Dziennik wiejski (1)

5 lipca 2011. Próbowałam w nocy pisać ten dziennik, ale mama budząc się na siku i widząc smugę światła w kuchni wołała oburzona zaspanym głosem, czemu nie śpię i że powinnam spać. Wybijało mnie to z rytmu pisania, które jest pewnym transem i wchodzeniem w poszczególne etapy jak w otwierające się pudełka, ma strukturę łańcucha. Wołanie mamy paraliżowało mnie i powodowało zawstydzenie jak przyłapanej na czynności intymnej, zakazanej i grzesznej. I jak tak dalej pójdzie, niedługo stosunki z moją mamą ukształtują się tak, jak relacje Jelinek z jej matką, tylko że ja nie dostanę Nagrody Nobla, żadnej nagrody nie dostanę, nie pozostanie żadna literatura, tylko te relacje.

Jest zasnute czarnymi chmurami rano, widzę, że pęd, który wypuściła hortensja zjedzony częściowo przez ślimaki złamały w nocy koty przychodzące tutaj już zupełnie bezkarnie, tak jakby Podzwon nigdy nie istniał i że hortensja nie zakwitnie, bo zakwita tylko na zeszłorocznych pędach.
Wszystko jest mokre i ślimaki, które oblepiają każdy pozostawiony w ogrodzie przedmiot przesuwają się na nim kilka zaledwie centymetrów w ciągu dnia i pozostawiając za sobą lepki ślad śluzu jak w poklatkowym filmie stają się wyznacznikiem czasu.

Korzystam z momentu, kiedy nie pada i wystawiam rower przed bramę bo zgubiłam mały kluczyk do furtki i używamy tylko bramy. Muszę pozostawić ją otwartą bo mam tylko jedną kłódkę, a nią zamknę rower, który przywiążę pod lasem nim pójdę w górę na pole i na maliny.
Wszystko się ślimaczy, sandały ześlizgują się z pedałów, sukienka przylepia się do mokrego siodełka, a ślimaki odpadają na trawę ze szprych.

Jadąc widzę Elę właśnie przechodzącą przez ulicę niosącą coś z ogrodu matki do swojego domu -tak, na maliny – wołam – tak już są u mamy – odkrzykuje Ela – tak, na moje pole… Głosy nasze nikną, bo już niedługo skręcę na stawy, minę ogród pełen białych hortensji Kwiekowej i wjadę tam, gdzie już żadnego ślimaka nie będę w stanie ominąć i będę słyszała te przerażające, wydobywające się spod kół trzaski zgniatanych muszli.

Zawsze, jak zbieram maliny, chowam sukienkę do foliowego worka by się nie pomoczyła i zbieram tylko w bieliźnie, którą też potem zdejmuję, bo jest kompletnie mokra. Ale dzisiaj jest zimno i zabrałam drugą sukienkę do torby, którą zostawiam w koszyku rowerowym. Nawet w lesie woda jest wszędzie, potworzyły się niezależne od potoku wpadającego do stawów strumyki, a cała ściółka leśna jest jak gąbka i właściwie nie ma co przeskakiwać wody tylko trzeba brnąć w wilgoci błota.
Mijam owies Ciupka i przechodzę skoszoną jego łąkę by wejść na mój kawałek zarośnięty i zaniedbany, na którym kilka lat temu posadziłam maliny ogrodowe i które powoli dziczeją i marnieją. Dopiero się zaczynają, jest ich niewiele, ale jem je z poczuciem ulgi, że je znowu mam możliwość doświadczyć jakby świat mój kończył się wtedy, kiedy ich zabraknie.
Coroczne zbieranie malin zawsze jest rytualne, zawsze dążę do tego stanu, by być na górze w centrum świata, w kompletnej pustce, w kompletnej samotności i wśród pohukiwań odgłosów z lasu nigdy niezidentyfikowanych ptaków. Lubię przedzierać się przez kolczaste gałęzie, a moja mała wrażliwość na ból powoduje, że wychodzę z chaszczy zawsze porysowana brunatnymi liniami otwartego naskórka nie wiadomo kiedy i jeśli byłby to ogień, spłonęłabym nie zabezpieczona instynktownym go unikaniem.

I wtedy, kiedy jestem już zatopiona w gąszczu liści, kompletnie mokra od ich wilgoci, poraniona kolcami o otumaniona nigdzie na wsi nieosiągalną ciszą, rozlega się w plecaku komórka. Dzwoni mama, chce wyjść z domu do Pani Stasi z Panią Władzią i nie może zamknąć furtki, bo nie ma kłódki.

 

Zaszufladkowano do kategorii 2011, dziennik ciała | 8 komentarzy

GRÓB HORTENSJI

Hortensji Nowak

Lubię, jak kule hortensji wiatr rozchyla,
kołysze ich błękitem nagłej burzy zamęt,
wchłaniana jest płatkami, jak bibuła atrament
rozlana w niesmak chwila,
toczy kiście, pochyla
do ziemi. I potem umiera kwiatów zawierzenie
bezpowrotnie martwieje papierowe plemię,
umiera hortensja.

Ach! Nikt z martwych nie wywiedzie, to tylko slogany!
Kruche są tylko płatki, przecież krew nie woda!
Pustynne braki wody to fatamorgany,
imaginacje mózgu na zamkniętych grobach,
po których kwiaty hortensji wożą karawany
a one tak szeleszczą, jak skończona koda.

Zaszufladkowano do kategorii 2011, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , | 12 komentarzy

Dziennik czeski (4)

czwartek, 19 maja 2011. Do stacji Národní třída wejdziemy od Purkyňova, ale jeszcze wstąpimy do Tesco od Spálenej, niemal od Národní. Nazwa stacji nawiązuje do słynnej Alei Narodowej, na której rozpoczęła się aksamitna rewolucja. To wykwintna ulica pełna banków, luksusowych sklepów, drogich hoteli i restauracji. Secesyjne kamienice i pałace są odnowione, fasady wyświeżone, ale czasami, jak podchodzę bliżej do posągów wieńczących okna, które często sięgają najniższych kondygnacji widzę, że zakonserwowane są tylko farbą akrylową wbrew dawnym technikom konserwatorskim, które wymagały piaskowania i stosowania materiałów takich, jakich użyto do ich powstania.
Idziemy jeszcze do Tesco zwabieni wielkim, widocznym z dala napisem na budynku obok Národní, by kupić jedzenie na dzisiaj. Stojący w oszklonym holu – jak hotelowy portier – umundurowany pracownik grzecznie wita falę klientów, którą właśnie wypluwa tramwaj zatrzymujący się przy samym wejściu do budynku. Podchodzę i pytam go, gdzie jest TESCO, myśląc, że Tesco zajmuje tylko jakieś skrzydło ogromnego budynku. A on jakby zakłopotany moim pytaniem rozkłada bezradnie ręce, podnosi je potem do góry i głowę wznosi za nimi w geście dziękczynnym, i religijnym, i ja tam patrzę, oboje patrzymy na te nie kończące się kondygnacje, gdzie wiodą schody ruchome, które giną w perspektywie sklepienia, i mówi zakłopotany, że to wszystko to Tesco, tak jakby cały świat wokół już był tylko tesco.
Ten dom handlowy w zabytkowej kamienicy zaadaptowanej już w latach siedemdziesiątych na wielki piętrowy dom handlowy teraz jest ekskluzywnym hipermarketem z częścią spożywczą zepchniętą do podziemi, a tylko ona nas interesuje. Kupujemy więc tam rochliki, masę rochlików, jogurty i serki do rochlików i wracamy do metra. Na domu stojącym na ulicy Spálenej, gdzie mieści się komercyjny bank, z szarości jego fasady żegnają nas w ciepłym kolorze ochry, witalne posągi nagich kobiet i mężczyzn ze wszystkimi szczegółami ludzkiej anatomii.
Z przystanku Národní třída zielonej linii A można bezpośrednio pojechać na Zamek i zwabieni nazwą przystanku metra Hradčanská tam wysiadamy. Pojechaliśmy za daleko, ale postanawiamy już nie wracać i wejść od tyłu uliczkami na Zamkowe Wzgórze, zresztą już tak jak my, pojawiają się na ulicach wycieczki, z początku sporadycznie w małych grupach, potem już korowody podążających za przewodnikiem pielgrzymek stają się coraz liczniejsze. Mijamy teren Ministerstwa Obrony, którego duże przestrzenie terenów zielonych – jak przestrzega napis – monitorowany przez policję. Nie wiadomo, co tam się dzieje, zza solidnych ogrodzeń wystaje optymistycznie jaśmin w pełni kwitnienia.
Hradczany od tej strony rozpoczynają się Królewskimi Ogrodami, których wejścia oblegają grupki turystów z całego świata z przewodnikami i wyczekują chwili, by mogli wszyscy wejść jednocześnie, podczas gdy przewodnicy starają się im wyjaśnić plan zamku na ogromnej tablicy, skomplikowanej i pełnej nazw. Ponieważ zwiedzanie kompleksu zamkowego musi trwać minimum pół dnia, szybko wymijamy wszystkich, którzy go na to oddadzą. Już w dole widać zarys Katedry św. Wita, mijamy po obu stronach kute, piękne ornamenty bram wjazdowych do rezydencji prezydenta i do ogrodów królewskich, a one rzucają przepiękne cienie na starożytną kostkę brukową i w to zaplątują się ciągle części cieni turystów, stąpających raczej, niż się przechadzających. Wszystkim udziela się waga tego miejsca, nasycenie i nawarstwienie dziejących się tutaj odwiecznych przebudowań, wizyt i spotkań znaczących dla biegu świata władców, że to wszystko jak na spirytystycznym seansie nachodzi odwiedzających i im towarzyszy. Wchodzimy na dziedziniec Pałacu mijając nieruchomych, niczym figurki w zegarach, dwóch żołnierzyków stojących w pomalowanych w paski budkach jak z ilustracji Szancera do baśni Andersena i gdyby nie sygnalizowana tabliczkami powaga tego miejsca, cały ten ceremoniał warty honorowej, wydałby się tylko zabawą. Ale dziedziniec jest mimo pomników, fontann i wieńczących dachy rzygulców w kształcie głów młodych chłopców powykrzywianych w grymasie wymiotowania, niezwykle poważny i w swojej renesansowej architekturze spokojny.
Wychodzimy bramą, która jest właściwie głównym wejściem wszelkich honorowych delegacji i początkiem dla zwiedzających. Na dwóch filarach bramy stoją masywne rzeźby walczących gigantów, kute w brązie tak, jakby swoją barokową energią walki próbowali zakłócić harmonię tego wreszcie uporządkowanego z różnorakości stylów i estetyk zabudowań, dziedzińców, wież i wrót. Pod gigantami stoją znowu nieruchomo, jak delikatne lalki, dwa śliczne chłopaki ubrane w galowe mundurki. Pewnie nawet nikt z mijających ich turystów nie ma sumienia ich rozśmieszać, by nie utracili tego honorowego stanu.
Przed bramą następuje mimo wszystko pożądane uwolnienie od szlachetności wieków. Zespół muzyków gra nowoorleański jazz, ubrany przepisowo w kamizelki i czarnobiałe buty i ta rozlewająca się, obca temu miejscu muzyka sprowadza wszystko do właściwych, ludzkich rozmiarów poprzez właśnie odrębność amerykańskiego pochodzenia i ironię instrumentów wydobywających żartobliwe, rozmawiające i odpowiadające sobie wzajemnie dźwięki. Stąd, z tego widokowego tarasu Praga prezentuje się najpiękniej. Czerwone dachy domów wprowadzają w przestrzeń ciepły rytm starożytnego miasta, które zdołało przechować wiekowe skarby. Niektóre dachy zaadaptowane są na restauracje wprowadzając zielenią jeszcze dodatkowy klimat wakacyjny i południowy.

Żegnamy się tym z Pragą. Pozostaje już tylko symboliczne zejście do naszej rzeczywistości. Robimy to z tłumem zwiedzających. Obok nas kroczy wycieczka kobiet rasy żółtej w różowych kapelusikach ze zszytych ślimakiem rypsowych tasiemek produkcji chińskiej, które i u nas są noszone. Schodzimy za tymi kapelusikami po Starých Zámeckých Schodech łączących Malą Stranę z Zamkiem Praskim.

Podobno jest 121 stopni, ale każdy z nich to kilkumetrowy taras i schodzimy po takich obszernych tarasach w dół, wzdłuż zabytkowych, wypielęgnowanych domów jak w wąwozie, a w dole widać coraz mniejsze sylwetki schodzących tłumnie ludzi i właściwie nikt tu nie wchodzi, a tylko już schodzi.
I przypomina się piosenka Karola Haslera „Stare schody zamku”, którą emitowała czeska telewizja wtedy, gdy nawet do Czechosłowacji nie można było pojechać, a za to ich radiostacja telewizyjna była u nas odbierana lepiej, niż rodzima.

Zaszufladkowano do kategorii 2011, dziennik ciała | Otagowano , , | 8 komentarzy

Dziennik czeski (3)

czwartek, 19 maja 2011 Obudziły nas ptaki i jak to o świcie, nie spały tylko ptaki. Nie ma już mleczarzy hałasujących butelkami, nie ma proletariatu w półmroku snującego się do tramwaju. Na tej cichej, zabytkowej uliczce Nowego Miasta, gdzie można za darmo parkować do szóstej rano, z okolicznych bram sporadycznie wypryskują rasowe psy, a za nimi ich zaspani jeszcze właściciele. Mało kto prowadzi psy na smyczy, nie widziałam nigdzie psa w kagańcu. Ale my spłoszeni, widząc wychodzących i przebudzonych ledwie Czechów szybko wyjeżdżamy, kierując się na północny wschód Pragi do najdalej wysuniętej stacji metra, na Letňany.
Praga o tej porze jest nieruchoma i jak pisze na swoim blogu Mariusz Szczygieł, wyjątkowo piękna. Słońce zarysowuje dopiero światłem puste ulice i stojące po obu stronach obładowane secesyjnymi stiukami kamienice. Zjeżdżając uliczkami w dół na bulwar wzdłuż Wełtawy widzi się horyzont drugiej strony rzeki pokłuty wieżami Zamku i Katedry św. Wita jakby w kroplach rosy. Cały ten widok obramowany mostami i kamienną barierą bulwaru jest połyskliwy, obsypany punktami świetlnymi, co powoduje uczucie rześkości takie jak soczyste owoce pokryte delikatną rosą.
Jedziemy na sam koniec podobno najbogatszej praskiej dzielnicy Letňany, gdzie kończy się wszystko, i małe domki, i osiedla, gdzie są tylko nieużytki i mała fabryczka. Z jej kantorka wychodzą chłopcy, objaśniają nam gdzie jest stacja metra. Na razie myjemy zęby i robimy herbatę na pamiętającej jeszcze studenckie czasy maszynce benzynowej zwanej Piekielnym Piotrusiem. Piekielnym, bo jak jej zawory nie są sprawne, to rozpoczyna się piekło.
Teren obszaru metra kończącą się tu świeżo wybudowaną, czerwoną nitką lini C wybrzusza się licznymi, oszklonymi wejściami jak przeźroczyste pęcherze na starym lotnisku pokrytym teraz żółtym łanem rzepaku. Ustawiamy samochód w szeregu niekończącym się niemal korowodzie zaparkowanych aut tych, którzy tak jak my parkują bez opłat, bez korzystania z piętrowego parkingu.
Schodzimy na dół, kupujemy dwa bilety całodobowe dając dwieście koron i idziemy do bistra, w którym jest już dużo ludzi i gdzie mimo bogatego asortymentu buł, ciastek i chlebów każdy kupuje rochliki i kawę. My też zamawiamy kawę w papierowym kubku i rochliki, widzę jak barmanka oszukuje i wybiera rochliki droższe zamiast wskazanych przez mnie tańszych i mniejszych, ale robi to szybkimi, pewnymi ruchami, a ja nie mam siły jej się przeciwstawić. Jestem przecież w metrze, a uwielbiam jeździć metrem tak jak lubię wszelkie jazdy windami, kolejkami, pociągami, tramwajami, więc nie mogę teraz wdawać się w spór o rochliki, by nie psuć tej czekającej mnie przyjemności. Rochliki w czeskim hipermarkecie kosztują dziesięć razy taniej, ale widocznie w tej pięknej stacji metra, gdzie nowoczesność uczłowieczono, bo wszystkie toalety są płatne i mają swoją babcię klozetową, trzeba jeść rochliki.
Metro praskie ma trzy nitki w trzech podstawowych kolorach i trzy stacje przesiadkowe, więc jedziemy naszą czerwoną C dwa razy pod Wełtawą tak, by na razie się nie przesiadać, by wysiąść na dworcu kolei, którego secesyjny wygląd zapamiętaliśmy z okien samochodu.
Do Kawiarni Fanta w Praha hlavní nádraží jedzie się ruchomymi schodami na piętro, skąd ogląda się mrowie podróżnych, którzy ze swoimi walizkami na kółkach widzi się z lotu ptaka przechyliwszy się przez kutą w żelazie barierkę. Napisał na swoim blogu Mariusz Szczygieł, że przesiadują tu praskie prostytutki, ale ich nie spotykamy, jest zupełnie pusta o tej porze. Siedzą przy stylowych, na niewygodnych metalowych krzesłach jedynie dwaj staruszkowie bardzo w sumie pasujący do tej panującej tutaj martwoty. Czasami przemknie jakiś zabłąkany podróżny wlokąc za sobą bagaż na kółkach, ale odczuwa się tu tylko spokój i izolację teatralną, gdzie to my właśnie jesteśmy widownią w półmroku, a rozświetlony teatr rozgrywa się na dole mimo, że dekoracje są właśnie tylko tutaj teatralne: dwa wizerunki: Císařa Františka Josefa I który dworzec ustanowił i Josefa Fanty, który go wybudował, umieszczone na dwóch pilastrach podtrzymujących przepiękne, ażurowe sklepienie, to takie tylko informacyjne sztuczne retro dla prawdziwych kamiennych posągów bogiń wieńczących niemal każdą wnękę, każdy łuk i każdą architektoniczną wypustkę.
Już wracamy ruchomymi schodami w dół, przecinamy marszruty podróżnych krzyżujące się różnorodnymi krzywymi oświetlonej rzęsiście nowoczesnej, marmurowej hali kolejowej. Przecinamy drogi zawsze osobnych, zawsze nieobecnych, ze słuchawkami na uszach, zawsze zdeterminowanych tym, co zaraz uczynią i zawsze wiedzących, co uczynią. My też wiemy gdzie podążamy, gdzie chcemy się przedostać, akurat teraz chcemy do Muzeum, szybko wchodzimy jeszcze na stare perony używane chyba do kręcenia filmów z poprzednich epok, bo oszklone gigantyczne sklepienia pocięte stalowymi łączeniami szyb tworzą przestrzeń niespotykaną, wręcz biologiczną, nierealną i nieaktualną.
Dworce zabytkowe są zawsze ważne i zawsze zasklepiają pół nieba razem z tym, co działo się na dole rozwleczone czasem i zawsze na nich czuję się w bezpiecznie.
Powrócimy do czerwonej C – to tylko jeden przystanek – ale metro już jest nabite, wszyscy wokół nas stoją w milczeniu, tłum w metrze się jakoś ujednolica i nie różnicuje bez względu w jakim kraju wsiądzie się do metra. Czasami dłużej trwa wjazd ruchomymi schodami na powierzchnię niż kolejne przystanki zapowiadane niezmiennie delikatnym, szeleszczącym głosem: Muzeum.
Stacja położona pod gmachem Muzeum Narodowego, częścią placu Wacława i ulicą Mezibranską od razu wyrzuca nas do nowego budynku całego ze szkła.
– Zatím otevřené – mówi nam strażniczka Muzeum i potem widzimy na fasadzie starego budynku wielkie banery mówiące o tym, że będą przenosiny do nowego gmachu w lipcu. Na razie całe stojące naprzeciw Národní muzeum odbija się w szklanej fasadzie tego nowego i my się odbijamy i Václavské náměstí i zaciągające zewsząd ludzkie mrowie, grupkami stoją jeszcze obok fontanny, pod pomnikami i na podestach otaczając swoich przewodników, bo Muzeum otwierają dopiero o dziesiątej. Wchodzę wraz ze wszystkimi w ten kanapowy, pluszowy hol, gdzie są białe kule abażurów lamp, gdzie rozłożyste schody kryte szkarłatnym dywanem wiodą rozlegle na trzy kondygnacje jak do dziewiętnastowiecznej opery, by ci wszyscy właśnie wchodzący pomieścili się i mogli zapoznać się z 14 milionami kolekcjonerskich artefaktów gromadzonych przez Bóg wie kogo, od naukowców, podróżników do bogatych kolekcjonerów sztuki. To minimum pół dnia zwiedzania, więc odwracam się na pięcie tyłem do tych schodów, do kasy z biletami i holu, napełniającego się cały czas turystami, pomnażanych lustrami. Odwracam się na otwartą przestrzeń Václavskich náměstí, na to łagodne, majowe przedpołudnie, gdzie cała perspektywa trwa w idealnej symetrii z wypielęgnowanym pasem zieleni po środku, alejami drzew po obu stronach wzdłuż sklepów, kawiarń i stolików wystawionych na zewnątrz, a tłumy ludzi w tej samej liczbie otaczają pomnik świętego Wacława na koniu, opodal krzyż na miejscu śmierci Jana Palacha i symetrycznie tłoczą się po lewej, jak i prawej stronie bulwaru.
Schodzimy w dół placu, w górnej części Placu Wacława, na rogu ulicy Štěpánskiej i Vodičkovej wyrasta nagle Pałac Lucerna wkomponowany w kamienice tak, że zlewając się z ich kolorytem, różni i się tylko ogromnym zadaszeniem wejścia z szeregiem białych kul lamp i charakterystycznym dla art deco solidnym wykonaniem wejścia i całego frontonu z marmurów i metalowych okuć. Ale przechodząc to wejście wchodzi się nagle w prawdziwe pałacowe przestrzenie – skromna fasada budynku nie zapowiadała takiego metrażu – stąpa się po posadce jak z kreskówek o pałacach. Szachownica podłóg ciągnie się przez pasaże, rozgałęzia się na różne tunele by zakończyć kluczenie wielkim holem nad którym zwisa „Koń” Davida Černého. Koń imituje stary, spatynowany brąz i naprawdę można się przestraszyć jego ciężaru przechodząc pod tą gigantyczną instalacją pokrzywiającą się czeskiej świętości narodowej, pomnikowi Wacława na koniu na Václavské náměstí. Święty jest taki sam, tylko siedzi na zdechłym koniu i dopiero po zwisającym języku konia można rozpoznać, ze rzeźba zrobiona z tworzywa sztucznego jest lekka, pusta w środku i niegroźna w razie zerwania się liny… Na półpiętrze popiersie ojca Waclava Havla wmontowane w marmurową ścianę, wyżej jakaś wielkości boiska hokejowego scena widowiskowa. Ale my już uciekamy, już idziemy znanymi nam ulicami gdzie spędziliśmy praską noc w aucie.
Wstępuję jeszcze do piwiarni Plzeňska Jelĭnkova Piwnice przy Chravatovej – jesteśmy w dalszym ciągu chyba jedynymi w tym mieście, którzy nie piją piwa – zobaczyć, jak to piwo się pije.
I wchodzę tam, gdzie pije się drogie piwo pilzneńskie, najlepsze piwo w Czechach i podobno na świecie, a tam zaduch straszny, mężczyźni w moim wieku siedzą stłoczeni w niewielkich salkach, patrzą się na mnie jak wchodzę jakbym im przerwała jakieś wstydliwe czynności, jakbym nakryła ich na tym, czego robić nie powinni, a oni zamierają tak w rozpoczętym ruchu wprowadzania płynu do krtani, i ja na nich patrzę i oni na mnie patrzą, a ja widzę, że tam ani jednej kobiety nie ma i jest przecież dopiero przed południem, a oni czerwoni i parujący, i spoceni, i tak patrzymy na siebie i czekamy w zamarciu i nie wytrzymuję tego i ja wypryskuję na ulicę, na skwar małej praskiej uliczki gdzie czeka na mnie Marek, by zaraz wejść do stacji metra.


Zaszufladkowano do kategorii 2011 | 2 komentarze

Dziennik czeski (2)

środa, 18 maja 2011. Raduza koncertowała ponad 2 godziny, wliczając bisy. Po pierwszych utworach do samotnej piosenkarki akompaniującej sobie akordeonem dołączył jej zespół muzyczny. Śpiewała wtedy kolejne utwory z różnymi folklorystycznymi wstawkami niemal z całego świata. Rozmawiała też z widownią, na jej słowa ludzie z sali odpowiadali śmiechem i brawami, ale myśmy nic z tych dialogów nie rozumieli siedząc onieśmieleni na balkonie, z którego sylwetka Raduzy wyglądała niepozornie i drobno. I gdyby nie jej silny, zdecydowany głos, wszystko by się rozmyło w czerni sali widowiskowej. Bisowała ze 6 razy, a już zupełnie na końcu zaśpiewała przygrywając na kobzie.

Wraz ze wszystkimi uczestnikami koncertu wylegliśmy na wąski dziedziniec Teatru Kalicha. Tam w dalszym ciągu stały po każdej stronie licznych drzwi, piramidy z winylowego bukszpanu, ale ten plastikowy element w zabytkowej przestrzeni zupełnie nie przeszkadzał. Wierni sąsiadującego z teatrem kościoła jakiegoś chrześcijańskiego zgromadzenia rozmawiający ze sobą po angielsku siedzieli właśnie na metalowych krzesłach przed wejściem sącząc wino kupione w foyer teatru, które piękne Czeszki w białych bluzkach i granatowych spódniczkach nalewały im co jakiś czas do bombiastych kieliszków.

Niebo nad nami już rozgwieździło się zapowiadając ciepłą, majową noc. Przeszliśmy pasażem łączącym dwie równoległe ulice rozświetlonym witrynami butików i zakładów kosmetycznych sprawdzić, czy nasz samochód nie został wywieziony lub, czy nie ma założonych metalowych blokad na koła przez straż miejską. Właśnie niepokojąco minął nas wóz policyjny i potem polewaczka spryskująca wieczorem i nocą praskie ulice. Samochód stał jednak bezpiecznie wśród czeskich samochodów jak ryba tej samej ławicy. Zdjęłam w aucie wieczorową sukienkę i wciągnęłam dżinsy i bluzę z kapturem.

Podążyliśmy w kierunku ulicy Narodni, gdzie narożna kamienica zamieniona została na budynek o nowoczesnej, geometrycznej formie i fasadzie z opalizowanego szkła tak, by ten zabytkowy, stojący naprzeciwko, mógł się w niej odbić. Takie odbicia secesyjnych kamienic spotykaliśmy potem niejednokrotnie i tym sposobem Praga puchła swoimi najpiękniejszymi domami i widokami, wzmacniając je i multyplikując jak w komputerowych programach scenografów. A teraz, kiedy latarnie z epoki Franciszka Józefa rozżarzyły się na dobre prowadząc nas magicznie nad Wełtawę do mostu Legii, wiedzieliśmy już, że ta noc scali wszystko w jeden wielki zachwyt i odsłoni przepych czeskiego świata.
Mariusz Szczygieł napisał na swoim blogu, że Praga jest najpiękniejsza nocą z mostu Legii, ale przed Mostem stoi jeszcze ogromna, płonąca skomplikowanymi podświetleniami rzeźb i stiuków bryła teatru. Národní divadlo jest w stylu neorenesansowym, w kształcie spokojnych prostopadłościanów, ale w następnym wieku dobudowano futurystyczne skrzydła. Zbliżając się do Nowej Sceny, gdzie za szklanymi drzwiami obraca się na tle czarnego marmuru ścian w oświetlonym holu ogromna, styropianowa rzeźba przypominająca strukturą monstrualny kalafior, wchodzimy już pod zabudowy rozwiązań architektonicznych z dwudziestego pierwszego wieku. Wszędzie są ludzie, siedzą w holu, spacerują wzdłuż teatru pod kryształowym, podświetlonym zadaszeniem, które wiedzie do wyjścia głównego Teatru Narodowego, z którego właśnie wysypują się widzowie. Tłum wylega swobodnie na schody, chodnik i ulicę, wylewa się płynnie i opatulony jeszcze tym, co przed chwilą zobaczył, w czym uczestniczył i co przeżył, jeszcze nieobecny w nieteatralnej rzeczywistości. Składa się z ludzi w różnym wieku, powiązanych sobą spektaklem i tworzącym na czas praskiego zmierzchu pewną mentalną jedność dzięki wieczorowym, stonowanym strojom i wzajemnym szeptom i słowom. Kiedy przecinamy tych pogrążonych w sobie ludzi już ich mijamy i zapomniany o nich wchodząc na most, a tam oni u podnóża tego ogromnego, oszalałego od ozdób budynku teatru powoli pierzchną, wsiadają do taksówek lub idą na wełtawski bulwar topniejąc w ulicach miasta. Z mostu Legii widać most Karola i widać roziskrzoną Pragę, która żyje cały tydzień, całą dobę i cały rok i nieustannie tętni i pulsuje europejską, nowoczesną metropolią w zabytkowym przebraniu. Odbija się w wodzie hradczański zamek i katedra, i wszystkie mosty, i wszystkie oświetlone pojazdy pływające po Wełtawie, wszystkie latarnie cesarza Franza Józefa i wszystkie fotograficzne flesze, i zapalone papierosy. Nie ma stagnacji idąc wzdłuż Wełtawy, powietrze drży odgłosami ulicy, muzyki, kawiarń i wielojęzycznych turystów, a głos tego miasta jest spokojny, zrównoważony i przyjemny, z jakimś rytmem stawania się, a nie konieczności upływu czasu. Kiedy dochodzimy do restauracji widocznych w dole, gdzie w ogródkach piwnych pod parasolami siedzą ludzie, a zacumowane rowery wodne delikatnie kołyszą się uderzając o brzeg, zespól jazzu tradycyjnego gra w stylu nowoorleańskim, wszystko nadspodziewanie łączy się jak w dobrze skomponowanej potrawie – formą, kolorystyką, zapachem i dźwiękami.
Przy samy moście Karola tłum młodych ludzi okupuje wejście, do dyskoteki wpuszczają bramkarze zaledwie kilka osób, w zatłoczonym hollu i tak jest już ciasno, więc oblegający wejście tłum cierpliwie czeka w spokoju traktując ten wstępny etap zabawy, jako część przyjemnego wieczoru.

Wchodząc na Most Karola jakby odrywamy się już od realności Pragi, przekraczamy wodę, by znaleźć się po drugiej stronie życia, ale już całkowicie wymyślonego. Teraz następuje etap nierealny, nastawiony na turystów i podporządkowany ich potrzebom.
Mijają nas falangi cieni trzymających w dłoniach papierowe kubki z piwem, wzdłuż kamiennych barierek mostu etatowi żebracy jak buddyjscy mnisi chudzi, sterczą w upokarzającej pozycji kolankowo łokciowej, jakby przygotowani do aktu płciowego z sadystycznym darczyńcą. Mają głowy skryte w wyciągniętych dłoniach, w których równocześnie trzymają maleńkie naczynia blaszane na monetę i ta niemożliwa przecież do utrzymania ciała w stałym bezruchu pozycja niepokoi i być może została wybrana spośród tysięcy możliwości żebrania, jako standard. Co krok potykamy się na moście Karola o wypięte sylwetki żebraków, którzy żebrzą dlatego, że są profesjonalistami, a nie dlatego, że są biedni. Mijamy wmurowane w kamień mostu sakralne oznaki przynależności Pragi do chrześcijaństwa, posągi świętych, które turyści skwapliwie rejestrują swoimi elektronicznymi aparatami i komórkami, ale nie ma w nich ani świętości ani zabytków. Cały most Karola jest zabytkiem i wszystkie brukowane uliczki, które z niego wychodzą, którymi będziemy iść kierując się wieżami jakby kafkowskiego, nieosiągalnego Zamku, żółtym światłem oświetlonych, milczących fasad domów Malej Strany, to już jest jedno wielkie sanktuarium, po którym się stąpa, a nie chodzi.
Nie mamy już czeskich pieniędzy, Marek wstępuje do kantoru z wielkim napisem 0% commission i żółtowłosa, delikatna panienka daje mu za sto dolarów połowę tej sumy koron, jakie dostaliśmy w Chałupkach. Chce cofnąć transakcję, ale panienka potrząsa głową w definitywnej odmowie. Chce nam się bardzo pić, ale w ogrodowym pubie cena herbaty osiąga sześćdziesiąt koron. Gdy grzecznie odmawiamy po polsku i barmanki szydząc z nas wołają za nami: by bylo nemožné dramo!!! uciekamy wstydliwie ulicą U Zlaté studny zwabieni nazwą, że może dotrzemy do jakiegoś ulicznego źródełka i napijemy się po prostu wody. Wyprzedza nas młoda para ubrana zwyczajnie i niepozornie, która znika w otwartych przez portiera drzwiach pięciogwiazdkowego hotelu o nazwie ulicy. My też przekraczamy bramę, ale pozostajemy na średniowiecznym dziedzińcu, gdzie faktycznie jest upragniona złota studnia, czyli wielka misa z kranem, z którego cieknie woda.
Wracamy w dół, mijamy wabiące nas drogowskazy do Praskiego Zamku i na Stare Miasto, obojętniej nam już Złotej Uliczki, wracamy w tłum mostu Karola, gdzie śliczny chłopak w średniowiecznym stroju mężczyzny w rajtuzach stoi przed gotycką wieżą i zaprasza nas do turystycznej informacji do zabrania darmowego planu Pragi. W miarę, jak zbliża się północ i tłumy turystów gromadzą się przed Zegarem Orloj Ratusza Staromiejskiego, my już będziemy zbliżać się do bulwaru Vaclavskich Namiesti by dowlec się do pomnika świętego Wacława na koniu, kwiatów złożonych na miejscu ofiar komunizmu, posłuchać odpoczywając na ławce rozmów obcokrajowców, okrążyć wielki pas zieleni ciągnący się przez cały bulwar złożony z grubej obwódki polnych ziół i białych krzewów róż w środku.
Ale witryny ekskluzywnych sklepów już nie wabią, już snujący się tłum turystów nie ekscytuje, jesteśmy zmęczeni i wyczerpani. Dowlekamy się do ulicy Jungerowej, przecinamy ją pasażem wracając do równoległej uliczki, wśród ustawionych z jej obu stron samochodów mieszkańców kamienic stoi niewzruszenie i nasz samochód, w którym natychmiast zasypiamy.

Zaszufladkowano do kategorii 2011, dziennik ciała | Otagowano , , , | 20 komentarzy

Dziennik czeski (1)

środa, 18 maja 2011. Radůza ma koncert w Divadlo Kalicha o 19, więc nie możemy jechać przez Karlowe Vary i musimy się spieszyć, jechać najkrócej, bo jest już południe. I musimy jeszcze poszukać tej Jungmannovej 9, przy której jest divadlo i jakoś to wszystko pokonać, a upał jest straszny. I trzeba jeszcze znaleźć te wszystkie kontrapunkty, te punkty, które się wybiera, by połączyć je imaginacyjnymi liniami tak, jak rysuje się kobiece akty, tak trzeba wszystko, siedząc w fotelu auta powiązać i połączyć, a przede wszystkim wybrać. Każde wyjście z domu to inwazja nowych elementów ze świata, każda inwazja to nadmiar, a w selekcji wrażeń to jest tak, jak z ciuchami, które są drogie sercu, których nie sposób się pozbyć, bo opowiadają życie, a w szafie się nie mieszczą.
Więc Marek nastawia tego dżipiesa na Jungmannową, ale nie mamy wykupionych nowych map, więc trzeba też przeprowadzać selekcję informacji dżipiesa, który ma przyjemny, męski młody głos i który cały czas nam mówi, że „jak tylko możesz, to zawróć”. Wiemy, że najlepiej go usłuchać i zawrócić i nie wybierać się w żadną podróż, bo nie jesteśmy żadnym Andrzejem Stasiukiem i nic nam “Czarne” nie wyda, a my wydamy tylko pieniądze, ale takie podróże nigdy się nie zwracają, więc nie słuchamy tego męskiego, przyjemnego głosu, który w końcu się uspokaja i nas łagodnie naprowadza na tę autostradę, na te ronda i na te wszystkie zjazdy i pętle, które prowadzą nas do granicy tą samą drogą, którą jechaliśmy rowerami do Ostrawy i kiedy się jeszcze dało rowerami. Widać już kopce i po tych kopcach można poznać, że jechaliśmy wtedy cały czas pod górę i zjeżdżaliśmy z góry, i Misza, która w Ostrawie smarowała mi nogi specjalną maścią, po której całonocny ból nóg po pedałowaniu nie ustępował, mówiła z troską: tak, bo to są takie kopce. Więc z satysfakcją patrzyliśmy na kopce, jak kończyły się miasteczka i kończył się Rybnik i zaczynały się pola rzepaku, że nie jedziemy na rowerach i że jesteśmy już tak starzy, że nie musimy na rowerach, ale jeszcze nie tak starzy, byśmy nie musieli jechać. I tak obserwując ten zdarty asfalt i te wąskie drogi, które nazywają się autostradą, byliśmy cały czas zaskakiwani ponowną inwazją rzepaku, który zieloną żółcią agresywnie kierował nasz wzrok w tę obcą krajobrazowi żółć, trochę plastikową i chemiczną. Rzepak jest w kilku odmianach i kwitnie różnie, co jakiś czas, nagle zza zakrętu, jak inwigilacyjne oko Boga, wyłaniał się nowy rzepak, raz bardziej żółty, a raz bardziej zielony, i jakby wyprzedzając, to znowu ciągnąc się za nami w ogonie, nie zostawił nas w spokoju. Marek zabrał do telefonu wszystkie albumy Raduzy, i tak sobie słuchaliśmy poddając się tym łagodnym piosenkom i rzepakowi.
Dopiero na moście orientujemy się, że napisy są czeskie i zawracamy, co głos dżipiesa potwierdza, jakby entuzjastycznie i z satysfakcją, że wreszcie go posłuchaliśmy. Ale dopiero wjeżdżając na plac małego miasteczka orientujemy się, że nie ma granicy i że nasze paszporty są zupełnie niepotrzebne, że doświadczamy czegoś nieprawdopodobnego w naszym życiu. Kierowca czerwonej furgonetki otwiera usłużnie drzwi i widzę przez szybę, jak wyrywa z zeszytu kartkę i długopisem kreśli drogę do banku. Marek przynosi entuzjastycznie tę kartkę w kratkę, gdzie jest narysowany kształt korby do wymiany kół samochodowych, a co oznacza, że mamy pojechać w prawo, potem prosto i potem w lewo. I kiedy wchodzimy po schodach do najładniejszej w miasteczku, białej, zabytkowej kamienicy z napisem „Vítáme vás” by wymienić złote na korony i kupić wstęp na czeską autostradę i benzynę, pytamy kasjerkę, jak to miasteczko się nazywa. Śmieje się i mówi: – ano Chalupki!
Naklejamy na szybę opłatę za autostradę, która się zdecydowanie polepsza, ale rzepak ściga nas w dalszym ciągu. Mijamy Ostrawę, która w dole wygląda całkiem malowniczo i nie na przemysłowe miasto, ale na zabytkową historyczną osadę z czerwonymi dachami, potem na Brno i na Pragę by czekać na wjazd do miasta w monstrualnym korku zaniepokojeni, że nie zdążymy. Kiedy miniemy w żółwim tempie ostatnie buldożery i robotników stojących na ogromnych hałdach ziemi, nagle zwężona szosa rozwidli się na kilka odnóg, by jak z odetkanej butelki wypłynąć swobodnie i już bezkolizyjnie wjechać na przedmieścia Pragi upstrzonej ogromnymi śmiesznymi dla nas reklamowymi napisami. Zawsze język czeski będzie dla nas śmieszny i żywy, nawet jak źle go rozumiemy, więc chłoniemy te napisy, które tak jak kiedyś, pisane są na czerwonym płótnie, i jak kiedyś białymi literami i też krojem czcionki zwanym blokiem, tylko zawierają inne treści. Transparenty nad ulicami łączą stojące rzędami secesyjne kamienice, jakby odmalowane wczoraj, o świeżych, czystych elewacjach i nieodmiennie brzmią nieprzyzwoicie jak polskie „dupsko” : Bulharsko, Tunisko, Turecko, Spanielsko…
Jest już późno, parkujemy na początku ulicy Jungmannovej, koło poidełka, skwerku i ławek i groźnych tablic mówiących, że parkować mogą tylko ludzie określonej, nieznanej nam kategorii. Przestraszony Marek idzie spytać policjanta, czy tu można parkować i ten mu mówi, że nie można, wyjeżdżamy więc w równoległą uliczkę, gdzie też nie można parkować, ale napisy na tablicach są bardziej optymistyczne i zapowiadają, że można stać zdarma od 18 do 6 rano, więc wciskamy się między samochody udając, że jesteśmy mieszkańcami, ja się szybko przebieram w sukienkę i biegniemy przez przejście między ulicami stanowiący oszklony pasaż. Teatr od ulicy wygląda niepozornie, nie sposób odgadnąć, jak w takiej kamienicy mieści się ogromna sala widowiskowa, wchodzimy na dzieciniec, gdzie po prawej mieści się kościół jakiejś amerykańskiej organizacji religijnej, wyznawcy siedzą przed nim na krzesłach i piją w kieliszkach wino, które sprzedaje w holu właśnie to divadlo, do którego zmierzamy. Bileterką jest niska Chinka, niesłychanie uprzejma, ale my szybko mijamy oświetlony hol i wchodzimy na salę, która już jest wypełniona po brzegi, ludzie stoją przy drzwiach, my wchodzimy na balkon, robi się zupełnie ciemno i wchodzi Raduza. Jest ubrana jak zwykle w dżinsy, ma duże buty martensy. Jest trochę gruba po drugim dziecku, ale tylko w pasie.

Zaszufladkowano do kategorii 2011, dziennik ciała | Otagowano , | 2 komentarze

Raduza “Půjdu, kam chci” z czeskiego przełożyła Ewa Bieńczycka

PÓJDĘ, GDZIE CHCĘ

Pokój się winem wypełnił
czy się nie miniemy
nikt prócz ciebie mnie nie kocha
Bóg słał gwiazdę na ziemię
gdy przechodził niebem
Teraz masz trochę szczęścia

Latawcu ponury
słońce, góry, chmury
muszą chcieć tego, co mam
poznać, gdy się mylę
zostawić w momencie
znaleźć coś, co nieznane

Pójdę, dokąd chcę, a nigdy mnie nie złapią,
muszę tylko przyznać, opłakać, zapomnieć,
pójdę, gdzie chcę, a nigdy mnie nie złapią,
muszę tylko zapomnieć.

Ty moją krzywdą skrzywdzony
nie zostaniesz nigdy
to sen się wydarzył
moje pragnienie
mą drogą dążenie
jednym celem jest dal.

Nie znam siebie, się dziwię
z lenistwa blefuję
czasem zbytecznie się boję
często jestem niepewna
rzeczy znanych mi do dna
wiedz, że jesteś popiołem

Pójdę, dokąd chcę, a nigdy mnie nie złapią,
muszę tylko przyznać, opłakać, zapomnieć,
pójdę, gdzie chcę, a nigdy mnie nie złapią,
muszę tylko zapomnieć.

Pójdę, dokąd chcę, a nigdy mnie nie złapią,
muszę tylko przyznać, opłakać, zapomnieć,
pójdę, gdzie chcę, a nigdy mnie nie złapią,
muszę tylko zapomnieć.

Pokój się winem wypełnił
czy się nie miniemy
nikt prócz ciebie mnie nie kocha
Bóg słał gwiazdę na ziemię
gdy przechodził niebem
Teraz masz trochę szczęścia

Latawcu ponury
słońce, góry, chmury
muszą chcieć tego, co mam
poznać, gdy się mylę
zostawić w momencie
znaleźć coś, co nieznane

Pójdę, dokąd chcę, a nigdy mnie nie złapią,
muszę tylko przyznać, opłakać, zapomnieć,
pójdę, gdzie chcę, a nigdy mnie nie złapią,
muszę tylko zapomnieć.

Pójdę, dokąd chcę, a nigdy mnie nie złapią,
muszę tylko przyznać, opłakać, zapomnieć,
pójdę, gdzie chcę, a nigdy mnie nie złapią,
muszę tylko zapomnieć.


 

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Otagowano | 3 komentarze

Nominowani NIKE 2011: Mariusz Szczygieł „Zrób sobie raj”

Najnowsza książka Mariusza Szczygła nie zaskakuje fascynacją artystyczną poprzez którą dopiero odautorsko docieramy do cudzoziemskich miast i ich mieszkańców. Trudno być może wymagać od dziennikarza i reportera oka Fernanda Pessoi, który napisał tylko zwykły przewodnik po swoim ukochanym mieście Lizbonie, a jednak napisał arcydzieło.
Mariusz Szczygieł opisuje Czechy i Czechów jakby w domowych pantoflach, jakby pisał o naszych sąsiadach, do których wpadł po sąsiedzku pożyczyć tylko sól. Jest to bardziej opis cudzego mieszkania, niż państwa. Jednak mój niedosyt jest innej natury. „Zrób sobie raj” jest nie tyle reportersko powierzchowny, co życzeniowy.

Z youtubowych filmików instruktażowych Mariusza Szczygła „jak stworzyć wzorcowy reportaż” wynika, że reportaż to najszczersza prawda i rzeczywistość, do której dociera się poprzez obrazowanie i subiektywizm dostrzeganego świata przez autora. Jak Mariusz Szczygieł dociera do obiektywizmu, do objawienia prawdy o dzisiejszych Czechach, przekonaliśmy się we wspaniałym „Gottlandzie”, gdzie następuje analiza postaw kilku znamiennych dla transformacji politycznej sławnych Czechów i gdzie Czesi wychodzą „na swoje”. Na swoje, to znaczy bez patosu, bez ofiar, często bez honoru. Szczygieł jakoś to wszystko wysnuwa z niedawnych dziejów, dając duży margines czytelnikowi dla interpretacji, chociaż nie ukrywa swojej niezmiennej sympatii, nawet jak mamy do czynienia z czynami plugawymi do kochanki Goebbelsa Lidii Baarovej, czy kontrowersyjnego Karela Gotta. Szczygieł, zwolennik wolności seksualnej nie bez ironii też opisuje schemat szkolenia chłopców dla fabryk przedwojennego obuwniczego imperium Baty („Tomáš Bata zakłada swoją pierwszą szkołę. Robi to z przymusu: — Ponieważ — wyjaśnia — nie są znane przypadki, aby najlepsi nauczyciele w tym kraju stali się milionerami. Najczęściej są biedakami. Daje więc ogłoszenie, że przyjmie sześciuset chłopców w wieku lat czternastu, i tak powstaje jego Szkoła Młodych Mężczyzn.(…) Wychowawcy w internatach kontrolują dzienniczki wydatków. Kontrolują też chłopców, czy trzymają ręce na kołdrach. Wszyscy mają pogadanki o higienie i onanizmie.”)

„Zrób sobie raj” jest kontynuacją „Gottlandu”. Opowiada o czasach dzisiejszych, chociaż wiele symboli, jak pałac Lucerna wybudowany przez ojca Vaclava Havla znów się pojawia i wszystko spaja w jedną, niekończącą się gawędę o Czechach, a raczej swobodną mentalną przechadzkę po ulicach i wiekach. Mówiąc o żyjących jeszcze artystach, których Marcin Szczygieł, jako reporter odwiedza i przeprowadza z nimi wywiady, ma na uwadze szerszy kontekst, nie tylko historyczny, ale bardziej osobowościowy, a właśnie taki, a nie inny ich wybór dowodzi reporterskiej przenikliwości. Przedstawiając Jana Saudka, Egona Bondyego, czy Davida Černého, pokazuje bardziej ich natury niż dzieła. Natury rozrosłe, nieujarzmione i nieposkromione, których żaden reżim nie potrafił zwęzić i unicestwić. Rozwiązły duet Egona Bondyego i córki Mileny Jasenskiej, Jany Ćernej, zwanej Honzą, to bardziej istota nurtu fekalnego twórczości Bondyego, niż biograficzna ciekawostka. Wysiłek Mariusza Szczygła idzie w kierunku zrozumienia fenomenu źródła energii artystów podążających za swoim wewnętrznym głosem i na dodatek we właściwym kierunku w czasach tak ku temu nie sprzyjających. Nie wiem, czy ten wybór idealizuje Czechów, czy jest tendencyjny, jednak czytając książkę, warto zastanowić się nad tymi kontrapunktami, na które wskazuje autor i o które możemy być, jako naród, zazdrośni. Powodem tych cech nie jest, wbrew pozorom, wszechpanujący dzisiaj w Czechach ateizm, chociaż sprzedawanie na placu Wacława prezerwatyw z wizerunkiem Benedykta XVI z kondomem naciągniętym na głowę może to sugerować. Mariusz Szczygieł dla symetrii kreśli postacie Czechów religijnych, jednak wszystko ma w konsekwencji jakiś prosty, racjonalny, wspólny mianownik. Brak pogrzebów, racjonalność wsypywania skremowanych prochów do zaledwie wydłubanych w ziemi jamek nie jest sztuczna i nie ma nic wspólnego z rytuałem, tylko takim właśnie sobie radzeniem i uproszczeniem. Mariusz Szczygieł cały czas, nawet pokazując religijnych Czechów, daje do zrozumienia, że ani ateizm nie jest bezduszny, ani religijność nie jest ślepa i martwa. Balansowanie na tych ciągłych sprzecznościach, nie jest ciekawostką literacką ani geograficzną. Jakby chciał dowieść, że ten kierunek czeskiej obyczajowości to duchy Masaryka, Haška i Hrabala, czyli Czechów uwielbianych przez Czechów i na dodatek cały czas w ich życiu obecnych.

Tytułowy raj byłby, według Szczygła jakimś wzorcem nie tyle do naśladowania przez inne nacje, co raczej możliwym w dzisiejszym świecie celem wspólnoty ludzkiej, dla której liczą się najbardziej cechy umożliwiające jej przetrwanie w razie zawieruchy historycznej, jak tylko się da, bezboleśnie, a jak nie ma zawieruchy, to przyjemnie, jak tylko się da.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , | 6 komentarzy