Jakub Rebelka, Grzegorz Janusz, Markus “Mawil” Witzel, Jacek Frąś, Sascha Hommer, Jan-Frederik Bandel, Andreas Michalke, Krzysztof Ostrowski, Agata “Endo” Nowicka, Patryk Mogilnicki, Monika Powalisz. “Chopin New Romantic”(2010)

Komis nie jest zjawiskiem nowym, przeciwnie, jest starym jak świat i pierwotnym. Ani nie przynależy pop kulturze, ani dzieciom, historie obrazkowe są i w korytarzach piramid i na kutych w kamieniu tympanonach katedr. Biblia obrazkowa zdobiąca kościoły zwana Biblią Pauperum czyli Biblią dla ubogich nie tylko duchem, ale i wykształceniem, pełniła kiedyś rolę edukacyjną.
Artysta posługujący się takim językiem dzisiaj nie jest zwolniony z zobowiązań wobec odbiorcy bez względu na to, czy wybierze formę kontestacji, fantazji, czy dokumentu. I tak traktuję komiks, jako wybór środka wyrazu przez artystę – nic więcej.
Jeśli grupa 11 artystów komiksu zabrała głos na temat celebracji roku szopenowskiego w dwustulecie urodzin polskiego geniusza, to nie uważam, że nie było w nim miejsca na oddanie mu należnego hołdu szczególnie, że żyje on właśnie w muzyce młodzieżowej przetwarzany jak Bach i Beethoven. Ale skoro ci artyści uznali, że nic takiego nie zachodzi, to warto przeanalizować, co w miejsce tego chcieli powiedzieć.
Jedynym w tym zestawie niezwykle trafnym komiksem jest „Skowyt na cześć Chopina z archiwów posttonalnej awangardy” niemieckich artystów Saschy Hommera i Jana-Frederika Bandela. Rzecz dzieje się w Paryżu 1843 roku, być może w styczniu, jak w kalendarium Chopina:

„20 stycznia. „La France Musicale” donosi o wielkim koncercie w salonach barona Rothschilda. Wzięli w nim udział czołowi śpiewacy Paryża: Giulia Grisi, Paulina Viardot, Giusseppe Mario i Luigi Lablache. „Następnie Chopin, pianista świata poezji, wykonał z p. Filtschem porywający koncert swojej kompozycji.”

Autorzy zakotwiczając akcję komiksu w czasie toczącą Europę chorobie nihilizmu jak u Dostojewskiego i Conrada. Buntownicy, anarchiści, wszelkiej maści poszukiwacze innego porządku świata są pokazani jako „przypadkowi melomani”, którzy pozyskali bilety na koncert Chopina na drodze chuligańskiego rozboju. W ich usta wstawiają filozoficzne dialogi podobne językowi „Szewców” Witkacego. Efekt komiczny jest piorunujący, ponieważ margines społeczny ma rację, natomiast konsekwencje tej racji są straszne.
Nie udało się podobnego efektu uzyskać w komiksie wprawdzie też ściśle łączącym się z biografią Chopina, jak po śmierci patrioci polscy pragnęli relikwie po geniuszu zawieźć do Polski. Nie udało się Monice Powalisz i Patrykowi Mogilnickiemu, ponieważ absurd kawałkowania ciała w dobie gloryfikowanych przez Olgę Tokaczuk muzeów preparowanych plastyfikatorami trupów, jest szyderstwem na tyle świętokradczym, że niewłaściwym. Czułość i konsolidacja paryska Polonii zasługuje w tym wypadku na najwyższy szacunek i nie widzę powodu, by akurat ten epizod z życia Chopina był tak bezlitośnie wydrwiony. Ale to tylko dwa komiksy, które właściwie według mnie tematycznie nawiązały do zadania domowego, jaki dostały od Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Reszta nie trzyma się nie tyle tematu, co zdrowego rozsądku.
Otwierający antologię komiks fantastyczny „Paryż 1936 Jakuba Rebelki i Grzegorza Janusza jest pozbawiony dowcipu, fantazji, jest ciężki i nic nie mówiący. Mógłby posłużyć każdemu życiorysowi i mija się kompletnie z założeniem komiksu, który ma coś wyrazić. Jest rodem z cyklu tytusowego, gdzie mnoży się różne pojazdy dla postępujących po sobie odcinków Tytusów, czyli maszyn dowolnie preparowanych i kompilowanych metodą zrób to sam, jak w serialach komercyjnych, gdzie chodzi jedynie o wypełnienie.
Autobiograficzny komiks o płytach kupionych na jarmarku Dominikańskim Markusa “Mawil” Witzela jest antyheroiczny, ale żeby wałczyć z heroizmem i romantyzmem, nie można być sentymentalnym. Rysunki podszywające się pod dziecięcy język plastyczny nigdy go nie przewyższą, jest on nie do podrobienia, dlatego komiks jest na poziomie imitacji wypowiedzi plastycznej, jak i imitacji uczuć, ponieważ polski rock z wyjątkiem Niemena nie osiągnął aż takich wyżyn, by nie mieć do niego jedynie relacji wspominkarskich, czego nie da się powiedzieć o muzyce Szopena, która przetrwała 150 lat i jest światowa.
O wiele jednak absurdalniejsze jest przesłanie komiksu Grzegorza Janusza i Jacka Frąśa, gdzie kroi się czas, konwencje, postmodernistycznie miesza się i żeni wszystko ze wszystkim. Przypomina mi się zaraz „Lucky Man” i ta słynna klinika, gdzie jakiś nawiedzony lekarz robił upolowanym ludziom przeszczepy kończyn świni. Tu Chopin sięga bruku, czyli słowa Norwida zostają zbezczeszczone podwójnie i na dodatek wprowadzona zostaje postać Nożycorękiego. Amputacja dokonana zostaje nie tyle na zdrowym rozsądku, co na humorze, lekkości tematu. Ten głupi i ciężki w odbiorze pomylony zabieg narracyjny jest skierowany do bardzo specyficznego czytelnika.
Endo (Agata Nowicka) stara się być liryczna i delikatna, ale też niczego oprócz rysowania tu nie ma, kojarzy się ze słynnym zdaniem Jana Lechonia, że „w szyciu nie ma nic oprócz szycia”. Artystka tu mówi: narysuję wszystko, jestem rysownikiem do wynajęcia. Tytuł nawiązuje do romantycznego hitu Roberty Flack – „Killing Me Softly With His Song” i jest też takim współczesnym mitem o Janku Muzykancie, dziewczynce z prowincji utalentowanej muzycznie w której rodzice widzą przyszłego wirtuoza fortepianu i dają jej możliwość edukacji muzycznej. Ale przesłanie w pewnym momencie się załamuje i trudno to przesłanie, w każdym razie mnie, jednoznacznie odebrać. Nie wiem, dlaczego nagle się wszystko urywa, jakby autorce komiks się znudził i go porzuciła…
I ten komiks Krzysztofa Ostrowskiego, o który podobno w skandalu poszło, o komiks więzienny… Nie wiem, w USA wielu więźniów wolałoby nie żyć, niż spędzać lata w wiezieniu, wielu popełnia samobójstwo przy ponownym wyroku wieloletniego więzienia. O tym był nominowany do tegorocznego Oscara film „Do szpiku kości” Debry Granik. Bardziej podobny też i może nieprawdziwy, był film polski „Jeszcze nie wieczór” Jacka Bławuta, jak grupa aktorów przeterminowanych znajduje wdzięczną publiczność w więzieniu. Nie wiem, czy ten komiks jest protestem przeciwko spłycaniu muzyki, przeciwko jej chałturniczemu charakterowi, przeciwko używaniu więźniów do celebry rocznic. Nie wiem, czy undergroundowy styl rysunków nawiązujący do punkowego graffiti ma dokopywać w tym wypadku akurat więźniom. Dokopałabym chętnie martwym filharmoniom, nabzdyczonym dyrygentom muzyki poważnej, ale więźniom? Właśnie zderzenie tych dwóch światów, wysokiego i niskiego byłoby śmieszne. Ale swój na swego?

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , , , | 6 komentarzy

“CUBA” str. 71

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

Ryszard Tymon Tymański, Zbigniew Sajnóg „Chłopi III” (2001)

Robert Tekieli w numerze 2/95 “bruLionu” w opublikowanym tam teksie Zbigniewa Sajnóga „Zenek; Przekraczanie” dodał „Wyjaśnienie”:

„(…)Z.S. ostatecznie zabronił w 1992 roku publikowania swych tekstów (dwie lub trzy przygotowane do druku książki. które traktował wcześniej jako opus magnum), co więcej, spalił wszystkie kopie swoich tekstów, które były w jego zasięgu (…)”.

Nie wierzę w dzieła zbiorowe, a niestety niczego nie doczytałam o powieści „Chłopi III” na blogu Tymona Tymańskiego. Pozostaje mi tylko podzielić się z moim odbiorem z czystym tekstem bez związku z jego twórcami.

„Chłopów III” przeczytałam z nieustającym zachwytem, który towarzyszył mi od pierwszej linijki. Jest to zbiór poetyckich refleksji nad dzisiejszą wsią polską w dalszym ciągu aktualnej mimo widocznych na pierwszy rzut oka przemian w związku z wdzierającą się wszędzie cywilizacją i technologią. Mamy tutaj obraz na tyle uniwersalny, że oglądany od wewnątrz, poprowadzony okiem prześwietlającym rzeczywistość tak przenikliwym, jak wprawna gospodyni, która nie wchodząc do pomieszczeń, wie, gdzie należy gruntownie posprzątać.
Od momentu słynnej sceny opisującej kondycję mieszkańca wsi polskiej w „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza, minęło sześćdziesiąt lat i ten obraz międzywojennej polski z wraz jej wielkim wysiłkiem wprowadzania zmian wraz ze słynnymi sławojkami, został zaniechany. Ugrzązł gdzieś w historii dziejów, został, jak dowiadujemy się z „Chłopów III” bardziej toksyczny i przerażający. Na tę prostą i siermiężną postać czworaków i mieszkańców chodzących na czworakach z powieści Gombrowicza nałożyło się właśnie te pół wieku światowych przemian, które w Polsce podziałały odwrotnie niż w innych częściach świata. Jak społeczna choroba żywiona mrocznością i lepkością tak bujnie tocząca wieś polską wyniknęła najprawdopodobniej wskutek połączenia zewnętrznych sił ucisku – Partii i Kościoła, ale powieść o tym wyraźnie nie mówi. Cały zwariowany, rodem z Witkacego system społeczny, gdzie siły rządzące wsią przeplatają się bezustannie – od nieprzezwyciężonych nigdy feudalnych, poprzez klerykalne, gminnej władzy oraz jednostkowe przynależności, rodzinne uwikłania w nałogi, zniszczoną i blokowaną seksualność, smaki, rytuały, posty, potrzeby rozrywki i wspólnotowe przyjemności – dostajemy obraz bardzo subtelny i wręcz miłosny człowieka nie tyle schyłku, co nieśmiertelności. Nieśmiertelność jest tutaj pokazana jako przetrwalniki pewnej choroby, którą można odczytać jako głupota lub zaniedbanie, bądź też działanie samowolne, niczym niehamowany żywioł destrukcji i zaniechania, a nie dekadencji i wyczerpania.
Świat przedstawiony jest światem prawdziwym i wiarygodnym poprzez język niesłychanie skomplikowany i bogaty. Zachodzi tutaj to, co w literaturze powinno się wydarzać, a nie wydarza się zazwyczaj, ponieważ jest dostępna tylko literaturze najwyższej. Zlepki słów są niesłychanie celne i obsługują całe obszary znaczeń, zamiennie rozszerzają z wielką wirtuozerią erupcji humoru pospolite słowa. I tak wszelkie neologizmy lub stare słowa w nowym znaczeniu, np. dotyczące komponentów potraw, które chłopstwo przyrządza i zjada, mające w swoim składzie np. płytę paździerzową, jest nie tyle znakiem nędzy, co chłopskiego sprytu wykorzystania otaczającego świata i biblijnie czyniącego go sobie poddanym – służą trafności obrazowania. Zastanawiając się nad tymi wszystkim cudownymi słowami, jak: „koluchy”; „jadaczki na kłódy”; „chłeptały karbonadę”; „nietoperniki”; „Głuchołazy, stukotki, wierciplężki, profesjonalnie patroszone przez ruskie tygodnie”; „potwornie spił się neospazminą zmieszaną z płynem do badania poziomu cynadrów w akumulacie”; „czepcy czepiali się jej kurzajów od żabów wykwitłych” można śmiało dojść do wniosku, że użyte są one nie by rzecz opisać, ale by ją na nie zamienić. Pojemność znaczeniowa nie może być tutaj traktowana jako budulec powieści, ale jako ją określające znaczenia, ponieważ bohaterowie na kartach powieści żyją swoim życiem, rozprzestrzeniają egzystencję geograficznie (nawet ku Wieliczce), jedzą, gotują, są pouczani przez religijnego pasterza katolickiego, ulegają potrzebom seksualnym i mentalnym, ale robią to wszystko inaczej, a jednak swojsko i zrozumiale. Czytelnik w lot odnajduje się w tym przecież z pozoru obcym świecie tak prosto, jak celnie rozszyfrowuje rysy człowieka w sporządzonej dla niego karykaturze przez wybitnego rysownika.
W tym mrowisku ludzkim, mrocznym i zagwazdranym, mamy nie tyle podaną czytelnikowi satyrę, ile bardziej lekarską diagnozę, którą autorzy powieści wysnuwają z pewnego wycinka rzeczywistości podstawionej pod ich wielki, artystyczny mikroskop. A, jak bywa w takich sytuacjach, oglądamy widok na tyle zdystansowany, by jego niezgłębione piękno nas oczarowało i by nic nie zagrażało temu naszemu jego zagłębianiu, bo znajdujemy się na całe szczęście w bezpiecznej od niego, literackiej odległości.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , | 22 komentarze

“CUBA” str. 70

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

Agnieszka Mirahina „Radiowidmo”(2009)

Pisałam kilka lat temu na blogu Marak Trojanowskiego o tomiku „Wszystkie radiostacje zwiazku radzieckiego” wydanego przez Biuro Literackie w 2008 roku w ramach akcji „Połów”, czyli łowienia i nie uronienia żadnego talentu poetyckiego, który, jak wiemy z historii literatury, przydarza się niezmiernie rzadko i trzeba go ze wszech miar ocalać. Agnieszka Mirahina, według BL, jako talent bezsporny, ocalana jest już od dłuższego czasu, ostatnio ocaliła ją antologia „Na nowy wiek”, do której weszła swoim szczupłym dorobkiem w skład niewielkiego, 21 osobowego peletonu.
Już wtedy, czytając arkusz „Wszystkie radiostacje świata” zaniepokoił mnie wcale nie anarchistyczny, wcale nie przewrotny, ale całkiem szczery zachwyt nad usztywnieniem świata paramilitarnymi organizacjami, nad tym wszystkim, co chciały zniszczyć w porę prawdziwe talenty literackie oddajając życie za swój jednostkowy sprzeciw lub kończąc w więzieniach i psychuszkach.
Jajcarstwo młodzieńcze Mirahiny w drugim tomiku nie jest tak jaskrawe, weszło w fazę ukrytą, a jednak jest.

Zanim przejdziemy z Wandą Niechciałą do analizy tych niepokojących i wcale nie niepokornych utworów, warto przypatrzeć się preferencjom artystycznym Biura Literackiego jednoznacznie wyrażonym w wydanym przez to wydawnictwo książce Piotra Kępińskiego „Bez stempla Opowieści o wierszach”- Biuro Literackie Wrocław 2007. W zebranych tam artykułach do gazet, esejach i szkicach o literaturze, przewija się postać Witolda Gombrowicza jako guru polskiej literatury, jako autorytet i najlepszy wzorzec do naśladowania. Piotr Kępiński, potępiając skamandryckie pienia, starania skamandrytów o piękno, przeciwstawia ich trujące zło dobrem polskiej awangardy międzywojennej, którą jakoby Gombrowicz cenił wyżej i domniema, że jakby żył, to z pewnością poparłby dzisiejszych pionierów poezji, którym zawdzięczamy jedynie tak wysoką wartość dzisiejszej poezji, czyli:
Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Marcina Sendeckiego, Andrzeja Sosnowskiego, Tadeusza Pióro, Bohdana Zadurę, Bartłomieja Majzla, Piotra Sommera i prace krytyczne Igora Stokfiszewskiego.
Błędem tego skrupulatnego dowodzenia Piotra Kępińskiego – znawcy polskiego życia literackiego z racji piastowanych urzędów – jest to, że nigdy w historii sztuki nie negowano wartości bezwzględnych, by w to miejsce wprowadzać nowe, wątpliwe – wprowadzane jedynie z racji ich nowości – tylko dlatego, że stare formy nie wytrzymywały nowych wyzwań, nie przemawiały, bądź chwilowo stawały się nieprzydatne. Preferowane przez Piotra Kępińskiego poetyckie osobowości nie są na tyle silne, by były w stanie zastąpić tamte, wyprzeć je, a przynajmniej spełnić rolę taką, na jakiej wymiana pokoleń się opiera.
Jednak okazuje się, że można. Że stworzenie w Polsce na modłę elektoratu politycznego zamkniętego skansenu, w którym można poupychać tych, którzy za wszelką cenę wiersze piszą i hodować tam z całą naiwnością adeptów, od których się niczego nie wymaga oprócz tego, by tylko istnieli.

Roman Honet: „Któregoś razu wypożyczyłam z biblioteki kilka tomów poetyckich i Schizofrenię Kępińskiego, i tylko Kępiński okazał się inspiracją” – powiedziałaś w rozmowie z Łukaszem Platą.
Zabrakło mi określenia przywołanych tomów: może Szymborska, Mickiewicz, może Dycki, Świetlicki, Sosnowski. Szkoda, można by poigrać. Ale – mówiąc poważnie – dlaczego Kępiński?*
Roman Honet: Bliższa jest Ci systematyzacja szaleństwa niż wykonanie?
Agnieszka Mirahina: Wykonanie to na własny użytek, szkoda gadać, a do ludzi trzeba wyjść z czymś mądrym. Choćby i ujętym w najbardziej pokręconą z możliwych form, jaką jest wiersz. Mówię: wykonanie na własny użytek, bo też nie ma co się oszukiwać, szaleństwo jest tak naprawdę bardzo żenujące. Oczywiście, że zdarza się robić rzeczy niezwykłe i piękne, że w szaleństwie jest dużo odwagi. To jednak nie wyklucza tego, że szaleństwo często jest żenujące. Ja Kępińskiego znałam, ale chciałam sobie przypomnieć, szukałam, o ile dobrze pamiętam, potwierdzenia tego, o czym wtedy pisałam, o rozszczepianiu i alienacji. No i przede wszystkim, bardzo lubię książki naukowe. Nawet bardziej niż literaturę piękną.
Roman Honet: Lubisz Grochowiaka? Wojaczka? Tuwima? Gałczyńskiego?
Agnieszka Mirahina: Prawie nie znam, nie czytam. Wojaczka kilka wierszy w życiu, nie podoba mi się. Tuwima pamiętam też ze szkoły średniej – sporo humoru. Tylko tyle, niestety.

[fragment z wywiadów z poetką Agnieszką Mirahiną na stronach portalu Biura Literackiego]
* Agnieszka Mirahina ma na myśli dzieła psychiatry, Antoniego Kępińskiego (1918 – 1972), przypisek mój

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , | 8 komentarzy

“CUBA” str. 69

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

Michał Rusinek “Jak robić przekręty. Poradnik dla dzieci”(2010)

Nie sposób dociec, dla kogo jest przeznaczona książka o tak niepraktycznym formacie, tak nieciekawej i brzydkiej w kolorze oprawie plastycznej, tak pompatycznej, oprawionej w twardą okładkę, zawierającej wielkie nic. Nic z małej litery, znaczące nicość pejoratywnie, bo niczego nie ma z pustki lapidarnego haiku ani z „poésie pure”.  Nie jest też eksperymentem artystycznym, kontestacją, niczego nie odkrywa i niczego nie mówi.

Jak dotąd, jestem jedyną osobą, która pożyczyła tę książkę w publicznej bibliotece w centrum dużego miasta polskiego goszczącej niedawno i Jacka Dehnela i Biankę Rolando, biblioteki dla jaśniejszych i tych, którzy kochają poezję współczesną z całego serca, którzy swoim ciałem i duszą zaświadczają to na wieczorach autorskich.
A jednak poezja, która, jak dowiaduję się od zachwyconych odbiorców tej książki na witrynach sieciowych, stworzona wskutek nieprawdopodobnej ogólnopolskiej akcji gromadzącej przez poetę Rusinka 400 fikuśnych powiedzonek dziecięcych, o których istnieniu wiedzieliśmy cały PRL z tygodnika „Przekrój”, nie skusiła – bez nawet wydania na książkę 29 zł i 99 groszy, za którą życzy sobie Wydawnictwo Znak – ani jednego dziecka! Pytałam, dlaczego książka leży w dziale dziecięcym, być może dorośli ryliby ze śmiechu wiedząc o jej istnieniu, ale może to moje pisanie pomoże książce w przejściu z działu dziecięcego na półki literatury dorosłej, zgodnie zresztą z życzeniem autora.

Jednak, jako osoba zbliżająca się do sześćdziesiątki, czyli metrykalnie dorosła, nie poleciłabym jej nikomu, chyba, że ktoś chce się dowiedzieć, na czym polega infantylizacja dzisiejszej literatury polskiej, a tam może odnaleźć odpowiednie do tej zagadki tropy.

Tacy młodzi pisarze jak Michał Rusinek blokują w tej chwili wejście w literaturę pisarzom oryginalnym, nigdy nie dostrzeże się ich nieobecności, jeśli ich się nie dopuści do głosu. W takiej przestrzeni literackiej nie pozostawia się miejsca na jakąkolwiek inną twórczość. Rusinek, jeśli nie naśladuje samego siebie, to naśladuje jakiś sobie wiadomy język dziecięcy, mający zerową wartość poznawczą, nie wychodzącą poza ciekawostki. Na dodatek cały schemat tego dziwacznego i wydumanego projektu mającego odbiorców w sentymentalnych dziadkach, pradziadkach i upupiających swoje pociechy rodzicach, dla których posiadanie dzieci jest jakimś astronomicznym sukcesem życiowym, oparty jest na grze, na schemacie teleturnieju i pod pretekstem studiów nad językiem polskim wciska się obłudnie pozór, że bierze się udział w jakiejś czynności kulturalnej i kulturotwórczej.

Ten, wywodzący się z reality show gest artystyczny Rusinka na dodatek żeruje na dziecięcej bezradności, na wielkim wysiłku dziecka, które chce w ciągu krótkiego czasu od nieporadnego gugania opanować perfekcyjnie język otoczenia, i wszelkie potknięcia i pomyłki nie są w tym okresie sukcesem, a wstydliwą porażką. Natychmiastowe notowanie ich i słanie przez usłużnych rodziców, jak donos, do redaktora Rusinka jest jedynie wampirycznym żerowaniem, co powinno zainteresować organizacje ochrony praw dziecka.
Nie popieram postawy pewnego sławnego filozofa, który, jak donoszą jego biografowie, był oburzony, że jego trzyletni syn nie potrafi jeszcze biegle czytać książek, ale przeciwieństwo tych roszczeń i propagowanie w Polsce dyktatu poziomu inteligencji przedszkolaka i robienie z tego literatury dla dorosłych daje jedynie przyzwolenie, by poetki błogosławione macierzyństwem (np. Justyna Bargielska) nie wychodziły w swojej twórczości z kręgu zainteresowań światem dziecka na jego poziomie.

Geniusz naiwności dziecięcej nie kryje się w biologicznym procesie. Ile włożymy w człowieka, tyle on będzie posiadał. Na pewno nie wykona tego trudnego procesu hochsztaplerka literatury dziecięcej Michała Rusinka.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | 36 komentarzy

Dominik Bielicki „Gruba tańczy”(2008)

Z właśnie spolszczonej korespondencji Paula Celana z Ingeborg Bachmann wynika, że pokolenie Shoah miało wielkie problemy z komunikacją z uwagi na przeżycia, jakich ich pokoleniu przyszło doświadczyć. Paul Celan zaburzenie komunikacji pooświęcimskiej nazwał „obiektywnym demonizmem”, czymś, co „rzutuje na nas wszystkich”. „Przypadek” byłby może innym pomocnym słowem, w tym sensie mniej więcej, że jest to coś, co nam przypadło i przypada w udziale – napisze Paul Celan w liście do Maxa Frischa.

Zdecydowałam się omówić debiutancki tomik Dominika Bielickiego właśnie pod kontem komunikacji, ponieważ właśnie „Gruba tańczy” jest zbiorem wierszy o który najczęściej upomina się pokolenie poety Bielickiego i na stronach Biura Literackiego niepokoi wielu jego rówieśników to, że nie wszedł on do Antologii na nowy wiek” złożonej z 21 poetów których Roman Honet wskazał do wyznaczania nowych ścieżek poezji polskiej na Nowy Wiek.
I tym sposobem Dominik Bielecki stał się wielkim nieobecnym i wielkim wykluczonym z racji tego właśnie statusu kogoś, kto być powinien, a nie był. Warto przyjrzeć się jego poetyckiemu przekazowi, który jak widać, trafia i komunikacyjnie rezonuje u jego rozpoetyzowanych rówieśników.
Na łamach sieciowego portalu „Cyc gada” przeprowadzona jest z Dominikim Bielickim interesująca rozmowa, w której objaśnia on, z czego robi swoją poezję i dlaczego:
„(…) A dla mnie najważniejsza jest opowieść. Ciekawość w ludziach. Gotowość wysłuchania opowieści. To, że jeszcze komuś czasem chce się nadstawić ucha i wysłuchać, co mnie spotkało w pralni czy na poczcie.(…)”

Idąc tym tropem i dowiedziawszy się też z wywiadu, że poeta Bielicki nie uznaje natchnienia, nie ma też najlepszego mniemania o czytelnikach, którzy według niego obcują z literaturą tylko po to, by jej nie czytać, przeczytałam z wielką nadzieją 39 utworów Dominika Bielickiego, mniemając, że ten upiorny, sygnalizowany przez Paula Celana demononizm obiektywny po pół wieku od Holocaustu nareszcie przestał działać.
Po dwukrotnym, a nawet trzykrotnym czytaniu niewielkich utworów poetyckich trudno już pytać jak Celan, o trudności komunikacyjne ponieważ żadna komunikacja tutaj nie istnieje. Można tylko zadawać pytanie, dlaczego powstały utwory Dominika Bielickiego. Dla całego pokolenia poetów, które uznały je za ważne i zrozumiałe, jest to oczywistość. Natomiast ja, osoba z zewnątrz, próbująca wszelkimi siłami dołączyć do grona wtajemniczonych, mimo, że tak jak oni nie doświadczyłam Holocaustu, nie jestem w stanie skomunikować się z poezją Dominika Bielickiego.
Sięgnęłam więc po recenzję Jakuba Winiarskiego, który rzecz mi objaśnił.
Tytułowy wiersz „Gruba tańczy”, jest według Winiarskiego wypisz wymaluj ilustracją platońskiego mitu o połówkach. Wiersz „Kilimandżaro” to wiersz o miłości podmiotu lirycznego niezwykle intymnej. „Uzmysłowienie” to o kobiecie, która wzbudza duże emocje. „Moja pierwsza syrenka”- Jakub Winiarski podpowiada czytelnikowi – że może to być i o samochodzie, i o kobiecie. “Mop” to wiersz o narzędziu pracy.
Kto patronuje tej poezji, bez czyich wpływów byłaby ona mniej komunikatywna?
– Franka O’Hara, Miron Białoszewski, Alan Ginsberg, Richard Brautigan, Gregory Corso, Lawrence Ferlinghetti i Gary Snyder – podpowiada Winiarski.

Przynajmniej oni się o tym nigdy nie dowiedzą.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , | 29 komentarzy