Opowiadanie walentynkowe

Walenty

Walenty był mężczyzną wysokim, tęgawym, o podejrzanie czarnych włosach i nieokreślonym wieku. Prezentował się dobrze w białej koszuli, krawacie i garniturze. Jako człowiek znaczący, trzymał się prosto, był rozluźniony i dużo gadał. Tylko dla wprawnego znawcy mógł podpaść z tym nadmiernym gadaniem i brakiem dystansu i wyboru. Bo ludzie silni zachowują się inaczej.
Tej wyjątkowo słonecznej niedzieli połowy lutego, gdy przemysłowe miasto jeszcze pokryte jest śniegiem, którego pył ulicy i żar betonu nie starł i nie pokrył warstwą kurzu, wyjął z szafy białą koszulę i zdjął z wieszaka garnitur.
Ubiegłej niedzieli przeczesując miejsca ludzkich skupisk natrafił na zbór baptystów. Pod pretekstem umieszczenia w ich chórze utalentowanej, młodej śpiewaczki, zagadał pastorów i został na nabożeństwie. Idąc tropem ludzkich potrzeb, znalazł w tym kościele dla siebie niesłychanie łatwą pożywkę. Był zachwycony. To, co wyciągał od ludzi dopiero po kilku godzinach alkoholowych biesiad, tutaj ludzie dawali na wstępie, sami dzielili się swoimi doświadczeniami i nieszczęściami. Byli wszyscy braćmi i siostrami, ze wszystkimi mógł być na ty. Nie myliła go szczęśliwa pointa ich świadectw. Oni pokonywali przeciwności z trudem, wychodzili zwycięsko ze swoich nieszczęść poprzez wyrzeczenia i rezygnacje.
Trudno tu było myśleć o Bogu. Walenty żył dostatecznie długo, by rozdzielić technikę życia od równoległego nurtu pobożnych życzeń. Zresztą, nie zauważył, by kiedykolwiek te dwie sprawy się krzyżowały. Pracę pastorów uważał za zawód jak każdy, a ludzi tu zgromadzonych jak klientów. Walenty zawiązał krawat i przeczesał włosy. Całe szczęście, że miał jeszcze włosy. Były gęste i mógł je farbować. Rzucił okiem na swoją malutką łazienkę. Wszystko było w porządku. Pokój też. Cały tydzień Rosjanie czyścili i układali te przedmioty. Prezentowało się wspaniale. Zadzwonił po taksówkę.

Siedział dwa rzędy za młodą kobietą i czekał, żeby się wreszcie to skończyło. Chór jednak w nieskończoność skandował boże uwielbienie, a jego gonitwa myśli nie dopuściła sensu tego śpiewu.
Na środek kościoła wyszedł z zamiarem wygłoszenia swojego świadectwa zniszczony, w niemodnej, jasnej marynarce mężczyzna zapowiedziany przez pastora jako artysta malarz i po nabożeństwie podszedł do niego razem z tą kobietą, która siedziała przed nim. Ona nadeszła z przeciwnej strony i spotkali się przy malarzu. Powiedziała, że ma na imię Magdalena i że też jest malarką.
Rozmawiali. Słońce prześwietlało oszklony budynek, a Walentemu zdawało się, że Magdalena jest też przezroczysta i ze szkła.
– Na dole zrobi się galerię, bar, a na górze jakieś kasyno, dom rozpusty… – rozpędził się Walenty.
– Dom rozpusty? – podejrzliwie powtórzył malarz. Stali jeszcze w kościele i wszyscy poczuli się nieswojo.
– A Maria Magdalena? – ciągnął pewnym głosem Walenty.
– To wszystko dopiero będzie – powiedział wymijająco malarz – Zresztą, uczę i jestem zajęty. – dokończył wyniośle.
Wtedy Walenty chwilowo zdezorientowany zaczął gorączkowo składać zamówienie na kopię „Zesłańców piszących list”, gdzie zamiast istniejących twarzy trzeba powstawiać współczesnych, np. Putina, Kaczyńskiego…
Ani malarz, ani Magdalena nie znali takiego obrazu Repina. Ale Magdalena zgodziła się tę pracę podjąć.
Walenty wręczył jej wizytówkę. Była barwna, składana i drukowana w drukarni. Architektoniczny rzut podłużny i poprzeczny kamienicy, gdzie miała być galeria był imponujący. Starożytny dom z czerwonym dachem, trzykondygnacyjny, ogród, parking. Mieli się tam spotkać za 3 godziny.

Magdalena zjadła obiad, wsiadła na rower i pojechała do kamienicy Walentego.
Dzielnica była lepsza, przedwojenna, zabudowa bogatych przemysłowców przetrwała wojnę nic nie tracjąc ze swojej wspaniałości. Stare drzewa pokryte szadzią skrzyły się w słońcu i wraz z baśniową architekturą tworzyły romantyczny nastrój słonecznej niedzieli.
Szukała numeru. Przed odrapanym domem stał Walenty w garniturze, trzymając w ręce hula-hop.
– Znalazłem w trawie. To szczęście znaleźć hula-hop! Powiedział to zawstydzony, jakby przyłapany na tym, że grzebie po śmietnikach i że jest to jego codzienne zajęcie. Wprowadził ją w ciemną klatkę schodową, nigdy nie malowaną. Chłód kamiennej posadzki przenosił się na ciemne podwórze, gdzie pod dużym murem z cegieł leżały poukładane równo kamienie. To ściana, gdzie będą wisieć obrazy.
– Nie zachwyca cię jej wielkość? Był dumny z tej przestrzeni, która dopiero miała być zagospodarowana.
– Rzeczywiście, ściana jest duża i pracy przy niej mnóstwo – powiedziała Magdalena niepewnie, oceniając od razu roztoczoną przed nią nędzę.
– Musisz mieć bogatych sponsorów – powiedziała z przekąsem. On jakby się zdziwił i nic nie odrzekł.
Nacisnął dzwonek domofonu i z pierwszego piętra wyszedł młody, zahukany mężczyzna. Zabrał od niej grzecznie rower.
– To syn. Mieszka tu z żoną. Ja wyżej, a najwyżej Rosjanie. Oni to zrobią – wskazał ręką na widoczne z okna kamienie na podwórzu. Wszyscy do nas przyjdą. A o 17 adwokat. Przetrzymam cię do 17.
Weszli na drugie piętro. Walenty, z kółkiem w ręce, zasapał się. Duża, drewniana deska z przybitym jesiennym liściem, który utracił już kolor obwieszczała, że mieszka tu Inżynier Walenty.
Weszli do środka.

Została sama. Walenty gdzieś zniknął w przepastnym, zagraconym mieszkaniu. Wysokie stropy i okna nie umniejszyły zawartości pokojów, ani nie wprowadzały powietrza między przedmioty. Wyglądało, jakby zawartość wszystkich szuflad, szaf i pudeł dotychczasowych kilkudziesięcioletnich mieszkańców, którzy tu pomieszkiwali, została wyłożona, umyta i ładnie poukładana. Nie wiadomo, czy meble były pełne, a tylko ilość przedmiotów wylewała się z nich. Czy wręcz przeciwnie, była to jakaś przemyślna ekspozycja.
Na pokojowym przedwojennym kredensie stały filiżanki, kieliszki, sztućce przemieszane z bibelotami. Na pianinie rożne rodzaje nagrań, od kaset magnetofonowych w rzędach po płyty CD i kasety video, wszystko w dużych ilościach, przetykane glinianymi kogutami, ozdobami o tajemniczym przeznaczeniu. Wiele aniołów w rożnych wymiarach i brzydocie, różańce drobne, dziecięce i brązowe, misy drewniane i plastikowe. Stosy gazet, „Przekroje”, „Niedziele” i „Goście Niedzielni”. Plakaty przeźroczystą taśmą były przyklejone do kaflowego pieca mówiące o jazzowych występach i wystawach plastycznych. Dalej katalogi, obrazy, książki. Maleńki stolik, na nim komputer z klawiaturą i fotel. Biurko szczelnie zastawione notesikami, zeszycikami, zapiskami, kalendarzami, organizerami, wśród nich leżał telefon komórkowy z rożnymi przyrządami do pisania. Podobnie było z łazienką i kuchnią. Przedmioty pogrupowane swoimi przeznaczeniami leżały równo obok siebie i czekały.
– Czego się napijesz? – rzucił mimochodem, a ona mimochodem odpowiedziała, że herbaty.
Poszli robić tę herbatę gdzie wśród kilkudziesięciu gatunków, wśród ziół na rożne dolegliwości odnalazła zwykłą, czarną herbatę.
– Tę – powiedziała, a on zaczął ją długo przyrządzać, aż po jakimś czasie wniósł na tacy filiżankę herbaty z wódką.
Siedli przy stole. Poprosił, by podała z kredensu kieliszki. Wybrała ze stosu przedwojennego szkła dwa.
Nalał.
Na stole miejsca oznaczone były dużymi, ceramicznymi płytkami. Obok niej w wielkiej, kryształowej wazie pływały trzy czerwone rybki. Na środku stał stojak, na którym wisiały sztućce nanizane na dziurki w plastikowych uchwytach. Świeczki różnorakiego kształtu wciśnięte do świeczników lub wymyślnych butelek po alkoholach czekały na zapalenie.
Potarł zapałkę, ale zalany słońcem pokój sprawił, że zapalonych świeczek nie było widać. Patrzył na nią, jak podnosi kieliszek do ust.
Ubiegłej niedzieli zaprosili z adwokatem kobietę, która tak się spiła, że obcasami grała na pianinie. Potem obrażona wyszła i o jej losie już nic nie wiedział. Powiedział, że był po rozwodzie kilkanaście lat. Maria, z którą dotrwał do pięćdziesiątki, odeszła od niego, jak po korzystnym zagranicznym kontrakcie wrócił do Polski. Na nikim nie robił wrażenia wzorowy dyplom politechniki i wieloletnie zachodnie kontrakty. Anna odeszła z ich wieloletnim, żonatym jego przyjacielem. Zamieszkali w trójkę, a potem, po śmierci jego żony, pobrali się. Walenty opowiadał, że przeszedł wtedy wszystko. Szpital psychiatryczny, samotność, niemożność poruszania się w depresji. Ale otrzymana renta i wolność przywróciły mu pierwotną witalność. No i jest kamienica, po której dużo się spodziewa..
Magdalena podniosła kieliszek do ust. Nagle łokieć pośliznął się na ceramicznej płytce i zawartość kieliszka rozlała się po stole. Zawstydziła się i zmartwiła. Wódka zaczęła powoli wsiąkać w politurę stołu. Walenty łapał rozlewającą się kałużę, by nie poplamiła jego garnituru i zagarniał na środek do pojemnika z rybkami.
Rybki…- czy im to nie zaszkodzi – pytała.
Nie dała sobie nalać następnego kieliszka, a on nie nalegał. Podeszli do szafy i zaczął wyjmować z niej po kolei obrazy, opowiadać o nich i prosić o jej komentarze.
Magdalena była znudzona. Podobno lekarze prywatnie są molestowani na okoliczność ich zawodu, objawy chorób, ich intymność i obrzydliwość są opisywane im w całym ich bezwstydzie, nie bacząc, że lekarz to też człowiek. Tu było podobnie. To, że była malarką, nie znaczyło wcale, że ma obowiązek oglądania cudzych obrazów. Przedwojenne obrazy zazwyczaj mają znaczenie sentymentalne dla ich właścicieli, zbierane dzięki przystępnej cenie, nawet dobre warsztatowo, ale nie na tyle, by być sztuką, są zazwyczaj brudne w uszkodzonych ramach. Te nie były inne. Były martwe jak ich wiekowi twórcy.
Zmęczył się. Usiadł. Nie wiedział, kim jest Magdalena. Obrazy jej nie zainteresowały. Wódka też. Na „Zesłańców piszących list” Repina w starym radzieckim albumie ledwo spojrzała.
Ona nie wiedziała, po co tu jest. Nie ma pewnie pieniędzy – myślała. Jak ma mi zapłacić za obraz?

Weszli Rosjanie.
Przedstawili się, usiedli przy stole, napełnili kieliszki.
– Andriusza – mówiła po rosyjsku. Musisz przyznać, że komunizm to była religia z całą liturgią kościoła chrześcijańskiego, ze świętami, świętymi, procesjami, moralnością i obietnica przyszłej szczęśliwości. Andriej przyznawał. Od kiedy w Polsce czekał cierpliwie na wizę do Austrii w czeskim konsulacie, zgadzał się na wszystko. Przyjechali tu z Wołodią miesiąc temu, praca czeka na nich w Belgii, a wizy jak nie było, tak nie ma. Walenty przygarnął ich, dał mieszkanie po lokatorach, których na wiosnę mógł prawnie wyrzucić za pomocą policji na bruk za nie płacenie. I oni, za codzienną pracę, zostali.
Prace były rożne. Ciężkie, przy tych kamieniach na podwórzu i przy porządkowaniu mieszkania. Nie mieli wyjścia. Pieniądze już dawno się skończyły. Przywieźli niewiele, rodziny pozostawione bezskutecznie na nie czekały. A oni, uwięzieni w jakimś wariactwie starzejącego się lowelasa z nadzieją czekali.
Dzisiaj byli zatrudnieni do siedzenia przy tym stole tworząc bankietowy tłok, towarzystwo. Nadawali się. Andriej nie miał jeszcze trzydziestki, a Wołodia trochę starszy, ożeniony ledwie, pozostawił kilkuletniego syna. Sami mogli tu być synami i wnukami. Siedzieli, leniwie czekali, aż będą mogli wreszcie zapalić. Walenty po świeżym postanowieniu rzucenia papierosów, wprowadził drakoński zakaz palenia w domu. Szli więc na balkon, gdzie często dołączał do nich on sam, Walenty, otyły, ledwo mieszczący się na balkonie. A wtedy oni patrzyli wraz z nim w dół, czy jak balkon się zerwie, to zabiją się od razu, czy będą tylko kalekami. Palili więc w milczeniu i każdy z nich rozważał koniec swojego życia w inny sposób. Ale dla wszystkich byłaby to jakaś sformułowana wreszcie odpowiedź na nijaką codzienność.
Walenty nalał im wódki.
– A Putin? – pytała po rosyjsku.
Wszyscy jednogłośnie, razem z Walentym przyznali, że Putin to wspaniały człowiek.
– A Czeczenia? – pytała dalej.
Wołodia się trochę ożywił. Spytał podejrzliwie Magdalenę o jej czeczeńskie sympatie i rozwinął.
– To przecież terroryści i bandyci. To tak jakby region Polski odłączył się i ogłosił niepodległość.
Ona oponowała, że przecież to zupełnie inny kraj, kultura, religia. Ale dla Wołodi to byli tylko zbiry, wrogowie, niewdzięcznicy i łotry.
Rozdzwoniły się telefony. Walenty wsłuchany w sekretarkę, by nie wpuścić komorników, nie odbierał. Zaprosił na bankiet kuzynkę. Ale na razie dzwonek u drzwi obwieścił przyjście adwokata.

– Skąd ty to możesz wiedzieć, że twoja kuzynka jest dziewicą! – powiedział adwokat po przywitaniu. Był starym, zasuszonym wdowcem, nieciekawym i nudnym. Już dawno przestał reagować na świat. Nikt i nic go nie dziwiło. Przynosił tu swoje ciało z wieloletniego przyzwyczajenia, a gwar Walentynowych popojek ani go bawił, ani wzruszał. Tak jak dawniej, chodził na rozprawy sądowe, gdzie beznadzieja ludzkiej głupoty nie różniła się jedna od drugiej, tak i tu biernie poddawał się daniom serwowanym przez okoliczności.
I tu natrafił na jakąś Magdalenę, która się go czepiała zadając grzecznościowe, jak w gościach się zadaje, pytania, a on ucinał je bezwzględnie i szybko.
– Pozamykać hołotę i już – odpowiedział na temat afer rządowych. Po prostu potrzebna jest Bereza.
Do czego to dojdzie? – myślała Magdalena. Do czego dochodzi nuda letniego, niedzielnego popołudnia?

– Oto Danusia! – Walenty przedstawił młodą jeszcze, harmonijnie zbudowaną kobietę. Wszyscy nagle pojęli, że na pewno jest dziewicą. Zez dyskwalifikował ją jako przedmiot pożądania w jakiś nieprzyjemny sposób, a ona wiedząc o tym, całą energię życiową skierowała na uprzejmość, przymilność i układność co było już nie do zniesienia. To stanowiło jej kapitał towarzyski, gdy przy wódce nie liczyła się atrakcyjność osób a jedynie wypełnienie biesiadnego stołu. I ona jako wypełniacz nadawała się doskonale, co pozwalało na pokonanie samotności.
– I ty Wołodia uważasz, że w komunistycznej Rosji żyło się lepiej? Że nie było przepustek i mogłeś jeździć gdzie chciałeś? Nawet do Leningradu?! – drwiła Magdalena.
– Tak! – nie było żadnych ograniczeń! A w porównaniu z tym, co ma teraz mój syn, to ja miałem cudownie. Tu nastąpiło szczegółowe wyliczanie dóbr dla radzieckiej młodzieży.
Andriej został wysłany dla Danusi po piwo, bo nie lubiła wódki. Kuzynka Danusia nie znała rosyjskiego, ale jako towarzyski wypełniacz zobowiązana była zabrać głos. Gdy Andriusza wrócił, nastąpiła żmudna, nudna próba opowiedzenia wycieczki do Petersburga tłumaczonej przez Magdalenę na rosyjski. Wszyscy grzecznie doczekali do końca i jak tylko Danusia umilkła by nabrać tchu, Rosjanie z adwokatem jak oparzeni nagle przenieśli się na maleńki balkon, gdzie z ulgą zapalili papierosa.
Rozpoczynał się mroźny, lutowy wieczór. Przy stole została Magdalena, kuzynka Danusia i Walenty. Milczeli. Zostali nagle z pustymi rękami. Kolejna niedziela mijała. Dla nich to nie był dzień. To cale lata nie spełnionych, pragnień, to wielki kęs życia, który oddalał się od ich ciała, a ono kurczyło się i degradowało. Palacze na balkonie czekali z utęsknieniem, aż balkon wreszcie się zarwie. Ale wiedzieli, że adwokat jest za lekki i że tylko dojście tych troje przy stole może uratować sytuację. Na razie nie palący nie mieli powodu do nich dochodzić.
Magdalena czuła się okradziona już z pięciu godzin. Marazm niedzieli uświadamiał jej życiową pułapkę. Znowu nie zarobi na obrazy, które chce namalować. Nie zarobi na to, by namalować jakiekolwiek obrazy.
Kuzynka Danusia z odrazą myślała o jutrzejszym pójściu do pracy. Monotonia i strach utraty tej monotonii upodlało ją jeszcze bardziej, niż gdyby jawnie, przed sobą przyznała, że chce ją utracić.
Walenty przypomniał sobie, że Magdalena ma przecież galerię internetową.
– Idziemy zobaczyć! – zaordynował.
Zeszli do mieszkania syna. Nieśmiała synowa poprowadziła ich do pokoju, gdzie stały, na stałe podłączone do Internetu komputery.
Poszukano „Galerii Osioł”. Obrazy, które mogłyby zawisnąć na ścianie w galerii Walentego były tu, w tym pokoju, jak sen same mnożyły się i wyświetlały, czarodziejsko pojawiały się wciąż nowe, barwne zjawiska.
Wszystkie obrazy były już spieniężone, przejedzone i został po nich zapach i ślad w wirtualnej „Galerii Osioł”
– Czemu osioł?
– Bo, tłumaczyła Magdalena żegnając się i zabierając rower – bo w Biblii, w księdze Hioba, jest napisane:
Bóg daje wolność zebrze
Kto wolno zebrę wypuszcza?
Kto osła rozwiąże?
za dom mu dałem stepa
legowiskiem zaś jego słona ziemia.
Śmieje się z miejskiego zgiełku,
słów poganiacza nie słyszy,
w górach szuka on paszy,

goni za wszelką zielenią.

Wiedział już, że jego galeria będzie się nazywać Osioł. Czuł, jak wstępują w niego nowe siły. Ma kamienicę. Jak zdąży z tą galerią przed zajęciem jej przez komorników, jak bar zacznie przynosić dochody, będzie wolny.
Kuzynka Danusia i Magdalena wyszły. Wszedł z trudem na piętro. W pokoju przy wódce rozmawiali Rosjanie z adwokatem. Chciał im opowiedzieć o nazwie galerii i dalej snuć swoje plany, ale oni go nie słuchali.
Zapalił więc papierosa, a wszyscy skwapliwie uczynili to samo. W drugim pokoju urządzenie do produkcji spirytusu, które miał jeszcze z czasów stanu wojennego, pracowało pełną parą. Nie na darmo był inżynierem chemikiem.

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2011, donosy i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

14 odpowiedzi na „Opowiadanie walentynkowe

  1. Serce pisze:

    Piękne Ewo, piękne opowiadanie!

  2. Ewa pisze:

    Nie wiem czy piękne, miało być głupie i jest głupie.

  3. Robert Mrówczyński pisze:

    Masz Ewo bardzo dobrze rozwinięte poczucie absurdu i wielki zmysł obserwacji, rozpoznawania ludzi i ich intencji i odgadywania sytuacji. I choć to warunek sine qua non, aby zabierać się za rozbieranie rzeczywistości w prozie czy poezji, niestety nie znajduję często podobnej przenikliwości i dowcipu, mimo, że piszących nieustannie przybywa. Ale to wszystko martwe i tępe.
    Portret Walentego – mitomana i megalomana, neurotyka tak naprawdę zupełnie przegranego, a jednocześnie hochsztaplera ciągle niesytego, ciągle polującego i usidlającego i wykorzystującego bezceremonialnie kolejne ofiary, to portret Polaka jako takiego – niedouka z pretensjami, parweniusza z rozdętym ego, lenia. Portret znakomity. Opowiadanie świetne. Ostatnio śmiałem się tak na filmach Bareji.

  4. aleks pisze:

    smutne, ale fajnie sie czyta, Ewa.

  5. Ewa > Robert Mrówczyński pisze:

    Ach, Robercie, mam nadzieję, że obdarowanie mnie tyloma miłymi słowami nie jest spowodowane dzisiejszym dniem dobroci dla wszelkich istot żywych świętowanymi też przez Google!
    W tym opowiadaniu chciałam zawrzeć wszystkie te problemy, o których piszesz i może jego wielowarstwowość nie powoduje tego zjawiska „za dużo grzybów w barszczu”, jeżeli je tak prawidłowo odczytałeś.
    A tak na marginesie, to przy dzisiejszym święcie miłosierdzia ludzkiego zastanawiałam się, co by było gdyby..?
    Co by było, gdybym tak wszystkim od początku założenia mojego bloga tylko wylizywała? Jak wyglądałby mój język? Czy nabrałby wreszcie należnej składni, jakbym np. nic innego nie czyniła, tylko na okrągło czytała wiersze Pani Profesor Kościuszko? Albo oglądała obrazki na blogu Buka? Jak się ma odbiór cudzych utworów do własnych? W opowiadaniu Walenty ogląda wirtualną galerię Magdaleny, bo chce znaleźć nazwę dla swojego biznesowego przedsięwzięcia. Ona nic go nie obchodzi, on jej zabiera kilka godzin z jej życia wabiąc ją do swojej nory obietnicą zarobienia pieniędzy. Takie analogie są typowymi sytuacjami w Sieci. Nic dziwnego, że socjolodzy coraz bardziej postrzegają Sieć jako zbiorowisko samotników. Nie zauważyłam na portalach i blogach żadnej przyjemności spotkania. Nawet na tych portalach literackich powołanych wyłącznie do interakcji towarzyskich, jak TRUML, nie ma przyjemności spotkania. Ja w każdym razie jako obserwator, nie odbieram jej. Tam się użytkownicy tylko obrzucają pochwałami. Ale to jest cały czas obrzucanie, a nie dawanie, dzielenie się sobą.

  6. Ewa > aleks pisze:

    Trochę Olu inspirowane Elizabeth Strout, amerykańską pisarką w moim wieku, o której istnieniu dowiedziałam się od Hani. Przeczytałam jej dwie powieści, tą nagrodzoną Pulitzerem też i wszystkie jej postacie biorą początek zawsze gdzieś w zborze baptystów. Też tak zaczęłam, jako taką płaszczyznę wspólną dla potrzeb każdego człowieka, na której można budować swoją świętość. Oczywiście można tam podstawić każdą organizację, nawet blog sieciowy, ale to jest zawsze początek dla rozwinięcia fabuły.
    Zapoczątkowałam na Twoim blogu atakiem na metafizykę i chyba tam nie zagrzeję miejsca, bo widzę, że obok jakiś wielbiciel Kieślowskiego. Ale uwierz Olu, ja tak się staram, by gdzieś być…

  7. Robert Mrówczyński pisze:

    Zapewniam Ewo, mój zachwyt nie ma nic wspólnego z dniem miłosierdzia, a nawet nie wiedziałem o takim święcie?
    Nie ma w Tobie śladu neurozy, jesteś niezwykle witalna, nastawiona na spotkanie, ale jednocześnie przenikliwa do bólu, co właśnie neurotycy bojący się wiedzieć poczytują Ci to za „rozgoryczenie niespełnienia i odrzucenia”, czy jak to zwą jeszcze, za swego rodzaju zemstę, a Twoje intencje i motywacje pisarskie za niskie, spiskowe i plugawe. Rzecz w tym, że jesteś zanurzona w oceanie neurotycznych osobników, blogów, portali, takich właśnie Walentych, których nic nie obchodzisz, ale chętnie Ci coś ukradną, a potem jeszcze oplują.
    Niestety są w przewadze i to oni tworzą kształt polskiej literatury i wyznaczają poziom publicznego dyskursu. Dlatego gdzie byś się nie pojawiła ze swoimi czystymi w gruncie rzeczy intencjami, rozpoznają Cię natychmiast jako ciało obce i jako psująca dobrą zabawę, zostaniesz odrzucona. Wśród neurotyków, dla których fałsz jest niczym oddychanie, musiałabyś ciągle udawać, ale tego właśnie, jako osoba zdrowa, nie umiesz. Najwyraźniej skazana jesteś na samotność, ale Twoja samotność pełna mocy duchowych, pasji, talentu i determinacji, czyli tak całkiem opuszczona nie jesteś. Można powiedzieć, że to jeden z lepszych rodzajów samotności. Póki jesteś i jesteś aktywna wierzę, że nie wszystko jeszcze stracone.

  8. Ewa > Robert Mrówczyński pisze:

    To Robercie nie opuszczaj mnie… Niech Moc będzie z nami.

  9. Robert Mrówczyński pisze:

    Sapere aude – ta zapomniana oświeceniowa maksyma dla Twoich fałszywych przyjaciół i prawdziwych wrogów.

  10. Ewa > Robert Mrówczyński pisze:

    Bądź tu mądrym, jak trzeba pisać o głupocie…

  11. kazimierz poznanski >ewa pisze:

    Material wziety prosto z zycia. Tam na koncu powinno byc „Galeria Zebra”. Wokol niej – swiat zdegradowany.

  12. Ewa > kazimierz poznanski pisze:

    Nie wiem, Profesorze, jak to napisać, bo to chodziło o uchwycenie ważnych historycznie chwil, kiedy kolos w postaci Związku Radzieckiego runął i pociągnął za sobą w tę rujnację demoludy. Oko prostego człowieka – narratora – widzi niewiele, jednak coś zawsze dodaje do ogólnego wizerunku i uważam, że na tym polega rola artysty. Robert trochę źle odebrał moją intencję, bo tytułowa postać Walentego, polskiego inteligenta, który za pomocą sztuki próbuje ocalić rodowe dobro jakim jest kamienica, a której wartość rynkową nagle odzyskał, jest w sumie bezradny z tym bogactwem i widać, że nie było rozsądnych decyzji państwowych, co robić. Więc tak naprawdę, to nie jest to postać negatywna. Ale w takich wypadkach, jak wszystko się wali, to się w ludziach aktywizują najgorsze cechy, jak bezwzględność, działanie po trupach, a przede wszystkim za pomocą innych, równie bezradnych i poszkodowanych. To tak jak pamiętna scena z filmu „Titanic”, gdzie do ratunkowych szalup ryli się starzy, ale bogaci, wyrzucając kobiety i dzieci z miejsc, jak to humanitarnie przez głośniki okrętowe zalecano.
    Piszę nowe opowiadanie o tym, jak nomenklatura zawłaszczała majątek, ale wiesz, myśmy o tym nic nie wiedzieli, że coś podobnego postanowiono na górze. To były lata dziewięćdziesiąte i jak teraz na Oli blogu próbuję analizować film Zanussiego z tych lat, to widzę, że wprowadzenie Kaszpirowskiego do telewizji publicznej było chyba celowym, świadomym sposobem uśpienia społeczeństwa, by nie wiedziało, co się dzieje. Twoje książki z ekonomi mi są o tyle pomocne artystycznie, że ja to jakoś szerzej widzę. O uwłaszczeniu nomenklatury dowiedziałam się dopiero z Wikipedii!
    Bo to też łączy się z pismem artystycznym „bruLion”, takim naszym małym intelektualnym oświeceniem w czasach mroku. I wtedy był taki poeta, Zbigniew Sajnóg, który chciał w Rzeszowie w tych latach robić teatr Artaud. I naczelny bruLionu, Robert Tekieli, wycofał się, nazywając to magią i demonologią. I to był moment zaprzepaszczenia wszelkich wywalczonych w Polsce wolnościowych impulsów w sztuce.
    W tym opowiadaniu też próbowałam ująć to religijnie, bo Walenty żeruje na naiwnych owieczkach kościołów, ale nie ma kapitału, czyli tego co ma Państwo. Wtedy powstawało mnóstwo galerii artystycznych z racji posiadania kapitału. Ty nie masz pojęcia, jakich ja poznałam tłuków, którzy zajmowali się handlem obrazami. To włosy na głowie stawały. I jak śpiewał Wysocki „A mordy takie, że bez wyroku pięć lat…”

  13. Exit 182 pisze:

    Od razu na wstepie ,,,jestem z Seattle”,,,
    To znaczy zyje tu od 1986 roku,,
    Tak jest ja jestem z tych „wyksztalconych”przez profesorow z LWOWA,,, dwa lata starszy od ciebie,,,tak jest,,,, moje miejsce powinno byc w Polsce
    ale wole pracowac w Boeingu,,
    przy produkcji skrzydel ktore zapewnia ci bezpieczny przelot, tam i zpowrotem.
    Bylem mgr.ing. (Pol.Gdanska),,na stoczni im.Lenina ,(1978- 1985)
    ,, tak tej samej co spowodowala, to co jest.
    Tyle tylko ze mialo byc inaczej.
    To ze bedzie nie tak ,wyszlo na jaw
    po wprowadzeniu stanu wojennego.
    Ludzie pokazali swoja prawdziwa twarz.
    Dla tych ludzi, wiedzac ze beda wciaz na czele pochodu nie bylo sensu robic co kolwiek.
    Czlowiek ma jedno zycie,,,jedna rodzine ,jest odpowiedzialny,,,
    trzeba podjac decyzje,,ja podjalem.
    Jestem tu ,,,i nie zaluje,,,
    Zawsze mialem „szczegolny dar”
    przewidywania przyszloci,,, i sie nigdy nie mylilem,,,i tym razem tez nie,,,
    „Czarny scenariusz „przyjal realna forme.
    Ale do rzeczy,,,,
    Twoje „Dzienniki z Ameryki” powinne byc zatytuowane
    „Dzienniki z amerykanskiego
    North-West,,,, dlaczego,,,????
    Poniewarz USA ,,, nie mozna ougolniac.
    USA jest taka jaka w w danym momencie odbierasz,,widzisz,jestes
    Roznice pomiedzy poszczegolnymi stanami sa ogromne.
    Pewnie widzialas ze nawet na stacji
    benzynowej w OR zasady sa inne.
    Miedzy WA aCA jeszcze wieksze.
    Co stan,,, to jak inny kraj,,,
    mniej wiecej tak jak w EWG,,chociarz jezyk ten sam,ale nie koniecznie,w Luizjanie preferowany
    Francuzki a w NM Chiszpanski.
    I choc to nie do wiary ja w Teksasie
    mam mala nadzieje porozumiec sie
    z tubylcami po angielsku.
    Tak tu jest,,,
    To by bylo narazie na tyle,,,,,,

  14. Ewa > Exit 182 pisze:

    Witaj Jurku na blogu! Daj znać, czy Ci poprawić orty, bo może tak powinno być, wszelki kontakt z emigracją jest w ten sposób właśnie blokowany, bo ludzie się wstydzą pisać, przeszli ci z naszego pokolenia kilka krajów, zazwyczaj nim dotarli do Stanów musieli opanować niemiecki, szwedzki, włoski i portugalski. Tak miałam na nk, gdzie robili orty nawet w gwarze śląskiej. Ja też robię potworne orty, ale ja mam możliwość zawsze edycji, jak jakiś życzliwy wytknie i mailem doniesie.

    Będę robić komiks o szkole, pracowałam akurat w trakcie wprowadzenia stanu wojennego i ta niewielka grupa pokoju nauczycielskiego, jak piszesz, też „pokazała twarz”. A co dopiero w Stoczni czy w jakimś miejscu strategicznym.
    Przyjęłam zasadę na blogu, by pisać o obserwacjach jednostkowych, trudno objąć wszystko. Dlatego też, podobnie jak piszesz, wszystko jest subiektywne. Mam cały czas konflikt z synem, którego praca w Seattle polega na jeżdżeniu po Stanach i dokumentowaniu między innymi seattleńskich akcji humanitarnych i całym świecie. Czasami jest w kilku stanach w ciągu jednego tygodnia, i na Skypie wielogodzinnie (najczęściej z lotnisk, bo ma wtedy czas), napada na mnie, że grymaszę, podczas gdy Polska jest na północy świata, jest wśród bogatych i jest bogata. I jak tak patrzeć po jego filmach z Afryki, to ma rację, jesteśmy narodem roszczeniowym, rozwydrzonym i nabzdyczonym. Ale wiesz, jak byłam w stanie Washington, to było to dla mnie życiowe święto, to tak, jak mieli pretensję do Jezusa, że pozwala, by na jego stopy lała Magdalena olejki, za które można było kupić jedzenie ubogim. Taką Amerykę B pokazują filmy np. Jarmuscha.

    Ale Wy, emigracja 80 nie zrozumiecie nas dzisiaj, bo Wy zapomnieliście, że tych kilkadziesiąt lat życia, kiedy nie mięliśmy dostępu do kultury świata, nikt nam nie zwróci. Wyście tam mieli, ale musieliście wszystko posiąść od razu: język, kulturę, nowe domy, nową pracę i nowych znajomych. Nas zabijało lelum polelum, Was zabijał pośpiech i skróty. Ot, życie uwikłane w Historię. Ale właśnie Historia rozliczy nasze pokolenie z zakłamania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *