Lata siedemdziesiąte. Tania Rozdział XV.

Zarząd Pałacu, do którego pojechaliśmy zaraz po śniadaniu by być tam w południe, przydzielił nam młodą przewodniczkę. Kiedy się nam krucha historyk sztuki przedstawiła i zjednała sobie adoratora w postaci Piotrusia oczarowanego jej subtelnym obejściem, urodą i wspaniałymi opowieściami o Pałacu, nagle z naszej grupy, ubrana w swój wzorzysty worek z ciucholandu, wysunęła się z Tania i przemówiła.
– Proszę pani, my jesteśmy artystami i my to wszystko, co pani opowiada, wiemy. Proszę nam nie przeszkadzać w zwiedzaniu.
Dziewczyna spłonęła rumieńcem i grzecznie próbowała obrócić wszystko w żart, zaśmiała się sztucznie, podziękowała nam za tę krztynę uwagi, jaką jej poświęciliśmy, i zniknęła w czeluściach korytarzy.
Pałac był mieszaniną stylów powstałych wskutek przebudowań po pożarach, rabunkach, modach, mordach, zmianach właścicieli.
Przechadzając się po pomieszczeniach o królewskich wymiarach, patrząc na zdobienia ścian, piękno wykwintnych sztukaterii, sprzętów, bibelotów, kruchej porcelany, intarsjowanych różnorodnym drewnem podłóg, marmurów, posągów, można było odnieść wrażenie, że Pałac powstał jedynie po to, by powalić nas na kolana. Ale pewnie każdy oglądający czułby się upokorzony: rzeźbiarz doskonałością karraryjskich marmurów; urzędnik wspaniałością niekonwencjonalnych wnętrz; hydraulik pięknem nocników, wanien i prostotą kanalizacji, pisarz ogromną biblioteką.
Oprócz właściwego ustawienia kwiatów w szlachetnych wazonach, bombastycznych bukietów róż na srebrnych tacach, niektóre wnętrza, na wzór pompejańskich iluzji, miały namalowane pnącza, niebo i fragmenty ruin. Mistyfikacja, nie udająca rzeczywistości, będąca jedynie jej nowym stworzeniem powoduje odrealnienie zwiedzających. Oni też, stąpając po korytarzach w za dużych kapciach, wchodząc w intymność tego domu, za dużego, za innego dla zwykłego śmiertelnika, żyją przez ten okres zwiedzania innym, niebiańskim światem. Wszystko, co tu jest: codzienne sprzęty, szafy, łóżka, naczynia kuchenne, oddane zostało pieczy kustoszy, restauratorów, ekspertów, naukowców historyków, socjologów. Zwyczajność zamieniona jest w pobożne życzenie życia na tyle prawdopodobnego, luksusowego i wykwintnego, by celem zostawała ta nigdy nie mogąca się zrealizować, natomiast realizowana w wiekach wcześniejszych, mistyfikacja.
Wtedy, gdy Pałac żył swoją powinnością i gościł wysłanników dworów, dyplomatów i elit intelektualnych Europy, mógł jedynie sprostać poziomem posiadania tej gościnie.
Turyści, przesuwając się grzecznie Korytarzem Wschodnim, zwanym Czerwonym lub Paradnym wchodzą do Jadalni Zimowej, zwanej Salonem Wejściowym, potem Korytarzem Białym idą do Sypialni Paradnej. Salon Zimowy zwany Zielonym prowadzi ich do Sypialni Męskiej, zwanej Czerwoną. Potem do Łazienki Żółtej, stamtąd do Gabinetu Rokokowego, Sypialni Damskiej, i Salonu Bouchera, gdzie wisi obraz. Następnie Pokój Toaletowy zwany Ubieralnią, Pokój Bibliotekarza, skąd wchodzi się do Biblioteki. Tam, wśród równo oprawionych w skórę książek stoją różnorodnie wydane wielkie tomy Biblii oraz dzieł ezoterycznych i satanistycznych. Dalej Jadalnia Mała, Sala Teatralna, Sala Balowa, Jadalnia Wielka, Pokój Werandowy, zwany Brydżowym, Sala Kolumnowa, Salon Pompejański, Sypialnia Chińska, Kaplica.
Na ścianach wiszą, oprócz wspaniałych kopii Rubensa, oryginałów Bouchera, Davida, Fragonarda, Snydersa, Watteau, portrety protoplastów pędzla najwybitniejszych rodzimych malarzy: Matejki, Lampego, Stryjeńskiego. Są w strojach historycznych, zastygłych pozach nieśmiertelności, tkwią uwikłani spojrzeniami nieprawdopodobnej liczby par oczu, przewijających się turystów z wielu krajów i nie wiadomo, czy jest to wywyższenie, czy potępienie. Dlatego, że korowód całej kolekcji otwiera pierwszy fundator Pałacu, okryty hańbą i niesławą, awanturnik i hulaka.
Usiedliśmy z Piotrusiem na marmurowej ławeczce w parku różanym, podczas gdy reszta towarzystwa usiłowała przed naszym powrotem namalować Pałac zza fosy, w tym samym ujęciu, jak na pocztówkach kupionych na stoiskach, by wspomagając się nimi, dokończyć obraz w domu.
– Ty idź tam lepiej i ją przeproś – powiedziałam Piotrusiowi pijąc jego wodę mineralną z plastikowej butelki.
– Tak, masz rację – powiedział Piotruś wstając z ławki.
– I zaproś ją na nasz wernisaż – zawołałam do niego.
– Tak, też o tym pomyślałam, obiecam jej moją akwarelę! – wołał uradowany do mnie, biegnąc w kierunku biurowych pomieszczeń Pałacu.
A ja pogrążyłam się we wspomnieniach.

Konceptualna pracownia potrzebowała jak smok nowych prac, mój bliski wyjazd do domu na święta Bożego Narodzenia nasunął mi pomysł, by tematem mojej następnej pracy zaliczeniowej były choinki.
– Po świętach będę chodzić po domach i fotografować choinki. Wszystkie zrobię w tym samym formacie i nakleję na tekturę, jako jedną planszę – przedstawiłam projekt wykładowcy i jego asystentowi Lachowiczowi, a oni entuzjastycznie go podchwycili. Lachowicz podszedł do pracownianej szafy i wyjął z niej dwie rolki filmu ORWO i mi je uroczyście wręczył.
Już przy pierwszym mieszkaniu pełni radości i najszlachetniejszych intencji zostaliśmy potraktowani trzaśnięciem drzwiami bez szansy na odezwanie i wytłumaczenie, o co nam chodzi. Po bezskutecznym dobijaniu się do kilkudziesięciu mieszkań kilku klatek schodowych zorientowaliśmy się, że nikt nas nie wpuści. Mieszkańcy otwierali wprawdzie drzwi na oścież, i zza ich sylwetek błyszczały w tle pożądane choinki, ale nie zgadzali się na ich rejestrację. Najbardziej agresywny okazał się mężczyzna, którego rozpoznaliśmy, jako znanego z telewizji sławnego reportera sportowego Jana Ciszewskiego. Nie dość, że nas nie wpuścił za próg swojego mieszkania na piętrze wielopiętrowej kamienicy, to jeszcze wyszedł na korytarz i zamierzył się na Marka trzymającego pokaźnych rozmiarów aparat fotograficzny i dwie lampy pożyczone z pracy jego mamy. Ja miałam w ręce pożyczony statyw, dwa parasole i kółko tekturowe, kupione w sklepie fotograficznym służące nam za światłomierz. Był wyraźnie pijany, ale nie była to dla nas żadna okoliczność przychylna. Przeciwnie. Przerażeni zbiegliśmy ze schodów prześladowani dochodzącym za nami pomstowaniem i przegrani wróciliśmy do domu.
Wieczorem zadzwonił do rodziców Małpa, który od naszej matury utrzymywał ze mną korespondencyjny kontakt i właśnie przed wczoraj przyjechał z Kętrzyna do Kochłowic, do swojej mamy, na przepustkę. Podzieliłam się z nim moim kłopotem.
– Ewka! Nie ma sprawy! Ja wszystkich w Kochłowicach znam!
Kiedy następnego dnia wieczorem wysiedliśmy obładowani sprzętem fotograficznym na stacji w Rudzie Śląskiej, Małpa w mundurze czekał już na nas na peronie.
Małpa zabrał ode mnie statyw i poszliśmy brnąc w śniegu polną drogą do osady domków fińskich. Było pięknie jak na wsi. Drzwi domostw otwierały się jak za sprawą czarów, przestępowaliśmy te progi idealnie wysprzątanych domów jak sanktuaria religijne szybko zdejmując ośnieżone buty wśród protestów gospodarzy. Nieśmiało kierowaliśmy obiektyw na choinki, które były bardzo różne, raz okazałe, raz bardzo skromne, często plastikowe i niewielkie. Staraliśmy się nie patrzyć na ściany, na meble, na podłogi, kierując snop światła w te nic nie znaczące świąteczne ozdoby, które, jak dowodziła dewiza konceptualizmu, miały właśnie niczego nie przedstawiać, ani świata obiektywnego, ani subiektywnego.
Ale trudno było wtedy, przy takiej życzliwości Małpy i najprawdopodobniej jego krewnych i przyjaciół, być tak nieludzkim, jak zalecali artyści konceptualni. Naszym podziękowaniom nie było końca.
Kiedy pokazałam plon naszych świątecznych prac na uczelni, zachwytom moich nauczycieli nie było końca.
A do mnie przyszedł list:
Szanowna Pani!
Znamy się tylko ze słyszenia, więc wybaczy Pani, że ośmieliłem się do Pani napisać. Nie widziałem jednak innego sposobu, by oddać tabelę naświetlań, którą swego czasu zostawiła Pani ze swoją ekipą u mnie. Dla przypomnienia, jestem kolegą Piotra Pawła, obecnie żołnierza PRL w zaszczytnym stopniu szeregowego WOP. Pani adres otrzymałem od w/w kol. P-P.
Załączam tabelę i pozdrawiam.
Tomasz.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Otagowano , | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Tania Rozdział XIV

Mama przyjechała z Przemyśla od babci z ogromnym, czerwonym budzikiem z plastiku, kupionym dla mnie na ciuchach od „ruskich” i napisała mi, że jest wściekła, że Andrzej nic mi w sprawie kaćmówek nie pomógł.
…wściekła byłam na Andrzeja, że nic Ci nie załatwił, ale on twierdzi, że to jest niewykonalne, że u nich nikt nie rysuje na wykładach, stare notatki wyrzuca no i w ogóle… Dziś prosiłam Maćka, ale też nic z tego – musiałby szukać, powyrzucał itd. Wiesz, że możesz liczyć tylko na to, co jest w moich możliwościach, nie wiem, jak sobie z tym poradzisz… pisała mama usprawiedliwiając brata i cały jego uniwersytet, który żadnych rysunków konferencyjnych nie wykonywał podczas zajęć na uczelni.
W końcu Maciek, przyjaciel brata, wczuwając się w moją sytuację studentki pierwszego roku, którym miał stać się niebawem, gdyż za przepuszczenie niemal całego konta dolarowego na codzienne prywatki w czasie, gdy jego rodzice przebywali w Chinach – musiał, wyrzucony z domu zmienić uczelnię, a nawet miasto – przysłał mi pożądane rysunki. Były to kartki w kratkę powyciągane z kosza na śmieci gliwickiej politechniki, na których Maciek ponanosił flamastrem i długopisem różnorodne ornamenty i esy floresy. By ta mistyfikacja się nie wydała, przesłałam je do Marka, by je sfotografował i przedstawiłam na następnych zajęciach cykl fotografii, który wszystkich zachwycił.

Tania trzymała w ręce album. Dotarł do naszego pokoju po kilku już plenerowych wpisach, a jak co roku, Wojtek prosił o wpisy każdego uczestnika pleneru. Po kilku latach nazbierało się dużo różnych rysunków, zdjęć i dowcipów. Ja nieodmiennie złożyłam tam hołd Piotrusiowi, jako najmilszemu mojemu sercu malarzowi, Tania starała się ambitnie powtórzyć na kredowych kartkach rysunek z Kolonii, wykonany czarnym tuszem i piórkiem. Ponieważ papier, mający być najpierw zwilżony, potem pomięty i w manierze neodzikich brutalnie potraktowany gestem artystycznym, nie poddawał się i nie był jej posłuszny. Tania wściekała się, wyrywała kartkę po kartce, które lądowały w klozecie, tak, by Wojtek się nie zorientował.
Zostawiłam w tym szale twórczym Tanię wychodząc z pokoju do Piotrusia, który już na mnie w korytarzu czekał.
Wyszliśmy na czarną, nocną wieś, pochmurne niebo nie dawało żadnego światła. Jedyna lampa oświetlała Dom Strażaka, którego wściekła czerwień metalowego dachu fosforyzująco porażała poświatą niebo. Usiedliśmy na ławce przed wejściem zamkniętym ogromną kłódką.
– Napije się pani piwa? – usłyszałam głos. Po mojej stronie usiadł chłopak, nim zaczęliśmy z Piotrusiem rozmowę.
– Dlaczego ja mam z panem pić piwo, przecież ja pana nie znam! Chłopak był ładny, a jego ogolona głowa pochyliła się nad piwem, jakby ktoś go chciał uderzyć i zrobiło mi się go żal.
– Może ty – wykrztusiłam niepewnie, zwracając się do Piotrusia – może ty się napijesz?
Piotruś odmówił panicznym gestem.
– Ja tego chuja zastrzelę – zakomunikował chłopak nie zrażony tym, że pije piwo sam.
– Kogo? – zaczęliśmy się z Piotrusiem niepokoić.
– Policjanta! Czy to jest możliwe – zwracał się tylko do mnie – żeby śpiącego, niewinnego człowieka policja zabrała do izby wytrzeźwień? Spałem sobie pod płotem – tu nastąpił szczegółowy opis – a tu sąsiad policjant mnie pobił i zabrał do izby wytrzeźwień. Teraz się wykąpałem i odświeżyłem, ale chuja zastrzelę!
Rzeczywiście, chłopak pachniał ładnie i miał coś sympatycznego.
–Jak to, pan niewinny i trzeźwy? – to zupełne bezprawie! Postanowiłam go wesprzeć.
– Bezprawie? – zaśmiał się sarkastycznie. To bandyci, zrobiłem zdjęcie jak dawali łapówkę w CPN-ie, to mi wyrwali aparat i zbili. Oni są alkoholikami i ćpunami.
– Policjanci? – dziwiłam się niepewnie.
– A jak – kontynuował chłopak. Nie będę ukrywać, po poprawczaku siedziałem, 7 lat w więzieniu, mam trzy zawody: stolarz, fryzjer, kierowca.
– Ten ostatni to chyba odpada – zauważyłam praktycznie.
– Tak, chleję proszę pani, bo mamusia umarła i się zupełnie załamałem. Więc chleję i kradnę.
– Jak to? – wzywałam wzrokiem pomocy u Piotrusia, ale ten z niesmakiem przysłuchiwał się tylko i się nie odzywał – jak to, pana matka na to patrzy z nieba a pan nie chce żyć uczciwie?
– Ja – oburzył się chłopak. Jestem cały pocięty, kto mnie zatrudni?
Chłopak wydawał się ładny i w ciemności nie można było blizn dostrzec.
– Tu zresztą nikt nie ma pracy.
– A biuro pracy, a kościół? – próbowałam grzecznie udawać pomoc.
– Pani żartuje – triumfująco podniósł do ust puszkę piwa – tam chcą tylko z grupą inwalidzką, a w kościele to pedały.
– Cóż pana obchodzą opcje seksualne księży, skoro są strukturą mogącą pomóc. A Monar, Kotański?
Zaśmiał się diabelsko. – Pozostaje mi tylko – zrobił znaczącą pauzę i odpowiedni gest – raz się wieszałem, to wie pani, sznur się urwał.
– To dobry znak – wtrącił Piotruś znudzonym głosem.
– Zjadłem 30 pastylek dla kobiet w ciąży. I w szpitalu mnie odratowali.
– To może psychiatryk? – myślałam głośno – może dostałby pan grupę inwalidzką. I odpoczął.
– Ja? – chłopak był wyraźnie dotknięty. Ja? Na wariackich papierach? Z obrzydzeniem pochylił głowę i dokończył piwo. Zapadło milczenie.
– Ja mam dziecko – kradnę i ono ma wszystko. Dwa i pół roku – powiedział dumnie.
– No to czemu nie jest pan z tą dziewczyną – czemu nie żyje pan uczciwie, dla syna?
– Mam córkę – poprawił. Nawet bym się ożenił, ale, z czego mam utrzymać żonę – powrócił do tonu łkania i ubolewania.
– Tylko tak da się wyżyć – zawyrokował. A tę puszkę, to jak pani myśli, skąd mam? Ukradłem.
Trochę wszyscy troje pomilczeli. Ciszę przerwał chłopak.
– Może mi pan dać papierosa? Bo jak nie, pójdę i ukradnę – zagroził. Piotruś niechętnie wyciągnął paczkę.
– A co, chce pani mercedesa? Ukradnę, razem z papierami.
– Jest pan profesjonalistą – próbowałam go dowartościować. Ale to bardzo trudny zawód i bardzo ryzykowny. Po co tak marnować życie?
Z ciemności wyłonił się wóz policyjny i wszyscy troje podnieśliśmy się z ławki.
– Możemy pana usynowić na ten czas – pokazałam samochód.
– Idą państwo w dół? Ja też – chłopak wstał, był trochę od nas wyższy.
– Nie przedstawiłem się, jestem Przemek – podał rękę. Kobieta podała imię i odwzajemniła uścisk.
Piotruś zrezygnowany wyciągnął rękę, ale imienia nie wyjawił.
– Jest pan ładnym chłopcem – mówiłam na odchodnym, jakby coś się kończyło, czego nie potrafiłam w porę uchwycić.
– Nie ładnym, ale przystojnym – poprawił ironicznie.
Gdy odszedł, nam już też się nie chciało wracać na ławkę. Jutro wcześnie Wojtek zarządził wyjazd do Pałacu, trzeba było i tak już iść spać.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Tania Rozdział XIII.

Od poniedziałku działy się ze mną dziwne rzeczy, w połowie przeglądu rozbeczałam się jak trzyletnie dziecko, łzy jak krwotok, nie dało się zatamować, nie wiadomo gdzie założyć opaskę uciskową.
Jeszcze dzisiaj przerażona Harcerka zachwalała moje prace, wyszło wszystko jak szantaż, bardzo mi wstyd i dojdzie do tego, że zacznę się przemykać pod murami szkoły.
Pierwszą moją myślą była zmiana uczelni, przeleciałam w myślach wszystkie możliwości i znowu się rozbeczałam. Nie nadaję się do niczego.
Harcerka w związku z tym incydentem opowiedziała mi, jak to było na uczelni, jak ona tu studiowała, chociaż asystenci tego zazwyczaj nie robią.
W naszej pracowni jest troje asystentów: Poeta, Jąkała i Harcerka.
Poeta już wydrukował kilka tomików, wstąpił do kilkuosobowej grupy poetyckiej, którą drukowała „Odra” i codziennie siedzi pod oknem i czyta gazetę.
Jąkała jest najbliższy nam duchowo, bo każe sobie mówić na ty i zwraca się do nas po imieniu, a jego kalectwo też nas w pewnym sensie określa, bo tok studiów jest bardziej jąkającą dla nas rzeczywistością, niż płynną.
Harcerka chodzi po pracowni w rozciągniętym, popielatym swetrze, mającym zamaskować jej obfite biodra i przymila się do wszystkich, a jak myśli, że nie podsłuchujemy, co o nas mówi profesorowi, to przedstawia nas jak najgorzej. Dlatego troska Harcerki z powodu mojego załamania nerwowego wzbudziła we mnie jeszcze większy niepokój.
– Pani Ewo, niech się pani tylko cieszy, że pani studiuje teraz! Przecież wam wszystko wolno! Jak ja studiowałam, to był socrealizm, wyobraża sobie Pani, cośmy musieli przejść?!
Na wernisaż w galerii PERMAFO poszedł chyba cały rok pierwszy, oprócz Tani, której Stary miał do Lachowicza stosunek lekceważący ponieważ z nim studiował, był w jednej pracowni i znał wszystkie plotki z tych czasów. A w tych czasach modny był taszyzm, polegający u nich w pracowni na podpalaniu obrazów pomalowanych grubo farbą olejną, by się dobrze paliło, bo oni też byli wtedy awangardowi.
Jeśli Stary pojawił się w szkole w czasie, kiedy całym rokiem szliśmy na otwarcie wystawy Lachowicza, zabierał Tanię na mecz, co, jak się okazywało, pasjami lubi i razem ostentacyjnie wychodzili na oglądanie telewizora w akademiku.
Ale myśmy szli niczego nieświadomi, a wielu studentów i studentek pierwszego roku było bardziej nieświadomych niż można było być. Byli tak nieświadomi, że mogli z powodzeniem powielać, imitować i naśladować te pokazy galerii PERMAFO, ponieważ były dziewicze, z niczym się nie kojarzące i niczego nie mówiące.
Nasz pierwszy rok, jak każdy rok pierwszy tej szkoły złożony był ze studentów w podeszłym wieku, wielokrotnie, po kilkanaście razy zdających egzamin wstępny. Przeczekiwali odstępy między kolejnymi czerwcami upływających lat młodości w pracowniach dekoratorskich spółdzielni „Społem”, tzw. malarniach, gdzie wykonywano prace propagandowe lub wystroje witryn sklepowych, czyli też propagandowe.
Byli też tacy, którzy po liceum plastycznym dostawali się za pierwszym lub drugim razem, ale ci najczęściej pochodzili z głębokiej prowincji i dostawali się dzięki pięciu dodatkowym punktom za pochodzenie i pięciu punktom za ZBOWID, ale ci z natury rzeczy nie mieli zazwyczaj ani obycia artystycznego, ani smaku. Kiedy licea plastyczne z trudem wytrzepały z nich chłopski, proletariacki i mieszczański kicz, kiedy pokonali egzaminy wstępne dzięki pracom wykonanym w wyniku tego wytrzepania, nagłe znalezienie się w elitarnym świecie wrocławskiej awangardy zwolniło ich z odpowiedzialności za siebie.
Przedzieraliśmy się przez tłumy zajmując nieśmiało miejsca stojące za rzędami krzeseł, na których zasiedli profesorowie i asystenci, przy samej scenie, gdzie poustawiano przyklejone na sztywną tekturę duże fotogramy czarnobiałe, przedstawiające poklatkowo akt kopulacji małżeństwa Lachowiczów. Natalia Lach Lachowicz siedziała w platynowej, nylonowej peruce, cała w lokach i się nie odzywała. Urodziwy Lachowicz z mikrofonem w dłoni przemierzał krótki odcinek sali przed krzesłami, twarzą do publiczności, sprawnie otwierał wystawę, był wymarzonym konferansjerem i gospodarzem. Mówił umiejętnie i uczenie, mówił wyłącznie o sztuce która nie ma prawa być niczym innym, jak rejestracją rzeczywistości, mówił, że nazwa galerii to permanentna formalizacja zjawisk realnych, a powstała w niej sztuka to nie jej finał i realizacja, a jedynie badanie. Z sali dolatywały pytania równie skomplikowane i uczone, tak, fotografia to jedyne medium dla tych operacji, tak, ani reporterskie, ani artystyczne, zdjęcia, jako materia zarejestrowanego życia. Wspierano się właśnie spolszczonymi lewicowymi strukturalistami o których istnieniu nikt z nas pojęcia nie miał, bo takich książek w księgarniach, ani w bibliotekach nie było, sprowadzano wszystko do barthesowskiego znaku, a my widzieliśmy tylko te czarnobiałe, splecione ciała, które ani też jeszcze nie kopulowały, ani też jeszcze nie zamieniły się w znak.

– Wiesz, że Lachowicz, który, jak się po latach okazało, też intensywnie działał w związku katowickich artystów fotografów, przesłał mi przez jednego z nich gratulacje z okazji otrzymania nagrody za plakat i druk w lokalnym ZPAP? – rzuciłam Tani w ciemność pokoju.
Leżałyśmy w łóżkach czerwcową upalną nocą i Tania opowiadała o Łukaszu i o jego dzieciach. Okazało się, że mimo młodego wieku, ma dwoje.
– I od niego się dowiedziałam, że Lachowiczowie nie mieli dzieci – dodałam ostrożnie, by nie wyglądało, że się nagrodą chwalę i by odwrócić uwagę od życia prywatnego Łukasza, zakończyć ten temat, a jednocześnie jakoś powiązać nasze rozmowy.
– Andrzej? – spytała leniwie, jakby od niechcenia Tania, nie dając nic po sobie poznać, że coś usłyszała o nagrodzie i udała, że Lachowicza sobie ledwo przypomina. Ponieważ asystenci byli najczęściej kolegami Starego z roku, ze wszystkim automatycznie przechodziła na ty.
– Ach Lachowicz! Spotkaliśmy go na festiwalu w Kolonii kilka lat po naszym dyplomie. W drodze, jak jechaliśmy do Paryża, do Piskuna.
– Do Piskuna?
Tak, Stary o naszym romansie nic nie wiedział, dzięki wyrzutom sumienia Piskun gościł nas tydzień.

Na uczelni nie idzie mi tak, jak powinno, dlatego jestem tak ogłuszona korektami. Już dawno przestałam kierować własną intuicją, bo udowadniają, że jeszcze nie można mieć swojego zdania, jeszcze za wcześnie, zresztą trudno wiedzieć, co oni właśnie wymyślą, czego chcą. W malarstwie się tak do reszty zagubiłam, że potrafię stać przed obrazem z pędzlem w ręce, patrzeć się kilka godzin i nic nie namalować, widzieć, być świadoma, błądzić, i nic nie maluję, jestem skrępowana wewnątrz, jakaś nieśmiałość i strach przed takim olbrzymim płótnem, bo każą na dużym formacie. I teraz się męczę, sprawia mi to fizyczny ból, taka niemoc.
Na pierwszym roku jest ważny przedmiot, nazywamy go „kaćmówką”, od nazwiska kierownika katedry, Lachowicz jest tam asystentem. Temat „organizacja płaszczyzny”, polega na opowiadaniu o swoich teoriach na temat płaszczyzn i przestrzeni, ważne jest, by gadać dużo i logicznie. Profesor z asystentem mają cudowne założenie, też twierdzą, że tylko ludzie inteligentni mogą robić sztukę, ale niestety tak zapędzili się w studiowaniu naszych wypowiedzi, że zatracili cel, teraz już sami nie wiedzą, do czego prowadzą nasze wywody, co z nimi robić i nie zastanawiają się, że ludzie mówią, plotą dla samego gadania. Ktoś powiedział, że to zadanie chce rozwiązać w antymaterii, bardzo się tym zainteresowali, tylko on nie wie, jak. Mówili też o poszukiwaniu idealnej przestrzeni i jeszcze wiele mniej sprecyzowanych bzdur. Ja będę prowadzić badania nad bezwiednymi zapiskami, rysunkami „konferencyjnymi” (w moim wypadku rysunki osób nie związanych z plastyką). Ale mam kłopot z „zebraniem materiału”, bo te rysunki muszą być prawdziwe, bo wszyscy mi obiecują, a nikt mi nie chce przysłać, nie mówiąc o kłopocie. I co ja mam z tym fantem robić, gdy go będę miała?

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Tania Rozdział XII.

Profesor wolałby być tylko sercem, bo w duszę nie wierzy, ale pozostali malarze milkną i czują się nieswojo bez Profesora. Narzekają na jego egocentryzm i monotematyczność, starcze powtarzanie dowcipów i schematyzm w bawieniu towarzystwa, jednak jak dzieci, zapatrzone i wsłuchane w przedsenne bajki, siedzą do późna w nocy, sącząc alkohol i poddają się narkotycznemu słowotokowi Profesora. Czasami nowo przyjęte do wspólnoty nowicjuszki usiłują poplotkować w czasie tych nasiadówek, co od razu Profesor demaskuje, publicznie obnaża i wyśmiewa. Zaprowadzając w ten sposób porządek i reżim, może do woli snuć anegdoty ze swojego i cudzego życia zawsze przestrzegając stałej zasady dowcipu, inteligencji, lekkości i dobrego smaku.
Trudno jest się wyrwać z tych codziennych, plenerowych nasiadówek, ponieważ Wojtek się gniewa za nieobecność na nich i jest z tej frekwencji dumny. Z drugiej strony trudno przyznawać zawsze racje Profesorowi, a ten z kolei się gniewa za to, że się mu nie przyznaje racji.
Udało mi się z Profesorem uzyskać jednomyślność tylko w jednym wypadku: kiedy na taką biesiadę został poproszony poseł sejmowy, syn tych ziem, na których organizowano plener i który wjechał na posesję wśród wielu samochodów z obstawą, świtą z walkie-talkie i megafonami. Dyskusja, którą przeprowadziliśmy z posłem zakończyła się jego szybkim nas opuszczeniem, co doprowadziło do pogniewania się Wojtka, ale nie na długo, bo jak tu gniewać się na kogoś, kto jest istotą tego pleneru, czyli Profesorem.
Kiedy Tania namalowała – zżynając z kolejnej reprodukcji pejzaż Stanisławskiego – żółcią neapolitańską, to, co leży w połamanym, dojrzewającym zbożu i zatytułowała „Upadły Anioł”, wiedziałam już, że się już stało.
Tania i Łukasz przebywali coraz więcej razem i jak siedzieliśmy we czwórkę z Piotrusiem, wsadziła nagle moją rękę za pasek spodni Piotrusia, gdzie natrafiłam na jego twardy członek. Wyszarpnęłam dłoń zawstydzona. Piotruś spłonął jeszcze bardziej, a ja popatrzyłam na nią z zainteresowaniem, przypominając sobie nagle, że niejednokrotnie zwracała mi uwagę na spodnie naszych kolegów, których nigdy nie traktowałam jako źródło jakichkolwiek informacji, a Tania, jak zaprezentowała, tak.

W pracowni atmosfera zastraszenia i zastanawiania, po co malować, teraz to bardzo ważne, nie, co, ale, po co, po co, tak jak, po co się żyje. Bo rzeczywiście, widząc, co robią ci ze starszych lat, to nie miało sensu. Zmniejszyli nam ilość godzin malarstwa z osiemnastu do dwunastu i w to miejsce będzie fotografia i film. Chyba lepiej.
Jednak na pierwszych latach ci, którzy od razu nie przeszli do pracowni awangardowej, gdzie wystarczyło zamiast malować, coś opowiedzieć o tym zamiarze i poprzeć to toną niezrozumiałych dla nikogo opisowych kartek wypełnionych obowiązkowym pismem maszynowym, lub wykresami imitującymi logiczny wywód o czymś, zupełnie nie popartym studiami, mieli do dyspozycji do wyboru dwie pracownie gdzie uprawiało się malarstwo „oliwne”. Część, by mieć w dyplomie sławne nazwisko, przystąpiła do Eugeniusza Gepperta, który był już w stanie zdziecinnienia i starczego zachwytu nad wszystkim, cokolwiek jego uczniowie namalowali, a uprawiając malarstwo symboliczne, surrealistyczne, metafizyczne techniką mistrza, czyli pospolitym krzyżykowym kapizmem, stawali się coraz bardziej niemodni i niestrawialni. Odejście „Dżeperta” na emeryturę i potem zgon zmusiło wielu przyszłych malarzy do odstąpienia od marzeń o sławnym nazwisku na dyplomie i wybrania innej pracowni o podobnym profilu, a takich było coraz mniej. Boom konceptualistów, kierunku, który skupiał wszelkich leni i ignorantów, hochsztaplerów i cwaniaków, ich presja na władze uczelni spowodowała powstanie jeszcze jednej pracowni awangardowej, a nawet neoawangardowej o niesprecyzowanym z początku profilu, by zwabić osieroconych dżepertystów. Ponieważ malarz prowadzący tę pracownię zażądał zakupu kolorowego telewizora i video (niemałe pieniądze) stawiając ultimatum, że zajęć bez tych narzędzi nie poprowadzi, stagnacja w pracowni utrzymywała się kilka semestrów, studenci robili tam co chcieli, lub czego nie chcieli, uczelnia zakupu nie dokonała i tak to trwało.
Z Tanią wstąpiłyśmy po śmierci naszego Pana do pracowni jego przyjaciela, kontynuatora międzywojennego kapizmu i jak ten kapizm, tak i profesor był nudny i martwy. Nawet, kiedy Janusz, który już tego nie wytrzymując położył na korytarzu – bo tam przed pracownią kładliśmy na posadce nasze prace – rysowane węglem na papierze pakowym największego rozmiaru, sceny przedstawiające siebie uprawiającego miłość francuską ze swoją dziewczyną w konwencji minimal artu, profesor ze zrozumieniem i aprobatą pokiwał głową, ale nic nie powiedział. Janusz zdesperowany zabrał swoje prace i przez pokój w dziekanacie z wywieszką „tok studiów”, przeprowadził w środku semestru swoje przenosiny do pracowni super awangardowej. Tam dostał od razu piątkę po jednorazowym performance na dziedzińcu uczelni, gdzie przyklejał pomoczone ogromne arkusze papieru pakowego na asfalt z namalowaną jedną literą alfabetu. Ponieważ miał krótkie nazwisko, biegał krótko.
Ale myśmy z Tanią pozostały aż do dyplomu, wyciągając przed pracownię na korytarzu swoje prace. Tania rywalizowała ze mną, co przy tak nikłej energii emanującej z naszego profesora, konsekwentnej niemocie i świadomości, że jest nieustannie nieobecny, było ze strony Tani heroizmem. Raz przydarzyło się tak, że miałyśmy przegląd równocześnie, ja po jednej stronie drzwi, Tania po drugiej, a w środku profesor stojący ni w pięć ni w dziesięć wpatrzony w podłogę z czystego profesorskiego obowiązku.
„Dwa na słońcach swych przeciwnych – Bogi.” – zacytowałam Słowackiego ironicznie. Ale paradoksalnie, moja ironia została przyjęta z aprobatą przez Tanię. Profesor też pokiwał głową. Z aprobatą.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Tania Rozdział XI.

Rozpoczęły się tradycyjne przechadzki po pokojach, wyciąganie obrazów ukończonych, oglądanie, co kto i gdzie namalował, plon pleneru zdawał się być imponujący, brakowało ciągle blejtramów, odsprzedawano je sobie, zwracano, jak blejtram był zwichrowany, znowu po niego przychodzono, no trudno, jak nie ma nic innego, gdzie ja tutaj blejtram kupię. Do nas przyszli oglądać i Kowalscy, jednocześnie proponując miejsce w ich samochodzie na mszę niedzielną.
Zabałaganione samochody, w których leżały nigdy nieporządkowane akcesoria do malowania, zmęczone codziennymi jazdami w poszukiwaniu motywu na chwytliwe ujęcia, które zawsze się jakoś spienięży, w ostateczności na aukcji charytatywnej, nie odpoczywały nawet w niedzielę. Kowalscy zainicjowali niedzielną jazdę do drewnianej cerkiewki przerobionej na kościół katolicki odległej o godzinę drogi.
Kiedy kawalkada trzydziestu samochodów zaparkowała przed kościołem, msza już trwała w najlepsze i rozpoczęło się kazanie. W nabitych po brzegi nawach wypatrzyłyśmy sobie jakiś luz i usłużne wiejskie kobiety ścieśniły się bardziej, robiąc nam miejsce.
Oglądając piękny wystrój kościółka z ornamentami malowanymi kolorowo w zagłębieniach koronkowych wycięć w drewnie wirtuozowsko wykonanych przez ludowych rzemieślników ubiegłego wieku, ogarnęłam też tę dzisiejszą wiejską społeczność, podzieloną chórem na górze i ławkami na dole. Na chórze stali mężczyźni z chłopcami. W ławkach siedziały, najczęściej w chustkach, kobiety z dziewczynkami.
Na ambonie stał kościsty, niski ksiądz w dużych, ciężkich okularach, miarowo pochylający się nad białym obrusem obrzeża ambony, w białym ornacie i przypomniał kobietę, która pomstuje nad swoim kuchennym losem. Trudno było mi się zorientować w przyczynie jego wzburzenia, zahipnotyzowana ołtarzem, gdzie w centrum, na osi, otoczony wianuszkiem księży niczym najświętszą adoracją, stał kapłan może kilkunastoletni, ubrany w złoty ornat o niezwykłej, pełnej słodyczy urodzie chłopca świadomego swojego piękna. Jego dumna, pewna siebie postać przyćmiewała ustawionych po obu stronach kapłanów, przygotowanych najprawdopodobniej do mającej się odbyć jakiejś związanej z chłopcem uroczystości religijnej. Na czas kazania, które, wnioskując z ich twarzy, godnie przeczekiwali, stali nieruchomo w pogotowiu, by po ukończeniu wznowić wspólną celebrę mszy świętej. Ale kazanie nie zamierzało się skończyć.
– I to świństwo, te wszystkie rzeczy obrażające naszego Pana, wprowadzacie w swoje ciało, tę ohydę, jakieś spirale, kremy, na wiekuistą sromotę i wieczne potępienie! – grzmiał ksiądz, a ja dopiero teraz się zorientowałam, że całe kazanie poświęcone jest antykoncepcji. Kobiety, których wiek świadczył o nieprzydatności tych nauk, jak i małe dziewczynki, wszyscy zdawali się spijać z ust kapłana słowa kazania, siedziały cicho i nabożnie, a cały kościół brał na siebie winę za to, że stosuje, bądź nie stosuje na co dzień antykoncepcji. Tak na wszelki wypadek.
A ja pogrążyłam się we wspomnieniach. Jako jedna z nielicznych z akademika chodziłam w niedzielę do katedry głównie po to, by być w samotności, by spotkać się ze sobą. Ale tam też jej nie spotykałam.

Niedziela się chyba kończy, choć dopiero południe, już wiem, że niewiele zrobię, plączę się jeszcze w neoklasycznych nazwiskach, ale mi się nie chce, bo to taki nieciekawy okres. A potem impresjonizm i secesja, może mnie właśnie z tego zapyta, a jak nie, to nie. We wtorek mam wielki przegląd zaliczeniowy, chciałam jeszcze coś zrobić i znowu nie mam na nic czasu, ale raczej w mojej świadomości, bo raczej prowadzę teraz leniwy tryb życia, medytacyjno-czytający. Taka cudowna pogoda, nieskazitelna, marzyłam sobie w kościele o piasku i śliwkach, dzikich renklodach, przypomniałam sobie, dlaczego wróciliśmy z Soliny wcześniej, żeby wpaść w chory porządek przemyski i ocknęłam się, żeby popatrzeć na białe dziewczynki. Tak mnie rozczarowały, poszłam na pierwszą komunię pooddychać maleńkimi dziewczynkami świętymi, myślałam, że mnie otoczą i będzie pachniało wiankami, a tu tylko z daleka białe kokardy, obcięte włosy i głos księdza narzekającego cztery razy na te same dziewczynki, które mimo czwartego upomnienia w czwartej ławce od lewej rozmawiają. Odważne, święte dziewczynki.
Rysowałam fioletowe irysy, jaka była brzydka pogoda i przez nią byłam szczęśliwa i bezpieczna, wychodziłam w deszcz wieczorem i zrywam je wkładając rękę przez siatkę i potem nie mogłam wyciągnąć dłoni, a tu auto z reflektorem.
Tak było wilgotno i samotnie, i miło. A teraz ta niepotrzebna pogoda, w którą można tylko kąpać się w Solinie i jeść śliwki renklody.

W nocy Tania na wspomnienie dzisiejszej uczty religijnej – której nikt, oprócz mnie przy kolacji nie miał nic do zarzucenia – opowiedziała mi o romansie z księdzem, oczywiście – jak zaznaczyła – platonicznym.
– Wiem – zaczęła, wiem od Mariana, że ty byłaś w porządku. Ale jak ja będąc w Zarządzie, zobaczyłam jak rozkrada się w Warszawie nasz związkowy majątek, to ja już nikogo nie mam prawa winić. Już wcześniej zaczęłam działać przy naszej parafii. Organizowałam wystawy, wystawiałam ludzi z całej polski i robiłam to właśnie z tym księdzem, który wyznał mi miłość. Ale wiesz, było to tragiczne, takie zakochanie i jego i moje. Spotykaliśmy się niemal codziennie przy tych wystawach…
I jak się to wszystko skończyło? Bo u nas galeria przy katedrze w dalszym ciągu działa.
Ale Tania nie podjęła tego tematu, a ja nie nalegałam, bo przyjemnie było zasnąć w oparach miłości tak duchowej i tak uduchowionej.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Tania Rozdział X.

Wielu plenerowiczów malowało na plenerze obrazy na tzw. „zaś”, czyli wszelka nadprodukcja służyła im do sprzedaży obrazów na gorąco, w wypadku braku pieniędzy na benzynę lub po prostu kończyła im się kasa. Większość tej nadmiarowej produkcji upłynniali bądź w charakterze handlu wymiennego, bądź za cenę kilkunastokrotnie niższą niż proponowali właścicielowi galerii. Dlatego też chętnie malowano oprócz kwiatów wszelkie zabytki, a tych na terenach, gdzie odbywał się plener, było pełno.
Kiedy Piotruś, który też nie miał samochodu zdołał mnie wcisnąć na piątą do jeżdżącego codziennie do Pałacu samochodu Mariana, siedzieli już tam Tania z Łukaszem.
Park przy Pałacu wczesnym latem przedstawiał magiczny widok. Postanowiliśmy więc nie wracać na obiad, ani na kolację i zostać do zmroku.
Ograniczona jest przestrzeń parku i każde wypadnięcie poza jego obręb skutkuje hałasem przejeżdżających aut i tłumem przechodniów. Ale w środku jest inny świat, strzeżony przez strażników z krótkofalówkami pilnujących, by nie pomieszał się z brudem świata z zewnątrz. Strażnicy to anioły parku. Ubrani są w niebieskie koszule i czapki z daszkiem. Na otoku okrągła złota blaszka z wizerunkiem Pałacu. Wojskowe pagony, skórzany pas, przy którym sterczący maszt krótkofalówki jest ostry jak miecz. Słowa posyłane tą drogą są karzące i jeśli nie wywołują w najlepszym razie wstydu, to kary pieniężne.
Ich główna kwatera jest, jak zaobserwowałam, w tylnych rejonach Pałacu. Co jakiś czas idą tam, porozumiewając się krótkofalówkami, co będą jedli, ale większość z nich jest ukryta. Czasami nagle z nieba, dobiega głos strażnika, gruby, stanowczy i zwielokrotniony tubą megafonu:
– Proszę dzieci zdjąć z trawnika.
Wtedy klęczący z aparatem cyfrowym ojciec i jego dwie kilkuletnie córeczki stojące na skraju klombu zastygają chwilowo sparaliżowane głosem, potem, poczuwając się do nadmiarowej w stosunku do wykroczenia winy, w popłochu lecą do ojca, a on, nie zrobiwszy zdjęcia, jest wściekły.
Wśród mrowia ludzi widzę też moich kolegów malarzy. Wbijają w trawę sztalugi, raniąc ją głęboko i nim zaczną chlapać brudnymi farbami, są już wypatrzeni z wieży i poleceni siecią krótkofalówek skarceniu. Malarze z początku nieświadomi grożącego im niebezpieczeństwa stawiają opór obrażeni ingerencją, dumni ze swojej profesji, pewni, że misja, namalowanie parku, ich chroni. Wysłany strażnik nagle, jak robactwo, mnoży się w kilku przyciągniętych drogą radiową kolegów, uzbrojonych w pałki. Malarz z początku zaskoczony, nieświadomy, jeszcze stawia opór. I to właśnie doprowadza strażników do irytacji.
Władze parku, by móc poradzić sobie z bandytami, złodziejami, lumpami, a także bezrobotnymi poetami i ludźmi samotnymi, którzy przychodzą, by umieścić swoją samotność w samotnościach innych i poczuć jej przepływ i krążenie wspólnotowe, zlikwidowali wszystkie ławki. Spowodowało to snucie się ich po alejkach do zmęczenia materiału, głównie nóg i opuszczaniu parku wcześnie. Zakaz siadania na trawnikach wyeliminował palącą, pijącą alkohol i uprawiającą miłość młodzież. Jednak, gdy zapada mrok i okna Pałacu jarzą się romantycznym światłem, a latarnie stylowe jednym ruchem ręki strażnika iluminują park, po alejkach krążą samochody z wyświetlonym na dachu napisem: Straż Parkowa. To ona inwigiluje resztki cieni ludzkich, błąkających się między drzewami, odskakujących jak oparzeni widząc nadjeżdżający samochód w trakcie spełniania potrzeb biologicznych i autoerotyzmu. Park zamiera i kłamstwem byłoby napisać, że antyczne posągi parkowe w poświacie okien, latarń i księżyca, ożywają. Nie. Stoją jak zwykle, jedynie ich tajemnica jest zarysowana błąkającym się refleksem świetlnym inaczej. Ich grymasy, kaprysy i intencje wyostrzają się. Kleopatra w bolesnym skurczu bólu ukąszenia przez żmiję jej obnażonej piersi cierpi bardziej. Diana, trzymająca pęk strzał w dłoni i podtrzymująca nią równocześnie osuwająca się szatę, co grozi golizną nawet ostatniego ubranego fragmentu ciała, łydki lewej nogi, zakłopotana jest jeszcze bardziej. Putta, żywioły wody, powietrza, wody i ognia, parami walczą z atrybutami swoich alegorycznych zwierząt, a one, delfiny, ryby i łabędzie, próbują się z ich dziecięcych rączek uwolnić. Natomiast wszystkie rośliny parku: platany, lipy, kasztanowce, dęby, graby, buki, klony, jawory, jesiony, miłorzęby, tulipanowce, czeremchy, brzozy, sosny, jodły, tuje, daglezje, świerki, cisy, modrzewie, jałowce, magnolie, różaneczniki, róże, tamaryszki, derenie, jałowce, głogi, perełkowce, topole, limby, wierzby – śpią. Śpią też strażnicy, by z całym impetem i energią poranka, zacząć swoją aktywność od nowa.
W nocy spytałam Tanię, dlaczego sprowadziła pół szkoły do pracowni na poddaszu, do naszej dyplomowej pracowni, do której przyjechał mój mąż i rano nie zdążyliśmy się zbudzić, a ona nie poczekała nawet pięciu minut łomocąc do drzwi jak hitlerowiec, zaraz poszła i przyprowadziła kilku asystentów i recepcjonistę na pomoc dobrze wiedząc, że tam roznegliżowani jesteśmy.
Ale Tania niczego nie potrafiła sobie przypomnieć.

Wtedy na roku dyplomowym na wydziale malarstwa zostało tylko pięć osób i to mnie z Tanią przydzielono razem praktyki w Państwowych Zakładach Kuchenek Gazowych malując na niewypalonych emaliach części metalowych piecyków swoje projekty. Ponieważ profilem naszej uczelni było malarstwo monumentalne, czyli ścienne, najprawdopodobniej nikt władz uczelnianych nie chciał wypuścić z rąk żadnego, niezwykle intratnego zlecenia, symulując nasz dyplom pracą do niczego nie przydatną i do niczego nie prowadzącą. Po wybraniu kilkunastu takich samych modułów, najprawdopodobniej ścian bocznych piecyków gazowych, czyli największych możliwych powierzchni, drapałyśmy w napryskanym aerografem białym szkliwie przenosząc z wielkich arkuszy kalek uprzednio sporządzone rysunki, co potem jechało wraz z całą produkcją przemysłową do pieca. Stary, który właśnie przyjechał na uczelnię po Tanię, by zobaczyć z nią wspólnie jakiś ważny mecz, nie zastawszy jej tam, szybko wyjechał, o czym ze zgrozą dowiedziała się Tania po powrocie z fabryki. Natomiast niespodziewanie na mnie czekał Marek. Ponieważ miałam jeszcze mnóstwo pracy przy obrazach, zostaliśmy w pustej pracowni na najwyższym piętrze gmachu z romantycznym oszklonym dachem. Przespaliśmy się na materacu modelki.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Tania Rozdział IX.

Po plenerowym półmetku Tania zaczęła dzielić czas między wizytami w pokoju Wojtka mieszkającego z Marianem (który równocześnie dawał mu lekcje malarstwa), a spacerami z Łukaszem. Nam pozostawały tylko noce, kiedy zmęczone dniem nie rozmawiałyśmy już wiele. Z tej pierwszej aktywności Tani zostały tylko wyrzuty Wojtka, który ciągle mi mówił w czasie biesiad przy stole:
– Ewa, jak ty mogłaś tyle czasu ukrywać nam Tanię? Czemu ona na nasz plener nie przyjeżdżała wcześniej?
– Nie wiem Wojtku, nie wiem – powtarzałam nie bez satysfakcji z tego, że mój typ plenerowicza się sprawdził. Bo cokolwiek powiedzieć o Tani, była idealnym zwierzęciem plenerowym, czyli kimś, kto pięciu minut nie wytrzyma bez ludzi. Jednak mimo takiej aktywności towarzyskiej, okupowała cały czas pokój i nigdy nie wiedziałam, kiedy będzie potrzebować absolutnej i natychmiastowej samotności, kiedy maluje, a kiedy zaraz zamknie się w nim z Łukaszem, potem czerwona wypadnie, pochwali się, że się na nią rzuca i powie mi jak dziewica, skromnie spuszczając oczy: -A po co mi to!
Ja z kolei nie wytrzymując nieustannego ruchu na korytarzu, marząc o osobności, poszłam na piechotę do najbliższego miasteczka do biblioteki, licząc na całodzienny luz towarzyski i anonimowość.
Biblioteka zrobiła na mnie zdumiewające wrażenie. Od podłogi po sufit wszystkie korytarze i pomieszczenia, gdzie mieściły się poszczególne działy książek dla dzieci i dla dorosłych, czytelnia i sala konferencyjna, wszystko, co miało wolne miejsce na ścianach, szczelnie pokrywały obrazy plenerowe. Obrazy z kilku lat plenerów, obowiązkowo malowane za pobyt i wyżywienie przez ogólnoświatowych malarzy, lądowały tutaj, jako zakupy biblioteczne.
Cofnęłam się jak oparzona. Uciekając od tych ludzi wpadłam na kolejny koszmar, na ich wytwory, które stanowiły kwintesencję ich psychiki, wiary i przemyśleń, ich najczęściej złych uczuć, ich niedojrzałości i skrzywień seksualnych. To wszystko w tych obrazach było, a przy tak skomasowanym ataku technicznych nieudolności, niejednokrotnie ewidentnych kiczów, dysharmonii i fałszu, przebywanie w bibliotece było niemożliwe. Na dodatek na podłodze stało dużo kartonów z masą niemal wylewających się z nich książek, tak dziwnie porzuconych, w sąsiedztwie równo ułożonych książek na wszystkich półkach.
Spytałam bibliotekarkę za pulpitem, czemu one są w pudłach.
– Tych książek nie wprowadzamy do bazy.
– Więc można je zabrać? – spytałam zdumiona.
– Tak.
Miałam mały plecak, ale usłużna bibliotekarka dała mi jeszcze dwie reklamówki i napchałam wszystko książkami, przerażona, jak ja to będę pięć kilometrów nieść. Książki były zupełnie nowe, niejednokrotnie nierozcięte, wprost z drukarni, wydania głownie z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, na papierze tzw. drzewnym, ale te wydane przez Ossolineum we Wrocławiu były oprawione w płótno i papier był wyższej klasy. Wszystko dotyczące poezji i historii literatury udało mi się odkopać w stertach pudeł, a tych tomików rozsyłanych jedynie drogą pocztową Ludowej Spółdzielni Wydawniczej z serii Biblioteki Poetów, które na studiach zamówiłam i opłaciłam, miałam zaledwie kilka, a tu taki wysyp! Nie wiedziałam nawet, że coś takiego wydrukowali kiedykolwiek z tłumaczami lat międzywojennych! I te wszystkie tomiki poetów wydane przez PIW serii celofanowej, w księgarniach nieosiągalne!
Wracając wiejskimi ścieżkami przez las na skróty, rozmyślałam o tym, jak to we Wrocławiu po zmianach pięciu prywatek uwieńczonych akademikiem na ostatnim roku studiów, ratowałam się od psychicznego załamania Biblioteką Ossolińskich. Samo wejście w ten gmach dawało mi już poczucie bezpieczeństwa i szczęścia. I tak ją idąc, wspominałam.

Moja biblioteka jest moim Domem Prawdziwym lepszym Kościołem, bardziej uniwersalnym i pożytecznym, gdzie można markować pracę kontemplacją i na odwrót. To nie wpływ Borgesa, u którego też biblioteka jest świątynią. To takie moje osobiste, bezwiedne. Patrząc od lewej, półki z kulturą i obyczajem, potem nauka o literaturze, słowniki encyklopedie, prawo, psychologia, historia sztuki i znowu kultura. Numer 100 jest koło okna, gdzie jest jasno i nie trzeba zapalać lampki. Tylko w zimie lepiej wybrać 58, albo 36 z kraju, dwa kroki przy drabince i wyciągnąć rocznik 71 „Poezji”, poczytać wszystko o Wojaczku, jak go subtelnie poznają i ostrożnie chwalą. Albo usiąść gdziekolwiek, wrzucić kartkę i bibliotekarz przyniesie „Ziemię jałową”, za którą nie trzeba dziękować, ani kiwać głową – podaje ją, jak potrawę w ekskluzywnych restauracjach bezszelestny kelner.
Magia druków PAN-u i brzydkich dziewcząt w okularach oglądających olbrzymie księgi z rocznika „Kuriera Warszawskiego” z 1882 roku na drewnianym stelażu. Lub autentycznych rękopisów, jak gdyby nigdy nic, by zanotować jedno zdanie, słowo.
O godzinie pierwszej jest wietrzenie czytelni, dyżurny wypowiada coś półgłosem i wszyscy wstają, by na pół godziny iść na spacer, popatrzeć na Odrę, iść na targ, kupić truskawki. Czasami dyżurni uśmiechają się: to starcza na dni, na tygodnie, a gdy się skończy, znowu przychodzę po nową porcję, znowu upewniam się, że na półkach stoją autentyczne książki, że posiadają nie tylko okładki, ale i strony, i zdania, i litery, a nawet myśli. Abstrakcyjna nieskończoność pod okładką i nie ma lęku zamknięcia, duszności, braku przestrzeni. Wierzy się to bez ryzyka.
Obserwuję brak domu, jak u sierot z sierocińca. Utrzymując proporcje porównawcze, można pokój sublokatorski traktować jako dziwkę puszczoną w obieg za 600 zł miesięcznie. Czteropokojowe mieszkanie jest bajzelmamą, panią Zosią, pomysłem, a ja pieniędzmi. To pokój się profanuje ciągłym przepływem klientów, ściany przesiąkają ciągle kimś innym, ciągle cudzym. Ten pokój ma wstręt do siebie, kiedyś był uczciwy, oddał się tylko architektowi – zmarłemu mężowi pani Zosi – teraz oddaje się byle komu, ale niechętnie. Byle kto to odczuwa i nie zabiega o względy.
Jest na tyle domyślny.
W czerwcu na końcu trzeciego roku przyznano mi akademik, tak się dziwię, że nie wiem, czy się cieszyć, tak jak zamierzałam, może odzyskam Bibliotekę, utracę Ogrody i Róże z Raju do Piekła, żeby przejść do Raju. Pierwszy dzień w Akademiku, wszyscy z przyklejonym uśmiechem, tylko Tania autentycznie. Podarowała mi dużą świnię – skarbonkę z ceramiki wracając z wystawy Starego na Węgrzech, a teraz gadają, gadają i tak głupio i tak źle.
Wszystko jest symboliczne.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Tania Rozdział VIII.

– Gdzie byłaś – spytałam Tanię znad obrazu, który malowałam jak zwykle na korytarzu nigdy nie wiedząc, kiedy Tania będzie malowała i kiedy będzie potrzebowała samotności w naszym pokoju.
– Na pierogach z Łukaszem. A wcześniej poszliśmy do lumpeksu – tu na wsi są chyba trzy, bo on nie potrafi sobie kupić koszuli. I wybrałam mu kilka, bardzo się ucieszył, a ja sukienkę. Była ubrana w kretonowy worek w ostry wzór czterech podstawowych kolorów na białym tle i zrobiła taneczny obrót, bym ją lepiej sobie zobaczyła.
– I, żeby to oblać, poszliśmy do knajpy. A tam moje ulubione ruskie. Nie mogliśmy się powstrzymać.
– Fajna! To tutaj nas tak dobrze żywią i wy musicie jeszcze chodzić na pierogi? – zdziwiłam się autentycznie, bo obiadowe porcje plenerowe były tak wielkie i tak kaloryczne, jakby żywiono górników dołowych.
– Chciał mi Stary dać grosze na ten plener i ja mu na to, coś ty Stary, chyba żartujesz… I dał, co miał dać.
– Wojtek mówi, że zaraz jedziemy do skansenu, w ramach zapoznania ogólnopolskich gości z atrakcjami regionu. Można zabrać farby i sztalugi.
Kiedy Tania zniknęła w naszym pokoju, przypomniały mi się wrocławskie ciuchy, na które cała uczelnia raz w tygodniu jeździła tramwajem, a które leżały wprost na ziemi i trzeba było z tego kłębowiska wydobywać mocno sfatygowane, bardzo pomięte, często tylko fragmenty czyjejś garderoby, z czego w akademiku Wieśka, jako jedyna, która z domu przywiozła maszynę do szycia, robiła ubrania właściwe. Przy mizerii, jaka wtedy panowała, stroje były sformalizowane jak w dziewiętnastym wieku, kiedy brak kapelusza na głowie deklasował warstwy wyższe. Tu, we Wrocławiu myśmy byli warstwą wyższą w społeczeństwie i nikt z nas nie odważył się łamać ustalonego kanonu obowiązującego nas wszystkich. Śmierdzące fornalskie kożuchy przywożone z okolicznych wsi w akademiku czyściło się, farbowało artystycznymi farbami, przeszywało, restaurowało. Nikt nie odważył się nie mieć zachodnich prawdziwych dżinsów, które nawet w „płynie” kupowano od nie zawsze zorientowanych handlarek w różnicy między polskimi szarikami, a amerykańskim wranglerami. Ja jednak po ulicy chodziłam notorycznie w samej bluzce, nawet jak leżał śnieg.

Jest wewnętrzny przegląd z udziałem Pana, bo Pan nawiedzał nas niezwykle rzadko, jest więc wyjątkowo. Zdesperowana, by wyrzucić wyprzeć i wymazać z siebie wszystkie obrazy, które kładliśmy na podłodze korytarza pod oko Pana, idę potem do Muzeum, które sąsiaduje z uczelnią gmachami, oglądam wszystkich malarzy Młodej Polski i międzywojnia, kolorystów, modernistów i konstruktywistów i zrozpaczona wybiegam, krążę po placu, docieram nad Odrę, ludzie oglądają się, robią cierpkie uwagi, że taka to będzie grypę roznosić, a ja muszę nim wrócę jakoś to wszystko odreagować…

Właściciel skansenu przywitał nas słowami:
– Cieszę się, że przyjechali ludzie dobrzy – powiedział nam, wysiadającym z trzydziestu samochodów. Nie było to podlizywanie się, ani błaganie o mniejsze roszczenia gości. Był upał i musiał pokonać kolejną partię odwiedzających jego własność, jako ciekawostkę tych pustych przestrzeni, opuszczonych domów, zdziczałych sadów, banalnych ludzi. Były to: olbrzymia lipa, konie, gęsi, koza i cztery ogary.
Rzuciliśmy się natychmiast na długie kiełbasy, kartofle z wody, wiejskie jajka sadzone i piwo ze stojącej beczki. Ciągle dzwoniła komórka naszego gospodarza, a on cierpliwie tłumaczył po niemiecku warunki, ceny, terminy. Biała koza wielokrotnie podchodziła do jedzących, zjadając wszystko podsunięte jej do pyska i nasycona szła pod stół z ciężkich drewnianych bali zdrzemnąć się trochę, by na powrót uczestniczyć w biesiadzie. Towarzyszyły jej cztery psy przymilające się do kiełbas i kaszanki oraz para gęsi cierpliwie oczekujących na swoją kolejkę.
Festyn właśnie się zaczął. Malarze, poustawiani w niewielkiej przestrzeni wiejskiej zagrody ze swoimi sztalugami, stanowili jakby podkład dla mającego nadejść spektaklu.
Przyjechał garncarz wraz z gliną i toczkiem garncarskim, wkrótce po nim pszczelarze z ramką zamkniętą w szkle z rojem pszczół i całym sklepikiem świeczek woskowych, słoików miodu i aptecznych preparatów pszczelarskich.
Wjechał, stylową bryczką z plecioną, wiklinową budą – sołtys. Na końcu wkroczyła, ubrana w regionalny strój, orkiestra. Garncarz wiedział, że robiąc do dzbanków ucha należy wcześniej zrobić gruby wałek i mocząc w garnku rękę, miarowymi ruchami przesuwać dłonią w górę i w dół i wywoływał tym szalony śmiech kobiet. Wiedział też, że należy pozwolić im toczyć i że sami się będą bawić lepiej, dumni, że potrafią, mimo, że jest to trudne.
Po kupieniu świeczek, leczniczego pyłku i wielkich słoików miodu malarze próbowali wrócić do swoich sztalug, ale zaczęła się kolacja z kiełbasami, kozą, psami i gęśmi.
Orkiestra grała ordynarne przyśpiewki. Sołtys wybierał po trzy osoby i przejeżdżał kilkanaście metrów swoim pojazdem w las, by zawrócić i zabrać następnych. Hania wykonała rundę kilkakrotnie. Reszta wracała do kiełbas, czasami do sztalug, toczenia i rozłożonych w lesie koców.
Orkiestra złożona z bębna, trąbki, akordeonu grała krótko. Przyłączała się do kiełbas, chodzących lub malujących kobiet. Piła piwo. Jeden podszedł do znudzonych Niemek i ośmielony piwem, objął gwałtownie i przewrócił. Zaskoczona dziewczyna upadła na ziemię, gdzie niedawno spała koza. Chłopak był zmieszany.
– Danke, danke – mówił niepewnie. – No, jak jest, kurwa przepraszam? – pytał rozglądając się błagalnie, by ktoś podrzucił mu to słowo. Ale ludzie wokół byli zajęci swoimi sprawami. Dziewczyna wstała, boleśnie otrzepując kurz i zeschłą trawę. Wtedy wrócili na środek i chłopak uderzył w bęben. Grali głośno, a przyśpiewki stawały się coraz sprośniejsze.
Gospodarz wyjął trzy obrazy, które kupił za grosze od Ukraińców. Wszystkie były realistyczne, pracochłonne i przedstawiały kolejno góry, las i pole. Profesor długo tłumaczył wady obrazów. Wreszcie wybrał „góry” i natychmiast, korzystając z farb kolegów, je przemalował i poprawił.
Wszystko, jak w kończącym się filmie powtarzało się miarowo. Przy zachodzącym słońcu orkiestra rytmicznie grała w ciasnym prostokącie podwórza wypełnionego biesiadnymi stołami, bawarską konsumpcją, oswojonymi, zdeprawowanymi zwierzętami i ta piekielna karuzela kręciła się tak, że już nie mogła się zatrzymać, aż zrobiło się ciemno i boleśnie. Pijani tłukli gliniane ozdoby, skakali do płytkiego stawu i deprawowali zwierzęta.
Tania siedziała w swojej nowej wzorzystej sukience też pijana obok cały czas malującego Łukasza i pieściła dwa maleńkie koty, jakby to były jej dzieci.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz