“Scarborough Fair” z angielskiego przetłumaczyła Ewa Bieńczycka

 

Jedziesz na jarmark do Scarborough?
Pamiętam miłość mą w tym mieście…
(Pietruszka z szałwią i tymianek
wraz z rozmarynem). Miłość wskrzeszę…

Mów jej, niechaj z batystu tkane
koszule bez szwów szyje zgrabnie!
(Pietruszka z szałwią i tymianek
wraz z rozmarynem). Miłość dam jej!

Powiedz jej, aby tak na amen
nie prać jej w deszczu, w wodzie żadnej!
(Pietruszka, szałwia i tymianek
wraz z rozmarynem). Kochać pragnę!

Pytaj o lądu skrawek tani
wód słonych między piaski plaży.
(Pietruszka z szałwią i tymianek
wraz z rozmarynem). Miłość dam ci!

Pytaj o pług, ten owczy róg,
co ryje bruzdę na ziarnko pieprzu.
(Pietruszka z szałwią i tymianek
wraz z rozmarynem). Na miłość wieczną!

Pytaj żeńców, czy sierp skórzany
potnie wrzos, by móc robić liny.
(Pietruszka z szałwią i tymianek
wraz z rozmarynem). Miłość dam ci!

Kiedy ukończysz prac litanię
w koszuli przybądź batystowej.
(Pietruszka z szałwią i tymianek
wraz z rozmarynem). Kocham, powiem.

Wiem przecież, że się nie da wcale
lecz że próbujesz, wiedza słodka.
(Pietruszka z szałwią i tymianek
wraz z rozmarynem). Nie pokocham.

Scarborough Fair


Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Otagowano , | 12 komentarzy

WESOŁYCH ŚWIĄT!

Zaszufladkowano do kategorii 2011, dziennik ciała | Otagowano , | 26 komentarzy

Nagroda im. Jacka Bierezina Piotr Smolak “Neue Wilde” (2000)

Recenzje z tego tomiku nawiązują do „Dzikich dzieci” Siwczyka (Karol Maliszewski). Recenzenci zwiedzeni tytułem, debiut Smolaka porównują do zabiegów formalnych polskich „dzikich” – artystów malarzy lat osiemdziesiątych, łabędzi śpiew ekspresjonistów, którzy buntowali się spektakularnie i krzykliwie, ale bez ognia i jaj, takie kwilenie pod nosom, by nikt nie usłyszał, bo może to przeszkodzić w ich przyszłej karierze. Według mnie tak nie jest. W dalszym ciągu nie wiadomo, co oznaczają słowa Neue Wilde w tym kontekście, kiedy podmiot liryczny łka do rękawa i skarży się, że świat jest zły, a nic nowego się z tego świata nie wyłania, bo nic prócz narzekania nie następuje. Wszystko w kółko po staremu, coś się ruszyło w rzeczywistości, ale wizerunki idoli XX wieku zlewają się w jedną magmę bezużyteczności i niemoty.
Tumiwisizm jest bardzo dobrą materią poezji, z tego Stachura zrobił piękne wiersze, ale sęk w tym, że Piotr Smolak nie jest poetą. Dlatego publicystyka wierszowana Piotra Smolaka tak męczy i nawet, jak przyznaję mu rację, i się utożsamiam z jego widzeniem świata, głosuję rekami i nogami na to, co tam wygłasza, to i tak zaraz wszystko ze mnie uleci, rozmyje się zgodnie z intencją tego wierszowania, bo Piotr Smolak poetą nie jest:

„(…)widziałem mao tse tunga i marię magdalenę
puszkę pełną ryb, oleju i benzyny
matkę teresę i fidela castro
nie znajduję jednak specjalnej różnicy(…)”
[MANDRAGORA I PAPIEROSY]

Wiersze zazwyczaj opatrzone syntetyzującymi treść, często obcojęzycznymi tytułami emocjonalnie wyrywają na jednej nucie ten sam minorowy katastroficzny temat. Podmiot liryczny zaspokaja popęd płciowy albo miłością płatną:

„(…) kupiłem kobietę
jeszcze ciepła(…)”
[BARIERA WDZIĘKU]

Albo po zaspokojeniu cierpi na zjawisko pokopulacyjnej melancholii:

„(…)wychodzę i to wystarczy. kobiety zaspokajają się
same”
[ANIMAL POST COITUM]

Podmiot liryczny nie dowierza strukturom państwowym, Europie, nie wierzy w żadną społeczną sprawiedliwość i nie wierzy, by można było w cokolwiek uwierzyć nie popadając w społeczną propagandową manipulację. Ten oszczędny zdawałoby się program życiowy zawarty w tych wierszach – pełen ostrożności i postanowień w niewikłanie się absolutnie w nic, bo i tak do niczego to nie doprowadzi, natychmiast promieniuje na program artystyczny poety Smolaka. Smolak wie, dzieli się tą wiedzą radosną – radosną dlatego, bo ją posiadł, pojął, przerobił na własnej skórze – ale wypuszcza równocześnie z wierszy cały poetycki kapitał, ponieważ poezja staje się katalogiem diagnoz, a nie ich odkrywaniem.
Szereg środków wyrazu, jakie stosuje Piotr Smolak w obrazowaniu mrocznego świata, który tylko pozornie zasłania swój dekadentyzm i końcówkę jaśniejącymi witrynami sklepów i złudną urodą martwych manekinów jest jak najbardziej ze świata poezji, ale są one stosowane jak obcy język, jak zabieg translatorski, a nie coś, czego w inny sposób wyrazić się nie da. Jeśli bohater wierszy schodzi do piwnicy po słoik kompotu na obiad, to zastaje tam, jak to w piwnicy, smród, brud i ubóstwo:

„(…)porowate ściany z długimi strzępkami
pajęczych nici, pęki spękanych rur i stęchłe
powietrze wypierające powstałą w nocy próżnię
zdmuchuję pył ze starego radia i zapalam świeczkę(…)”
[W PIWNICY]

Podobnie traktuje ojczyznę celnie podkreślając jej niezmienność w autodestrukcji i brzydocie, jednak stara się to pokazać w sposób niecodzienny:

„(…)horyzont ma barwę proszku
do prania zdradzają go samoloty
i zardzewiałe anteny wierzchołki
drzew odrestaurowane przed
czasem
ruski nie chcą do domu
świat stoi przed nimi otworem (…)”
[JESZCZE POLSKA]

Poezja Smolaka to poezja przełomu. Ale bardziej ilustracja polskiej transformacji historycznej, niż transformacji poetyckiej. Nie ma w niej dzikości ani pierwotnej, ani wtórnej. Jest jedynie rozłam i alienacja ze świata nie tylko realnego, ale i wyobrażeniowego i nic w niej nie zwiastuje przyjście nowego. Bo nawet, jeśli świat schodzi – jak się dowiadujemy z tych wierszy – na psy, to wcale nie oznacza, że pociąga za sobą w otchłań niebytu poezję.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , | 18 komentarzy

“CUBA” str. 82

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | 6 komentarzy

“CUBA” str. 81

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

“CUBA” str. 80

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

“CUBA” str. 79

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

Nagroda im. Jacka Bierezina Janusz Wałek „Kwartety Kopenhaskie” (1998)

Bardzo trudno pisać o tym tomiku dzisiaj, który nie jest na tyle mocny artystycznie, by stanowił twórczy, jednorazowy fajerwerk. Dalsze lata nie wzmocniły go nowymi utworami poetyckimi.
To, że kustosz Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie, Janusz Wałek wydał w dojrzałym wieku tomik wierszy, nie pomaga w wsłuchaniu się w te wersy, ani nie przeszkadza. Motywów zaczerpniętych z historii sztuki jest zresztą niewiele, większość emocji czerpie autor z mniej przetworzonych kulturowo doświadczeń – z domu rodzinnego, z okolic Krakowa i lat szkolnych.
Być może, że jestem mało muzykalna i nie odebrałam warstwy muzycznej tych utworów. Po kilkukrotnej lekturze wierszy nie udało mi się wejść w magię wspomnień, w czar szarych renet trzymanych przez ojca podmiotu lirycznego, ani zaciekawić się zabawami dziecięcymi z rówieśnikami, ani też uwierzyć w przywołaną sentymentalnie przyrodę. Mimo kończącej tomik żarliwej modlitwy do Hermesa, bóg komunikacji nie tchnął w ten tomik upragnionego życia poetyckiego:

„O ty!
Hermesie. Bożku pieprzony. Opiekunie złodziei!
Zrób coś. Dopomóż. Spraw bym chwilę skradł
z czasu dzieciństwa.
I mógł ją sobie zatrzymać na własność.
I miał ją ciągle przy sobie.
Zieloną i świeżą.(…)”

[7. Antyfona]

Jest tu wiele wierszy mających porwać w muzyczną frazę, zaczarować, okręcić tanecznie czytelnikiem (liczne tytuły będące muzycznymi terminami i nazwami części kwartetów podpowiadają, co ma czytelnik robić). Nic takiego się nie dzieje. Wszystko właściwie stoi, skrzypce nie grają, instrumenty może i są obecne, ale dawno już zamilkły. Czytelnik obija się o te głuche sale koncertowe, jakimi są wnętrza poszczególnych utworów, przygotowane wprawdzie na wielką widownię i wielu wirtuozów, ale do koncertu nie dochodzi. Gdyby to fiasko artystyczne było materią tych wierszy – to „przerobienie twórcze” niebycia poetą w wypadku, kiedy się tego bardzo pragnie, kiedy się zaklina Muzy i dysponuje pokaźną wiedzą teoretyczną – dałoby zapewne ilustrację zabiegu twórczego mającego na celu to zdemaskować. Ale nie, napisane są śmiertelnie poważnie w ufności, że przy niewielkim talencie można osiągnąć tak samo proustowskie przywrócenie czasu minionego, że ożyją sceny z dzieciństwa i ich bohaterowie. Im bardziej poeta stara się je przywołać, midasowo wszystko znika i następuje anihilacja obrazów.
Dzieciństwo poety Janusza Wałka przypadło na najgorszy moment naszej historii, czyli okupację hitlerowską i stalinizm, ale doświadczenie poetyckie przedstawione w wierszach jest zupełnie osobne i z niczym niepowiązane. Ale nie to jest ich wadą – mógł poeta wyrwać go z kontekstów i mitologizować. Żaden artystyczny zabieg nie następuje. Poza tymi przyklejonymi terminami muzycznymi, mającymi prowadzić melodyjnie liryczne frazy, mamy bardzo mało zróżnicowaną i niewyraźną autobiografię autora. Pomimo wielu zabiegów formalnych – od prozy poetyckiej do wersyfikacji rymowanej, czyli wielu próbek warsztatu poetyckiego – nie zmienia się nic. Wszystko cały czas stoi i milczy.
Czytając te wiersze autora, który całe zawodowe życie spędził wśród arcydzieł sztuki, który nigdy nie obcował z tandetą, upewniam się w przekonaniu, że dokonał artystycznego auto-da-fe nie będąc poetą i najprawdopodobniej wiedząc, że nim nigdy nie będzie. Bo kto ma o tym najlepiej wiedzieć, jak nie wykwalifikowany zawodowiec, jak Pan od Historii Sztuki?

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , | 17 komentarzy