Dziennik miejski (4)

Z pieczątką szkoły poszło mi stosunkowo łatwo, mimo wewnętrznego oporu do przekroczenia jej progu po 30 latach. Nakręcałam się tym, że to przykre doświadczenie zużyję w trakcie rysowania komiksu o szkole. Ale zamierzenie niwelacji poprzez twórczość nie starczało na tyle, bym nieprzyjemne wspomnienia mogła przeżywać dwa razy. Niestety, mimo, że młoda, sprawna sekretarka wyciągnęła teczkę z moimi personaliami natychmiast, bez szukania i ku mojemu miłemu zaskoczeniu zadzwoniła nawet do ZUS-u z zapytaniem jak ma rozwiązać ich prośbę, skoro takich druków już dawno nie wydają, to jednak na pieczątkę dyrektorki miałam czekać jeszcze tydzień i miałam tu przyjść raz jeszcze. Zeszłam więc w celach regeneracyjnych do podziemi szkolnych, w których w dalszym ciągu istniała – jak wtedy – stołówka, a w której trzydzieści lat temu uczyłam wychowania plastycznego. Kucharki po moim zapytaniu, czy mam robić zdjęcia potajemnie, czy zezwalają na nie oficjalnie, wpadły w popłoch i zatelefonowały do sekretarki, od której właśnie wracałam i po jej akceptacji wpuściły mnie do niskiej, pustej sali z okienkiem do wydawania obiadów, gdzie stały nowe stoły i krzesła. Obiady miano wydawać za dwie godziny.
– Nie powiesiłyśmy jeszcze firanek – powiedziała kucharka krygując się jak zahukana gospodyni domowa i nerwowo uśmiechając się tak, jakby gotowanie obiadów dla dzieci tej szkoły było dla niej wyjątkowym wyróżnieniem, na które nie zasłużyła.
– Ale, do komiksu potrzebuję tylko szkielet, niech się pani nie martwi i tak muszę wszystko pozmieniać. Wtedy też nie było firanek.
Brakowało jeszcze dokumentacji mojej pracy wykładowej w zawodówce pomaturalnej, gdzie uczyłam fryzjerki, ale tutaj napotkałam na szkolny gigant, gdyż Zespół Szkół Doskonalenia Zawodowego kształcił wszystkie możliwe na świecie zawody, i kazano mi napisać podanie do archiwum. Niestety, niewiele pamiętałam i w końcu nawet podania mi nie przyjęto.
Wracałam więc bezradna do domu zdumiona tą moją niesforną pamięcią, która nieproszona ożywiała szczegółowo bez żadnej selekcji dosłownie wszystkie pełnokrwiste postacie, których wtedy na co dzień spotkałam, natomiast nie znałam nazw instytucji, która mnie zatrudniała, ani dat. Jakoś poradziłam sobie z tłumem nauczycielek pokoju nauczycielskiego szkoły podstawowej, napierającym właśnie na mnie, oraz tłumem uczniów ośmiu klas po kilka oddziałów każdej, z którymi miałam spotkanie tylko raz w tygodniu, kiedy brnęłam zaśnieżonymi ulicami mojego miasta i niezależnie od woli wspominałam fakt historyczny, pamiętny moment, wprowadzenia stanu wojennego. Natomiast z fryzjerkami było o wiele trudniej. Spośród całej klasy fryzjerek, które w latach dziewięćdziesiątych korzystały już z zachodnich marek kosmetyków, ale które były po komunistycznemu roszczeniowe, niemrawe i tak niezainteresowane swoim zawodem czekającym je niedługo, wyróżniła się jedna dziewczyna chłonąca z uwagą moje wykłady z historii sztuki. Tylko dzięki niej udało mi się dobrnąć z wykładami do końca semestru, bo czasami traciłam zupełnie poczucie rzeczywistości i pewność, że milczący, martwy tłum dziewcząt siedzących przede mną w ławkach, gdy do nich mówię, istnieje.
I kiedy na końcu roku, po zupełnie nikomu niepotrzebnej wyprawie do muzeum, gdzie rozpaczliwie próbowałam wypełnić ambitny program szkoleń przyszłych adeptek fryzjerstwa artystycznego i wizażu, dziewczyna ta zaprosiła mnie do muzealnej kawiarni widząc, w jakim jestem stanie psychicznym i pocieszyła mnie jak umiała rozmową. Opowiadała, że przeszła, jako dziecko z rodzicami przez obóz uchodźców w Wiedniu, i opowiedziała mi trochę o blaszanych barakach, w których mieszkali i o tym, że rodzice postanowili jednak wrócić nie decydując się na dalszą emigrację. Dziwiło mnie to trochę, bo byłam pewna, że wyjazd w tych czasach był tylko w jedną stronę.
W jakich więc latach ja uczyłam fryzjerki? – pytałam siebie przemierzając zaśnieżone ulice. Z ówczesnych gazet zapamiętałam informację, że w obozach „przejściowych” w Wiedniu wybuchł bunt Polaków, którzy żądali od Austriaków dodatkowych pieniędzy dla ich żon na wizyty u fryzjera. Ale czy to była prawda? Czy propaganda?
I po powrocie szukając w papierach dokumentów jakiegokolwiek śladu zatrudnienia mnie u fryzjerek napotkałam na zdjęcie, które zrobił Marek w czasie, kiedy uczyłam w podstawówce, trzydzieści lat temu. Było to zdjęcie do paszportu, obowiązujące wtedy rodziny, które chciały emigrować z małymi dziećmi. W kadrze winny były zmieścić się wszystkie głowy z odsłoniętym lewym uchem. Miałam widocznie dostać paszport razem z dziećmi i Marek w domu na tle prześcieradła zrobił nam to zdjęcie. Ucieczka z upiornej pracy w podstawówce nie udała się, może strach o dzieci zwyciężył, nie udało się nawet złożenie wniosku o emigrację na milicję.
Pozostało kilka identycznych czarno białych zdjęć paszportowych, gdzie widać moje znużenie.

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2012, dziennik ciała i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Dziennik miejski (4)

  1. M.R pisze:

    a i notkę przeczytałem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *