Dziennik wiejski (1)

5 lipca 2011. Próbowałam w nocy pisać ten dziennik, ale mama budząc się na siku i widząc smugę światła w kuchni wołała oburzona zaspanym głosem, czemu nie śpię i że powinnam spać. Wybijało mnie to z rytmu pisania, które jest pewnym transem i wchodzeniem w poszczególne etapy jak w otwierające się pudełka, ma strukturę łańcucha. Wołanie mamy paraliżowało mnie i powodowało zawstydzenie jak przyłapanej na czynności intymnej, zakazanej i grzesznej. I jak tak dalej pójdzie, niedługo stosunki z moją mamą ukształtują się tak, jak relacje Jelinek z jej matką, tylko że ja nie dostanę Nagrody Nobla, żadnej nagrody nie dostanę, nie pozostanie żadna literatura, tylko te relacje.

Jest zasnute czarnymi chmurami rano, widzę, że pęd, który wypuściła hortensja zjedzony częściowo przez ślimaki złamały w nocy koty przychodzące tutaj już zupełnie bezkarnie, tak jakby Podzwon nigdy nie istniał i że hortensja nie zakwitnie, bo zakwita tylko na zeszłorocznych pędach.
Wszystko jest mokre i ślimaki, które oblepiają każdy pozostawiony w ogrodzie przedmiot przesuwają się na nim kilka zaledwie centymetrów w ciągu dnia i pozostawiając za sobą lepki ślad śluzu jak w poklatkowym filmie stają się wyznacznikiem czasu.

Korzystam z momentu, kiedy nie pada i wystawiam rower przed bramę bo zgubiłam mały kluczyk do furtki i używamy tylko bramy. Muszę pozostawić ją otwartą bo mam tylko jedną kłódkę, a nią zamknę rower, który przywiążę pod lasem nim pójdę w górę na pole i na maliny.
Wszystko się ślimaczy, sandały ześlizgują się z pedałów, sukienka przylepia się do mokrego siodełka, a ślimaki odpadają na trawę ze szprych.

Jadąc widzę Elę właśnie przechodzącą przez ulicę niosącą coś z ogrodu matki do swojego domu -tak, na maliny – wołam – tak już są u mamy – odkrzykuje Ela – tak, na moje pole… Głosy nasze nikną, bo już niedługo skręcę na stawy, minę ogród pełen białych hortensji Kwiekowej i wjadę tam, gdzie już żadnego ślimaka nie będę w stanie ominąć i będę słyszała te przerażające, wydobywające się spod kół trzaski zgniatanych muszli.

Zawsze, jak zbieram maliny, chowam sukienkę do foliowego worka by się nie pomoczyła i zbieram tylko w bieliźnie, którą też potem zdejmuję, bo jest kompletnie mokra. Ale dzisiaj jest zimno i zabrałam drugą sukienkę do torby, którą zostawiam w koszyku rowerowym. Nawet w lesie woda jest wszędzie, potworzyły się niezależne od potoku wpadającego do stawów strumyki, a cała ściółka leśna jest jak gąbka i właściwie nie ma co przeskakiwać wody tylko trzeba brnąć w wilgoci błota.
Mijam owies Ciupka i przechodzę skoszoną jego łąkę by wejść na mój kawałek zarośnięty i zaniedbany, na którym kilka lat temu posadziłam maliny ogrodowe i które powoli dziczeją i marnieją. Dopiero się zaczynają, jest ich niewiele, ale jem je z poczuciem ulgi, że je znowu mam możliwość doświadczyć jakby świat mój kończył się wtedy, kiedy ich zabraknie.
Coroczne zbieranie malin zawsze jest rytualne, zawsze dążę do tego stanu, by być na górze w centrum świata, w kompletnej pustce, w kompletnej samotności i wśród pohukiwań odgłosów z lasu nigdy niezidentyfikowanych ptaków. Lubię przedzierać się przez kolczaste gałęzie, a moja mała wrażliwość na ból powoduje, że wychodzę z chaszczy zawsze porysowana brunatnymi liniami otwartego naskórka nie wiadomo kiedy i jeśli byłby to ogień, spłonęłabym nie zabezpieczona instynktownym go unikaniem.

I wtedy, kiedy jestem już zatopiona w gąszczu liści, kompletnie mokra od ich wilgoci, poraniona kolcami o otumaniona nigdzie na wsi nieosiągalną ciszą, rozlega się w plecaku komórka. Dzwoni mama, chce wyjść z domu do Pani Stasi z Panią Władzią i nie może zamknąć furtki, bo nie ma kłódki.

 

O admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2011, dziennik ciała. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na Dziennik wiejski (1)

  1. Ro pisze:

    Witam. Rzadko koncentruję się na tak długo, żeby przeczytać czyjekolwiek kawałki prozatorskie – tu zachęcił mnie tytuł, oraz fakt, że przyglądałam się z boku poprzednim tekstom, tym o Pradze. Warto było, najbardziej spodobało mi się chronienie sukienki w czasie malinobrania, klimat zbliżony do tego , jaki pamiętam z “Lata leśnych ludzi” – to była jedna z kultowych pozycji mojego dzieciństwa. Wciągający dla mnie temat, to trudne relacje z mamą, z tej prostej przyczyny, że one w moim życiu są też zagmatwane. To tyle, co mi na szybko przyszło do głowy, jako zwykłemu czytelnikowi.
    Maliny – kojarzą mi się pozytywnie, rosły u moich dziadków, kiedy babcia jeszcze żyła. To fragment mojego dzieciństwa.
    A rytuały – doskonale rozumiem, moje życie składa się z samych rytuałów.
    Ps. Przepraszam jeśli zanudziłam, wiem, że jest Pani przyzwyczajona do znacznie mniej laickich komentarzy:)
    Tym niemniej pozdrawiam:)
    Ro

  2. Ewa pisze:

    ach dzięki Pani Roso, ja tak właściwie piszę ten „Dziennik wiejski” tylko dlatego, że nie mam możliwości pisać i by te możliwości jakoś wykrzesać mimo wszystko piszę… bardzo trudno jest z bardzo nieciekawego dnia wybrać jakieś punkty określające dzień i to syntetyzować. I tak sobie popisuję…
    Niestety, nie przeczytałam Pani bloga jeszcze (zawsze jak wchodzę, to czytam cały blog), bo z niepokojem śledzę poczynania Hortensji na portalu Liternet i widzę że Pani też tam publikuje. Wie Pani, Hortensja zaatakowała Jarosława Trześniewskiego, a Jarosław Trześniewski mi się tutaj tak ładnie wpisywał… Hortensja to Mr Hyde.

  3. Hortensja Nowak > Ewa pisze:

    Ewo, tam nie uczą krytycyzmu. Każdy komentarz jest zagrożeniem, próbą zawłaszczenia czyjegoś terytorium. To jest właśnie totalitaryzm. Mnie zrzucają odczłowieczenie, a zachowują się jak zagrożone zwierzęta.

  4. Robert Mrówczyński >Ewa pisze:

    Mnie się podoba neurotyczny klimat pierwszego odcinka dziennika. Szczegółowy, niemal instruktażowy opis wyprawy na maliny, a w istocie po doznanie samotności z matką zombi w tle, o której przypuszczamy z introdukcji, że udaremni tę integrację z przyrodą i to mistyczny przeżycie. Ja tu raczej widzę klimat z Dziecka Rosemary. Wszyscy są pozornie przyjaźni, ale ściśle kontrolujący, osaczający. I matka trzyma z nimi sztamę, co jest prawie normą. Bohaterka pianistki przez tę stymulację matczyną poszła w ostrą perwersję. Ciekawe co się stanie z Tobą? Nie jestem dobrej myśli…

  5. Ewa > Hortensja pisze:

    Wiem Hortensjo. U nas na studiach jak profesor zjawiał się raz na ruski rok (bo jeśli ktoś był z pracowników uczelni w pracowni to z rzadka tylko asystent, który czytał nieustanie gazetę) i stawał przed sztalugami, to zawsze mówił: piękne! Bardzo dobre! Wszyscy dostawali piątki do indeksu na przeglądzie. Nie było żadnych wymagań. Potem tych malarzy spotykałam na plenerach i wszyscy mówili, że te pięć lat najcenniejszego okresu w ich życiu było na studiach stratą czasu. Po prostu nie uczyli ci profesorowie. Nie dali studentom NIC. Dali poklepywanie po ramieniu. A przecież portale literackie mają teraz takie wielkie możliwości dla rozwoju! Mogą na przykładzie wklejanych wierszy szukać tropów, powiązań, porównań, mogą analizować, spierać się, przecież tam publikują tak różnorodni twórcy…I to wszystko idzie ku jakiejś sztampie, laurce. A spytaj uznanego twórcy o co mu chodzi, to zaraz obrażony, nie odpowie… Już widzę takie ich zachowanie na wieczorze autorskim. Odpowiadają, nim padnie pytanie! Tylko zazwyczaj nie pada…

  6. Ewa > Robert Mrówczyński pisze:

    Tak Robercie, chyba pójdę w perwersję…

  7. Robert Mrówczyński >Ewa pisze:

    Czyli w maliny…

  8. Ro pisze:

    O portalu liternet.pl dowiedziałam się podczytując Pani bloga, Pani Ewo:). Jakiś czas obserwowałam, nie rejestrując się, aż pewnego dnia stwierdziłam, no ok, dawajcie formularz. I tak się zaczęła moja tam aktywność, a jak stwierdziła niejaka “komar, komar” nawet nadaktywność na granicy żenady (nie pamiętam określenia, ale chyba napisała, że ja się tam narzucam – na pytanie komu się narzucam nie odpowiedziała-tak potraktowana poczułam się jak w domu i zostałam na dłużej.
    Mojego bloga nie czytała Pani razem z całą resztą ludzkości, jeśli Pani go przeczyta stanie się Pani drugą po mnie osobą, kóra go czytała :)))
    O ile będzie Pani miała ochotę zostawić tam jakieś komentarze będzie mi niesamowicie miło.

    Co do sprawy marnowania czasu z powodu lekceważących wszystko profesorów to wiem coś o tym, zmarnowałam też sporo lat życia w ten sposób. Niemniej drugie pół tego czasu zmarnowałam z powodu profesorów, którzy potrafili zaprezentować tylko wypowiedzi negatywnie oceniające, bez żadnych wskazówek do poprawy, to tak trochę straszne, moim zdaniem. Nauczyciel to jednak powinno być powołanie. Na każdym szczeblu, też akademickim. Zatem jestem po stronie pogądu, że złoty środek pomiędzy zbytnią surowością, a ciągłym akceptowaniem wszystkiego, jest jednak opcją najlepszą – szarości, zamiast czerni i bieli. Pozdrawiam
    Ro

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *