Lata siedemdziesiąte. Tania Rozdział VII.

Łukasz okazał się dwudziesto paroletnim, niskim brunetem, trochę nawet pulchnym, ale nie na tyle, by można było nazwać go grubym. Miał w obejściu coś przyciągającego i przepraszającego, a obecność Tani wzmagała w nim świadomość plenerowej hierarchii nie pozwalającej poczuć mu się swobodnie. Był niedyplomowanym malarzem, a więc tzw. amatorem, co jeszcze bardziej wzmagało w nim poczucie niedowartościowania i niepewność. To właśnie zagubienie Łukasza Tania wykorzystała całkowicie, otaczając go jak mafia całodzienną opieką.
Po coraz częstych i dłuższych spacerach, na które Tania zabierała tylko Łukasza, wracała z coraz to nowymi rewelacjami o tym, jak chłopak ma trudno w domu, jak nie może się pozbierać z nieudanego małżeństwa i jak dużo potrzebuje z nim przebywać, by jego zawęźlenie psychiczne rozwikłać i uwolnić go od samego siebie. Łukasz często wychodził na korytarz i rozstawiając sztalugi obok mnie, malował obrazy zdecydowane, nie wykazujące rzekomego zaszczucia, czy lęku. Wyciskał farby wprost na płótno, kolory podstawowe jak każdy chałturnik, który utrzymuje się ze sprzedaży obrazów pod Bramą Floriańską, rozprowadzał szybko szpachlą tak, by nie mieszać barw i pozostawić je surowe.
Dopiero wieczorem, kiedy wszyscy zbieraliśmy się przy wspólnym stole po kolacji, by wysłuchać niekończącej się, popisowej oracji Profesora, który o dominację i panowanie nad stołem zażarcie walczył z malarką z Warszawy Hanią, i nim wszystko jak zwykle zakończyło się rytualnym pijaństwem, mogłam im się dokładnie przyglądać. Ich zniszczonym papierosami twarzom, czerwonym jak u świętego Mikołaja nosom, wystającym z pasków spodni brzuchom wzdętym od piwa, którzy, jak zerwane z łańcucha psy, szukali po omacku chociażby ochłapu drugiego człowieka.
Ciepło letniego wieczoru właziło zapachami przez otwarte okna walcząc z kłębami papierosowego dymu i oparów wódki, i zawstydzone przegraną wycofywało się, robiąc miejsce mieszance tytoniu, alkoholu, terpentyny, wody kolońskiej i ludzkiego potu. Mężczyźni siedzieli pod ścianą na permanentnym głodzie seksualnym, których podstarzałe żony specjalnie wysyłały na plenery kilka razy w roku, by załatwiali te sprawy w swoim zakresie, a oni nie mieli już pieniędzy na – jak głosiła tajna plotka – niedaleki dom publiczny, o którym ciągle szeptano, ale traktowano to w dalszym ciągle rezerwowo. Nikt na plenerze z nikim nie spółkował, ani cieleśnie, ani duchowo, a nawet studentka, która zamieszkała w pokoju Profesora i pojawiła się na jego kilkunastu obrazach naga, siedziała obok niego skwaszona, milcząca, a często z wyraźnymi śladami płaczu, też nie musiała tego robić.
– Ja z nią nie żyję – wyznał Profesor zapraszając mnie wczoraj do pokoju, bym wypowiedziała się o tych aktach, które i tak były najlepsze ze wszystkiego, co profesor przez całe swoje życie namalował.
– Ja daję tutaj – tłumaczył Profesor, traktując motyw obrazu czysto po cezanne’owsku, bez jakiegokolwiek ustosunkowania się do tematu malowania, jedynie do formy – jak tutaj położę – to – i przechodził na drugi kraniec ogromnego płótna – brzęczy.
Profesor przygotowywał się do totalnej, jubileuszowej wystawy w ogromnej sali BWA i musiał mieć dużo obrazów, toteż cykl kobiecych aktów, stanowiących zapewne ułamek ekspozycji przedstawiający młodą dziewczynę w różnorakich pozach, malowany był pospiesznie modulowanym, czarnym konturem i sprawiał wrażenie pięciominutowego szkicu.
Ale tutaj, przy stole, Profesor nie zwracając zupełnie uwagi na siedzący przy nim ubrany obiekt malarski, czyli nadąsaną studentkę, rozpoczął opowieść, jak to w latach siedemdziesiątych został zaproszony przez szwedzkich przyjaciół malarzy do Uppsali. Hania, która właśnie ukończyła opowieść o tym jak na pewnym plenerze wjechali bryczką na połoniny z butelkami alkoholu i browarem, grzecznie przeczekała, aż Profesor dokończy.
– I wiecie – kończył triumfalnie Profesor – jak impreza się skończyła, gospodyni domowa zaprosiła mnie na tę noc do łóżka, natomiast jej mąż wybrał sobie jakąś inną kobietę. Byłem zaszokowany!
– I co, i co, zgodziłeś się? – dopytywali się wszyscy, bo mimo, że Profesor był już po siedemdziesiątce, to jednak miał bardzo dobrą figurę, wszystkie włosy na głowie i musiał być kiedyś urodziwy.
– Ile ty miałeś lat, Profesorze w latach siedemdziesiątych, kiedy Gierek nas już wypuszczał, kiedy cię ta Szwedka wykorzystała seksualnie? – spytałam.
– Młody byłem, ale to nie miało żadnego znaczenia, byli przecież artyści w różnym wieku. Mieszkaliśmy u nich tydzień. A na powrót do Polski kazali sobie zabrać z ich szaf ubrania, jakie chcemy, co na nas pasuje. – Ich kurtkę i dżinsy jeszcze do niedawna nosiłem.
I nim Hanię znowu dopuszczono do głosu, z końca stołu odezwał się Pietrek i opowiedział, że jak tylko za chałtury pierwszomajowe wypłacili pieniądze, zaraz jechali taksówką do Zakopanego do restauracji. I raz pili tam przez trzy dni, a taksówka czekała pod lokalem. Wrócili do domu bez grosza.
– To były, czasy, nie to, co dzisiaj, zakończył Pietrek.
Faktycznie, wódka, piwo, orzeszki i paluszki już się skończyły, nawet szukano nerwowo po kieszeniach papierosów. Zaczęliśmy się rozchodzić do pokoi.
Leżąc już w łóżku, Ania westchnęła: – Gdybym się miała z kimś tu przespać to tylko z Profesorem! Ale pali papierosy, a każdy facet, który pali papierosy, po pięćdziesiątce jest impotentem. Profesor, jak widać, też.
– A twój Stary pali?
– Coś ty, już dawno rzucił palenie. Ja zresztą ze Starym też rzuciłam.
– W pracowni paliłaś jak komin. A wiesz, że spotkałam kiedyś na jakimś wernisażu starszego od nas malarza, zupełnie go ani nie pamiętałam, ani nie poznałam i już teraz też nie pamiętam, jak się nazywał, ale mnie rozpoznał. I tak rozmawiając o starych czasach, mówię mu, że jak byłam z mężem w Świnoujściu, z jakiejś imprezy Famy, chyba z filmu „Emmanuelle”, wyszła nasza modelka, już mocno w latach, za nią kochanek, młody chłopak chyba student. Sądząc po zachowaniu, byli w bliskich relacjach.
– Jak myśmy ją nazywali? Na pewno miała przezwisko. Bo jej dwie córki, które miały tak ogromne piersi, że się ich nigdy nie udawało narysować, bo były nieproporcjonalne, przewracały się na każdym rysunku, nazywaliśmy Szwedkami. Przyjeżdżali do nich Szwedzi i potem wyszły za Szwedów.
– I ten malarz mówił, że żył z tymi Szwedkami. I z mamusią ich też. Ale skoro ona miała takie duże córki wtedy, to ile lat musiała mieć w Świnoujściu, jak ją poznałam, nie wyglądała gorzej! Widzisz, to nie obrazy są nieśmiertelne, tylko właśnie modelki!

Przepalona modelka, która musiała często robić przerwy nie z powodu drętwienia kończyn, ale na papierosa, leżała zawsze na materacu na podłodze i pozowała nawet jeśli nikt nie korzystał z jej usług, bo każdy właściwie robił na swoich płótnach, czy papierach pakowych, co chciał. Nikt z nas nie wiedział, dlaczego Jasza drobiazgowo układa jej pozę, i dlaczego głód narkotyczny modelki przypominający wstrzymywanie moczu, który się przecież nam wszystkim udzielał, nie mógł być na tym materacu gaszony paleniem, dlaczego nie paliła w trakcie pozowania. Skoro margines prawdopodobieństwa na podobieństwo był duży i zważywszy, że Tania dzięki programowi wolnego słuchacza była w tej pracowni dwa razy dłużej niż my i stosowała tzw. ”deformacje”, czyli zupełnie nieuzasadnione wydłużanie lub skracanie części ciała modelki, męka modelki wydawała się zupełnie niepotrzebna. Na dodatek jej ciało złożone z samych lejących się fałdek, poczynając od podbrzusza, a skończywszy na piersiach układające się w warstwy piramidy dla rysunku ustanawiały same w sobie już punkty orientacyjne i łatwość odwzorowania.
Ludzie wiecznie obijający się, bądź nie chodzący na zajęcia wcale, przed przeglądem potajemnie robili fotografie modelce, co było zakazane i z tych fotografii czarnobiałych dzięki rzuceniu na płótno negatywu, produkowali w akademiku zaliczeniowe prace. Ale zazwyczaj na pierwszych latach w pracowni był tłok.
I tak, stoi przed sztalugą Tania, wywalcza sobie duży pas wybiegowy, by napadać płótno z dużej odległości, by nikt na tej linii rażenia płótna jej nie stawał. Trzymając w jednej ręce zapalonego papierosa, w drugiej pędzel i papier toaletowy, atakuje obraz szybkimi maźnięciami szczeciniastego pędzla umoczonego w lejącej się od oleju wymieszanej farbie, której kolor i synchronizację będzie godzinami sprawdzać metodą błędów i wypaczeń, aż zdecyduje się na wylanie terpentyny na szmatę, zmycie całości i ponowienie całego procesu od nowa.
Papier toaletowy, który znikał z toalet uczelnianych zaraz po otwarciu budynku, starczał jedynie do wycierania pędzli, ponieważ jak nic innego nadawał się do oczyszczania ich z brudu zmieszanych farb. Szmata wielokrotnie używana zanieczyszczała wszystko natychmiast, natomiast świeże kawałki papieru toaletowego były niezawodne. Ponieważ nie były to jeszcze czasy jego braku w sklepach, na uczelni był codziennie do toalet dostarczany, ale w akademiku już nie, a ponieważ nie by tani, stanowił niejednokrotnie jedyny powód, by zjawić się na zajęciach wcześnie.
Obok stoi Sławek ciągle nucący lub śpiewający Demarczyk, trzyma papierosa, jako mańkut w ręce prawej i kładzie nieskazitelne płaszczyzny barwne o pastelowej jasności, równocześnie organizując całą przestrzeń harmonijnie zestawianymi plamami. Nieopodal siedzi Cerata, ubrana w czarny trencz z czarnego lakierowanego winylu, wysokich lakierowanych botkach i w czarnej, ceratowej chustce na głowie. Siedzi przed sztalugą i powtarza po cichu: myśleć, myśleć, myśleć. Cerata po mistrzowsku wyuczyła się malować landszafty, zmuszona zarabiać pieniądze dla matki w ubogiej wsi pod Zamościem. Pan i Jasza zmuszali ją do pozbycia się tej maniery strasząc dwójami. Terapią, jaką jej zalecili miało być myślenie, więc biedna Cerata nieustannie zmuszała się do myślenia.
Malujemy wszyscy do zmroku, aż trzeba zapalać żarówki i zobaczyć to, co namalowaliśmy w zupełnie innym świetle. Przerażeni, obawiamy się buntu naszych obrazów, że te namalowane na płótnie kobiece akty ożyją i zejdą z nich na ziemię do nas. Ale na całe szczęście schodzi z materaca tylko modelka, ubiera szlafrok i idzie na papierosa.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte.Tania Rozdział VI.

Nazajutrz sytuacja powtórzyła się: pukanie, buty, drobny trucht po zaspanej ulicy, łąka, gimnastyka. Był ogłupiały z pożądania. Znowu otoczył mnie ramieniem i mówił o zachwycie. Wyrwałam się z niesmakiem i spytałam o żonę, o rodzinę. Zirytowany odpowiedział: – Żona? – w życiu bym jej nie skrzywdził. Oczywiście – dodał niemal krzycząc – nigdy bym nie dopuścił, żeby to widziała.
Tani nie było w pokoju. Nie wiem dlaczego, ale zamiast zwykłego wyperswadowania sobie rannej gimnastyki, która okazała się tak samo niebezpieczna z kimś znajomym, jak i z nieznajomym wiejskim rannym pijakiem, który by się na pewno napatoczył, bo wszyscy we wsi wiedzieli, że plener nadjechał, zaczęły mnie nachodzić jak wymioty wszystkie młodociane molestacje, które ani nie były drastyczne, ani nie kwalifikowały się do żadnych psychiatrycznych podręczników za przykłady deformacji późniejszej seksualności kobiety, jednak wracały w pamięci nigdy dokładnie nie zwymiotowane.

Idę mroczną porą wrocławskiej słoty, bo basen dla naszego roku zaczynał się dopiero po wszystkich zajęciach i w jesiennych pejzażach widzę zawsze coś wyjątkowego, coś baśniowego: a tu Odra we mgle, a tu mijam Akademię Wychowania Fizycznego, a tam w suterynie świecą żółtym światłem żarówki, podchodzę bliżej i widzę studentów wioślarzy jak na sucho trenują wieczorową porą. Ich widok ociepla całą ulicę. Czerń asfaltu jest mokra i pokryta liśćmi, między którymi odnajduję dominantę w postaci szkarłatnego głogu, wiem, że nie da się tego namalować i podnoszę głowę, i widzę mężczyznę. Mężczyzna stoi za drzewem, jestem właściwie tuż tuż do wejścia na pływalnię, ale zatrzymuję się, mężczyzna prosi mnie wyraźnie o pomoc, jego głos jest łkający, ciepły, jego twarzy nie widzę, jednak wiem, że to dojrzały mężczyzna, nie żaden chłopak. Błaga mnie, wyciąga z kieszeni banknot pięćset złotowy, tyle kosztuje miesięczny czynsz za pokój, rozpina ciemny płaszcz i prosi, bym trochę poczekała, a jak poczekam, to da mi te pieniądze. Właściwie nic ode mnie nie chce, tylko bym była, ja patrzę na banknot łakomie, on zaczyna się onanizować i ja nie wytrzymuję, biegnę do otwartych drzwi budynku ze świadomością, że porzucam nie ekshibicjonistę, ale jakiegoś zrozpaczonego człowieka, którego metafizyczny szloch dobiega mnie aż do mojego wejścia na basen.

Do pokoju wpadła rozpromieniona Tania.
– Wiesz, poznałam Łukasza, właśnie przyjechał, jako rezerwowy. Kazimierz przed chwilą opuścił plener, podobno przeniósł się do innego pobliskiego pleneru i Wojtek zaraz zatelefonował do Łukasza, mieszka niedaleko i był już spakowany.
– A, to znowu tam będzie z kimś biegał? To jak ten Mamak. W sumie, to żal mi tych wszystkich nie wyżytych facetów, że nie są w stanie sobie ulżyć. – Powiedziałam melancholijnie i poruszyłam w Tani jakieś wspomnienie.
– Taką samarytanką na plenerze w Darłówku była przecież Renia. Dawała marynarzom, bo oni tacy biedni, samotni, tyle na morzu i dawała czysto z litości, a oni chyba z litości też brali, bo Renia nie była urodziwa.
– Co ty, Renia? Nigdy w to nie uwierzę! Przecież to była taka pobożna dziewczyna!
– A co ty tam wiesz. Bo jak ty z Robertem, to wiesz, ja z Piskunem…
– Ale ja nic z Robertem nie miałam!
– Ale ja z Piskunem miałam. Chłopaki mieszkali nad nami. Chodziłam do nich z awanturą, bo całą noc pili i na dodatek chodzili do klozetu w drewnianych chodakach i po schodach. Całą noc tak dudnili, nie mogłyśmy z Terezą spać.
– Nad nami nikt nie mieszkał, ale jak ktoś rzygał, to wkładał drewniane chodaki Iwonki. Chyba jednak w chodakach dobrze się rzygało, bo przecież każdy przyjechał we własnych butach. U nas też spać się nie dało, bo w pokoju zawsze było ponad dziesięć osób.
– Piskun mi się podobał, wiesz, był taki intelektualny… Rozmarzyła się Tania.
– Intelektualny? Piskun? Ten pijak?
– No, cały plener czytał „Pod wulkanem”.
– I co, przeczytał?
– Chyba nie… Ale wiesz, nie było kiedy… Często chodziliśmy na spacery do Darłowa. Idziemy do portu w Darłowie, na piechotę z Darłówka robić szkice statkom i na pokładzie jednego widzimy… Renatę!
– To ona na tych statkach dawała, na morzu dawała, nie na lądzie? Kiedy ona to zdążyła dawać? Dziesięć szkiców dziennie i jeszcze dawać? Wiesz, że Renata była pierwszy raz w życiu nad morzem? Może dlatego robiło się jej żal marynarzy, może nie poznała specyfiki tego zawodu, że marynarze są normalnymi facetami którzy potrzebują normalnych, czyli ładnych kobiet.
Przyszedł Piotruś i włączając się w nasze wspomnienia, powiedział, że u niego najważniejsza jest u kobiety nie uroda, a anonimowość. Że normalny mężczyzna nie potrzebuje ładnej kobiety, tylko nieznanej. Może być szpetna, byle by była jednorazowa.
– Dzięki Piotrusiu, że nam to wyjaśniłeś, to tłumaczyłoby fenomen brań Renaty, bo tam dużo statków zawijało do portu. Ale u kobiety jest przecież odwrotnie. Biedna Renata – zasmuciłam się, bo lubiłam Renatę.
– W typie ofiarnym tak jest – musi dawać – zawyrokowała Tania i poszliśmy poszukać Łukasza, by w czwórkę pójść na spacer.

 

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | 3 komentarze

WŁODEK

Dzisiejszy protest na Facebooku przeciwko ustanowieniu na mocy testamentu zmarłej pisarki Stypendium im. Adama Włodka przyznawanego przez Fundację Wisławy Szymborskiej z noblowskich pieniędzy dla pisarza do czterdziestego roku życia w wysokości 50 tys. zł., jest dowodem na zdrową reakcję Sieci na narzucaną  nieetyczność zawodu pisarza.

15 stronicowy donos Adama Włodka do UB udostępnia przestrzeni publicznej Maciej Gawlikowski:

https://www.facebook.com/photo.php?fbid=411247142285590&set=a.411246862285618.94587.411236598953311&type=1&theater

Równocześnie w dyskusji wokół stypendium na portalu Nieszuflada  poeta Jacek Dehnel broni małżeństwa Włodków:   

http://www.nieszuflada.pl/klasa.asp?idklasy=167704&rodzaj=2

Równocześnie wszczęto przygotowania do przeforsowania pomysłu, by 2013 rok był rokiem Edwarda Gierka.
Ciekawe, czyja czujność zwycięży. Czy postawa poety, który pamięta i spisuje czyny i rozmowy dla potomnych, czy wręcz przeciwnie, tych, którzy nie chcą pamiętać, a czyny i rozmowy spisują dla doraźnego zysku i których w żaden sposób poetami nazwać nie można.   

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , , , | 154 komentarze

Lata siedemdziesiąte. Tania Rozdział V.

Kazimierz zapukał delikatnie raz przed pierwszymi dzwonami kościoła, miałam cztery minuty, by się ubrać i gdy zapukał drugi raz, wyszłam cicho z butami w rękach, by nie budzić Tani. Biegliśmy miedzą boso po trawie, robiliśmy skłony, rozrzucaliśmy ręce w powietrze, skręty tułowia i przysiady. Kazimierz przysuwał się, ja się odsuwałam. Niezrażony objął mnie ramieniem. Dłonie zaczęły szukać piersi i schodziły w dół. Odskoczyłam jak oparzona.
– Nie było tego w umowie – powiedziałam łagodnie nie chcąc go obrazić. – Jak ty sobie dajesz radę z licealistkami? – dodałam zakłopotana.
Nie chciał o tym mówić. Wracaliśmy milcząc. I nagle rozgadał się.
– Nie chcę się chwalić – opowiadał – ale rodzina mi się udała! – Trójka wykształconych dzieci i wspaniała żona.
W pokoju zastałam obrażoną Tanię leżącą w łóżku i udającą, że mnie nie zauważyła, jak weszłam. Wreszcie nie wytrzymała i rzuciła bezosobowe jak było.
– Fajnie. Ma troje dzieci i kochającą żonę – powiedziałam przebierając się do śniadania.
– Idziemy na śniadanie?
– Byłam już w stołówce napić się piwa. Wszystko wypili. Ja im tego nie podaruję!
Na śniadaniu rozszalała się burza, nikt nie przyznawał się, że pił piwo z beczki, natomiast wszyscy przyznali się, że dali dziesięć złotych, a piwa nie pili. Wojtkowi najbardziej zależało na tym, by zarządzić nową składkę na nową beczkę, bo był zaprzyjaźniony z właścicielem browaru, ale po zakrzyczeniu go wszyscy doszli do wniosku, że taniej im będzie przepłacać w wiejskim sklepie. Potem Wojtek przedstawił nam malarkę Hanię z Warszawy, która rano dojechała i której nazwisko wszyscy znali z telewizji.
Hania, kobieta w nieokreślonym wieku zainteresowała natychmiast cały stół swoim problemem: zapomniała z Warszawy zabrać pasteli. Czy ktoś wie, gdzie takie pastele olejne tutaj kupi? Jak daleko jest do miasta, w którym sprzedają pastele tylko tej, a nie innej holenderskiej marki, bo innymi ona nie pracuje?
Stół się rozgadał, sypały się rady, wymieniano przyległe wsi miasta, liczono kilometry i wątpiono, by w tej części Polski akurat tą firmą w sklepach dla plastyków handlowano. W rezultacie malarka postanowiła, że umyślny, mieszkający w Warszawie pociągiem pastele prześle w koszyczku tak jak były przygotowane do zabrania, a Wojtek je ze stacji jutro odbierze.
Wróciliśmy do pokoi. Tania oświadczyła, że nie będzie nigdzie wychodzić, będzie malować tylko w pokoju i musi być w trakcie malowania kompletnie sama. Wyniosłam stół, blejtram i farby na korytarz, gdzie usiadł zaraz przy mnie Piotruś z butelką piwa kupioną w sklepie i zapalił papierosa. Co chwilę wychodziła z pokoju Tania, zaniepokojona samotnością, ale ponieważ nie chciała, bym wiedziała, że jedyną jej malarską inspiracją jest album reprodukcji pejzaży Stanisławskiego, który po przyjeździe niezdarnie ukryła przede mną, musiała równocześnie pilnować swojej samotności i towarzyszyć mi w pracy. Po pokryciu płótna żółcią neapolitańską kładzioną grubymi impastami mającymi wyobrażać suche trawy i nałożeniu nieba, i białego obłoku, Tania przeznaczyła obraz do wyschnięcia i dosiadła się do nas na korytarzu. Tania popatrzyła łakomie na piwo Piotrusia i poszła po szklankę. Kiedy jej nalewał, patrzył na nas, jak siedzimy obok, ja nad blejtramem, Tania nad szklanką i powiedział: piękny widok! – Pasujecie do siebie i zarazem nie pasujecie! Zupełnie inne charaktery! Kiedy zaprzyjaźniłyście się ze sobą?
Popatrzyłyśmy na siebie znacząco i wyrecytowałyśmy: u Pijaka Intelektualisty!
– To ja ci zaproponowałam to mieszkanie – Tania mówiła, a ja jej ciągle przerywałam.
– Mieszkałam na Klecinie, godzina jazdy tramwajem codziennie i trzeba było palić w piecu, metr na metr pokój… Iwonka, z którą mieszkałam, dostała akademik, a mi nie przyznali…
– A mnie potrzebne było mieszkanie tylko na cztery dni w tygodniu, bo jeździłam do Starego. I właśnie takie jak trzeba znalazłam na Łaciarskiej, pięć minut na uczelnię i na dworzec..
– A mi na Klecinie się bardzo podobało, w powietrzu cały czas unosił się przyjemny zapach melasy… Mieszkałam na Buraczanej. Ale powiedziałaś, bym się przeniosła, zresztą, to już był listopad i nie potrafiłam tam palić w piecu… I tak daleko od uczelni…
– I wynajęła nam ten pokój w Rynku kobieta z dwójką małych dzieci. Wieczorem uciekała z tymi dziećmi do siostry, a nas wystawiała na pastwę swojego męża, który wracał w nocy z wrocławskiej restauracji pijany i się awanturował.
– Ale nikt nam nie powiedział o tym wcześniej…
– Na dodatek było tylko jedno łóżko, spałyśmy dwie w łóżku małżeńskim…
– Ewa smażyła na patelni w kuchni jajecznicę z ryżem, a tu nagle wtacza się Pijak…
– Szybko wyprowadziłyśmy się z tego mieszkania, ale co przeżyłyśmy…

Pijak się chyba przewrócił w łazience, przestraszyłam się, zgasiłam światło w pokoju. Teraz pewnie śpi, tylko nie wiem, gdzie śpi, bo w łazience się świeci. Mogłabym scharakteryzować tak Pijaka: jest nieskończenie inteligentny i nieskończenie chamski, nie wiadomo, co robić, gdy wlezie, a wyrzucić nie ma za co, bo jego chamstwo jest eleganckie i inteligentne, więc przyczepić się nie ma czego. Jego żona powiedziała, że wczoraj był bardzo pijany, bo jej na ulicy nie poznał, jak stała z dziećmi, a to poważna kobieta. Może po pijanemu ma rozświetlony umysł. Fakt, że nie mam do niego żadnych pretensji, bo zostałam zdyskwalifikowana zaraz na wstępie, gdy po przyniesieniu Mony Lisy, narysowanej po pijaku przez niego, pokazałam mu oryginał, czyli pocztówkę, a on mi na to, że to jest bardzo niskie posunięcie. Więc nie odzywałam się więcej, za to Tani dostało się za wszystkie czasy, bo ją dokładnie scharakteryzował, dodając na końcu, że ona może mieć tylko kilka samochodów jak zechce i nic więcej w życiu nie zdziała. Nie rozumiejąc aluzji Tania wypaliła, że pieniądze szczęścia nie dają, i wtedy Pijakowi Intelektualiście ręce opadły i wyszedł. A teraz, Boże, wszedł do mieszkania i już nie wiem, co robić. Poszłam więc przeczekać u „Barbary” na krem sułtański, ale ile w listopadzie można chodzić po ulicach. Tania wyjechała na wernisaż Starego od Rzeszowa. Miała pociąg o piątej, a wczorajsza wizyta Pijaka wytrąciła ją ze wszystkich planów i przyjedzie z jednodniowym opóźnieniem. Roztrzęsionej Tani potrafiłam mówić nawet dowcipy, co ją jeszcze bardziej denerwowało, a dziś czekam sama jak palec i czekam, kiedy wreszcie przyjdzie Pijak i się to wszystko stanie, co stać się ma i nie boję się niczego i nic mnie nie obchodzi, a jednak czekam. Obgadałyśmy z żoną Pijaka jej męża przed jej wyjściem z dziećmi, radziła mi robić to samo, ale tłumaczyłam jej, że ja mam naukę, egzaminy i pełno tego wszystkiego, a teraz nie robię nic i czekam. Pijak jak kropla z przeciekającego kranu, czekam na upiorne, kolejne wizyty.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Tania Rozdział IV.

Po powrocie do ośrodka, gdzie mieliśmy stołówkę i gdzie przygotowywali kolację, obeszłyśmy z Tanią wszystkie pokoje witając się i oglądając przywiezione obrazy. Dojechało jeszcze oprócz Profesora ze studentką kilka młodych laureatek lokalnych konkursów plastycznych, dla których uczestniczenie w plenerze było nagrodą. I właśnie te ich obrazy – które w już zaawansowanym stanie zostały przywiezione na wypadek braku czasu, by wypaść jak najlepiej. Tania bez słowa, bezceremonialnie z widoczną dezaprobatą wyciągała je zza szafy.
– Beznadziejne – skwitowała po wyjściu z pokoju. Za co teraz dają nagrody! Wiesz, to, że teraz jest moda na dzikich, to przecież już było dawno, ja też ze Starym malowałam kiedyś w ten sposób.
Kowalscy okazali się miłym małżeństwem w naszym wieku, których pokój zawalony był obrazami olejnymi w tonacji perłowej pozbawionej całkowicie koloru, oprócz rozmaitej szarości na bazie bieli ołowianej z dodatkiem odrobiny sadzy i barwnego pigmentu. Dzięki tej prostej metodzie zawężenia środków artystycznych, Kowalscy, którzy malowali identycznie i wymiennie, pokazali liczne zamki i pałace rozsiane w terenie, gdzie odbywał się plener malarski tak, jakby były oglądane przez turystę nudnego i pozbawionego wrażliwości.
Kowalscy nawet w pierwszym dniu pleneru z dyskretnie włączonym w tle Radiem Maryja byli w ferworze pracy malarskiej, którą przerwali jedynie na krótką chwilę podając na przywitanie dłonie ubabrane farbą.
Kolacyjny stół scalił i zbliżył plenerowiczów jeszcze bardziej, dyskutowano, czy składka dziesięciozłotowa jest wystarczająca na beczkę piwa. Uzgodniono, że jak piwa zabraknie, złożą się na następną, gdyż wszystkim tak mała kwota za beczkę piwa wydawała się ceną korzystną. Odmówiłam dawania pieniędzy obiecując, że nikomu go nie wypiję, że do ust piwa nie wezmę, bo go nie znoszę i nikt nie zaprotestował. Wojtek przedzierał się przez tematy bieżące jak właściciel cyrkowej menażerii między klatkami, w której czyhały na niego groźnie zwierzęta różnej wielkości i których potrzeby codziennie musiał wypełniać, by stado będące w jego posiadaniu było mu użyteczne. Dlatego słonie, małpy, tygrysy i hieny wymagały zależnie od gatunku innego traktowania, co umiejętnie wykonywał. Na dodatek władze gminne finansujące plener były złożone z takich samych zwierząt, tylko pozbawionych klatek i niebędących w jego posiadaniu. Gra, między wnętrzem stworzonego sztucznie skupiska ludzkiego, a dybiącymi na niego dzikich zwierząt wsi, wymagała nieustanej czujności. Na dodatek Wojtek, mając wykształcenie techniczne i kończąc na uniwersytecie kulturoznawstwo, pisał wstępy do katalogu, malował obrazy i zachowywał się jak jeden z plenerowiczów automatycznie stając się jeszcze jedną klatką swojej menażerii. Ponieważ był tylko amatorem, nikt nie kwestionował jego artyzmu, ani lizusowsko afirmował, nikt się też nie dziwił jego obrazom. O wskazówki profesjonalistów, a szczególnie Profesora zabiegał nieustanie i których mu grzecznie udzielano bez żadnej nadziei na ich przydatność.
Wszyscy lubili Wojtka i ci wieloletni bywalcy pleneru, jak i ci nowi.
– Powiedz mi Wojtek – dlaczego te kafelki w ustępie położone są tak nierówno – zaczęła Wisia, która przyjechała aż ze Szczecina i która właśnie zrobiła na swojej uczelni doktorat.
– Po prostu nie lubię marnotrawstwa! Szkoda materiału i pracy, a tak niewiele potrzeba, by to wszystko jakoś wyglądało – mówiła Wojtkowi, a Wojtek czerwony ze wstydu za ekipę swoich kolegów, której dał to zlecenie tłumaczył się pośpiechem, że w ubiegłym roku nie było kafelków i bardzo chcieli z tym na nasz przyjazd zdążyć.
Największe kontrowersje jednak, oprócz braku lampek nocnych, które Wojtek przyrzekł donieść ze swojego domu stanowiły pory posiłków i to co każdy miał jadać. Wisia nie zgadzała się na żadne mięso, Marian przeciwnie, na jego brak. Zgłaszano uczulenie na paprykę, potrawy mleczne i przywoływano choroby wrzodowe, cukrzyce, jak i zwyczajne gusta i przyzwyczajenia. Najtrudniej było z ustaleniem pór posiłków, każdy inaczej pracował, jedni nie chcieli przerywać prac plenerowych, jak im się „dobrze malowało” na obiad, inni byli sowami, jeszcze inni skowronkami, a wszyscy pragnęli tutaj jednego: by się dobrze najeść. Było to też moim jedynym pragnieniem, byłam w stanie dostosować się do wszelkich dziwactw, byle dostać regularny posiłek. Od dawna miałam anemię i tylko plenery ratowały moje nieustanne niedożywienie, jedynie po to jeździłam i chłonęłam z niepokojem wszystkie niebezpieczne projekty mogące mi tę możliwość odebrać.
Potem wstał Kazimierz i ogłosił, że chce wprowadzić tutaj ducha sportowej higieny i czy jak ktoś chce z nim przed śniadaniem biegać, to on zaprasza. Jako jedyna zgłosiłam się, gdyż faktycznie była to okazja, by się zmobilizować do gimnastyki.
– Będę pukał do twoich drzwi o szóstej rano – powiedział zadowolony Kazimierz z tego, że przynajmniej znalazł jedną bratnią duszę.
W pokoju po kolacji kończyłam malować pocztówki na akcje mail artu, terminy kończących się światowych akcji sztuki poczty zazwyczaj kontestującej co się tylko da na Zachodzie, bo Wschodu jeszcze się nie kontestowało z przyzwyczajenia niekontestowania, kiedy zapukał Piotruś oburzony, że ja chcę z Kazimierzem biegać.
– Co ty z tym nauczycielem od plastyki w jego Kielcach prowincjonalnych chcesz wybiegać – powiedział niezadowolony. Jeszcze się rzuci na ciebie.
– Tak, tylko seks w głowie. Tak, jakbym dwóch tygodni nie wytrzymała bez współżycia seksualnego i musiała uprawiać seks w krzakach o szóstej rano na oczach wszystkich mieszkańców wsi z podstarzałym nauczycielem z Kielc! Opowiedz Piotrusiowi, jak to nam Mamak mierzył biusty na goło na zaliczenie – zwróciłam się do Tani, która postanowiła z nami zabrać się na spacer.
Tania zabrała szal i wyszliśmy na rozgwieżdżoną noc, stanowiącą jedyne źródło światła. Wieś była zupełnie czarna, niebieskie iskierki w oknach były mdłe i zimne.
-To ja pierwsza się sprzeciwiłam i poszłam do rektora na skargę! Beze mnie do dzisiaj Mamak by mierzył studentkom cycki na zaliczenie – Tania wzburzyła się na wspomnienie batalii, którą przed laty wygrała.
– Jak to – Piotruś nie mógł zrozumieć. I po co mierzył? Tak wszystkim dobrowolnie?
– Szło się do gabinetu po zaliczenie przedmiotu Wychowanie Fizyczne. Mamak zamykał drzwi. Mówił studentce, żeby zdjęła bluzkę. Studentka pytała, po co. Mamak wyjaśniał, że musi zmierzyć obwód na dowód, że właściwie się rozwijamy. Owijał metrem krawieckim, kazał zrobić wdech, zapisywał, potem wydech, też zapisywał i następna.
-To jakieś faszystowskie pomiary! – Piotruś nie mógł się powstrzymać od oburzenia.
– Właśnie! Dlatego się nie zgodziłam, wywiązała się piekielna kłótnia, po której natychmiast pobiegłam do rektora. I Mamaka usunęli ze szkoły! – zakończyła triumfalnie Tania.
– E tam, usunęli. Po prostu awansował. Przeniósł się na inną wrocławską uczelnię, gdzie tam takiej Tani nie było i mierzył cycki do emerytury. Przypadkowo widziałam jego zdjęcie na jakieś fecie jubileuszowej Wrocławskiej Akademii Wychowania Fizycznego. Syn kolegi chodził na tę uczelnię i pokazywał mi album.
– Poważnie? – Tanię to wyraźnie zabolało.
– Mnie też usunęli z Liceum Plastycznego – powiedział Piotruś. Nic złego nie zrobiłem, ale zwierzyłem się dyrektorowi, że nie wytrzymuję codziennego oglądania pięknych dziewcząt w klasie. Radził mi się zwolnić, co uczyniłem.
Na drodze pojawiła się grupka plenerowiczów trzymająca beczkowe wino w kubkach i wchłonęła Piotrusia, a myśmy wróciły.
Tania postawiła na stoliku nocnym komórkę z ładowarką i różową golarkę do nóg kupioną we Francji.
– Owłosione nogi w Paryżu są nie do pomyślenia. Tylko w Polsce można zobaczyć kobiety włochate, mówiła Tania wyciągając z torby ogromną kosmetyczkę idąc z nią pod prysznic. Po powrocie zadzwoniła do Starego leżąc w łóżku i monotonnie z nim rozmawiała przez pół godziny.
– Opowiedz, dlaczego zdradziłaś kilka lat temu Starego z komisarzem pleneru Tadeuszem? – spytałam Tanię, kiedy zgasiłyśmy światło i leżałyśmy równolegle w łóżkach na przeciwko siebie.
– A skąd ty to wiesz? – Tania cedziła słowa, zastanawiając się, jak zareagować i to mielenie przeciwności było niemal słyszalne w ciszy nocnej.
– Sam mi to powiedział. Że wydawał mnóstwo pieniędzy na benzynę, wtedy była na kartki i musiał kupować na czarno, by do Ciebie jeździć przez pół Polski w stanie wojennym. – Ale bardzo żałował, że wróciłaś do Starego. Bardzo ciepło o Tobie mówił.
– A skąd wiesz, że opuściłam Starego? – dopytywała się Tania łagodniejszym tonem, a wieść o sympatii byłego kochanka wzmogła jej wzruszenie.
Renata mi opowiedziała. Przecież wszyscy o tym wiedzieli. Mówiła, że naopowiadał ci cuda o nowym domu, że przeniesiecie się do jego miasta, że specjalnie kupił dla was mieszkanie. I jak powiedziałaś o romansie staremu i definitywnie wyprowadziłaś się od niego do Tadeusza, okazało się, że to nie żadne mieszkanie, tylko małe pomieszczenie za zasłonką w mieszkaniu jego matki. Podobno widząc to, rzuciłaś się na niego z nożyczkami.
I Stary przyjął cię z powrotem.
– No wiesz – Tania nie zaprzeczyła – wiesz, jaki jest Stary. Tylko po bożemu, od zawsze jedna pozycja i już. Nie interesowało go wcale, co ja czuję, higieniczny stosunek przerywany, bo nigdy nie chciał mieć dzieci.
-Tak jak ten twój telefon przed chwilą do niego – zaśmiałam się na wspomnienie rozmowy Tani przez komórkę ze Starym.
– Ach, Tadeusz nauczył mnie wszystkich perwersji, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Miał fabrykę rzemiosła artystycznego i wydawało się, że ma kupę forsy. Wynajmowaliśmy pokoje hotelowe, to były piękne czasy, ale się skończyły. A Stary wiesz, po upadku komuny tylko pił, zapijał się na śmierć, dzięki tylko mojej opiece wyszedł z tego i przeżył. Ja miałam już wszystkiego dość.
– A ty, żyłaś z Robertem?
– Nie, nie żyłam. – odpowiedziałam ulegając tej nocy zwierzeń, która nas niespodziewanie zbliżyła.
– A to szkoda – odpowiedziała i zastanowiła się nad następnym pytaniem.
– A wiesz, z jakiego wspaniałego obrazu cię najbardziej zapamiętałam ze studiów? – powiedziała rozbawiona.
– Z jakiego? – szukałam w pamięci, jaki obraz olejny może Tania mieć na uwadze.
– Jak mieszkałyśmy wspólnie u Pijaka Intelektualisty i stoisz przy gazie, i robisz ryż z jajkami! Nie wiedziałam, że jajecznica z ryżem jest taka dobra! – zachichotała.
– Ach, myślałam, że masz na myśli mój obraz – powiedziałam ze smutkiem i obróciłam się do ściany.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Tania Rozdział III.

Wszyscy plenerowicze, którzy przyjechali na plener samochodami zobligowani byli zabierać i zawieźć tych, którzy ich nie mieli na wyjątkowo uroczysty obiad powitalny do miasteczka. I tak kawalkada trzydziestu samochodów wjechała na obszerny, pusty dziedziniec willi przerobionej na lokal gastronomiczny. Janusz, najgorliwszy plenerowicz, który nie opuścił ani jednego plenerowego roku, wieloletni prezes regionalnego oddziału ZPAP w swoim miasteczku rodzinnym niósł oprawiony w antyramę własny rysunek wielkości brystolu, przestawiający jak zwykle w jego twórczości sterczące dwa pośladki kobiece z równoczesnym pokazaniem owłosienia modelki, która była na pewno pierwotnie gwiazdą porno. Nie wiadomo, jak długo właściciele restauracji trzymali na głównej ścianie metrowej wielkości realistycznie rysowane ołówkiem 5H zamaskowane części kobiecego ciała, bo w plenerowych atrakcjach, pobyt w tym miejscu planowany był jednorazowo. W każdym razie wśród oklasków i życzliwości, autor sam wspiął się na drabinę i dokonał uroczystego zawieszenia. Wniesiono kieliszki z winem i po mowie Wojtka i wypiciu toastów wniesiono wazy z zupą. Zsunięte, jak na weselu wszystkie stoliki i zamknięcie lokalu tylko dla nas przypomniało mi zaraz plener malarski w Darłówku organizowany dla całego wydziału grafiki, malarstwa i rzeźby, po którym dopiero wybierano studentów do odpowiednich specjalizacji i pracowni.
Tania siedziała na przeciwko mnie w bardzo dobrym nastroju. Po martwocie jej twarzy, która uderzyła mnie podczas wernisażu Starego, nie było już śladu. Wino ją zaróżowiło i poczuła się jak u siebie w domu, czyli u artystów.
– Wiesz, po śmierci Roberta wysłałam listy do wszystkich i nikt nie napisał, co się stało. To, że powiesił się w mieszkaniu dowiedziałam się zupełnie od innych ludzi. Napisałam nawet do Moskównej, też nic mi o swoim mężu nie napisała. Miałam jej adres od Manolli, ona od Edyty, ale to był adres nie wrocławski, tylko z jakiegoś miasteczka na Dolnym Śląsku. Wysłałam polecony, nie wrócił, więc dostała. Zenka tak, odpisała, że nic nie wie, podobnie Jurek. Wieśka nie odpisała. Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało.
– Po dyplomie Robertowi kupili mieszkanie rodzice we Wrocławiu i po ślubie z Moskówną tam zamieszkali. Robert był bardzo aktywny, brał udział w wystawach ogólnopolskich, nie mam pojęcia, dlaczego – Tania wlała sobie niewielką ilość zupy do talerza i się zamyśliła.
– A dlaczego zmarł Nasz Pan? Mogłabyś mi to opowiedzieć? Przecież tylko Ty wiedziałaś, o co poszło, nas zupełnie wykluczono z jego prywatności. Dowiedzieliśmy się po kilkutygodniowym leczeniu szpitalnym, że zmarł, pamiętasz jak na korytarzu Jasza podszedł do nas i powiedział: – Rektor prosił, to znaczy… Jutro o piątej jest autokar do Zakopanego, pogrzeb będzie o drugiej tak, rano tak, jutro jest pogrzeb i Rektor prosił, żeby ewentualnie nasza pracownia… no, oczywiście, kto chce… Tylko prosiłbym o listę uczestników tak, jak najwcześniej, tak przed drugą. I wtedy Robert odezwał się cynicznie: – Ja proponuję zrobić tak. Wywiesić listę chętnych na pogrzeb nie pisząc gdzie się ma odbyć. Zobaczymy, kto by się zgłosił. A ty na to: Robert, co ty pleciesz!
A Cerata: – Jadę. Wiesz, nigdy nie byłam w Zakopanem. We wszystkich miastach całej polski tylko nie w Zakopanem. I w Szczecinie. Zenka: – Tak, wiem. No, nie będzie mnie na liście. Wątpię, bo wczoraj rozmawiałyśmy z Wieśką na ten temat. No, mówiłam, że właściwie wolałabym nie być na pogrzebie. Wieśka: – Dla mnie stara też. Nie wtedy, gdy wszyscy byli pewni że Pan Umarł, i czekali na wiadomość ze szpitala czy przeżył wylew, ale na drugi dzień, jak wy jechaliście, prawie wszyscy wyjechali z Darłówka, a ja byłam taka sama, i wtedy przyszedł Jurek, od rana siedziałam sama i tak myślałam, i przyszedł Jurek. A, wiesz, mówił mi Jurek żebym z nim jechała do Zakopca, a ja nie mogłam, bo wiesz mama chora musiałam do domu. I teraz się spotkamy.
Na korytarzu pamiętam, przyplątała się dyplomantka: – Kto? Który? Ten gruby, wysoki? Gdzie? Kiedy? Coś podobnego!? Acha…Tak? Lista?! I, można się jeszcze zapisać?…
I wyszła z pracowni modelka: – To jutro… O piątej?! Jak to, kilka autokarów, jeden autokar?..
A Tereza do ciebie: – To co, pożyczysz mi te spodnie. Nie, no wiesz, chodzi o odpowiedni kolor…
Zaczęto wnosić ogromne półmiski z najróżniejszym jadłem, bo wiadomo, każdy jada co innego i na coś jest zawsze uczulony. Plenerowicze zaczęli wesoło rozmawiać ze swoimi sąsiadami, których zazwyczaj znali i których dawno nie widzieli, Pod wpływem pierwszorzędnego jadła, natychmiast wyjętych papierosów i zapełnianych kieliszków w sali, której patronował akt kobiecy Janusza, robiło się coraz weselej.
Tanią wstrząsnęło to moje drobiazgowe przypomnienie śmierci naszego studenckiego wykładowcy, opiekuna pierwszego roku i w jej oczach pokazały się łzy.
– Ty to tak wszystko pamiętasz… Nikt nie wie, ile z Terezą wycierpiałyśmy. Przecież pod koniec był tak chory, że musiałyśmy z Terezą go ubierać, myć, obcinać paznokcie… I był na dodatek taki niewdzięczny, opryskliwy… Potem mnie przepraszał, błagał, ale mi było tak przykro…
– Ale co się właściwie stało, opowiedz, wreszcie po latach trzeba coś wiedzieć. Wiesz, ciebie na plenerze nie było, mieszkałaś z Terezą w dwuosobowym pokoju, każdy z nas marzył o takich warunkach do malowania. Pan był apodyktyczny i trudny, ale w sumie go lubiłam. Nie wiedziałam, że był chory, nikt z nas nie wiedział. Pamiętam, jak stał przy kutrze z zaprzyjaźnionym kapitanem w białym garniturze, był niesłychanie elegancki, na te siermiężne czasy początku lat siedemdziesiątych to jakiś relikt międzywojnia. I czemu nie miał żony? Molestował ciebie, żyłaś z nim?
– Ależ skąd. Nie dostałam się na studia po liceum plastycznym za pierwszym razem i Stary załatwił mi właśnie u niego, swojego byłego profesora lekcje przygotowawcze. Dzięki niemu chodziłam na jego zajęcia, na tzw. rok zerowy. Więc jakoś znałam go dłużej i bardzo dużo mu zawdzięczam. Nauczył mnie malować. I potem pomagałam mu w organizowaniu grupy na roku.
– Tak, przez cały rok byłaś jego prawą ręką. Ale nie wiedziałam, że musiałaś go jeszcze podcierać.
– On był podobno w AK, zniszczony psychicznie wojną i to, że nie miał żony to jakaś miłość zawiedziona… Nigdy się mi nie zwierzał, ale wymagał ode mnie opieki.
– Jak obserwowałam, robiłaś to bardzo chętnie. Ale żeby cały plener zepsuć sobie taką rolą! Pił?
– Tak, chyba był alkoholikiem, co ukrywał. I serce nie wytrzymało już po sześćdziesiątce.
– Ukrywał? Dla nas zakończenie pleneru to były przede wszystkim wyrzuty sumienia. Pamiętasz, taki jak tutaj dzisiaj stół z białym obrusem. W środku ogromny półmisek z sałatką jarzynową z majonezowym napisem: ŻEGNAMY, WITAMY W PRZYSZŁYM ROKU”. I zasiadamy w porze kolacji, jesteśmy spakowani, jutro wracamy do domów, czekamy na Pana. A Pan nie przychodzi. Mijają godziny i Pan nie przychodzi. I rzucamy się wygłodniali na tę sałatkę, niszczymy pracowity napis i wzór z jajek, nalewamy sobie kieliszki z oszronionych, przydziałowych butelek, których wreszcie nie musimy kupować. Kiedy na stole jest już tylko pobojowisko, wkracza odświętnie ubrany, wyczesany i odświeżony Pan w asyście Twojej i Terezy. Widzi, że nie poczekaliśmy na niego z kolacją, że zachowaliśmy się jak ostatnie świnie, i pada twarzą w pusty talerz z wielkim, zwierzęcym rykiem. Talerz usuwa się, Pan zsuwa się też z krzesła, na które posadziłyście go i leży na ziemi. Wszyscy rzucają się, by go z powrotem wsadzić na krzesło, obsługa dzwoni po pogotowie. A my w szoku, ze świadomością, że zabiliśmy Pana. I mamy tę świadomość do dzisiaj, bo nikt nam nie powiedział, że jest ciężko chory na serce.
– Te sztormy morskie pewnie skróciły jego życie. Ale fakt, jak to zobaczył w sali, to był wkurwiony. Opóźnienie było spowodowane właśnie jego atakiem serca. Wiedział, że czekacie, ale nie mógł zejść. Robiłyśmy z Terezą wszystko, by potrafił iść, zimne okłady, lekarstwa, trwało to długo zanim doszedł do siebie, być może, jakbyście tej kolacji nie zjedli…
Kelnerzy wnieśli ogromne puchary lodów i kawę. Do nas przysunęli krzesła Marian i Piotruś, a ja pogrążyłam się we wspomnieniach. Wracam do tego września nad Bałtykiem jakby to było niedawno. I też plener, mój pierwszy w życiu plener malarski.

Darłówko, wieczór, leżę w łóżku, oni grają w kości, drażni mnie, niebezpiecznie drażni, niebezpiecznie, że mnie drażni, głupstwa, bo cóż mają robić. Tak leje…
Wszyscy czule przywitaliśmy się, bardzo ładnie wyglądało, jak się po kolei ktoś pokazywał witany. Pan też bardzo miły, ale to wszystko nie tak.
Byłyśmy z Iwonką u Tani, mieszka pod pokojem chłopców z Terezą obok pokoju Pana. I na powitalnej kolacji z Panem i asystentem Jaszą piłam wodę sodową i udało mi się wykręcić od wódki. Trzeba będzie chyba przerwać udzielanie się towarzyskie, bo dzisiaj zapowiada się nowy wieczór, towarzystwo się nudzi.
Mieszkam z Wieśką, Małgosią, Iwonka przyjechała później i spała ze mną, bo nie wstawili jeszcze łóżka. Iwonka zadowolona ze wszystkiego, z życia i wczasów w Sarbinowie z rodzicami.
Darłówko jest śliczne, wygląda jak Wenecja, bo kanał jak ulica, po której pływają statki, słońce jest na samym końcu molo jak zachodzi. Most taki jak w Arles z obrazów Van Gogha.
Poszłam na molo, wyszedł z krzaków jakiś biedny żołnierz i spytał, czy nie widziałam patrolu i poszłam poszukać patrolu, przeprowadziłam go bezpiecznie. Był podpity i nie mogłam się od niego uwolnić.
Wieczorem dojechała spóźniona Manolla, dopiero dzisiaj, dostałam mdłości przy jej pierwszych relacjach z Bułgarii, chyba to odebrała, chciałam być przyjemna, ale automatycznie się odsuwam, milknę, Wczoraj pytał Jasza, czy ma dodać Manollę do naszego pokoju, powiedziałam, że chyba należą mi się jakieś wakacje, śmiał się.
Manolla nie dała mi spokoju, opowiadała, puściła Bułgara kantem, wynajęła pokój, a on się dowiadywał, czy nie przyjmuje mężczyzn, groził milicją właścicielom domu, jak tak będzie i takie głupstwa, które mnie tylko zdenerwowały.
Potem poszłam na molo trochę po niej ochłonąć i zobaczyłam Pana wymykającego się z fajną babką. Ładną, szczupłą i ubraną na fioletowo.
Nazajutrz wszyscy zabierają się za malowanie. Nic nikomu jak zwykle nie wychodzi, Halinka zaczęła drapieżne malowanie fal, Sławek podzieli port na dziesięć części, coś gdzieś zaznaczył i się opala robiąc od czasu do czasu złośliwe uwagi. Sławek w życiu nie namalował nic z natury, robić tego nie będzie – przyjdzie do pokoju, położy plamy to tu, to tam, i będzie wszystko grało. Wszyscy jęczą, że nic nie wychodzi, że duża przerwa, Jasza mówi, żeby się nie martwić, że tak jest zwykle z pierwszymi dniami. Namalowałam cztery szkice, nie mam do nich określonego stosunku, ale malowanie w Przemyślu mi pomogło. Trzeba mieć dziennie wybranych pięć szkiców i tyle więcej, żeby było z nich je wybrać. Ma być codziennie korekta, ale wątpię, czy ich aż tak to obchodzi.
Dałam im Bunga do czytania na wieczór, żeby się czymś zajęli, teraz czytają na głos Witkacego i jest spokój.
Wszedł Jasza pijany na wesoło i przerwał czytanie Bunga, namawiają go do śpiewania „jesiennego liścia” i tak jest w kółko.
Jestem zatkana tymi tęsknotami, obrazami, ze snów, niepokojami… poszłam rysować rybaków nad morze, wygląda to trochę sztucznie, i patetycznie, ale naprawdę nie mam gdzie się podziać, żeby być sama. Skrywam się w moim pisaniu, dziewczyny się śmieją ze mnie, że piszę i piszę i że zamiast „Bunga” to będzie lecieć moja powieść w odcinkach, ale ja się przecież ciągle zabieram do pisania, ciągle ktoś wchodzi, przerywa. Znowu zjawili się nowi „przyjaciele domu”, dwaj chłopcy z pierwszego roku, którzy się właśnie dostali do naszej szkoły i przychodzą popatrzeć. Wczoraj przynieśli węgorza, jak ja już się kładłam spać i położyłam się zupełnie zasnęłam w trakcie kuriozalnych rozmów i gestów, stosownych przy „jedzeniu” węgorza. Powiedziałam, że mnie głowa boli, bo nie mogłam ich słuchać, mówili wyjątkowo nieciekawie i nudno. Zadaje się, że powoli wyłączę się ze wszystkiego i będę sama jak palec, a to mnie przeraża. A z drugiej strony, męczy mnie to unikanie w połączeniu z moja wrodzoną grzecznością.
Tak szumi i jest wyjątkowo szaro, Darłówek działa na mnie tą szarością w miły sposób. Tak jest, gdy Darłówek oddalony jest o dwa kilometry widać tylko latarnię morską za mgłą. Może dlatego, że się zbyt wieloma rzeczami zachwycam w tym Darłówku, właśnie tymi szarościami, zielonościami, niebieskościami, na których ni stąd, ni zowąd wyłaniają się przenikliwe, kolorowe światełka, iskierki kutrów. I właśnie jest to coś, co zaczyna mnie fascynować, te małe skrawki koloru na tle tak olbrzymiej szarości. Szłam po plaży i na piasku, który także barwy żółtej szarości leżał niesamowicie czerwony owoc głogu, a potem zakrętka od dżemu niesamowicie niebieska, ale tego nigdy nie namaluje, bo się nie da.
Szukam kawałka drzewa na rzeźbę Wenus, ale tu są tylko skrzynie, kawałki beczek, i różnorodne zagraniczne, kolorowe folie.
Wstaliśmy o piątej rano i trzeba było wszystkie godziny na plaży odrobić, w rezultacie Jasza mnie pochwalił i przyjął wszystkie szkice, przyjmował ludziom po dwa, trzy. Ale robiłam je bez przekonania, tak, że nie zadawala mnie to, chcę teraz ciągle malować, a tu nie można, w naszym pokoju ruch nieustanny, na dworze zimno.
Wczoraj Jurek miał urodziny, jak zwykle było pijaństwo i poprosili Jaszę, męczę się bardzo bardziej nie pijąc, bo przykro było na to wszystko patrzeć po trzeźwemu, posmutniałam, Jasza mówi, że kłopoty tylko zapić, wypiłam trzy literatki i posmutniałam jeszcze bardziej, było mi niedobrze mi, a w głowie nawet się nie zakręciło. Sławek wyśpiewał cały repertuar Demarczyk, a potem zaczęła się wielogodzinna dyskusja o sztuce, do której się nawet włączyłam, bo przeszła na poezję. Iwonka upiła się na samym wstępie, takie pijackie odczuwanie zdziwienia z różnicy miedzy sobą, a otoczeniem bawiło ją na wstępie, a w drugiej fazie denerwowało, mówiła w rozkoszny sposób same złośliwości, ale tak ładnie. Robertowi nie pozwoliła siadać koło mnie, a ponieważ też był podpity, wiec bardzo się pokłócili. Dzisiaj rano nawet weselej, niż wczoraj, zdziwienie, że każdy w swoim łóżku, chłopcy poszli sobie o pierwszej. Iwonka zdziwiona, że obudziła się naga, rozbierałyśmy ją z Małgosią w nocy, bo zasnęła po wymiotowaniu w swoim całym wielowarstwowym stroju.
Iwonka przywiozła aparat fotograficzny i robimy zdjęcia – dajemy film do Darłowa, Iwonka robiła dziewczynom zdjęcia w łóżkach, na samym kraju Małgosia, potem Wieśka, a jeszcze dalej Zenka.
Byłam w bibliotece w Darłowie i wypożyczałam tylko „Zbrodnię i karę”.
W związku z pogodą do naszego pokoju zeszli się ci i owi, ustaliliśmy, że nasz pokój to klub, Jurek przyniósł małą drukarenkę i wydrukował karty wstępu i legitymację z funkcjami, a ja rzeźbiłam Wenus. On poszedł po „połóweczkę”, ale to nic nie pomogło, pogadali o sztuce, Wieśka z Jurą zasnęli na łóżku, a reszta siedziała nieruchomo i potem poszła. Tak na trzeźwo oglądać to się serce kraje, jeszcze na zakończenie wszystkiego poszłam o 5 kąpać się i prać, a potem suszyłam włosy przy Zbrodni i karze, albo odwrotnie, czytałam Zbrodnię i karę przy suszeniu włosów. Tak czy owak przejęłam się śmiercią staruszki od siekiery, mimo że staruszka była zła, a morderca dobry. Ale Idiota bardziej mi się podobał. Może rozkręci się, a może zbyt dalekie problemy żeby mnie tak fascynowały
Wczoraj poszłyśmy z Iwonką do Moskównej, Moskówna poprzedziła umiejętnie wróżbę półgodzinnym występem, jak to ona komuś i że naprawdę tak było, i że dzisiaj specjalny dzień, i że czuje się w sobie, i że pewnie tak będzie, i takie różne historyjki. Wróżyła mi pół godziny, i rzeczywiście można było uwierzyć. Ale niedobrze, oj niedobrze. Wywróżyła mi wszystkie możliwie kombinacje życiowe łącznie ze śmiercią „bliskiej osoby” ciemny blondyn i takie przerażające rzeczy i taki różne „berbeluchy” jak mawia Jurek.
Wczoraj w nocy pisałam Małgosi 30 zaproszeń na ślub brata, bo Małgosie niestety pisać nie umie, a brata kocha, powtarzała tam tekst 30 razy długi i długo w noc mechanicznie, przypomniało mi się pisanie kartek o elektrowniach, ale to nie to, ten pokój, ta mała lampka, śpiące dziewczyny, Mirosława i Marian wraz z rodzicami na czerwono, reszta na czarno, w którym kościele i kiedy, że zapraszają, może tekst ni stąd ni zowąd.
Pojechaliśmy, wybrani, jako delegacja plenerowa przez Jurka, który wybrał nas proszony przez Jaszę autobusem korzystając z chwilowej pogody do Sławna. Tania była oburzona, że nie została wybrana, nawymyślała nam, a ja chętnie bym jej odstąpiła miejsce, ale już nic nie dało się zrobić. Po imprezie ze spotkaniem z młodzieżą socjalistyczną w jakiejś sali, gdzie Sławek publicznie przyznał się, że nie potrafi rysować, co było prawdą, ale co nie spodobało się Jaszy, urwałam się na samotną przechadzkę. Ze Sławna pamiętam latawiec na długim sznurku, zaczęła się pogoda, był srebrny z małym chłopczykiem na końcu. Było dużo czasu, bo towarzystwo poszło na piwo do jakiejś knajpy i poszłam taką polną ścieżką, oświeconą ze wszystkich stron – z lewej pordzewiałymi wagonami, z prawej masą łupek z arbuzów i resztkami czerwonego miąższu. Tak, jakby wszyscy mieszkańcy Sławna trudzili się jedzeniem arbuzów. Szukałam jakiś kwiatów wśród tego śmiecia, znalazłam kilka pieczarek. Potem była para przeżywająca jakiś dramat, ona blondynka, odwrócona tyłem. Doszłam do bramy jak w zabytkowym pałacu, ale bez ogrodzenia, i za tą bramą były śliczne kwiaty i chciałam je zerwać, ale wyszedł przed bramę bardzo spokojnie i stanowczo mały człowieczek w garniturze. W białej koszuli, cały spłaszczony, przysadzisty, gruby. Wyglądał na właściciela tego, co za bramą, wielkiego koncernu. Roger ze Sławna.
Upiorny wieczór po powrocie, kupili mi w Sławnie czerwone wino, którego nie mogłam wypić, miałam zły humor, słuchałam niesamowitych dyskusji Jurka z Robertem, potem jego wyznań, patrzyłam jak pije coraz więcej, oraz mniej również tego, co wypowiada. Po obejrzeniu moich szkiców z błękitnym morzem doszedł do wniosku, że to są takie ładniejsze dekoracje, pokiwał ze zrozumieniem głową, i uśmiechając się czarownie kazał sobie powiedzieć czy wezmę z nim ślub na oczach wszystkich. Iwonka oburzyła się, zaczęła krzyczeć, że Ewa ma Mareczka. Wyszłam z nim, bo dla mnie pierwszy akt to było za dużo i miałam dość całego teatru. Dużo opowiadał i chyba bardzo cierpiał. Zaraz po moim wyjściu zasnął. Na dole złapała mnie Iwonka jak dobra matka i powiedziała masz Marka i już. Tak jakby się odbywały jakieś targi, a tu o nic nie chodziło. Nie było mowy o wyborze, ale o cierpieniu.
Rano siedziałam sama w latarni morskiej na samej górze, przyszedł mężczyzna koło pięćdziesiątki w towarzystwie pijanych kumpli i zwalił się obok mnie zaczynając „ścieśnij się stara”. Odsunęłam się nie patrząc ani na nich, ani w ich stronę, mimo że siedział tuż tuż. Nagle odprawił kumpli i zaczął skwapliwie dyskusje filozoficzne. Nie chciał się niczego dowiedzieć o mnie. Powiedział, że nie chce nic wiedzieć i widzieć mojej twarzy. Jak siedziałam, miałam zasłoniętą twarz włosami. Zadał mi dwadzieścia pytań ulubiony pisarz, film, no taki chyba test na inteligencję, ale to wszystko preteksty, chciał takich spotkań ze mną siedzeń na brzegu morza, a on przychodzi z tyłu żeby mnie nie widzieć, a ja jego i zaczynamy sobie rozmowę. Zaaranżował takie kolejne spotkanie, na które nie poszłam i tak jak to określił Witkacy nie jestem prostytutką duchową, a poza tym mam ich za dużo w pokoju, i jeszcze jeden na zewnątrz. A ja szukam bezskutecznie samotności.
Pada, pada, pada i jest nastrój wilgotny tęskny, przecieka przez niedomykające się okna. Dali fioletowe koce, nic nie pomaga, bo tak wilgotno zimno, a za to tak niepokojąco w pokoju, ciężki fiolet, poważny drażniący. Wróciłam od Jaszy i próbuję sobie przypomnieć, o czym rozmawialiśmy, szło nam to niesporo, on mówił, że czytuje „Amerykę”, a ja, że „Zbrodnię i karę” od czasu do czasu, ale nie często, bo okna w pokoju 23 ciekną i muszę je uszczelniać, ale że tak naprawdę to nie, że on nam dał zły pokój, że nie winny pokój, ale wybitna towarzyskość pokoju 23. Jurek chce ze mną robić wielką sztukę, przez wielkie „W”, czyli Wenus, a nie przez wielkie „S”. Postanowiliśmy patrzeć codziennie na fale, liczyć je i pisać na wielkim arkuszu fala, fala, fala – odstępy w zależności od kształtu i wielkości – dzisiaj 14 takie krótkie. Więc i odstępy krótkie. Mamy to robić też z mewami, „wszystkie mewy w całym Darłówku” ponaklejać z czarnego papieru w rządku na brystolu i tak podpisać. Oczywiście on jest zbyt leniwy na realizację, a ja zbyt mało przekonana, co do wagi tych pomysłów (on się zapalił).
Rano poszłam na pocztę do Darłowa i spotkałam tam Ceratę, która wysyłała pocztówkę. Cerata, ta, co nie wiedziała, kto to jest Szwejk na poczcie w czasie pisania listu spytała mnie, jak się pisze wujek
Jesteśmy po przeprowadzce do nowego pokoju, dziewczyny śpią, tylko Zenka coś na korytarzu maluje. Robert zaczął dzień piciem z Jaszą, i Jurkiem, teraz już chyba nie mają pieniędzy, zresztą nic nie wiadomo, pili wtedy, kiedy wódki nie można było dostać w niedzielę.
Miałam przegląd, następna pochwała, Jasza zadowolony ze mnie, a do mnie to nie dociera. Przyjął mi szesnaście szkiców, to jest bardzo dużo, podobały mu się takie nietypowe kompozycje „zobaczone inaczej”. Przestało padać, lać, cały pokój pobrudzony farbami, w poprzednim musieliśmy prać dywan i firanki, tak był zabrudzony. Wstałam o piątej i jestem mało przytomna, teraz bardzo pracujemy, bo dni są takie krótkie, tak, że trzeba wykorzystywać każdą chwilę światła, oprawiać na wystawę. Jasza przyszedł się skarżyć na swoje problemy pedagogiczne, siedział długo, do pierwszej, ja dzisiaj miałam przegląd, teraz już po dwadzieścia szkiców mi wybrał, trzeba zabrać się do oleju, jeden jest taki, drugi strasznie przemęczony, chcę sobie tu zrobić blejtram, dostałam od Krystyny listewki i płótno, zobaczymy, jak to będzie. W niedzielę jest obiecujący przegląd, o zaliczeniu i wynikach tak, że wszyscy pracują jak wariaci, jaka ja jestem śpiąca, jaka śpiąca. Przed chwilą Jurek wrócił od fioletowej, pytany, kto, on mówi, że powoli się rozgrzewa i się śmiał, my się śmiejemy fioletowa uśmiecha się do wszystkich dziewcząt, a dzisiaj puściła nam piękne melodie, że na korytarzu wszyscy potańczyli, a ja zbierałam szkice dla Jaszy i tak się wywiązała rozmowa pseudo istotna. A teraz pokazał nam Jurek 50 zł i mówi, że przechodzą z Jaszą na gatunkową, a teraz jest składka, oj pić chyba będę. Pytał jeszcze czemu jestem taka smutna, powiedziałam, że mam taki układ twarzy. Z piciem dzień się kończy, nie ma gdzie iść i będę siedzieć nieruchomo i pić albo nie pić już w ogóle nikt nie ma pieniędzy. Zrobiłam dla Iwonki Wenus w pudełku od zapałek z morszczynu, z takiej rośliny z pęcherzykami – ma takie niesamowicie wybujałe kształty. Mówią, że to dziwa, no tak sobie mówią, ja mówię, że to dziewica i wiem najlepiej, bo ją zrobiłam, a oni nic, tylko także dziewica to była.
Wróciłam z plaży, jest pogoda sztormowa, strasznie wiało, było ponuro i co trzy metry leżały jedna po drugiej sztywne mewy w różnych pozach, tak makabryczny widok.
Wczoraj wieczorem poszłam robić szkice, bo już dwa dni nic nie mogę robić, a Panu chodzi o szkice czarno białe. Już się ściemniało, spotkałam małego Ryśka, który przyniósł nam kiedyś do pokoju żelazko i nic nie mówi, chodzi do trzeciej klasy, piegowaty, z białymi włoskami i strasznie nieśmiały. Zawsze ogląda, jak malujemy, często nosi na plecach swojego rocznego braciszka. Namawiałam Ryśka żeby ze mną pomalował – bardzo ładnie mu to wychodziło. Kuter na samym dole, a w tle dwa rzędy takich jednakowych drzewek, a ponieważ to był wieczór, niedziela, przyszło dużo przechodniów, a potem chmara dzieci, takich okrutnych dzieci – chyba braci Ryśka, zmuszali go do pójścia do domu, potem go zbili, rzucili malunek do wody. Rysiek płakał i tak. Potem pozowała mi dziewczynka, którą nazywają pyzą i ciągle mówili ten wierszyk „ja pyzę na łyzę, a pyza jak skoczy” to tylko sprawiło, że mogłam z nimi wytrzymać, bo obok tego mówili tak potworne wierszyki, że włosy dęba stawały.
Ponieważ wczoraj był jakiś strasznie ciekawy mecz, to i te tańce i swawole się nie udały. Ja leżałam w łóżku i czytałam sobie Zbrodnię i karę, ale o dziesiątej przynieśli magnetofon do naszego pokoju. Magnetofon pożyczony jest podobno od fioletowej, z którą najpierw Pan, a potem różni panowie do niej chodzili i najprawdopodobniej fioletowa zarabia tak pieniądze. A więc melodie były tak słodkie, roztkliwiające…
Dziewiąta wieczór następnego dnia, leje, Jurek oglądał moje obrazki – mówił, że przed namalowaniem były świetne, to tym pomalowaniem wszystko popsułam. I tak wszystkie dzisiaj jęczą, że mnie nie wychodzi, bo rzeczywiście nic mi nie wychodzi, po wczorajszym dniu słońca leje, jest pochmurno i kompletnie nie czas na szkice, a tu już Jasza pierwszą partię posprawdzał i chyba jutro pójdziemy do przeglądu.
Jestem sama tak krótko po raz pierwszy dzisiaj, bo klub „W”, zrobił z naszego pokoju klubokawiarnię, teraz przenieśli nas do sąsiedniego budynku i działalność została przerwana. Lepiej malować, gdy się czuje taką chwilę, która nastąpi, jako wielką przyjemność. I wyobrażać, jak to będzie. Tak było dzisiaj przy malowaniu oleju – a potem Pan miał przegląd, potem jest bezpośrednio obiad. Muszę się spieszyć przed przyjściem dziewczyn pożegnalnej herbatki u chłopców w związku z likwidacją klubu, przed ich opowiedzeniem jak było. A poza tym przeczytałam ¾ Dostojewskiego, czyli że się rozczytałam, jest doskonała Zbrodnia i kara, po tych dialogach i monologach ręce mi opadają. Bo takie robienie z siebie maszyny intelektualnej też mam za złe. Odczuwałam to w czasie spotkania z Manollą w łazience, podczas latania na golasa ze swoją nową przyjaciółką Moskówną. Powiedziały mi, że kobieta najbardziej seksownie wygląda w butach i skarpetkach, a potem nie.
Towarzystwo było w podłym humorze, ze spuszczonymi głowami po kolacji Pan zmuszał nas do tańczenia – nikt nie zatańczył. W pokoju siedzieliśmy przy stole – jedno zdanie na pół godziny, wreszcie wszyscy zamilkli. W tej ciszy Jurek powiedział: sztorm będzie. Jak gdyby nigdy nic, a potem wszystko znowu ucichło. Gdy wyszli dziewczyny się rozgadały niesamowicie, jakby czekały aż wyjdą, żeby sobie nareszcie porozmawiać po ludzku. Robert nie był przy piciu, ale był przy milczeniu. Potem u nich w pokoju był też milczący, ale ja nigdzie iść nie chciałam, a potem mieli urodziny – za pożyczone pieniądze kupili wódkę, a dla Iwony czerwone wino, dobrze im się piło, powtórzyła się Iwonka, siedziała obok mnie, w chwili, gdy Robert zmienił miejsce, tak mu się narzucała. Iwonka miała swoje rozrachunki. Iwonka siedziała między nami, powiedziała, że siedzi między Wenus i Ropuchą. Przestali być na stopie koleżeńskiej. Iwonka wyrażała swoje oburzenie tak, jak się opieprza kogoś w tramwaju, komu ktoś nadepnął na nogę, wstałam i powiedziałam, że zostawiam Wenus i wyszłam, zawołali mnie, siedziałam na podłodze, piłam wino, ilość osób trzeźwych topniała. Wieśka z Jurkiem siedzieli na łóżku, przedtem jeszcze Jurek dyskutował o miłości ze mną i Robertem, rysowaliśmy krzywą miłości na podłodze. Jurek się rozstał ze swoją Mariolą w pierwszym momencie spadkowym, natychmiast, powiedział, że to konieczne, ja narysowałam tak, a Robert jakąś równoległą linię, a potem tańczyłam z Robertem. Robert był w dobrym nastroju, bo Pan go pochwalił go dzisiaj po raz pierwszy, po prostu dzisiaj poczuł, że wraca do równowagi. Na początku pleneru miał takie zachwianie, malował fatalnie, ale w porównaniu z jego możliwościami robił źle celowo. I powiedział, że to, co teraz robił to, dlatego, że mnie jeszcze kocha, ale tą miłością wychodzącą, skazaną na niepowodzenie. Moskówna wywróżyła mu żeby broń boże nie dopuścił do spotkania ze mną, że się wszystko dobrze skończy i już tak będzie, że wróżyła nam osobno w innych dniach i okolicznościach. Więc taki układ wesele i wielka miłość. Potańczyliśmy, ja jeszcze wypiłam, Robert gdzieś wyszedł. A ja poszłam nad morze, chyba godzinę leżałam na plaży. Przyszłam trzeźwa, była dopiero ósma, a towarzystwo już pewnie spało. Siedział Robert trzeźwy, pomilczeliśmy, pogadaliśmy o moim malowaniu, o mnie, poszedł na górę, a ja do łóżka spać. Obudziłam się o trzeciej, towarzystwo wytrzeźwiało, Jurek zaczął śpiewać, Wieśka chodziła wymiotować ze sześć razy w chodakach Iwonki. Okazało się, że Pan był u nas, ale Jasza nas uprzedził i Małgosia zdążyła posprzątać butelki i było wszystko w porządku. A to, dlatego taka rewizja, że Jackowi ktoś głowę rozbił i nie wiadomo, kto. Bo Jacek pijany – jest osobny pokój chłopców ograniczonych. Piją tam non stop, tak głupio przyprowadzają kelnerki i dziewczyny i to chyba przez to głowę Jackowi rozbili. Roztrząsali ten cały dzień, kto ile wypił, że zdradziłam, śmiali się porozumiewawczo, a ja nic nie odpowiadałam.
Idę na malarstwo. Nie wiem czy poziom ogółu się obniżył czy ja dostałam chwilowego natchnienia, ale wiem, teraz, o co chodzi „czuję kolor” jak tu mówią. Rozmawiałam z Panem i mówiłam, że się boję, śmiał się w ten sposób, jakbym to powiedziała przez kokieterię. Więc idę na malarstwo. Sprawy „duchowe” mnie wykańczają fizycznie, przestawiłam się zdecydowanie na malowanie, wczoraj namalowałam płótno i nie jestem kompletnie zadowolona, może się da coś zrobić – ale wykorzystuję każdą godzinę słońca, jest tak cudownie na świecie, tyle do namalowania.
Spacerowałam wczoraj po moście, było koło dziesiątej i woda czarna jak maź, taka galareta stojąca, trzęsąca się lekko, to była ta cisza przed dzisiejszą burzą, już ten moment właśnie, który był, tylko pijani na drodze, całe Darłówko pijane.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | 11 komentarzy

Lata siedemdziesiąte. Tania Rozdział II.

– Ewa – głos Wojtka w słuchawce był poirytowany.
– Ewa, jutro zaczyna się plener, tę panią, którą mi poleciłaś, zaprosiłem, ona nie przysłała potwierdzenia i w dalszym ciągu nie wiem, kiedy przyjedzie i czy przyjedzie. Dałem ją z tobą, wiesz, do tego dwuosobowego pokoju z ustępem wspólnym, będziecie go dzielić z Kowalskimi, takie małżeństwo z Rzeszowa, ale nie wiem, czy ona przyjedzie. Mam bardzo dużo chętnych, jak by zrezygnowała, to bym jeszcze dał kogoś na jej miejsce. Zadzwoń do niej i mi oddzwoń, czy przyjedzie i kiedy. Po tych, co pociągiem, to ja przyjadę na stację, niech powie, którym.
– Tania? – mówi Ewa! Dzwonił Wojtek, pyta się, czy jutro przyjedziesz i czy ma wyjechać po ciebie na stację.
W słuchawce milczenie, potem Tania mówi, że nie, że nie trzeba po nią wyjeżdżać. Mówię, że bez mojej wiedzy zakwaterował nas wspólnie, ale że to na miejscu można zawsze zmienić.
– Nie – mówi Tania, bardzo chcę z Tobą mieszkać!

Wojtek faktycznie przyjechał na stację po mnie dużym, nowym samochodem osobowym, w którym na tylnym siedzeniu siedziały jego dwie małe córeczki. Nosiłam dalej blejtramy z domu do pociągu w moim mieście, a tutaj na wsi mała stacyjka oddzielona była od baraków popeegierowskich niewielką odległością, dlatego fatyga Wojtka była według mnie nadmiarowa. Jednak miło było odczuć tę jego gospodarską gościnność, a świadomość, że jestem przynajmniej na czas pięciu minut jazdy, kimś ważnym i pożądanym bardzo mnie dowartościowała.
– Już jest ta twoja Tania. Przyjechała samochodem z Marianem. Nie wiem, dlaczego ciebie nie zabrali, musieli przecież przejeżdżać pod twoim domem.
– Ach, wiesz, ja tak lubię jeździć pociągami – skłamałam, bo zrobiło mi się nagle smutno i cały ten przepiękny wiejski pejzaż początku lata nagle zblakł i się spopielił.
– Masz rację, przyjechali jak śledzie, Marian nie ma klimatyzacji. A upał dzisiaj straszny.
Tania zdążyła już rozpakować torbę i pedantycznie poukładać ciuchy w szafie. Mimo, że Kowalskich na pewno nie było w łazience, bo każdy odgłos spuszczanej wody natychmiast byłby słyszalny, Tania przed naszym pójściem na obiad postanowiła umyć się w pokojowej umywalce. Po podmyciu pach zdjęła majtki i wkładając nogę do umywalki rozpoczęła staranne mycie krocza.
– Podobno byłaś chora, mówiła mi Teresa. Co ci było?
Leżałam zmęczona kilkunastogodzinną podróżą na łóżku i przypatrywałam się ogolonym nogom Tani, które w dalszym ciągu były zgrabne.
– Robiliśmy ze Starym wystawę do Kolonii i wiesz, dzień, noc, dzień noc. W takiej pozycji zgiętej, bo to były duże rysunki, a zaproszono nas na festiwal i musieliśmy zdążyć na otwarcie. I w pewnym momencie dostałam takiego szczękościsku – tu Tania odwróciła się w moją stronę trzymając w dalszym ciągu nogę w umywalce i wyszczerzyła zęby.
– I co?
– Stary sam pojechał. A ja do szpitala. Okazało się, że jest to choroba zwyrodnieniowa kręgosłupa. Trwało to kilka miesięcy, nim zaczęłam znowu chodzić. Potem pojechałam do sanatorium.
– To mogłaś od razu starać się o rentę – powiedziałam z rozmarzeniem. Renta była najskrytszą moją mrzonką całego życia i pragnęłam jej tak silnie, jak Stendhal, który uważał, że mu się renta do pisania od rządu francuskiego należy i nawet obrażony wyjechał z kraju zmieniając za karę Francuzom ojczyznę na Włochy.
– Coś ty. Jaką rentę? Natychmiast po przyjeździe ustawiono nas w szeregu i lekarka na dzień dobry powiedziała, że niech nikt tu się żadnej renty nie spodziewa. Że wyleczą nas wszystkich.
– To jak w Szwejku! – zaśmiałam się, bo rozśmieszył mnie ten wojskowy sposób leczenia Tani. Przypomniało mi się, jak to na Powszechnej Samoobronie, którą prowadził z nami pułkownik Kazimierz Przytocki dowiedzieliśmy się, że on też jest artystą. Pochwalił się nam na pierwszych zajęciach, że wydał właśnie książkę. W księgarniach były same takie książki, Wydawnictwo MON było potężnym, artystycznym koncernem wydawniczym i z zakupem tej właśnie pozycji Tania nie miała problemu, już na następnych zajęciach przyniosła pułkownikowi „W pancernym zwiadzie” z prośbą o dedykację. A z PS dostała piątkę.
– I co, wyleczyła?
– Wiesz, że tak? Nic mi już nie jest! Ale codziennie muszę robić takie ćwiczenia.
Tania podeszła do szafy i wyjęła z niej majtki z nogawkami do kolan i podkoszulek na szelkach. Trykot miał poprzeczne biało czarne paski i Tania wyglądała w tym jak z dowcipu o więźniach. Rozłożyła na podłodze ręcznik przybierając pozycję pornograficzną. W pozycji kolankowo-łokciowej wyginała cały czas rytmicznie grzbiet, co, jak objaśniała ćwicząc, jest prężeniem się grzbietu kota. Potem nadszedł czas na wypinanie pośladków i kiedy zziajana zakończyła swoje dzienne pensum, zapukał Piotruś i wszedł.
Piotruś pocałował mnie na powitanie, siadł przy stole i z zadumą popatrzył na podłogę. Tania wstała, przedstawiłam ją Piotrusiowi.
– To jest Piotruś, mój najlepszy plenerowy przyjaciel, a to jest Tania, moja przyjaciółka z roku. Nas tylko pięcioro było na malarstwie.
– To znasz pewnie Polę? To moja była narzeczona. Przygotowywałem ją na studia, bo ja już byłem po dyplomie w Poznaniu i dostałem pracę w Liceum Plastycznym w Zielonej Górze. W tym mieście, gdzie po rozwodzie rodziców Pola mieszkała z matką i siostrą. Już nawet omawiano nasz ślub, jej matka bardzo chciała tego małżeństwa.
A teraz mam polonistkę, nie z branży, która ma na dodatek przyjaciółkę, Mariannę Bocian i ja się nie liczę wobec ich poezji.
– Nic się nie martw, masz szczęście, że z nią nie jesteś, bo to była najgłupsza dziewczyna na naszych studiach! A jej ojca znam, w naszym mieście to sławny malarz – powiedziała Tania równocześnie analizując wszystkie części ciała Piotrusia.
Piotruś był o jakieś piętnaście lat od nas starszy, wyglądał jak ćwierć mężczyzny i w ubiegłym roku skarżył mi się, że żona mówi do niego dziadku i nie pozwala mu na wydawanie pieniędzy na ramki. Malował akwarele w stylu chińskim, zawężając tematy do przedstawień jedynie wody i chmur, taka abstrakcja miała zawsze powodzenie, ponieważ o nic w niej nie chodziło i nikomu nie przeszkadzała. Ze wszystkich plenerowych produkcji, które nieustanie wydzielały duchowe trucizny nawet jak były szczelnie zapakowane w bąbelkową folię, tylko obrazy Piotrusia oddychały, ale były za to nieobecne i nic nie mówiły.
Piotruś był sybarytą, malował tylko akwarele i tylko pięć minut jedną, by nie utraciły świeżości. Sprzedawał je bardzo drogo, gdyż cena zmieniała lotną wagę tych obrazów na cięższą, czyli więcej wartą, szczególnie, ze żona zabroniła mu wydawać pieniądze na ramki.
– Ewa, zrób mi kawę, bo na obiedzie chyba zasnę. Jechałem wczoraj przez całą Polskę 15 godzin. Wojtek pozwolił mi tu się przespać już wczoraj, ale jestem jeszcze nieprzytomny.
Podeszłam do plecaka i wyjęłam kawę z hipermarketu, grzałkę i szklanki. Piotruś widząc tak podłą kawę spytał, czy mam śmietankę, odpowiedziałam, że nie, że nie mam nawet cukru. Wstał i wrócił niosąc ze swojego pokoju kawę, cukier i śmietankę. Zapalił papierosa i czekał, aż pierwsza szklanka nabiegnie wrzątkiem.
– Wiecie, podobno nic nie kupują, żona też mi powiedziała, bym nie kupował ramek, bo nikt nic nie kupi, a ja je kupiłem, zrobiłem wystawę w filharmonii w holu i wszystko sprzedałem!
– A to gratuluję. To pewnie były tematy muzyczne – dodałam wiedząc, że Piotruś nie zaprzeczy.
– Tak, muzyczne – uśmiechnął się porozumiewawczo, a Tania słuchała i dziwiła się naszej komitywie. Jak odchodził, by przebrać się na obiad i jak usłyszała, że umawiam się z nim na poobiedni spacer, nie mogła się powstrzymać od kąśliwych uwag.
– Fajny, ale strasznie stary. Ile on może mieć lat? I zupełnie siwy. I ta Pola. Przecież to była zupełna idiotka.
– Ale sprytna idiotka. Zaraz jak tylko się dostała dzięki bezpłatnym korepetycjom zakochanego Piotrusia przeniosła uczucia na lidera ruchu konceptualnego, partyjnego już chyba przed studiami, bo miał też swoje lata jak na studia się dostał i zamieszkała z nim w dwuosobowym pokoju w akademiku. A wiesz przecież jak było na pierwszym roku – po pięć dziewczyn na jednej sali. Z obrazami, manelami. Koszmar. Prycze jak w Auszwic. Ale ładna była, nie zaprzeczysz.
Chciałam jeszcze wziąć prysznic przed obiadem, ale otwierając drzwi łazienki natrafiłam na siedzącego na sedesie Kowalskiego, który podsłuchując, nie mógł zamknąć drzwi na klucz, byśmy nie usłyszeli zgrzytu zamka.
Poszłam więc na obiad spocona po podróży, na dziedzińcu czekały na nas samochody, by nas zawieźć do miasteczka, do ekskluzywnej restauracji na uroczysty, powitalny obiad.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Otagowano , , , | 11 komentarzy

Lata siedemdziesiąte. Tania Rozdział I.

Kiedyś przyszła na skrzynkę mailową informacja z jednej ze śląskich galerii o wystawie męża mojej koleżanki ze studiów, zwanego przez nią Starym. Ponieważ Tania przyłączyła się do środowiska malarzy męża, który ukończył Akademię Sztuk Pięknych w roku jej matury, od otrzymania dyplomu zerwała wszelkie kontakty z naszym rokiem. Zadzwoniłam do niej z zapytaniem, czy będzie obecna i czy chce, bym na tym wernisażu była.

Jadąc na rowerze przejechałam przez ogródki działkowe i z dwoma bukietami – konwalii dla Starego, a niezapominajkami dla Tani – dotarłam po godzinie pedałowania pod wielką, miejską galerię. Już było ciemno, na parkingu stało dużo samochodów. Uwiązałam rower do latarni i weszłam dobrze spóźniona, po mowach powitalnych i wręczaniu kwiatów. Zaniosłam mu te konwalie, nie wiem nawet, czy sobie mnie przypomniał, czy udał, że zna, ale na fali fety, jaką mu tutaj urządzono, nie miało to żadnego znaczenia. Artysta wtedy, po wszystkich uciążliwych przygotowaniach, by zdążyć na czas, obrazy zawiesić i jeszcze znieść wszystkie komplementy, rytualne wpisy w katalogu, wypiciu alkoholu, zawsze jest w narkotycznym, przyjemnym napięciu dającym mu wreszcie pewność, że nie jest może genialny, ale na pewno znakomity, dlatego cały świat, jaki mu na ten moment raczył towarzyszyć, zlewa się w jedną, hołdującą mu magmę.
Tania stała gdzieś w odległej grupce rozgrzanych winem i narzuconą im okolicznościową rolą bawidamków mężczyzn i od początku bacznie obserwowała moje wejście udając, że mnie nie widzi i czekając, bym to ja do niej pierwsza podeszła. Wyglądała staro i szaro, mimo przyklejonego do twarzy uśmiechu, smutno i zazdrośnie. Omiotła dyskretnie taksującym wzrokiem moją sylwetkę, rozgrzaną rowerową jazdą twarz i wstępnie okazała obrazę i niezadowolenie.
– To na pamiątkę, byś pamiętała, że spałyśmy w jednym łóżku – pocałowałam ją bezceremonialnie i wręczyłam niezapominajki, które zaraz w jej rękach zrobiły się osobne i obce. Jej niechęć do mnie wzmogło jeszcze nagłe zainteresowanie mną stojącego wianuszka facetów, którym po kolei, nie przedstawiana przez Tanię, podawałam w geście powitalnym rękę z odwzajemnianym, entuzjastycznym uściskiem.
Chłód Tani i zazdrość o zawłaszczanie jej znajomych były tak nieprzyjemne, że szybko oddaliłam się pod pozorem oglądania obrazów, które okazały się podmalowanymi, wielkimi fotogramami przedstawiającymi spętane, gdzieniegdzie zamazane ecoliną sznurki, lub wyłaniające się z ciemności szczątkowe fragmenty zmasakrowanej twarzy.
W międzyczasie przyjechał Franek, którego też dawno nie widziałam i dołączył się jeszcze dyrektor galerii, który mnie nie wiadomo jak rozpoznał i przypomniał mi, że tutaj miałam przed laty wystawę indywidualną. Nie pamiętałam nawet, że to było tutaj, ponieważ galerię dokumentnie przebudowano, a ten otyły, łysy pan nie kojarzył mi się z żadną znaną mi osobą. Ale gawędząc wesoło o starych czasach, wymieniając nazwiska malarzy, których wszyscy znaliśmy, przyciągnęliśmy do kółka jeszcze kilku wernisażowych gości. Doszedł po chwili Marian z żoną, nieprzytomny mąż Tani, a na końcu Tania ze swoją świtą, która nie wytrzymała niepewności, o czym tak zapamiętale gadamy, czego z daleka nie słyszy.

Jednak widok Tani, mimo jej irytującego zachowania, nie był mi obojętny. Jak przystało na kobietę spod Znaku Ryb, budziła taką samą niechęć i irytację, jak sympatię i tkliwość.
Tania była w młodości urodziwa, jej niemal złączone brwi w pionowej kresce pod grzywką sygnalizowały kobietę namiętną i temperamentną, jednak tutaj, w cieniu męża, którego usiłowała bezskutecznie zdominować, wyglądała jakby trawiła ją nieuleczalna choroba i zrobiło mi się jej żal. Na dodatek wcześniej doszły do mnie opowieści od Teresy, która z nią na jakimś plenerze mieszkała, że długo chorowała. Raz widziałam ją w telewizji jako prezesa jednego z polskich okręgów ZPAP, dawała wywiad reporterce o organizowanej przez nich ogólnopolskiej wystawie „Kobieta w sztuce dzisiejszej”. Jej nazwisko było w katalogu kilku ogólnopolskich wystaw malarskich. Jednak nie jej osiągnięcia artystyczne mnie do niej przyciągały, ani jej społeczne sukcesy dzisiejsze. Była w pewnym sensie ucieleśnieniem nostalgii za minionymi czasami, które swoją obecnością firmowała. Patrząc na nią teraz, jak sztucznie się śmieje i z nonszalancją podnosi kieliszek wina do ust pojęłam, że żeby zrozumieć te czasy, trzeba było w jej sprzecznościach zrozumieć Tanię.
– Jedź z nami na plener – rzuciłam przez rozgadanych ludzi trącając równocześnie Mariana, by przed Tanią roztoczył jak najlepiej potrafił widoki na czekający nas plener malarski. Marian faktycznie jak nakręcony zaczął jej opisywać rozkład pokojów w zaadaptowanej przez gminę jakiejś popegeerowskiej budzie, skupiając się nie wiadomo dlaczego, na klozecie.
– Wiesz – rysował już w powietrzu nieskomplikowany plan parteru – tu jest jeden dwuosobowy pokój, tam drugi, też dwuosobowy, a w środku prysznic i kibel. I jak ktoś wchodzi, to musi zamknąć drzwi na klucz drzwi z obydwu pokojów, bo z tamtego można też wejść, bo wiesz, dwa pokoje na przeciw siebie, a w środku jeden kibel.          

– Wszystko załatwię, znam komisarza Wojtka, zaprosi Cię jak Cię zarekomenduję. Powiedz tylko, czy chcesz. W czerwcu.
Tania jeszcze zrobiła kilka niewidocznych ruchów, które nie uszły mojej uwadze, a mające na celu zakończenie wernisażu na wspólnej popijawie w domu Mariana, na którą nikt nie zamierzał mnie, ani Franka zaprosić.
Kiedy unikając niezręczności tych działań zaczęłam się żegnać z Tanią i jej mężem, stanęło na tym, że chce jechać i mam do komisarza w jej sprawie pisać. Mąż, zwany przez Tanię od zawsze Starym, nie wykazywał żadnego zainteresowania podrzędnym plenerem, pochłonięty planami przeniesienia wystawy do innego miasta, objęcia katedry na uczelni i nie miał na taką degradację społeczną już ochoty.
Stary i Tania jeździli na plenery, od kiedy pamiętam. Tania jeździła jeszcze jako studentka z mężem, już kilkuletnim absolwentem tej samej uczelni zawsze dając mi do zrozumienia, że są to imprezy wyłącznie dla artystów z najwyższej półki, ludzi umiejących doskonale malować i w nagrodę za ich wysokie umiejętności malarskie mieszkali zazwyczaj w zabytkowych pałacykach myśliwskich magnatów, których status podnoszono do obiektów wyższej użyteczności publicznej, jak internaty dla młodzieży uczącej się, domy starców, sierocińce czy PGR-owskie biura. Plenery anektowały te zazwyczaj przepięknie położone obiekty na trzy miesiące w okresie przerw wakacyjnych, by można było skusić najwięcej pracowników uczelni wyższych. Zapraszano też wielu urzędników ośrodków kultury z całej Polski, którzy zwalali się z rodzinami, dziećmi, często też starymi rodzicami, stanowiącymi milczący i nie przyznający się, kim są, stołówkowy tłum.
Ale plastyków nie zaniedbywano nigdy. Plastykom dawano, oprócz blejtramów i możliwości zakupu przynajmniej jednego obrazu, za który swobodnie mogła rodzina malarza przeżyć trzy miesiące, talensy. Talensy były marzeniem niedościgłym każdego studenta, który malował tylko przemyską „astrą”, albo farbami pochodzącymi z fabryki przedwojennego, krakowskiego „karmańskiego”. Zakłady te produkowały wprawdzie skuteczne, tanie, duże tuby farb olejnych zwane studyjnymi o tępych kolorach na bazie mielonej cegły i lampowej sadzy, ale to nigdy nie było to. Holenderskie talensy zawsze przez całe studia leżały u Tani przy sztaludze w profesjonalnej, drewnianej skrzyni, którymi w amoku atakowała wielkie płótna, wyciskając bez opamiętania, nie zakręcając ich więcej po wrzuceniu nonszalancko do kasety, cenne pasty na paletę, które nie wykorzystane schły tam zmieniając się po jakimś czasie w błoto.
Tania, jadąc pociągiem ze mną do Starego – ja jechałam tą samą trasą do swojego rodzinnego miasta – opowiadała z dumą o wszystkich kłótniach i wojnach, jakie stacza ciągle ze Starym zarzucającym jej, że brudzi mu farby, którymi wykonuje prace zlecane telefonicznie przez miejski Komitet PZPR.
– Mówię Staremu – weź se i kup osobne farby, bym mogła sobie do słoika z akrylem nawet rękę brudną, włożyć, co ci do tego!  I tak tych farb mamy na całe życie. Po każdym plenerze przywozimy po kilkadziesiąt tubek, bo dostaje i on, i ja dostaję! To są też moje farby! – wzburzała się jeszcze na samo przypomnienie tych domowych krzywd.
O akrylach nikt ze studentów nie mógł nawet marzyć. Były dwukrotnie droższe od olejnych, na przydziały i szybko zasychały, nawet nieotwierane zamieniały się w zastygłą, nadającą się do wyrzucenia bryłę. Ale sama świadomość ich nie posiadania wzbudzała żal, bo produkowane przez tę samą holenderską firmę zawierały olśniewające barwą i przezroczystością pigmenty.
Po studiach w złudnym przekonaniu, że wystarczy mieć dyplom, zaskoczona zauważyłam, że nikt mnie na ogólnopolskie plenery malarskie nie zaprasza.Informacje o nich były tajne, związki wysyłały na nich zazwyczaj swoich działaczy za działanie, a możliwość działania w związkach też było nagrodą. Nawet zaprzyjaźnieni ze mną ludzie ze środowiska mówili o tym niechętnie, albo już jak na nich byli, słali pocztówkę lub dopiero po powrocie z nich chwalili się, że dostąpili zaszczytu, że ich zaproszono, że byli. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych brak zainteresowania plenerami malarskimi, które powoli, oprócz jedzenia i spania zazwyczaj w pokoju z losowo dobraną osobą niczego nie proponowały więcej, bardziej je zdemokratyzowały. Okazałam się wtedy idealnym mięsem plenerowym. Za to, że byłam punktualna, nie grymasząca, zjawiająca się zawsze w dniu rozpoczęcia i wyjeżdżająca po wewnętrznym wernisażu własnym środkiem komunikacji, czyli pociągiem, mieszkająca z kim popadnie i nie roszcząca sobie pretensji do przywileju pokoju jednoosobowego, realizująca na zapłatę za plener trzy, albo i cztery obrazy które przysyłałam pocztą w żądanym terminie, byłam lubiana przez komisarzy plenerów i im wygodna.

Wyszłam z Frankiem w majową noc zabierając rower i odprowadzając go na przystanek tramwajowy. Wysłuchując niekończącej się krytyki obrazów Starego, którego Franek znał z licznych imprez artystycznych, ale przede wszystkim z plenerów malarskich, patrzyłam z daleka jak Stary z Tanią wsiadają do luksusowego samochodu i jak dosiada się do nich Marian z żoną. Żona Mariana potajemnie sprzedawała używane ciuchy zagraniczne po wszystkich targowiskach naszego regionu dzięki czemu mogła zarobić na twórczość malarską swojego męża i podtrzymać mit powodzenia jego malarstwa wśród klientów czekających na te obrazy w kolejce. Wydając dzisiaj przyjęcie dla profesjonalnych artystów czuła się dowartościowana.
– Powiem ci Ewa: to nie jest dobra wystawa. Ale chwali się mu, że ją zrobił. Taka ogromna sala, dużo trzeba zawiesić. Trzydzieści obrazów…
Jego przymiarki wystawiennicze w momencie, kiedy urodziło mu się kolejne dziecko z żony o połowę od niego młodszej nie rokowały szansy na realizację marzeń nawet w dalekiej przyszłości. Rynek obrazów całkowicie się załamał, koszt wystawy spadał teraz na artystę i oprócz druku katalogu już nic od miasta nie dawało się wydębić. Jednak Franek dobrze zapamiętał kawalerskie czasy, kiedy zorganizowano mu wystawę w Niemczech, zakupiono je i wydano barwny katalog na kredowym papierze jako dowód, że nie jest byle kim. Nieustannie teraz chodził na wernisaże, jakby chciał uciec od swoich dzieci i nigdy nie przybliżyć się do malowania przez porobienie jakiś rzekomych kontaktów mających mu to nienamalowanie usprawiedliwić. Tkwił w tej pustce już od lat, gotował, prał i przewijał dzieci skazany wyłącznie na zarobek pracującej na etacie żony. Od momentu zawarcia związku małżeńskiego jego kostyczność zamknięta w kłębach abstrakcyjnych plam na płótnach mających symbolizować trzecią, a nawet czwartą wojnę światową zamieniła się w twardy, psychiczny węzeł neurotycznego zawęźlenia nigdy już nie rozsupłanego. Przystępując z nogi na nogę czekałam grzecznie, aż Franek zniknie w drzwiach tramwaju, bo obcowanie z nim było bardzo męczące.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | 2 komentarze