Dziennik warszawski (1)

6 listopada 2012, wtorek. Minister Zdrojewski otworzył Warszawskie Łazienki w listopadzie, otworzył je specjalnie dla mnie za darmo, marzyłam całe życie by zobaczyć je w środku i teraz, pod koniec życia mam szansę!
Od momentu, kiedy w księgarni – byłam w drugiej klasie liceum – wśród książek przecenionych na jedną złotówkę znalazłam pachnące świeżością, oprawione w błękitne płótno książki z wytłoczonym na okładce złotą antykwą napisem DOMINIK MERLINI. Kupiłam aż trzy takie same egzemplarze. Dwa dokumentnie pocięłam zdobiąc mój zeszyt do W.O.S-u (Wiedzy O Sztuce), trzecią wstawiłam na półkę. Kredowane kartki zawierały tylko architektoniczne plany wszystkich warszawskich budowli, jakie Merlini zaprojektował lub przebudowywał, ale najważniejsze, zawsze rozpoznawalne, były jak dla lalek domki Łazienek. Nie było tam fotografii, perspektywicznych ujęć tylko rzut pionowy, poziomy, detale elewacji i posągi rysowane tą samą grubością, co delikatne detale zwieńczeń dachów. Nigdy potem w żadnej bibliotece tej książki nie znalazłam, zginęła też moja wskutek przeprowadzek.

Kiedy po studiach napisałam alarmujące listy do kolegów o tym, że sobie nie daję rady, że nie mogę pozyskać żadnych zleceń, a w kopalni już dłużej nie mogę, dostałam jeden cenny list, który zachowałam właśnie z uwagi na umieszczone w nim, jak pointa, Królewskie Łazienki:

…piszesz, że bierzesz prace z PSP – i jednocześnie, że pracujesz w kopalni – czy to jest etat? Ewuś, plastycy należą do b. nielicznych w Polsce wolnych zawodów, to trzeba wykorzystać, to można wykorzystać! Można b. dobrze żyć z samych zleceń, nie tracąc prawa do leczenia bezpłatnego i można po 60 otrzymać emeryturę, w 73 bodajże wyszła ustawa „o zaopatrzeniu emerytalnym twórców i ich rodzin”. Zlecenia do PSP mogą przychodzić imiennie, na twoje nazwisko, trzeba się o to starać. Nie wiem, po co Ci jest etat – skoro zarobki niskie. Czy w soboty pracujesz? Przysługuje Ci chyba (sprawdź w ZPAP) jeden dzień w tygodniu na pracę twórczą. Poza tym, skoro osiedliłaś się w Gliwicach – opuszczając duże centra kult. przysługuje Ci stypendium osiedleńcze w wysokości 36 tys. dowiedz się o warunkach przyznania tego styp. – w ZPAP lub w wydz. kultury w Gliwicach.
Dalej, jest kwartalne stypendium 9 tys. przyznawane absolwentom/jednorazowo, na ogół drugi raz już nie dają/ kwestionariusz jest w ZPAP, wypełnij – na uczelni powinni do tego dołączyć opinię i przez ZPAP i dwie do min. Kul. i Sztuki. Złożyłem coś takiego i sądzę, że dostanę.
Są takie w PKO kredyty dla młodych małżeństw – długoterminowe i nisko oprocentowane/bodajże 50 tys. na pięć lat i dowiedz się o warunki przyznania. Są to kredyty zarówno na uzupełnienie wkładu mieszkaniowego jak i na przedmioty typu meble, lodówki, kuchnie. Z tym etatem – czy masz tam pracownię? Czy możesz w niej robić jeszcze „swoje sprawy” np. te projekty z PSP? Czy próbowałaś dać obrazy do Desy? W Krakowie większość materiałów można kupić jedynie na legit. ZPAP lub dyplom uczelni plastycznej. Tylko pędzle są na przydziały. Ewuś nie mam tu wielkich kontaktów, ale biorąc od ludzi te roboty, których im nie opłaca się wykonywać, zarabiam nie mniej niż 50 zł/godz. Mam teraz z robót i „działalności artystycznej” (plakat XXX rocznica zwycięstwa) 15 tys. oszczędności, które na pewno mi starczą na wakacje. Zacznę od października i na pewno nie boję się startować z niewielką sumką, która mi zostanie. Zrezygnowałem z proponowanego mi etatu w „Przekroju”, bo bałem się, że uniemożliwi mi to robienie grafik. Naprawdę sądzę, że biorąc same zlecenia szybciej doszłabyś do satysfakcjonujących Cię zarobków i miałabyś czas na malowanie. To nie musi być idealne rozwiązanie, możesz nie lubić tej „organizacyjnej” roboty, ja też tego nie znoszę. Ale jeżeli nie wywalczysz sobie wolnego czasu – nie zdobędziesz tego, co dawałoby ci najwięcej radości – możliwości skromnego życia z malarstwa i grafik. Czy nie masz tam znajomych starszych plastyków, z którymi mogłabyś współpracować, a którzy biorą dużo zleceń? Czy zaglądałaś do wydawnictw? Teraz, w lecie, jest najwięcej robót i najmniej chętnych do roboty, – jeśli zdecydujesz się stracić wakacje, to nie na etacie. Jest mi głupio z tymi radami i moją bezradnością, ale naprawdę nie jestem chałturnikiem, a robota pcha mi się do rąk, – czemu nie tobie? Teraz miałem też okazję pojechać „w Polskę” z ekipą chałturniczą, ale żal mi było wakacji. Napisz o tych wszystkich sprawach, bo mnie to gnębi – ile zarabiacie, jakie są stosunki w PSP, czy nie ma robót, czy same imienne, czy nie znasz nikogo? To jest bardzo wcześnie, dopiero 4 miesiące jesteś po studiach i już macie mieszkanie (jak?) więc nieźle, ale nie musisz się tak zabijać, zresztą żadna działalność artystyczna nie jest możliwa na etacie – nie możesz uprawiać niedzielnego malarstwa – ci, co malują, wcale nie mają bogatych wujków, wszyscy, zapytaj.

Dość tego! Teraz o mnie.

Dostałem drugą nagrodę na Międzynarodowym Przeglądzie Grafiki Studenckiej, to niemała sumka – 5 tys. zł – którą przeznaczam na „po wakacjach”. Był bardzo szumny wernisaż, wyniki tłumaczone z francuskiego, a przeczytane przez vice-przewodniczącego jury.  Po wernisażu, rano, pojechałem biennalowym autokarem do Warszawy na otwarcie drugiego Biennale – tego plakatowego. Plakaty oglądałem tylko godzinę i będę musiał tam wrócić – ale za to byłem na koktajlu wydanym przez min. kult. i szt. w Łazienkach. Elegancja – Francja,  był Tejchma i wice min. Motyka i b. premier Cyrankiewicz z tych, których rozpoznaję. Opuściłem rządowy ochlaj przed końcem i nie wiem jak to wyglądało dokładnie – wróciłem w nocy do Krakowa i przez czwartek i piątek gościłem moją mamę.
Uczucia na koktajlu miałem mieszane, dużo ładnych pań itd. W sumie ze 150 osób – gości obu biennale.

/em

Zaszufladkowano do kategorii dziennik ciała | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

COCTEAU III.

Jan Marais w swojej autobiografii pisze, że obecność Jeana Cocteau na planie filmu elektryzowała wszystkich:

(…)Pogwałca on nieświadomie wszelkie reguły techniki, wszystko rozumie, wszystko sobie przyswaja. Nic nie umyka jego pamięci; niektóre dekoracje poleca wykonać w ten sposób, żeby ściany domów stały się podłogą, a podłoga – ścianą: sprawiać to więc nam będzie dodatkowe kłopoty w poruszaniu się i wyglądać nader osobliwie. W dniu kiedyśmy to kręcili, w oczach członków ekipy technicznej widziałem zwątpienie, ale nazajutrz, podczas projekcji, wszystkim udzielił się ten sam entuzjazm.(…)”
[„Opowieści z mego życia” tłum Wojciech Gilewski]

W trzeciej, ostatniej części trylogii orfickiej, w „Testamencie Orfeusza” sam Jean Cocteau krąży w zaświatach dawno zmarły, ale pojawia się, zgodnie z zasadą, że Poeta tylko udaje, że umarł. Jest przewodnikiem w filmie, a zarazem jak w „Boskiej komedii” Dantego tym, który daje się prowadzić, jest kafkowskim K. poddanym wyższej jurysdykcji. Mimo, że zastrzelony, Poeta wraca na ziemię, jako człowiek z krwi i kości, to głównie film opowiada dzieje duszy, którą dla widza z mroku ciała wydobywa.
Film daje poczucie jedności i bezpieczeństwa, mimo, że to cały czas senny koszmar, nakazy i zakazy, kara i wina, śmierć i odrodzenie. To takie „Osiem i pół” Felliniego, ale przecież Cocteau był przed Fellinim i tak dalej – słowem, każdy proces twórczy prawdziwego artysty jest taki sam, utwór artystyczny to wciąż ten sam modyfikowany i barwiony osobowościami artystów utwór.

Cocteau powtarza motyw „Krwi poety” po doświadczeniu „Orfeusza” i rezygnuje z psychoanalizy na rzecz realizmu, prawdopodobieństwa zdarzeń przetworzonych poetycko i baśniowo. Dlatego nie dziwi i nie razi wychodzenie aktora z morza, z ogniska spopielonej fotografii, naturalność jest w tym, że labirynty jaźni to nic innego jak ścieżki i ogrody Lazurowego Wybrzeża. Kiedy na planie pojawiają się: Picasso, Jacqueline Roque (Jacqueline Picasso), Pierre Lifar, Luis Miguel Dominguín, Francoise Sagan, Charles Aznavour, Alice Sapritch, Cocteau skromnie tłumaczy, że to są jego przyjaciele, a nie popis znajomości.

Od powstania filmu minęło pół wieku. To jednak dużo, mimo, że czas filmowy sięga Rewolucji Francuskiej. Zmiany nastąpiły szybciej, coś w jedności krążących w zaświatach dusz zasłało brutalnie przerwane. Dzisiaj kultura masowa dokonała już podmiany jednostki na zbiorowość. Czy się da być tak wolnym artystycznie, jak rygorystycznie postuluje Jean Cocteau dysponując znajomymi z facebooka i portalem Liternet?
I oczywiście miejsce w którym tworzy przypominające antyczną Grecję też nie jest bez znaczenia…

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Ewa Bożena Kwiecień „Czerwona cisza” (2004)

Od miesiąca poetka Górnego Śląska, Ewa Bożena Kwiecień bulwersuje portal poetycki Liternet swoją kompromitującą twórczością. Czytam na Wikipedii o sukcesach poetyckich autorki trzech tomików poetyckich i oczom nie wierzę, że została dopuszczona, wsparta, namaszczona i wypromowana przez znanych mi od lat regionalnych animatorów (Macieja M. Szczawińskiego znawcę poezji Rafała Wojaczka), jak i przez miesięczniki (Śląsk). Czytam, że poetka piastuje ważne, decydenckie, kluczowe funkcje w wielu kulturalnych placówkach mojego regionu, zasiada w jury konkursów literackich i waży się decydować, kto jest poetą, a kto nim nie jest.
Nigdy nie napisałabym nic o tomiku „Czerwona cisza”, mamy wolność wypowiedzi i każdy sobie niech pisze jak chce i co chce, gdyby nie właśnie te przerażające dla następnych pokoleń mieszkających na Śląsku skutki przejęcia kultury przez prymitywne, barbarzyńskie jednostki nominowane w niepojęty sposób na artystów.

Recenzja tomiku „Czerwona cisza” wymagałaby szyderczego pióra, wyśmiania i wykpienia, czego niestety nie potrafię po lekturze tego i dwóch pozostałych tomików wypożyczonych z Biblioteki Śląskiej z siebie wykrzesać, ponieważ jestem bliska jedynie płaczu. Kicz zawsze mnie paraliżuje napawa mnie przerażeniem, tak jak napawał Hermanna Brocha, który dowodził, że przyzwolenie społeczne na kicz spowodowało drugą wojnę światową. Oczywiście, nikt nie zamierza walczyć z kiczem i Broch też tego nie sugerował. Chodzi tylko o to, by zła, kiczowata poezja nie zajmowała miejsca tej dobrej, by się nie panoszyła korzystając ze słabości dzisiejszych elit intelektualnych i nie wskakiwała na miejsca jej nieprzeznaczone.

Ewa Bożena Kwiecień na portalu Liternet prosi o rzeczową, konstruktywną ocenę prezentowanych tam wierszy. Otrzymała tam mnóstwo trafnych, rzeczowych i wnikliwych komentarzy, z którymi się zgadzam i nie chcę zawartych w nich cennych uwag tu powielać.

Ogólnie, wiersze w tym jak i w dwóch pozostałych tomikach, które trzymam w ręku, jak i te utwory opublikowane w Sieci – które niestety też zostaną, jak grozi poetka, uwiecznione w książkach infekując biblioteki mojego regionu już niedługo, na dniach – to teksty, które napisałaby, podejrzewam, każda kobieta polska, bez względu na wiek i wykształcenie. Nie czyni tego pewnie z czystej niewiedzy, że jest poetką. Jak się dowiedziała o tym, że jest poetką Ewa Bożena Kwiecień? No właśnie, jak widać na tym przykładzie w Polsce nic prostszego, jak tylko poetę mianować. Bo przecież, czytając wiersze Ewy Bożeny Kwiecień, jest zupełnie obojętne, kto je napisał, skoro z prawdziwą poezją nigdy nie miały i nie będą mieć nic wspólnego.
http://ewa-bozena-kwiecien.liternet.pl/

Biogram przepisany z okładki tomiku „Czerwona cisza” wydanej w roku 2004:

Ewa Bożena Kwiecień
Mieszka w Będzinie. Poetka i eseistka. Autorka tomików wierszy „Czarno – białe obrazy”, „Imię matki”, „Takie sobie bajeczki dla syneczka i córeczki”. Założycielka i gospodyni Dyskusyjnego Literackiego Klubu „Parnas” w Dąbrowie Górniczej. Członkini Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego w Katowicach, grupy „Boom” Będzińskiego Fanklubu Poetyckiego, Klubu Dobrej Książki przy Bibliotece Śląskiej.
Od wielu lat jest także członkinią Stowarzyszenia Twórców Kultury Zagłębia Dąbrowskiego, gdzie pełni funkcję kierownika literackiego, a także Towarzystwa Przyjaciół Będzina. Animatorka kultury w Zagłębiu i na Śląsku. Wiersze poetki publikowały periodyki: „Śląsk”, bydgoski „Akant”, łódzki „Ex Libry 43 bis”, kielecka „Radostowa”, wrocławskie „Obrzeża”, tygodniki: „Niedziela”, „Gość Niedzielny” i krakowski „Dziennik Polski” oraz emitowały „Poczta Poetycka” Radia Katowice i „Podróże Poetyckie” Radia Łódź. Często gościła na łamach prasy samorządowej: „Aktualności Będzińskie”, będzińska „Kasztelanka”, sosnowiecki „Kurier Literacki”, „Przegląd Dąbrowski” i lokalnej: „Trybuna Śląska”, „Dziennik Zachodni”, „Wiadomości Zagłębia”, „Puls Zagłębia”, ponadto często wiersze i prozę E. B. Kwiecień drukowały antologie i almanachy pokonkursowe.
Jest laureatką wielu prestiżowych nagród i wyróżnień w międzynarodowych i ogólnopolskich konkursach literackich w dziedzinie poezji i prozy. Jest ich kilkadziesiąt! „Złote, Srebrne i Brązowe Liście Bukowe”, „Liście Dębowe”, „Herby Grodu…”, „Złote Pióra…”, „Laury Lata…”, „Wiosny…”, konkursy im. Hłaski, Snopkiewicz, Hopaka, Staffa, Broniewskiego, a były wszak jeszcze obfitujące w nagrody „Sejmiki…”, „Spotkania…”, „Nominacje…”.
Laureatka Nagrody Miasta Będzina w dziedzinie twórczości artystycznej, upowszechniania i ochrony kultury za rok 2002. Jurora w wielu konkursach literackich. Przed przyszłymi; skrupulatnymi biografami poetki rozciąga się piękne pole do działania!

 

 

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , | 46 komentarzy

COCTEAU II.

Ach, „Krew Poety” z 1930! Akcja filmu trwa kilka sekund: czas między złamaniem się komina fabrycznego, a jego upadkiem Cocteau rozciągnął na filmową godzinę (w moim pejzażu z okna likwidacja widniejącego na horyzoncie komina trwała czterdzieści lat.)
Poeta daje swoją krew, wykonuje tajne polecenia posągu, wchodzi jak Alicja do lustra, podgląda palenie haszyszu, naukę latania, rozterki dwupłciowości, doświadcza wszystkiego w uciążliwym jak senny majak przedzieraniu się przez stawiającą opór materię czasu i przestrzeni duchowych, by narodzić się na nowo.

Filmweb podaje, że to film fantasy, czemu nie, w końcu jak ma się pokazać niewyrażalne, jednak to nie fantasy, a zamienianie autobiografii na symboliczne sceny. Artysta tworzy mitologię, łączy się z mitami epok ubiegłych, tytułowa krew to substancja płynąca naczyniami krwionośnymi, które tworzą niewidzialną dla zwykłego śmiertelnika sieć, symbolizuje cierpienie, wyrywanie serce z zabitego dziecka (as kier), morderstwo dorosłego artysty, samobójstwo i odradzanie się na nowo.

Film wzrusza prostotą filmowych tricków, a zarazem promieniuje estetyką lat sześćdziesiątych polskiej telewizji czarnobiałej w której sam Jean Cocteau był konsekwentnie nieobecny, może właśnie dlatego, by nie demaskować wtórności polskiej sztuki wysokiej.
Dopiero teraz widać wpływy i kradzieże: „Kabaret Starszych Panów”, „Balladyna” Hanuszkiewicza z motocyklami, Grotowski…
A przecież to krew jednego jedynego unikalnego poety, jego, jak pokazuje filmowy tryptyk, jego od zarania, od dzieciństwa krwawica…
http://www.youtube.com/watch?v=BAqxEq4ylb4

 

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

COCTEAU I.

Jean Cocteau nakręcił „Orfeusza” jak jeszcze moje narodziny nie były planowane przez moich rodziców, ale dopiero o jego istnieniu usłyszałam na studiach.
Dzisiaj w Dzień Wszystkich Świętych udało mi się zobaczyć po raz pierwszy w życiu ten film, z którego dowiedziałam się, że poeta to ten, który nie jest pisarzem, a jedyną jego miłością jest Śmierć.

Orficka teoria dowodząca nieśmiertelności poety jest również nieśmiertelna jak i powtarzająca się potrzeba tego mitu. Mężczyźni, którzy chronili się przed swoimi żonami w garażach wtedy, kiedy byłam mała, kiedy posiadanie garażu było wielką życiową wygraną jak posiadanie jakiegokolwiek talentu może nie zawsze byli poetami, ale te ucieczki z domu zawsze miały coś z poezji. Korytarze zaświatów, którymi sennie podążają bohaterowie filmu Cocteau są równie obskurne, jak te blaszane garaże z dzieciństwa.

I jak tu nie kochać Cocteau, jak tu nie wierzyć w nieśmiertelność, szczególnie, że film kończy się happy endem: Orfeusz i Eurydyka wracają do realnego życia, czyli, jak mówi o tym w zaświatach Księżniczka Śmierć – do tego bagna.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

László Krasznahorkai “Wojna i wojna” (2011)

Pozornie Krasznahorkai opowiada historię archiwisty, a właściwie zdiagnozowanego przez węgierską przychodnię psychiatryczną wariata, ale tak naprawdę dotyczy ona wskazówek ocalania dzisiejszego świata.
Archiwista dopuścił się kradzieży dokumentu, czyli popełnił zbrodnię niedopuszczalną w swoim zawodzie. Popełnił ją nawiedzony przez Hermesa, bóg każe złożyć mu ofiarę ze swojego życia po wypełnieniu kilku nieodzownych rytuałów ocalających świat i konsekwentnie autor tę jego determinację przedstawia. Archiwista jest centralną postacią, kierując akcję powieści w rejony faktów dokonanych, porządkowanych i hierarchizowanych. Dlatego porządek realny – podróż archiwisty do Nowego Jorku, dzisiejszego pępka cywilizacji, by umieścić manuskrypt w Internecie – staje się powtórzeniem akcji manuskryptu, opowiadającej o czwórce tajemniczych podróżników penetrujących wieki w poszukiwaniu schronienia przed wojną.
Faktycznie rzecz dzieje się z końcem dwudziestego wieku, lata dziewięćdziesiąte nie zapowiadają końca świata, właściwie nic nie kończy się, nawet tytuł zwiastuje nietzscheański powrót i powtarzalność. Konwencja jest na wskroś realna, pisarz pieczołowicie i dokładnie podąża za swoim bohaterem wybierając dla określenia go sceny symboliczne, ale przecież zawsze realne i wiarygodne.
Powieść otwiera grupa młodocianych przestępców zaopatrzonych w żyletki, która osacza głównego bohatera, Gyórgya Korima To mężczyzna po czterdziestce cierpiący na permanentny weltschmerz:

„(…)właściwie już w dzieciństwie zawsze był po stronie przegranych, nie, pokręcił głową, źle się wyraził, ściśle mówiąc, w całym jego dzieciństwie chodziło o to, żeby być z przegranymi, tylko i wyłącznie z przegranymi, do nikogo innego nie potrafił się zbliżyć, blisko potrafił być tylko z nieszczęśliwymi, z tymi, którym się nie udało, z tymi, których wykorzystywano i poniżano, tylko ich szukał, tylko oni byli mu bliscy, tylko ich rozumiał, tylko oni go interesowali, nawet w szkolnych podręcznikach, pamięta, wspominał Korim, siedząc bokiem na krześle stojącym tuż przy drzwiach, pamięta, że na lekcjach literatury poruszały go wyłącznie wiersze poetów o tragicznych losach, poruszał go ich tragiczny koniec, kiedy na stronach podręczników widział ich osamotnionych, poniżonych, wykrwawionych, z tajemną, ostateczną wiedzą o życiu i śmierci, czuł, że zwycięzcy są mu całkowicie obcy, leżało w jego charakterze, że nie potrafił dzielić z nimi upojenia sukcesem, nie potrafił się z nimi utożsamiać, potrafił utożsamiać się tylko z porażką, natychmiast, od jej pierwszej chwili utożsamiał się z każdym, komu pisana była klęska; słowem, powiedział Korim do stojącej nieruchomo, odwróconej plecami kobiety, niepewnie podnosząc się z krzesła, była w tym wszystkim jakaś dziwna słodycz, spotkania były bolesne, ale gdy stawał z nimi twarzą w twarz, wypełniała go słodycz i ciepło, kiedy zaś spotykał zwycięzców, przenikał go lód, odsuwał ich od siebie, drżąc z zimna, i choć nie czuł nienawiści ani ich nie potępiał, nie rozumiał zwycięstwa i nie rozumiał zwycięzców, radość, którą odczuwali, dla niego nie była radością, a porażka, którą ponosili, nie była w jego oczach porażką, jego sercu bliscy byli tylko tamci, niesprawiedliwie odrzuceni, bezlitośnie pokonani, jak ma to wyrazić? skazani na samotność i przez nikogo niekochani, toteż nic dziwnego, że już od dzieciństwa zawsze stał z boku, usuwał się, zostawał z tyłu, był słaby, toteż nic dziwnego, że jego dorosłe życie także okazało się jedną wielką porażką,(…)”
[przełożyła Elżbieta Sobolewska]

Korim kradnie z pracy stary manuskrypt, którego przepisywanie w Nowym Jorku będzie się łączyło z częściowym ujawnieniem jego zawartości – równie plastycznie, jak przedstawiona jest nadrzędna opowieść o Korimie. Przypomina mi to „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa, pojawia się nawet Diabeł, który u Węgra nazywa się Mastemann i nie jest tak sympatyczny, jak u Rosjanina. To duch wojny, to śmierć, to zimno, nieproszona obecność i lustro świata porażonego destrukcją. Realny świat poza manuskryptem, w którym z konieczności Korim musi przebywać, staje się tylko po to, by tajne ścieżki boga Hermesa się ukazywały i by po nich dreptali zarówno czterej aniołowie z manuskryptu, jak i współczesny anioł Korim. I tak – dopowiadając fabułę – manuskrypt nie chronologicznie przenosi przepisującego go Korima do bitwy Königgrätz, do złotej ery Wenecji, do Gibraltaru, statków Kolumba, do Rzymu, na Via Appia… gdzie każdy rozkwit i stabilizacja kończy się nadchodzącą pożogą wpisaną w los świata. Korim znajdując dom dla manuskryptu, który stał się w miarę czytania i rozkoszowania się nim jego duchowym wnętrzem. Jest nim Internet, wirtualna przestrzeń dostępna ze wszystkich krańców świata symbolizująca nieśmiertelność i nieprzemijalność.
Po wypełnieniu misji Hermesa, Korimowi wspomaganemu niespodziewanymi okolicznościami (spotkanymi nagle, jakby posłannikami – ludźmi) udaje się uciec z Nowego Jorku do Europy i znaleźć dom dla siebie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Szwajcarii w rzeźbie Mario Merza. Jest nią instalacja przedstawiająca igloo, bezpieczny dom z zakrzywionej przestrzeni stworzona przez artystę włoskiego – nie bez znaczenia pochodzącego z Turynu i stanowi symboliczną klamrę książki Krasznahorkiego, kończącego utwór przesłania, że dzisiejszy uciekinier ze świata fikcji może w niej tylko znaleźć ocalenie.
Nie wiadomo, czy czterdziestoparoletni Węgier, Gyórgy Korim przeżył, czy dokonał życia w szwajcarskim muzeum, jednak to, że jego ostania wola została spełniona przez Dyrektora Hallen für Neue Kunst Schaffhausen, – tak jak wola boga Hermesa przez archiwistę Korima – napawa optymizmem.
Szczególnie cenne, Krasznahorkai to przecież pisarz minorowy.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | 3 komentarze

Aleksandra Opalińska „Po drugiej stronie tej samej rzeczy” (2011)

Wiersze które weszły w skład tomiku są ujednolicone tematycznie (choroba i śmierć), co powoduje, że klimat tomiku automatycznie zabarwiony jest melancholią. Poetka trafnie wyczuła nieuchwytny moment ludzkiej egzystencji, w którym się jeszcze żyje i żyć przestanie, ale cały czas trzyma się życia, tego, które odchodzi i tego, które pozostaje wśród żywych bliskich zmarłemu.
Przedstawiony stan daleki jest od abstrakcji i ma praktyczny wymiar leczący: w minorowej sytuacji bez wyjścia odnajdujemy mimo wszystko pocieszenie. Niełatwo jest mówić o chorobie, o śmierci i zarazem uciec od patosu. Opalińska krąży wokół mikro spraw dnia powszedniego, różnorakich jego drobiazgów, z których tworzy jak gdyby siatkę, i jak rzeźbiarz nanosi na ażurową konstrukcję wybrane, znaczące elementy. Czasami one się oddalają, dublują – jak profil kobiety w autobusie [w co ja właściwie wierzę czyli o Bogu nic nie można powiedzieć] – stają się magiczne, jak ubrania, które pozostają po chorych:

„(…) chorzy zaczną wychodzić ze swoich ubrań
szpitalnych szlafroków i koszul nocnych (…)”
[Prognozy]

Ale mimo środków nadrealnych wszystko jest wiarygodne i dalekie od mistycyzmu. Poetkę prowadzi jakieś wewnętrzne życie wiersza, trafione jak odpowiedni refren melodii wyczuwalny w każdym utworze, prowadzące do pewnej skończonej sytuacji niczym sentencja na nagrobku określająca zmarłego. Mak, jednorożec, parasol, karzeł, miejsce po fotografii – to tylko rekwizyty pamięci, wydaliny snu, one nie stanowią konstrukcji narracji, one są zawsze poza. Narratorka pochyla się nad tymi śladami, bierze je pod lupę, czule ogląda, ale to nie są ani pamiątki, ani cząstki kogoś, kto już nie jest w naszym zasięgu. Unika tym sposobem sentymentalizmu na rzecz konkluzji, że zawsze stajemy od nowa sam na sam z tajemnicą, której nie da się oswoić i która nie jest z tego świata.

Cierpienie, nieodłączne odczuwanie bólu poetka analizuje nie filozofią, religią, ale ascezą. Narratorka wybiera szlachetny sposób pokonania męki, stara się kontemplować wewnętrzną stronę życia, cała energia poznania idzie do środka (stąd tytuł tomiku), tutaj dochodzą zaledwie odgłosy pulsującego życia, z którym nie traci kontaktu. Odrzuca oszołomienie, krzykliwość szpitalnych gości, telewizor z serialami, czyli łagodzenie, ogólnie stosowane metody pokonywania złych przeżyć. Jeśli poddaje się porządkowi [Porządek], to ta nieodzowna rzeczywistość nie krzyżuje się z podmiotem lirycznym, który żyje innym torem, innym wymiarem. Nie neguje jej – czarne samochody zabierają resztki pogrzebowe, na cmentarzach nie ma już miejsc, trzeba szukać nowych „domów” dla umarłych – lecz to są wszystko sprawy nieistotne, które przecież są, zajmują przestrzeń wiersza, ale podane mimochodem służą jedynie do zakotwiczenia problemu w świecie. Jeśli bohaterowie wierszy (ciotka z [Po przejściach]) stwarzają fakty nieistniejące historycznie, nie mające miejsca w dziejach rodziny, to są to efekty pomieszania przestrzeni i czasu jedynie poza egzystencją, są niematerialne, bo są jedynie mentalne.
A prawdziwym problemem jest właśnie to coś, co się już nie wiąże z materią, coś, czym nasycone są wiersze Aleksandry Opalińskiej dowodzące, że dostępne jest to jedynie dla wtajemniczonych, dla poety.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

Dziennik miejski (8)

Zawieźliśmy dzisiaj mamę powtórnie do okulistki, gdyż dobór okularów może odbywać się tylko bez zakraplania oczu, czyli w dniu, kiedy się ich nie bada, do czego potrzebne jest zakraplanie. Pani doktor powiedziała mi, że optyk w hipermarkecie nie dobierze okularów mojej mamie tak jak ona, lekarz z dwudziestoletnim doświadczeniem.
Wyznaczono nam termin na dwunastą, ale by się nie spóźnić i zarejestrować mamę, przybyłyśmy do poczekalni kwadrans przed dwunastą. Marek pojechał zaparkować samochód przed Biblioteką Śląską i poprosiłam go, by sfotografował przy okazji tomik wierszy Aleksandry Opalińskiej, który, nie wiedzieć czemu, dostępny jest tylko na miejscu.
Sprawa Aleksandry Opalińskiej głośna jest na portalu Liternet, gdzie już siedem stron w ciągu kilku dni zapisano dialogów z poetką polegających na wymyślaniu jej od grafomanki, trolla, osoby brzydkiej (powołując się na zdjęcie na witrynie „Szafa”), niewyżytej seksualnie, a przede wszystkim, co jest dla artysty najbardziej bolesne, negując jej umiejętności składania wierszy. Przy takiej rekomendacji nieuczciwych napastników, którzy w toku prowadzonej, jak na stalinowskiej akademii napaści aktywu partyjnego Liternetu zmieniali swoje nicki, kasowali komentarze przy wierszach, wewnętrzną korespondencję z oskarżoną – która nie wiadomo, czy w ogóle zaistniała – słowem, erupcja nienawiści mogła być spowodowana nie tylko ewidentną nudą tego portalu, ale i być może, wysokimi walorami wierszy Opalińskiej. Ponieważ większość utworów poetka skasowała, znalazłam pod nickiem nn.. vara na portalu Nieszuflady pokaźną liczbę utworów poetki, które nie są złe.

Tymczasem po godzinnym oczekiwaniu, kiedy nie można było się zorientować, kto po kim wchodzi i gdzie, zaczepiłam jedną z tłumu wchodzących i wychodzących sióstr pytając, czy jesteśmy ujęte w planach badań i dostałam uspokajającą odpowiedź twierdzącą.
Powoli zaczęłyśmy się bratać z siedzącymi wokół pacjentami, mama w tłumie nawet rozpoznała swoją sąsiadkę z jej dzielnicy i z nią porozmawiała. Ale wszyscy czekali jak na szpilkach i traktowali rozmowy bardziej, jako spędzanie płodu dnia, który przecież kilka godzin temu się narodził i zostanie zaraz wydalony w przychodniowym klozecie. Dlatego też każdy był ostrożny, bo najchętniej mówiłby o tym białym personelu, który nie wiadomo czemu cały czas wędruje po korytarzach w jakimś zagadkowym, mantrycznym pochodzie wchodząc i wychodząc, zamykając i otwierając drzwi do toalety tylko dla personelu, niosąc coś do jedzenia lub jakieś kartki.
– Raz się spóźniłam o dziesięć minut i zaraz na mnie napadła w recepcji: przecież pani miała przyjść za dziesięć dwunasta, a pani przyszła o 12! A ja jej na to: – I po co to pani, że ja mam tu na punkt przyjechać, jak i tak muszę cztery godziny odczekać?
Ale nikt już tego tematu nie podjął, bardziej zaktywizowano się na wczorajszym newsie o żłobku wrocławskim, gdzie wiązano niemowlaków pieluchami i kładziono za karę głową w dół do łóżeczek, bez materacyków, na samych prętach.
Zastanawiałam się nad powszedniejącym sadyzmem, i czy to, że każą mi dzisiaj czekać trzy godziny z blisko dziewięćdziesięcioletnią matką to nie jest sadyzm, który ogarnął już wszystkie dziedziny życia, a znakiem tego jest właśnie portal poetycki Liternet.

Zadzwonił Marek, zaniepokojony naszym milczeniem i powiedziałam mu, że trzy godziny poronionego dnia, to właściwie dziewięć godzin, bo przecież i on też czas wytraca. Tak, zdołał już obfotografować telefonem tomik Opalińskiej, a nawet zdjęcia zedytować.
Zdesperowana poszłam do recepcji spytać pielęgniarki, dlaczego kazały nam przyjechać o dwunastej, skoro mija już 14 i nie ma żadnych widoków na badania.
– Moja mama ma blisko dziewięćdziesiąt lat i tego nie wytrzymuje – dodałam smutno.
– To nie nasza sprawa – powiedziała siostra. Może pani pójść i poprosić lekarkę, by pani matkę przyjęła.
Lekarki były dwie, nikt nie wiedział, kto i do której wchodzi, ponieważ wejście było jedno do pokoju z przyrządami do badania oczu, a z niego prowadziły wejścia do gabinetów. Pracowały intensywnie i wszelkie wchodzenie bez wołania nazwiska pacjenta było niepojęte. Wróciłam zrezygnowana na miejsce, gdzie jedna z pacjentek zasnęła, druga jadła jabłko, a reszta straciła energię na jakakolwiek rozmowę.
Po jakim czasie pojawiła się pielęgniarka z recepcji obwiniając mnie, że nie weszłam do gabinetu, nie zadbałam o zdrowie mojej dziewięćdziesięcioletniej matki i wskutek mojego zaniedbania skazałam ją na takie udręki oczekiwań. Wtedy wstała moja matka i zaczęła mówić siostrze, że ta wizyta, to tylko moja fanaberia, bo może to zrobić technik okulista, że ja chcę zaoszczędzić pięćdziesiąt złotych na badaniu, a ona przecież bardzo dobrze widzi w tych okularach, co ma i że ona rezygnuje i że już wychodzimy.

I wtedy otworzyły się drzwi gabinetu i uśmiechnięta lekarka wywołała nazwisko mamy.
 

Zaszufladkowano do kategorii 2012, dziennik ciała | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz