środa, 18 maja 2011. Raduza koncertowała ponad 2 godziny, wliczając bisy. Po pierwszych utworach do samotnej piosenkarki akompaniującej sobie akordeonem dołączył jej zespół muzyczny. Śpiewała wtedy kolejne utwory z różnymi folklorystycznymi wstawkami niemal z całego świata. Rozmawiała też z widownią, na jej słowa ludzie z sali odpowiadali śmiechem i brawami, ale myśmy nic z tych dialogów nie rozumieli siedząc onieśmieleni na balkonie, z którego sylwetka Raduzy wyglądała niepozornie i drobno. I gdyby nie jej silny, zdecydowany głos, wszystko by się rozmyło w czerni sali widowiskowej. Bisowała ze 6 razy, a już zupełnie na końcu zaśpiewała przygrywając na kobzie.
Wraz ze wszystkimi uczestnikami koncertu wylegliśmy na wąski dziedziniec Teatru Kalicha. Tam w dalszym ciągu stały po każdej stronie licznych drzwi, piramidy z winylowego bukszpanu, ale ten plastikowy element w zabytkowej przestrzeni zupełnie nie przeszkadzał. Wierni sąsiadującego z teatrem kościoła jakiegoś chrześcijańskiego zgromadzenia rozmawiający ze sobą po angielsku siedzieli właśnie na metalowych krzesłach przed wejściem sącząc wino kupione w foyer teatru, które piękne Czeszki w białych bluzkach i granatowych spódniczkach nalewały im co jakiś czas do bombiastych kieliszków.
Niebo nad nami już rozgwieździło się zapowiadając ciepłą, majową noc. Przeszliśmy pasażem łączącym dwie równoległe ulice rozświetlonym witrynami butików i zakładów kosmetycznych sprawdzić, czy nasz samochód nie został wywieziony lub, czy nie ma założonych metalowych blokad na koła przez straż miejską. Właśnie niepokojąco minął nas wóz policyjny i potem polewaczka spryskująca wieczorem i nocą praskie ulice. Samochód stał jednak bezpiecznie wśród czeskich samochodów jak ryba tej samej ławicy. Zdjęłam w aucie wieczorową sukienkę i wciągnęłam dżinsy i bluzę z kapturem.
Podążyliśmy w kierunku ulicy Narodni, gdzie narożna kamienica zamieniona została na budynek o nowoczesnej, geometrycznej formie i fasadzie z opalizowanego szkła tak, by ten zabytkowy, stojący naprzeciwko, mógł się w niej odbić. Takie odbicia secesyjnych kamienic spotykaliśmy potem niejednokrotnie i tym sposobem Praga puchła swoimi najpiękniejszymi domami i widokami, wzmacniając je i multyplikując jak w komputerowych programach scenografów. A teraz, kiedy latarnie z epoki Franciszka Józefa rozżarzyły się na dobre prowadząc nas magicznie nad Wełtawę do mostu Legii, wiedzieliśmy już, że ta noc scali wszystko w jeden wielki zachwyt i odsłoni przepych czeskiego świata.
Mariusz Szczygieł napisał na swoim blogu, że Praga jest najpiękniejsza nocą z mostu Legii, ale przed Mostem stoi jeszcze ogromna, płonąca skomplikowanymi podświetleniami rzeźb i stiuków bryła teatru. Národní divadlo jest w stylu neorenesansowym, w kształcie spokojnych prostopadłościanów, ale w następnym wieku dobudowano futurystyczne skrzydła. Zbliżając się do Nowej Sceny, gdzie za szklanymi drzwiami obraca się na tle czarnego marmuru ścian w oświetlonym holu ogromna, styropianowa rzeźba przypominająca strukturą monstrualny kalafior, wchodzimy już pod zabudowy rozwiązań architektonicznych z dwudziestego pierwszego wieku. Wszędzie są ludzie, siedzą w holu, spacerują wzdłuż teatru pod kryształowym, podświetlonym zadaszeniem, które wiedzie do wyjścia głównego Teatru Narodowego, z którego właśnie wysypują się widzowie. Tłum wylega swobodnie na schody, chodnik i ulicę, wylewa się płynnie i opatulony jeszcze tym, co przed chwilą zobaczył, w czym uczestniczył i co przeżył, jeszcze nieobecny w nieteatralnej rzeczywistości. Składa się z ludzi w różnym wieku, powiązanych sobą spektaklem i tworzącym na czas praskiego zmierzchu pewną mentalną jedność dzięki wieczorowym, stonowanym strojom i wzajemnym szeptom i słowom. Kiedy przecinamy tych pogrążonych w sobie ludzi już ich mijamy i zapomniany o nich wchodząc na most, a tam oni u podnóża tego ogromnego, oszalałego od ozdób budynku teatru powoli pierzchną, wsiadają do taksówek lub idą na wełtawski bulwar topniejąc w ulicach miasta. Z mostu Legii widać most Karola i widać roziskrzoną Pragę, która żyje cały tydzień, całą dobę i cały rok i nieustannie tętni i pulsuje europejską, nowoczesną metropolią w zabytkowym przebraniu. Odbija się w wodzie hradczański zamek i katedra, i wszystkie mosty, i wszystkie oświetlone pojazdy pływające po Wełtawie, wszystkie latarnie cesarza Franza Józefa i wszystkie fotograficzne flesze, i zapalone papierosy. Nie ma stagnacji idąc wzdłuż Wełtawy, powietrze drży odgłosami ulicy, muzyki, kawiarń i wielojęzycznych turystów, a głos tego miasta jest spokojny, zrównoważony i przyjemny, z jakimś rytmem stawania się, a nie konieczności upływu czasu. Kiedy dochodzimy do restauracji widocznych w dole, gdzie w ogródkach piwnych pod parasolami siedzą ludzie, a zacumowane rowery wodne delikatnie kołyszą się uderzając o brzeg, zespól jazzu tradycyjnego gra w stylu nowoorleańskim, wszystko nadspodziewanie łączy się jak w dobrze skomponowanej potrawie – formą, kolorystyką, zapachem i dźwiękami.
Przy samy moście Karola tłum młodych ludzi okupuje wejście, do dyskoteki wpuszczają bramkarze zaledwie kilka osób, w zatłoczonym hollu i tak jest już ciasno, więc oblegający wejście tłum cierpliwie czeka w spokoju traktując ten wstępny etap zabawy, jako część przyjemnego wieczoru.
Wchodząc na Most Karola jakby odrywamy się już od realności Pragi, przekraczamy wodę, by znaleźć się po drugiej stronie życia, ale już całkowicie wymyślonego. Teraz następuje etap nierealny, nastawiony na turystów i podporządkowany ich potrzebom.
Mijają nas falangi cieni trzymających w dłoniach papierowe kubki z piwem, wzdłuż kamiennych barierek mostu etatowi żebracy jak buddyjscy mnisi chudzi, sterczą w upokarzającej pozycji kolankowo łokciowej, jakby przygotowani do aktu płciowego z sadystycznym darczyńcą. Mają głowy skryte w wyciągniętych dłoniach, w których równocześnie trzymają maleńkie naczynia blaszane na monetę i ta niemożliwa przecież do utrzymania ciała w stałym bezruchu pozycja niepokoi i być może została wybrana spośród tysięcy możliwości żebrania, jako standard. Co krok potykamy się na moście Karola o wypięte sylwetki żebraków, którzy żebrzą dlatego, że są profesjonalistami, a nie dlatego, że są biedni. Mijamy wmurowane w kamień mostu sakralne oznaki przynależności Pragi do chrześcijaństwa, posągi świętych, które turyści skwapliwie rejestrują swoimi elektronicznymi aparatami i komórkami, ale nie ma w nich ani świętości ani zabytków. Cały most Karola jest zabytkiem i wszystkie brukowane uliczki, które z niego wychodzą, którymi będziemy iść kierując się wieżami jakby kafkowskiego, nieosiągalnego Zamku, żółtym światłem oświetlonych, milczących fasad domów Malej Strany, to już jest jedno wielkie sanktuarium, po którym się stąpa, a nie chodzi.
Nie mamy już czeskich pieniędzy, Marek wstępuje do kantoru z wielkim napisem 0% commission i żółtowłosa, delikatna panienka daje mu za sto dolarów połowę tej sumy koron, jakie dostaliśmy w Chałupkach. Chce cofnąć transakcję, ale panienka potrząsa głową w definitywnej odmowie. Chce nam się bardzo pić, ale w ogrodowym pubie cena herbaty osiąga sześćdziesiąt koron. Gdy grzecznie odmawiamy po polsku i barmanki szydząc z nas wołają za nami: by bylo nemožné dramo!!! uciekamy wstydliwie ulicą U Zlaté studny zwabieni nazwą, że może dotrzemy do jakiegoś ulicznego źródełka i napijemy się po prostu wody. Wyprzedza nas młoda para ubrana zwyczajnie i niepozornie, która znika w otwartych przez portiera drzwiach pięciogwiazdkowego hotelu o nazwie ulicy. My też przekraczamy bramę, ale pozostajemy na średniowiecznym dziedzińcu, gdzie faktycznie jest upragniona złota studnia, czyli wielka misa z kranem, z którego cieknie woda.
Wracamy w dół, mijamy wabiące nas drogowskazy do Praskiego Zamku i na Stare Miasto, obojętniej nam już Złotej Uliczki, wracamy w tłum mostu Karola, gdzie śliczny chłopak w średniowiecznym stroju mężczyzny w rajtuzach stoi przed gotycką wieżą i zaprasza nas do turystycznej informacji do zabrania darmowego planu Pragi. W miarę, jak zbliża się północ i tłumy turystów gromadzą się przed Zegarem Orloj Ratusza Staromiejskiego, my już będziemy zbliżać się do bulwaru Vaclavskich Namiesti by dowlec się do pomnika świętego Wacława na koniu, kwiatów złożonych na miejscu ofiar komunizmu, posłuchać odpoczywając na ławce rozmów obcokrajowców, okrążyć wielki pas zieleni ciągnący się przez cały bulwar złożony z grubej obwódki polnych ziół i białych krzewów róż w środku.
Ale witryny ekskluzywnych sklepów już nie wabią, już snujący się tłum turystów nie ekscytuje, jesteśmy zmęczeni i wyczerpani. Dowlekamy się do ulicy Jungerowej, przecinamy ją pasażem wracając do równoległej uliczki, wśród ustawionych z jej obu stron samochodów mieszkańców kamienic stoi niewzruszenie i nasz samochód, w którym natychmiast zasypiamy.