Nagroda im. Jacka Bierezina Andrzej Rathai „Przygody podmiotu” (2000)

Nie udało mi się dotrzeć do żadnej innej twórczości literackiej laureata sprzed dekady tak prestiżowego w Polsce konkursu, dlatego muszę postąpić tak jak jury, które oceniło zestaw wierszy ukryty pod godłem, czyli jedynie tekst reprezentował nieznanego nikomu autora. Jest to jeden z gatunków zapisu lirycznego zakamuflowanego na tyle, że każdy prezydent wręczający kolejne nagrody (a tak zachował się Prezydent Gdyni, nagradzając poetę dwa lata później), asekurancko przyzna, że wierszy nie rozumie, ale ceni. Jak widać, nie potrzeba w tej chwili już żadnych masek maga, przebrań w uniform poety, wystarczy jedynie wygrać konkurs, by nim się niekwestionowalnie stać. Nie mogę jednak tutaj napisać o braku poezji w zestawie wierszy u Rathaia . Laureat nie podejmuje wprawdzie żadnych problemów toczących jego epokę, jego pokolenie, poprzestaje jedynie na ornamencie i to z założenia brzydkim, by się nie wydawało, że mu na nim zależy. Słowem, Laureat postępuje z czytelnikiem tak, jak rodzice, którzy pomagają w lekcjach swojemu dziecku nie zadając sobie trudu, by się przynajmniej na tym minimalnym szkolnym poziomie podszkolić. Wybierają więc tajemniczą minę i stwarzają pozór, że coś się w tym procesie nauczania wytwarza. Ale Andrzej Rathai daje mimo wszystko coś wartościowego w obszarze, nazwałabym go nihilizmem lirycznym na własny użytek. Dokumentuje autodestrukcję melancholijnie i tym różni się przynajmniej od postaci z „Tanga” Mrożka, że tumiwisizm jest indywidualny, a nie społeczny. To tylko Podmiot Liryczny, którego jak Wojaczka, nie ma, bo nie ma poezji, bo z „nie ma”, nie da się nic uformować. Nicość nie jest buddyjska, nie jest z Mallarmego, nie jest z żadnego modernisty, czy postmodernisty. Nicość tutaj jest abnegacją z gatunku depresji, na którą nie działa żadna terapia, tylko farmakologia, a wiadomo, narkotyki, dopalacze, alkohol nie zrodzą niczego, jeśli w podmiocie nie ma nic. Dlatego „Przygoda przedmiotów” to też walka podmiotu z przedmiotem. Przedmioty w wierszach nie podmiotowieją, podmioty nie zamieniają się w przedmioty. Nie jest to więc opowieść o alienacji, ponieważ osobność bohaterów tych wierszy nie rokuje spotkań, ani metamorfoz. Raczej cały czas mamy z konstatacją, że coś nie finalizuje się, coś umyka i marnieje. Ten czas dokonany jest też pusty i też nie podlega klasyfikacji, ponieważ sam się unieważnia. I dobry byłby taki stan zawieszenia egzystencjalnego, gdyby Rathai ten stan jednak przezwyciężył, bo poezja to witalność nawet w beznadziei. Bo poezja to jednak zawsze prokreacja, a nie tylko onanizm, jaki przydarza się przedmiotom w „Przygodach przedmiotów”. By zrodzić wiersz, artysta musi przejść wszystkie fazy poczęcia. W tym zestawie autor zatrzymuje się na fazie prenatalnej i zastanawia się, patrząc na wyniki badań, czy urodzić monstrum, czy dokonać aborcji. Te wiesze są takie przedaborcyjne, do porodu nie dochodzi. Nie dziwię się, bo pejzażem wewnętrznym Andrzeja Rathaia jest Górny Śląsk i te rzygawiczne stany, jakie odebrałam w wierszach są mi naprawdę bardzo bliskie, tak tu jest, i bardzo chciałabym o tych wierszach napisać entuzjastycznie, jak o moim intymnym sentymencie patrioty lokalnego. Ale nie napiszę, bo czekam na transgresję u poety Andrzeja Rathaia, na przezwyciężenie, na poród. Na pojawienie się Podmiotu Lirycznego:

