Recenzje z tego tomiku nawiązują do „Dzikich dzieci” Siwczyka (Karol Maliszewski). Recenzenci zwiedzeni tytułem, debiut Smolaka porównują do zabiegów formalnych polskich „dzikich” – artystów malarzy lat osiemdziesiątych, łabędzi śpiew ekspresjonistów, którzy buntowali się spektakularnie i krzykliwie, ale bez ognia i jaj, takie kwilenie pod nosom, by nikt nie usłyszał, bo może to przeszkodzić w ich przyszłej karierze. Według mnie tak nie jest. W dalszym ciągu nie wiadomo, co oznaczają słowa Neue Wilde w tym kontekście, kiedy podmiot liryczny łka do rękawa i skarży się, że świat jest zły, a nic nowego się z tego świata nie wyłania, bo nic prócz narzekania nie następuje. Wszystko w kółko po staremu, coś się ruszyło w rzeczywistości, ale wizerunki idoli XX wieku zlewają się w jedną magmę bezużyteczności i niemoty.
Tumiwisizm jest bardzo dobrą materią poezji, z tego Stachura zrobił piękne wiersze, ale sęk w tym, że Piotr Smolak nie jest poetą. Dlatego publicystyka wierszowana Piotra Smolaka tak męczy i nawet, jak przyznaję mu rację, i się utożsamiam z jego widzeniem świata, głosuję rekami i nogami na to, co tam wygłasza, to i tak zaraz wszystko ze mnie uleci, rozmyje się zgodnie z intencją tego wierszowania, bo Piotr Smolak poetą nie jest:
„(…)widziałem mao tse tunga i marię magdalenę
puszkę pełną ryb, oleju i benzyny
matkę teresę i fidela castro
nie znajduję jednak specjalnej różnicy(…)”
[MANDRAGORA I PAPIEROSY]
Wiersze zazwyczaj opatrzone syntetyzującymi treść, często obcojęzycznymi tytułami emocjonalnie wyrywają na jednej nucie ten sam minorowy katastroficzny temat. Podmiot liryczny zaspokaja popęd płciowy albo miłością płatną:
„(…) kupiłem kobietę
jeszcze ciepła(…)”
[BARIERA WDZIĘKU]
Albo po zaspokojeniu cierpi na zjawisko pokopulacyjnej melancholii:
„(…)wychodzę i to wystarczy. kobiety zaspokajają się
same”
[ANIMAL POST COITUM]
Podmiot liryczny nie dowierza strukturom państwowym, Europie, nie wierzy w żadną społeczną sprawiedliwość i nie wierzy, by można było w cokolwiek uwierzyć nie popadając w społeczną propagandową manipulację. Ten oszczędny zdawałoby się program życiowy zawarty w tych wierszach – pełen ostrożności i postanowień w niewikłanie się absolutnie w nic, bo i tak do niczego to nie doprowadzi, natychmiast promieniuje na program artystyczny poety Smolaka. Smolak wie, dzieli się tą wiedzą radosną – radosną dlatego, bo ją posiadł, pojął, przerobił na własnej skórze – ale wypuszcza równocześnie z wierszy cały poetycki kapitał, ponieważ poezja staje się katalogiem diagnoz, a nie ich odkrywaniem.
Szereg środków wyrazu, jakie stosuje Piotr Smolak w obrazowaniu mrocznego świata, który tylko pozornie zasłania swój dekadentyzm i końcówkę jaśniejącymi witrynami sklepów i złudną urodą martwych manekinów jest jak najbardziej ze świata poezji, ale są one stosowane jak obcy język, jak zabieg translatorski, a nie coś, czego w inny sposób wyrazić się nie da. Jeśli bohater wierszy schodzi do piwnicy po słoik kompotu na obiad, to zastaje tam, jak to w piwnicy, smród, brud i ubóstwo:
„(…)porowate ściany z długimi strzępkami
pajęczych nici, pęki spękanych rur i stęchłe
powietrze wypierające powstałą w nocy próżnię
zdmuchuję pył ze starego radia i zapalam świeczkę(…)”
[W PIWNICY]
Podobnie traktuje ojczyznę celnie podkreślając jej niezmienność w autodestrukcji i brzydocie, jednak stara się to pokazać w sposób niecodzienny:
„(…)horyzont ma barwę proszku
do prania zdradzają go samoloty
i zardzewiałe anteny wierzchołki
drzew odrestaurowane przed
czasem
ruski nie chcą do domu
świat stoi przed nimi otworem (…)”
[JESZCZE POLSKA]
Poezja Smolaka to poezja przełomu. Ale bardziej ilustracja polskiej transformacji historycznej, niż transformacji poetyckiej. Nie ma w niej dzikości ani pierwotnej, ani wtórnej. Jest jedynie rozłam i alienacja ze świata nie tylko realnego, ale i wyobrażeniowego i nic w niej nie zwiastuje przyjście nowego. Bo nawet, jeśli świat schodzi – jak się dowiadujemy z tych wierszy – na psy, to wcale nie oznacza, że pociąga za sobą w otchłań niebytu poezję.