, toteż po katolicku trzeba mi wybaczyć wszystko i po katolicku trzeba być dla mnie dobrym.

Zaszufladkowano do kategorii 2011, dziennik ciała | Jeden komentarz

Pascual Contursi „Mi noche triste” (1917) z hiszpańskiego przełożyła Ewa Bieńczycka

MA SMUTNA NOC

Złapany czarem ulicznicy
gdy wiek męski w całej sile
rani mą duszę, to jej brak przy mnie
wyśledzi w rozpaczy serce
wiedząc, jak pragnę ciebie!
Byłaś dla mnie moim płomieniem,
marzeniem w wersji najgorętszej!
Bo dla mnie to koniec nasycenia,
niezaspokojone pragnienia,
nie pokochamy się już więcej..!

Gdy wracam do garsoniery,
odczuwam to niezamieszkanie,
wszechobecny smutek w bałaganie…
Jak wstrząsa mną płaczu spazm
próbuję zatrzymać mój czas,
wpatruję się w swój wizerunek…
Nie możemy być razem…

Nie ma tu, jak w burdelu,
szklanych, pięknych buteleczek,
na nich przewiązanych wstążeczek,
mających ten sam kolor!
Nawet lustro jest zaparowane,
i wydaje się zapłakane
z żalu, że opuścił nas Amor!

Nocami, podczas mojego snu
drzwi pozamykać nie mogę
zostawiając otwartą drogę
czekam powrotu w złudzeniu.
I zawsze mam bizcochitos,
z mate do wypicia dla nas..!
Jak mam cię urzeczywistnić
bo nikt się w łóżko nie wdziera,
to jak tam włożyć cabrera,
jeśli nas razem nie widać.

Ma gitara zamknięta w szafie
w nieskończoność tam ciągle wisi,
nie wydobywa głosu z ciszy
ponieważ strun nikt nie trąci!
Podobnie lampa w pokoju
także czuje swą nieobecność
również nie chce wybrawszy ciemność
oświetlać mej smutnej nocy…

Złapany czarem ulicznicy
gdy wiek męski w całej sile
rani mą duszę, to jej brak przy mnie
wyśledzi w rozpaczy serce
wiedząc, jak pragnę ciebie!
Byłaś dla mnie moim płomieniem,
marzeniem w wersji najgorętszej!
Bo dla mnie to koniec nasycenia,
niezaspokojone pragnienia,
nie pokochamy się już więcej..!

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Otagowano , , , | 31 komentarzy

ODA DO LATA

Nie, nie zatrzymam już długich cieni
pionów, poziomów, zygzaków słońca,
zgiełku w zaroślach ptaków przy ziemi
krzyków triumfu z orbity nieba
na lot nad wszystkim, czego nie zdoła
dotknąć mój zachwyt. Dlatego trudno
doświadczyć pełni lata w pokojach
nawet gdy lato lubieżne koła
kręci powietrzem tropików późno,
aż do wojennej straży we dwoje.

Ale w tej warstwie wzrostu i trwania,
kiedy się rozkwit wiecznością łudzi,
jest dobrodziejstwo zjedzenia dania!
Nic nie zostanie z niego dla „ludzi”,
nic nie zostanie z uczty dla „świata”,
chociaż to ludzki wymiar, światowy!
Przetopi złoto w porżnięte snopki
sezon wakacji późnego lata
po którym nigdy nie przyjdzie nowy,
nawet jak snoby wmówią i snobki!

Trwaj w nas godzino zmierzchłego lata!
W niej kwiatów zapach się tak zaplącze,
że go nie wyrwie trumienna strata,
orgia w ciemności zamieni Słońce,
a my będziemy nim rozżarzeni,
jak ciała po dniu upalnej plaży
wewnątrz buzując nadmiarem ciepła!-
Tak transformacja letnich promieni
w nas wciąż goreje nadmiarem wrażeń,
jak krzykiem przyszłego na świat dziecka.

Zaszufladkowano do kategorii 2011, Nie daję ci czytać moich wierszy | 19 komentarzy

Dziennik wiejski (5)

19 lipca 2011.

Rano padało, ale po obiedzie wyszło słońce, powietrze stało się tropikalne wilgocią szybko parującej wody, jak od mokrego czajnika stawianego na rozgrzanej płycie paleniska i nawet zapach wokół był podobny.
To radosne, rozświetlone i skwierczące wysoką temperaturą popołudnie, kiedy słońce stało jeszcze wysoko i nie zapowiadało ani burzy, ani żadnych konwulsyjnych odgłosów z lasu napawało rozczulającym szczęściem błogosławionych chwil, jakie człowiekowi zdarzają się w życiu i które są euforyczne. Przywiązując rower do ogrodzenia GOSPODARSTWA AGROTURYSTYCZNEGO widziałam zza ogrodzenia, jak ich czarny, miniaturowy sznaucerek udaje, że mnie nie widzi, by nie musiał mnie obszczekiwać i udaje zabawę z dwoma chłopcami w kąpielówkach stojących obok domku campingowego tylko dlatego, by nie robić mi przykrości po tym, jak do niego mówiłam Pimpelku, a on musiał na mnie szczekać przy swoim panu. Rozczulona tą sceną, i tym, że jednak są letnicy, że biznes nie schodzi na psy, zaczęłam wspinać się na górę z krzakami malin. Depcząc łąkę Ciupka, która zdążyła urosnąć z o wiele większą szybkością niż włosy na głowie z radością odkrywałam zaledwie kiełkujące kępki szczawiu, co znowu napełniło mnie radością, że będę gotować szczawiową, która w PRL-u była daniem podstawowym każdego baru mlecznego, a dzisiaj jest zupą zapomnianą, w każdym razie oficjalnie nikt jej w telewizji nie gotuje.  Być może sama satysfakcja, że będę mieć tę zupę ZA DARMO – bo nawet i sam Ciupek nie dowie się o niej – wypełniała moją pazerną naturę chęcią odwetu za minione lata wszelakich braków, a przede wszystkim brak wyboru. Ot, wybieram z karty dań: zupa szczawiowa! I jemy jak gdyby nigdy nic – szczawiową.
Malin tym razem było w bród, nagle zaświeciły się wszystkie malinki jak latarnie tam, gdzie nikt by nie podejrzewał, że mogą być. Pędy malin oplatały drzewa samosiejki, były na młodych dębach, topolach i brzozach. Oplatały je, niczym rośliny pnące mieszając się w koronie drzew z gospodarzami, jakby to te właśnie gatunki roślin, z którymi koegzystowały, rodziły nic innego tylko maliny. Pędy malin wyrastały nawet i do trzech metrów tworząc na szczytach najdorodniejsze okazy. Pędy malin z sadystycznego chruśniaka wyrastały smugwijne, delikatne i ponętne.
Dlatego w ten duszny, piekący i zarazem podniecający dzień letniego upału owoce malin interesowały mnie najbardziej i jeśli nawet zdołały zdominować już krzaki jeżyn, które też zaczęły owocować pierwszymi najokazalszymi jagodami, to zbierałam tylko maliny i uzbierałam wspinając się po gałęziach pięć litrów.
Lunęło w momencie przekroczenia progu domu. Zrobiło się ciemno, zabrakło w domu prądu, woda z nieba lała się bez podziału na krople, nawet największe. Ale to szybko minęło i natychmiast wszystko wróciło do stanu poprzedniego. Słońce jak gdyby nigdy nic wróciło na swoje miejsce, obrus na stole w ogrodzie natychmiast wysechł i zjadłyśmy z mamą przy nim kolację. Jak skończyłyśmy jeść i chować drewniane krzesła, deszcz tym razem zaczął z wielką siłą zacinać pod kątem 45 stopni zmiatając stojące na parapecie pomidory. Pozamykałyśmy i zabezpieczyłyśmy przed nawałnicą co się dało, chociaż nic to nie dało. Wszystko rozpoczęło się od tego momentu dopiero dziać we mnie, w moim wnętrzu. Jakby cała ta burza przeniosła się do mnie do środka, otamowana możliwościami zamykania domu, jakbym to ja ją wchłonęła, przejęła, jak Chrystus grzechy świata.
Przejmujące zimno, jakie ogarnęło mnie w zamkniętym domu dało się pohamować wyjęciem ostrakiem sił pierzyny. Leżałam tak pod pierzyną kilka godzin w nadziei, że zimno nie jest we mnie, a w domu, w nagłym spadku temperatury spowodowanym burzą. Ale gdy zmierzyłam sobie temperaturę, miałam 40 stopni i zimno nie ustawało, natomiast rytmiczne dreszcze w swojej konwulsyjności przyjemniejsze wyzwalały mnie z bolesnej stagnacji.
I zapadłam w długi, dwunastogodzinny sen rwany ciągłymi kontaktami z realnością, po których wracałam do moich majaków nie mogąc się zdecydować, w jakiej strefie chciałabym przebywać: obie były nie do zniesienia. Realność dręczyła mnie zimnem i narastającym bólem głowy, sen produkował majaki polegające na całkowitym rozpadzie słów i znaczeń. Taka totalna dekonstrukcja snu nigdy nie mieściła mi się w głowie, toteż w tę upalną, tropikalną noc wylewała się ze mnie na świat realny brudząc go swoimi toksynami, wydzielinami, rzygowinami i ekskrementami. Wszystkie utwory i komentarze, jakie od początku lata przeczytałam na portalu Liternet.pl  zbiły się w jeden monolityczny utwór, który po zbiciu się w papkę –  jak pozostałości resztek farb zmieszane ze sobą zawsze są brudne – tak i tym razem totalny utwór miał kolor kupy. I ta ogromna, gigantyczna kupa rozpadła się na poszczególne wyrazy, które krążyły swobodnie w przestrzeni i wydawała dźwięki tożsame ze swoim graficznym wyrazem. Ten sam proces wkrótce nastąpił z wszystkimi wirtualnymi postaciami, które zapoznałam w Internecie na literackich portalach, a które, dzięki licznym galeriom na Facebooku mogłam już prawidłowo identyfikować i kojarzyć. I te – avatary, postacie realne, multiplikowane, klony, poeci prawdziwi, fałszywi i tacy sobie, wredni, kostyczni, przymilni, przylizusie, infantylni, bandyci, szuje, oprawcy i krwiopijcy – nagle, jak jedna wielka armia zbili się w jedną masę, by na podobieństwo ich utworów rozpaść się w niepodobne już do pierwowzoru elementy i krążyć bezładnie w przestrzeni, w której zanurzona jest moja głowa wnikając bezustannie w moją świadomość.
Budziłam się zrezygnowana nie znajdując tej nocy nigdzie ukojenia. Chciało mi się bardzo pić, ale nie potrafiłam ruszyć ręką. Słyszałam, jak w torebce dzwoni komórka i nie miałam siły jej wyjąć. Słyszałam, jak zaniepokojony Marek moją nieobecnością na Skype dzwoni do mamy, a mama mu mówi, że wszystko w porządku, że Ewa już śpi, że wcześnie zasnęła. A ja walczyłam nawet nie o życie. Gonitwa myśli odbywała się i wtedy, gdy nie spałam, ponieważ nigdy nie wiedziałam kiedy te dwie rzeczywistości nagle połączą się, a ja nieodwracalnie nie będę wiedziała już kiedy to nastąpiło. Nastąpiło niebawem. Majaki przeżarły rzeczywistość, przegryzły się wampirycznie do niej wchłaniając ból głowy i dreszcze. Od pewnego momentu byłam już jedynie w jednej rzeczywistości, czyli nierzeczywistości, we śnie, który mnie bolał, męczył i torturował.
Godziny nocne wlokły się w nieskończoność. Obudziły mnie ptaki i kolor nieba rozwodnionego szafiru, który najbardziej lubię. Miałam już 39 stopni i gorączka spadała.

 

Zaszufladkowano do kategorii 2011, dziennik ciała | 5 komentarzy

Dziennik wiejski (4)

13 lipca 2011. Jestem nad stawem wykupionym przez łysego mężczyznę w starszym wieku, przed jego okazałym domem z napisem GOSPODARSTWO AGROTURYSTYCZNE. Jak zwykle zapinam o jego ogrodzenie rower. On stoi z grupą ludzi, być może w to lato zdołał zaprosić letników, w każdym razie skwapliwie kłaniam się im wszystkim i nerwowo tłumaczę, że idę na moje pole, że posadziłam tam maliny ogrodowe i że wprawdzie one zdziczały, ale zawsze coś uzbieram. Oni stoją i patrzą na mnie jakby nic innego nie robili w tym gospodarstwie agroturystycznym, tylko czekali na moje wyjaśnienia i ze zrozumieniem życzliwie kiwają głowami pozostawiając mnie w niewiedzy, czy byli już na malinach tam przede mną i czy pójdą po mnie jak odjadę.
Od kiedy właściciela stawów ośmieliłam się prosić, by pozwolił mi w kącie jednego z nich popływać, odmówił proponując mi prysznic, ale nie swój, tylko własny. Ponieważ mamy podpatrzony z westernów jedynie prysznic w ogrodzie, czyli pojemnik z wodą nagrzewający się promieniami słonecznymi, poczułam się wobec takiej, nawet nie męsko-damskiej propozycji źle, szczególnie, że staram się nigdy o nic nikogo nie prosić i żałowałam, że wobec nieposkromionej potrzeby pływania to złamałam.
Znalazłszy się na górze z braku dojrzałych malin rozpoczęłam zbieranie tych w kolorze pomarańczowym, których było mnóstwo, a smakowały tak samo doskonale, jak malinowe.
Nagle usłyszałam dobiegający z lasu ryk rzężącego zwierzęcia. Potworne, bolesne jęki natychmiast skojarzyłam z wyciem psa przywiązanego do drzewa i w pierwszym odruchu postanowiłam, że nie będę nigdzie iść, za żadne skarby nie pójdę uwalniać zwierzę, bo nie zniosę takiego widoku. Ale już na powtórną serię odgłosów ni to torturowanego stworzenia, ni to zarzynanego, rzuciłam w trawę plastikowe wiaderko z malinami i pobiegłam przecinając sobą ostre pędy malin do lasu.
Nasz las jest tak samo zaniedbany jak i te maliny, toteż przedzierałam się przez pokrzywy nawołując w przerwach:
– Pimpelku, gdzie jesteś? Co ci jest?
Odgłosy były miarowe, powtarzały się w określonych odstępach czasu, a to „między” zdawało mi się głuche i wypełnione w mojej wyobraźni scenami tortur. W miarę jak się zbliżałam do ich źródła, jęki były coraz głośniejsze. Las nagle jakby sie przepołowił, przecięty głębokim rowem, być może tędy spływała woda, ale powstały tym sposobem dwa wzgórza, a ja stojąc na jednym brzegu widziałam już odsłonięty kawał drugiego. Nad tym parowem latały pełne niepokoju ptaki, wyrzucały z siebie powodowane strachem okrzyki, ale ten nastrój oszalałych z przerażenia ptaków nie przypominał filmowego horroru. Las w upalne przedpołudnie, pełen kontrastowej gry świateł nie był ani obcy, ani obojętny. Był tylko osobny i zupełnie nie nawiązywał wyglądem do moich przypuszczeń, do tego, czego próżno szukałam wzrokiem, i próżno oczekiwałam usłyszeć. Miarowe, rozpaczliwe zwierzęce odgłosy ani nie cichły jak podczas konania, ani nie wzmagały się w miarę mojego zbliżania się do ich źródła: po prostu nagle się urwały i już nigdy nie powtórzyły. Bezradna wodziłam wzrokiem po wszystkich drzewach, liściach, runie leśnym. Stałam tak długo i przeczesywałam wzrokiem dostępne mi zakamarki lasu. Ptaki też powoli uspokajały się i neutralizowały wydobywane dźwięki, ja natomiast w sumie zadowolona, że niczego się nie dowiedziałam, próbowałam wrócić na pole malin. Nie wiedziałam jak i gdzie wracać, wszystkie kierunki mi się pomyliły, nie pamiętałam żadnych mijanych wcześniej roślin. I tak raniąc się dwumetrowymi pokrzywami, ostami i konarami zmurszałych drzew dotarłam cudem na drugi kraniec mojego pola, które otwierało się już na otwarte niebo i stawy w dole.

Kiedy słońce jeszcze mocno grzeje, ale jest coraz niżej, biorę rower i jadę do tabliczki drewnianej, gdzie najprawdopodobniej jeszcze radziecką wyrzygałką – bo tylko takie urządzenie mogło temu sprostać – wypalono napis: DO KRZYŻA MILENIJNEGO.
Mówiono we wsi, że pewien właściciel posesji nie zgodził się, by przez jego zabudowę przechodziła linia elektryczna specjalnie wybudowana dla oświetlenia krzyża. Wieś znała nazwisko złego chłopa i wszyscy uznali, że jest nienormalny, co było jedynym usprawiedliwieniem dla jego sprzeciwu.
Jakoś widocznie sobie poradzono, bo na drodze specjalnie utwardzonej wysypanym żwirem, by można było nawet wjechać tam samochodem, stoją betonowe słupy niosące energię elektryczną. Musiano usunąć drewniany, przedwojenny krzyż i zastąpić go betonowym, by udźwignął lampy określające jego kształt widoczny z dużej odległości.
Wzniesienie zwieńczone krzyżem jest tak pokaźne, że przy takiej jak dzisiaj pogodzie widać Tatry ustanawiające nierealny plan wyrosłego na horyzoncie pasma, jakby nagle ziemia się wybrzuszyła i zamknęła horyzont raz na zawsze. Tylko tutaj rosną jeszcze maki i bławatki, u podnóża mieszkańcy domów uprawiają małe poletka i na miedzach rosną szlachetne rośliny łąkowe i zioła. Z orania pól, jakby z nadmiaru, jak w tortowej masie wyciskanej z krążków przekładanego ciasta, wyrastają krzewy malin nawiezione dostatnio, obwieszone purpurowymi, ugotowanymi na słońcu owocami, których nikt nie zbiera, a one jak jesienne liście opadają trącone zaledwie.
Dobrze jest zjechać z góry docierając do asfaltu, ale zatrzymuję się by jeść dzikie czereśnie wiszące na przydrożnych drzewach i zbierać pierwsze jabłka pocięte kosiarką, która właśnie przejechała strzygąc trawnik przed ogrodzeniami domów.

 

Zaszufladkowano do kategorii 2011, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Dziennik wiejski (3)

9 lipca 2011. Marek ciął żywopłot po deszczu i poślizgnął się. Noga napuchła i obłożyliśmy ją wszystkimi wiktuałami zamrażarki. W szpitalu chcieli zrobić mu operację i połączyć po otwarciu uda naderwany mięsień, ale ponieważ diagnoza była jedynie domniemanym wynikiem palpacji lekarki pełniącej dyżur, Marek się nie zgodził i wobec tego dali mu szynę zapinaną na rzepy, receptę na zastrzyki do wstrzykiwania samemu w brzuch, oraz skierowanie do leczenia ambulatoryjnego. Ponieważ USG było nieosiągalne, podkulawiony przyjechał na wieś.
Siedzieliśmy właśnie przed domem po kolacji, kiedy ktoś delikatnie przed furtką, czyli zarośniętą częścią żywopłotu, której Marek nie zdążył wystrzyc spytał o naszego syna. Poznałam głos Bunia i podeszłam otwierając furtkę.
– Przyjedzie jutro. Chcesz wejść?
– Jutro jadę do Niemiec – powiedział Bunio jednocześnie wchodząc i witając się z Markiem, zaczął nerwowo pytać: chcesz piwo? Zaraz przyniosę.
– Nie piję piwa – powiedział Marek. Ale Bunio jakby nie wiedział, co ma z sobą zrobić bez piwa, rozpaczliwie szukał pretekstu, żeby wyjść i równocześnie zostać.
– Mam piwo. Zaraz przyniosę – powiedziałam jakby w pustkę i Bunio ucieszył się.
– Pije tylko mama – powiedziałam podając Buniowi puszkę nieznanej firmy, które kupiłam w Tesco za 1 zł od puszki.
– Kupuję mamie dla podwyższenia ciśnienia – rozpoczęłam się tłumaczyć na wszelki wypadek uprzedzając fakt zakwestionowania jakości piwa.
Ale Bunio ucieszył się tak, jakby ta puszka była dla niego ratującym jego życie napojem i zaczął mi wciskać do ręki 10 zł.
– No nie, przestań Bunio – zabrałam banknot i schyliwszy się, odpięłam rzep kieszeni nad kolanem jego kraciastych spodni i wsunęłam tam 10 zł.
Bunio ostatnio był u nas ubiegłego lata kiedy jeszcze Podzwon żył i kiedy znał mnie z codziennych spacerów do stacji i z powrotem, bo Podzwon pod koniec życia tolerował już tylko takie odcinki spaceru: po płaskim, po asfalcie i po wiadomych mu miejscach. I widywał mnie codziennie w otwartym oknie, kątem oka spod ciemnych okularów patrzyłam, jak Bunio stoi w oknie i na mnie patrzy. Ale raz natknęłam się na Bunia oko w oko, kiedy wracał ze sklepu i niósł reklamówkę pełną puszek z piwem, i był kompletnie pijany. Widocznie piwo go ośmieliło, bo zaproponował mi jakąś intymną wspólnotę nieporadnie i ja mu ze śmiechem odpowiedziałam, co ty Bunio? i szybko się oddaliłam, a on stał tak z tymi piwami zaskoczony i samotny. A potem spotkałam go jeszcze raz, jak stał przed swoim domem z jakimś mężczyzną i naprawiali samochód. I wtedy Bunio nie ukłonił mi się nawet, ani nie popatrzył, ani nie przyznał się przed sobą, przed tym mężczyzną i przede mną, że mnie zna, mimo, że minęliśmy go z Podzwonem tak blisko i byliśmy jedynymi takim wędrowcami na ulicy.
Ale jak gdyby nigdy nic, Bunio po kilkunastu dniach przyszedł do mnie do ogrodu pytając tym razem o Marka, a ja go wpuściłam i pozwoliłam mu usiąść i pokazać sobie jego komórkę, a nawet pozwolić mu zobaczyć moją. Wpisaliśmy więc numery telefonów, Bunio kazał sobie podać numery moich synów, Marka i prosił jeszcze, by przysłano mu ze Stanów samochód, a on go tutaj sprzeda. Pochwalił się, że był w Kanadzie i ja go spytałam, dlaczego sam sobie tego samochodu nie przysłał, ale okazało się, że w Kanadzie był zbyt krótko, by mógł to zrobić. Potem Bunio popatrzył jeszcze znacząco na mój dekolt, a ja cały czas tej wizyty miałam jakieś poczucie ewentualnego kazirodztwa, bo Bunio bywał u nas codziennie latem jak miał kilka i kilkanaście lat. Bo Bunio potrzebował budować przez całe wakacje wszelkie pojazdy z moim starszym synem i może właśnie dzięki temu został potem mechanikiem samochodowym. Bunia nie interesowały wtedy moje czarnobiałe akty, które po latach znalazłam ukryte na strychu, ani jedzenie na kąpielisko, które chłopcy zjadali przed dojściem. Ani papierosy palone nad rzeczką, ani filmy pornograficzne oglądane na pierwszych video u Wielkiej Głowy w piwnicy. Bunia interesowała tylko lotnia, która ani razu nie wzniosła się w powietrze, przerobienie plastikowego samochodu na napęd nożny na pojazd, który już przestawał jeździć. Te techniczne porażki, które z czasem stawały się ewidentnie docelowe Bunio zawdzięczał swojemu stoickiemu sceptycyzmowi, gdyż na każdą, czasami nawet rozsądną radę odpowiadał niezmiennie: „nie sądzę”. O dziwo, zaprocentowało to w jego dorosłym życiu sukcesem. Bunio, jak fama wiejska niosła, był poszukiwanym, wszechstronnym mechanikiem, skutecznym i cenionym, a firma przewozowa, gdzie pracował na etacie, podobno bez niego nie mogłaby istnieć.

– Nie masz komórki? – mówił z troską Marek w odpowiedzi na nieprawdopodobną opowieść Bunia, jak to on w kieszeń, gdzie miał swoją „wypasioną” komórkę wsypał gwoździe, które wskutek ocierania się w czasie chodu Bunia ją zniszczyły. A miałem pierwszy we wsi komórkę! – chwalił się Bunio lekceważąc stratę i traktując posiadanie komórki, a nie jej ewentualną usługę, jako ważniejsze.
– Nie masz Internetu? – Bunio miał Internet, miał Neostradę, ale ponieważ poszedł do więzienia, to rodzice mu ją odłączyli i teraz nie ma. Ale potrzebuje kupić silnik na Allegro.
– Mam ci kupić silnik na Allegro? – spytał z niedowierzaniem Marek zdziwiony przebiegiem tej wizyty.
Wynieśliśmy laptop na ogród i Marek kupił Buniowi silnik, po który pojedzie odebrać do Częstochowy.
– Przecież masz jechać do Niemiec – wtrąciłam trzeźwo, ale okazało się to bez znaczenia.
– Co to za piwo? – nie znam takiej marki – Bunio nie zajął jeszcze jednoznacznego stanowiska wobec piwa, a ja zaniepokojona powtórzyłam wymijająco – kupiłam w hipermarkecie dla mamy, bo tylko mama pije piwo.
– Doskonałe piwo – powiedział Bunio prosząc mnie o coś do pisania, by zapisać markę, by móc je kupić. Wniosłam ołówki i kartki. Potem wyjął z kieszeni kraciastych spodni 10 zł i znowu zaczął je wciskać, tym razem Markowi.
– Czy ty Bunio pobierasz opłaty od gości, jak do ciebie przychodzą? – pytał Marek chcąc obrócić wszystko w żart i równocześnie odsuwając banknot od siebie.

Robiło się ciemno i Bunio opowiadał nerwowo i chaotycznie o swoich niedoszłych związkach, o kobiecie, z którą nie mieszka, o mieszkaniu, które ma podobno w sąsiednim mieście, ale nie zostawi przecież rodziców samych. Nasza jedyna lampa ładowana promieniami słonecznymi wbita w ziemię rozżarzyła się zimnym światłem rozetowych promieni, pod którymi źdźbła trawy zrobiły się srebrne. Równocześnie na szczycie widocznej z naszego domu góry rozświetlił się gigantyczny krzyż milenijny, który od 2000 roku bił białym światłem w nasze okna w każdą noc, gdy wyłaniał się z absolutnej czerni zawieszony na niebie jak neon z nowojorskiej ulicy.
– Przecież oni chyba są w naszym wieku – powiedziałam zaskoczona troską synowską Bunia, bo pamiętałam, że ojciec pracował w jego dzieciństwie w gumkowni, a mama zajmowała się tylko domem. Ojciec w latach osiemdziesiątych z tej gumkowni przynosił klej, który kleił wszystko i był jedyną możliwością w tych czasach na łączenie czegokolwiek z czymkolwiek, bo w sklepach kleje dla dzieci nigdy niczego nie sklejały tylko imitowały klejenie.
– Nie mogę ich opuścić – rozczulił się Bunio wstając i smakując dobroć swojego synowskiego serca, i trzymał już w geście pożegnalnym dłoń Marka.
Trzymał ją w uścisku długo i jakby nie chciał go już nigdy zwolnić, nagle rozpłakał się i szybko wyszedł.

Zaszufladkowano do kategorii 2011, dziennik ciała | 4 komentarze

PIOSENKA WIEJSKA

Powietrze miękkie otula rękę
wędruje wzdłuż nagich pleców
to tylko chwila zastygła w bryłach
złota na sitach czasu!

refren:
To nasze dzisiaj lipcowe, dzień skrapla słowem i słowem!
Tak, jak w malinach krople czerwone znaczą słowami mowę!
Mówisz do mnie słowami, bez których nie powiem słowa,
jak i bez ciepła ubrań z powietrza
tak i bez wina młodego w głowach!

Trwaj nieruchomo, nie dla mnie już pomoc!
Czas niechaj wreszcie ustanie!
Popsuty mechanizm, to kosmos bez granic,
to kadr, jak wstrzymany firmament.

refren:
To nasze dzisiaj lipcowe, dzień skrapla słowem i słowem!
Tak, jak w malinach krople czerwone znaczą słowami mowę!
Mówisz do mnie słowami, bez których nie powiem słowa,
jak i bez ciepła ubrań z powietrza
tak i bez wina młodego w głowach!

Zaszufladkowano do kategorii 2011, Nie daję ci czytać moich wierszy | 5 komentarzy

Dziennik wiejski (2)

8 lipca 2011. Kiedy zbliżamy się do gliniaka, dużego jeziora powstałego po dziurze, skąd wydobyto już glinę do pobliskiej cegielni i wywieziono (nie wiadomo gdzie, bo Warszawę podobno odbudowano rabunkowo rozbierając w całej Polsce nie zniszczone przez bombardowania przedwojenne kamienice), zapach koni staje się coraz intensywniejszy. Od kiedy latem na gliniaku życie wakacyjne zamarło, od kiedy zlikwidowano namioty z piwem i discopolową muzyką, a gliniak przejęła stadnina koni zaczęło być tu ujutno i sielsko, natomiast odór alkoholowy zastąpił przyjemny zapach końskich kup. Od kiedy Kwaśniewscy wyłożyli swój dom styropianem, zaroił się od kotów którym pozwolono się zaroić w obawie, by myszy nie zjadły im styropianu, który chroni dom przez niskim i temperaturami w zimie. Koty po śmierci Podzwona zaanektowały też i nasz, sąsiadujący z nimi domek i nie pozostawiły mi ani jednej myszy, których Podzwon się bał, a koty bały się jego. Dlatego każdy zapach zwierzęcy chłonęłam z przyjemnością, natomiast pięcioletnia dziewczynka zaczęła się nim niepokoić i przeskakiwała  kupy, które wcale na naszej drodze do wody nie leżały, ale dowiedziawszy się, że to zapach końskich odchodów, z obrzydzeniem nadmiarowo skakała zadając mi kłopotliwe pytania: – A czemu ty do mnie mówisz Pimpuś, podczas gdy moja mam nazywa mnie całkiem inaczej? – Pimpuś, Pimpelek – tak nazywałam Podzwona. Bardzo go kochałam… Wyjaśniałam zawstydzona przyłapaniem, bo może ona nie chce zajmować miejsce w czyimś sercu tuż po psie. – A czemu tam maszyna zmieliła Podzwona? – dopytywało się dziecko przeskakując z siebie na psa i mając nadzieję, że odpowiedź wyjaśni to szczególne miejsce w moim sercu. – No… Maszyna nie zmieliła żywego Podzwona. Rok wcześniej Podzwon zdechł, bo był stary i martwego Podzwona pochowaliśmy pod orzechem włoskim. Na wiosnę rozpoczęto na wsi prace kanalizacyjne i ogromna maszyna amerykańska najnowszej generacji technologicznej wjechała do ogrodu i taka wielka dysza ryjąca pod ziemią zmieliła Podzwona, bo akurat grób Podzwona wypadł w tym miejscu, w którym robotnicy mieli wyznaczone, że muszą ryć. – A jakiego koloru była ta maszyna? Pewnie biała. – Nie, żółta. – I gdzie teraz jest Podzwon? Czy Nutka też zostanie zmielona? – Nie, Nutka przecież żyje… – Babcia daje Nutce jabłuszko i ona wszystko zjada. A jak ja jem, to tak na mnie patrzy (dziewczynka stanęła na baczność twarzą do mnie i postawiła oczy w słup). A jakie oczy miał Podzwon, jak go zmielili? – Twoja babcia nie pozwala karmić Nutki, bo jamniki są bardzo łakome, a nie mogą dużo jeść bo łamią się na połowę gdyż wydłużają się wskutek obżarstwa, dlatego babcia ma rację, że nie pozwala. – Może podejdziemy zobaczyć konie? – próbowałam rozpaczliwie skierować rozmowę na konie, bo wiedziałam, że Nutka ma tyle samo lat co Podzwon i wkrótce też zdechnie. – Jak nazwiemy tego konia? Dziecko raczej rozmawiało o koniu wyobrażeniowym, bo nie chciało podejść do ogrodzenia w obawie rzekomych kup, a odległość do boksów, skąd faktycznie dwie dziewczyny wyprowadziły czarnego konia była zbyt duża, by go można było jeszcze oswajać jak Mały Książę, imieniem. – Ach, szkoda, że dzisiaj nie pasają koni wokół jeziora! – powiedziałam wymijająco biorąc dziecko za rączkę i kierując się w stronę wody roztoczyłam opowiadając sielankowy obraz końskiego życia nad jeziorem. – Kiedy właściciel stadniny wyprowadza konie by się pasły na łąkach wokół jeziora, to bierze za uzdę tylko klacz. Za nią natychmiast podążają jej małe źrebaczki, potem końscy ojcowie, wujkowie, ciotki z kuzynami i kuzynkami. Całe stado swobodnie skubie trawę i często wchodzi do jeziora, by się wykąpać. Ale najczęściej, jak ktoś, tak jak my dzisiaj, też się chce wykąpać i siedzi na brzegu na piasku na kocu przed wejściem do wody, to wszystkie zbiegają do niego, otaczają go kołem i chcą, by każdego konia pogładzić i one potem odwzajemniają pieszczotę liżąc szorstkim językiem twarz i ręce siedzącego. Bardzo lubią takie spotkania. Ale nie trwa to długo, bo one są bardzo ciekawe wszystkiego i jak właściciel stadniny idzie oglądać Internet, to one przeskakują ogrodzenie i uciekają do lasu. Kiedy właściciel stadniny zauważy brak koni, po nie tam idzie, to po chwili wyłania się z lasu prowadząc za uzdę klacz i wszystko rozpoczyna się od nowa: przychodzą na brzeg i liżą tam siedzących. Pimpuś słuchała tej opowieści z pełnym zrozumieniem, tak, jakby życie końskie było dla niej wiadome od zawsze i w poszanowaniu jej prawdziwości dodała jeszcze do stada kilku krewniaków domagając się ode mnie, byśmy ich wszystkich ponazywali. Ale nim zbliżyłyśmy się do wody która po deszczach w piasku wyżłobiła liczne strumyki, wysypałam z siatki kilkanaście plastikowych łódeczek i tych wyciętych z kory oraz nurka i to odwróciło uwagę Pimpusia od koni. Nurek natychmiast podryfował w kierunku jeziora, reszta zahaczyła o przywleczone przez wiatr gałęzie. Pimpuś wesoło skacząc wokół tego kolorowego zjawiska drżącego i kołyszącego się wodnym zakolem obserwowała uważnie nurka, ale nie odważyła się włożyć nogi w wyżłobienia w piasku zlecając mi ratowanie nurka. Wkrótce jednak postanowiłyśmy się wykąpać i porzucić zabawę łódkami, a Pimpusiowi zachciało się sikać. – Gdzie mam sikać? – spytała zakłopotana i szeptem. – Sikaj nawet tu gdzie stoisz – albo nie, za tym pniem – poprawiłam, bo faktycznie, na horyzoncie majaczyły jakieś sylwetki ludzkie i być może mając lornetki zobaczyliby sikającą dziewczynkę, bo oprócz nas nie było tutaj nikogo. – To mnie zasłoń – powiedziała dziewczynka zdejmując majtki i ukrywając się za pniem sterczącym nad samą wodą w mokrym piasku. I nie mów o tym tacie! Potem weszłyśmy do wody, ale nie udało mi się przerobić żadnej lekcji pływania. – Chodź na rekach i bij nogami tak, by była piana – radziłam Pimpusiowi, która chodziła po brzegu na nogach wkładając do wody ręce udając że pływa, a raczej udawała, że wody tutaj nie ma. Zrezygnowałam więc z namów i postanowiłam, że będę ją naśladować i w miarę, jak będę powtarzać jej ruchy, zmodyfikuję je i powolutku wplotę takie, które będą prowadzić do nauki pływania. Dwie plażowe piłki, które przezornie zabrałam, miały rzecz ułatwić. – Weź piłkę i przytul się do niej – poprosiłam, sama zanurzając się w płytkiej wodzie i tak leżąc trzymałam oburącz piłkę, a ona wypychała moje ciało na powierzchnię. Ale Pimpuś zrobiła coś nieprzewidywalnego, na co bym nie wpadła torpedując ostatecznie moje wysiłki: chwyciła piłkę i jadąc nią po powierzchni wody wypięła grzbiet i siedzenie tak, że idąc brzegiem nie zanurzyła się wcale, natomiast tzw. jej koci grzbiet zwabił obserwatorów z drugiego brzegu jeziora, którzy całą młodzieżową grupą podeszli bliżej przypatrując się dwóm naszym sylwetkom: małej dziewczynce i starej kobiecie, które z wypiętymi siedzeniami trzymając różową i granatową piłkę z napisem Nivea, szły na kolanach wzdłuż brzegu jeziora.

Potem trzymając Pimpusia za rączkę, wykąpane i przebrane w suche ubrania wracałyśmy szybko uciekając przed zbliżającymi się, ciężkimi chmurami. I nagle z boku ścieżki, u wylotu łąki otaczającej jezioro, pojawili się jeźdźcy. Były to młode dziewczyny ubrane w stroje dżokejów, trzymając w rękach szpicruty. Wolno, koń za koniem dumnie przecinali nam drogę wielkopańsko nie patrząc na nas, jakbyśmy były chłopkami z czworaków. Pimpuś tego nie wytrzymała, odczuła to i spuściła wzrok, o nic nie pytając i niczego już nie komentując.

Zaszufladkowano do kategorii 2011, dziennik ciała | Dodaj komentarz