„(…)jeżeli
szukasz faceta z tego wiersza, to on się nazywa Podmiot
Liryczny i już tu nie mieszka. (…)”
[w drzwiach]

W opisie dobrze znanego mi miasta śląskiego – podobno największego w Europie – domy wchodzą w przygodę seksualną, stają się jednym wielkim (pewnie ze względu na długość ciągnących się Rud, połączonych w jedno miasto) męskim organem płciowym:

„gdzieś w gdzieś w najlepszym ze światów.
dzielnica domów z odsuniętymi
napletkami tynku – brunatna cegła zdradza
onanistyczną
skłonność do burzy z rozkładówką odległego pożaru, (…)”
[Ruda Śląska porno]

Niestety jest to jeden z nielicznych wierszy intrygujących czytelnika, bo nawet jakby przy tej lekturze już zdążył zasnąć, to temat seksu natychmiast go obudzi i zaciekawi. W innych wierszach, a tych jest zdecydowana większość przedmioty przeżywają swoje przygody w sposób pospolity i tuzinkowy, byle jak i od niechcenia. I taki stan, jak każdy ludzki stan, jest godzien dokumentacji lirycznej, ale by stał się życiem, w jego żyły poeta musi wpuścić życiodajny ogień, musi zostać ożywiony. Przynajmniej tak jak swój artefakt ożywił doktor Farankensztajn, lub uczeń na lekcji biologii, który żabę potraktował prądem.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , | 29 komentarzy

“CUBA” str. 76

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

Yoani Sánchez „Cuba libre: notatki z Hawany” (2010)

Jak czytam codziennie blog Yoani Sánchez to tak, jakbym wchodziła w fikcję „Brunatnej Rapsodii” Otto Basila, „Człowieka z Wysokiego Zamku” Philipa K. Dicka, czy „Lodu” Jacka Dukaja. Słowem, zastanawiam się niezmiennie, co by było… gdyby..? Co by było, gdyby reżim komunistyczny trwał w Polsce po dziś dzień, jak trwa niezmiennie na Kubie?
Yoani jest w wieku mojego starszego syna, któremu tak jak jej rodzice, nadałam egzotyczne imię, bo jak pisze Yoani, rodzicom zrodzonym w państwie totalitarnym odebrano wszystko, niczym już nie dysponowali, tylko taką słowną oryginalnością:

„(…)Chrzczę moje nowe miejsce oczyszczenia imieniem Generación Y (Pokolenie Y). Mój blog jest zainspirowany Kubańczykami, którzy – podobnie jak ja – urodzili się w latach siedemdziesiątych albo osiemdziesiątych i których życie upłynęło pod znakiem radzieckich lalek, nielegalnych wyjazdów, frustracji, a przede wszystkim tymi, których imiona zaczynają się albo zawierają literę „igrek”. W tamtych dekadach, kiedy wszystko było objęte kontrolą, jedyna wolność polegała na możliwości decydowania, jak nazwać własne dziecko. Dlatego nasi rodzice pod wszystkimi innymi względami zuniformizowani, ubrani w takie same spodnie i koszule z reglamentowanego rynku -odreagowywali, nadając nam egzotyczne imiona.(…)”.

Książka jest pogrupowanymi tematycznie notkami blogowymi, są wyborem nie chronologicznym. Z tego tekstu-rzeki wyłania się obraz autorki, czyli człowieka zniewolonego dwudziestopierwszowiecznymi blokadami, gdy zdobycze techniczne dzisiejszej cywilizacji są nieosiągalne i celowo ograniczane, lub udostępniane jedynie wąskiej kaście służalców reżimu. Państwo powoduje karlenie swojego narodu poprzez ograniczanie rozwoju utalentowanych obywateli. Yoani Sánchez nie kreuje świata, w którym losowo żyje, stara się z precyzją naukowca obserwować swoją codzienność, a z tej, niczym pod mikroskopem, próbki egzystencji, którą jest ona sama, internauci na całym świecie odbierają jej właściwy wygląd.
Fenomenem jest w dzisiejszych czasach jej sieciowy blog, pisany bez patosu, mimochodem, jak oddychanie, jak bicie serca. W sposób naturalny notuje swoje spostrzeżenia, a wybór blogerki Yoani spośród wielości zdarzeń nie jest nawet trudny, bo tak naprawdę, to na wyspie nic się nie dzieje. Życie jest gdzieś indziej, naprawdę żyje banda urzędników, ludzi reżimu, natomiast cała uwięziona wyspa, większość Kubańczyków, jedynie wegetuje zaabsorbowana zdobywaniem w kolejkach sklepowych żywności. Nawet nie tak barwnie, jak pokazał Pedro Gutierrez w „Brudnej trylogii o Hawanie” – nie tak sprytnie i nie tak nieskutecznie. Yoani pisze o skuteczności życia na Kubie, o tym, czym okupiona jest ta skuteczność i jakiej wielkości jest zmarnowana energia narodu w czasach pokoju, w których na świat przyszli jej rodzice i jej rówieśnicy i w jakich przyszło żyć jej synowi. Blog jest o wynaturzeniu życia, o odarciu go z jego możliwości poprzez nieprzezwyciężalne okoliczności zewnętrzne.
Książka jest też o sile Internetu, o tym, że sam zapis kubańskiej codzienności jest już protestem i przywracaniem godności mieszkańcom Kuby.
Ta, jakby powiedział Haszek, „Historia Partii Umiarkowanego Postępu w Granicach Prawa” o tyle różni się od ubiegłowiecznych protestów wolnych duchowo jednostek, że teraz jednostkowy bunt Internetowy pozwala na działalność zgodnie z prawem bez formowania struktur opozycyjnych, bez knowania i ukrywania się. Role się zmieniły. To reżim Fidela Castro się ukrywa w sieci szpiegów, tajnej policji, inwigilacji, kosztownych więzień i obozów karnych, w pozbawianiu ludzi pracy w ich wyuczonych zwodach, skazywanie ich na prace przynoszące jedynie pieniądze na przeżycie. Jeśli np. blog Yoani Sánchez doniesie tylko, że na wyspie nie ma papieru toaletowego to od razu wszyscy wiedzą, dlaczego ustawiają się z rana kolejki po zakup codziennej reżimowej prasy, której nikt nie czyta, nawet w toaletach, bo te też powoli zanikają. Napisze, dlaczego wyłączają fonię w domowych telewizorach, które donoszą o nadprodukcji ziemniaków, a tych nie sposób kupić. Dlaczego będąc zaziębiona, autorka bloga nie może kupić limonki, której krzaki na wyspie zawsze rosły na skwerach jak chwasty, a ziemia kubańska jest tak urodzajna że wydaje plony kilka razy w ciągu roku.
To nie blogerka pyta „dlaczego”; ona przedstawia pewne sytuacje, z którymi radzą sobie tylko ci, o których Fidel Castro w przemówieniach swoich mówi, że są przyszłością tego narodu. Blogerka Yoani nie uważa, że banda donosicieli, fałszywych artystów produkujących jedynie polityczną propagandę może być przyszłością czegokolwiek. Yoani wie, że karawana idzie dalej, że idzie już trzecie pokolenie w obecności tego samego comandante i jego rodziny, i że psy szczekają na różne sposoby. Ona szczeka na swój specyficzny, zrównoważony sposób.
Ale jest jeszcze inny aspekt bloga Yoani Sánchez. Mimo obcości kultury najeźdźcy, organicznym wręcz jej odrzuceniem przez naród kubański, pozostaje na wyspie jak nieusuwalna woń starca, pewna przypadłość, którą symbolizują radzieckie, niezniszczalne, energochłonne przedmioty, jak radziecka pralka. To zapowiedź tych ran, które, jak runie system, będzie trudno leczyć i być może, że nie zabliźnią się nigdy:

„(…) W tym czasie nie miałam jeszcze piętnastu lat i moje wspomnienia dotyczą raczej wrażeń. Pamiętam cukierki i żywność kupowaną na czarnym rynku, prowadzonym przez żony radzieckich mechaników. Nie nazywaliśmy ich Rosjanami, ani tym bardziej „towarzyszami”, dla nas byli los bolos: pokraczni, nieokrzesani, jak kawałki nieurobionej gliny, masywni i pozbawieni wdzięku, potrafiący skonstruować maszyny do prania zużywające cały przydział prądu na dom, ale które w licznych kubańskich domach działają do dziś.
Wielu z naszych rodziców kiedyś studiowało albo pracowało w ZSRR, ale my nie znaliśmy barszczu ani nie smakowała nam wódka, więc wszystko, co „radzieckie”, wydawało się nam niemodne, surowe i przedpotopowe. Trzymała nas z daleka od nich absolutna władza, jaką widzieliśmy w ich gestach, zawoalowane ostrzeżenie, że to oni utrzymywali nasz karaibski „raj”.
Taką mieszankę strachu i kpiny, jaką wywoływał widok los bolos, odczuwamy do dzisiaj. Jeżeli jakiś turysta spacerujący po mieście nie chce być nagabywany przez namolnych sprzedawców cygar, rumu i seksu, musi jedynie wymamrotać coś podobnego do „tawariszcz” albo „nie panimaju”, żeby przestraszony handlarz się ulotnił.
(…)”
[wspomnienie po los bolos (05.06.2008) przeł. Joanna Wachowiak-Finlaison]
* Los bolos – kręgle; pogardliwe określenie Rosjan na Kubie.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , | 29 komentarzy

“CUBA” str. 75

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

José Lezama Lima „Esperar La Ausiencia” z hiszpańskiego przetłumaczyła Ewa Bieńczycka

José Lezama Lima „Oczekując nieobecności”

Pośrodku tkwić nocy
w oczekiwaniu na wizytę
i wiedząc że nie przyjdzie nikt,
to widzieć wolne krzesła wędrowanie
od lampy oddalanie uporczywe.

Czuje się bardziej drewna bliskość
w monotonnym krzesła poruszaniu
zapadasz się w nim kuląc się, kurczysz kości,
próbując udać że cię nie ma dla tych gości
którzy mają tu przywędrować.

Rozżarzone cygara zastąpią
Oczy tych, którzy nie przywędrują.

Najlepiej położyć chusteczkę
na popielniczce by nie można było zobaczyć
jej kryształowego dna,
ciętych zębów krawędzi,
kolorów przywołujących twe palce
wstrząsające naturą opuszczenia
w napięciu wnętrzności.

Wizyta to raczej nicość
w objęciach takiej chusteczki,
jak w trakcie deszczowej ulewy
dla uszu oddalonych,
wyskoczyć z popielniczki,
przygotowując wieczność
unieśmiertelnianym śladom ich kroków
pochłaniając widok bezmiaru kupy liści
które tak żarząc się na wazonie
własności mej babci,
uciekają z popielniczki.

José Lezama Lima „Esperar La Ausiencia”

Estar en la noche
esperando una visita,
o no esperando nada
y ver cómo el sillón lentamente
va avanzando hasta alejarse de la lámpara.

Sentirse más adherido a la madera
mientras el movimiento del sillón
va inquietando los huesos escondidos,
como si quisiéramos que no fueran vistos
por aquellos que van a llegar.

Los cigarros van reemplazando
los ojos de los que no van a llegar.

Colocamos el pañuelo
sobre el cenicero para que no se vea
el fondo de su cristal,
los dientes de sus bordes,
los colores que imitan sus dedos
sacudiendo la ausencia y la presencia
en las entrañas que van a ser sopladas.

La visita o la nada
cubiertas por el pañuelo,
como el llegar de la lluvia
para oídos lejanos,
saltan del cenicero,
preparando la eternidad
de sus pisadas o se organizan
inclinándose sobre un montón de hojas
que chisporrotean sobre el jarrón
de la abuela,
huyendo del cenicero.

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Otagowano , | 5 komentarzy

“CUBA” str. 74

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | 5 komentarzy

“CUBA” str. 73

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

“CUBA” str. 72

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz