Nie udało mi się dotrzeć do żadnej innej twórczości literackiej laureata sprzed dekady tak prestiżowego w Polsce konkursu, dlatego muszę postąpić tak jak jury, które oceniło zestaw wierszy ukryty pod godłem, czyli jedynie tekst reprezentował nieznanego nikomu autora. Jest to jeden z gatunków zapisu lirycznego zakamuflowanego na tyle, że każdy prezydent wręczający kolejne nagrody (a tak zachował się Prezydent Gdyni, nagradzając poetę dwa lata później), asekurancko przyzna, że wierszy nie rozumie, ale ceni. Jak widać, nie potrzeba w tej chwili już żadnych masek maga, przebrań w uniform poety, wystarczy jedynie wygrać konkurs, by nim się niekwestionowalnie stać. Nie mogę jednak tutaj napisać o braku poezji w zestawie wierszy u Rathaia . Laureat nie podejmuje wprawdzie żadnych problemów toczących jego epokę, jego pokolenie, poprzestaje jedynie na ornamencie i to z założenia brzydkim, by się nie wydawało, że mu na nim zależy. Słowem, Laureat postępuje z czytelnikiem tak, jak rodzice, którzy pomagają w lekcjach swojemu dziecku nie zadając sobie trudu, by się przynajmniej na tym minimalnym szkolnym poziomie podszkolić. Wybierają więc tajemniczą minę i stwarzają pozór, że coś się w tym procesie nauczania wytwarza. Ale Andrzej Rathai daje mimo wszystko coś wartościowego w obszarze, nazwałabym go nihilizmem lirycznym na własny użytek. Dokumentuje autodestrukcję melancholijnie i tym różni się przynajmniej od postaci z „Tanga” Mrożka, że tumiwisizm jest indywidualny, a nie społeczny. To tylko Podmiot Liryczny, którego jak Wojaczka, nie ma, bo nie ma poezji, bo z „nie ma”, nie da się nic uformować. Nicość nie jest buddyjska, nie jest z Mallarmego, nie jest z żadnego modernisty, czy postmodernisty. Nicość tutaj jest abnegacją z gatunku depresji, na którą nie działa żadna terapia, tylko farmakologia, a wiadomo, narkotyki, dopalacze, alkohol nie zrodzą niczego, jeśli w podmiocie nie ma nic. Dlatego „Przygoda przedmiotów” to też walka podmiotu z przedmiotem. Przedmioty w wierszach nie podmiotowieją, podmioty nie zamieniają się w przedmioty. Nie jest to więc opowieść o alienacji, ponieważ osobność bohaterów tych wierszy nie rokuje spotkań, ani metamorfoz. Raczej cały czas mamy z konstatacją, że coś nie finalizuje się, coś umyka i marnieje. Ten czas dokonany jest też pusty i też nie podlega klasyfikacji, ponieważ sam się unieważnia. I dobry byłby taki stan zawieszenia egzystencjalnego, gdyby Rathai ten stan jednak przezwyciężył, bo poezja to witalność nawet w beznadziei. Bo poezja to jednak zawsze prokreacja, a nie tylko onanizm, jaki przydarza się przedmiotom w „Przygodach przedmiotów”. By zrodzić wiersz, artysta musi przejść wszystkie fazy poczęcia. W tym zestawie autor zatrzymuje się na fazie prenatalnej i zastanawia się, patrząc na wyniki badań, czy urodzić monstrum, czy dokonać aborcji. Te wiesze są takie przedaborcyjne, do porodu nie dochodzi. Nie dziwię się, bo pejzażem wewnętrznym Andrzeja Rathaia jest Górny Śląsk i te rzygawiczne stany, jakie odebrałam w wierszach są mi naprawdę bardzo bliskie, tak tu jest, i bardzo chciałabym o tych wierszach napisać entuzjastycznie, jak o moim intymnym sentymencie patrioty lokalnego. Ale nie napiszę, bo czekam na transgresję u poety Andrzeja Rathaia, na przezwyciężenie, na poród. Na pojawienie się Podmiotu Lirycznego:
„(…)jeżeli
szukasz faceta z tego wiersza, to on się nazywa Podmiot
Liryczny i już tu nie mieszka. (…)”
[w drzwiach]
W opisie dobrze znanego mi miasta śląskiego – podobno największego w Europie – domy wchodzą w przygodę seksualną, stają się jednym wielkim (pewnie ze względu na długość ciągnących się Rud, połączonych w jedno miasto) męskim organem płciowym:
„gdzieś w gdzieś w najlepszym ze światów.
dzielnica domów z odsuniętymi
napletkami tynku – brunatna cegła zdradza
onanistyczną
skłonność do burzy z rozkładówką odległego pożaru, (…)”
[Ruda Śląska porno]
Niestety jest to jeden z nielicznych wierszy intrygujących czytelnika, bo nawet jakby przy tej lekturze już zdążył zasnąć, to temat seksu natychmiast go obudzi i zaciekawi. W innych wierszach, a tych jest zdecydowana większość przedmioty przeżywają swoje przygody w sposób pospolity i tuzinkowy, byle jak i od niechcenia. I taki stan, jak każdy ludzki stan, jest godzien dokumentacji lirycznej, ale by stał się życiem, w jego żyły poeta musi wpuścić życiodajny ogień, musi zostać ożywiony. Przynajmniej tak jak swój artefakt ożywił doktor Farankensztajn, lub uczeń na lekcji biologii, który żabę potraktował prądem.




