Pierwsza Nagroda konkursu im. Marka Hłaski w Wiedniu 1990 Adam Lizakowski „Złodzieje czereśni”(2000)

Adam Lizakowski otrzymał wiele nagród, ale nie doszukałam się informacji w Sieci, czy była i jaka za „Złodziei czereśni”, więc na wszelki wypadek nagrody nie wpisałam w nagłówku postu(doszła wiadomość i uzupełniłam).
Ze wszystkich dostępnych w bibliotece pozycji autora, które przeczytałam, wybrałam do dzisiejszej analizy właśnie ten tomik, gdyż wydawał mi się najbardziej reprezentatywny dla dyskusji o tego typu poezji. Adam Pertinent – pod takim nickiem kryje się Adam Lizakowski – opublikował dotychczas na portalu Nieszuflady 161 wierszy i większość właśnie pochodzi z tego tomu.
Na plus Lizakowskiemu trzeba zapisać to, że porusza sprawy emigracji, że próbuje skonfrontować te dwa światy, w których jako poeta jest cały czas w trakcie aktu twórczego i że mentalne powroty do Polski podyktowane są autentyczną nostalgią.
Szukając powodów, dlaczego poezja Adama Lizakowskiego nie przekroczyła nigdy progu blokującej ją zaściankowości – co celnie zauważyła Mirosława Kruszewska – trzeba chyba zastanowić się nad życiem bardziej ogólnie, niż wymaga tego status poety. Bez względu na to, jaką wyznajemy religię, jaką filozofią przesiąkliśmy i co na odcinku narodzenie–śmierć udało nam się o przebywaniu na Ziemi dowiedzieć, pewnych spraw w nie da się zrelatywizować, neurotycznie upiększyć, czy zatuszować rzeczy, których się nie wykonało, a które powinny być wykonane, by móc znajdować się w kolejnych etapach przeżywanego życia.
Lizakowski pisze cały czas z pozycji człowieka, który dokonał pewnego życiowego wyboru i którego zasadność nieustannie przymierza zarówno do swojego życiorysu jak i do wspólnoty amerykańskiej, z którą miał na przestrzeni lat do czynienia. Ten zupełnie niewykonalny postulat, jakoby z niewielkich doświadczeń można było wysnuć jakieś teorie szersze, kasandryczne, głębsze i nawet dydaktyczne (autor umieszcza w zbiorze wierszy poradnik dla emigranta polskiego) odbija się źle na całej jego poezji, obarczonej balastem zbytecznym i przeszkadzającym. Pod pozorem postmodernistycznej maniery, dzięki której można bezkarnie w utworach wszystko umieszczać, Lizakowski uzyskuje pewną swobodę wypowiedzi, jednak pozornie, gdyż w te wynurzenia wkrada się ustawiczna pretensja do losu. Na dodatek nakłada się na to przyswojona bardzo powierzchownie poezja Beat Generation i smagający biczem krytyki politycznej patetyczny ton Allena Ginsberga, który unosi się nad Pieszycami, miastem rodzinnym, Lizakowskiego jako coś zupełnie niezrozumiałego i niemającego nic wspólnego z amerykańskim buntem młodych wobec świata przecież mimo wszystko wolnego, niemającym nic wspólnego z komunistyczną Polską, w której Lizakowski wzrastał i do której wyje po nieprzespanych z tęsknicy nocach amerykańskich.
Poezja Lizakowskiego jest przykładem na nieprzezwyciężenie polskości w jej złym znaczeniu. W innych utworach, które przeczytałam wraz ze „Złodziejami czereśni” widziałam jedynie ogromny pieróg ruski lepiony na emigracji i nic więcej. Nie mam pojęcia, dlaczego polska emigracja 80 rekrutująca się przecież z ludzi wykształconych w Polsce, na wyższych uczelniach, niejednokrotnie wyjeżdżająca już z dorobkiem artystycznym, wchodziła w te polskie pierogi, w cały istniejący tam styl życia niczego właściwie nie przełamując i nie przezwyciężając. Mając do dyspozycji zastane zdobycze techniczne, perfekcyjnie zorganizowane życie umysłowe, o czym pozostały w Polsce outsider mógł tylko bezskutecznie marzyć – poeta amerykański polskiego pochodzenia pozostaje w kółko w swoim zakłamanym świecie dzieciństwa w Polsce i dorosłości w toksycznej Polonii w Ameryce. I dzięki komputeryzacji świata, który moje pokolenie zdołało szczęśliwie doświadczyć w drugiej połowie życia, pokolenie emigracji osiemdziesiąt wchodzi w życie literackie Internetu jakby nic się nie wydarzyło. Jakby globalna wioska nie istniała, jakby w dalszym ciągu panowała czeladnicza, ubiegłowieczna metoda zdobywania stopni adeptów poezji. Poeci emigranci, którzy przybywają na falach sieciowych do polski robią po latach identycznie to samo, co robili będąc młodymi tchórzami, wchodząc na emigracji w zabójcze dla ducha poezji struktury kiszącej się w sobie Polonii. Wchodzą na fora internetowe, by tym razem, jako dojrzali już ludzie upodobnić się do ryb w ławicy i działać według zastanych konwencji i obyczajów, które panują tu przecież mocą komunistycznej władzy, gdyż niczego nie zdołano w czasie ich nieobecności w mentalności Polaków naprawić.
Adam Lizakowski, nazywając samozwańczo pokolenie swoich twórczych rówieśników „złodziejami czereśni”, ustanawia kolejną fikcję rzekomych marzycieli, ludzi wybranych i naznaczonych, łatwy stereotyp artystycznej bohemy i wspólnoty. To, że coś takiego nie istniało, nie było i nigdy nie będzie, uzmysłowiło i zdemaskowało nam już dziesięcioletnie funkcjonowanie polskich portali literackich. Warto więc, przy końcówce życia, zrewidować pewne ślepe uliczki twórczości, która jaka jest, każdy widzi i widzi, że inna nie będzie. Ale wysiłek zrozumienia poetyckiej postawy i tak zawsze jest wartościowszy od kolejnych produkcji poetyckich, które bez tego zrozumienia nie mają przecież żadnego znaczenia.

Internet, do którego wchodzą dzisiaj poeci działający skutecznie w realu nie uzmysławiają sobie, że chaotyczny ruch artystów internetowych nie ma hierarchii, w ramach której ci na szczycie poetyckich zdobyczy mieliby objaśnić tym na dole, jak wiersze pisać. Nie ma powszechnie uznawanych przywódców, którzy podpowiadaliby, co jest dobre, a co złe. Portal literacki jest skupiskiem wielu autonomicznych sieciowych inicjatyw tyle samo wartych, co sam portal, w którym uczestniczą. Portale padają nie wskutek własnych wad, ale dlatego, że nie zdołały być elastyczne. Każdy sieciowy artysta może przyłączyć się do portalu poetyckiego, lub stworzyć nowy, własny i przyłączyć się do Sieci. Przyłączywszy się, nie musi zrzekać się swojej indywidualności na rzecz zastałej wspólnoty, czy samotniczej działalności. Można wchodzić i wychodzić, przyswajać to, czego nam brakuje, a co nam jest w drodze twórczej potrzebne, omijać to, co nam szkodzi, przeszkadza w tworzeniu. Artysta niejednokrotnie, szczególnie na samym początku twórczej drogi posiada osobowość narcystyczną, dla której niezbędna jest widownia. To też daje Internet w szczęśliwej symbiozie gromadząc ludzi sobie podobnych i sobie potrzebnych.
Jednak jak wszystko na świecie, nic nie robi się samo, wszystko trzeba wypracować.
Żeby twórczość literacka Internetu znalazła się w realu, a nie odwrotnie, jak dzieje się dotychczas, potrzebne jest całkowite przeklasyfikowanie dotychczasowych działań. Jeśli emigracja polonijna teraz zasila fora internetowe w tak dużym wymiarze, to niezbędne jest by wiedziała, że swoją działalnością umacnia stare struktury, które muszą runąć.

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii czytam więc jestem i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

37 odpowiedzi na „Pierwsza Nagroda konkursu im. Marka Hłaski w Wiedniu 1990 Adam Lizakowski „Złodzieje czereśni”(2000)

  1. Wanda Niechciała pisze:

    Więcej o tym, co uważasz za cenne, czyli dokumentowanie dokonań emigracji jest w „Chicago Miasto Nadziei” Adama Lizakowskiego. Tam jest spis pisarzy emigracyjnych.

    „(…)Np. „Konieczka Leon – autor kilku książek wydanych na emigracji. M.in. książki pt. Murzyństwo a sprawa polska (Chicago 1993 r.), w której dość szczegółowo opisuje prześladowania Polaków przez Murzynów w Chicago. Sam był zresztą wielokrotnie prześladowany, o czym pisze w swoich pracach(…).”

    Nie wiedziałam, zawsze kojarzyłam polskie Chicago z antysemityzmem, a tu taka niespodzianka.
    Niestety, zupełnie się na tym nie znam, uważam, że wymieniona przez Lizakowskiego kategoria „kukułek”, czyli emigrantów, którzy nie interesują się swoimi rodakami w Stanach Zjednoczonych, jest chyba najbardziej korzystną opcją, bo trzeba budować więzi między ludźmi, a nie między ziomkami. A właściwie cała twórczość, oprócz niewielu liryk przedstawiających piękno San Francisco i Złotego Mostu jest o emigracji. Szczególnie te na portalu Nieszuflada. Wiem, wiem, że ze wszystkiego można robić dobrą poezję, ale odniosłam wrażenie, ze Lizakowski podejmuje je w zniewoleniu, co wyklucza dobrą poezję, która z założenia ma być skutkiem wolności wewnętrznej. W końcu po to się ją tworzy, by przynajmniej w niej być wolnym.

    • Maciek Needle pisze:

      LIZAKOWSKI NIE JEST ZADNYM POETA.
      Nie umie pisać ani po polsku, ani po angielsku.
      To Nikodem Dyzma wykreował się płacąc innym.
      Lista, o której piszesz, to sami kumple Lizakowskiego.
      Lumpenproletariat.

  2. Ewa pisze:

    tam też jest wymieniony Andrzej Bajkowski autor „Chicago nago” wydanej w Polsce w 1992. Pamiętam, kiedy przyniosłam tę książkę do domu (było bardzo niewiele wtedy książek o tym, o czym każdy wtedy marzył – o ucieczce z Polski). Młodszy syn przeczytał ją natychmiast i była jego jedynym drogowskazem, jak odpowiedział na ogłoszenie Gazety Wyborczej o naborze chłopców do pilnowania dzieci na wakacyjnych obozach w U.S.A. Miał tylko 12 lat, swoją emigrację przygotowywał cztery lata. Angielskiego nauczył się z gier komputerowych. Do telewizji satelitarnej podłączyliśmy się na dziko, by mógł oglądać programy z Jay Leno. Nie mieliśmy wtedy pieniędzy dosłownie na nic. Przemalowywałam pieczątki na biletach autobusowych do szkoły. A jednak się udało.
    Wiesz Wando wracam z Nieszuflady, wszystkie wiersze mi się już pomyliły, nie wiem, które, z których tomików tam Adam Lizakowski z częstotliwością jednego wiersza dziennie wklejał od zimy ubiegłego roku. Jacek Dehnel mu tam tak brzydko napisał o grafomani. A przecież nie są nic gorsze od wierszy faworyzowanych przez niego Macieja Woźniaka czy Moniki Mosiewicz.
    Niestety, nie mogę ich zachwalać, bo nie są to wiersze artystyczne, raczej publicystyczne, ale nie można im odmówić autentycznego przeżywania życia, z czym chce się autor dzielić z odbiorcą. Po prostu żal mi tych wszystkich okazji, których polski emigrant, skazany na pracę fizyczną musiał zaniechać. A przecież w konsekwencji liczy się tylko efekt. Nikogo nie obchodzi, kto jak pisze i kiedy swoją poezję. Sieć musi to zmienić. Zlikwidować pojęcie emigracji, zupełnie poezji nieprzydatne, skoro poezja ma strukturę taką jak świat wirtualny.

  3. Wanda Niechciała pisze:

    No tak. Poezja mówiąca o niemożności pisania i rozwijania się intelektualnego powinna też powstawać, bo przecież jest materią wielu dzieł artystycznych. Niemoc, która za sprawą demiurgicznych sił artysty jest przezwyciężana, opisywana jest w wielu arcydziełach. Nigdy wadą wytworu artystycznego nie jest zła okoliczność. Cała twórczość obozowa nie powstała wprawdzie w obozach, ale nie byłoby jej bez traumatycznego doświadczenia. Te opowiadania Lizakowskiego, które mi przysłałaś „Kuzyn Józef albo emigracja loteryjna po roku 1989 do Ameryki, czyli wyprawa po złote runo” są letnie. Brakuje tym opowiadaniom odwagi donosu. I być może na podstawie tych opowiadań można wnioskować o temperaturze wierszy Lizakowskiego będącymi jedynie powierzchownymi doświadczeniami świadka.

  4. Ewa pisze:

    W końcu Paul Cézanne tak naprawdę, to zaczął tworzyć po sześćdziesiątce, kiedy miał po śmierci ojca stały dochód i nie musiał się martwić o sprawy finansowe. Ja też, jeśli uda mi się zgromadzić wszystkie pieczątki i otrzymam emeryturę, będę rekonstruować swoje życie na emigracji wewnętrznej w Polsce. Emigracja jest zawsze w człowieku, każdy artysta jest przecież w pewnym sensie emigrantem. Niezgoda na świat w którym przebywa jest jego jedyną możliwością przeżycia. Lizakowski to moje pokolenie więc porównanie zasadne. Tyle, że nie miałam pokus wejścia w toksyczną emigrację, wygłaszania tam odczytów, tworzenia grup artystycznych, chodzenia na pierogi. Jeśli takie miałam tutaj, to i tak natychmiast zostawałam zdemaskowana, jako ciało obce.
    Z tych książek – wierzę, autobiograficznych – wynika, że Adam Lizakowski na polonijnej niwie działał bardzo długo i skutecznie. Zawsze nam powtarzano na religii, że nikt nie jest samotną wyspą. Lizakowski dochodzi w swoich tekstach do wniosku, że jest zupełnie odwrotnie. Też tak pod koniec życia myślę. Myślę, że z takim założeniem łatwiej jest emigrować. Nie wytraca się energii na służbę u innych za cenę poczucia braterstwa ludzkości. Bo, jak napisał Lizakowski pracuje się w Stanach fizycznie i z nikim nie nawiązuje, liczy się wyłącznie wykonana praca. W Polsce jeszcze do tego nie doszliśmy, a szkoda. Każda praca w Polsce to zawsze łacha, nawet najcięższa obwarowana jeszcze jakimiś zakłamanymi zobowiązaniami. Mam koleżankę szkolną, która składa klamerki bieliźniane i producent worami jej na podwórze przywozi surowiec. Ona już dostała emeryturę i nie musi ich składać, ale mówi mi przez telefon, że musi, ponieważ kogo oni na jej miejsce znajdą! To taki przykład obłudnej troski o firmę. Świat jako firma.
    A Świat poradzi sobie bez wielu wierszy, które nie wyrosły z autentycznego doświadczenia wewnętrznego.

  5. M.R pisze:

    „Ciało obce zawsze zostanie zdemaskowane”

    Przeczytałem ten ostatni komentarz i ma on wartość samodzielną, samą w sobie i odnosi się do pewnego typu ludzi

    ja mam niekiedy niesmak do siebie samego, że „wytracam energię na służbę u innych” i nawet za to mi nie płacą odpowiednio (bo jako ciało obce zostałem zdemaskowane, nie to abym był buntowniczym arogantem, ale zawsze rezerwa, inność i obcość jest wyczuwana, zresztą jestem spoza układu)
    Próbują mnie neutralizować „poczuciem braterstwa”, że niby powinismy być jedną drużyną, grać wspólnie itp itd

    Ale muszę jakoś tam jednak przystosować się jednak, bo do emerytury daleko i wolność także oddala się. Dobrze, że to część etatu, godziny pracy dowolne i luźne i jestem fachowcem w takiej dziedzinie gdzie nikt nic nie wie tylko ja

    Życzę powodzenia na emigracji wewnetrznej w Polsce i dużo niezgody na swiat

    ja tymczasem muszę swoją niezgodę i np. niechęć do tych ludzi ukrywać

  6. M.R pisze:

    tzn mnie fałszywe poczucie braterstwa
    a sobie płacą bardzo dobrze (jako fachowiec mam wgląd np w pewne dane finasowetak więc to wszystko co mówią innym w podobnej do mojej sytuacji jest bezczelnym klamstwem…
    ja natomiast jestem zobligowany do zachowania tajemnicy o prawdziwym stanie rzeczy) a ich poczucie braterstwa, raczej to nie braterstwo co pewien nepotyzm, klika, zatrudnianie swoich i obdarowywanie swoich

    próbują jednak uzależnic psychicznie i mentalnie inncych, taka relacja jak między katem a ofiarą w odpowiednich oczywiście proporcjach

    być może Pani koleżanka nie uświadamia sobie, że jest ofiarą a firma katem

  7. M.R pisze:

    tzn ich poczucie braterstwa wewnątrz grupy mającej korzyści to jest jakieś tam przestępcze braterstwo z niekorzyścią dla ludzi uczciwych

    czy też nepotyzm

    przepraszam, za te komentarze idące trochę w bok, ale to co Pani napisała ma szersze znaczenie

    i zyczę jeszcze raz powodzenia i uzyskania emerytury, tak teraz spojrzałem na Pani zdjęcie i datę…

  8. Ewa > M.R pisze:

    Dziękuję Panie Marku za komentarze, które wcale nie są w bok, a o istocie, wszystko jest literacką materią a szczególnie praca. Zresztą amerykańskie poradniki dla pisarzy zalecają pisanie o stosunkach panujących w pracy, podobno takie tematy sprzedają się zawsze.
    I nigdy dość tego ujawniania, bo tylko tym sposobem coś można w ludziach przezwyciężyć. Jednak tzw. fikcja literacka umożliwia autorowi „gryźć rękę, która go karmi”. Takie autobiograficzne wynurzenia, jakie są w książkach Adama Lizakowskiego zawsze są półprawdami, widać, się boi nadawać na środowisko, w którym żyje, a może stać się jeszcze bardziej nieznośne. Wielu jednak pisarzy nie wahało się. Np. D. H. Lawrence użył w powieści nazwisk autentycznych mieszkańców swojego rodzinnego górniczego miasteczka, był tak tam znienawidzony, że nie mógł, jak ta dzisiejsza mama Madzi, która nie ma co szukać w Sosnowcu, tam wrócić, Lawrence też chyba tam już nigdy nie pojechał. Proust jak wydał „W poszukiwaniu”, to i tak się wszyscy, których sportretował pod zmienionymi nazwiskami rozpoznali i obrazili. W sumie, to nie warto się wysilać i być słusznie znienawidzonym.
    Jeśli Pan pracuje w tak toksycznej sytuacji, to warto zrezygnować, bo i tak się już Panu liczą te przepracowane lata do emerytury, liczą się też studia, tylko trzeba poczekać na wiek. Wiele moich rówieśniczek malarek nic nie zarabiało na obrazach (widocznie jest taka nadprodukcja, że nie wszystko nadaje się do prania brudnych pieniędzy w bankach) ostatnie pięć lat i czekały na wiek. Chyba, że Pan chce to wszystko zużyć pisząc na emeryturze. Doświadczenie dla pisarza jest najważniejsze, im ma się bogatszy materiał przeżyć, tym literatura jest lepsza. Najgorsze są dla mnie książki powstałe z innych książek. Dlatego zawód krytyka literackiego napawa mnie odrazą.
    Wie Pan, Panie Marku, ludzie żyją coraz dłużej. Casanova napisał swoje pamiętniki pod koniec życia. Może i Lizakowski puści jeszcze farbę, kto wie.

  9. M.R pisze:

    Zrezygnować nie mogę bo mam rodzinę na utrzymaniu. A i ubezpieczenie zdrowotne. A do 67 daleko, daleko. Ale to tylko część etatu i mam z drugiej strony wiele swobody tzn tak jak kiedyś tzw. bezpartyjni fachowcy.

    była partia i cała partyjna klika, ale musiało być kilka osób co ma pojęcie i wiedzę i dlatego jako niezbędni byli tolerowani. Ja toleruję ich, oni mnie tak to wygląda. Oczwiście próbowali pozbyć się mnie, ale okazało się, że trzeba kogoś z wiedzą konkretną, a o to nie jest łatwo. W sumie wykonałem dla nich pewne dzieło, które aby zastapić innym to potrzebne są do tego i duże fundusze i czas. I aby wykonać takie dzieło to trzeba i talentu i uporu i pracowitosci, olbrzymiej a „partyjni” dawni i obecni, jak pani wie nie są do pracy. I osoby z kliki także. Tzn mogą przychodzić do pracy, ja nie muszę, ale stworzyć coś tak jak ja niewielu potrafi. Tak więc złapał kozak tatarzyna, a tatarzyn za łeb trzyma.

    Ale to są raczej mierne osoby
    aby zużyc je literacko, choć instytucja jest z przemysłu kulturalnego tak to nazwijmy
    a i osoby te to lokalne sławy wyróżniane przez lokalne media. Takie zblatowanie lokalnych elit
    Ale mam wgląd w tzw środowisko artstyczne zwłaszcza te wysoko finansowane przez lokalne władze od zewnątrz

    jednak zapewniam Panią nie ma tam nikogo formatu i subtelności baraona de Charlus

  10. Ewa > M.R pisze:

    Ja tak w trosce o Pana zdrowie, bo toksyczna praca powoduje raka, a jak umrze Pan na raka, to rodziny tym bardziej nie będzie Pan mógł utrzymać. Zawsze ratowałam się odejściem, nigdy nie byłam zwalniana, wręcz przeciwnie, z żalem podpisywano zwolnienia. Jednak nigdy nie wytrzymywałam, zawsze byłam bliska obłędu. Mój rekord na etacie to 10 miesięcy. Szczególnie, że, jak Pan pisze, materiał literacki żaden. Są ludzie, którzy są tak nieciekawi, że nawet ich szkodliwość nie jest interesująca literacko, myślę, że to tak jak z pejzażem. Jak czytałam te książki Lizakowskiego to porównywałam: ja w górniczej dzielnicy Katowic uczę dzieci z zajęczymi wagami i typowym alkoholicznym matołectwem, a w tym samym czasie Adam Lizakowski siedzi w San Francisco i narzeka i tęskni do jakiejś potwornej wsi polskiej. A przecież zobaczyłam tę Zatokę trzy lata temu i płakałam ze szczęścia, że ją ujrzałam, że z mgły, jak zjawisko, wyłonił się Golden Gate, że jest jakaś sprawiedliwość na świecie która zadecydowała że to zobaczyłam. Ale tak na co dzień, to przecież mieszkam w jednym z najbrzydszych miejsc na świecie. Jeśli nie jest to materiał literacki, to niech Pan stamtąd natychmiast ucieka, Panie Marku. Ja nie mam gdzie i za co stąd uciec. Bo wiadomo, USA to No Country for Old Men.

  11. Zapiski znad Zatoki San Francisco pisze:

    „Zapiski znad Zatoki San Francisco”
    dr Wojciech A. W. Wierzewski

    Amerykańska przygoda „złodzieja czereśni” z Pieszyc

    Całe dziesięć lat przyszło nam czekać na pełne, książkowe wydanie zapisków emigracyjnych Adama Lizakowskiego, co samo już w sobie skłania do zastanawiającej refleksji. Paradoks tym większy, że nie chodzi tu o wspomnienia jeszcze jednego, nieznanego ogółowi, „solidarnościowca”, lecz właśnie o zapis osobistych doświadczeń dobrze znanego, i to zarówno w kraju, jak i na emigracji, poety, który został laureatem I nagrody w konkursie pamiętnikarskim im. Generała Stanisława Maczka pt. „Zachodnie losy Polaków”, właśnie za interesujące nas tutaj „Zapiski znad Zatoki San Francisco”!
    Problem z frustrującym poszukiwaniem wydawcy musiał pochodzić zatem z innego źródła niż wartość samego tekstu i ranga jego autora, potem laureata choćby tak prestiżowej nagrody Fundacji Turzańskich, skoro pokoleniowa doniosłość manuskryptu wymownie uznało całe jury Stowarzyszenia Prasoznawczego „Stopka”, które wyróżniło pracę Adama Lizakowskiego już w roku 1994, jako najlepsza spośród przeszło 200 nadesłanych wtedy na konkurs, i to ze wszystkich stron świata, m. in. z Australii i Republiki Afryki Południowej, Kanady i Argentyny, Francji i Niemiec, wreszcie Stanów Zjednoczonych. O co chodziło?

    Zaryzykuję pogląd, że w połowie minionej dekady, czyli lat 90-tych, spadły nagle, i to dość dramatycznie, notowania środowiska „solidarnościowego” i jego emigracji, a to na skutek rozczarowania praktycznymi poczynaniami liderów ruchu w budowaniu „nowej demokracji” w kraju, w tym również i samej prezydentury Lecha Wałęsy. Także zainteresowanie emigracja polityczna na Zachodzie jako „heroicznymi emisariuszami idei „Solidarności” w wolnym świecie” wytraciło zdecydowanie wcześniejszy, emocjonalny impuls, bowiem sprawy ważne i najważniejsze dokonywały się teraz w Polsce, a tam trosk i niepokojów nie brakło. Sądzę więc, że naprawdę wyjątkowe i godne czytania pamiętniki Adama Lizakowskiego, jako opis losów polskiego emigranta po roku 1980, stały się po prostu ofiarą zbyt szybkiego przestawienia „zwrotnicy dziejów” w mentalności rodaków, jakie wtedy, z hukiem, nastąpiło. Oczywiście, sam autor walczył z uporem o zaistnienie „Zapisków znad Zatoki San Francisco”, jak tylko mógł. Dzięki temu, już w jesieni 1994 r. tekst można było zacząć czytać, ale w odcinkach, w tygodniku „Gwiazda Polarna”, co wymagało sporej cierpliwości i samozaparcia, bowiem druk trwał niemal przez rok.

    Dopiero obecna, książkowa edycja „Zapisków”, jaka w końcu ukazała się w bibliotece rzeszowskiej „Frazy”, tamtejszego stowarzyszenia literacko – artystycznego, późną jesienią ub. roku (za co mu cześć i chwała!) daje czytelnikowi polskiemu i emigracyjnemu pełny wymiar propozycji, z jaką przed całą dekada wystąpił Lizakowski, a jest ona doprawdy, w ludzkim wymiarze wyjątkowa, zaś w artystycznym, nieprzeciętna. Kto wie czy nie mamy do czynienia z czymś co najlepsze i najtrwalsze w całym jego dorobku pisarskim, co stanie się tez jego przyszłym testamentem? Dla mnie tak się to przedstawia, w naturalnej, rzecz jasna, łączności z korespondującym dość widocznie tomikiem poezji, „Złodzieje czereśni”, pięknie definiującym rysy jego szczególnej generacji. „Pięknych i niewinnych, złączonych słodyczą owocu”. Dobrze, ze autor zamknął „Zapiski znad Zatoki San Francisco” przypomnieniem tego silnie poruszającego wciąż poematu…

    „Siłę książki stanowi wartość narracji, bezpośredniość opisu i autentyzm doznań – powiada nie byle jaki autorytet literacki i krytyczny, bo sam prof. dr hab. Aleksander Fiut (a ja wyjątkowo w tej materii z nim się zgadzam). Z miejsca tez broni on naszego poetę przed potencjalnym zarzutem „nieuprawnionej uzurpacji bądź wręcz prowokacyjnej zaczepki” wobec faktu jawnego nawiązania przez Lizakowskiego do tytułu klasycznego wręcz tomu esejów Czesława Miłosza. „Pojawiające się w „Widzeniach nad Zatoka San Francisco” – stwierdza specjalista dorobku naszego noblisty – zasadnicze dylematy i pytania rzuconego w obce językowo i kulturowo środowisko – pisze dalej prof. Fiut – staja się bowiem nie tyle tematem filozoficznej refleksji, ile zostają poddane próbie codziennej egzystencji przeciętnego Polaka, który przeszedł drogę podobna do tej, jak była udziałem tysięcy: udręczony mizeria życia w późnym PRL-u, opuścił kraj w okresie „Solidarności”, i przez obozy dla internowanych, gdzie zastało go wprowadzenie stanu wojennego, zawędrował aż do Kalifornii, uparcie ścigając mit amerykańskiego raju.”

    Uważam, ze to dość fortunne wprowadzenie w materię pamiętnika. Zarazem sygnał, czego czytelnik może się spodziewać po „Zapiskach” Adama Lizakowskiego. Są one z jednej strony charakterystycznym papierkiem lakmusowym, absorbującym niemała a realna prawdę o genezie, motywacjach i jakże w sumie przyziemnych doświadczeniach ogromnej części całej emigracji tamtych lat. Tak mało mającej wspólnego z hasłami i etosem ruchu „Solidarności”, a tak wiele z potocznym ryzykiem, cwaniactwem i przebojem. Słowem, awanturniczym oczekiwaniem tamtej fali emigrantów, „ze wbrew wszystkiemu, nam się uda”. Z drugiej – „Zapiski” są na szczęście także „kolorowa kula” zamkniętych w niej snów i marzeń dwudziesto paroletniego, prostolinijnego chłopca z polskiej prowincji, przy tym wrażliwego poety, który zamiast do Chicago, utartym przez poprzedników szlakiem, wybrał się do San Francisco, składając aplikacje o pomoc do Fundacji Lwa Tołstoja (!). Rezultat, w sporej mierze, okazał się na miarę wyobrażonych oczekiwań. Pisze to oczywiście w tonie pół żartem, pół serio, tak zresztą jak sam Lizakowski, kiedy opisuje on te, graniczące z surrealizmem, pierwsze doświadczenia z arcydziwnego miasta Ameryki (poczynając od parady etników wszystkich ras eskortujących poetę do jego nowego „miejsca pod słońcem”). Czytelnika nie ominie tez barwna gama przeżyć autora w obcowaniu z całym „kulturalnym i twórczym światkiem” starej i nowej emigracji polonijnej znad Zatoki San Francisco. Portret utrzymany w cokolwiek krzywym zwierciadle, przez co autor musiał, w końcu, salwować się ucieczka… do Chicago!

    Tym samym doznania „złodzieja czereśni” (jak się potem Lizakowski sam nazwie we własnym programowym poemacie), młodego emigranta z Pieszyc wyrzuconego poza orbitę swojego prowincjonalnego środowiska przez ciśnienie polityki i historii, sięgające wtedy poziomu krytycznego, przybierają w książce charakter nie tyle dokumentalnej rejestracji, co wizji i zjaw z pogranicza fantazji i poezji, chyba nie bez wplywu wypalanych w trakcie pobytu i towarzyskich spotkań, fajeczek z hippisowskim szczęściem. Nic dziwnego, ze w „Zapiskach” pojawiaja się też gadające ( po polsku!) i kiwające łapą poecie, koty, nie mowiac juz o calej galerii poznanych w Ameryce dziewczat, od zjawiskowej Vicki i subtelnej Nadiezdy, po jakże pomysłowa Jo, smarująca sie dla poety jogurtem i niezapomniana Suzan, uzmysławiająca biednemu emigrantowi, w calej ludzkiej rozciaglosci, jego realne szanse na traktowanie go serio w Ameryce, źrodło najwiekszych radosci ale i bólu poety. To z całą pewnością najlepsze, najbardziej przejmujace i osobiste strony książki, które zyskuja autorowi rzadkie zaufanie i aplauz, w tej szczegolnej kategorii prozy.

    Lizakowski w swoich „Zapiskach znad Zatoki San Francisco”, moze sie wydac bardzo typowym uciekinierem z ponurego kraju, pograzajacego sie w chaosie i widocznej juz golym okiem agonii, dobrowolnie jednak zdajacego się na łaske i niełaskę losu „uchodźcy z obozu komunistycznego” do tandetnie swiecacego sie, jak landrynka, świata zachodniego, ktory „witał” tych życiowych desperatów wielodniowym wyczekiwaniem u zatrzaśniętych bram obozów przejściowych, o których poeta potem tak napisze:” zmeczenie, rozterka, apatia, depresja, kolejki do jedzenia, kolejki lóżek do łazienek, na przesluchanie, wszedzie setki, tysiace ludzi”. Ale jest takze, i chyba przede wszystkim (na tym polega realna uroda tej zaskakujacej, w tak wielu miejscach, książki) bardzo osobistym, indywidualnym narratorem emigranckiej epopei i niemal surrealistycznym jej poeta. Takiej ksiazki o „solidarnosciowym” exodusie dotad nie bylo, nikt inny tez tak tej polskiej przejmujacej epopei setek tysiecy nie opisal…

    Ale największa niespodzianka, jaka przynoszą „Zapiski znad Zatoki San Francisco” jest wręcz intymny, bardzo osobisty i szczery aż do bólu, ton. Autor stopniowo odsłania cala swoja „ucieczkę na Zachód” jako cierniowa, życiowa konieczność. Wybór, przed którym intuicyjnie nie mogl sie juz cofnac, choc długo sam nie był świadom, co w rzeczywistości on oznaczal. Najzupelnie obcy jest mu „arcypolski” duch szarzy kawaleryjskiej, pokazywania i dokazywania, cechujacy, prawem kontrastu, niemałą część opisywanych przez niego, takze, towarzyszy podróży. Więcej, w miarę czytania „Zapisków” Lizakowskiego coraz bardziej ulega się wrażeniu, ze jego historia to w istocie doświadczenie młodej, po polsku prostej a niezepsutej, duszy. Emigrowanie stało się dla niego prawie tym, czym kiedyś było samotne wyruszenie w nieznane, z małym tylko tobołkiem i kijem żebraczym. W oczekiwaniu na poniewierkę i sypiące się razy, jako nieunikniona część odważnego do kresu, eksperymentu.

    W miarę lektury „Zapisków” narasta tylko wrażenie coraz szczelniejszego zamknięcia bohatera w swoim własnym, wewnętrznym świecie kontemplacji życia i przemyśleń, niczym wędrownych zakonników z „Kwiatków św. Franciszka”, choć realia i proza codziennego życia w tak obcym dla niego kraju, z małym tylko zasiłkiem „na przetrwanie”, ściąga go nieustannie na twarda, wyboista ziemie. Niemal siedem lat „emigranckiego chleba”, opisane i utrwalone w „Zapiskach”, zawiera przede wszystkim duchowa przygodę autora. Widać to jasno z perspektywy iście filozoficznego finału, kiedy zadaje on sobie podstawowe pytania,” po co mu to było” i jaki jest, w sumie bilans własnego, ludzkiego doświadczenia. „Wyjechałem z Polski – odpowiada – ale czy się jej wyparłem? Nie. Czy ja zdradziłem? Nie. Czy mnie Polska potrzebuje? Chyba nie. Poradzi sobie beze mnie.” Tak zapewne myślał o i dalej myśli wielu emigrantów tego pokolenia. Lizakowski idzie jednak dalej. Wyznaje: „Jedno jednak jest pewne. Dopiero wyjazd z Polski uświadomił mi, na ile jestem Polakiem. Jak ważna jest dla mnie Polska i wszystko to, co tam się dzieje. Zrozumiałem też, że będąc Polakiem równie dobrze mogę mieszkać w San Francisco. Teraz nawet jestem przekonany, że jestem lepszym i wartościowszym Polakiem od tych, którzy mieszkają w kraju przez całe życie. Pozbyłem się kompleksu polskości i wyleczyłem z Polski, stając się jednocześnie lepszym Polakiem od tego, który kilka lat temu wyjeżdżał z niej. (…) Ameryka dala mi te możność spojrzenia za siebie i przed siebie, stworzyła mi kilka takich okazji, ze mogłem przyjrzeć się sam sobie …”.

    „Bez wyjazdu z Pieszyc – kontynuuje Lizakowski – prawdopodobnie nigdy bym tego nie spostrzegł, ani tak szczegółowo tego nie rozważał. Były takie momenty w tym dzienniku, kiedy notowałem chwile „w locie”, bez żadnych głębszych analiz, czy zastanawiania się nad tym, co pisze. Robiłem to z pełna świadomością, bo wiedziałem, ze może taka chwila być dla mnie ważna – powiem górnolotnie – jedyna w swoim rodzaju dla poznania siebie, rozumienia świata, który mnie otacza. Nie wstydzę się tego, nie wypinam dumnie piersi, najważniejsza była dla mnie zawsze szczerość i autentyczność zapisków. Dzięki nim mogę teraz raz jeszcze odbyć podróż w czasie, wybrać się do tych miejsc kiedyś owianych tajemnica, rozmawiać z ludźmi, których być może nigdy więcej nie spotkam już w życiu…”.
    Dr Wojciech A. Wierzewski

    Adam Lizakowski: „Zapiski znad Zatoki San Francisco”, Wydawnictwo Otwarty Rozdział, Rzeszów, 2004. Tom w serii „Frazy”, Stowarzyszenia Literacko – Artystycznego w Rzeszowie. Stron 452.

    • Maciek Needle pisze:

      Wojciech Wierzewski lansował Lizakowskiego z polecenia Bezpieki. Obaj byli agentami SB i ryli wśród emigracji. Gdy Wierzewski umarł, jego podopieczny poczuł się niepewnie. Został zdemaskowany i opiekun i fałszywy poeta. Teraz Lizak wrócił do ukochanych Pieszyc jak niepyszny.
      Maciek

    • Krzysztof pisze:

      Znałem Wojciecha Wierzewskiego. Był on klęską Polonii chicagowskiej. Wszedł głęboko w jej struktury. Zyskał zaufanie przywódców największej polonijnej organizacji, Związku Narodowego Polskiego i Kongresu Polonii Amerykańskiej. Działał na boczku, bardzo pracownie. Zasypywał prasę polonijną swoimi wypracowaniami. Dla komunistycznych służb bezpieczeństwa był źródłem wiedzy o niesfornych Polakach. Był znakomitym donosicielem – siedział w środku. Nigdy nie brał udziału w politycznych działaniach Polonii, znakomicie je natomiast paraliżował. Prof. Fiut natomiast działał po omacku. Nigdy nie docenił zdolności marketingowych Lizakowskiego. Dał się nabrać na usłużnie podsuwane mu przez autora „Złodziei czereśni” wiadomościom, lekkomyślnie lekceważąc stan faktyczny. Nie on jeden. Redakcje gazet polonijnych od dziesięcioleci zasypywane są utworami Lizakowskiego, odbijanymi na kopiarce i rozsyłane wg listy. Nikt tych danych nie sprawdzał. Wierzono doniesieniom, ponieważ „było to na papierze” czy na fotokopiach gazet polonijnych.
      Nagroda Hłaski jest wielkim skandalem. Przyznał ja chwilowy emigrant, poeta Prusiński najwyraźniej dla żartu. Chwyciło. Dzisiaj mówi się o tym jako o wielkim wydarzeniu literackim. A był to najwyraźniej żart z publiki, nie chce napisać – oszustwo. Na emigracji, po wykruszeniu się intelektualistów wielkiego wychodźstwa żołnierskiego, zamknięciu „Wiadomości” i „Oficyny Poetów”, a także po zmianach w „Tygodniu Polskim” i powrocie do Polski Alicji Lisieckiej, jest tylko kilku odważnych krytyków literackich, wśród nich szeroko znana Mirosława Kruszewska. Nie potrafią oni zatrzymać rosnącej fali grafomanii czy zwykłych oszustw literackich, a także operatywności samozwańczych wieszczów. A ostatnio na emigracji, zwłaszcza w Chicago, obserwujemy ogromny wzrost aktywności początkujących twórców, którzy, idąc śladami Lizakowskiego, uzurpują sobie prawo do najwyższych pozycji w historii poezji polskiej.
      Lizakowski nigdy nie brał udziału w życiu politycznym Polonii. Mówiąc o pokoleniu złodziei czereśni narażamy się na śmieszność i manifestujemy swoją niewiedze o emigracji. Związek literacki i pisma, którym dał początek wieszcz z Pieszyc to jeden wielki skandal ! Już dzisiaj fałszujemy historię. Robi to Uniwersytet w Rzeszowie, robi to prof. Fiut. Obserwujemy sukces niekompetentnych „znawców problemu”.
      A krytyka Lizakowskiego ma swoje źródła w kraju, w jego rodzinnej miejscowości, nie na emigracji. Tutaj Lizakowski jest nieznany. W Chicago traktuje się go jako małego chwalipiętę i mitomana. Do historii przeszły już jego rzekome wykłady na uniwersytecie wrocławskim i tytuły naukowe amerykańskich uczelni. Kwestionuje się jego osiągnięcia jako tłumacza, bo słabo mówi zarówno po angielsku, jak i po polsku. Pisał nawet o tym zawsze popierający go „Dziennik Związkowy” w czasach, kiedy miał tam dużo do powiedzenia jego promotor, Wierzewski. Radzono mu nawet, aby wreszcie nauczył się angielskiego.
      A wiadomości i krytyka na temat Lizakowskiego płyną na portale polonijne akurat z Dzierżoniowa, Pieszyc, Bielawy – nie z Chicago i Nowego Jorku.
      Polonia amerykańska, a zwłaszcza jej nieliczni już twórcy protestują tylko dlatego, że nie chcą, aby reprezentowali ich w kraju twórcy tacy jak Chabrowski, współpracownik SB, Grynberg (również współpracownik ), „mgr” Lizakowski któremu również w Pieszycach przypominają o działalności w ZMS oraz zarzucają współpracę zarówno z urzędem emigracyjnym USA jak i służbami specjalnymi PRL. Uważam, że zarzuty te powinny zostać sprawdzone. Od lat działacze polonijni walczą o wyjaśnienie tych spraw. Zajął się już nimi historyk Sławomir Cenckiewicz.
      Wiemy, jak wygląda nasze życie na emigracji. Porównując nasze własne doświadczenia w tym kraju, nie zgadzamy się na utrwalanie przez Lizakowskiego nie zawsze prawdziwych, a przeważnie ujemnych wychodźczych stereotypów. I do tego chyba mamy prawo, które nie może odbierać nam prof. Fiut i inni pożal się Boże naukowcy.
      Fundacja Turzyńskich nie jest znaczącą fundacja, w tej chwili kierowana jest przez emigranta z Polski, który pisywał w swoim czasie przemówienia dla czerwonych oligarchów, konkretnie dla tow. Grudnia. Starzy pisarze wymarli, zaczęło się nowe. Kumoterstwo kwitnie tak jak zawsze tam, gdzie są pieniądze.
      Nie kwestionując mitów na temat Lizakowskiego, wyrażamy zgodę na fałszowanie dziejów Polonii.

  12. Dzieci Gór Sowich pisze:

    Dzieci Gór Sowich

    dr Beata Hebzda-Sołogub
    Adam Lizakowski jest emigrantem od dwudziestu pięciu lat. Decyzja o opuszczeniu kraju narastała w nim pod wpływem wydarzeń rozgrywających się w Polsce schyłku PRL-u. Wyjechał z Pieszyc – małej miejscowości na Dolnym Śląsku położonej u podnóża Gór Sowich w 1981 r.
    Emigracja była dla niego czymś oczywistym i naturalnym, stwarzała możliwość nowego życiowego startu. Kusił go mit Ameryki podsycany utrwalonymi w wyobrażeniach stereotypami łączącymi fakt emigrowania z sukcesem ekonomicznym. Ufny w możliwość odmiany swojej egzystencji wyruszył w życiową podróż w poszukiwaniu dostatku i wolności, powielając w ten sposób dzieje tysięcy młodych Polaków. Losy rzuciły go do San Francisco, a następnie do Chicago, gdzie mieszka obecnie.
    Świat poetyckiej wyobraźni Adama Lizakowskiego został ukształtowany pod ciśnieniem osobistych doświadczeń i emocjonalnych doznań. Polska i Ameryka – dwa kraje, dwie różne kultury, dwa odmienne obszary językowe, w których toczyło się i toczy życie poety są ciągle obecne w świecie jego wierszy. Gorzkie przeżycia emigracyjne, szukanie punktów zaczepienia w zapamiętanej przeszłości (Złodzieje czereśni), próby identyfikowania się z nowym otoczeniem, radość poznania i wrastania w obcą dotąd ziemię (Chicago miasto nadziei), poszukiwanie własnej tożsamości, korzeni, ojczyzny (Legenda o poszukiwaniu ojczyzny) znalazły odzwierciedlenie w jego twórczości.
    Znaczących inspiracji pisarskich dostarcza Lizakowskiemu miejsce pochodzenia. To klimat tego zakątka zrodził wyczulenia, ukształtował wrażliwość i poetycką wyobraźnię autora wierszy, to właśnie rodzinne Pieszyce, ziemia dzierżoniowska i Dolny Śląsk wyzwalają w nim tyle twórczego niepokoju. Słusznym będzie dodać, że większość wierszy zamieszczonych w zbiorze Dzieci Gór Sowich powstało w małej ojczyźnie poety pod wpływem doznań, jakie w ostatnich latach obudziły w nim pobyty w Polsce. Przyjeżdża tu co jakiś czas, by odwiedzić swoje rodzinne miejsca, spotkać się z czytelnikami, opowiadać o sobie i prezentować swoją twórczość. Żywo angażuje się w sprawy swojej małej ojczyzny, uczestniczy w ważnych lokalnych wydarzeniach, czego efektem są zamieszczone w niniejszym wydawnictwie wiersze okolicznościowe: Memu miastu na 40 urodziny, Czasem ludzie najbardziej pragną wiatru (na 25-lecie Towarzystwa Miłośników Dzierżoniowa), Pięknie coś odkryć samemu (z okazji nadania imienia Wojciecha Kilara Państwowej Szkole Muzycznej w Dzierżoniowie), Memu liceum na 60 urodziny (z okazji 60-lecia I Liceum Ogólnokształcącego w Dzierżoniowie), Jeśli osiągniesz przewagę nad innymi (z okazji jubileuszu 60-lecia Miejskiej Biblioteki Publicznej w Dzierżoniowie), Radość i smutek pieśnią spłacimy (na 60-lecie Parafii św. Antoniego w Pieszycach).
    Poezja Lizakowskiego nasączona jest lokalnym kolorytem ziemi dzierżoniowskiej (cykl Śpiewy ojczyźniane). Jej przeszłość i teraźniejszość, krajobraz i wtopieni weń ludzie stanowią tło poetyckich rozważań. W wierszach pojawiają się charakterystyczne i ulubione miejsca poety, szczegóły architektury, konkrety geograficzne wyrażone głównie w nazwach miejscowości położonych u podnóża Gór Sowich (Dzierżoniów, Pieszyce, Bielawa, Kamionki, Piława Górna, Rościszów, Walim).
    Przywoływana w cyklu Śpiewy ojczyźniane przeszłość ma swój oryginalny kształt wyznaczony przez lokalną tożsamość autora. Poeta przypomina legendarnego założyciela Dzierżoniowa – Fryderyka Funkensteina, który walczył u boku niemieckiego cesarza Henryka Ptasznika z pogańskimi Hunami, pojawiają się odnośniki do plemienia Ślężan, zwycięskiej bitwy pod Niemczą w 1017 r., protestanckiej kolonii Braci Morawskich założonej w Piławie Górnej, osadnictwa na ziemi dzierżoniowskiej po II wojnie światowej.
    Bohater liryczny tych wierszy przemierza sowiogórskie szlaki poszukując swej młodości i zagubionego czasu. Ulega urokowi gór, z zachwytem przygląda się stuletniej wieży widokowej na Wielkiej Sowie, zwiedza sztolnie dawnej kopalni srebra Silberloch usytuowanej na trasie z Walimia na Przełęcz Walimską.
    Lizakowski próbuje nadrobić wszystko, co przez lata zostało zagubione, uchwycić barwy lata, delikatny powiew wiatru, szelest liści, szmer strumyka, głos kukułki, bzyczenie pszczół. Urzeka go przestrzeń opalizująca kolorami, zapachami i światłem. Odżywa w nim fascynacja naturą, którą dusza i umysł chłoną łapczywie. W atmosferze bliskiego sercu krajobrazu odnajduje dawnego siebie. Pojawiają się ślady osobistych wspomnień, które prowadzą do dojrzałych refleksji nad własną drogą życiową.
    W omawianym zbiorze istotne miejsce zajmuje temat podróży wpisany w konstrukcje lirycznego świata. Peregrynacja jest ucieczką do marzeń o lepszym życiu obciążoną ostatecznie decyzją emigracji, która poprzez oddalenie od ojczyzny uświadamia człowiekowi jej wartości. Wpleciona w biografię Lizakowskiego podróż, dzielona odcinkami czasu i przestrzeni (Pieszyce – austriackie obozy dla uchodźców Traiskirchen i Podersdorf – San Francisco – Chicago – Pieszyce), ułatwia mu odnalezienie własnego miejsca w świecie. Przechodzi tę drogę doświadczając różnych emocji, odbywając wędrówkę do swojego wnętrza, powoli odzyskując świadomość, ostrość widzenia i tożsamość. Kręte drogi życia prowadzą go w to samo miejsce, z którego wzięły początek, do małego skrawka ziemi u podnóża Gór Sowich. Dlatego też emigracyjna droga Lizakowskiego jest drogą powrotu do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło i ku czemu zmierza:

    O!!! Sowiogórscy bogowie, wędrówka dobiega końca,
    wkrótce będzie ćwierć wieku emigracyjnej tułaczki.
    Wracam tam, gdzie są groby bliskich: ojca i matki,
    do swoich korzeni z twarzą skierowaną do słońca.
    (Pochwała podróżowania)

    Podróżowanie w prezentowanym zbiorze jest również świadectwem poznawczego zainteresowania innymi krajami, obyczajami, kulturą i egzotyką, przygodą umożliwiającą poznanie świata (cykl Wiersze z podróży). Wędrowiec podziwia urodę odwiedzanych miast (Praga, Paryż, Padwa, Florencja, Ateny, Saloniki, Delfy), kontempluje subtelne piękno.
    Pod wpływem widoków, które się przed nim roztaczają, wraca pamięcią do czasów, kiedy wyprawa do tych miejsc należała tylko do sfery marzeń. Mimowolnie z tych refleksji wytrąca go pamięć o rodzinnym kraju, opozycja polskości i obcości:

    Tak, tak… Paryż taki brudny z dusznym powietrzem
    w kawiarniach wydał mu się mało istotnym
    cierpieniem, o którym dawno już zapomniał.
    Sekwana leniwie toczyła swoje wody, a statki
    z turystami dobijały do portów przeznaczenia,
    zauważył, że miasto to coraz mniej go obchodzi,
    opuszcza jego pamięć i pragnienia o nim.
    Raz jeszcze stał się, poczuł się podróżnym z dalekiego
    Kraju i doznał tęsknoty za drugą ojczyzną.
    (Paryż)

    Przeżycie siebie w roli podróżnika jest w przypadku Lizakowskiego równoznaczne z odczuwaniem ludzkiej solidarności z tymi, którzy opuścili ziemię dzierżoniowską, ze wspólnotą dzieci Gór Sowich tak jak on szukających szczęścia i lepszego życia poza granicami ojczyzny, gdyż w niej nie znaleźli miejsca dla siebie. Nieświadomi ceny, jaką trzeba zapłacić za swoją decyzję, rozjechali się po świecie wierząc z dziecięcą naiwnością w szybką odmianę losu. Część z nich znalazła swą przystań w Ameryce, w Chicago.
    W cyklu Emigracja w niebanalny sposób została ukazana złożoność powszechnego i bolesnego procesu emigracji zarobkowej Polaków – społeczności dramatycznie zawieszonej między poczuciem tożsamości z niedawno opuszczonym krajem a dążeniem do asymilacji w Stanach Zjednoczonych. Lizakowski mówi o niej w kategorii losu zbiorowego wpisując w swoją poetycką wypowiedź własne doświadczenia. Dla wielu emigrantów z Europy, w tym tytułowych dzieci Gór Sowich, ulice Belmont, Milwaukee i Fullerton w Chicago są tymi miejscami, gdzie krzyżują się ich losy, gdzie poznają reguły nowego życia, gdzie zderzają swoje wyidealizowane wyobrażenia o nowym świecie z rzeczywistością, gdzie zaczynają mozolnie walczyć o swój byt:

    Dopiero tutaj mamy szansę lepiej się poznać,
    zaprzyjaźnić, nauczyć się siebie, szanować się,
    wcześniej nie rozumiałem ich w pełni, nie znałem,
    lecz teraz los sprawił, że w ciągu 12-godzinnego dnia
    pracy, w biedzie, z dziurawymi kieszeniami,
    razem, ramię przy ramieniu oglądamy witryny sklepów,
    nosimy te same jeansy i pożądliwie patrzymy w przyszłość,
    teraz uczymy się życia u tego samego nauczyciela,
    brakuje nam tych samych słów i milkniemy wpół zdania
    w tym samym momencie, a czarny listonosz
    jest tak samo oczekiwany przez nas wszystkich;
    (Dzieci tej samej Europy)

    Ameryka zaprasza gościnnością barw, odurza bogactwem, zachęca swą atrakcyjnością, syci dusze emigrantów otwartymi perspektywami rozwojowymi, niosąc nadzieję spełnienia nawet najbardziej niedościgłych marzeń. Ludzie spragnieni szczęścia i dobrobytu, zaufawszy jej bezgranicznie, opuszczają swe ojczyzny, miasteczka, wioski i wyruszają w nieznane nieświadomi wyzwań i wymagań czekających na obcej ziemi. Każdy z innymi problemami, innymi oczekiwaniami.
    Rzeczywistość okazuje się jednak o wiele trudniejsza niż się spodziewają. Przed emigrantami piętrzą się trudności materialne, problemy w dostosowaniu się do zupełnie innego świata, ludzi, klimatu, tradycji i mowy, egzystencja staje się niepewna, a lęk przed utratą pracy wzmaga poczucie zagrożenia. Trawieni tęsknotą do kraju, upokorzeniami, wyrzutami sumienia i wewnętrznym rozdarciem nie mogą odnaleźć własnego miejsca w nowoczesnej cywilizacji. Uwikłani w zawiłości obcego świata zastanawiają się, czy nie należało żyć całkiem inaczej:

    Wszystko zaczyna się od smaku, spojrzenia, tęsknoty,
    snów niespokojnych.
    Chorzy na tę chorobę wołają:
    ten chleb mi nie smakuje…
    te truskawki tak nie pachną…
    to nie te drzewa, obłoki, trawa, ludzie,
    to nie moje dzieci, żona, rodzina…
    to nie takie życie miało być…
    (Polonia)

    Ameryka to bezlitosna walka o byt, sprawdzian woli, charakteru i siły ducha. Ludzie twórczy i mocni wewnętrznie wychodzą z tego zmagania zwycięsko, natomiast słabi przegrywają. Można przewędrować tysiące kilometrów i nigdy nie trafić do wyśnionego raju na ziemi. Dlatego emigracja dla wielu pozostaje wiecznym czekaniem na odwrócenie kolei losu i szansę na godne życie.
    Emigranci gotowi są wyrzec się wszelkich moralnych wartości, redukują świat osobowy do samego dorobku i ciułania, wykonują najgorsze i słabo płatne prace, godzą się na kilkunastogodzinną harówkę i egzystencję w upokarzających warunkach. Na amerykańskim gruncie wiodą przygnębiające życie:

    Krople potu zamienione w godziny, a te w dolary,
    dolary zamienione w domy, samochody,
    szczęście, kurę w rosole, lepsze życie, świat,
    proza życia zamieniona w marzenia o Ameryce.
    (Chicagowskie sprzątaczki)

    Dla większości Amerykanów Polska jest krajem peryferyjnym i mało znanym. Rzeczywistość reprezentowana przez Polaków na emigracji nie ma szans na zrozumienie w świecie amerykańskim. Wynika to z różnicy doświadczeń dziejowych, sposobów myślenia i mentalności przedstawicieli różnych narodów, kultur i obyczajowości. Przeciętny Amerykanin patrzy na Polskę w sposób wybiórczy, przez pryzmat ogólnie pojętej konsumpcji:

    Dla nich nie miało sensu to, o czym mówił,
    jakieś tam niepotrzebne żale,
    fatum ciężące nad jego ojczyzną,
    wygrane bitwy, przegrane wojny.

    Widzieli jak bladł i jaki sprawiają mu ból
    mówiąc:
    – Nic o twoim kraju nie wiemy poza tym,
    że słyniecie w świecie z kiełbasy i pierogów.
    (Kiełbasa i pierogi)

    Poeta wnikliwie przygląda się emigracyjnej egzystencji i wystawia jej gorzki rachunek. Amerykańską legendę odziera z barwnych szat, chociaż doskonale wie, że ta wciąż tkwi w ludziach i jest silniejsza niż wszelkie przestrogi.

    To jest kraj ludzi młodych, odważnych, naiwnych i tych, co wierzą, że ich sny się spełnią. Emigrantów z całego świata ściśniętych w małych pokojach poddaszy czy piwnic. Żyją tym, co dopiero będzie, jak ptak na gałęzi cieszą się ciepłymi promieniami księżyca. Śpiewają pieśni o wschodzie słońca, sławią to, co jest już poczęte, ale jeszcze nie narodzone.
    (List siedemdziesiąty ósmy)

    Jednakże pobyt na emigracji niekoniecznie musi być tylko bolesny i negatywny. Lizakowski wyszedł naprzeciw wielkim miastom, innej mentalności ludzkiej. Zmierzył się z amerykańską rzeczywistością. Odcięcie od ojczyzny, od tego, co było jego życiowym kontekstem, otworzyło przed nim nowe szlaki i nowe możliwości.
    Urzekły go rozległe pejzaże Kalifornii (w cyklu Listy przybliża czytelnikowi dawną i współczesną atmosferę złotodajnego zakątka świata), metropolie-molochy i cały ten przeogromny kraj. Nawiązał bezpośredni kontakt z wybitnymi ludźmi, m.in. Czesławem Miłoszem, Adamem Zagajewskim, Josefem Brodskim, Stanisławem Barańczakiem. Żyjąc w Pieszycach nawet w najśmielszych marzeniach nie wyobrażał sobie, że kiedyś będzie studiował na Uniwersity of California w Berkeley.
    Ważnym wydarzeniem w życiu Adama Lizakowskiego stało się poznanie Czesława Miłosza. Pobyt w Ameryce, w Kalifornii, ułatwił mu kontakt z noblistą. Efektem tej znajomości były m.in. wymiana korespondencji i wizyty w domu Miłosza w Berkeley, a także rekomendacja młodego wówczas poety u Jerzego Giedroycia, Jerzego Turowicza i Marka Skwarnickiego. Po śmierci Miłosza Lizakowski opowiadał spotkaniach z noblistą, o fascynacji jego dorobkiem twórczym. Odejście swojego mistrza utrwalił w cyklu Miłosz zamieszczonym w niniejszym zbiorze.
    Dzieci Gór Sowich zamykają przekłady poezji Langstona Hughesa i Carla Sandburga, opatrzone informacją biograficzną dotyczącą wymienionych poetów, będące wyrazem zainteresowania Lizakowskiego literaturą anglo-amerykańską.
    Prezentowany tomik wierszy zarówno w warstwie podejmowanych problemów, jak i w obrębie utrzymywanej tonacji emocjonalnej nie jest zbiorem jednolitym. Wiele w nim tonów osobistych, wiele tematów, problemów, przemyśleń oraz wzruszeń, ale również można w nim dostrzec i pewną spójność – wyznanie, że prawdziwie sobą możemy być jedynie tam, gdzie jest nasz dom, a w przypadku autora wierszy, gdzie droga do Dzierżoniowa wysadzana kasztanami, kwitnące sady czereśniowe, rzepakowo-buraczane pola, gdzie słychać szum górskich potoków, gdzie pachną jabłka, pomidory i kiszona kapusta, a żółty koper zgina głowę na wietrze.

    dr Beata Hebzda-Sołogub
    Dzierżoniów

    • Maciek Needle pisze:

      A pani „doktór”, to jeszcze ma te drzazgi w pupie po zakusach Lizaka.
      On to potrafi do upadłego urabiać sobie zwolenniczki.
      A może by Pani dostrzegła prawdziwych poetów? A tego Nikodema Dyzmę,
      któremu wiersze piszą koledzy?

  13. Adam Lizakowski -bard współczesnej emigracji polskiej pisze:

    Zofia Reklewska Braun

    Adam Lizakowski – bard współczesnej emigracji polskiej

    „Jak żyją Polacy w Ameryce? W pustce, która
    jest tak ogromna, że jeden nie widzi
    drugiego. Myśli o własnym JA poszerzają
    tę pustkę. W młodości miałem mocne skrzydła,
    wzbijałem się wysoko w przestworza.
    Ziemia mnie karmiła o tym zapomniałem.
    Ilu jest takich co wymieni przyjaciół
    na samochody? Rodzinne szczęście na
    pieniądze? Pokochali rzeczy, które stawiają
    wyżej niż siebie samych. Nawet nie
    zauważają jak szybko pozbędą się głodu
    kultury, jak szybko porosną sadłem obojętności.”

    Ostatnie trzy spotkania radiowe poświęciliśmy rzutowi oka wstecz ku historii osadnictwa polskiego w Buffalo NY. Dziś chciałabym zwieńczyć te rozważania opowieścią o nas samych, czyli, o najnowszej fali imigrantów polskich, przybyłych do kraju Waszyngtona w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Jak wiadomo najtrudniej jest mówić o sobie samemu i dlatego właśnie posłużę się tu pewnym wybiegiem. Opowiem Państwu o poecie polskim, który dziś żyje i tworzy w Chicago, ale pisze o naszej generacji i w pewien sposób utrwala swym poetyckim piórem naszą wspólną, dobrą i złą emigracyjną dolę. Jest chyba pierwszym poetą piszącym naprawdę o emigracji, o blaskach i cieniach naszej tu egzystencji. Bo choć literatura polska powstawała w dużej mierze poza granicami Polski, choć Mickiewicz, Słowacki, Krasiński i Norwid przechowywali, a nawet budowali jej prawdziwy etos w Paryżu, nie w Warszawie, a Czesław Miłosz najpiękniejsze wiersze napisał nad Zatoką San Francisco, to jednak żaden z nich nie zajmował się psychiką, kondycją i rzeczywistymi paradygmatami życia szarego emigranta polskiego, tak jak czyni to Adam Lizakowski. Nikt z nich nie pisał o budowaniu w pocie czoła tożsamości emigranta polskiego – czy też może o niemożliwości odnalezienia przez Polaka własnej tożsamości na emigracji? Lizakowski zmaga się i z jednym i z drugim problemem. Pisze pięknym, poetyckim językiem, bogatym w realia i pełnym miłości do szczegółów, których zwykliśmy nie zauważać lub lekceważąco pomijać, o wzlotach i upadkach swoich własnych i całej naszej grupy etnicznej w Stanach Zjednoczonych. Poznajmy go więc bliżej, a wraz z nim, poznajmy lepiej siebie samych.
    Adam Lizakowski urodził się w 1956 roku w Dzierżoniowie na Dolnym Śląsku. Dzieciństwo spędził w małej miejscowości Pieszyce, koło Dzierżoniowa, gdzie matka była tkaczką w jednym z zakładów przemysłowych, odziedziczonych przez Polaków po Niemcach, a opisanych tak perfekcyjnie przez Hauptmanna w dramacie „Tkacze”. Hauptmann sam doświadczył doli tego regionu, pochodził bowiem z leżącego w bliskim sąsiedztwie Pieszyc, Kopańca, gdzie także, jak w ogóle na dużej części podgórza Sudetów, przemysł włókniarski był od wieków podstawą bytu mieszkańców. Lizakowski poświęca nie jedną czułą strofę swemu rodzinnemu miasteczku leżącemu u stóp Gór Sowich, jego uliczkom, płotom i drzewom, a także ciężko pracującym tkaczkom, wśród nich własnej matce. Przywołuje jego wielowiekową historię. Ale sam pamięta Pieszyce przede wszystkim jako skupisko przeróżnych wygnańców i uciekinierów z odległych krańców stratowanej wojną Polski: Żydów, Polaków, Niemców, Ukraińców, Litwinów, Cyganów, a nawet Greków. Powojenne migracje narodów uczyniły je miasteczkiem „w drodze”, „osadą z nikąd”, „jarmarkiem ludów”.
    Z tego właśnie miasteczka, latem 1981 roku, dwudziesto – zaledwie – pięcioletni Adam Lizakowski decyduje się uciekać na Zachód. Pamiętamy wszyscy tamto lato. Lato Solidarności zmagającej się z komuną w wielu wydaniach, jawnych i ukrytych; lato kolejek w sklepach, poszukiwania najprostszych towarów, pustych półek sklepowych tylko z octem i szczawiem w słoiku, galopującej inflacji, zagrożenia inwazją ze wschodu. Ale też lato nadziei na lepsze jutro, na mądre rządy Solidarności i tylko Solidarności, na wymarzoną wolność… No i naturalnie, także, było to lato otwarcia granic i możliwości uzyskania paszportu, właściwie dla każdego, kto posiadał 150 dolarów na koncie oszczędnościowym. Lato zniesienia wiz wjazdowych do niektórych krajów Europy. Lato masowych ucieczek na Zachód. Korzystając z nieoczekiwanych udogodnień wyjechało podówczas z naszego kraju blisko milion, głównie młodych, ludzi. Pamiętam, że niezbyt dobrze się wtedy o nich mówiło i myślało. Zdawali się uciekinierami z placu trwającego wciąż boju o Polskę. Może nawet zdrajcami „narodowej sprawy”? Nie byli prześladowani przez reżim, nie cierpieli więcej niż reszta Polaków. Uciekali od komunistycznej Polski, z którą się nie identyfikowali. Szukali lepszego, ciekawszego, bogatszego świata.
    Lizakowski był jednym z nich. Wyznaje to otwarcie, niczego nie zamazując ani nie upiększając, w niejednym wierszu i w towarzyszących im poetyckich esejach, które stanowią ciekawy i bardzo charakterystyczny dla poety styl. Tę właśnie „swoją” falę uciekinierów z Polski Solidarnościowej nazwie poeta później „złodziejami czereśni”, w odróżnieniu od wcześniejszych emigracji politycznych i późniejszych, z lat represji stanu wojennego, przymusowych, z paszportem w jedną stronę. W napisanym w Kalifornii poemacie zatytułowanym „Złodzieje czereśni” snuje celne porównanie z młodzieńczym doświadczeniem raczenia się, wespół z nieletnimi przyjaciółmi, czereśniami, w nie swoim ogrodzie:
    „Miedziany księżyc
    zawieszony na atramentowym niebie
    niebo ponad wierzchołkami drzew czereśniowych
    wierzchołki ponad blond głowami
    trzech dwunastoletnich kolegów
    z jednego podwórka –
    amatorów cudzych czereśni.
    W ciemnościach nocy przy świetle księżycowym
    czereśnie nie są czereśniami –
    to szlachetne kamienie z królewskich koron
    egzotyczne, drogocenne klejnoty zrabowane
    przez piratów – ukryte
    w mrocznych grotach wysp nieznanych mórz.”(…)

    „Dwanaście lat później trzech złodziei czereśni
    stanęło przed bramą obozu w Traiskirchen w Austrii.
    Od dwóch dni nic nie jedli,
    trzy noce nie spali, cztery dni się nie myli –
    był listopad wróg marzycieli i lekkoduchów.”

    „Kto nie znalazł szczęścia w ojczyźnie
    nie znajdzie go poza nią.
    Inaczej pachną poranki wstającym o świcie
    doić krowy, karmić zwierzęta,
    podwiązywać gałęzie winogron.
    Inaczej drzemiącym na dorobku swego życia
    przed bramą obozu w Traiskirchen.”
    I tak jak tamta pierwsza, dziecięca kradzież rozkoszy smakowej zakończyła się „lanio-biciem”, tak też równie dramatyczne są refleksje Lizakowskiego nad rzeczywistymi rezultatami tej zbiorowej ucieczki jego pokolenia z kraju Solidarności. Cytuję:
    „Nastąpił masowy wyjazd tysięcy młodych Polaków. Większość z nich nie miała nawet skończonych 24 lat życia. Dła większości z nich był to pierwszy wyjazd za granicę. Często nawet pierwszy wyjazd z ich miejscowości dalej niż do powiatu, czy wojewódzkiego miasta. Wielu z nas z prowincji nigdy wcześniej nie widziało stolicy, czy Wisły. Nigdy nie było w Krakowie, nie oglądało Wawelu – a zdecydowali się na wyjazd do Wiednia, Rzymu, Paryża czy Berlina.
    Nastąpił radosny nastrój pakowania walizek, żegnania się z przyjaciółmi, wydawania przyjęć pożegnalnych. Wyjazd po przygodę i pieniądze – czyli pęd do zachodniego bogactwa. Większość wyjeżdżała rzeczywiście po przygodę i z chęci zobaczenia świata. Na jak długo, trudno było powiedzieć, ale większość zdecydowanie planowała powrót do ojczyzny, jak tylko obejrzą sobie ten ZGNIŁY Zachód. Przy okazji zarobią trochę grosza, obkupią się i w pełni sławy powrócą do rodzin – niczym bohaterowie antycznych epopei. Większość po raz pierwszy w życiu otrzymała paszport i zobaczyła szlaban graniczny. Karmieni przez dziesięciolecia papką wyobrażeń o Zachodzie, podgrzewaną na kuchence komunizmu – chcieliśmy być ludźmi nowoczesnymi, którzy na Zachodzie zdobędą wszystko to, czego komunistyczna ojczyzna nie mogła nam zapewnić, choć podsycała nasze pragnienia. Masowe marzenia nieszczęśliwych idealistów miały właśnie tam, po drugiej stronie realizować się.”
    „No i jeszcze, aby ukazać pełny obraz tamtych dni, trzeba dodać, że wyjechały z nami też tak zwane „niebieskie ptaki”, czyli ludzie z przeszłością kryminalną:złodzieje, pijacy, paserzy, rozwodnicy (mający na utrzymaniu rodziny), ludzie bez stałego zamieszkania i miejsca pracy. Wielu było też cwaniaków. Wyjechało mnóstwo kombinatorów, ludzi handlujących mydłem, szamponami, skarpetkami, papierosami itp., którzy krążyli stale między Wiedniem a Krakowem. Byli też wśród nas ludzie o niezrównoważonej psychice, znerwicowani, z maniami prześladowczymi…”
    Jak wiemy świetnie, cała ta fala uchodźców lądowała najpierw w obozach dla uciekinierów, głównie w Wiedniu. Jeden z tomików poetyckich Lizakowskiego zatytułowany „Wspólczesny prymitywizm” ma na okładce fotografię austryjackiej legitymacji obozowej autora. Patrzy zeń na czytelnika skupiona, nieco nawet smutna, pociągła twarz wrażliwego chłopca, którego możnaby bez trudu wyobrazić sobie jeszcze w ławce szkolnej… Tymczasem tak właśnie dla poety zaczęło się „dorosłe życie”, którego ani on ani jego koledzy nie mogli przewidzieć. Warunki obozowe uświadomiły im brutalnie, że nikt tu na nich nie oczekiwał z radością, jak sobie to w utopijnych marzeniach wyobrażali. Nie byli dla nikogo bohaterami, raczej odwrotnie – kłopotliwym ciężarem. Koszmar egzystencji w starych koszarach austryjackich, pamiętających jeszcze cesarza Franciszka Józefa, z chwilą wprowadzenia stanu wojennego w Polsce, miał się stać dla wielu jedyną dostępną formą trwania.
    Lizakowski po wielu miesiącach starań otrzymuje wreszcie upragnioną wizę amerykańską i z końcem roku 1982 wyjeżdża do San Francisco.
    Pracuje fizycznie i zarazem uczy się. Studiuje dziennikarstwo i literatury słowiańskie w Berkeley. Poznaje Czesława Milosza. Pisze. Miał już wtedy za sobą udany debiut poetycki w Polsce, w warszawskim „Tygodniku Kulturalnym”. Teraz przeżywając niewyobrażalny dla nikogo, kto sam przez to nie przeszedł, szok kulturowy, a zarazem dotkliwą samotność, znajduje najbliższe swemu sercu towarzystwo w twórczości literackiej. Sprawnym piórem i giętką frazą poetycką próbuje dotrzeć do jądra prawdy o sobie samym, o swoim pokoleniu, o kraju, który opuścił. Młody poeta gwałtownie dojrzewa. Patrząc na Zatokę San Francisco pisze swój dramatyczny poemat „Polska”:
    „W galerii moich obrazów
    którą zawsze noszę przy sobie
    której nigdy nie zgubię,
    która jest ukryta pod powiekami –
    którą otwieram zamykając oczy.
    którą zamykam otwierając oczy.(…)
    Polska –
    obraz kwitnących sadów
    w wiosennych łąkach płatków drzew
    wśród których miododajne
    krowy na skrzydłach
    uganiają się za nektarem
    wróble za chrabąszczami,
    jesienny wiatr zrywa liście kasztanów
    bociany na łące pana Selwy
    długo naradzają się przed odlotem (…)”
    „Wtedy – żyjąc wśród tych ludzi
    nic nie wiedziałem o Odysie
    ani Penelopie,
    ani Homerze, ani statkach
    nigdy nie widziałem fali morskiej. (…)”
    „Widzę poetów
    pięknych młodych chłopców z twarzami
    bogów greckich,
    chłopców o klatkach piersiowych
    mocnych jak wyżyny,
    o mięśniach rąk i nóg
    tak giętkich i sprawnych
    jak skrzydła sokoła,
    którzy chcą umierać za ojczyznę
    nikt ich krwi nie potrzebuje
    którzy gdy ukończyli 18 rok życia
    mieli po 500 wierszy napisanych
    poniewierających się
    po półkach, szufladach, kieszeniach,
    torbach, pod łóżkami
    którzy uważają, że talent
    ich się wypalił
    że nic więcej nie napiszą,
    którzy wołają, że żyją w świecie wielkiej
    imaginacji rządzonym przez inkwizytorów.”(…)
    „W Polsce nie ma monsunów
    jak w Indiach
    W Polsce nie ma trzęsień ziemi
    jak w Kalifornii
    W Polsce nie ma wulkanów
    jak w Kolumbii,
    W Polsce nie ma suszy
    jak w Etiopii
    W Polsce jest przez czterdzieści lat
    nieurodzaj
    który zrobił z Polski żebraka świata
    Polska sieje a nie zbiera
    Polska wydobywa surowce
    a nie przerabia ich
    synowie jej w obozach
    w Austrii, Niemczech,
    Włoszech, Grecji, Hiszpanii,
    wypędzeni przez biedę
    i brak perspektyw
    śpią pod nieprzychylnym im niebem
    dla nich słońce zachodzi w południe
    czas radości przeradza się
    w czas żałoby
    najweselsza piosenka w łkanie
    wielu dla dobrobytu zaprze się ojczyzny
    nowe ojczyzny nie spełnią nadziei
    wygoda i dobrobyt
    nie nasycą ich
    nie ugaszą pragnienia,
    wyszydzani są przez obcych
    którzy patrzą na nich
    jak na złodziei,
    oskarżając ich o zabieranie im
    pracy, córek, synów,
    przestrzeni życiowej.”
    W 1991 roku Adam Lizakowski przenosi się do Chicago. Jest już wówczas znanym poetą, którego liczne tomiki poetyckie rekomendują i publikują nie tylko Miłosz i Giedrojć w „Kulturze”paryskiej, ale także niektóre pisma krajowe. W Chicago Lizakowski zakłada własną grupę literacką o zawadiackiej nazwie „Niezapłacony rent”, prowadzi księgarnię książek polskich, tłumaczy swych ulubionych poetów amerykańskich m.in Walta Witmana. Powoli staje się uznanym poetą polskiej diaspory w Ameryce.
    Dwa już tomy wierszy poświęconych temu drugiemu co do wielkości miastu polskiemu na świecie: „Chicago miasto nadziei” i „Chicago miasto wiary” są przejmującym obrazem życia polskiej emigracji najnowszej. Przejmującym dlatego, że nie skłamanym. Nic w tej poezji nie jest zmyślone, podkolorowane, upiększone, nic nie jest na pokaz, na wynos, dla mydlenia oczu rodakom w kraju, dla robienia z siebie człowieka sukcesu, bohatera i wyjątkowego zdobywcę nowego świata. Adam Lizakowski mówi prawdę o wykorzenieniu, zagubieniu, samotności, tęsknocie, depresjach, chorobach i po prostu o bardzo ciężkim życiu Polaków, którzy przyjechali do Stanów w latach Solidarności. Sam jest jednym z nich, pracuje dosłownie w „pocie czoła”, by się utrzymać, bo za wiersze nikt tu nie płaci. Doświadczył głodu, strachu, alienacji i pustki. I ta właśnie odważna, naga prawda wierszy Lizakowskiego jest wyjątkowa. On, który „wciąż nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, czy jest emigrantem?”, bo nadal nie jest tego do końca pewien; on, który widzi siebie i swych rodaków jako dziwacznych „Indian na koniach biało – czerwonych”; on „żyjący wciąż okrakiem między jednym, a drugim krajem”; który w tomie zatytułowanym „W poszukiwaniu ojczyzny” zamknąwszy oczy, w bezcennych, a pełnych miłości szczegółach opisuje swoją małą ojczyznę, swój „kraj lat dziecinnych” , jest dziś bodajże jedynym poetą polskim, który tworzy poezję z własnej krwi i ciała, z własnego bólu, będącego bólem każdego czującego i myślącego emigranta polskiego. Jego poezja nie jest tylko igraszką pięknych słów, pustym dobieraniem dźwięków, metafor, rymów i rytmów, nie jest poszukiwaniem formy, która utraciła duszę. Lizakowski z uporem szuka duszy właśnie. Jego proste a porażająco lapidarne stwierdzenia, zapadają głęboko w serce czytelnika: „To co kochamy jest w nas, ale za wszelką cenę próbujemy to znaleźć w innym człowieku, aby się z nim połączyć.” Albo też: „Moja ojczyzna jest we mnie…”; czy też: „nie, nie ma powrotu z ziemi obiecanej”… A w wierszu pod tytułem „List piętnasty” pyta sam siebie:
    „Czy wierzysz w Boga? Tak jestem człowiekiem
    wierzącym. Nie wiem, czy wierzący to to samo
    co religijny. Ludzie wierzący są jak
    kochankowie tęskniący za sobą, poszukujący
    się, w poszukiwaniach ich nie ma końca.
    Oni widzą nie tylko łąkę, ale każde
    źdźbło trawy tańczące, łąka fika koziołki,
    to co oni czują jest sekretem miłości do
    Boga.
    I dlatego właśnie Pani Izo, sądzę, że warto i trzeba czytać wiersze Adama Lizakowskiego

    Zofia Reklewska Braun
    Bufflo, New York, 2007

    • Maciek Needle pisze:

      Lizakowski nigdy w obozie nie siedział. Został wydelegowany do szpiegowania emigrantów. Naiwna kobieto. Zajrzyj tak, gdzie piszł o nim emigranci.
      http://www.ProgressForPoland.com

    • Krzysztof pisze:

      Wszystko to niby prawda… Więcej pięknych słów w tekście p. Braun, szkoda tylko, że brak metody krytycznej, łagodny śpiew. Kto to napisał, kto to namalował… Od momentu publikacji omawianego wyżej tomu, pozbawiony usłużnych kolegów i klakierów, Lizakowski stacza się w antypoezję, w grafomanię wulgarną i fizjologiczną… W Chicago od dawna nieliczni tam ludzie pióra zastanawiają się nad tożsamością poety, skąd ta potworna różnica w poziomie jego wierszy (vide: wiersz o Szymborskiej, Różewiczu, Iwaniuku, Barańczaku, których to twórców poeta z „Soutk Chicago” traktuje jak zaprzyjaźnionych kumpli)… Pani Braun reklamuje bezwiednie przerażające pismo wydawane przez Lizakowskiego i Ska, pomija zawstydzające potworki, które w tak ogromnej ilości wypływają spod jego pióra. Lizakowski rozłożył na łopatki wątle życie kulturalne Polonii, ośmieszył ją w oczach czytelnika krajowego i wprowadził wśród pisarzy emigracji podziały i animozje. Dąży jedynie do taniego poklasku, fałszując fakty (Miłosz i Giedroyć), podwiesza się do wszystkich tych, którzy zapisali się w jakiś sposób w historię literatury emigracyjnej. A w Polsce tak nas piszą, jak nas widzą. Łzy się kręcą…
      Krzysztof

      • Ewa > Krzysztof pisze:

        Nie mam pojęcia, jak się czuje emigracja jako wspólnota dbająca jak rodzina o swoje dobre imię. Piszę z tej strony i wygląda to zupełnie inaczej. Pan Lizakowski publikował wiersze na portalu Nieszuflada i nie różnił się poziomem od portalowej produkcji, podobnie było na portalu Liternet. Nikt się nie przejął jego poziomem artystycznym i Wasze komentarze paniczne są absurdalne. Gorzej jest z pomówieniami personalnymi, bardzo bolesnymi, jeśli to nieprawda. Ale co my możemy w Polsce o tym wszystkim wiedzieć. Nie chcę, by mój blog służył Wam do takich rozgrywek.

    • Krzysztof pisze:

      Warto mieć trochę więcej szacunku dla faktów. P. Zofia Reklewska Braun podaje błędne dane dotyczące Adama Lizakowskiego. Przede wszystkim w r. 1991 Lizakowski był zupełnie nieznany w środowisku literackim Polonii amerykańskiej, przez głośnych ludzi pióra jak Karpowicz, Chałko czy . Dopiero jego tom „Złodzieje czereśni”, opublikowany w „wydawnictwie” Artex w Stevens Point, a złożony ukradkiem w redakcji „Gwiazdy Polarnej” zwrócił na niego uwagę. Co prawda, lepiej poinformowani twierdzą, że było akurat odwrotnie, to Lizakowski z ogromnym samozaparciem reklamował ten swój pierwszy prawdziwy tomik (o wcześniejszych jego publikacjach nigdy nie słyszałem, a sam Lizakowski o nich wtedy nie wspominał).
      Czesław Miłosz nigdy nie reklamował tomów Lizakowskiego – wspomniał jedynie o nim w liście do Jerzego Giedroycia (nie Giedrojcia jak pisze p. Braun). Instytut Literacki w Maison Laffitte nigdy nie opublikował żadnego tomu Lizakowskiego. Podobnie Miłosz, który nie był żadnym wydawcą, a wykładowcą na lewackim University of California w Berkeley i sam zabiegał u wydawców emigracyjnych o publikacje swoich książek. Dwa piękne jego tomy wydała Oficyna Poetów i Malarzy w Londynie, „Wiersze” i „Dolinę Issy”. W innych wydawnictwach emigracyjnych w Wielkiej Brytanii Miłosz nie miał szans, pamiętano mu bowiem jego służbę w komunistycznej dyplomacji. Z Giedroyciem było co innego, tam mógł publikować, ponieważ Giedroyć wierzył w możliwość symbiozy z komunizmem z ludzką twarzą.
      Lizakowski w 1991 r. nie mógł tłumaczyć Walta Whitmana (nie Witmana), ponieważ nie znał języka angielskiego w stopniu pozwalającym na zrozumienie treści wierszy tego poety. Obawiam się, że nie może tłumaczyć i dzisiaj z tego samego powodu, chyba z polskiego na polski, jak to słusznie zauważono już w Chicago.i..
      Pierwszą pracą poety to funkcja sprzedawcy kwiatów w kwiaciarni żony, a następnie również praca sprzedawcy, tym razem książek i kosmetyków, również w przedsiębiorstwie należącym do żony.
      Powtarzanie bezkrytycznie podkoloryzowanego życiorysu Lizakowskiego, który on sam pracowicie urozmaica nie jest odpowiedzialną publicystyką. Może p. Braun wyjaśni nam też, kiedy i jak Lizakowski otrzymał tytuł magistra na prestiżowej uczelni Northwestern. Widziałem na blogach polonijnych, jak takim to tytułem firmował swoje Warsztaty poetyckie u oo jezuitów w Chicago.
      Prosiłbym też o wytłumaczenie mi, Polakowi-emigrantowi od 1968 r., co oznacza sformułowanie „niemożliwość odnalezienia własnej tożsamości na emigracji”? O co tu chodzi? Albo posiadamy tożsamość, albo nie. Gdzie sens tego stwierdzenia? Przecież nikt, absolutnie nikt w Ameryce tej tożsamości na serio nam nie odbierał. Owszem, mogły być jakieś podjazdy dyskryminacyjne, ale naszym ostatnim falom emigracji nikt nie zakazał manifestowaniai własnej tożsamości. Kłamiemy, jeżeli twierdzimy inaczej. Owszem, byli ludzie, którzy milczeli dla pieniądza czy korzyści materialnych o swojej tożsamości, ale był to ich własny wybór.
      Po co dzielimy włos na czworo, kiedy problem, który sygnalizujemy, naprawdę nie istnieje!

      • Ewa pisze:

        Bardzo Panu dziękuję za wysiłek komentatorski w podaniu sprostowań. Oczywiście, ja nie mam pojęcia o tych szczegółach o których Pan pisze, o emigracyjnych realiach. Dla oddania sprawiedliwości dodam, że pamiętam jak czytałam w którejś książce Lizakowskiego o podejmowaniu prac fizycznych w Stanach przez ludzi z tytułami naukowymi i nikt się tego nie wstydził i pewnie sam Lizakowski tym bardziej, może retusz zyciorysu nie na tym polegał, nie wiem, być może to sprawka fanów i podlizywaczy.
        Natomiast z Miłoszem to fakt, że wspierał nadmiarowo i też fakt, że jednak wspierał. Z moich skromnych wspomnień przytoczę zdarzenie z mojego życia. Lokalna młoda poetka śląska pojechała z rodziną do teściowej do Kalifornii i wprosili się do Miłosza na kawę. Na drugi dzień po ich wizycie mój ojciec, który znał to nazwisko, ponieważ studiował z jej teściem, spytał mnie o nią, bo okazało się, że Wolna Europa ogłosiła, że jest to sławna poetka polska wizytująca Stany Zjednoczone. Wątpię, by nawet zdążył jej coś przeczytać, drukowała jedynie w pismach stanu wojennego opustoszałych z powodu bojkotu związkowego, redakcje prosiły się nagle, by coś dawać. Jedynie oparł się na rozmowie z atrakcyjną wtedy młodą kobietą. Jej rodzice jeździli Ładą, kto miał wtedy pieniądze na takie wycieczki. A jednak Miłosz jako noblista wsparł właśnie tak zupełnie nieważną, jak się dzisiaj okazało, artystkę.

        • Krzysztof pisze:

          Krótka lektura komentarzy wypowiedzi o „nagrodzie” wiedeńskiej ukazuje wyraźnie, jak bardzo Polakom w kraju ziemią nieznaną jest emigracja polska w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Polacy dalej lubują się w manifestowaniu tytułów naukowych, podają nawet w swoich życiorysach liczbę hektarów, jakie posiadali ich przodkowie „potomkowie Sejmu Wielkiego” i herby! Obserwuję tu na miejscu Panią z Polski, z tytułem doktorskim Sorbony, która z ogromną czułością i troskliwością opiekuje się kaleka dziewczynką. I jest dumna z tego co robi. Polacy, których znam, wykonują najróżniejsze prace, wszyscy maja wyższe wykształcenie, a co ważne – nie jest to żaden wymiar w ich rozpoznaniu społecznym. Chyba normalne. Ustawianie tego problemu w życiorysach twórców emigracyjnych jest po prostu błędne, nikt bowiem nie uważa tego za problem, przynajmniej w naszym, polonijnym krajobrazie.
          Natomiast „wycie”z tęsknoty za krajem, zwłaszcza w poezji, jest dzisiaj nie tyle śmieszne, co żałosne.

  14. Ewa > Adam Lizakowski -bard współczesnej emigracji polskiej pisze:

    U nas na Śląsku nie było na półach szczawiu w słoikach. Tylko ocet w butelkach. Wyjątkowo pamiętam. Może w innych regionach Polski było inaczej. Dobrze wiedzieć.

  15. Mirosława Kruszewska - esej o Lizakowskim pisze:

    Mirosława Kruszewska

    Adam Lizakowski – poezja fizjologiczna

    Wielu poetów zabiega bardzo usilnie o swego czytelnika – nie po to, aby się przypodobać, lecz dać mu do ręki literaturę najwyższych lotów. Konkurencja ta trwa w piśmiennictwie literackim od początków jego istnienia. Jest to zjawisko godne szacunku: stanowi istotny element procesu tworzenia. Jednocześnie, przesądza o tym, czy ktoś rzeczywiście jest literatem czy też nie.

    A więc, poeta, prozaik, krytyk, eseista czy personalista? Na pewno nie dziś. Dziś liczy się biznes, a biznes pociąga za sobą trywializację tworzenia i upadek wyobraźni twórczej. Piszę o tym, ponieważ są to paradoksy współczesnej literatury, która zaprzepaszczając wielowiekowe doświadczenia – owo historyczne paliwo – zeszła do parteru wulgarnej kontestacji; z wyboistych dróg przeszłości robi gładki beton, po krórym prześlizguje się miernota, tromtradacja i literackie spryciarstwo.

    Mniej więcej w połowie lat 80-tych tu i ówdzie odezwały się głosy, które można nazwać lamentacją nad stanem współczesnej literatury polskiej. Tej krajowej, i tej emigracyjnej. Niestety, było to wołanie na pustyni – do dziś bowiem zalewa nas potop taniego czytelnictwa i jeszcze tańszego grafomaństwa. Odkąd wymarły autorytety i mecenasem pokolenia wstępującego na Panteon sztuki pisarskiej przestały być liczące się pisma literackie – każdy dewiant z przypadłością literacką może dziś wydać tomik wierszy, opublikować dzienniki czy powieść. Nieistotna jest wartość artystyczna tych paranoicznych eksperymentów – ważne jest tylko to, czy przypuszalny „wieszcz” dysponuje odpowiednią gotówką na pokrycie kosztów druku. Im więcej stron cennego maszynopisu, tym więcej papierków trzeba wcisnąć do ręki wydawcy, któremu zawsze bardziej chodzi o te papierki niż o maszynopis. Samego „dzieła” na ogół nikt nie czyta i nie ocenia przed oddaniem do druku, ani… także potem. Wiekopomne strofy wędrują na ogół do piwnic, skąd rozdawane są najbliższym wielbicielom „talentu” lub rozsyłane do przeróżnych organizacji polskich czy uniwersytetów, gdzie wzbudzają powszechną wesołość.

    Szczególnie w Polsce śmieją się już głośno z twórców emigracyjnych i mają ich za z lekka upośledzonych półkretynów. Tak oto zburzenie zasieków między światem Zachodu i Wschodu otworzyło oczy krytyce literackiej w kraju na stan twórczości emigracyjnej. Nawet sam noblista, Czesław Miłosz, nie uszedł cierpkim uwagom na temat swej poezji – poezji, która nigdy nie była najwyższych lotów, a już zupełnie nie jest nią dzisiaj, gdy mit nagrody Nobla czyni Miłosza nietykalnym.
    Co ciekawe, przykład z góry ma swoje żelazne konsekwencje. Liczni maniacy chcą przebić Miłosza w pogoni za Noblem i sławą. Małpują go w poezjowaniu, chwalą się przychylną oceną swoich tekstów przez noblistę. Ba, aby jak najlepiej zaanonsować się na rynku księgarskim, zamawiają w prasie polskiej płatne ogłoszenia, w których cytują wypowiedzi Miłosza, Barańczaka czy innego, lepiej znanego autora, na temat własnej „twórczości”.
    Zabiegi tego rodzaju są na emigracji dość rozpowszechnione, prym zaś w nich wiedzie chicagowski literat, Adam Lizakowski, którego pomysłowość i wytrwałość w zdobywaniu uznania weszły do repertuaru żelaznych anegdot środowiskowych – nie tylko po amerykańskiej stronie oceanu, ale zawędrowała też do Warszawy. Tajemnicą polisznela jest, że pan Lizakowski sam polecił się do nagrody literackiej Kościelskich, której nie dostał. Kilka nagród jednak dostał, m.in. nagrodę im. Turzańskich, przyznaną mu po kumpelsku w Toronto przez innego słynnego „lyterata” i poetę, Edwarda Zymana, będącego bliźniaczą refleksją Lizakowskiego w Kanadzie, z zawodu marksistowskiego socjologa, który sam wykreował się na znawcę literatury polskiej, czyniąc tym samym niepowetowane szkody wszystkim dookoła.
    W 2008 roku pan Lizakowski dorobił się nagrody pod wielce wieloznaczną nazwą – ”Laur UNESCO”, ufundowanej w Polsce przez radnych dzielnicy Żyrardów, co wywołało nie tylko powszechną wesołość, ale ogólne zdumienie. Jedno trzeba powiedzieć – ma ten Lizakowski prawdziwy talent w wymuszaniu nagród i zdobywaniu sponsorów.
    Do tego, że poeta Lizakowski pracowicie, i z talentem, kolekcjonuje wszelkiego rodzaju „laury”, wszyscy zdążyli się już przyzwyczaić. Najweselsze rzeczy dzieją się zawsze wtedy, gdy wieszcz z Jackowa pojawia się w Starym Kraju. Ile razy staje on na płycie Okęcia, tyle razy całe Stowarzyszenie Pisarzy Polskich w Warszawie ucieka poza granice miasta, by uniknąć spotkania z nachałem chwytającym pisarzy i krytyków na ulicy za rękawy i wciskającym im swoje broszury z wierszami. Za każdym razem Lizakowski recytuje też wielce przychylną opinię Czesława Miłosza na temat swego poezjowania. Powtarza ją tak natrętnie, że niezadługo będzie ją znał na pamięć każdy warszawski ulicznik – tak te sceny wrosły już w atmosferę Krakowskiego Przedmieścia.
    Cóż takiego ten Miłosz napisał Lizakowskiemu w referencjach? Przypomnijmy to jeszcze raz.
    Cytat: „ Drogi Panie Adamie! Otrzymałem Pana wiersze i przeczytałem je zaraz, co u mnie nie jest częste, bo dostaję mnóstwo skryptów i po zaglądnięciu odkładam… A więc jednak opłaca się pisać prawdę czy też starać się pisać prawdę, i to właśnie Pan robi, wbrew przyjętym opiniom, że „poezja”, to co innego niż pisanie prawdy. Nawet z tak okropnej rzeczywistości, jak polskie Chicago, można więc coś zrobić”. Koniec cytatu. (Tekst listu Miłosza publikowany jest na okładkach tomów wierszy Lizakowskiego).
    Nieco bardziej dosłownie wypadła opinia o twórczości A. Lizakowskiego w ustach Kazimierza Brauna, którego Lizakowski dopadł na uniwersytecie w Buffalo. Braun – licząc na niewątpliwą bystrość umysłu przyszłego wieszcza – starał się delikatnie dać mu do zrozumienia to i owo, ale też w końcu i on zlitował się nad biednym nieszczęśnikiem i swoją recenzję tomu „Złodzieje czereśni”, wydanego w 1990 r., w zaprzyjaźnionym, jednoosobowym wydawnictwie Artex Publishing, Inc. na domowym komputerze Leszka Zielińskiego (też wieszcz!) w Stevens Point, sformułował Braun następująco:
    Cytat: „Drogi Panie Adamie! Przeczytałem Pana tom, jak to się mówi „jednym tchem”. Bardzo Panu dziękuję za tę lekturę. Szukam określeń, przymiotników, pochwał, które by oddały moje wrażenia… Przychodzi mi to z trudem, bo wrażenia są bardzo głębokie i bardzo silne. Myślę, że jest to znakomita literatura, i że są w Pana pisarstwie okruchy najszczerszej poezji (jak te grudki złota, o których Pan wspomina). Zwłaszcza jednak, po raz pierwszy przeczytałem w moim życiu, może poza niektórymi napomknieniami Heleny Modrzejewskiej (bo jej listy zasłaniają jej przeżycia) prawdę na temat rzeczywistości wewnętrznej emigranta – wygnańca – osadnika polskiego w Ameryce (…)”.

    Bardzo zabawne, że adresat tych obydwu majstersztyków dyplomacji krytyczno-literackiej wziął je za dobrą monetę i opublikował w płatnych ogłoszeniach w prasie polskiej, jak też na okładce i wewnątrz tomu wierszy, zatytułowanego, jak należy i pasuje do sytuacji: „Współczesny prymitywizm. (Wiersze i poematy 1986-1992)”. Trzeba podkreślić, że tym razem tom został złożony na własnym komputerze A. Lizakowskiego, który podpisał wydanie nazwą grupy poetyckiej „Niezapłacony Rent”, jaką uformował w roku 1993 osobiście w Chicago z młodych wielbicieli swego talentu, piwoszy i klakierów.

    O co w tym wszystkim w końcu chodzi?
    Odpowiedź na to pytanie znajdziemy najszybciej, zaznajamiając się z osobistymi wypowiedziami samego Lizakowskiego, który bardzo obszernie i bardzo chętnie mówi o sobie oraz odsłania własne poglądy na temat literatury. Wystarczy w tym celu przekartkować jego tomy poezji, gdzie umieszcza on nie tylko same wiersze, ale też kopie owych sławetnych ogłoszeń prasowych z wypowiedziami sławnych pisarzy na swój temat, listy, kwity i wszystko to, co wydaje mu się przydatne do lansowania siebie jako poety. Najlepiej, aby tego było jak najwięcej z autografami uznanych nazwisk. Cała przyszłość jest jeszcze przed nim, bo dotąd upolował dopiero dwa takie zaświadczenia.
    Adam Lizakowski urodził się w Pieszycach pod Dzierżoniowem na Dolnym Śląsku. Pierwsze wiersze wydrukował w roku 1980 w „Tygodniku Kulturalnym”. W rok później emigruje jako uchodźca polityczny przez Austrię do USA i osiada w San Francisco, w Kalifornii. Od 1991 r. mieszka w Chicago, gdzie egzystuje, do niedawna wspólnie z Anną Luniewską, właścicielką dwóch lokali o przeznaczeniu biznesowo-kulturalnym. Sprzedawało się tam m.in. książki, urządzało zebrania handlarzy kosmetyków „Mary Kay” i „Amway”, a także udostępniało lokal na okazjonalne wystawy czy spotkania poetyckie, głównie grupy „Niezapłacony Rent” (ang. Unpaid Rent Poetry Group). Grupa ta składała się z mało doświadczonych ludzi pióra, którzy próbowali swoich sił w poezji wzorując się czołobitnie i wyłącznie na twórczości swego szefa.
    Dotychczasowy dorobek literacki A. Lizakowskiego, to rozproszone wiersze w prasie emigracyjnej i polskiej. W 1984 r. ukazuje się w San Francisco pierwszy tom jego wierszy w jęz. polskim i angielskim – „Cannibalism Poetry”, zaś dwa lata później wydaje na spółkę z weteranem wojny wietnamskiej, Nealem M. Warrenem, wiersze po angielsku „Anteroom Poetry”(1986). Żaden z tych tomików nie przynosi Lizakowskiemu nic poza atrakcją bibliograficzną – tak się robi, aby przysporzyć sobie chwały wśród Polaków w Ameryce, a przede wszystkim w Polsce, gdzie na pewno uwierzą, że autor bierze aktywny udział w „amerykańskim” życiu literackim, co zwykle nie jest prawdą.
    Prawdziwa twórczość A. Lizakowskiego, to głównie cztery tomiki poetyckie: wydane w Dzierżoniowie „Wiersze amerykańskie”(1990), następnie „Złodzieje czereśni”(Stevens Point, Wisconsin) – także w 1990 r. oraz „Współczesny primitywizm. Wiersze i poematy 1986-1992”(Chicago 1992) oraz najnowszy tom poezji – „Dzieci Gór Sowich”(Miejski Ośrodek Kultury w Piławie Górnej 2007).
    Warto w tym miejscu przytoczyć listę sponsorów najnowszego tomu poezji Adama Lizakowskiego, bo jest to jednocześnie znaczący dowód niezaprzeczalnych talentów marketingowych ich autora. Otóż, tomik ukazał się dzięki wsparciu finansowemu następujących osób i instytucji: Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego, Powiatowe Centrum Kultury Sportu i Turystyki w Dzierżoniowie, Urząd Miejski w Piławie Górnej, Urząd Miejski w Dzierżoniowie, Urząd Miejski w Pieszycach, Miejski Ośrodek Kultury w Piławie Górnej, Miejski Ośrodek Kultury i Sztuki w Bielawie, Miejska Biblioteka Publiczna w Pieszycach, Towarzystwo Miłośników Dzierżoniowa, PPHU BIG-POL – Stefania Sałata, Pensjonat Nad Rudawą – Kraków, Zbigniew Dubiel, Mieczysław Krasiński, Jerzy Liburski, Zbigniew Łupak, Zofia Mirek, Anna i Marek Niemcewicz, Remigiusz Oszywa, Piotr Skrzeszewski, Tomasz Smolarz, Tomasz Śnieżek, Maria Zarzycka.
    Jeszcze inna ciekwostka. Okładka „Złodziei czereśni” przynosi laurki pochwalne na cześć autora – jedna jest z wrocławskiej „Odry” i krótko stwierdza, że „Lizakowski spaja w swej poezji w twórczy sposób poetykę naszej Nowej Fali z doświadczeniami warsztatowymi nowej poezji amerykańskiej”, druga jest z „San Francisco Review Books” i nazywa Lizakowskiego „bardem poezji jazzowej”, podobno bardzo popularnej w San Fracisco, o czym nikt nie wie i w San Francisco nie słyszał.
    Nie wiadomo, czy A. Lizakowski jest dostatecznie zorientowany, do czego przypisuje się jego pisanie i czy w ogóle wie, co to jest Nowa Fala, która ukonstytuowała się w Polsce w latach 70-tych. Mógł o to zapytać Urszulę Kozioł z „Odry”, która zna się na polityce i na poezji lepiej od niego. Niewątpliwie, Nowa Fala raczej nie jest ruchem literackim odpowiednim dla poety emigracyjnego, który przeszedł przez obóz dla uchodźców politycznych i swoją azylancką legitymację megalomańsko zamieszcza na okładce zbioru wierszy („Współczesny prymitywizm”). Nie wiadomo też, dlaczego Lizakowski zabiega akurat o opinię „Odry”, gdzie poezję polską od dziesięcioleci sądzi towarzyszka Urszula Kozioł. Widocznie zadziałało tutaj pokrewieństwo dusz, temperamenty obojga są niemal identyczne.

    Marzec 1968 roku i Grudzień 1970, to historia już nieco odległa. Nie wydaje się, aby 12-to czy 14-toletni Adam Lizakowski mógł w tych wydarzeniach wziąć czynny udział. Tak samo, nie mógł działać w tworzeniu oblicza Nowej Fali; najwyżej jako wtórny jej naśladowca, epigon, po upływie dziesiątka lat od powstania ruchu.
    Czym była Nowa Fala? Było to pokolenie Adama Zagajewskiego i Juliana Kornhausera, wierne ich traktatowi krytyczno-literackiemu, zawartemu w głośnej książce pt. „Świat nie przedstawiony”(1974) – Ewa Lipska, Bohdan Zadura, Stanisław Barańczak, Ryszard Krynicki, Krzysztof Karasek i in. – wszyscy wychowali się i wyhołubili literacko w objęciach realizmu socjalistycznego. Było to także pokolenie, które krzycząc „prasa nie kłamie” nie miało najczęściej na myśli Wolnej Europy i żyło wiarą w reformowalny marksizm. Nowa Fala nigdy nie stworzyła jednolitego programu poetyckiego, nie była też nigdy antyustrojowa, antysocjalistyczna, lecz marzył jej się ustrój komunistyczny „z ludzką twarzą”. I choć pokoleniowo uformowały ten ruch wydarzenia Marca 68 i Grudnia 70, to literaci doń należący nigdy nie zdobyli się na stanowczy protest polityczny. Niedługo potem Zagajewski i Barańczak wyjechali na Zachód, gdzie zapamiętale usiłują zatrzeć ten okres swojej aktywności twórczej. Niestety, przeszłość stale budzi się w ich późniejszej twórczości i jest to kształt upiora, wciąż lansowanego przez nieśmiertelną „Odrę”. Upiora, który straszy po nocach, ale i zmusza do refleksji.
    Adam Lizakowski jest ignorantem w tych sprawach, co bardzo kompromituje go w oczach emigracji. Jego stopka biograficzna podkreśla, że studiował literatury słowiańskie w Berkeley pod okiem Czesława Miłosza, więc ma on prawo niektórych rzeczy nie wiedzieć. Na lewackim, ostro komunizującym, uniwersytecie nie wolno przecież głośno krytykować realizmu socjalistycznego. Zresztą, pan Lizakowski, mimo że uchodźca polityczny, polityką jakoś mało się interesuje. Jego credo poetyckie mówi, że wiersze rodzą się w jego wnętrzu „pod wątrobą, sercem, płucami”(„Moje wiersze”). Sam poeta „owinien być psem, który wkłada nos do śmietnika ulicznego”(„Poeta”), „ma krzyczeć przez zaciśnięte zęby”, „być nieszczęśliwym aż do granic nieszczęśliwości” i „jednocześnie merdać ogonem od samego rana”…

    Teksty Lizakowskiego, pełne ulicznych wulgaryzmów słownych i futuryzmów pozbieranych z cudzych wierszy, są odbiciem świata, w którym ich twórca bezpośrednio się obraca – jest to świat kaleki intelektualnie, brutalny, prostacki. Świat, w którym nawet Bóg nie ma racji i myli się na każdym miejscu („Spowiedź chuligana”). Są to teksty, które nieustannie osaczają swym prymitywizmem, a ten z kolei nieustannie stroi się na katastrofizm. Nieodparcie, w pisaniu tym nadaje ton poza, blagierstwo, wynaturzona negacja, efekty deklamatorskie. Język tych utworów – kaleki, często niecenzuralny – jest odbiciem ułomnej wyobraźni, która zatraciła zdolność rozpoznawania i nazywania rzeczy i zjawisk. Jeśli to ma być rzeczywistość wewnętrzna emigranta, to rację ma prof.Kazimierz Braun, że nie sposób znaleźć tutaj odpowiednich określeń, bo jest to rzeczywistość chora, paranoiczna, a w przypadku samego Lizakowskiego, który wydala swoje wiersze gdzieś spod wątroby – stricte kabotyńska.
    Ach, te męki twórczego rodzenia i wydalania w bólach poetyckiego kału! Nic dziwnego, że poeta Adam Lizakowski tak nienawidzi swoich wierszy. Podpatrzona u Kornhausera efektowna szarpanina bólu, szamotania, obłędu, mroczna atmosfera tych wierszy, określających się jako wytwór fizjologicznego procesu wnętrzności autora, wcale nienajzdrowszych, posiada na pewno swój własny urok. Niektórym czytelnikom z Jackowa może się to podobać. Zwłaszcza, gdy odczytać niektóre wiersze w knajpie przy kieliszku dobrej wódki. Jednak, jak trafnie ostatnio zostało powiedziane: „twórczość Lizakowskiego jest nieustannym podpatrywaniem wielkiej poezji przez dziurkę od klucza i pewnie w samym Lizakowskim jest tyle jadu oraz nieuzasadnionej agresji. On po prostu wie, że wielkim poetą nigdy nie będzie” (cyt. za: „Między nami poetami. Wywiad z Edwardem Duszą, laureatem nagrody literackiej im. Al. Janty” /w:/ „Arkusz Literacki” 1995 nr 1).
    No cóż, nie każdemu dane jest wielkie przeznaczenie. Jedni tworzą głową, a niektórzy wydalają swoje wiersze inną częścią ciała. Jak to w życiu.
    Na koniec, przytoczmy w całości jeden z wierszy Adama Lizakowskiego, opublikowanego w czerwcu 1994 roku przez paryską „Kulturę”:

    to czego potrzebuję
    to wiersze
    dużo wierszy
    całe stosy wierszy
    wagony wierszy
    wiem, gdzie wiersze się rodzą
    słyszę nowonarodzonych płacz
    wiem, gdzie wiersze umierają
    słyszę ich ciche konania
    pomiędzy ich życiem a śmiercią
    rozmawiam z nimi
    czasem spisuję rozmowę
    nie rozmawiam o tym z bogiem
    jestem nasieniem wiersza
    jestem płytą nagrobną wiersza

    (A.Lizakowski „To czego potrzebuję”)

    Bardzo trafnie powiedziane. Przez całe stulecia nikt nie urządził polskiej poezji lepszego pogrzebu.

    © Mirosława Kruszewska

    ———————————————————————–

    Źródło: Esej powyższy opublikowany był po raz pierwszy w „Dzienniku Nowojorskim” oraz w chicagowskiej mutacji pisma – 26-go maja 1995 roku. Obecna wersja jest uaktualniona o najnowsze przedruki w prasie, kalendarzach polonijnych oraz na internecie.

  16. Ewa > Maciek Needle pisze:

    A co tak Panu zależy, żeby zniszczyć tego człowieka? To w jaki sposób emigracja dopuściła go na salony jako agenta SB, jak Pan pisze (ciężkie oskarżenie, być może bezpodstawne) i dopiero teraz, na starość w tak niewybrednej formie w podanym linku się na nim mści? Oj nieładnie, nieładnie!
    U nas w Bibliotece Śląskiej jest 10 książek Adama Lizakowskiego, trudno odmówić mu operatywności i pracowitości.
    Takimi komentarzami jakie Pan tu pracowicie wkleja, można zniszczyć każdego. Po co to Panu? Historia sama oceni, czy to grafoman, bez Pana udziału i życzeń.

  17. Longin_Legutko pisze:

    Słodka naiwności moja,
    Lizakowskiego nigdy nie wpuszczono na salony. Takich jak on przyjmuje się na gumnie. Wiesz, co to jest gumno? To jest taka przestrzeń dookoła gnojówki.
    Lizakowski wdzierał się w emigracyjne środowisko literackie drzwiami i oknami. Zawsze dostał po łbie. Kłamaca i wulgarny grafoman i agent Bezpieki nie ma czego wśród Polonii szukać. Poza tym, był prymitywny, niedomyty i grubiański. Widać nigdy się z nim nie spotkałaś. Masz wielkie szanse, bo Wieszcz wreszcie wrócił do Polski.
    A od kiedy to wielkość autora mierzy się liczbą jego książek w bibliotekach? Lenina też było w bibliotekach najwięcej. Lizakowski sam swoje gnioty rozwozi i wpycha.
    A czy miałaś kiedyś w ręku książki Edwarda Duszy, Mirosławy Kruszewskiej, Wacława Iwaniuka, Zbigniewa Chałki, Aleksandra Janty?
    Nie widziałaś? No tak. nawet nie słyszałaś o prawdziwych literatach emigracyjnych.
    A wszyscy ich czytają. Idź na Amazon.com – tam zobaczysz najnowszą książkę Kruszewskiej pt „Polacy w Ameryce”, a w niej poczytasz o prawdziwych ludzuach emigracji. Tych, którzy budowali Amerykę, a nie pluli na nią.
    Ale ty wolisz czytać bredzenia Lizaka o drzazgach wbijająch się w pośladki kobiety gwałconej przez samego Lizakowskiego. Jaka kultura, taka literatura.
    Nawiasem mówiąc, Lizakowski jest gejem, a więc i ten pseudowiersz jest kłamstwem.
    Zanim komuś zarzucisz kłamstwo, poczytaj trochę, doucz się, sprawdź.

  18. Longin_Legutko pisze:

    To jest tak:
    jedni wolą czytać Lechonia i Iwaniuka,
    a inni gustują w pisaninie Lizakowskiego, która jest
    twórczością lumpenproletariatu.
    I nic na to nie poradzimy.

  19. Ewa pisze:

    No właśnie, bardzo cenna uwaga. Jakie czasy, taka sztuka. Może jednak Historia odda słuszność Lizakowskiemu, że „dał głos”, że mu się chciało, by pokazać środowisko i klimat lat w których żył i jak amerykańska Polonia psy na nim wieszała. Praca pisarska to wielki wysiłek nawet, jak to grafomania, trzeba ją wykonać i on to przecież zrobił, nie oszukał, dorobek jest. A jaki? A co nasze pokolenie mogło w zamknięciu, bez światowych lektur, bez podróży artystycznych, z papką bolszewickiej szkoły, co nas porównywać do Lechonia, do modernizmu, do wolnej Polski międzywojnia.
    Kłótnie mają być twórcze, a nie obrzucaniem się esbekami. Mnie też napisano, że jestem politrukiem i esbekiem, wiem jak jest, jak bardzo można skrzywdzić człowieka. Proszę zrozumieć mnie, ten blog, to miejsce, a nie zarzucać mi, że czegoś nie znam i czegoś nie przeczytałam. Pisałam o Lizakowskim, bo dostał nagrodę Hłaski, może to ustawka, nie wiem, ale większość tutaj cykli o Nagrodach jest pisanych pejoratywnie. I ten tekst o Lizakowskim wcale nie jest afirmujący. Ale internauci znajdując w wyszukiwarce hasło dają natychmiast odpór nie czytając, z czym się nie zgadzają. Wiem, że Wy tam po drugiej stronie Oceanu wiecie lepiej jak jest. Ale ja mam tylko tutaj książkę, bez na całe szczęście Waszej środowiskowej pogardy.
    Nadeszły czasy Internetu, kiedy nareszcie się wszystko połączy i odsieje. Zawsze było tak, że najbardziej agresywni, przedsiębiorczy ludzie zdobywali rozgłos, potem się o nich zapominało. Tak pewnie będzie tym razem, a moim obowiązkiem blogowym jest dokumentowanie tych przemian, bo taka jest intencja tego bloga.
    Dzięki za uzupełniające wpisy, nie zawsze wprawdzie potrzebne, bo Lechoń też był gejem i co z tego.

  20. Krzysztof pisze:

    I jeszcze tak na PS. Wśród moich studentów na tutejszym uniwersytecie znam kilka Amerykanów, z Polską nie mających nic wspólnego, którzy studiowali historię państw Europy Wschodniej, a po uzyskaniu dyplomu poszli do pracy do tzw. „kontraktorki”, czyli do budowy i reperacji domów. Jeden z nich zrobił nawet doktorat z historii literatury Powstania Warszawskiego (!). Dzisiaj posługuje się piłą i młotkiem, bo przynosi to pewną, konkretna forsę. Inny, z tytułem magistra, poszedł „do zawodu” i jest cenionym (zwłaszcza wśród znajomych) hydraulikiem. Wcale nie wyją z bólu, że stracili swoja „intelektualna tożsamość”. Pop prostu zarabiają na życie i maja stalą pracę. Polacy natomiast kwilą żałośnie i powodu „utraty tożsamości”. Także wśród tutejszych Polaków nie widzę takich, którzy myśleliby inaczej niż ich amerykańscy współobywatele. Dzisiaj mamy na Columbii „profesorkę” z Polski, która wygaduje takie historie , że studenci patrzą na nią z szeroko otwartymi ze zdumienia oczami. Mamy w Chicago tzw. „panienkę-konsul generalną”, z której wszyscy się nabijają. To nie Polonia jest zaściankiem, to akurat niektórzy intelektualiści z Polski przedziwnie pojmują dzisiejszy świat.
    Lizakowski nie stosuje się nawet do tego, co twierdzi w jednym ze swoich wierszy: przyjechaliśmy tutaj żyć, a nie celebrować nasze tęsknoty. Każdy przecież, jeżeli wyje z tęsknoty, może wracać. Jakoś nikt się specjalnie nie kwapi. On wrócił. Wprawdzie zjawi się w Chicago szybko, ale jednak…

  21. Nie wypowiadam się co do poziomu artystycznego poezji, każdy może przeczytać i wyrobić sobie swoje zdanie. Jedno jest pewne, Adam Lizakowski ma wybitne zdolnosci jako menadzer i promotor swej twórczosci. Jest poetą „dyspozycyjnym” – pisze wiersze z okazji rocznic – 60 -lecie I liceum, 60 -lecie parafii sw Antoniego itd. Niepotrzebnie, prawdziwy poeta nie hańbi się takimi zleceniami. Bo wiadomo że takie wiersze nie są wierszami wybitnymi.
    Pisze krótkie opowiadania. Wydałem 3 książki po polsku, 2 po angielsku. Pełne humoru, satyry i dramatycznych wydarzeń w PRL-u. Nagrodzone w 2015 nagrodą z Kresge Foundation. We wrzesniu 2016 zostałem członkiem PEN America.
    Ale ciągle wydaje mi się że mógłbym pisać lepiej. Ciagle czuję niedosyt.
    Jesliby Lizakowski napisał jedynie jeden dobry wiersz, to już chwała mu za to. Są bbowiem tacy co nie napisali ani jednego dobrego, są tacy co nie napisali nic. A co gorsza są tacy co nie czytają ani poezji ani prozy.

    • Ewa pisze:

      Ma pan rację Panie Walerianie, liczy się zaangażowanie i pasja, co widać u Adama Lizakowskiego którego poznałam na portalu Nieszuflada.
      Niemniej w innych wypadkach człowiek zaczyna marzyć o analfabetyzmie. Zawsze myślę, że o tym marzą jurorzy konkursów literackich. I może to przesada, że Pan potępia tych, co nie napisali nic. Chwała im za to!

  22. Adam Lizakowski pisze:

    Spółka nieudaczników życiowych i oszustów Mierzejewski Ryszard i jego pięć różnych pseudnimów oraz Edward Dusza i Mirosława Kruszewska. Oni od wielu lat próbują na wszystkie sposoby napisać „swoją prawdę” o panu Lizakowskim. Teraz w ten dialog wciągneli pana Adama, szkoda, że nikt do niego się nie zwrócił z prośbą i wzięcie udziału. Ot, tak na jego plecami napluli na człowieka woboc, którego mają dług wdzięczności i tak go spłacają.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *