“CUBA” str. 68

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

Opowiadanie walentynkowe

Walenty

Walenty był mężczyzną wysokim, tęgawym, o podejrzanie czarnych włosach i nieokreślonym wieku. Prezentował się dobrze w białej koszuli, krawacie i garniturze. Jako człowiek znaczący, trzymał się prosto, był rozluźniony i dużo gadał. Tylko dla wprawnego znawcy mógł podpaść z tym nadmiernym gadaniem i brakiem dystansu i wyboru. Bo ludzie silni zachowują się inaczej.
Tej wyjątkowo słonecznej niedzieli połowy lutego, gdy przemysłowe miasto jeszcze pokryte jest śniegiem, którego pył ulicy i żar betonu nie starł i nie pokrył warstwą kurzu, wyjął z szafy białą koszulę i zdjął z wieszaka garnitur.
Ubiegłej niedzieli przeczesując miejsca ludzkich skupisk natrafił na zbór baptystów. Pod pretekstem umieszczenia w ich chórze utalentowanej, młodej śpiewaczki, zagadał pastorów i został na nabożeństwie. Idąc tropem ludzkich potrzeb, znalazł w tym kościele dla siebie niesłychanie łatwą pożywkę. Był zachwycony. To, co wyciągał od ludzi dopiero po kilku godzinach alkoholowych biesiad, tutaj ludzie dawali na wstępie, sami dzielili się swoimi doświadczeniami i nieszczęściami. Byli wszyscy braćmi i siostrami, ze wszystkimi mógł być na ty. Nie myliła go szczęśliwa pointa ich świadectw. Oni pokonywali przeciwności z trudem, wychodzili zwycięsko ze swoich nieszczęść poprzez wyrzeczenia i rezygnacje.
Trudno tu było myśleć o Bogu. Walenty żył dostatecznie długo, by rozdzielić technikę życia od równoległego nurtu pobożnych życzeń. Zresztą, nie zauważył, by kiedykolwiek te dwie sprawy się krzyżowały. Pracę pastorów uważał za zawód jak każdy, a ludzi tu zgromadzonych jak klientów. Walenty zawiązał krawat i przeczesał włosy. Całe szczęście, że miał jeszcze włosy. Były gęste i mógł je farbować. Rzucił okiem na swoją malutką łazienkę. Wszystko było w porządku. Pokój też. Cały tydzień Rosjanie czyścili i układali te przedmioty. Prezentowało się wspaniale. Zadzwonił po taksówkę.

Siedział dwa rzędy za młodą kobietą i czekał, żeby się wreszcie to skończyło. Chór jednak w nieskończoność skandował boże uwielbienie, a jego gonitwa myśli nie dopuściła sensu tego śpiewu.
Na środek kościoła wyszedł z zamiarem wygłoszenia swojego świadectwa zniszczony, w niemodnej, jasnej marynarce mężczyzna zapowiedziany przez pastora jako artysta malarz i po nabożeństwie podszedł do niego razem z tą kobietą, która siedziała przed nim. Ona nadeszła z przeciwnej strony i spotkali się przy malarzu. Powiedziała, że ma na imię Magdalena i że też jest malarką.
Rozmawiali. Słońce prześwietlało oszklony budynek, a Walentemu zdawało się, że Magdalena jest też przezroczysta i ze szkła.
– Na dole zrobi się galerię, bar, a na górze jakieś kasyno, dom rozpusty… – rozpędził się Walenty.
– Dom rozpusty? – podejrzliwie powtórzył malarz. Stali jeszcze w kościele i wszyscy poczuli się nieswojo.
– A Maria Magdalena? – ciągnął pewnym głosem Walenty.
– To wszystko dopiero będzie – powiedział wymijająco malarz – Zresztą, uczę i jestem zajęty. – dokończył wyniośle.
Wtedy Walenty chwilowo zdezorientowany zaczął gorączkowo składać zamówienie na kopię „Zesłańców piszących list”, gdzie zamiast istniejących twarzy trzeba powstawiać współczesnych, np. Putina, Kaczyńskiego…
Ani malarz, ani Magdalena nie znali takiego obrazu Repina. Ale Magdalena zgodziła się tę pracę podjąć.
Walenty wręczył jej wizytówkę. Była barwna, składana i drukowana w drukarni. Architektoniczny rzut podłużny i poprzeczny kamienicy, gdzie miała być galeria był imponujący. Starożytny dom z czerwonym dachem, trzykondygnacyjny, ogród, parking. Mieli się tam spotkać za 3 godziny.

Magdalena zjadła obiad, wsiadła na rower i pojechała do kamienicy Walentego.
Dzielnica była lepsza, przedwojenna, zabudowa bogatych przemysłowców przetrwała wojnę nic nie tracjąc ze swojej wspaniałości. Stare drzewa pokryte szadzią skrzyły się w słońcu i wraz z baśniową architekturą tworzyły romantyczny nastrój słonecznej niedzieli.
Szukała numeru. Przed odrapanym domem stał Walenty w garniturze, trzymając w ręce hula-hop.
– Znalazłem w trawie. To szczęście znaleźć hula-hop! Powiedział to zawstydzony, jakby przyłapany na tym, że grzebie po śmietnikach i że jest to jego codzienne zajęcie. Wprowadził ją w ciemną klatkę schodową, nigdy nie malowaną. Chłód kamiennej posadzki przenosił się na ciemne podwórze, gdzie pod dużym murem z cegieł leżały poukładane równo kamienie. To ściana, gdzie będą wisieć obrazy.
– Nie zachwyca cię jej wielkość? Był dumny z tej przestrzeni, która dopiero miała być zagospodarowana.
– Rzeczywiście, ściana jest duża i pracy przy niej mnóstwo – powiedziała Magdalena niepewnie, oceniając od razu roztoczoną przed nią nędzę.
– Musisz mieć bogatych sponsorów – powiedziała z przekąsem. On jakby się zdziwił i nic nie odrzekł.
Nacisnął dzwonek domofonu i z pierwszego piętra wyszedł młody, zahukany mężczyzna. Zabrał od niej grzecznie rower.
– To syn. Mieszka tu z żoną. Ja wyżej, a najwyżej Rosjanie. Oni to zrobią – wskazał ręką na widoczne z okna kamienie na podwórzu. Wszyscy do nas przyjdą. A o 17 adwokat. Przetrzymam cię do 17.
Weszli na drugie piętro. Walenty, z kółkiem w ręce, zasapał się. Duża, drewniana deska z przybitym jesiennym liściem, który utracił już kolor obwieszczała, że mieszka tu Inżynier Walenty.
Weszli do środka.

Została sama. Walenty gdzieś zniknął w przepastnym, zagraconym mieszkaniu. Wysokie stropy i okna nie umniejszyły zawartości pokojów, ani nie wprowadzały powietrza między przedmioty. Wyglądało, jakby zawartość wszystkich szuflad, szaf i pudeł dotychczasowych kilkudziesięcioletnich mieszkańców, którzy tu pomieszkiwali, została wyłożona, umyta i ładnie poukładana. Nie wiadomo, czy meble były pełne, a tylko ilość przedmiotów wylewała się z nich. Czy wręcz przeciwnie, była to jakaś przemyślna ekspozycja.
Na pokojowym przedwojennym kredensie stały filiżanki, kieliszki, sztućce przemieszane z bibelotami. Na pianinie rożne rodzaje nagrań, od kaset magnetofonowych w rzędach po płyty CD i kasety video, wszystko w dużych ilościach, przetykane glinianymi kogutami, ozdobami o tajemniczym przeznaczeniu. Wiele aniołów w rożnych wymiarach i brzydocie, różańce drobne, dziecięce i brązowe, misy drewniane i plastikowe. Stosy gazet, “Przekroje”, “Niedziele” i “Goście Niedzielni”. Plakaty przeźroczystą taśmą były przyklejone do kaflowego pieca mówiące o jazzowych występach i wystawach plastycznych. Dalej katalogi, obrazy, książki. Maleńki stolik, na nim komputer z klawiaturą i fotel. Biurko szczelnie zastawione notesikami, zeszycikami, zapiskami, kalendarzami, organizerami, wśród nich leżał telefon komórkowy z rożnymi przyrządami do pisania. Podobnie było z łazienką i kuchnią. Przedmioty pogrupowane swoimi przeznaczeniami leżały równo obok siebie i czekały.
– Czego się napijesz? – rzucił mimochodem, a ona mimochodem odpowiedziała, że herbaty.
Poszli robić tę herbatę gdzie wśród kilkudziesięciu gatunków, wśród ziół na rożne dolegliwości odnalazła zwykłą, czarną herbatę.
– Tę – powiedziała, a on zaczął ją długo przyrządzać, aż po jakimś czasie wniósł na tacy filiżankę herbaty z wódką.
Siedli przy stole. Poprosił, by podała z kredensu kieliszki. Wybrała ze stosu przedwojennego szkła dwa.
Nalał.
Na stole miejsca oznaczone były dużymi, ceramicznymi płytkami. Obok niej w wielkiej, kryształowej wazie pływały trzy czerwone rybki. Na środku stał stojak, na którym wisiały sztućce nanizane na dziurki w plastikowych uchwytach. Świeczki różnorakiego kształtu wciśnięte do świeczników lub wymyślnych butelek po alkoholach czekały na zapalenie.
Potarł zapałkę, ale zalany słońcem pokój sprawił, że zapalonych świeczek nie było widać. Patrzył na nią, jak podnosi kieliszek do ust.
Ubiegłej niedzieli zaprosili z adwokatem kobietę, która tak się spiła, że obcasami grała na pianinie. Potem obrażona wyszła i o jej losie już nic nie wiedział. Powiedział, że był po rozwodzie kilkanaście lat. Maria, z którą dotrwał do pięćdziesiątki, odeszła od niego, jak po korzystnym zagranicznym kontrakcie wrócił do Polski. Na nikim nie robił wrażenia wzorowy dyplom politechniki i wieloletnie zachodnie kontrakty. Anna odeszła z ich wieloletnim, żonatym jego przyjacielem. Zamieszkali w trójkę, a potem, po śmierci jego żony, pobrali się. Walenty opowiadał, że przeszedł wtedy wszystko. Szpital psychiatryczny, samotność, niemożność poruszania się w depresji. Ale otrzymana renta i wolność przywróciły mu pierwotną witalność. No i jest kamienica, po której dużo się spodziewa..
Magdalena podniosła kieliszek do ust. Nagle łokieć pośliznął się na ceramicznej płytce i zawartość kieliszka rozlała się po stole. Zawstydziła się i zmartwiła. Wódka zaczęła powoli wsiąkać w politurę stołu. Walenty łapał rozlewającą się kałużę, by nie poplamiła jego garnituru i zagarniał na środek do pojemnika z rybkami.
Rybki…- czy im to nie zaszkodzi – pytała.
Nie dała sobie nalać następnego kieliszka, a on nie nalegał. Podeszli do szafy i zaczął wyjmować z niej po kolei obrazy, opowiadać o nich i prosić o jej komentarze.
Magdalena była znudzona. Podobno lekarze prywatnie są molestowani na okoliczność ich zawodu, objawy chorób, ich intymność i obrzydliwość są opisywane im w całym ich bezwstydzie, nie bacząc, że lekarz to też człowiek. Tu było podobnie. To, że była malarką, nie znaczyło wcale, że ma obowiązek oglądania cudzych obrazów. Przedwojenne obrazy zazwyczaj mają znaczenie sentymentalne dla ich właścicieli, zbierane dzięki przystępnej cenie, nawet dobre warsztatowo, ale nie na tyle, by być sztuką, są zazwyczaj brudne w uszkodzonych ramach. Te nie były inne. Były martwe jak ich wiekowi twórcy.
Zmęczył się. Usiadł. Nie wiedział, kim jest Magdalena. Obrazy jej nie zainteresowały. Wódka też. Na „Zesłańców piszących list” Repina w starym radzieckim albumie ledwo spojrzała.
Ona nie wiedziała, po co tu jest. Nie ma pewnie pieniędzy – myślała. Jak ma mi zapłacić za obraz?

Weszli Rosjanie.
Przedstawili się, usiedli przy stole, napełnili kieliszki.
– Andriusza – mówiła po rosyjsku. Musisz przyznać, że komunizm to była religia z całą liturgią kościoła chrześcijańskiego, ze świętami, świętymi, procesjami, moralnością i obietnica przyszłej szczęśliwości. Andriej przyznawał. Od kiedy w Polsce czekał cierpliwie na wizę do Austrii w czeskim konsulacie, zgadzał się na wszystko. Przyjechali tu z Wołodią miesiąc temu, praca czeka na nich w Belgii, a wizy jak nie było, tak nie ma. Walenty przygarnął ich, dał mieszkanie po lokatorach, których na wiosnę mógł prawnie wyrzucić za pomocą policji na bruk za nie płacenie. I oni, za codzienną pracę, zostali.
Prace były rożne. Ciężkie, przy tych kamieniach na podwórzu i przy porządkowaniu mieszkania. Nie mieli wyjścia. Pieniądze już dawno się skończyły. Przywieźli niewiele, rodziny pozostawione bezskutecznie na nie czekały. A oni, uwięzieni w jakimś wariactwie starzejącego się lowelasa z nadzieją czekali.
Dzisiaj byli zatrudnieni do siedzenia przy tym stole tworząc bankietowy tłok, towarzystwo. Nadawali się. Andriej nie miał jeszcze trzydziestki, a Wołodia trochę starszy, ożeniony ledwie, pozostawił kilkuletniego syna. Sami mogli tu być synami i wnukami. Siedzieli, leniwie czekali, aż będą mogli wreszcie zapalić. Walenty po świeżym postanowieniu rzucenia papierosów, wprowadził drakoński zakaz palenia w domu. Szli więc na balkon, gdzie często dołączał do nich on sam, Walenty, otyły, ledwo mieszczący się na balkonie. A wtedy oni patrzyli wraz z nim w dół, czy jak balkon się zerwie, to zabiją się od razu, czy będą tylko kalekami. Palili więc w milczeniu i każdy z nich rozważał koniec swojego życia w inny sposób. Ale dla wszystkich byłaby to jakaś sformułowana wreszcie odpowiedź na nijaką codzienność.
Walenty nalał im wódki.
– A Putin? – pytała po rosyjsku.
Wszyscy jednogłośnie, razem z Walentym przyznali, że Putin to wspaniały człowiek.
– A Czeczenia? – pytała dalej.
Wołodia się trochę ożywił. Spytał podejrzliwie Magdalenę o jej czeczeńskie sympatie i rozwinął.
– To przecież terroryści i bandyci. To tak jakby region Polski odłączył się i ogłosił niepodległość.
Ona oponowała, że przecież to zupełnie inny kraj, kultura, religia. Ale dla Wołodi to byli tylko zbiry, wrogowie, niewdzięcznicy i łotry.
Rozdzwoniły się telefony. Walenty wsłuchany w sekretarkę, by nie wpuścić komorników, nie odbierał. Zaprosił na bankiet kuzynkę. Ale na razie dzwonek u drzwi obwieścił przyjście adwokata.

– Skąd ty to możesz wiedzieć, że twoja kuzynka jest dziewicą! – powiedział adwokat po przywitaniu. Był starym, zasuszonym wdowcem, nieciekawym i nudnym. Już dawno przestał reagować na świat. Nikt i nic go nie dziwiło. Przynosił tu swoje ciało z wieloletniego przyzwyczajenia, a gwar Walentynowych popojek ani go bawił, ani wzruszał. Tak jak dawniej, chodził na rozprawy sądowe, gdzie beznadzieja ludzkiej głupoty nie różniła się jedna od drugiej, tak i tu biernie poddawał się daniom serwowanym przez okoliczności.
I tu natrafił na jakąś Magdalenę, która się go czepiała zadając grzecznościowe, jak w gościach się zadaje, pytania, a on ucinał je bezwzględnie i szybko.
– Pozamykać hołotę i już – odpowiedział na temat afer rządowych. Po prostu potrzebna jest Bereza.
Do czego to dojdzie? – myślała Magdalena. Do czego dochodzi nuda letniego, niedzielnego popołudnia?

– Oto Danusia! – Walenty przedstawił młodą jeszcze, harmonijnie zbudowaną kobietę. Wszyscy nagle pojęli, że na pewno jest dziewicą. Zez dyskwalifikował ją jako przedmiot pożądania w jakiś nieprzyjemny sposób, a ona wiedząc o tym, całą energię życiową skierowała na uprzejmość, przymilność i układność co było już nie do zniesienia. To stanowiło jej kapitał towarzyski, gdy przy wódce nie liczyła się atrakcyjność osób a jedynie wypełnienie biesiadnego stołu. I ona jako wypełniacz nadawała się doskonale, co pozwalało na pokonanie samotności.
– I ty Wołodia uważasz, że w komunistycznej Rosji żyło się lepiej? Że nie było przepustek i mogłeś jeździć gdzie chciałeś? Nawet do Leningradu?! – drwiła Magdalena.
– Tak! – nie było żadnych ograniczeń! A w porównaniu z tym, co ma teraz mój syn, to ja miałem cudownie. Tu nastąpiło szczegółowe wyliczanie dóbr dla radzieckiej młodzieży.
Andriej został wysłany dla Danusi po piwo, bo nie lubiła wódki. Kuzynka Danusia nie znała rosyjskiego, ale jako towarzyski wypełniacz zobowiązana była zabrać głos. Gdy Andriusza wrócił, nastąpiła żmudna, nudna próba opowiedzenia wycieczki do Petersburga tłumaczonej przez Magdalenę na rosyjski. Wszyscy grzecznie doczekali do końca i jak tylko Danusia umilkła by nabrać tchu, Rosjanie z adwokatem jak oparzeni nagle przenieśli się na maleńki balkon, gdzie z ulgą zapalili papierosa.
Rozpoczynał się mroźny, lutowy wieczór. Przy stole została Magdalena, kuzynka Danusia i Walenty. Milczeli. Zostali nagle z pustymi rękami. Kolejna niedziela mijała. Dla nich to nie był dzień. To cale lata nie spełnionych, pragnień, to wielki kęs życia, który oddalał się od ich ciała, a ono kurczyło się i degradowało. Palacze na balkonie czekali z utęsknieniem, aż balkon wreszcie się zarwie. Ale wiedzieli, że adwokat jest za lekki i że tylko dojście tych troje przy stole może uratować sytuację. Na razie nie palący nie mieli powodu do nich dochodzić.
Magdalena czuła się okradziona już z pięciu godzin. Marazm niedzieli uświadamiał jej życiową pułapkę. Znowu nie zarobi na obrazy, które chce namalować. Nie zarobi na to, by namalować jakiekolwiek obrazy.
Kuzynka Danusia z odrazą myślała o jutrzejszym pójściu do pracy. Monotonia i strach utraty tej monotonii upodlało ją jeszcze bardziej, niż gdyby jawnie, przed sobą przyznała, że chce ją utracić.
Walenty przypomniał sobie, że Magdalena ma przecież galerię internetową.
– Idziemy zobaczyć! – zaordynował.
Zeszli do mieszkania syna. Nieśmiała synowa poprowadziła ich do pokoju, gdzie stały, na stałe podłączone do Internetu komputery.
Poszukano „Galerii Osioł”. Obrazy, które mogłyby zawisnąć na ścianie w galerii Walentego były tu, w tym pokoju, jak sen same mnożyły się i wyświetlały, czarodziejsko pojawiały się wciąż nowe, barwne zjawiska.
Wszystkie obrazy były już spieniężone, przejedzone i został po nich zapach i ślad w wirtualnej „Galerii Osioł”
– Czemu osioł?
– Bo, tłumaczyła Magdalena żegnając się i zabierając rower – bo w Biblii, w księdze Hioba, jest napisane:
Bóg daje wolność zebrze
Kto wolno zebrę wypuszcza?
Kto osła rozwiąże?
za dom mu dałem stepa
legowiskiem zaś jego słona ziemia.
Śmieje się z miejskiego zgiełku,
słów poganiacza nie słyszy,
w górach szuka on paszy,

goni za wszelką zielenią.

Wiedział już, że jego galeria będzie się nazywać Osioł. Czuł, jak wstępują w niego nowe siły. Ma kamienicę. Jak zdąży z tą galerią przed zajęciem jej przez komorników, jak bar zacznie przynosić dochody, będzie wolny.
Kuzynka Danusia i Magdalena wyszły. Wszedł z trudem na piętro. W pokoju przy wódce rozmawiali Rosjanie z adwokatem. Chciał im opowiedzieć o nazwie galerii i dalej snuć swoje plany, ale oni go nie słuchali.
Zapalił więc papierosa, a wszyscy skwapliwie uczynili to samo. W drugim pokoju urządzenie do produkcji spirytusu, które miał jeszcze z czasów stanu wojennego, pracowało pełną parą. Nie na darmo był inżynierem chemikiem.

Zaszufladkowano do kategorii 2011, donosy | Otagowano , | 14 komentarzy

“CUBA” str. 67

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

„Poeci na nowy wiek” wybór, red. i posł. Roman Honet (2010)

Roman Honet z Mariuszem Czyżowskim wydali w krakowskiej “Zielonej Sowie” w 2000 roku antologię, do której twórca dzisiejszej antologii „poetów na nowy wiek”, ten sam poeta Honet nawiązuje i na którą w swoim niesłychanie długim tekście zatytułowanym lapidarnie „21” na końcu książki, wydanej tym razem we wrocławskim Biurze Literackim, się powołuje.

Do antologii Honeta sprzed dziesięciu lat dającej syntezę poetyckich dokonań weszło 114 poetów. Nie wiadomo, czym kierował się Roman Honet ograniczając po dziesięciu latach wybór poetów do zaledwie 21 nazwisk, co przecież nie jest dowodem na to, że liczba poetów się tak radykalnie w czasie dziesięciu lat skurczyła, a wręcz przeciwnie.
Honet pozwolił tym razem reszcie poetów wydanych drukiem w tych 10 latach, ale wykluczonych i nie uhonorowanych tym wyróżnieniem kłębić się w nieprawdopodobnej ilości w uwagach umieszczanych na końcu książki. Oprócz tego, by nie uronić żadnego „zasłużonego” nazwiska, stworzono miejsca dla nich w ankiecie:
„Od ankiety z powyższymi pytaniami w połowie 2009 roku wystartował projekt „Poeci na nowy wiek”. W piętnastym roku swojej działalności Biuro Literackie zamiast okolicznościowej publikacji zdecydowało się
po raz kolejny upomnieć o nowych autorów”
– tłumaczy Roman Honet swój wybór i decyzje, na jakiej podstawie wybiera poetów godnych wyznaczać nowe ścieżki i nowe horyzonty liryki współczesnej mające podjąć to trudne zadanie w dobie Internetu. Zaświadczyć o kondycji ludzkiej i wskazać wzorzec dykcji wiersza na następne dekady. Podkreśla, że jego wybór jest jednostkowy i autorski.

Wydawca antologii „Biuro Literackie” publikuje na swoich portalowych stronach sieciowych plon ankiet wysłanych do kolejnych poetów. Ponad trzydziestu odpowiedziało obszernymi, starannymi wypracowaniami, w których drobiazgowo wyłuszczają, jak problem rozumieją, których poetów widzą w tym zestawie i dlaczego.
Być może pierwszy raz w historii sztuki obserwujemy dzięki Internetowi zjawisko kompletnego rozjechania się poglądów, absolutnej dowolności sądów, gdzie sprzeczne ze sobą opinie koegzystują w pełnej świadomości nie dochodzenia do żadnych wniosków i podsumowań. Demokracja, która zdawała się przyświecać temu projektowi wzmogła jedynie dowolność. Ciągnący w swoje strony kandydatury poeci reprezentujący różne postawy twórcze pragną wprowadzić w ten zestaw różnorakich, sobie tylko wiadomych zalet, poetów. Jednak wbrew temu mylnemu odbiorowi dziwacznych sposobów rekrutacji, panuje zarówno na witrynie „Biura Literackiego” jak i na kartach pięknie wydanej antologii Honeta duch integracji i nieustannej gorączki. Każe wyłonionym, zakwalifikowanym, oraz kandydującym, a nawet wykluczonym (ale słusznie, wykluczeni biczują się) działać wspólnotowo i w zgodzie. Bo jakoś tym nie spełniającym się nie artystycznie, ale inaczej, można zawsze wytłumaczyć wszelkimi kwalifikacyjnymi kategoriami i niuansami tych kategorii słuszność decyzji. Słowem, ci wszyscy, którzy zostali tam powołani na okoliczność święta reprezentowania poetów na nowy, dwudziesty pierwszy wiek, wybrani i wybierani, są w pełnym ruchu. Sprężają się, piszą, bywają, ślą, jeżdżą, pokazują, jurorują, gratulują, lub po prostu są. Ten to właśnie poetycki wysyp, te, jakby powiedział Witkacy, smardze, grzyby najwyższej jakości wyrosłe na łonie polskiej kultury stanowią dzisiaj sól naszej ziemi, nasze złoto i nasz najszlachetniejszy budulec dla dalszych poetyckich uniesień następnej dekady, której adepci już stoją u bram historii, już czekają i na paluszkach sięgają po poetyckie arkany.

Nareszcie doczekaliśmy się – być może właśnie przy pomocy najnowszych zdobyczy technicznych – odseparowania wszelkich outsiderów, galerników idei, bezimiennych męczenników sprzeciwiających się tyranii masowego tworzenia i takiego świętowania poetycznego słowa. Indywidualność została raz na zawsze wyrugowana, jednostkowa egzystencja wszelkich odmieńców wygnana na rzecz efekciarskich luminarzy kultury, którzy potrafią perfekcyjnie poetów poporcjować, uporządkować, wprowadzić nam antologią nareszcie pożądany ład w której umieszczą bezpiecznie swoją twórczość.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , | 47 komentarzy

Celia Cruz „Yo vivire” z hiszpańskiego przetłumaczyła Ewa Bieńczycka

Nie zniknę

Latać może mój głos,
przenikać na wskroś
każdą krzywdę, każdą chwilę, każdą samotność,
nie układam go w treść, słowa z wnętrza, ta pieśń,
płynie sama, by mogła z serca wprost powstać
szybko i tak nieświadomie
najtajniejszymi drogami
przychodzi snem i marzeniem
wyrazi głosem miłość całego mojego życia,
wszystko co najtkliwiej czułam muzyka z dna duszy odda

Słuchaj synu starej nacji
dzierżysz klucz do wszystkich naszych generacji
dusza ludu drży uderzeniem w bębna skórę
jest w muzykantach w tańcach sióstr i córek
żyję tam, ciągle jestem
między tymi, gdzie szkoła rumby wybija rytmy w orkiestrze
niezmiennie dla ciebie słodyczą jak lukier, jak cukier
ja żyję, ja żyję!

I wtenczas, gdy we mnie głos szepnął wynoś się,
poszłam szukać przestrzeni wolności
kiedy tylu poszło na lewo sobie wbrew, wylałam tyle łez
by żyć znowu w ocaleniu
mej pieśni drzemiącej we mnie ognia tańcem
zagrzmi dźwiękiem guaracha
zagrzmi dźwiękiem huahuancó
krwią mojego ludu będę, niczym więcej.

Słuchaj synu starej nacji
dzierżysz klucz do wszystkich naszych generacji
dusza ludu drży uderzeniem w bębna skórę
jest w muzykantach w tańcach sióstr i córek
żyję tam, ciągle jestem
między tymi, gdzie szkoła rumby wybija rytmy w orkiestrze
niezmiennie dla ciebie słodyczą jak lukier, jak cukier
ja żyję, ja żyję!

Słuchaj synu starej nacji
dzierżysz klucz do wszystkich naszych generacji
dusza ludu drży uderzeniem w bębna skórę
jest w muzykantach w tańcach sióstr i córek
żyję tam, ciągle jestem
między tymi, gdzie szkoła rumby wybija rytmy w orkiestrze
niezmiennie dla ciebie słodyczą jak lukier, jak cukier
ja żyję, ja żyję!

(Nie zniknę cała)
życie tworzę, bo z życia ma chwała
Nie zniknę cała
Jestem w życiu, bo życie mną pieśń rozpala.
(Nie zniknę cała)
i słuchających mej pieśni teraz.

(Przekroczę blokady, by nie zniknąć cała
pokonam granice, by nie zniknąć cała)
Dzięki Ci Boże za dar publiczności
daję wam głos mój w swej okazałości
¡Con Gusto!
(Złamię blokady, nie zniknę cała
pokonam granice, nie zniknę cała
Dla was śpiewam moi rodacy
Oddam, caramba, cukier, by nie zniknąć cała,
złamię blokady, nie zniknę cała
pokonam granice, nie zniknę cała
Będę żyć, będę żyć, będę żyć i NIE ZNIKNĘ CAŁA.

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Jeden komentarz

SCHNEIDER

Maria Schneider zmarła 2 lutego 2011 roku. Była tylko o trzy miesiące ode mnie młodsza i jako dwudziestolatka pierwszy raz zobaczyłam ją w głównej roli w filmie Bertolucciego „Ostatnie tango w Paryżu”. Było to na przeglądzie filmów “Konfrontacje” w kinie „Kosmos”, kiedy udało nam się cudem (z moim dzisiejszym mężem) kupić karnety. Dopiero potem dowiedziałam się, że film miał złą sławę (nawet masło po nim miało złą sławę, które wtedy jeszcze nie było na kartki). Już rok wcześniej na tychże „Konfrontacjach” widzieliśmy zachwycającego „Konformistę”, i po „Tangu” też został mi zachwyt spowodowany plastycznym, pięknym kolorytem filmu i egzystencjalnym nastrojem świata, dla nas nieosiągalnego, a już tak zepsutego. Ogromne mieszkanie na szczycie secesyjnej kamienicy paryskiej z konsjerżką na dole i starożytną windą było azylem zarówno dla filmowych bohaterów, jak i dla nas widzów. Może dlatego, że młodzi ludzie wtedy (również) nie mieli mieszkań, że tylko sala kinowa stanowiła dla nich możliwość wejścia tam przez ekran filmowy, seksualna perwersja tocząca się w takiej to właśnie scenerii zdawała nam się jeszcze bardziej rozpustna ze względu na metraż. Maria Schneider po kilku kadrach pojawiła się na ekranie we fryzurze z epoki oświecenia, w lokach podobnych do peruk francuskich rewolucjonistów czym wzbudziła jeszcze większą sympatię. Właściwie trudno było pojąć, dlaczego akurat ten film wywołał obyczajowy skandal, zakaz emisji w wielu krajach i procesy sądowe, bo przecież za rok na „Konfrontacjach” pokazano „Wielkie żarcie” Marco Ferreri i tak naprawdę, to nikt nie wiedział, o co w tych filmach chodzi. Dopiero po czterdziestu latach, po przeczytaniu Bataille’a, de Sade’a i Celine’a, po zobaczeniu obrazów Bacona, można było rozszyfrować skandal, kiedy już wraz z rozluźnieniem obyczajów skandalem być przestał. Dzisiaj zobaczyłam „Ostatnie tango w Paryżu” z nieukrywanym sentymentem, film, który doczekał się sprzecznych opinii u wielkich tego świata. Zaraz po premierze entuzjastyczny esej napisał Norman Mailer. Truman Capote nazwał go „straszliwie złym filmem”, „niewypowiedziane wulgarnym o dialogach zupełnie nieprzyzwoitych”. A jednak na mnie podziałał tak samo zachwycająco jak wtedy, kiedy pierwszy raz usłyszałam egzystencjalnym leitmotiv saksofonu, kiedy zobaczyłam kochanków spotykających się wbrew sobie i wbrew światu, jakby spotykali się tylko po to by udowodnić, że nic nie istnieje, nawet oni, tylko ich spotkanie. Jeśli można ten film tłumaczyć anarchią i odwróceniem się od burżuazyjnego mieszczaństwa, którego przedstawicielką jest dziecięco naiwna i dziecięco zepsuta Maria Schneider w roli Jeanne, to stroną anarchistyczną jest właśnie o ćwierć wieku od niej starszy Marlon Brando w roli Paula. Fiasko ich spotkania byłoby nie tyle porażką egzystencji, co sztuki. Jeanne, córka pułkownika poległego w Algierii, narzeczona egzaltowanego młodego filmowca, to reprezentantka sztuczności i wyalienowania z esencji życia. Paul serwuje Jeanne połączenie i scalenie jej tożsamości ze światem, robi to skutecznie najprawdopodobniej też dzięki unikalnej przystawalności jego ciała z jej ciałem. Najprawdopodobniej nie udało się mu to z jego zmarłą samobójczo żoną ze względu na fałsz ich relacji, podczas gdy właśnie misterium miłości fizycznej jest prawdą. Fenomen dobrania seksualnego kochankowie marnują właśnie poprzez kulturową inność. Przeżyty Paul dzięki życiowemu doświadczeniu wie już, co jest ważne i co jest możliwe, romantycznie próbuje Jeanne ocalić przed sobą samą oferując jej cały świat, czyli dość mało atrakcyjną pozycję żony życiowego rozbitka. Wstępująca w dorosłe życie Jeanne zdaje sobie sprawę z wagi związku i z konieczności dokonania wyboru. Dlatego metoda „trzeba zabić tę miłość”, nie jest wyborem, ale stanem egzystencjalnym w którym unicestwienie jest odwieczne, w którym morderstwo jest takim samym automatyzmem i oczywistością, jak gwałt na dzieciństwie zadawany przez rodziców dzieciom. New Yorker wielkość skandalu spowodowanego prezentacją „Ostatniego tanga w Paryżu” podczas New York Film Festival 14 października 1972 porównał do skandalu „Święta wiosny” Igora Strawińskiego, tańca Wacława Niżyńskiego w balecie Sergiusza Diagilewa w Theatre des Champs-Elysees w Paryżu 29 maja 1913. Rokowano przełom w sztuce. Chyba jednak sztuka, mimo późniejszego łamania obyczajowego tabu poszła w innym kierunku. Zwyciężyła opcja młodej narzeczonej Jeanne, która wyjdzie za mąż za nie mającego o sztuce pojęcia filmowca, wspólnie wcielą w swoje pożycie małżeńskie techniki seksualne otrzymane w spadku po zastrzelonym z tatusiowego rewolweru kochanku w scenie kończącym film, leżącym na balkonie jako nikt, jako robal z „Przemiany” Kafki, jako nikomu niepotrzebne ścierwo, które się pozamiata i wyrzuci na śmietnik. I może ta końcowa symboliczna scena w której Brando ma minę jak ukrzyżowany Chrystus była właśnie takim memento mori sztuki współczesnej, po której nastał jedynie „Spisek sztuki”, o której Baudrillard napisał, że tak do końca nie da się jej zamordować, bo nie ma zbrodni doskonałej. I może właśnie ten film i te dzisiejsze słowa przeprosin za niego nad grobem Marii Schneider wygłaszane przez Bertolucciego są dowodem na to, że nie wszystko zostało zabite.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , , , , | 16 komentarzy

“CUBA” str. 66

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

“CUBA” str. 65

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz