Kiedy się budzę rano, zalewa słońce pokój
i wszystko, co mi bliskie, sypie iskierki wokół,
fala iluminacji pocięta żaluzjami
destyluje snop światła złotymi pyłkami,
i by się rozpoczęło, niezmiennie przeobraża
wczorajsze ranną porą,
z nowego kalendarza.
I budzę się na nowo, wraz z ranem jestem nowa
nie muszę nic ukrywać, niczego nigdzie chować,
złoto promieni świetlnych roznieca szklane oczy
tańczy srebrne lusterko, królik na sufit wskoczył,
blask rafinuje szklankę, wodę zamienia w kryształ,
cienie kładą z pokorą
czarne litery nazwiska.
I wszystko się objawia, jak Bogu świat stwarzaniem,
odchodzą nocą wody pamięci, lądy się rodzą ranem,
dziewicze wyspy hardzieją na twardej życia mapie,
a smoki ornamentów blakną na pluszowej kanapie,
nic mnie już nie trzyma, nie stoi na przeszkodzie,
świadectwa nie zabiorą,
bezradny jest cham i złodziej.
Orgiastycznie błyszczą schody,
kopuł szklanych wiatr nie wznosi,
ciągom dźwiękoszczelne okna
zgiełkowi oddają podziw,
w ścianach zamków kryształowych
legło szczęście w dobrobycie,
nigdy dosyć, nigdy dosyć
świateł srebrnych na suficie
kiedy z góry pada jasność.
Runą na miasto iskier kule
przeszyją domy ostre race
zatrzęsie Pałacem Kultury,
lecz nie utraci ten w krawacie
nic z martwej bryły fizjonomii,
bo martwe już nie może martwiej
dać znać, że gardzi. Gardzę, gardzę,
wszystkim, co teraz jest otwarte!
Wszystko, co wolne, nic nie warte!
I kiedy się tak koniec roku
srebrzy i mości w miast brokacie
w moim laptopie jeszcze stoją
zeskanowane w plik postacie
podwójny czas służy nastrojom,
a więźniom służy uwiezienie,
niechaj tłum dusi się w krawacie
niech marynują się mu cienie
zanim wypuszczę, rangę zmienię.
Nikt noworocznie nie pije ginu?
Nie można kupić w hipermarkecie?
Skompresowany Dżinn jest naturą,
którą z laptopa uwolnię wcześniej
zanim mnie pożre rak sentymentu!
Komuny dziecię, komuny dziecię,
przypłyń w zeszycie z wojen okrętów,
wyleć jaskółką z teczek urzędów,
nie na Wesele, nie na Wyspiańskie,
nie na misterium, i nie na tańce.
Idą późne wiersze
bezładne tkanin wszelkich resztki
kłębią się w jardzie, metrze, arszynie,
łopocą metki,
naciągają nieśmiało
esencją.
Na Ziemi tworów niechcianych jest pełno
więc są
i będą.
Być cudzą energią,
przez naśladowanie klimatu
to jak tajfun, gdzie wiatru jest pełno
a tylko fatum
zarządza bezładem
poezjo
bądź, nie podążaj ich fałszywym śladem
bądź ze mną
bądź wersją.
Bądź tylko wersją
której nie chcą,
smaku się nie wyrobi
wrzucone złoto będzie złotem
zapłaconym alchemikowi.
Wartość zawsze sama w sobie pierwotna
po meandrach strof błądzi
uparta jest jak mantra
zostanie w niej pamięć
błyszczącej materii
złotogłów to część
resztą jest więź
między rolami
między nami
między mną.
Cykl urywa się, zakańcza w przypadkowym miejscu wzoru
na tkaninie przemarzniętej, przykurczonej obok kroju,
chociaż nic się już nie zgadza, choć intencje były inne,
wszystko pójdzie tak jak leci, bo wystygło trwanie. Zimne,
martwe; osad na dnie przyciężkawy i niestrawny,
ale musi i to minąć, tak jak mija kosmos, gwiazdy,
jak umiera zmartwychwstanie, gdy odetną rodne drogi,
lecz nic biegu nie przetrzyma. Trupom rozkładają nogi
nowe byty chcące pożyć i dociągnąć swego kresu,
i tak rodzi się nadzieja – z nieczystości i pośpiechu –
i tak pozór zastępuje martwą tkankę drwiną śmiechu:
niechaj żywioł czyni cuda, niech porażka choć się uda
przy nowym oddechu.
Nic nie rodzi się na nowo, nawet szczątki to też trwanie,
miele, jak składowe pierwsze, jak ostatnie przyprawianie
sosów barw w tkaninie tylko wiecznie biednie cerowanej,
niech dokona się, niech skona pretekst, a objawi pamięć!
Zaklinanie, to odwiecznie skuteczne na niemoc metody,
koniec nigdy nie pożre ogona, to bajka z innej przygody,
chrześcijaństwo węża przeznacza do innych celów,
dlatego się nie zapętla, powroty są jedynie dla bohaterów.
To co teraz, to co potem i to, co objawi terror czasu
nie przepadnie w rozkładzie materii, bo nastał
sezon na polowanie rzadkich okazów w strefie ich ochrony.
Niech trwa czar końcówki, czar błogosławiony.
Przychodzą już na moją skrzynkę życzenia świąteczne. Piękny list od Basi z Kanady: Wishing you all a wonderful holiday season, filled with friends and
family and warm conversations … and healthy down time to cultivate
your own creative processes and return rejuvenated to the New Year!
Here’s a short trailer that puts everything in focus, the indomitable
spirit of creativity and positivity in the face of poverty .. We are
among the most fortunate on the face of the earth here in Canada 🙂
George Orwell podkreśla, że nie jest świadkiem wszystkiego, że korespondent wojenny nie jest w stanie zrozumieć wojny nawet jak ubiera mundur i bierze udział w akcjach militarnych. Wszystkie zakulisowe działania sił politycznych Europy, które chciały ugrać swoje na oddolnym, rewolucyjnym zrywie hiszpańskich socjalistów wnoszą w doświadczenie pisarza jedynie rozczarowanie, które zrodziły takie późniejsze arcydzieła jak „Folwark zwierzęcy” i „Rok 1984”. To w nich okazał się proroczy, podczas gdy potworności wojny domowej w Hiszpanii zaciemniały istotę tych walk, a idealizm ciągnących na pomoc ochotników z całego świata zdawał się kapitałem na zawsze straconym. Tytułowy hołd to właśnie jego ocalenie, to oddanie czci przegranym. Orwell dowodzi, że zawsze opłaca się brać udział w konfliktach nawet jak są z góry przegrane, mimo, że wojna w miarę postępowania pogrąża się w coraz większym złu, to zawsze warto walczyć o przyzwoitość.
“Kto walczy z potworami, niechaj baczy, by sam przy tym nie stał się potworem. Zaś gdy długo spoglądasz w bezdeń, spogląda bezdeń także w ciebie” – Orwell cytuje Nietzschego nie na darmo. Ofiary zarówno białego, jak i czerwonego terroru wzywały w prasowych doniesieniach do nienawiści. Najbardziej, krzyczeli dziennikarze nigdy nie opuszczający swoich wygodnych gabinetów.
A przecież wojna, to przede wszystkim codzienność żołnierza, który po kilkumiesięcznym braku wody, tytoniu, świeczek, ciepła, snu, obojętnieje na politykę. Okazuje się, że szczury, które nie powinny pojawiać się z myszami koegzystują w okopach wyśmienicie. Wszy mnożą się w zawrotnym tempie, a można ich się tylko pozbyć, paląc ubrania. Nie ma nowych ubrań, nie ma nowych butów, rośliny znajdowane na wzgórzach wystarczają na kilka minut ogrzewania. Nuda oczekiwań, brak wiadomości i planów dowódców na najbliższe chwile. Dzieci tłumnie przyłączające się do walki zwabione regularnym jedzeniem nie nadają się na wojowników, bo nie są odporne na brak snu, bo nie rozumieją absurdu żołnierskiej egzystencji.
Książka, której nie chciano wydawać (w USA dopiero w 1952) by się nie narazić ZSRR u nas wyszła, jak czytam na Wikipedii dopiero w 1990 roku. To wydanie, które mam w ręce z 2006 roku opatrzone jest wartościowym wstępem i mnóstwem przypisów. Na książkę składają się, oprócz dziennika Orwella listy i recenzje. Ale najcenniejszy jest zawsze krystaliczny przekaz Orwella, pisany zawsze jasno i jednoznacznie. I właśnie ten ton uczciwego człowieka przenika przez nagromadzone fakty historyczne i wszystko to, co obezwładnia człowieka w obliczu światowej katastrofy. I George Orwell pisze jak było, jak jest i jak będzie. Pisze, bo wie, że trzeba pisać. Zgodnie z zaleceniem Sartre’a o literaturze zaangażowanej:
„A skoro raz się zaangażował w świat języka, pisarz nigdy nie może już udawać, że nie umie mówić; kiedy się raz wejdzie w świat znaczeń, nic się już nie da zrobić, żeby się zeń wydostać. Można dowolnie zestawiać słowa, ale one utworzą zdania, a każde zdanie zawiera cały język i odsyła do całego świata. Nawet milczenie określone jest przez odniesienie do słów, jak pauzie w muzyce nadają sens otaczające ją dźwięki. Milczenie – to moment języka; milczeć, to nie znaczy: być niemym, to odmawiać mówienia, a więc jednak mówić. Jeśli tedy pisarz zdecydował się przemilczeć jakikolwiek aspekt świata czy też, jak trafnie wyraża to zwrot: pominąć go milczeniem, mamy prawo zadać mu trzecie pytanie: dlaczego o tym raczej powiedziałeś, a nie o tamtym? Skoro zaś mówisz, żeby zmieniać – dlaczego chcesz zmienić to, a nie tamto?” [tłum. Janusz Lalewicz]
Rzecz dzieje się 13 grudnia 1981 roku, fikcja Kadare oparta jest na zdarzeniach historycznych. Tytułowym następcą Envera Hodży w rzeczywistości był premier Albanii Mehmet Shehu, kilka dni później zamordowany, ale Kadare łączy to polityczne zdarzenie swojej ojczyzny właśnie z Polską i z mitologią automatycznie czyniąc na miarę Szekspira dramat uniwersalny, mogący zdarzyć się w każdym państwie opanowanym przez reżim.
Noc w willi partyjnego kacyka, wcześniej ubezwłasnowolnionego i więzionego we własnym domu (tajne drzwi do jego komnaty miały klamkę tylko ze strony wchodzącego), to majak błądzącego rozumu, a strach dzieci i żony poprzedzający morderstwo to koszmar senny.
Podobnie jak w „Córce Agamemnona” pisarz skazuje głównego bohatera na to, by szedł, szedł i szedł ku śmierci (czyli na trybunę pierwszomajową), tak tutaj komnatowe prześlizgiwanie się cieni, jak w grze komputerowej prowadzi monotonnie do finału, czyli też do śmierci.
Śmierć to stan obojętności na życie, śmierć u Kadare jest zawsze duchowa, zawsze umieranie jest ubywaniem świata całego. I najgorsze jest to, że ten świat skazywany na martwotę w swojej szarości i nicości jeszcze ma coś barwnego. Czy to będą widziane po drodze barwne wstążki we włosach córeczek znajomego, który też idzie na pochód, rozświetlające ponurość wspinania się na stos ofiarny (czyli trybunę wodzów), czy luksusowe majtki koronkowe, których rozpamiętywaniem główny bohater pochłonięty jest idąc na trybunę. Zdejmował je rozdziewiczając Susanę, córkę dygnitarza, którą za chwilę zobaczy obok swojego ojca na trybunie. Te same majtki barwną plamą zaiskrzą w „Następcy”, kiedy Susana wraz z rodziną zaraz po wyniesieniu zwłok ojca musi się przygotować do internowania i spakować majtki do walizki. W obu powieściach panuje jednak gęsty mrok, mimo, że pierwsza trwa w majowe pogodne południe tirańskiej wiosny, a druga w zimową, grudniową noc.
W trakcie czytania powieści wielkiego Albańczyka – wielokrotnego kandydata do Nobla – niezmiennie wspominałam Radio Tirana, które towarzyszyło nam całe dzieciństwo i młodość. W tych czasach radio stanowiło jedyny kontakt ze światem, jednak, kiedy skręcając dobrze już wyrobioną ebonitową gałkę odbiornika o ułamki milimetra łapało się słowa, by potem jeszcze się trochę cofnąć i powtórzyć minimalny ruch na przód tak długo, aż rozsypane dźwięki złożą się w zrozumiałe słowo, po wyregulowaniu odbiornika niezmiennie odzywało się Radio Tirana. Kiedy w końcu udawało nam się przywołać upragnioną stację i ponaklejaliśmy z bratem pionowe paski papieru na skalę, by wskazówka następnego dnia mogła zatrzymać się na odnalezionym cudem programie, zawsze w tym miejscu odzywało się nie Radio Wolna Europa, nie Radio Luxemburg, ale właśnie, nieskażona żadną zagłuszaczką Radio Tirana.
W mrokach pamięci słyszę sztuczne głosy prezenterów mówiących po polsku, ale z manekinowym nalotem, o wiele bardziej nieludzkim, niż komputerowy syntezator mowy. Nigdy nie było wiadomo, o czym oni mówią, mimo, że mówili po polsku i wyraźnie. I nikt nie pytał, po co to robią i dlaczego nie są zagłuszani.
Dopiero teraz się dowiaduję, że za tym wszystkim stał Polak, towarzysz Kazimierz Mijal, który Radio Tirana tworzył dla idei, za darmo:
„(…)- Miałem willę w Tiranie, sam tam mieszkałem. Rano przychodził kucharz. W ogrodzie był domek dla pracownika bezpieczeństwa, a po ogrodzie chodził jeszcze jeden żołnierz. Dopiero jak się poróżniliśmy i postanowiłem pojechać do Chin, wzmocnili posterunki na ulicy i w podwórku, a poza tym odcięli mi telefon. Wcześniej jednak wszystko było w porządku. Wychodziłem na spacery, jeździłem po całej Albanii. Ciepło, dobry klimat.
– Z czego Pan tam żył?
– Pieniędzy nie dostawałem, ale za wszystko płacił albański pracownik partyjny. (…)” [Wywiad z Kazimierzem Mijalem. Rozmawia Robert Mazurek
http://trzeciswiat.w…lnierze-partii/]
I tak jak w swoich powieściach Ismail Kadare próbuje bezskutecznie zrozumieć mechanizm marnowania swojego kraju przy pomocy greckich mitów i albańskich baśni, o tyle w Polskiej mrocznej rzeczywistości wystarczyło Radio Tirana, które automatycznie otwierało w mózgu obszary bezsensu.