Andrzej Stasiuk / Dariusz Jabłoński „Opowieści galicyjskie”(1995) /„Wino Truskawkowe”(2009)

Najprawdopodobniej do ekranizacji wybrano najlepsze fragmenty opowiadań, ponieważ pamiętałam je z „Tygodnika Powszechnego”, czyli sprzed 30 lat. Nie pomogło to filmowi. Krewkość Kościejnego (bardzo wyraźnie pamiętam, jak czytałam o nożu zanurzanym w Wasylczuku) mimo rewelacyjnej roli Mariana Dziędziela (aktor, który gra zawsze bardzo dobrze wbrew logice złego filmu, kiedy złych dialogów nie daje się grać) rozmywa się w Chłopie Duchu, czyli postaci zupełnie idiotycznej.
Wiem, że Stasiuk nie wartościuje, pisze jak leci, nie ocenia i zdaje się na intuicję. Ale co udaje się w prozie, nie jest w stanie unieść film, pozbawiony kamuflujących wstawek egzystencjalnych i opisów przyrody.
I tak mamy źle skonstruowaną postać wioskowej piękności (22 letnia Lubica rodem ze Słowacji), chmarę wioskowych samców w jej otoczeniu (wśród nich policjant Andrzej rodem z Warszawy) i w tle resztę społeczności rozpiętej między upadłymi pegeerami a kościołem.

Być może wymowa „Galicyjskich opowieści” trzydzieści lat temu, kiedy Stasiuk je pisał, pasowała do realiów ówczesnych, być może pisał je szczerze i artyzm literacki był wystarczającym ich atutem. Dzisiaj oglądając film, trudno nie rozczarować się ich kontrowersyjną wymową. Hrabalowska pseudo dobrotliwość nie wytrzymuje próby czasu i przemian. Scena przymusowego spędu do kościoła, by uhonorować mordercę (Kościejny), to jedna z tych mnóstwa nielogiczności, jakimi naszpikowany jest film. Dlaczego okropność życia w tej plugawej społeczności jest dla policjanta przybyłego z Warszawy czymś lepszym niż żywot w stolicy i balsamem na jego pełen tragicznych epizodów żywot? Dlaczego upodabnianie się Andrzeja do chłopstwa, które właściwie nie ma innego wyjścia, jak tkwienie w swym postkomunistycznym bezsensie jest w przesłaniu filmu czymś zbawiennym i tak samo afirmującym, jak konformizm księdza?

Zamiast magii kina, która łączy i zespala, mamy dolepiony realizm magiczny. Tak samo dolepiony, jak piana z kiosku mytego przez Lubicę, która przykleja się do policzka Andrzeja przejeżdżającego właśnie na rowerze. Ten kawał piany zasłaniający mu twarz wbrew naturze latających w powietrzu kawałów mydła, nie pasuje, jest sztucznie przyklejony. Tak dzieje się właściwie z każdą sceną, z każdym kadrem: samoloty na niebie nie przypominają krzyżyków na łańcuszkach noszonych przez chrześcijan, stosunek seksualny Andrzeja z Lubicą nie jest żadną ognistą namiętnością, a oprawianie bydła na ulicy nie mieści się w polskiej obyczajowości.

Wszystko, cokolwiek chcemy z całą przychylnością dla prozy Stasiuka i kunsztu reżyserskiego Jabłońskiego akceptować, odskakuje, jak piłeczka pingpongowa od wrażliwego widza, bo wszystko jest nieludzkie, wysilone i wyssane z brudnego, wiejskiego palca.

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii czytam więc jestem i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Andrzej Stasiuk / Dariusz Jabłoński „Opowieści galicyjskie”(1995) /„Wino Truskawkowe”(2009)

  1. misia pisze:

    No tak, ale proza Stasiuka jest w porządku. Widocznie nie dało się przenieść na ekran. Film „Gnoje” też był niedobry. Ciekawe, ile w scenariuszu jest Stasiuka, a ile Jabłońskiego.

  2. Ewa pisze:

    Przygotowuję się do cyklu „Lektury obowiązkowe” na moim blogu i równocześnie z utworami literackimi, które polecam, oglądam na YouTube ich ekranizacje. I tak np. „ Tragedia amerykańska”, o której będę tu pisać, jest filmem „Miejsce pod słońcem”, filmem oscarowym.
    Andrzej Stasiuk w wywiadzie mówi, że jest pisarzem dziewiętnastowiecznym, a nie jakimś tam postmodernistą. Jeśli tak, to niech się tego trzyma, a nie macza palce w scenariuszu nie dziewiętnastowiecznym. „Tragedia amerykańska” to zupełnie coś innego, niż „Miejsce pod słońcem” (Theodore Dreiser nie był scenarzystą). Niemniej film z Elizabeth Taylor, z luzackimi realiami lat sześćdziesiątych (książka wyszła w1925) jest rewelacyjny, są tam przepięknie oświetlone sceny jak z planów Renoira, absurdalna wizyta Taylor w więzieniu kiczowata, ale ma wszystko spójność i swój artystyczny klimat jednorodnej wypowiedzi artystycznej. Nieważny jest moim zdaniem pierwowzór, bo film to całkiem odrębne dzieło żyjące własnym życiem.

  3. Robert Mrówczyński pisze:

    Mylisz się Ewo, książkę napisał w 95 roku, a więc 17 lat temu, a nie 30, ale nie ma to większego znaczenia, bo zarówno książka jak i film są złe. Cóż czytelnikowi po artyzmie pisma jeśli cała ta socjologiczna i psychologiczna obserwacja nieprawdziwa? Ach, żebyż tylko nieprawdziwa! Ale to rzecz z premedytacją skłamana do szpiku kości. Zobaczyłem film specjalnie dla Ciebie i to wszystko co napisałaś jest najprawdziwszą prawdą. Nigdy nie uwierzę, by ten były kajdaniarz nie widział uwłaszczającej się nomenklatury pegeerowskiej, tych, jeszcze wczoraj woluntarystycznych włodarzy, tego spsienia i schamienia zatomizowanej złodziejskiej wsi, co pokazali bardzo udatnie, a od niechcenia w „Wielkim Szu”. Wprawdzie działo się kilkanaście lat wcześniej i nie chodziło o wieś, ale Niemczyk w roli trzymającego za mordę i dymającego całe zglajchszaltowane miasteczko jest postacią niedościgle uniwersalną dla tych czasów. Nie mówiąc o Smarzowskim i jego „Weselu”, czy „Domu złym”, jedyny reżyser, któremu starcza i wyobraźni i talentu, aby opisać tę potworną rzeczywistość w sposób wysoce artystyczny, przekonujący, przejmujący i wstrząsający.

    U Stasiuka wszystko letnie, papierowe i jednowymiarowe. Aktorzy nie mieli absolutnie nic do zagrania, a aktor „światowej klasy” Machaczek najprawdopodobniej nie miał pojęcia o co chodzi, bo Czech. Ale dali kasę, a on swoją gębę, której też na wszelki wypadek nie nadużywał. I to przesłanie dziecięco naiwne, głupie i kuriozalne! Utracone wartości społeczne i ludzkie da się odzyskać!, a sposobem na to kościółek i lokalny klecha. Żeby to zainicjować potrzebna jakaś metafizyczna siła, jakaś ofiara. Siłę tę uwolniła śmierć-ofiara Lubicy, zainicjowała początek integracji i powrotu do wartości, w końcowej scenie, gdzie dosłownie, chłopstwo jak zaczarowane, pod wodzą policjanta potulnie wraca do kościoła, czyli do edenu. Inaczej nie można zrozumieć tej bezsensownej i niczym nie uzasadnionej śmierci. Naprawdę głupiej już być nie mogło.
    Stasiuk to hedonista, sybaryta i narcyz. Widziałem kiedyś film w tv o nim, gdzie klął jak szewc, sikał przed drzwiami swojego domu, generalnie pozował na Gargantuę, takie dziecko natury, niezwężone i niezwężalne. Ale ten sam film na YT już tych scen nie zawiera, teraz wizerunek uładzony i przyczesany. Stasiuk to wielka ściema. Zresztą, myślę, że już się nim sieć nie zajmuje. Nikt się nie zajmuje, szybko przeminie i nic ze Stasiuka nie zostanie. I nieważne, misiu, ile w filmie Jabłońskiego, a ile Stasiuka. To mentalnie jedna i ta sama osoba. A poza tym on się tam podpisał.

  4. Robert Mrówczyński pisze:

    miało być: …wraca do kościoła z knajpy…

  5. Ewa pisze:

    W prozie Stasiuka odczuwam wielki wysiłek nazywania odczutego, myślę, że pochłania on w nim sensy i dlatego najprawdopodobniej ta proza powoli odchodzi do lamusa. Film właściwie objaśnił prozę, którą można było czytać nie tak jednoznacznie. Film rządzi się innymi prawami i wszelkie niedomówienia, podwójne sensy i niejasne interpretacje rwą strukturę filmu, szczególnie takiego w konwencji realizmu. Mnie właściwie niepokoi postać Kościejnego, który i w książce, i w filmie, jest postacią jednoznacznie pozytywną, mityczną, a jej niepohamowane skłonności do dręczenia i zabijania jakimś etosem pracy u podstaw. W „Opowieściach galicyjskich” wprawdzie Stasiuk stara się myśleć o ludziach tak samo, jak o obłokach na niebie i tyle samo poświęca im opisów, co przyrodzie, to jednak ludzie wysuwają się na plan pierwszy, bo tylko człowiek jest czynny i ma prawo wyboru bycia kimś innym. Masz rację Robercie, wymowa filmu (a w książce to wszystko jest) jest właśnie taka: zagwazdranie wsiowe jest piękne i estetyczne. A to powinno wynikać (jak piękno ruin) z uwolnienia się z kontekstów. A przecież one cały czas są i bolą. Dlatego Zbigniew Sajnóg przedstawiając te same czasy w „Chłopach” jest trafniejszy i prawdziwszy, bo używa prześmiewczej, absurdalnej przesady rodem od Jarrego. A tu mamy realizm magiczny jedynie podpatrzony od Latynosów. Bo po polsku, to robi się zaraz Grottger, czyli kicz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *