Śmierć Dave’a Brubecka w ubiegłym tygodniu przypomniała nieśmiertelny standard jazzowy” Take Five” rozpoznawalny natychmiast po pierwszych taktach, jako melodia, która zawsze była na świecie i będzie.
Jednak wykonanie „The Dave Brubeck Quartet” oglądam dopiero teraz na You Tube, po pół wieku od jej powstania, które automatycznie przenosi mnie w lata sześćdziesiąte, kiedy wprawdzie w Polsce jazz już nie był zabroniony, ale był dla nas równie nieosiągalny, jak w latach pięćdziesiątych i siedemdziesiątych.
Pielgrzymki do Warszawy (by nie słuchać na okrągło szmiry Sipińskiej, Kunickiej, czy innych nigdy niezakwestionowanych sław), na Jazz Jamboree, rozpoczęły się w szkole średniej, jednak tylko nielicznym udawało się „dostać” bilety. Telewizja polska faszerowała nas festiwalami całkiem innej natury. Jazzu z krajów wolnych, którego boją się jak ognia wszelkie reżimy, nigdy nie transmitowano.
Jednak znalazłam z tych lat Krzysztofa Komedę. Taki przykład kuriozalnego anonsowania programów muzycznych w TVP w dobie, kiedy w Europie Niemczech działali już swobodni, „bez kartki” prezenterzy (tacy np. jak w Niemczech Joachim E. Behrendt):
Warto zwrócić uwagę na sposób „podania” muzyki wyrosłej z wolności dla wolności. Jeśli czytam dzisiaj na portalu Liternet, że ruchami ozdrowieńczymi dla portalu byłoby powołanie komisji rewizyjnej, mianującej – kto poetą jest, a kto nim nie jest, co tam dobrze czy źle napisano – to odbieram to tylko, jako postkomunistyczny resentyment. Przeraża to, że najnowsze pokolenia artystów nie zdają sobie sprawy z dobrodziejstw dzisiejszej wolności twórczej, tęskniąc za raz na zawsze skompromitowanym systemem funkcjonowania artysty w PRL.
Warto połączyć wszystkie gatunki sztuki i przypomnieć, jak w latach PRL-u działał artysta, i zastanowić się, nim się wskrzesi ówczesne wynalazki, czy był w stanie funkcjonować, chociażby take five, chociażby na jedną piątą twórczego potencjału:
(…) Nie wiem, kiedy zostałem poetą. Mogę tylko powiedzieć, kiedy opublikowałem coś w formie mowy wiązanej po raz pierwszy. To był początek lat siedemdziesiątych. Jak to wtedy bywało, najpierw opublikowałem tomik w formie powielaczowej. Wydawcą była Witryna Poetycka „Od Nowa” przy klubie studenckim pod tą samą nazwą, pod egidą Koła Młodych ZLP. To było oficjalne, choć bez urzędowej cenzury, taka sobie nisza. Nakład sto sztuk opatrzony notą „Tylko do użytku wewnątrzorganizacyjnego”. Ta cudaczna formuła opierała się na jakimś poważnym prawie, które instytucjom zezwalało na powielanie druków „wewnętrznych” bez cenzury do stu egzemplarzy. Tytuł tomiku brzmiał „Pierwsze zeznania”. Zostało ocenione, że to udany debiut. Pisanie takich wypowiedzi było dość normalne. Strasznie było dużo wtedy poetów. Na studiach polonistycznych chłopcy stanowili mniejszość i w większości pisali wiersze. Dziewczęta też, ale były skromniejsze i tak bardzo się z tym nie obnosiły. W tamtym czasie był zwyczaj wieczorów autorskich. Wydawało się, że jak się te wiersze przeczyta, a jeszcze będzie to poparte jakimś wydrukiem lichym, to wkracza się do areopagu poetów.
Życie literackie w Peerelu to osobne zagadnienie. Był Związek Literatów Polskich – organizacja branżowa, jak inne związki twórcze czy dziennikarskie. Przynależność do związku stanowiła o tym, czy ktoś jest pisarzem. W ZLP było Koło Młodych i iżby stać się jego członkiem, wystarczyło się wykazać debiutancką publikacją. Żeby uzyskać już faktyczne członkostwo Związku Literatów, trzeba było mieć dwie książeczki. Ale na druk takiego tomiku czekało się latami! Oficjalne debiuty poetyckie były przez to bardzo spóźnione. W przypadku poetów te dwie książeczki to były dwa tomiki poezji, które wydawano w nakładzie do tysiąca egzemplarzy. Jak ktoś miał te tomiki wydane, pisał podanie, przyjmowano go do Związku Literatów i mógł deklarować publicznie, że jego zawód to jest literat. (W dowodzie osobistym była rubryka „zawód”). Na przykład, będąc indagowanym przez milicję – a w tamtych czasach obywatele bardzo często byli indagowani przez milicję z rozmaitych i niejasnych przyczyn – można było właśnie się tym wykpić przy braku stałego zatrudnienia. (…)
[Lech Dymarski w książce Anki Grupińskiej i Joanny Wawrzyniak “Buntownicy. Polskie lata 70. i 80”]