TAKE FIVE

Śmierć Dave’a Brubecka w ubiegłym tygodniu przypomniała nieśmiertelny standard jazzowy” Take Five” rozpoznawalny natychmiast po pierwszych taktach, jako melodia, która zawsze była na świecie i będzie.
Jednak wykonanie „The Dave Brubeck Quartet” oglądam dopiero teraz na You Tube, po pół wieku od jej powstania, które automatycznie przenosi mnie w lata sześćdziesiąte, kiedy wprawdzie w Polsce jazz już nie był zabroniony, ale był dla nas równie nieosiągalny, jak w latach pięćdziesiątych i siedemdziesiątych.
Pielgrzymki do Warszawy (by nie słuchać na okrągło szmiry Sipińskiej, Kunickiej, czy innych nigdy niezakwestionowanych sław), na Jazz Jamboree, rozpoczęły się w szkole średniej, jednak tylko nielicznym udawało się „dostać” bilety. Telewizja polska faszerowała nas festiwalami całkiem innej natury. Jazzu z krajów wolnych, którego boją się jak ognia wszelkie reżimy, nigdy nie transmitowano.
Jednak znalazłam z tych lat Krzysztofa Komedę. Taki przykład kuriozalnego anonsowania programów muzycznych w TVP w dobie, kiedy w Europie Niemczech działali już swobodni, „bez kartki” prezenterzy (tacy np. jak w Niemczech Joachim E. Behrendt):

Warto zwrócić uwagę na sposób „podania” muzyki wyrosłej z wolności dla wolności. Jeśli czytam dzisiaj na portalu Liternet, że ruchami ozdrowieńczymi dla portalu byłoby powołanie komisji rewizyjnej, mianującej – kto poetą jest, a kto nim nie jest, co tam dobrze czy źle napisano – to odbieram to tylko, jako postkomunistyczny resentyment. Przeraża to, że najnowsze pokolenia artystów nie zdają sobie sprawy z dobrodziejstw dzisiejszej wolności twórczej, tęskniąc za raz na zawsze skompromitowanym systemem funkcjonowania artysty w PRL.
Warto połączyć wszystkie gatunki sztuki i przypomnieć, jak w latach PRL-u działał artysta, i zastanowić się, nim się wskrzesi ówczesne wynalazki, czy był w stanie funkcjonować, chociażby take five, chociażby na jedną piątą twórczego potencjału:

(…) Nie wiem, kiedy zostałem poetą. Mogę tylko powiedzieć, kiedy opublikowałem coś w formie mowy wiązanej po raz pierwszy. To był początek lat siedemdziesiątych. Jak to wtedy bywało, najpierw opublikowałem tomik w formie powielaczowej. Wydawcą była Witryna Poetycka „Od Nowa” przy klubie studenckim pod tą samą nazwą, pod egidą Koła Młodych ZLP. To było oficjalne, choć bez urzędowej cenzury, taka sobie nisza. Nakład sto sztuk opatrzony notą „Tylko do użytku wewnątrzorganizacyjnego”. Ta cudaczna formuła opierała się na jakimś poważnym prawie, które instytucjom zezwalało na powielanie druków „wewnętrznych” bez cenzury do stu egzemplarzy. Tytuł tomiku brzmiał „Pierwsze zeznania”. Zostało ocenione, że to udany debiut. Pisanie takich wypowiedzi było dość normalne. Strasznie było dużo wtedy poetów. Na studiach polonistycznych chłopcy stanowili mniejszość i w większości pisali wiersze. Dziewczęta też, ale były skromniejsze i tak bardzo się z tym nie obnosiły. W tamtym czasie był zwyczaj wieczorów autorskich. Wydawało się, że jak się te wiersze przeczyta, a jeszcze będzie to poparte jakimś wydrukiem lichym, to wkracza się do areopagu poetów.
Życie literackie w Peerelu to osobne zagadnienie. Był Związek Literatów Polskich – organizacja branżowa, jak inne związki twórcze czy dziennikarskie. Przynależność do związku stanowiła o tym, czy ktoś jest pisarzem. W ZLP było Koło Młodych i iżby stać się jego członkiem, wystarczyło się wykazać debiutancką publikacją. Żeby uzyskać już faktyczne członkostwo Związku Literatów, trzeba było mieć dwie książeczki. Ale na druk takiego tomiku czekało się latami! Oficjalne debiuty poetyckie były przez to bardzo spóźnione. W przypadku poetów te dwie książeczki to były dwa tomiki poezji, które wydawano w nakładzie do tysiąca egzemplarzy. Jak ktoś miał te tomiki wydane, pisał podanie, przyjmowano go do Związku Literatów i mógł deklarować publicznie, że jego zawód to jest literat. (W dowodzie osobistym była rubryka „zawód”). Na przykład, będąc indagowanym przez milicję – a w tamtych czasach obywatele bardzo często byli indagowani przez milicję z rozmaitych i niejasnych przyczyn – można było właśnie się tym wykpić przy braku stałego zatrudnienia. (…)

[Lech Dymarski w książce Anki Grupińskiej i Joanny Wawrzyniak “Buntownicy. Polskie lata 70. i 80”]

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , , , , , , , | 11 komentarzy

Tilman Allert „NIEMIECKIE POZDROWIENIE Historia fatalnego gestu” (2008)

W głupim felietonie Waldemara Łysiaka przedrukowanym też w książce jego autorstwa „Mitologia świata bez klamek” (Warszawa 2008), gdzie bagatelizuje „hajlowanie” Młodzieży Wszechpolskiej na demonstracjach ulicznych w stylu „nie kop dziecko kolegi, bo się spocisz”, znalazłam takie kuriozum:

(…)Alibi historyczne. Kategorycznie odrzucamy insynuacje, że małpowaliśmy prawą ręką hitlerowskie pozdrowienia czerpiąc inspirację z nazistowskich kronik filmowych, z dokumentalnych arcydzieł Frau Leni Riefenstahl, z „Siedemnastu mgnień wiosny” i z kapitana Klossa. Nie – zainspirowały nas słynne hollywoodzkie filmy o rzymskim Antyku („Upadek Cesarstwa Rzymskiego”, „Ben Hur”, „Spartakus”, „Gladiator” itp.), jasno dowodzące, że wzmiankowane pozdrowienie jest pozdrowieniem rzymskich legionistów (tak jak swastyka jest symbolem przynależnym kulturze starohinduskiej). „- Odkąd to atrybuty Rzymu cezarów mają stanowić coś wstydliwego lub też haniebnego?…” – pytamy pismaka, który chciał nas sflekować za neonazizm. Facetowi robi się głupio (jako erudycyjnemu ignorantowi), podkula ogon, i mamy święty spokój(…)”
[Sturm und Drang (poradnik) „Gazeta Polska”, 3 – I – 2007]

Allert w swoim eseju o geście hitlerowskim przede wszystkim podkreśla wagę procesu podmieniania pozdrowienia, najkrótszego i najprzyjemniejszego międzyludzkiego kontaktu toczącego się przez 12 lat hitlerowskich Niemiec. Zakaz ciepłego „dzień dobry!”, chrześcijańskiego „szczęść Boże”, egzekwowano bezwzględnie, grożąc opornym śmiercią. Dzieci w szkole były wyrzucane z sali i ponownie wpuszczane do klasy tylko z hitlerowskim pozdrowieniem. Dorosłym groziły o wiele większe restrykcje. Porównanie z Imperium Rzymskim, którego mieszkańcy swobodnie mogli na ulicy i w urzędach pozdrawiać znajomych jak chcieli, jest wobec obyczajowości Trzeciej Rzeszy po prostu śmieszne.
Właśnie gest hitlerowskiego pozdrowienia wtłaczano ludności cywilnej w celu skonsolidowania jej po klęsce I wojny światowej i uzmysłowienia jej narodowej jedności. Pomagał w tym też portret Hitlera wykonany przez fotografa Hoffmanna zawieszany w domach zamiast obrazów świętych, do tych portretów właśnie dzieci niemieckie modliły się każdego wieczora: „Augeln schliefien, Kópflein senken und an Adolf Hitler denken” [Oczka zmruż, główkę złóż i myśl o Adolfie Hitlerze].
Gest był przyswajany z powodzeniem w domach rodzinnych, w szkołach, na ulicach. Od najniższych do najwyższych szczebli życia publicznego: od babć klozetowych po berlińską Olimpiadę w 1936 sportowców innych krajów, jako wyraz szacunku dla kraju gospodarzy.

„Hajlowanie” to też najprostszy sposób wyłowienia ludzi opornych i nieskoordynowanych. Do perfekcji opanowali go ludzie z najbliższego otoczenia Hitlera, najczęściej filmowani i fotografowani stanowili instruktaż, jak składać dłoń, pod jaki kątem unieść rękę i po jakim czasie wymówić «Heil Hitler»!!!”

Allert wspiera swoje rozważania uwagami ówczesnych obserwatorów rodzącego się zjawiska. Powołuje się na artystów, na dziennik Samuela Becketta z 1937 pisany podczas podróży po Niemczech. Tam Beckett z obrzydzeniem dokumentuje fakt wszechogarniającego życie publiczne nowego pozdrowienia i uważa to za ważne spostrzeżenie, opatruje je kilkoma wykrzyknikami. Pisarz polski, Waldemar Łysiak jedynie dowcipkuje, kiedy trzeba bić na alarm.
http://www.youtube.com/watch?v=ZDVfJhyE888

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , , | 9 komentarzy

Marcel Łoziński „Żeby nie bolało” (1998)

Iplex przypomniał film z lat siedemdziesiątych o dzielnej dziewczynie ze wsi, Urszuli Flis mającej wielkie potrzeby intelektualne, natomiast nikłe możliwości ich realizacji. Z Warszawy ciągną intelektualiści, by rzecz zbadać i udokumentować. Wśród nich, zmarły w tym miesiącu Erazm Ciołek, (znany mi w stanie wojennym z robienia zdjęć opozycyjnym kolegom-plastykom do katalogów).

Bardzo dobrze pamiętam ten czarno-biały film z telewizji, rzecz się dzieje w 1974 roku, bo tak na drzwiach wiejskiego domu napisali kolędnicy. Może był wyemitowany jeszcze w tym samym roku, nie wiem. Zdaje się, że Urszula Flis mówiła tam więcej o swoich lekturach, o jazdach do teatru do miasta, mówiła z wielkim entuzjazmem o swoich pasjach literackich i o niezbędności kultury w jej ciężkiej fizycznej pracy na 13 hektarach, o tym, że pisze listy do twórców tych dóbr, którymi się tak zachwyca. I pamiętam z tego reportażu z terenu, których przecież w tych czasach było mnóstwo, a ja ten właśnie dobrze zapamiętałam, bo myślałam, bo byłam pewna, że oni tam do niej zjechali tylko po to, by ją uratować.
Ponieważ ekipa wraca tam po latach odnajdując swoją bohaterkę w takim samym jak dwadzieścia trzy lata temu gnoju z tą tylko różnicą, że nie ma już ona pieniędzy na książki i na bilety do teatru, bo krowy się cielą a ona gadziny samej nie zostawi, nowa wersja filmu została przemontowana i nacisk problemu położono nie na zmarnowany intelekt, ale na upływ czasu i menopauzę. Reporterka docieka źródeł staropanieństwa bohaterki, miłość do sztuki usunięto w kąt obory w której zległa cielna krowa.

Czytam dzisiaj wywiady z Marcelem Łozińskim i dowiaduję się, że Urszula Flis w tych czasach była czymś jak Pstrowski dla mediów, że jej stachanowska potrzeba pożerania książek została propagandowo wykorzystana przez Irenę Dziedzic w Tele-Echu. Że Łoziński pojechał do niej właśnie dzięki zobaczeniu jej w Tele-Echu (ciekawe, skąd Irena dziedzic Urszulę Flis pozyskała) po to, by tę fałszywą propagandę zdementować.
I faktycznie, zdementował. Trochę to może odstawało od metod pracy ówczesnych dokumentalistów, którzy wpadali do zabałaganionych mieszkań z mikrofonem po ciemku, a ich zaskoczeni mieszkańcy zakrywali latarkami twarze. Bo tutaj przeciwnie, wszystko jest do bólu wywalone, bohaterka złapana w potrzask wywiadu na łące w chustce, w otoczeniu krów i palącej marlboro urodziwej reporterki jest bliska płaczu. I tu już nie mamy do czynienia z „Weselem” Wyspiańskiego, gdzie chłopstwo się całkiem dzielnie stawia i broni swojej wiejskiej wolności, ale z oskarżeniem o zmarnowanie. Reporterka wskazuje cierpliwie na minusy trwania we wsi w czasie, kiedy jeszcze jest ładna i jeszcze jest mądra – bo, jak zaznacza – jest przecież najinteligentniejszym człowiekiem we wsi. Urszuli Flis nikt nie proponuje posady w „Polityce”, czy chociażby w jakimś Domu Kultury. Nie, Marta Wesołowska przyjeżdża tutaj po to, by dać tej mądrej chłopce rady życiowe, jak kobieta kobiecie.

W 1998 roku, kiedy film wypuszczono do szerszej dystrybucji i wysłano na festiwale światowe nie ma już cienia problemu, jaki poruszył w swojej noweli „Janko Muzykant” Henryk Sienkiewicz. Urszuli (wszyscy nowocześnie są na ty), dają do potrzymania i by sobie zadzwoniła telefon komórkowy i pokazują laptop. Zanim wyjadą, zrobią kilka ujęć tragicznej, przegranej twarzy kobiety po menopauzie, zachwycą się jej dojrzałością i mądrością życiową, tym, że swój niezmiennie pozbawiony wszelkich cywilizacyjnych ułatwień habitat kocha, podrzucą jej stos makulatury do czytania na pastwisku i pojadą. Potem jeszcze, jako suplement, postawią ją twarzą w twarz z reżyserem, zareklamują migawkami resztę ekipy i zrobią z jej wypowiedzi tytuł filmu. Sakramentalne „żeby nie bolało” nie ma nic wspólnego z decyzją życiową, jaką podejmuje bohaterka „Hańby” Coetzego, decyzji autsajderki trwającej na afrykańskiej farmie, dlatego, bo ją kocha. W Polsce ma nie boleć ją gniew wsi, która może jej nie wybaczyć fanaberyjnej inności od nich.

W 2000 roku na łamach “Kwartalnika Filmowego” Marcel Łoziński w wywiadzie powie, że nakręcił ten film tylko dlatego, by nie zaszkodzić głównej bohaterce i poprawić jej relacje ze wsią, co podobno paradoksalnie nastąpiło.
Patrząc na tę chmarę ludzi, którzy przez ćwierć wieku żywili się nieszczęściem bezbronnej kobiety, pragnącej żyć też i życiem duchowym o wiele mniej kosztownym niż potrzeby ją odwiedzających, boli.
Boli, że nikogo to nie boli.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Natalia Rolleczek „Drewniany różaniec” (1953)

W moim regonie żadna biblioteka nie posiada tej książki wznowionej w 2009 roku przez Korporację Ha!art. Nie dotarłam też do egzemplarza z 1953 roku. Notkę piszę na podstawie wydania z 1975 żałując, że nie mogę tych wydań porównać, ponieważ nie znajduję w tej, co mam, antyklerykalizmu rzekomo wykorzystanego przez reżim stalinowski. Najprawdopodobniej na to nabrał się lewicowy Ha!art, decydując się na wznowienie. Być może autorka przed kolejnymi wydaniami wprowadzała jakieś zmiany.

Źle się dzieje, kiedy wywiad Piotra Mareckiego z Natalią Rolleczek umieszczony w najnowszym wydaniu – jak donoszą strony Ha!artu – poprzedza zmylenie, jakoby powieść zyskała sławę “polskich sióstr Magdalenek”.Irlandzki film Petera Mullana „Siostry Magdalenki” z 2002 o latach sześćdziesiątych został słusznie uznany za najbardziej antykatolicki film obnażający udokumentowane zbrodnie dokonane na dziewczętach więzionych w klasztorze, torturowanych, molestowanych seksualnie i zmuszanych do niewolniczej pracy ponad siły. Polski „Drewniany różaniec” w książce (tytuł dotyczy trzeciego opowiadania, ale wszystkie łączy ta sama bohaterka, alter ego autorki, Natalia), jak i oparty na nim film Ewy i Czesława Petelskich o tym samym tytule mówi nie o religii, nie o sadyzmie, ale o nędzy.
Poprzedzające „Drewniany różaniec” opowiadania („ Litość”, Klub młodych Polek”) wprowadzają wprawdzie czytelnika w problem ingerencji religii katolickiej w wychowanie panienek w latach dwudziestych ubiegłego wieku, ale za każdym razem jest to związane z upadkiem materialnym rodzin, z barkiem pracy, kryzysem ekonomicznym, po prostu z nędzą. Doskonałe obserwacje pisarki, portrety arystokratek oddających się dobroczynności, opisy zachowań służby dworu – jak słusznie napisała Kazimiera Szczuka – są dickensowskie. Niepojęte jest, jak taka książczyna mogła w latach terroru, kiedy nastąpił zalew tłumaczeń sowieckich produkcyjniaków, stanowić ideologiczny oręż. Niepojęte jest, jak tak zły film Petelskich mógł stanowić oręż w walce z kościołem w latach sześćdziesiątych!

Dzisiaj płacząc nad odwiecznie beznadziejnym losem sierot – Rolleczek pisze bardzo dobrze i przejmująco – można sobie zupełnie odpuścić sensacyjność politycznego kontekstu, wzmożonego tegorocznym filmem dokumentalnym „Tala od różańca” Sławomira Rogowskiego i Stanisława Zawiślińskiego. W końcu współczesne nam powieści jak „Bidul” Mariusza Maślanki, czy Michała Witkowskiego „Margot” są o wiele bardziej drastyczne i wskazują bez żadnych już zahamowań na źródła trwałych deformacji psychicznych wychowanków dzisiejszych domów dziecka.

Mnie po lekturze „Drewnianego różańca” najbardziej zastanowiło to, że oświata komunistyczna lat sześćdziesiątych tak dokładnie przejęła sposoby karania dzieci. Właśnie z przedwojennych klasztorów polskich, bo zdaje się, narzędzia w innych państwach były inne. Nas też przecież regularnie bito linijką już na dzień dobry od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Rolleczek nic nie pisze o donosicielstwie, o skarżeniu, o tym wszystkim, czego być może za jej czasów po prostu nie było, a co przyniosła wojna i co było chlebem powszednim życia szkolnego po niej. Mimo wszystko mała społeczność podopiecznych sióstr felicjanek zakopiańskiego sierocińca to przecież solidarność, wzajemne wspieranie się w biedzie, współczucie i trwałe, szlachetne więzi szczerych, dziecięcych uczuć. Ciężka praca i głód ich nie zniszczyły, a ironiczny stosunek do religii jest o wiele bardziej wolnościowy, niż ten, jaki nastąpił po wojnie w polskich szkołach wskutek politycznej indoktrynacji.

Nie wiem, czy stalinowskie sierocińce wydały spośród swoich wychowanków chociaż jednego pisarza, który mógłby dzisiaj zaświadczyć, jak było naprawdę. Podejrzewam, że Rolleczek celowo złagodziła przeżycia z przedwojennego sierocińca. Z wywiadów dzisiejszych z pisarką dowiaduję się, że nie było tak źle.
Bo wychowanki irlandzkich magdalenek opowiadają, że było o wiele gorzej, niż pokazał to film.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Kornél Mundruczó „Delta” (2008)

Przepiękny węgierski film w duchu Béli Tarra – dostępny od kilku dni na portalu Iplex – jest opowieścią o miłości, ale tak naprawdę o nienawiści.

Tytułowa delta Dunaju to symbol niemocy przyrody, która sprzyjając człowiekowi malowniczością i ukojeniem nie potrafi mu pomóc. Dramat dwojga młodych ludzi na krańcach świata jest równie nieważny jak zabójcze dla żywych organizmów przemiany pór roku, jednak drogocenny z uwagi na jego archetypiczność i czystość. Niebiosa nie drżą jak ginie niewinność, nic się zupełnie nie dzieje, stalowe wody Dunaju leniwie płyną do ujścia, a jednak świat rozpada się na kawałki, wyobcowuje i staje się wrogi.

 Takie właśnie jest uczucie po obejrzeniu tego filmu, w którym nie ma już zgody na znane z tragedii greckiej wyroki opatrzności. Nie ma też buntu – człowiek idzie na rzeź jak otwierająca film świnia, z tą różnicą, że nie może się nawet poskarżyć żadnym wydobytym z siebie dźwiękiem.

Podobno odtwórca głównej roli Mihaila, zgodzony po tragicznej śmierci 40 letniego aktora Lajosa Bertóka konturując pracę nad filmem chciał zgodnie ze swoją profesją (słynny skrzypek Félix Lajkó) cały czas grać, zachwycony cudownymi plenerami. Nie pozwolono mu na to zarówno na planie filmowym, jak i poza i nakazano bohaterowi filmu milczenie. W milczeniu zatem najczęściej odgrywa się wewnętrzny i zewnętrzny dramat wioskowych „autsajderów” wśród zdegenerowanej, postkomunistycznej ludności. Nie ma tu mowy o mściwości bogów, jaka np. w tragedii „Król Edyp” nastaje po kazirodczym związku Króla Edypa ze swoją matką. Tutaj domniemane kazirodztwo mieszkającego ze sobą rodzeństwa z radością połączonego po latach rozstania, pragnącego nareszcie spokojnie żyć, nie ma nic wspólnego z kulturą, z przeznaczeniem. Wody Dunaju dostarczają ryb, plony są uwarunkowane włożoną w nie pracą, a przyzwolenie na oderwanie się od stada i zabranie ze sobą „młodej suki” (siostry Michała, Fauny) nie jest możliwe, ponieważ chłopów dręczy nienasycona żądza i zawiść. Wszyscy mają na nią ochotę, ojczym ją bezkarnie gwałci, ochrona brata staje się dla nich bezprawiem. Tylko erupcja nienawiści, tylko morderstwo na rodzeństwie może poskromić te nieokiełzane furie, a ofiara z niewinności scalić świat w pierwotną hermetyczność i okrucieństwo.

Tej nocy, kiedy rodzeństwo zaprasza do swojego nowo wybudowanego domu na palach wieś, jest już za późno na cofnięcie wyroku, na ofiarę krwi. Michał wnosi gościom chleby do usmażonych przez siostrę sterty ryb. Jest w tym momencie Chrystusem, który dzieli i pomnaża dobra. Nie wkupuje się w łaskę wspólnoty, on się tylko z nią dzieli.  Jest w swej nieskazitelności i świętości nie do wytrzymania dla tej zapijaczonej społeczności mającej na sumieniu gwałty i morderstwa.

Twórcy filmu po nietzscheańsku mówią, że to resentyment rodzi gniew. Społeczność tęskni za pradawnymi zakazami, za wiejskim porządkiem już bez uzasadnienia. Niewolnik nie zrobi nic na rzecz swojej wolności, nie wypuści też na wolność nikogo, skoro sam jest zniewolony, gdyż byłby to wyłom w naturze. W naturze rzeczy.

/p/p

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Dlaczego Liternet schodzi na psy?

Portal literacki Liternet powstał po Nieszufladzie i TRUMLU, i z założenia miał być lepszy, dla jaśniejszych, miał pełnić w Sieci funkcję bardziej oświeceniową niż portale starsze, pozbawione nowocześniejszych funkcji pozwalających na szybsze orientowanie się w toku toczących się dyskusji.

Wszystkie artystyczne aktywności w stadzie od wieków przebiegały podobnie: stado formuje się dla ukrycia intencji, składa się zazwyczaj z osobników miernych i nijakich z wielką potrzebą zaistnienia, ponieważ sztuka, podobnie jak polityka, to możliwość maskowania niewiedzy, dzięki czemu jednostka bez wysiłku samokształcenia może wydobyć się z magmy tłumu i stać się widoczna. Nieuki mogą z powodzeniem całe życie spędzić na imitowaniu swoich ról społecznych nigdy niezdemaskowane, ponieważ społeczność złożona z im podobnych, skutecznie ich przed tym chroni.
Miernota ludzka, podobnie jak zwierzęta w przyrodzie obdarzone dla przetrwania wyostrzonym zmysłem słuchu, węchu i wzroku, wypracowała przez wieki zmysł wykrywania wśród siebie jednostek ponadprzeciętnych i wybitnych. Rozpoznanie wartości polega w tym wypadku nie na umiejętności ich docenienia, zachwycenia się nimi i drżenia metafizycznego wskutek spotkania z absolutem, a na tchórzowskiej trwodze w poczuciu zagrożenia demaskacją. Dlatego też pojawienie się na literackich forach internetowych twórców ponadprzeciętnych, obdarzonych prawdziwym talentem artystycznym natychmiast jest rozpoznane, a twórcy ci z całą premedytacją i bezwzględnością niszczeni.
Oczywiście, po akcie likwidacji wartościowych osobowości, autentycznych artystów, portale ubożeją, martwieją, wypełnione własną potworną materią twórczą pseudo-pisarzy i zdają się chylić ku upadkowi. Jednak nowy narybek, nowa krew nieświadomych niczego najmłodszych talentów reanimuje trupa, ten z całym impetem rzuca się na młodość i ją pożera, a wypatroszone już skorupy zasilają wycieńczony portal, przybierają pieszczotliwe imiona żywiąc się z powodzeniem komplementami i błyskawicznie się starzeją.
Wataha nieżywych poetów, czyli piszących trupów w przerwach ataków na prawdziwych artystów, których pogardliwie nazywa trollami i których z utęsknieniem oczekuje, zdwaja wysiłki, by stan ten ukryć.
 
Aby przetrwał martwy portal uruchamia się wszelkie możliwe mechanizmy. Jest ich mnóstwo, wymienię kilka, dla zobrazowania skali przedsięwzięcia. Jeden z nich to permanentne konkursy, mające na celu ugruntowanie wyznaczonych przez stado wielkości najbardziej gorliwych z watahy przywódców, najczęściej w nagrodę za służalczość i aktywność portalową. Można – jak dzieje się to w chwili pisania tego tekstu – urządzać tygodniowe celebracje wybranych autorów dla wzmożenia czujności grupy, zaktywizowania jej do większej gorliwości i takim wyniesieniem zmuszenie do cierpliwego oczekiwania na swoją kolej cotygodniowej celebracji.
Można wyłonić z grupy lidera, który przy nieustannym chwaleniu jego twórczości i jej rzekomych walorów artystycznych, przez co uwiarygodnia się jego arbitralne sądy o innych. Pojawia się kult jednostki, posłuch i klakierstwo w każdym, nawet najbardziej absurdalnym momencie życia portalu.
Można na zasadzie świętej księgi wyznaczyć wzorzec literacki z kanonem i rygorem i nazwać to np.: „oczytalnią”, czyli przyrządem egzekwującym stworzone na rzecz portalu wyobrażenia o prawdziwej twórczości literackiej.
Można wreszcie – co stosowała z powodzeniem Nieszuflada – powielić komunistyczny system rozdawnictwa przywilejów, przydzielając je administracyjnie według zasług swoim zausznikom. Nic nie kosztujące przywileje pozyskuje się najczęściej poprzez spacyfikowanie miejsc nagradzania literatów z państwowej kasy. Takimi miejscami są Domy Kultury, Porty, Świetlice, Biura, Instytuty a w nich konkursy literackie poza Siecią i w Sieci.

Potężną bronią w realizacji tych celów jest gniew. Gniew, odwieczny oręż wszelkich religii, jest ogromnym kapitałem każdego, nawet tak nieformalnego jak portal sieciowy, zgromadzenia. Wystarczą nawet dwie, trzy osoby, by już w krótkim czasie przyłączyła się spora grupa internautów skorych do wirtualnego linczu. Osaczony oskarżony, najczęściej nieświadomy swojej rzekomej winy, zazwyczaj przeprasza, wycofuje się i pokornieje przyłączając się do stada, by w wypadku podobnego zdarzenia nie wpaść w podobną niełaskę i z krzywdzonego stać się od razu gorliwym napastnikiem. Zdarzają się wypadki pozornej utraty przegranego uczestnika, który zazwyczaj, nie mogąc znieść swojej społecznej porażki, powraca pod innym nickiem już jako przystosowany swojak, entuzjastycznie przyjmowany przez grupę.
 
Niektórzy liderzy, jak w każdej partii politycznej w celu umocnienia swojej pozycji wykazują się co jakiś czas pogadankami perswazyjnymi dla określenia wytycznych na najbliższy okres portalowych działań mających na celu przeczekanie nudy do następnego ataku trolli, czy do następnej wojny. Brak wojny – co ilustrują obecnie dwa pasywne portale literackie – Nieszuflada i Rynsztok – grozi nie tylko kalectwem portalu ale i niechybną śmiercią.   
W takich momentach najsłuszniej jest umocnić stanowiska i pozycje, wyznaczyć autorytety, wymądrzać się po belfersku i sędziowsku. Wszelkie wzywanie do intensywniejszego, ale bardziej merytorycznego wzbogacania komentatorskiej bredni celowo szpikuje się trudnymi terminami literackimi, by nieuki poczuły wagę problemu. Zastraszanie polegające na groźbie wykluczenia z grupy lub przemilczaniu ich wklejanych utworów, a więc skazaniem na wirtualny niebyt, jest realne. Dlatego też, co jakiś czas w instruktażowych pogadankach pojawia się troska o przyszłość, wizja portalu, który schodzi na psy, ale też i optymistyczna, jakoby on kwitnie i ma się wyśmienicie. Manipulowanie stanem faktycznym portalu, o którego kondycji tak naprawdę nikt wiedzieć nic nie chce, to też socjotechniczne operowanie gniewem. Za porażkę znajdzie się winnych, którzy uniemożliwili naukę ewentualnym artystom wysokiej próby i podcięli im skrzydła. Bez nich, wylęg geniuszy dokonałby się z pewnością, a kim byliby ci geniusze, wskazałby, spośród swoich aktywistów portal liternet.

Aktywiści liternetowi nawołują do zamknięcia się sekciarskiego w portalu, chwalą się, że nie czytają żadnej literatury poza Siecią, przestrzegają przed głosem spoza ich sekty:
 
„(…) Ale czy ktoś googluje blogi w poszukiwaniu słowa o książce czy wierszu? Ja nie. Może szkoda, bo przecież autor namęczył się, stracił mnóstwo czasu (nawet mała próba rzetelnej recenzji wiersza zajmuje około pół godziny) tylko po to, żeby pochwalić książkę czy utwór, który go wzruszył albo zachwycił, lub aby ostrzec innych przed gniotem. Dlaczego więc nie odwiedzam blogów, tych z panelem „moje lektury“?  Bo z małymi wyjątkami są strasznie subiektywne, pisane, aby pokazać kolekcję autora bloga, i nie do dyskusji.(…)”
[Małgorzata Köhler  21 listopada 2012, 10:44:01 „ Śmierć krytyka? (Wrażliwi proszę nie czytać, to się jak zwykle i tak źle skończy)”

Katalog sposobów zabierania wolności twórcom jest przecież opisany w „Roku 1984” Orwella i nie na darmo upadła wcześniej matka Liternetu „Niedoczytania”,  która ten instruktażowy plan przyszłym użytkownikom liternetu,jako youtubowy film, poleciła.

Niech sczezną artyści – zdaje się podskórnie głosić Liternet. Damy sobie radę bez dzisiejszych wspaniałości technologicznych łączących i wzbogacających interakcją ludzi, którzy darmo „tracą czas” zamiast rzetelnie pracować na rzecz portalu Liternet.
Nie dacie sobie rady we własnym sosie wy uzurpatorzy i samozwańcy. Jak mawiał pewien Diabeł o owej sile, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro, nie jest to możliwe.

Zbyt nachalnie pragniecie dla siebie dobra.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, dziennik ciała | Otagowano , , , , , , | 101 komentarzy

Dziennik krakowski

21 listopada 2012, środa. Jesteśmy przy kasie o 14, ale już nie ma biletów, podobno „wyszły” pół godziny temu, nie ma bezpłatnych biletów na żaden z obiektów wawelskich mówi pani w okienku w przerwie rozmów telefonicznych.
– Ne ma nić? – pyta z żalem, z silnym wschodnim akcentem mężczyzna, który też międzyczasie podszedł do okienka i też przyjechał specjalnie na Wawel w listopadzie, zwabiony tym, że doświadczanie dziedzictwa narodowego jest za darmo.
Krążymy po Wawelu usiłując jak kurz wcisnąć się bramami, z których wychodzą nasyceni, ale szybko bramkarze ten ruch pod prąd udaremnią. Postanawiamy – skoro w Warszewie nikt mi biletów nie kasował – poprosić wychodzących, by nam je podarowali. Dwie dziewczyny się godzą, ale mówią, że jeszcze mają na te bilety trochę zwiedzania i dadzą później i znikają w tłumie. Podchodzimy na dziedzińcu do grupy kobiet w moherowych beretach przytulonych do czakramu u wyjścia z komnat królewskich, zakłócając swoimi prośbami medytację. Jedna z nich wygrzebuje z torebki bilet do „Damy z łasiczką”, którą już wielokrotnie wdziałam w oryginale i nic mnie ona teraz nie obchodzi. Zaczepiamy ludzi wychodzących z Katedry i dostajemy cenną wskazówkę, by nie podchodzić do wyjść, ale do wejść.
– Ludzie nabrali rano biletów – a potem nie przychodzą! – mówi ściszonym głosem życzliwa nam kobieta.
Po jej słowach w minutę jesteśmy przy wejściu do sal królewskich. Znamy przecież te klimaty, znamy stan wojenny, kolejki, reglamentacje, zapisy i pierwszeństwa.
– Kto ma za dużo biletów? – krzyczę w tłumek czekający przy zamkniętymi drzwiami na wpuszczenie kolejnej tury zwiedzających. Odzywa się posłusznie właścicielka biletu zbiorowego, akurat dwie osoby nie dotarły. Kolejka się rozstępuje, wpuszcza nas na sam początek, konsoliduje, aprobuje solidarność, zaczynamy rozmawiać. Właścicielka pięciu biletów stała po nie półtorej godziny, przyszła zaraz po otwarciu kas. Nie, nie można brać biletów na inny dzień, niż dzień zwiedzania. Tył kolejki dorzuca swoje doświadczenia. W sobotę i niedzielę jest jeszcze gorzej! Nie, nie ma nic o tym na stronach internetowych Zamku.
Listopad jest pochmurny, dzień już się kończy i dostojne pomieszczenia wawelskie nabierają jeszcze większego ciężaru i powagi. Po niemal frywolnych warszawskich rezydencjach ciężkie brązy i antyczne złoto w niewielkich ilościach, za to z przewagą twardego, szlachetnego drewna, Wawel to psychiczna opoka. Nic dziwnego, że opisany przez Malapartego Frank ze swoją żoną i dziećmi czuł się tutaj wspaniale zagracając bez skrupułów wszystkie te komnaty antykami zgrabionymi całej Europie.
Wszystko tutaj promieniuje, całe szczęście, że starano się zachować jak najwięcej oryginalnych fragmentów najstarszych epok królewskich. Arrasy nie mają nic wspólnego z ich reprodukcjami, a jednak ich spłowiały rysunek działa zupełnie inaczej, niż piękno komnat gier komputerowych: coś się materialnie sublimuje i nie odda tego żadna wirtualna przestrzeń.
Po salach się nie przechodzi, a stąpa. Mijamy niemieckie skrzynie kasowe do przechowywania i przewożenia pieniędzy przypominając sobie ciągle szkolne lekcje historii mówiące w kółko o tym, że są one ciągle puste. Sala turniejowa ze stropem kasetonowym ze złoconymi kwiatonami i pod nim malowanym pastelowo fryzem jest kosztowna, jak i malowany piec kaflowy. Renesansowe proporcje zachowuje przestrzenna Sala Senatorska, gdzie dziewięciometrowe arrasy tłumią jej wielkość, a ściany kryte kurdybanem podkreślają szlachetne. Sala poselska ze stropem z głowami wawelskimi to chyba najsłynniejszy element Wawelu, szczególnie dla mojego pokolenia. Główki wawelskie odlewane z gipsu i oprawione w bejcowane, głębokie ramki były w Cepelii piekielnie drogie, a jednak mało było mieszkań w latach sześćdziesiątych nieposiadających na ścianie przynajmniej trzech takich główek. Jak czytam na Wikipedii, głowy wawelskie ścinano wielokrotnie (a patrząc na wysokość stropów były to grabieże akrobatyczne). Ze 194 rzeźbionych głów królów, żołnierzy, dworzan wisi zaledwie 30. Arrasów też jest 30. Początkowo było ich 350.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, dziennik ciała | Otagowano , , , , | Jeden komentarz

Dziennik warszawski (7)

Wysiadam na stacji metra „Wilanowska”, ale ludzie się łapią za głowę: gdzie tam jeszcze Wilanów!
Pogoda jest ładna, a ja chciałabym zobaczyć jak wygląda ulica Karczocha, Pomidorowa, Sałatkowa i Szpinakowa. Idąc piechotą doświadcza się miasta bezpośrednio i namacalnie się z nim obcuje.
Jednak, kiedy namacałam wzrokiem z oddali Mauzoleum Potockich ucieszyłam się, że kres mojej pielgrzymki do ziemi świętej jest bliski.

Podstawą każdego ekstremalnego zwiedzania jest szatnia, można tam zawsze odpocząć, posiedzieć na ławce, iść do toalety i się umyć. Ponieważ miałam zwiedzać jeszcze park, włożyłam do torebki kurtkę, a plecak dałam do ogromnej szatni, w której tętniło życie; odprawiano kolejne wycieczki szkolne w trybie niemal wojskowym.

Tutaj – tak jak w Łazienkach – na ścianach wiszą portrety nie związane z epoką i słusznie nie troszczono się o odtworzenie życia rodzinnego rodziny królewskiej, szczególnie, że Marysieńka po śmierci męża wszystko, co się tylko dało z Wilanowa wywiozła. Ściany piętra jak i niskie sufity lśnią barokowo, pomalowane w mitologiczne sceny alegoryczne załamanymi umbrami, sienami i zieleniami, co stwarza, wraz z pejzażem za mijanymi oknami przytulność domu. Podkreślają to poetyckie nazwy pokoi: „cichy”, „średni”, „etruski”.
Jest sypialnia królowej, ale nie ma tu żadnych intymności. Jednak nie sprawia ten dzisiejszy wystrój wrażenia sklepu z antykami, wszystko ma jakiś nadrzędny, może i edukacyjny zamysł kojarzenia przedmiotów tak, że tworzą wraz z olśniewającymi posadzkami, ścianami i sklepieniami idealną harmonię. Zawsze się zastanawiam zwiedzając zamki, czy tłum zwiedzających pełni tu rolę chociażby tymczasowych mieszkańców – nikt tu mniej niż godzinę nie przebywa – czy jest osobny, czy połączony. Jednak się łączy, coś się wydziela dobrego, coś promieniuje i sakralizuje.
Park przy Pałacu podobno jest włoski, dalej angielski, ale ja dalej nie idę, jedynie nad wodę, gdzie kołyszą się łódki obok zbiornika wodnego i patrzę na kojące jezioro. Ale jest już niewiele czasu, więc wracam, oglądam wystawę w Pomarańczarni pełną sprzętów pałacowych, obrazów i bibelotów. Obok wybudowane współcześnie dwa oszklone pawilony szklarni pełne światła, ciepła i wilgoci  są korzystniejsze dla roślin. Tam stoją drzewka cytrynowe owocujące teraz, wiosną wystawione wzdłuż alej będą kwitnąć na biało i pachnieć. Podglądam sadzonki lawendy i roślin dywanowych, krzewów róż, wszystko przygotowane na wiosenne wysadzenia. W parku też przygotowania do zimowania, cały czas kobiety noszą worki liści, ogrodnicy przekopują klomby i pielęgnują trawniki. Niektóre kwatery nie mają ziemi, widać cały nawilżający system gołych rur.

W szatni okazuje się, że nie mam numerka. Szatnia jest już opustoszała, należę do ostatnich zwiedzających i tym bardziej mi przykro, że szatniarki z mojego powodu mają dodatkową pracę, przeliczają z mojego powodu wszystkie numerki z całej szatni, kierowniczka dzwoni po obiektach, czy ktoś nie znalazł i nie oddał. Proszą mnie, bym przeszukała kieszenie i torebkę, robię to kolejny raz i podsuwam torebkę kierowniczce, by sama sprawdziła. Ona się wzdraga, mówi, że nie może, wreszcie bierze, ale ja sobie przypominam, że w jednej kieszonce torebki mam wczorajsze majtki, w drugiej żyletki (zamiast noża) i zawstydzona uprzedzam… Pani jak oparzona wyjmuje dłonie, odsuwa torebkę i po spisaniu moich personaliów z dowodu osobistego pociesza mnie, że pewnie się numerek znajdzie. Chcę za niego zapłacić, ale, nie, nie trzeba, podchodzi jeszcze ochroniarz w służbowym mundurze i też dobrodusznie dodaje, że przecież musi być numerek na terenie zamku.

Wracam do Katowic, wszystko jeszcze raz wysypuję, numerka jednak nie ma.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, dziennik ciała | Dodaj komentarz