komunikat

Przerwa blogowa na tydzień (praska wiosna)

Zaszufladkowano do kategorii 2011, dziennik ciała | Dodaj komentarz

WYSTAWA FOTOGRAFII W SEATTLEŃSKIM RATUSZU (City Hall in Seattle)

Od dzisiaj do 11 lipca 2011 roku trwa wystawa fotografii trzech artystów zaproszonych przez Galerię w Ratuszu. Wśród nich jest mój syn Gabriel. Seattleńczyków czytających mój blog proszę o rozpropagowanie wystawy. Fotogramy są do kupienia, wstęp wolny. Serdecznie dziękuję.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , | 7 komentarzy

“CUBA” str. 85

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | 6 komentarzy

“CUBA” str. 84

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

Marek Czuku „Inny wybór wierszy”(2007)

Piotr Wiktor Lorkowski skompilował ósmy tomik wierszy łódzkiego poety kierując się najprawdopodobniej ich urodą, ponieważ 32 wiersze umieszczone według dat powstania nie ilustrują drogi twórczej Czuku, ani nie rozszyfrowują powodów ich powstania.
Na stronie domowej poety Marka Czuku jest trzydzieści recenzji sławnych krytyków literackich, których afirmujący ton w dalszym ciągu nie uzmysławia ani ich wagi dla polskiej poezji, ani nie charakteryzuje przynależności ich estetyki i znaczącego charakteru, by można je było zaliczyć do jakiegoś poetyckiego przełomu. Przeciwnie. Nawet ciepłe słowa Juliana Kornhausera o „dobrym smaku języka” nie są na tyle nośne, by móc w tym morzu słów odnaleźć to, co podobno tam jest: komentarz do rzeczywistości w której poecie Czuku przyszło żyć i jego historycznego uwikłania. Jeśli faktycznie tak jest, jak piszą recenzenci (według mnie zupełnie nadmiarowo, przeczytałam wszystkie tomiki, z których jest ten wybór), Czuku ukrywa to tak skrzętnie, że pozostawia tylko pole do popisu bardzo swobodnej interpretacji jego wierszy. Minorowość ich wypowiedzi nie polega na trosce o świat, o jego kierunek przemian, o jego autodestrukcję i niszczące go przejawy, ale raczej na nastroju podmiotu lirycznego, który nie wiadomo dlaczego postanowił rejestrować absolutnie wszystko co przeżywa. Niestety, przeżywa niewiele, zauważa niewiele i sam męczy się z tym odbiorem świata równocześnie męcząc czytelnika. Wszelkie strumienie świadomości a la Białoszewski czy innych poetów nowej fali poddane są tutaj lekkiemu przycięciu, jak coś czego nie da się zmieścić w szufladzie i wokół niej obcina się nożyczkami. Tak wyglądają te liczne niedopowiedzenia i przemilczenia wprawiające w zachwyt recenzentów i jurorów niesłychanej liczby konkursów poetyckich, których Czuku jest laureatem. Nawet sonety, mające jakąś w końcu formę skończoną i zdyscyplinowaną mentalnie rozlewają się w niepotrzebnej liryce niczego nie powiedzenia i do niczego nie dochodzenia. Ten towarzyszący, być może przyrodzony styl piszącego flegmatyka, takie artystyczne cimcirymcim, jest cały czas obecne w stanie zawieszenia. Czytelnik po którymś już kolejnym wierszu nie doświadczając żadnej finalizacji jego potencjału, nie bardzo orientuje się też w egzystencjalnych przeżyciach bohaterów portretowanych w poetyckich obrazkach. Wiersze znikopisy, wymazujące natychmiast ślad ich w mózgu odbiorcy, ulatujące zanim jeszcze ich sens zdołał przeniknąć czytający, to według recenzentów pożądana cecha dzisiejszej poezji, oczekiwana i wielce wartościowa. Oczywiście o żadnym recyklingu nie może być tu mowy, wiersz w całości zabiera nie tylko upływ czasu, o którym podobno traktuje, ale upływ samego wiersza.
Zastanawiałam się, czy tom „Książę Albański”, z którego do tego tomiku weszły jedynie fragmenty, będzie bardziej żarliwy i gorący na mocy więzów krwi (ojciec poety Marka Czuku jest Albańczykiem). Ale rozlewność i urozmaicenie faktami historycznymi egzotycznego dla nas państwa jest tak samo mglista i tak samo niedążąca do żadnej konstatacji czy wyartykułowania rodowej krzywdy (przesiedlenie rodziny Czuku nastąpiło podobno na mocy ukazu Stalina). Drażniące poetyckie nic nie mówienie wynika podobno z czynnego wpływu zauroczeniem poezją nowojorskiego poety Johna Ashbery’ego, gdzie przynajmniej obraz samobójczyni jest jakimś konkretem. Natomiast wiersz „Chłopaki”, mający zilustrować czytelnikowi ducha czasów, w których podmiot liryczny wzrastał, być może jest kluczem do nijakości twórczości Czuku. Po wyliczeniu, co chłopaki z jego klasy robili, wiersz kończy pointą:

„(…)Nie wiem, czy wszyscy żyją
(może ich nigdy nie było?).”

[Chłopaki]

Brak zainteresowania losami swojego pokolenia, charakteryzowanie go powierzchownie i językiem gazet, statystycznie, jest może próbą nihilistycznego zdiagnozowania szczątków poetyckiej wypowiedzi, która po beckettowsku czeka na święte zmiłowanie w całkowitym chaosie egzystencjalnym, lub stanowi tzw. końcówkę, po której już nic nie ma się odrodzić. Zastanawiają też i porywy miłosne bohatera wierszy, który obiekt pożądania traktuje wyłącznie użytkowo, a jak się nie da go użyć, to wrogo:

„(…)Gdy zagrała orkiestra, ona była święta.
Stanęła milczkiem z boku – twarda, nieugięta,
nieczuła na namowy, wieczna niczym trawa.
Wzgardziła i mą dłonią, co biła jej brawa.
Daje kosza każdemu, kto jej wdzięk pamięta.
Weź do siebie te słowa – dziewczyno bez grzechu:
Nie igra się z miłością, gdy przychodzi szczerze,
i nie wykpiwa ognia żywego w uśmiechu.
Dotrwasz do końca tańców i znikniesz w niewierze
jako dym, który wzlata w niebo bez pośpiechu.
Sczeźniesz, zginiesz, przepadniesz i niech cię czart
[bierze.”

[Sonet II]

Dzieje się coś zupełnie innego niż w poezji, którą chce się czytać i słuchać. Nawet, jak poeta używa metafory, to jej dosłowność i realność zabija wszelkie rodzące się skojarzenia i poszerzenia poetyckiego obrazu. Niech przykładem niemożności odbioru tych wierszy będzie film, gdzie pewne fragmenty twórczości poety Czuku zostały wystawione teatralnie i z którymi aktorzy sobie zupełnie nie radzą. I niech on będzie dowodem na to, że przyrównywanie sposobu tworzenia poety Marka Czuku przez Lorkowskiego do Kantora jest nieporozumieniem.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , | 25 komentarzy

JAN PAWEŁ II

Dzisiaj po nazwaniu zmarłego sześć lat temu „błogosławionym” na placu Świętego Piotra w Rzymie papieża Polaka, doznałam jakiejś metafizycznej pewności, że pewien etap mojego życia się domyka i że nie uczyniła tego fizyczna śmierć człowiecza Jana Pawła II, ale dzisiejsza celebra jego uświęcenia.

Słucham w komentarzu księdza Adama Bonieckiego do dzisiejszego wydarzenia w Watykanie o tym, że Jan Paweł II jest przede wszystkim kimś, kogo się poznało bezpośrednio. Mnie udało się w moim długim życiu bezpośrednio poznać księdza Bonieckiego na rekolekcjach akademickich, natomiast spotkanie cielesne z Janem Pawłem II było, pamiętam, wysokim życiowym ryzykiem i charakteryzowało się bardzo dużą między nim odległością.

Oczywiście, jak każdy uczciwy Polak w schyłkowym PRL pokładałam jedyną nadzieję w pomocy z zewnątrz panstwa i byliśmy pewni, że ona nadejdzie tym razem, jak za czasów Napoleona z Włoch i że wybór Polaka na papieża jest tylko po to, by nas wyzwolić.
Dlatego uradowaliśmy się bardzo, gdy Papież wizytował nasze miasto i że możemy mu w tym pomóc. Po otrzymaniu z naszej parafii numeru kwatery, w której mieliśmy stawić się w czerwcowy poranek na lotnisku w Muchowcu, zabraliśmy z mężem też dwójkę naszych małych dzieci. Po chwili dołączył do nas mój brat z Moniką na baranach. Jak dotarliśmy, ponad milion osób stało w wyznaczonych ogrodzeniami z drewnianych bali boksach i wszystko wyglądało jak gigantyczny obraz jakiegoś renesansowego malarza, któremu z powodzeniem udało się oddać Sąd Ostateczny. Myśmy na razie byli po stronie oczekujących na wyrok, pewni naszej niewinności i wyglądaliśmy naprawdę jak wybrańcy boży. Stojąc w tych boksach jak prawdziwe owieczki Pana Boga wpatrywaliśmy się w majaczący na horyzoncie biały, zbudowany z prostopadłościanów krzyż, który symbolizował miejsce, gdzie będzie wymierzona nam Sprawiedliwość, a gdzie potem ku chwale bożej miała niebawem odbyć się celebracja mszy świętej. Lotnisko było gęsto pokryte głośnikami, dlatego wiedzieliśmy już po kilku godzinach z komunikatu, że spóźniony Papież dotarł. Potem usłyszeliśmy homilię i drżące słowa Papieża „nie lękajcie się” zdudnione głośnikami, i wszystkim rozdano komunię świętą rękoma niezliczonej ilości kapłanów krążących wokół boksów.

Kiedy wszystko się już skończyło i ogłoszono przez głośniki odjazd Papieża samochodem, ludzie zaczęli opuszczać murawę lotniska. I rozpoczęła się druga część tego renesansowego obrazu, czyli Piekło.
I wtedy wiedziałam już, że zostaliśmy strąceni, że zgniotą moje dzieci i że ja zostanę stratowana, bo tłum nas niósł już bez naszych nóg, tłum niósł nas mocą bezwładu, metafizycznie, ale niestety też i fizycznie, i konkretnie w jakieś bardzo wąskie gardło wyjścia, i ta fala, zrobiona z ludzkich ciał stawała się coraz bardziej beznadziejna i zrezygnowana, poddana jakiemuś fizycznemu prawu ciążenia, jakiejś bezdusznej, przyrodniczej determinacji.
Wtedy pojęłam, że to spotkanie z Janem Pawłem II to jest nasza definitywna śmierć i to śmierć całej naszej rodziny i wszystkich, których kocham, i że nikt już nie będzie cierpiał, ani nikt nikogo nie wspomni z żalem, bo wszyscy oddamy definitywne ducha na lotnisku w Muchowcu, i przynajmniej nareszcie się ten ziemski koszmar skończy. Kiedy z braku powietrza pomagając mężowi podtrzymywać dzieci wysoko ponad głowami tłumu traciłam przytomność, oddawałam się narkotycznej rozkoszy Śmierci i wizjom rajskim, gdzie kilkudziesięciu ślicznych seminarzystów duchownych w białych komżach wpatrywało się we mnie łakomie. I nie słyszałam już ziemskich, apokaliptycznych krzyków, spazmów duszonych i czułam się taka nagle szczęśliwa i wolna i wtedy coś w wąskim gardle ścieżek lotniska się przetkało, i wytrysnęliśmy jak korek z butelki na zewnątrz, odzyskując własne nogi i własną przytomność. Widok stojącej Milicji Obywatelskiej uzmysłowił nam, że celowo zablokowała wyjście wiernym i czoło musiało stanąć i się dusić, a tył napierał.

Dzisiaj, kiedy oglądam apokaliptyczne sceny na placu Świętego Piotra, doznaję jakiegoś powtórzenia, jakiegoś powrotu, jakby film z moim życiem puszczono od końca, a ja stoję znowu przed apokalipsą, przed ekranem naszego dużego telewizora jak ta owieczka sprzed lat, którą Sąd Ostateczny znowu skaże na Piekło, tym razem definitywnie.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , | 2 komentarze

Andrzej Strąk „Mars wita nas” (2006)

To, by nieprzychylny świat prawdziwym artystom – których rola od wieków polegała na demaskowaniu jego wszelkich świństw i zabezpieczaniu przed skręcaniem człowieczeństwa na manowce – pozwolił tworzyć, poeci obierali różne drogi życia, by sprostać swojemu posłannictwu czyli: pisać, pisać, pisać…
Tym, którzy wybierali urzędnicze posady, jak Pessoa, a z polskich Leśmian, Gombrowicz, Grochowiak działo się różnie (Grochowiak przepłacił to samobójczą śmiercią alkoholową, Pessoa również).

Andrzej Strąk, mój rówieśnik, wieloletni juror konkursów wybrał podobnie – pracuje na etacie w resorcie kultury i uprawia czynnie zawód poety.
Czytając trzeci tomik Andrzeja Strąka ma się cały czas wrażenie, jakby jego działalność poetycka polegała wyłącznie na tym, że wiersze pisze tylko po to, by dostać intratną posadę urzędniczą. Słuszny wiek poety pozwala mniemać, że uczestniczył we wszelkich konwencjach i modach poetyckich, że nigdy nie pisał po swojemu, ale tak jak scena poetycka nakazywała.

I tak zestaw wierszy w ostatnim tomiku poetyckim jest na modłę postmodernistycznego kojarzenia wszystkiego ze wszystkim z naciskiem na to, by nie miało to charakteru dadaistycznej, odświeżającej zabawy z rzęsistym humorem, ale ponurej gry słownej, gdzie przymulcowaci gracze wyciskają z siebie, na swoją miarę, jak w starej grze „pomidor”, skojarzenia. Jeśli autor tych wierszy siądzie do biurka przed pustą kartką papierową czy monitorową, to kiedy wyłuska z pamięci jakieś słowo, dajmy na to rzeczownik „most”, to oczywiście napatoczy się masę skojarzeń, nie tylko z Apollinaire’a, ale z własnego, nieciekawego zapewne, urzędniczego życia. I tak samo zabójczo pojemne będą te filozoficzne konstatacje:

„(…)Stoję na moście. Nade mną – jawa, pode mną – sen. A może? – na odwrót.
Na jednym brzegu – smukłe wieże Babel. Płoną – ze wstydu. Na drugim – globalna wioska. Tętni
– śmiercią. Słychać tam-tamy – słów. Biją tam-tamy – serc. Stoję na moście. Podłączony – do kroplówki
internetu, pochylony – nad klawiaturą czarnych dziur. Wącham – biały proszek nocy, piję
– przezroczysty wodospad dnia. Stoję na moście. Nade mną – milczenie, pode mną – krzyk.
W dole – przelewa się Styks, w górze – rzeka Tygrys czai się do skoku. Most łączy dwa brzegi.(…)”
[Stoję na moście]

Metoda skojarzeń, podniesiona do rangi sztuki w krótkim, końcowym, sumującym zawartość tomiku bezimiennym tekściku, czyli metoda „cominajęzykprzyniesie”, towarzyszy całemu procesowi twórczemu, dającemu wnikliwemu czytelnikowi pewność, że on sam potrafi w swoim monologu wewnętrznym przeprowadzić tak samo nudny i jałowy proces myślowy. Jednak nawet ów czytelnik – któremu wstyd nie pozwoliłby przelać tego na papier, a tym bardziej wydać – zrobiłby to lepiej. Bo sięganie przez czytelnika po cudzą myśl, po cudzy głos komunikujący się z nim za pośrednictwem słowa poetyckiego nie odbywa się po to, by za wszelką cenę powiedzenie czegoś w sposób oryginalny, czy nowy, stanowiło jedynie zaspokojenie jego ciekawości, plotkarskiego doświadczenia Drugiego. Wiadomo, że poezja jak woda, krąży w świecie i przybiera różne kształty i formy, zawiera różnorakie ingrediencje. Ale rolą poety jest otwieranie światów jemu doświadczonych, dzieleniem się tymi doświadczeniami jak odkryciami, głoszeniem tego, czego nie wiedzą inni, a poeta doszedł do nich i je objawia. Jest bardziej wyjawianiem tajemnic, niż ich wymyślaniem. I nie ma innego sposobu „bycia poetą” bez względu na mody, konwencje i „umówienia się”, że w pewnym pokoleniu nie będą o czymś pisać tak, jak ich poprzednicy, bo oczyszczają z manieryzmu pole. Te wszystkie zabiegi kosmetyczne, jakim są konwencje, to rzeczy drugorzędne.

Andrzej Strąk nie rozumie, o co w prawdziwej poezji chodzi i niepokojące jest to, że jako juror najprawdopodobniej nagradza sobie podobnych. Lenistwo poetyckie Andrzeja Strąka polega na kojarzeniu bezsensownym słów, by nie wydobyć z niego sensu, tylko pielęgnację bzdury, bełkotu i głupoty. Ten program poetycki hołdujący najgorszej naszej cesze narodowej łatwo prześledzić w wierszu „Mars wita nas”, który widocznie według autora jest najlepszy (skoro nadał całemu zbiorowi nazwę) i w innych wierszach ze słowem „mars”, z użyciem nazwy Bogu ducha winnej planecie.
Mamy tu „na marsa”, na maksa”, „bracia marx” i temu podobne kalambury, które w efekcie wprowadzając jedynie zamieszanie, nie otwierają wewnętrznych znaczeń i obrazów, które w nich są zakodowane, niwelują je, niszczą obrazowanie wytwarzane w czytelniku przy odbiorze poetyckich geniuszy w trakcie czytania wielkich, poetyckich strof. Niszczą nawyk czytania wierszy, po które sięga się w chwilach nie zawsze dla człowieka szczęśliwych. Sprowadzając poezję do nikomu niepotrzebnej rozrywki, (bo jak tu się rozerwać przy takich łamańcach) juror Andrzej Strąk niszczy złym wzorem pokolenia kandydatów na kandydatów do nagród poetyckich wyznaczając własne kanony i narzucając mody.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , | 24 komentarze

“CUBA” str. 83

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz