Sting – „Shape of my heart” z angielskiego przetłumaczyła Ewa Bieńczycka

Mego serca kształt

On medytuje, dając karty
grający z nim ufają mu,
wygrywa, lecz dla zysku nie gra
ani dla respektu…
On dając karty, da odpowiedź
świętej symetrii przeznaczeniu,
tajne prawa się objawią
w tańczącym wyliczeniu:

Wiem, że piki to wojowników miecze,
wiem, że trefle, to jest wojenny gwałt,
wiem, że karo, to dla tych sztuk pieniądze,
lecz to nie mego serca kształt…

Może zagrać paziem karo,
może i dać damę pik,
króla zakryć dłonią całą,
lecz zacznie zanikać pamięć…

Wiem, że piki to wojowników miecze,
wiem, że trefle, to jest wojenny gwałt,
wiem, że karo, to dla tych sztuk pieniądze,
lecz to nie mego serca kształt…
to nie, nie jest mego serca kształt…

Jeśli mówiłem, że cię kochałem
(czy to nie jest moje własne?)
nie jestem kimś o twarzach wielu,
noszę jedną maskę.
Oni nic nie wiedzą,
poznaniem własnym płacą
i klną, nie wierząc w swój szczęśliwy los
ze strachu, że go stracą.

Wiem, że piki to wojowników miecze,
wiem, że trefle, to jest wojenny gwałt,
wiem, że karo, to dla tych sztuk pieniądze,
lecz to nie mego serca kształt…
to nie, nie jest mego serca kształt…

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Otagowano | 4 komentarze

Śmierć bloga Marka Trojanowskiego

Na blogu „historia moich niedoli” http://www.historiamoichniedoli.pl/, doktora filozofii Marka Trojanowskiego 1 kwietnia 2011 roku umieszczono klepsydrę donoszącą o tragicznej śmierci właściciela bloga. Można było poczytać to jako notkę primaaprilisową, ale utrzymuje się już kilka kwietniowych dni. Ponieważ nigdzie w gazetach zielonogórskich, ani w Sieci, nie ma wzmianki o tym, by młody człowiek, znany publicznie w mediach z ciągnącego się latami procesu z UZ, z uczelnią macierzystą, której był absolwentem i pracownikiem, zmarł, ani też na blogu nie żegna go liczna rodzina, o której niejednokrotnie w notkach blogowych opowiadał, ani też nie pojawiają się kondolencje umieszczone w komentarzach, których obecność mogłyby być również wyrazem szacunku dla tych, którzy zechcieli się wpisać, którzy się tym zmartwili się i przerazili, można przyjąć to działanie, jako artystyczny gest blogowego odejścia.
Oczywiście dla mnie, której jedyny brat zginął tragicznie w Himalajach w wieku trzydziestu czterech lat, każdy blef Marka Trojanowskiego jest najbardziej pożądany, bo wiem, czym jest prawdziwa tragedia dla jego bliskich, dla matki, dla rodzeństwa, żony, syna, cierpienie, które rodzina nosi do końca życia.
Natomiast ogłaszanie własnej śmieci i przyglądanie się jej żyjąc, było znane jako performance przez artystów i niejednokrotnie stosowane. Klepsydry w Sanoku wywieszał w liceum Tomasz Beksiński, sfingował ją Zbigniew Sajnóg w sekcie „Niebo” (z artystów zagranicznych np. Mark Twain).

Dlatego optymistycznie nie przyjmując do wiadomości najgorszego, skupię się na śmierci bloga Marka Trojanowskiego, bo, jak rozumiem, przestaje on tym sposobem z dniem 1 kwietnia 2011 roku istnieć.
Blog Marka Trojanowskiego przyporządkowany jest w Sieci blogom brukowym i tabloidom, co można bardzo łatwo zrobić, biorąc pod uwagę pośledni i ubogi stan literackiej Sieci i sposoby zwalczania każdego wkładu w jej ożywienie, a przynajmniej sprawienie, że wynurzenia polskich literackich internautów dało się czytać. Otóż czytać się nie da dzisiaj większości blogów i portali o tematyce literackiej i dawało się czytać jedynie blog Marka Trojanowskiego. Wszelkie ożywcze teksty – jak ostatnio chociażby linkowane przez Tajną na Liternet pl. i nieszufladzie pl. felietony Przemysława Witkowskiego z witryny KP skwitowane zostały albo że to „bicie piany” Jarosław Trześniewski), „albo powtarzanie tego, co już inni frustraci napisali/powiedzieli” (Magda Gałkowska), „nic interesującego dla siebie nie znalazłem”; „mega nuda”(Kuba Sajkowski). Niestety, niczego też nigdy interesującego nie wyczytałam w tych lekceważących dzisiaj głosów wyższości poetów wszystkowiedzących lepiej od tych głosów sprzeciwu, pojawiających się w Sieci i jak rzadkie kwiaty pod ochroną trzeba zgnieść swoim brudnym, sieciowym butem. Ciekawe, dlaczego chodzi o to, by ta pustynia, jaką jest literacka Sieć dzisiaj, zupełnie niewykorzystana, jako wspaniałe, najnowsze medium, o jakiego możliwościach nikomu z artystów wieków wcześniejszych się nie śniło, zniszczyć i strywializować. Magda Gałkowska zaliczyła mój blog do „folkloru”, widocznie moje wysiłki intelektualne są dla niej są niczym w porównaniu do blogowych własnych. Wiele tematów, jakie poruszam na moim blogu są wyśmiewane. Na portalu rynsztok przeczytałam, że nie interesują ich „pierdy” francuskich intelektualistów. Na nieszufladzie trwa zabawa w przestawianie sylab w nazwiskach. Na Trumlu bez zmian, trwa licealny flirt towarzyski. Na liternet pl. zdziecinnienie, apoteoza kiczu i permanentny brak smaku.
Oczywiście, jeśli weźmiemy pod uwagę, że życie literackie jest gdzie indziej, że polska literacka Sieć służy jedynie do spędzania czasu, jak spędzanie płodu każdej ożywczej myśli, to z pewnością spełnia takie zadanie. Nie mnie troskać się o Sieć, bo i tak, wbrew trosce poetki Mirki Szychowiak będę tu sobie na moim blogu pisać i pisać po swojemu, bez względu na ofiarowywaną mi pomoc ze strony chociażby poetki Mirki Szychowiak. Jednak bardzo mi żal, że opozycyjny blog Marka Trojanowskiego zamilkł i że nie mam już co czytać w Sieci.

Bo prawdziwy artysta zawsze był przeciw i tej niewdzięcznej roli dzisiaj nikt nie chce podjąć, tego niewdzięcznego losu artysty, który musi się sprzeciwiać światu, by świat ocalać. A literat robi to tym, co posiada, a nie posiada tak wielu instrumentów, jak muzyk, czy jak artysta sztuk wizualnych, który ma jeszcze inne narzędzia. Literat ma tylko słowa, które magicznie przestawia tak, by wywołać pożądany efekt, niewielu ten trud wychodzi, dlatego śmierć ważnych blogów w Sieci jest taka smutna.

Zaszufladkowano do kategorii 2011, dziennik ciała | Otagowano , | 156 komentarzy

Nagroda im. Jacka Bierezina Przemysław Witkowski „Preparaty”(2010)

Ten tomik to bardzo wiarygodny zapis stanu ducha pokolenia, które Przemysław Witkowski próbuje w naukowy niemal, w każdym razie w bardzo konkretny i precyzyjny sposób zdiagnozować i opisać przyczyny zaniku entuzjazmu i witalności u swoich rówieśników. Jak to w poezji prawdziwej – a odbieram strofy tych wierszy jako przejmujący, dramatyczny głos liryczny – autor krąży po wielu płaszczyznach poznania, wiersze starają się pojęciowo obsługiwać wielość bodźców atakujących zmysły w czasach równoległych i odległych, wiązać to, co dzieje się na zewnątrz podmiotu lirycznego z tym, co dzieje się wewnątrz niego. Ta polifonia jest minorowa, i jeśli kogoś za ten dyskomfort psychiczny można w tym morzu obcości obwinić, to tylko tych z fotografii „sepiowych”:

„(…)już wszystko zapisano, na wstążkach z papieru,
sztandarach z bibułki, zdjęli nam smycz
ci starcy z sepii i otworzyli furtki.

i mamy suche oczy i zaciśnięte usta.
zgubione klucze i puste portmonetki.(…)”
[pielęgnacja, tresura]

Myślę, że dobrze zrozumiałam przesłanie poety – ma na myśli pokolenia starsze, które dały nam w spadku świat dzisiejszy, jako balast i wyjałowienie, a nie jako dobrodziejstwo i nadmiar. Myślę, że poeta mówi o wszystkich rocznikach, o tych też, po których zostały fotografie czarnobiałe, nie tylko sepiowe, ale obwinia hurtem wszystkich żyjących wcześniej niż pokolenie osiemdziesiąt. Pokolenie Przemysława Witkowskiego tymi wierszami wystawia rachunek rodzicom, dziadkom i pradziadkom, ale nie wprost, i cały ten poddany – niczym naukowy preparat pod mikroskop poetyckiego oglądu próbnego wycinek świata dzisiejszego poety – jest jedynie taką psychiczną przymiarką. Nie wyrzutem, nie oskarżeniem, ale właśnie zestawieniem ze sobą poetyckich obrazów.

Witkowski nie robi nic innego niż inni poeci jego pokolenia – nie wymyśla nowej formy, nowego języka, ale w tej dzisiejszej konwencji lirycznego zapisu, gdzie operuje się dużymi skrótami myślowymi – a metafory są bardziej używane jako jednoznaczny przekaz, a nie jakiś poetycki ozdobnik – zawiera bardzo intensywne przeżycie samego istnienia siebie w świecie. Jest to pisane jakby od wewnątrz i jakby mówiło wewnętrzne ja przeciwko temu zewnętrznemu ja, a to zewnętrzne jakby cały czas hamowało to, co ma się przez tę blokadę przedostać. Nie jest to jeszcze schizofrenia, ale odczuwa się wyraźnie jakieś rozdwojenie.
Podmiot liryczny robi to wszystko, co każdy młody człowiek w jego wieku: czasami wraca pijany, czasami jest sam z dziewczyną, a czasami słucha za ścianą jak inni się kochają. Napotyka ciągle ślady przeszłości, na strychu emblematy swastyki po przedwojennych i wojennych przedmiotach, napotyka palącą papierosy babcię, (bo wszyscy z tego pokolenia palili i do dzisiaj palą potajemnie w łazienkach). Napotyka na troskę matki, na elementy pracy zawodowej rodziców w domu, na wszystkie towarzyszącemu dzieciństwu i wzrastaniu napoje, zabawki o znaczących nazwach. Otula się tą całym towarzyszącą mu od zawsze teatralną scenografią, która powoli zużywa się stając się rupieciarnią, przechodzi w inne znaczenia, a jednak jest z bohaterem wierszy cały czas związana i jednocześnie jest obok. Tak też się dzieje z ideami, z wiadomościami telewizyjnymi ze świata. Ten cały pozyskany przeżywaniem, pamięcią czas jest obecny w wierszach, jest taką codzienną mantrą, ale nie modlitwą, ani nie jego istotą. Trzeba bardzo wyraźnie odróżnić to novum dzisiejszej liryki od ubiegłowiecznej: oddzielenie się od przeżywania, od świata, które nieodwracalnie nastąpiło, zostało w poezji przezwyciężone poprzez nie bunt, a pogodzenie się. Podmiot liryczny w tych wierszach jest może i melancholijny, ale energia tych wierszy mówi coś innego: że tak też da się żyć i to całkiem przyjemnie. Dlatego przyjemnie odbiera się przewrotność tych wierszy – wierszy matrixowych, o rzeczywistości oddzielonej inną rzeczywistością, a jednak cały czas realnych:

„(…)spocona babcia w łazience odpalała mocne,
ją pierwszą z kobiet zobaczyłem nago.

ale teraz kroki brzmią, jakbym już chodził sam
po drugiej stronie. pustka. czuć dym,

ogień musi być gdzieś blisko.”
[fotografie w sepii]

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , | 25 komentarzy

Wiera Gran „Sztafeta oszczerców: autobiografia śpiewaczki” (1980)

Napisana trzydzieści lat temu autobiografia przedwojennej pieśniarki kabaretowej niemal w całości została wchłonięta przez wydaną w ubiegłym roku książkę Agaty Tuszyńskiej „Oskarżona Wiera Gran”. Stało się to z wielką stratą dla opisanej w niej Wiery Gran, mimo, że Agata Tuszyńska w telewizyjnej rozmowie o swojej książce powiedziała, że gdyby nie ona, świat o Wierze by zapomniał.

Uczciwiej zachował się o pokolenie młodszy od Agaty Tuszyńskiej Remigiusz Grzela, który rok przed śmiercią Wery Gran odwiedził ją w jej paryskim mieszkaniu i o tym cennym spotkaniu i świadectwie jej losu „ocalałej” z dziennikarską pieczołowitością w powieści „bądź moim Bogiem” napisał, rzetelnie dokumentując też istnienie jej książki:

„(…)Vera pisała swoją książkę w złości, z żalem, ratując swój honor, chcąc siebie oczyścić. Pisała przeciwko oszczercom. Broniła się dokumentami, które się zachowały. Dowodami. Ale czy musiała to robić?
Książka wyszła w Paryżu. Ale po polsku. Prawdopodobnie nie weszła nigdy do oficjalnego obiegu księgarskiego. Vera pisze w niej źle o ludziach. Sztafeta oszczerców. Autobiografia śpiewaczki stała się niewygodna. Niewielki nakład został wykupiony. Od niej samej wiem, że posyłała książkę do bibliotek w Polsce. Sprawdzałem – w internetowym katalogu biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego figurują dwa egzemplarze. Z tego jeden w wolnym dostępie. Tyle że fizycznie go tam nie ma. Ktoś musiał go wynieść albo celowo zagubić. Drugi akurat – po dwudziestu pięciu latach! – wypożyczony. Na jego zwrot czekałem prawie dwa miesiące. Ciekaw byłem, kto teraz w Warszawie zainteresował się jej losem. Sprawdzałem każdego dnia, czy książka wróciła. Jest ze mną. W Paryżu. Jedyny dostępny egzemplarz. A gdyby nagle mój bagaż zaginął? Przecież nawet Biblioteka Narodowa nie ma tej książki w swoich zbiorach.(…)”
[Remigiusz Grzela „bądź moim Bogiem”2006]

I tym sposobem książka Wiery Gran funkcjonuje, ale jako unikalne i zanikające kuriozum. A przecież, jak donoszą w swoich książkach Tuszyńska i Grzela, powstała z mozołu i potrzeby literackiej wypowiedzi nie dla zarobku, nie dla sławy literackiej, nie dla kolejnej jakiejś przyczynkarsko-plotkarskiej biografii o gwiazdce estrady. Wydana kosztem autorki przez paryskie wydawnictwo Paris: Edité par l’auteur. jest rozdzierającym aktem desperacji. Napisana, bez zdanego wsparcia, niczyjej pomocy. Wręcz przeciwnie. Wierze celowo blokowano próby wyjaśniania faktów historycznych i dziejów ludzi jak ona osaczonych.
Na końcu książki autorka napisała:

„(…) Wierzę, że po przeczytaniu tej książki znajdzie się i odezwie niejeden człowiek dla którego moralność wymiaru sprawiedliwości nie jest frazesem.
Od dziewięciu lat nie przestaję prosić i upominać się o to właśnie, co oszczercy rzucili jako hasło-tytuł opluwającej mnie ulotki: „Niech się wyświetli czystość!” Lecz wymiar sprawiedliwości w Izraelu, z im tylko wiadomych powodów, nie kwapi się!(…)”
[Wiera Gran „Sztafeta oszczerców: autobiografia śpiewaczki” (1980)]

Jak donosi Agata Tuszyńska w swojej książce, wydaniem książki Wiery Gran nikt nie był zainteresowany:

„(…)Dzwoniąc do redaktora paryskiej „Kultury”, Jerzego Giedroycia, natrafiła na nieufny mur najbliższej jego współpracownicy, Zofii Hertzowej. Ale potem się okazało, że Giedroyć o niej słyszał. Spotkali się w kawiarni.
„Wpił we mnie oczy. Słuchał z uwagą, nic się nie odzywał. Zgodził się przeczytać moją książkę. Ale nie opublikował jej. Twierdził, że skończyłoby się to procesem, a na to nie chciał sobie pozwolić. Tak mi przynajmniej tłumaczył. Proponował wykastrowanie książki, pousuwanie nazwisk i tym podobne techniki uników. Nie zgodziłam się”.
(Są słabe literacko, zbyt szczegółowe, pisane ze zrozumiałą namiętnością, ale cały szereg sądów i ocen może być traktowany jako oszczerstwo i spowodować sprawy sądowe).
Nie spała, nie jadła, paliła papierosy… pisała. Wspomnienia opublikowała w 1980 roku, za własne pieniądze, by kolejne lata poświęcić ich propagowaniu. Nie wystarczyło, że istnieją, powinny być czytane. I dyskutowane. Widoczne. Nie ustawała w walce, konieczności przekonania świata o swojej niewinności.
A później wiele serca okazywała redaktorce londyńskich „Wiadomości”, Stefanii Kossowskiej, która oddała całą stronę pisma na recenzję Sztafety oszczerców.
Edmund Neustein, właściciel telawiwskiej księgarni, odmówił sprzedawania u siebie jej książki. Wiera twierdzi, że napisał do niej pełen wściekłości list, w którym zabronił wymieniania swego nazwiska w kontekście tej publikacji.(…)”
[Agata Tuszyńska „Oskarżona: Wiera Gran” 2010]

A książką Wery Gran nie jest słaba literacko i jako dzieło sztuki broni się właśnie tą namiętnością przezwyciężania złego losu i złej sławy. Spowiedź Wiery Gran, która w czasach nikczemności i pogardy próbuje, rzucając oskarżenia na współdzielących okropny los, zbudować jakiś wewnętrzny, logiczny sens tego, co ją spotkało. Jest bardziej dziecięco bezbronna, niż ktoś, kto w jest świadomy sytuacji, w której się znalazł. To przejmujące studium losu Żydówki ocalałej z warszawskiego getta, jest literacko wartościowe właśnie poprzez otwarcie się i rozmowę. Narracja Wiery Gran, jeśli nawet jest pełna nieznanych jej faktów i wynikłych z tego przemilczeń i niedookreśleń, stanowi jednak jedność z opisywanym czasem. Cokolwiek Agata Tuszyńska włożyła jeszcze w swoją książkę, trzonem jest ta, wchłonięta w nią narracja, spisana ręką Wiery Gran, Żydówki ocalonej z łapanki, z obozu, z obcowania z konającymi z głodu i chorób na ulicy dziećmi, maltretowanymi i rozstrzeliwanymi w żydowskim getcie. Świadek płonącego getta, które oglądała, ku uciesze sąsiadki, jako przefarbowana polska doktorowa w Babicach:

„(…)19 kwietnia rano, wyrwało mnie z głębokiego snu gwałtowne pukanie. Na pewno przyszli po doktora; Kazio został na noc w szpitalu, by rano spotkać się z Marylę. Nieuprzejma, jak zwykle, odburknęłam przez drzwi, że doktora nie ma. Ale z drugiej strony, natarczywy, wesolutki głos domagał się bym otworzyła: „To ja, Dobrzańska”. Odwarknęłam: „pani wie, że mnie nie wolno budzić, mleko trzeba zostawiać pode drzwiami. Co to za jakieś nowe zwyczaje?” A ona swoje: „Bo pani dochtorowej mam coś ważnego do powiedzenia”.
Otwieram. Dobrzańska ma wypieki na twarzy, pałający wzrok, szeroki uśmiech; każe mi popatrzeć przez okno „Pani dochtorowa, toż to nawet od nas, z Babic widać ten dym. Żydy się smażą!(…)”
[Wiera Gran „Sztafeta oszczerców: autobiografia śpiewaczki” (1980)]

Nikt nie wyjął, do końca jej dni długiego życia z oka Very „szkła boleści”, ten obraz nosiła wszędzie ze sobą, już do końca zaszczuta, szykanowana, z nigdy niekończącym się syndromem człowieka, któremu ocalenie się nie należało, a która przeżyła stratę małego synka, matki i sióstr:

„(…)Mamę wywieziono w czasie selekcji 8 września! W gettcie zostały Hela i Maryla. Wręczył mi gryps od Maryli, pisany na bibułce od papierosa. W paru słowach podana tragedia! Długo chorowałam.(…)”
[Wiera Gran „Sztafeta oszczerców: autobiografia śpiewaczki” (1980)]

I jest żywot Wiery Gran nieocenionym studium międzyludzkich zachowań, ma coś z brudu religijnej anatemy, z rytu kozła ofiarnego, z wszystkiego, co najgorszego się może zdarzyć wspólnocie międzyludzkiej, kiedy wypędza się człowieka, mówi się mu, że jest nieczysty, bo świadkował obrazom piekła, którego ludzkim oczom za życia nie wolno oglądać. Jest w tym całym zdarzeniu przypowieść o człowieku, który wyszedł z piekła, a nikt nie chce pogodzić się z myślą, że tak wygląda piekło na ziemi. Oczy Wiery Gran przelewają na papier obrazy, Wiera Gran zadaje gwałt sobie oglądając je powtórnie przy pisaniu książki. Wiera Gran przezwycięża artystycznie samą siebie zamieniając swoje ja na ciąg liter, na opowieść, która przemówi nie obrazem, ale właśnie tekstem, słowem, które ocala z każdej zagłady.

I tak bym chciała, by książkę Wiery Gran wydało polskie wydawnictwo powtórnie, tym razem opatrzone przypisami, wszechstronnymi badaniami zebranymi z całego świata, danymi, których zebranie przy dzisiejszych możliwościach komputerowych jest realne. Tak bym chciała, by dzieło Wiery Gran było nią samą, a nie opowieścią o niej tych, którzy ją nawet po śmierci próbują zabić i zawłaszczyć jej ból i cierpienie.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , | 11 komentarzy

Nagroda im. Jacka Bierezina Ryszard Będkowski “Gorzkie jezioro” (2006)

Wiadomo, że bez czytelnika głos poetycki sensu nie ma, dlatego chcę ten sens przywrócić i czytam, czytam, czytam!
I czytając te wiersze, mam wrażenie, jakby pod pozorem pisania dla siebie poeta pisał tylko i wyłącznie dla czytelnika. Nieprzezwyciężona do końca tomiku chęć zaimponowania czytelnikowi skazuje te wiersze natychmiast na rolę uzurpacyjną i natrętną, na popis pusty i potrzebny tylko nadawcy, który mu wmawia, że robi to (pisze wiersze) tylko dla niego. I jest tutaj Będkowski tylko małym dzieckiem, którego utrudzeni rodzice próbują nauczyć sikać do nocnika i on wreszcie wcelowuje we wskazane miejsce i patrzy triumfująco na nich, rozgląda się dumnie i oczekuje aplauzu. Popełniając utwór „Głębokie jezioro”. Ryszard Będkowski doczekał się „Berezina” i kilku innych równie wdzięcznych aplauzów, ale jego poezja nie stała się nigdy poezją. Jak to jest, że poeta tak gorliwie przywołuje obrazy dzieciństwa, składa te porozrzucane w pamięci okruchy i nic z tego głębokiego jeziora pamięci nie wydobywa? Jak kamień w wodę! Dlatego musi symulować odnajdywanie, udawać, że znalazł, że to poetyckie nurkowanie zakończyło się sukcesem, bo jak to wracać stamtąd z niczym.
A jednak ja, czytelnik Będkowskiego, zapewne jeden z wielu, jaki pewnie mu się przydarzył, ja, tak samo jak on, jednostka przeżywająca i czująca, nie łączę się w żaden sposób z poetyckim obrazowaniem Będkowskiego. Miałam nadzieję, że jestem czytelnikiem wymarzonym. Znam Sosnowiec pół wieku, moja przyjaciółka szkolna mieszkała w Sosnowcu, często u niej byłam, przez miasto przejeżdżam co i rusz, i znam je niemal na wylot. I wiem z całą pewnością, że to nie Sosnowiec jest wewnętrznym miastem Będkowskiego. Więc co? Galeria postaci z najbliższej rodziny narratora powołana w wierszach – siostra, matka, ojciec, babka, wujek? Ale oni są w takiej samej sytuacji klakiera, jak czytelnik:

„(…)zgromadzenie chmur obserwujących popisy
niejakiego Ryszarda Będkowskiego,(…)”
[List z tamtego świata]

Ta nieprzezwyciężona do końca tomiku świadomość indywidualności narratora pragnąca jedynie skupić uwagę na lirycznym „ja”, nie powie już nam nic więcej. Przejdziemy karnie z narratorem przez wszystkie kręgi poetyckiego piekła, by wyjść rozczarowani tym pokazem, tą obiecanką cacanką, tym dzieciństwem nie wartym poetyckiego zachodu ani wschodu. Wiadomo, że Sosnowiec w radosnej twórczości urbanistycznej Pierwszy sekretarz KC PZPR Edward Gierek zrównał z ziemią wznosząc na tym miejscu twardy i bezwzględny, lecz przemijający beton, ale to nie beton ma być materią poetycką, a słowo, które, jak pamiętamy z Biblii, było i będzie:

„(…)to stało się zanim jeszcze przestałem ssać księżyc.
wujek Tadek, po raz pierwszy w życiu, przemówił,
kiedy babcia, zębami, wyciągnęła mu igłę z pośladka.(…)”
[Przystanek Pekin]

I tak dryfuje poetyckie „ja”, ani nie szlakiem chagallowskim, ani nie schultzowskim, a ni nie proustowskim, a ni nie tym nowoczesnym, postmodernistycznym, czy dekonstrukcyjnym. Cały czas mamy do czynienia z tak zwanym poetyzowaniem, gdy poeta idzie sobie wzdłuż Czarnej Przemszy, syf na ulicach jak to u nas na Śląsku, wszystko rdzewieje, odpada, postindustrialnie zdycha i marnieje, a tu poeta nagle przystaje w zachwycie, w zachłyśnięciu swoja iluminacją i rodzi taki słowotok:

„nic mnie tutaj nie trzyma, może tylko ta rzeka,
Czarna Przemsza Madonna, tym bardziej że milcząca
jak wypełnione cieniem drzewo, które kiedyś
musiało utrzymać ciężar powieszonych Żydów
wędrówki na pobliski cmentarz, żeby oswoić się z myślą.
ktoś jeszcze tka wystrzępione losy?(…)”
[Sosnowiec]

I idzie na ten cmentarz i widzi, że owszem, tka, ale tka Poeta, on jest Poeta on musi tkać, bo nikt za niego tkać nie będzie. On jest winien tej poetyckiej ofiary temu miastu, tych strof, które mają tak samo nieważną dla jego wspólnoty, dla całej Poezji wartość, jak ten mocz, oddany triumfująco do nocnika:

„(…)wujek
Heniek rozkręca kłęby drutu, babcia Bronia odświeża chleb
na parze. ciche zajęcia. wujek Wacek niesie łby królicze,
jeszcze żywe, żują. dziadek Marian rozkłada przestrzenne szkice
na heblowanych deskach, babcia smaży omlety, przywierają
do rozgrzanych cegieł. lato przyszło zupełnie nie w porę.
wujek Tadek trzyma mnie na kolanach. potem, długo,
z twarzą przekreśloną uśmiechem, rozpowiada bajki.
o moim śnie, w którym wszyscy nadal żyją.”
[Magnetyczne centra cmentarzy]

A przecież wejście w fazę kontrolowania wydalania nie jest równe wejściu w budowanie światów równoległych, których bohaterowie są identyczni z tymi, z jakimi poeta obcował w swoim życiu, ale jednak przynależni już nie jego światu. Defekacja poetycka nie może być jedynie utrafieniem w odpowiedni moment dla wykonania tej czynności. Musi przejść fazę twórczości, czyli coś jeszcze innego, niż bliska ludzkiemu ciału fizjologia.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , | 13 komentarzy

“CUBA” str. 78

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

MARZEC 68

W liceum zwołano całą szkołę i nasz profesor od historii zwany Goofym na wywieszonej na drabinkach sali gimnastycznej mapie świata bambusowym patykiem wszystkim uczniom pokazał, gdzie leży państwo Izrael i w jaki sposób doszło do syjonistycznej, imperialistycznej inwazji. Bogdan od razu powiedział, że teraz żydkom się nie uda i będą mieli za swoje. Ale to był wyjątek. Większość uczniów szkoły była niezainteresowana. Każde takie spędy szkole powodowane nadzwyczajnymi wydarzeniami, jak apele z udziałem dyrektora, były mimo wszystko zawsze tylko złamaniem codziennej nudy. Toteż nikt nie zwrócił najmniejszej uwagi na bredzenia Goofiego, który na lekcjach zazwyczaj spał, albo dłubał w ogromnym nosie i nigdy nie docierał z programem szkolnym do Powstania Warszawskiego udając, że nie zdążył. Każdy kolejny rok szkolny maturzystów kończył w okolicy pierwszej wojny światowej. Potem na ulicy Warszawskiej – a nasza szkoła była na jej przedłużeniu i żeby wrócić do domu, do dworca PKP trzeba było przez nią przejść – zaczęło się pałowanie przechodniów. Brat był już studentem na katowickiej Fili Uniwersytetu Jagiellońskiego – który w kilka miesięcy po wypadkach marcowych zamieniono na Uniwersytet Śląski – i wraz z Edkiem, przyjacielem z podwórka poszli na demonstracje z uczelni na Plac Wolności.

Ale, kiedy teraz czytam tajne raporty tych wydarzeń na sieciowych stronach IPN-u, studencki bunt był w naszym regionie według statystyk, minimalny. Z raportów wynika, że tylko Gliwice, Katowice, Częstochowa i Bielsko Biała zdecydowały się na nieznaczne rozruchy zainicjowane „wichrzycielami” w Warszawie natychmiast opanowane przez Służby Bezpieczeństwa. I ilość zatrzymanych, wykluczonych, prowodyrów rozsiewających ulotki, zazwyczaj nie przekracza liczby 10. Raporty donoszą o skargach studentów na bezceremonialne wtargnięcie do akademików w Ligocie funkcjonariuszy MO, ale wszystko jest pod kontrolą, zaleca się zwiększyć ilość donosicieli i obserwatorów, baczne rejestrowanie kontaktów studentów śląskich ze studentami Krakowa, Warszawy i Wrocławia.

Ciekawa tam jest ocena sytuacji np. śląskich intelektualistów:

„(…) Z nielicznego katowickiego środowiska literackiego z wrogiej opozycyjnej działalności znany jest tylko jeden literat W. PONIATOWSKI, który jest związany z literatami warszawskimi i krakowskimi. Nabyte i zasłyszane wiadomości stara się umiejętnie i w perfidny sposób rozpowszechniać w swoim otoczeniu. Takie wypowiedzi miały też miejsce z jego strony w okresie ostatnich zajść. Lansował on powiedzenie “literaci do pióra, a nie do polityki”. Ze strony dziennikarzy w zasadzie za nielicznymi wypadkami nie stwierdzono wrogiej działalności. Zanotowano tylko nieodpowiednie wypowiedzi ze strony redaktora Zbigniewa DOBROWOLSKIEGO /redakcja “Sportu”/, którego syn – student U.W. brał udział w zajściach na terenie Warszawy, a który to na podstawie naszej informacji został wykluczony z szeregów PZPR i zwolniony z pracy.(…)

czy księży: „(…) Postawę kleru katolickiego zarówno na szczeblu kurii jak i dołowego cechowała przez cały okres bierność. W początkowym okresie bardzo uważnie śledzili oni rozwój wypadków, jednak żadnych komentarzy, zaleceń ani wypowiedzi pobudzających nie notowaliśmy. W dyskusjach między sobą ubolewali jedynie nad brakiem haseł religijnych w rezolucjach i odezwach studenckich. Z wielkim zainteresowaniem oczekiwali na wystąpienie tow. Gomułki, z którym dokładnie zapoznali się. W ocenie tego przemówienia byli zgodni, że było to jedno z lepszych wystąpień. Treść przemówienia była komunikatywna, trafna taktycznie i przemyślana. Społeczeństwu, a zwłaszcza studentom wyjaśniła dostatecznie to, co wyjaśnić należało. Znając psychikę studentów i robotników liczono, że po wystąpieniu ekscesy studenckie ustaną, natomiast robotnicy w pełni poprą politykę kierownictwa partyjnego. W miarę upływu czasu ostatnie wydarzenia poddawane były coraz wnikliwszej i głębszej analizie, szczególnie biskupi i kurialiści starali się wyciągnąć wnioski na przyszłość oraz ustalić miejsce kościoła. W wywodach swych dochodzili do wniosku, że cały czas obserwowany ruch jest w swoim podłożu antysocjalistyczny i podobnie jak w CSRS prowadzi chociażby do stopniowej desocjalizacji pod pozornie socjalistycznymi hasłami. Ich zdaniem księża nie powinni być przeciwni takiemu ruchowi, jednak włączanie się do niego na obecnym etapie uważają za szkodliwe, gdyż siły socjalistyczne w chwili obecnej są jeszcze za potężne i należy czekać na bardziej odpowiedni moment. Nawet list pasterski Episkopatu oraz list Wyszyńskiego do Prezesa Rady Ministrów uważają za przedwczesny. Z zaistniałej sytuacji wyciągają również wniosek, że praca duszpasterstwa akademickiego będzie obecnie o wiele skuteczniejsza, gdyż młodzież zacznie szukać większej opieki w kościele, nabierze większego zaufania do księży i stanie się podatniejsza do pracy duszpasterskiej, natomiast duszpasterze będą mogli optymistyczniej spojrzeć na swoją pracę.(…)”
[Tajne INFORMACJA DOT. SYTUACJI OPERACYJNO-POLITYCZNEJ W ZWIĄZKU Z WYSTĄPIENIAMI STUDENTÓW NA TERENIE WOJEWÓDZTWA
Z-ca Naczelnika Wydz. III mjr H. Sikora] 

Na Politechnice Śląskiej w Gliwicach, na zebraniu Rady Uczelnianej, pytano o wydarzenia w Warszawie z 11 marca 1968: „(…) Na pytania, dlaczego nastąpiła interwencja MO przy pomocy pałek i psów-nikt nie odpowiedzi. Jedynie prof. dr inż. T. Zagajewski skrytykował uczestników marszu ulicznego z dnia 11 marca b.r. i oświadczył, że każdy ze studentów biorących w nim udział odpowiada za swoje czyny.(…)”
[NOTKA SŁUŻBOWA Katowice, dnia 19 kwietnia 1968 r. ppłk inż. JANOSZEK ]

Zaszufladkowano do kategorii 1968, lustro | Otagowano , | Dodaj komentarz

“CUBA” str. 77

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz