Dziennik warszawski (6)

W Petersburgu wycieczki zwiedzające przeładowany ozdobami barokowy Pałac Zimowy zatrzymując się przed łóżkiem Katarzyny II zwanej Wielką są za każdym razem informowane przez przewodników, że tu właśnie spał faworyt carycy, Stanisław August Poniatowski. Ale całe szczęście król Polski nie nabawił się od niej, oprócz być może choroby wenerycznej, choroby złego smaku. Całe Łazienki są cudowne, Pałac na Wyspie jest lekki, swojski i wykwintny. Przechodząc drugim piętrem widać przez okno idealną symetrię parku, boski plan Merliniego i jakiś niesamowicie kojący klimat niskich sklepień. Nikt nie wie, co tam się działo za panowania Króla Stasia i jego bratanka, bo nawet wstawiona w kaplicy ponętna św. Maria Maddalena ot tak, na sztaludze, jest aranżacją dzisiejszą.   

Wystrój udostępnionych zwiedzającym zabytkowych pomieszczeń całkiem słusznie nie trzyma się żadnej chronologii historycznej, nie ma tu żadnego udawania, jest natomiast muzealna rzetelność i umiar. Ale mimo wszystko najdroższe są mi obrazy Bacciarellego, najbardziej przystające do tych pastelowych, sennych klimatów, które melancholią listopada i licealnym romantyzmem robią z wycieczki ucieczkę. Ucieczkę z rzeczywistości, dlatego też długo siedzę po wyjściu z Pałacu na Wyspie w amfiteatrze, jem kanapkę i słucham kaczek i pawi, nawołujących się z najbardziej z odległych wodnych zakątków.

W Starej Pomarańczarni, w Galerii Rzeźby Polskiej, bez wyjątku wspaniałej, najpiękniejszy August Zamoyski i jego kobiece akty, głównie chyba żony. Robert mówił jak rzeźbił moją głowę, że najważniejsze jest to, by w rzeźbie nic nie uciekało i by nie robiły się dziury. Tak jest u Zamoyskiego: jego marmur lub granit tajemnicza siła rozsadza od środka napompowując odnalezioną przez rzeźbiarza powierzchnię. Tak, jak obcięte ucho Van Gogha będzie zawsze dowodem na to, że schizofrenik może być skutecznym artystą, tak Zamoyski będzie na zawsze dowodem na to, że można z krańcowej awangardy wejść skutecznie na tory klasyki z perfekcyjnie opanowanym warsztatem…

W Starej Pomarańczarni Dominika Merliniego idąc oranżerią, nagle, jakby w sąsiednim pokoju natrafia się, Teatr Stanisławowski. Nie wiedziałam, że jest on tak elitarny, i tak wykwintny, i tak mały…
Całe szczęście, epoka stanisławowska nie cierpiała na gigantomanię. Łazienki są na miarę człowieka, który kocha życie i przeżycie. Dowodem na to jest to, że w przepięknych salach Pałacu Myślewickiego zamieszkał przed wojną Bolesław Wieniawa-Długoszowski, niekoronowany Król Życia. Długo stoję w jego narożnych pokojach z widokiem na park. Jakby stąd skoczył, z pewnością by się nie zabił…   

Tak wykąpana, z umytą duszą, mijam bramę Łazienek obok Belwederu i pytam dwóch nadchodzących zakonnic, jak iść do metra stacji „Politechnika”.  Na dworze już ciemno, w wagonie metra tłok, ale na całe szczęście nikt mi miejsca nie próbuje ustąpić.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Siergiej Eisenstein „Październik”( 1927)

Iplex udostępnił spolszczoną, ostatnią część trylogii (wszystko dostępne na Archive Internet). Eisenstein, którego twórczość wpłynęła na Leni Riefenstahl i na całą propagandę nazistowską Goebbelsa, polecającego niemieckim twórcom taki sposób manipulacji obrazem, jest schematyczny i przewidywalny jak i ta ideologia. Zestawia ze sobą obrazy z prostym, nieskomplikowanym podtekstem starając się, by widz nigdy nie pobłądził w interpretacji tego, co ogląda. Carska wrona, akurat dla Polaka konotowana jest zgodnie z intencją Eisensteina. Wszelkie twarze złych ludzi w Tymczasowym Rządzie z Rewolucji Lutowej przeplatane są obrazem złowieszczej głowy orła. Ale mnie w tym filmie, nakręconym tylko po to, by zawłaszczyć historycznie cały przewrót – nie tylko dziesięć dni, które wstrząsnęły światem – zaintrygowały najsłynniejsze, najczęściej cytowane sceny petersburskiej nocy z 25 na 26 października 1917, gdy rewolucjoniści, jak szczury opanowują Pałac, z początku tłocząc się przed bramą, a kiedy zostaje sforsowana, biegną w niezliczonej masie na schody, pokrywając je szczelnie. Ma ta scena coś z dziecięcego lęku „Dziadka do Orzechów”. Kiedy leniwie oglądałam ten film, zniecierpliwiona ciągłymi cięciami, nawet włosy trupa dziewczyny trącone otwierającym się mostem zwodzonym, nawet zwisający nad Newą trup konia tak mnie nie poruszył, jak ten masowy gwałt na Pałacu. Mówi się, że masowe zbrodnie tak nie działają jak śmierć pojedyncza. Tutaj odwrotnie. Wbrew zapewne intencjom twórców filmu, szturm na Pałac jest zwykłym świętokradztwem.
Szturm na Pałac Zimowy – kluczowe wydarzenie Rewolucji Październikowej – jest akcją wojskową przeciwko zamieszkałemu tam Rządowi Tymczasowemu, który obalił cara, a nie przeciwko carowi, jak uczyłam się w szkole: „tak w aktiabrie upała włas’t burżujew i dwarian”. „Dwarian” już tam nie było, natomiast władzy z braku wojska (poszli na front pierwszej wojny światowej) chronili tylko kadeci i bataliony kobiece. W filmie bratanie się kobiet-żołnierek z Rewolucją, dobrowolne przejście na stronę napastnika (scena na stole bilardowym) nie miała nic wspólnego z rzeczywistością. Nie było wyraźnej przemocy, po prostu Pałac zalał tłum, wlał się na dziedziniec i rozprzestrzenił na wszystkich klatkach schodowych i korytarzach. Kadeci po słabym oporze zrezygnowali, Rząd Tymczasowy aresztowano.
Dowódca oddziałów, które zajęły Pałac, Władimir Antonow-Owsiejenko (potem w latach 1930-1934 poseł nadzwyczajny i minister pełnomocny ZSRR w Polsce) w swoich pisemnych relacjach docenia, wbrew ośmieszającym scenom filmowym, dzielność aresztowanych ministrów.
Film nie pokazuje prawdy o tym, co się dzieje, gdy chmara ludzka zajmuje coś, co nawet w najskrytszych marzeniach było dla nich nieosiągalne. Scena w buduarze carycy z rewolucjonistą otwierającym klapę drewnianego klozetu z porcelanowym nocnikiem, niezamierzenie demaskuje tę ogromną różnicę cywilizacyjną, która od tego momentu, aktem pałacowej przemocy będzie się coraz bardziej pogłębiać.
To, że Pałac splądrowano (scena w filmie z rewidowanymi, wychodzącymi rewolucjonistami, przeczy temu), udokumentowali już radzieccy historycy. Wandale zachowali się jak dzisiejsi kibole na stadionach: przebili oczy wiszącym portretom, pocięli skórzane krzesła, bagnetami potłukli porcelanę, podeptali na posadzkach zrzucone ikony, książki roznieśli w strzępy po pałacowych dywanach. Plądrowali poszczególne mieszkania ministrów.
Dobrotliwa scena w pałacowej piwnicy z winem o wartości kilku milionów złotych rubli, w rzeczywistości nie przedstawiała tak marginalnego problemu. Trocki wspominał, że butelki z winem płynęły przez kanały do Newy ziębione śniegiem i docierały do załomów. Potem, by temu zapobiec, przydzielano zwycięzcom dwie butelki dziennie.
Wypowiedzi antybolszewickiej prasy o torturach, gwałtach, morderstwach na kadetach i kobietach z batalionów bojowych zostały przez bolszewików zdementowane. Jednak dzisiejsze badania historyczne przywracają im wiarygodność.

Ale scena zalania Pałacu Zimowego z uzbrojoną w bagnety tłuszczą jest prawdziwa. Prawdziwsza niż byłby dokument.
http://www.youtube.com/watch?v=AgFeqqxCjX4

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Dziennik warszawski (5)

Nie potrafię sobie dać rady z całodobowym biletem, paskami w górę, czy w dół? Bileterka w kasie powiedziała, że tylko raz mam skasować, zrobiłam to przy windzie, a potem tylko zachować do kontroli,. A tu barierki nie chcą mnie wpuścić, nadjeżdżający pociąg już widnieje w czeluści tunelu, fala tłumu napiera na wszystkie wejścia stacji „Politechnika”, wchodzący kładą tylko na czytnik plecaki, torebki, portmonetki i saszetki, nikt właściwie takiego jak ja biletu tutaj nie ma. Chcę się wycofać, by nie blokować i robię zrezygnowana odwrót w tył, i nagle jakaś miła dziewczyna za mną wyjmuje z mej dłoni bilet i go kasuje, czym uwalnia mnie i cały naciskający za mną potok ludzki. W podzięce obracam się jeszcze raz i macham ręką, ale już jej nie ma, wszystko się miesza, plączą się ręce i nogi, już jesteśmy wewnątrz wszyscy, i już jedziemy.

Podróż dla mnie zawsze będzie sentymentalna, tak jakbym była już wszędzie i tylko modyfikowała moje powroty serią powtórzeń spotkań materialnych z mentalnymi.
I to, że mijając Aleje Jerozolimskie widzę napis „Mysia” gdzie nigdy nie byłam, nie znaczy, że nie porusza. I to, że mijając palmę Rajkowskiej chcę podejść i zobaczyć, czy aby pień nie został wykonany z góralskich gontów (podobną posadzę u siebie w ogrodzie na wsi, drewniana dachówka nie jest już tak droga, jak kiedyś).
Nie wejdę na ulicę Mysią i nie podejdę do palmy, bo się boję. W pierwszym przypadku boję się na zapas, w drugim realnie, by nie zapłacić mandatu: na wysepce ronda Charles’a de Gaulle’a, na której stoi rzeźba, nie ma dojścia dla pieszych.
I tak wędrując po Warszawie zawsze mam blokady nie do pokonania nawet przy najbardziej niewinnych myślach.

Dlaczego Pałac Kultury jest taki brudny? Ile trzeba by zaniechać kosztownych pikiet Młodzieży Wszechpolskiej, by miasto miało pieniądze na pomalowanie elewacji?
Dlaczego ołtarz główny Kościoła Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu jest taki brudny? Zastanawiałam się, co przedstawia ta zionąca czarna płaszczyzna jak przepastna dziura przypominająca kwadrat Malewicza. W tym wypadku prostokąt i sześć owali, trzy po obu stronach. Podeszłam bliżej do balasek niedowierzając oczom, ale w dalszym ciągu niczego tam, prócz czerni, nie było. Wróciłam więc do ławki patrząc się tym razem, jak dwaj mężczyźni – młody i stary – wpatrują się w tablicę na filarze poświęconą Bolesławowi Prusowi. Brakowało tam liter i najprawdopodobniej zostały skradzione, czyniąc hołdowniczy napis śmiesznym. Młody mężczyzna wszedł na drabinę i z pudełeczka wybierał brakujące litery wstawiając je i wycierając klej szmatką, ale w dalszym ciągu ich brakowało, brakowało ich też w pudełeczku. Zrezygnowani mężczyźni podeszli do innej tablicy równie świetnego zmarłego Polaka i byłam pewna, że mężczyzna stojący na drabinie ograbia z liter tamtej znakomitości, by przykleić je Prusowi. Ale obaj wraz ze mną wyszli z kościoła, a ja już myślałam o czym innym.

– Dlaczego obrazy Canaletta na Zamku Królewskim są takie brudne? Przecież widziałam Canaletta i w Dreźnie, i w Norymberdze i w Nowym Jorku, i były zawsze podobne do tych na reprodukcjach. A te w Warszawie są prawie czarne. – A wie pani, co przedstawia ołtarz główny kościoła Świętego Krzyża? Jest zupełnie czarny! – pytam po przebudzeniu moją współlokatorkę, której jeszcze nie było, jak ja wczoraj zasnęłam.
– A była pani w kościele dolnym? Zakonnica zjechała z nami windą! – odparowuje kobieta, chyba dużo starsza ode mnie, ale sądząc po zażywności, chyba nie. Nie wiem nic o niej, oprócz tego, że jak mówi, mieszka tutaj już od niedzieli.
– I nie bała się pani przyjechać tu aż ze Szczecina właśnie 11 listopada?
– Nie, było bardzo spokojnie! Policjanci pilnowali i nic się złego nie wydarzyło! Sfotografowałam nocą starówkę, przepięknie, bajecznie oświetlona, kipiała życiem! Politycy jeździli w te i we w te limuzynami, wracali z kolacji i jechali na kolacje, było bardzo uroczyście! Mnóstwo zdjęć, kupiłam specjalnie aparat…
Tylko potem się tych zdjęć nie ogląda – dodała smutno.

A dla mnie wczoraj Stare Miasto wyglądało ponuro. Zastanawiałam się, dlaczego te śliczne kamieniczki są takie brudne i czy trzy wróble siedzące na mieczu syreny są prawdziwe, czy to też jest żeliwny odlew. Na folderach, które wyszperałam z torebki dla porównania, trzy wróble siedziały identycznie, jak tutaj na mieczu i doszłam do wniosku, że są odlane. Uwagę moją odebrał wróblom biegający wokół syreny duży, oszalały pies. Najwidoczniej zgubił się i zatrzymując przeliczał w głowie szanse na odnalezienie utraconego domu. W miarę kolejnych rund przeliczenia stawały się coraz dokładniejsze, pies zaczął wykonywać histeryczne ruchy i by na to nie patrzeć weszłam szybko do Muzeum Literatury, ale tam tłok i mnóstwo licealistów, więc wytrysnęłam z powrotem, by chcąc nie chcąc patrzeć na nieruchome figury sarmatów stojące na postumentach, których nikt nie opłaca, na bohomazy na sztalugach, których nikt nie kupuje i na tego rozszalałego wokół nich psa.

Dagmara, Słowaczka, której absolwent warszawskiej ASP zrobił dwójkę dzieci i uciekł, słał obowiązujące go alimenty zarobione na portretach rysowanym turystom na Starym Mieście. Dagmara, córka komunisty, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Dreźnie i przybyła do Polski zwabiona ruchami wolnościowymi „Solidarności”. Kiedy w stanie wojennym przeklinała swój los z Polakiem i jego szmirą, portrety ich synów słane przez Polaka z Warszawy na Słowację, powstałe w godzinach nostalgii Dagmara niszczyła nie pokazując ich nigdy dzieciom.
Ale teraz trudno było szukać na rynku rozwiedzionego z piękną Dag męża. Nikt tu nikogo nie portretował, obrazy te, co były, były wprawdzie jak zwykle straszne, ale, jak to bywa po sezonie, nieważne.

Schroniłam się na dobre w Zamku Królewskim, gdzie jest porządna szatnia i tam przewodnicy grup młodzieżowych nakazują swoim podopiecznym pozbycia się gum do żucia. Jednak to nie gumy są zagrożeniem pałaców na całym świecie, a ich gospodarze. Zniosłabym nawet brudne obrazy Matejki, i brudnego Rejtana i Batorego pod Pskowem, gdybym nie podsłuchała u jednej przewodniczki opowieści, jak to król z okien sali poselskiej strzelał do psów.

Zamek odbudował Gierek i pamiętam, była wielka obywatelska debata w prasie i telewizji: budować, czy nie budować. Na tym dylemacie mnóstwo pracowników prasy i telewizji się przyżywiło, zabłysło i zaistniało medialnie, ponieważ temat był bezpieczny, a mógł się kontynuować w nieskończoność. Publiczność już wtedy uwielbiała debatę, talk-show, teleturniej, a więc wszelkie pozory łudzące, że cokolwiek zwykły szary człowiek w tym państwie znaczy, o czymś decyduje. I, ponieważ nie miał nic do gadania, Zamek zbudowano, bo jeśli już o coś pytano, to nie po to, by otrzymać negatywną odpowiedź.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, dziennik ciała | Dodaj komentarz

GÓRA

Poeta Konrad Góra wzywa literacką sferę internetową do aktywnego protestu przeciwko eskalacji nienawiści, której jawną ofiarą jest jego przyjaciel, 34 Daniel  niemal śmiertelnie skatowany przez neofaszystów.
Bardzo proszę czytelników mojego bloga o wsparcie w każdy możliwy sposób apelu poety Konrada Góry.
Wszak jest nas legion.
 

www.liternet.pl/grupa/rozmowy-intelektualistow/forum/1344-o-skatowanym-przyjacielu

http://wyborcza.pl/1,75248,12857759,Narodowcy_napadli_na_squat__Ich_szef_na_fejsie___Dziekuje.html

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Dziennik warszawski (4)

Właściwie jadę do wielkiej polityki. Boy-Żeleński w swojej „Królowej Marysieńce” przypomnianej skutecznie polskiemu czytelnikowi na portalu „Wolne lektury” nie przedstawia Marysieńki tak korzystnie, jak robi to portal Muzeum Pałacu w Wilanowie. Wypadałoby wierzyć tym ostatnim, skoro mają dostęp do wszelkich dokumentów, czego Boy nie tylko nie miał, ale i nie miał Internetu ułatwiającego takie badania. Jednak nawet portal Wilanów przyznaje, że Marysieńka sztuką się nie interesowała, że Wilanów zaniedbała i tylko późniejszym właścicielom królewskiej rezydencji – jak i gospodarności samego Sobieskiego, który tam miedzy swoimi delegacjami służbowymi wpadał –  zawdzięcza wspaniałość i przetrwanie. Marysieńka podobno wykazała talenty w sztuce miłości, czego dowodem słanie w Tatary i Turki – gdzie najczęściej jej mąż przebywał – swoich włosów łonowych, co podobno w tamtej obyczajowości obowiązującej między małżonkami było pomysłem rewolucyjnym.
Boy podważa wartość artystyczną miłosnych listów do Marysieńki, nabija się z intelektualnych potrzeb króla przebywającego cały czas wśród żołdaków i czytającego jedynie francuskie romanse, gdy w Europie działały już prądy oświeceniowe i było co czytać. Suchej nitki na Marysieńce nie zostawia portal „Racjonalista”, nie odmawiając jej jednak talentu do polityki.
Mnie natomiast w odróżnieniu od Marysieńki polityka nie interesuje i jadę spotkać się w Warszawie ze sztuką wysoką. Podobno marszandzi Poniatowskiego, jak i Sobieskiego skupywali falsyfikaty i kopie, bo na oryginały nikogo w Polsce nigdy nie było stać, ale ja nie jestem przecież aż tak wymagająca, byle by była tam jakaś sztuka w dobrym gatunku, nawet sztuka oszczędzania.
 
Zanocuję jednak nie u Iwonki, a w hostelu. W tym samym, w którym członkowie węgierskiej nacjonalistycznej grupy Jobbik zrobili przed wczorajszym Marszem Niepodległości w Warszawie ćwiczebną demolkę.  Mam nadzieję, że już ich nie będzie, że nie narażą mnie na spotkanie z polityką. Ale przecież historia, to dzieje ludzkiej nikczemności. A to, że tam byli, to fakt historyczny.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Dziennik warszawski (3)

10 listopada 2012, sobota. Pierwszy raz jechałam metrem na wycieczce studenckiej w Tbilisi. Ale już po metrze paryskim, praskim, po berlińskiej kolejce w enerdówku zobaczyłam w telewizji, że kardynał Glemp inauguruje swoją jazdą otwarcie warszawskiego metra. Też chciałam się przejechać.
Miałam przechowane bilety z jazd metrem jak relikwie: labirynt, jako istnienie w świecie, którego metro było według mnie idealnym wyrazem, spełniał się we mnie, traktującej metro nie jako środek komunikacji, ale jako przeżycie.
Niestety, nasz dom podupadał coraz bardziej, walka o jakikolwiek kredyt skończyła się niepowodzeniem, zaczęły się też choroby i nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek jeszcze stać mnie będzie na wyjechanie z miasta zrytego kopalnianymi korytarzami, w którym wiadomo, metra nigdy nie zbudują. Wtedy właśnie zadzwonił Franek z Warszawy i – może wskutek alarmujących listów – jako jedyny w moim życiu plastyk pospieszył z pomocą: zaoferował nie rady, ale kilkudniową pracę w Warszawie za prawdziwe pieniądze.
I tak z Iwonką przy pohukiwaniach i przynagleniach Franka przyklejałyśmy wycinane z samoprzylepnej foli litery i logo „Unii Wolności” na kalkę, na płyty pilśniowe, na barwne tła jacka. Franek jeździł wycinać litery na komputerowy ploter, ale tylko te małe, bo koszt był ogromny, a nasze nożyczki pracowały równie szybko przez wszystkie doby.  Wybory zbliżały się nieuniknioną koleją upływających dni, Franek woził wykonane już rulony, banery i transparenty do zleceniodawcy, a my z Iwonką nieprzytomne ze zmęczenia wycinałyśmy dalej i przyklejały. Iwonka miała zapas wafli, nie było czasu na gotowanie, więc dopiero, jak zaczęła się cisza przedwyborcza, dom powrócił do normalności, ale ja już spieszyłam do własnego.
Jednak przed powrotem do domu chciałam pojechać nowo otwartym metrem do Łazienek, trochę ochłonąć i odpocząć w Warszawie. Kiedy kupiłam bilet i zeszłam po schodach w czeluść stacji „Politechnika”, nie było jeszcze żadnego pociągu, ale ludzie już stali zgromadzeni przy torach.  Nim do nich dołączyłam szukając na tablicy mojego kierunku, z mroku wyłonił się mężczyzna w ciemnoszarym, wełnianym płaszczu i kaszkiecie. Podszedł do mnie, wyjął służbową legitymację i zażądał pokazania biletu. Po obejrzeniu go powiedział, że nie posiadam osobnego biletu na plecak i że muszę zapłacić karę. Wymienił jakąś monstrualną sumę pochłaniającą mój zarobek u Franka. Rzeczywiście, miałam na plecach plecak, ale zupełnie pusty, jedynie ze szczoteczką do zębów i kanapkami na drogę od Iwonki.
– Jest przecież zupełnie pusty – powiedziałam zdziwiona. Jak może się to kwalifikować jako bagaż.
– Posiada stelaż. Wszystkie plecaki posiadające stelaż kwalifikują się jako bagaż – odpowiedział niewzruszony.
Faktycznie, mój niewielki plecak miał jednak stelaż, nie mieliśmy innego plecaka w domu i zabrałam taki, jaki był. Nie miałam pojęcia, że stelaż zadecyduje, że nie będę mogła nie tylko przejechać się warszawskim metrem, ale go też i znienawidzić. Ponieważ zaklinałam się, że przy sobie nie mama ani grosza, a zdumiona absurdalnym zarzutem zaczęłam podejrzewać, że kanar jest przebierańcem, a skoro jest fałszywy, to nic mi nie grozi, dałam się wylegitymować. Mężczyzna spisał moje personalia i powiedział, że jak kary nie zapłacę, spotkamy się w sądzie.
Kanar okazał się prawdziwy, za kilka dni przyszedł do domu list polecony. Ale ja jeszcze tego nie wiedziałam. Wstrząśnięta obrzydliwą gościnnością Warszawy odwróciłam się i wyszłam z powrotem schodami na powierzchnię. Spod politechniki poszłam do Łazienek na piechotę.
Widok parku Łazienek, chodzące pawie i międzynarodowy tłum turystów o wolnych, przejrzystych twarzach rozluźnił mnie i odblokował. Usiadłam na okrągłej ławie amfiteatru na Wyspie, wyciągnęłam z plecaka bułkę od Iwonki i wpatrując się w fosę jadłam i płakałam.   

Zaszufladkowano do kategorii dziennik ciała | Otagowano , , , , | 2 komentarze

David Mamet „Kadet Winslow” (1999)

Wczoraj Zone Europa wyemitowała najnowszą ekranizację dramatu Terence Rattigana „Winslow Boy”.
Ten piękny film pokazujący angielską rodzinę z klasy wyższej „ery edwardiańskiej” to wprawdzie schemat gatunku z “wokandy sądowej”, ale całe szczęście większość scen toczy się w domu i ogrodzie państwa Winslowów. Dzięki temu dowiadujemy się, że starsza siostra trzynastoletniego kadeta –  grana przez żonę reżysera, piękną aktorkę o inteligentnej twarzy Rebeccę Pidgeon – jest sufrażystką, czyli wrogiem panującego króla, a starszy brat (biologiczny brat aktorki, też piękny) birbantem podobnie, jak panujący król Edward VII.
Kiedy honor najmłodszego członka rodziny zostaje zniszczony, cała rodzina nie waha się ponieść ogromnych kosztów jego przywrócenia.

Rattigan pisząc dramat korzystał z licznych dokumentów tych czasów. Wynika z nich, że sławy proces o zniesławienie ucznia George Archera-Shee (w filmie Ronnie Winslow) wygrał ten sam adwokat, który występował przeciwko Oskarowi Wilde. Archera-Shee, oczyszczonego z zarzutu kradzieży jako dziecko, zabrała pierwsza wojna światowa, już podporucznika pierwszego batalionu regimentu South Staffordshire w wieku dziewiętnastu lat.
Edward Carson – bo na tej postaci historycznej wzorowali się autorzy „Kadeta Winslowa” – dożył w chwale późnych lat i zdążył nawet uczestniczyć w uroczystościach odsłonięcia własnego pomnika.

I jaki morał z tego filmu? Mamet dowodzi, że warto się procesować o słuszne sprawy. Dla boksera Johna Douglasa, markiza Queensberry, który słynnym procesem zniszczył życie geniusza epoki Oscara Wilde sprawa też była słuszna.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Dziennik warszawski(2)

7 listopada 2012, środa. Od roku – jak przeczytałam w Gazecie Wyborczej – przysługuje mi zniżka na jeden bilet kolejowy tam i z powrotem w wysokości 37%. Jeśli pojechałabym osobowym i przenocowała u Iwonki – bo muszę jeszcze odwiedzić grób Dominika Merliniego na Powązkach – koszt wycieczki do Łazienek Królewskich nie byłby duży. Ale zaraz po święcie Wszystkich Świętych, otwierający upragniony listopad, okazało się, że podane na stronach PKP organizacje emeryckie, władne wydać legitymację uprawniającą do przejazdu koleją ze zniżką są pozamykane, gdyż, jak wyjaśnia mi cierpliwie przez telefon portier z regionalnego oddziału Związku Emerytów i Rencistów, jest to zupełnie oczywiste: jest długi weekend i wszyscy wzięli urlopy. – I nie ma zastępstwa? – pytam z żalem, bo pogoda jest przepiękna, po krótkim śniegu liście jeszcze wiszą na drzewach, a jak oglądam obrazki na YouTube z Łazienek Królewskich, to właśnie te czerwone liście dodają Łazienkom wyrafinowania i smaku. Według Google Maps najbliższa mnie instytucja władna wydać mi legitymację to regionalny oddział NSZZ “Solidarność”, ale rano piszę i kiedy o dwunastej skończyłam, okazało się, że pani wydająca takie dokumenty, o tej właśnie godzinie pracę kończy, mimo iż na stronach jest napisane, że przyjmują petentów do 13.30. A więc w piątek się nie uda, o sobocie nie ma co marzyć, trzeba czekać do poniedziałku. W poniedziałek skoro świt stawiliśmy się z mężem do pięknie odnowionego gmachu NSZZ “Solidarność”, gdzie w przytulnym pokoiku starszej pani mającej wydać mi pozwolenie na podróżowanie raz w roku zniżkowym biletem po Polsce, odnaleźliśmy klimat sprzed trzydziestu lat: na ścianie pieczołowicie przypięte znaczki z napisem „solidarność” wszelkiego kroju, wielkości, o których istnieniu nawet nie wiedziałam, bo mam jeszcze przechowany tylko jeden, myślałam, że tylko taki obowiązywał wzór.
– To moja osobista kolekcja – skromnie, ale z nieukrywaną dumą wyznała miła pani.
– Jesteście pisowcami? – spytał mąż patrząc na prezydencką parę oprawioną w czarne ramki w trakcie, kiedy starsza pani spisywała z dowodu osobistego mój pesel. – Nie, nie, nie jesteśmy polityczni! Ale współpracujemy ze wszystkimi ugrupowaniami. Obok na ścianie wisiały dewocjonalia, plakaty i obrazy święte, portret JPII, kard. Wyszyńskiego, a na ladzie odgradzającej petenta od urzędnika leżała, teraz barwna i na dobrym papierze wydana związkowa bibuła. Po grzecznej zachęcie mąż wybrał pokaźną kupkę papieru z ochotą, szczególnie, że w jednej gazetce wykrył wywiad z ulubionym przez niego Bugajem. Porozmawialiśmy trochę z miłą panią o starych czasach, rozkleiliśmy się i rozrzewnili. Okazało się, że pięknie wyremontowany budynek jest za pieniądze zabrane „Solidarności” w czasie stanu wojennego, teraz oddane z przeznaczeniem jedynie na takie właśnie cele. – Jedziecie do Warszawy na 11 listopada? – spytałam mając na uwadze moją podróż. – Chcę właśnie jechać do Łazienek, ale nie wiem, kiedy, nie chciałabym na takie tłumy… A potem to pogoda może się całkiem załamać… – Nie, nie jedziemy, teraz przygotowujemy się do strajku tutaj – wyjaśniła miła pani. Wszystko zdawało się zmierzać nieuchronnie w jedynym możliwym kierunku: politycznym… Nie dało się dłużej udawać neutralności politycznej w tak jednoznacznej scenografii. Miła pani niczym nie zachęcona zagadnęła: – Do czego to podobne, aby nie było prezydenta na pogrzebie Kaczorowskiego! To skandal!
– Czy poszłaby Pani na pogrzeb, wiedząc, że zostanie tam pani wygwizdana, wytupana i wybuczona? – zapytał mąż. Miła pani się stropiła, widać było intensywną pracę umysłu, aby jednak dać odpór podobnej bezczelności i wypaliła z innej beczki:
– Ale, czy widział kto, by przy twarzy Walentynowicz był MĘSKI rękaw! – pani zawiesiła głos znacząco nie komentując dalej. – Ależ proszę Pani, tam była przecież ogólna miazga – tłumaczył mąż, lecz pani już się pogrążyła w swoich obowiązkowych pracach pisemnych. Jutro nie mogę jechać, mam długo oczekiwaną na zapisy w przychodni wizytę u dentysty. Nie mogę zrezygnować, bo jak ja u syna się pokażę z takim zębami. W Stanach zęby są najważniejsze. A polecę, skoro Obama wygrał. Syn powiedział, że jak nie wygra, to on opuszcza Amerykę.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, dziennik ciała | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz