Sixto Rodriguez – CAUSE [1971] z angielskiego przetłumaczyła Ewa Bieńczycka

BO

Bo z końcem roku
z pracy mnie zwolnili
i pytałem Jezusa w rynsztoku
ale papież powiedział, że to nie boski jest szwindel
choć deszcz pił szampana…

Załatwiło mnie całowanie z estońskim Archaniołem
bo najsłodsze, jaki dostał…
Pierwszy raz, nigdy nie próbowałem…

Och, czeka mnie
oddanie wypłaty
Molly w McDonaldzie…

Neonowe panie
piękność jest tylko w tym,
co się wynajmie lub kupi…

Bo moje serce złamane staje się hotelem
pełnym plotek, za co czynsz
płacę poza tunerem,
ale palce wbijam w twarz…

Przyjaźnię się półgodzinnie szesnaście razy
za każdym razem,
bo królowa serc jest pół głazem,
lubi śmiać się sama i zawsze grozi mi wylaniem…

Och, ale grać
w te gry
na żetony Willy Thompsona…

By dać medal
synowi
pani Annie Johnson…

Bo powiedzieli,
że wszyscy mieli
płacić składki,

i udałem się stąd
prosić po zwrot
bo miałem nadpłatę…

Urzędniczka
wytłumaczyła jej brak,
niemal płakała…

Uciekłem za próg
bo zapach perfum
tkwi w głowie jeszcze…

Bo widzę moich ludzi
topiących w słońcu
w weekendy whiskey sours…

Bo ile można żyć na raty
wiedząc, że to komiks,
zioła, kwiaty…

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Otagowano , | 3 komentarze

Lata siedemdziesiąte. Małpa. Rozdział II.

Witek symulował samobójstwo na przepustce. Dostał pastylki od zaprzyjaźnionych hippisów i wtajemniczona była tylko jego siostra, która o określonej godzinie miała wezwać pogotowie. Jak potem opowiadała, była tak zdenerwowana, że zaczęła palić papierosy. Rodzice nic nie wiedzieli, co równocześnie podkopało stan zdrowotny całej rodziny Witka.
Kiedy odwiedziłam Witka w szpitalu, snuł się zrozpaczony po korytarzu w pasiastej piżamie prześladowany przez jakiegoś pacjenta, który chował wszystkim współwięźniom kapcie i szczoteczki do zębów. Na dodatek nic nie wskazywało na to, że go stamtąd wypuszczą. Jak go wreszcie wypuścili, to z powrotem do wojska.
Nikt z nas, dziewczyn nie wiedział jak jest w wojsku naprawdę. Krzyś opowiadał, że bili ich drugoroczni pasami, a jak on był już drugi rok, to sam bił, zamykali salę wypełnioną jednorocznymi i rozpinali skórzane pasy. Sprawiło im to, jak opowiadał z dumą, dużą przyjemność.
Brat, jak wrócił ze studium wojskowego – letniego obozu, który trwał tylko miesiąc, studenci odbywali je po drugim roku – był jak dzikie zwierzę. Nie mówił do nas w domu, tylko warczał.
Wiedziałam, że Małpa nie pisze mi wszystkiego i że jego listy są kreacją literacką, na dodatek – jak donosił – różewiczowską. Podtrzymywałam korespondencję jak mogłam, ale jak mogłam wygrać z całą armią.

Czołem Ewka!
Dzisiaj mamy wtorek. Wczoraj ledwo co wróciłem z poligonu. Dzisiaj otrzymałem Twój list. Na poligonie było strasznie – bez przerwy lało. Mieliśmy alarm nocny. Spaliśmy pod namiotami – jedliśmy z menażek, a kawę piliśmy z manierek. Las niezbyt ciekawy. Wszystko napięte, łącznie z atmosferą. Najpierw marsz około 35 km z całym oporządzeniem, które waży około 50 kg. Tak szliśmy też z powrotem tzn. po tygodniu. Czekały na mnie w ośrodku trzy listy.
Odnośnie Różewicza – Ewka, jak znajdziesz chwilę czasu i trochę pieniędzy u siebie to weź i kup wysyłając go do ośrodka na moje nazwisko – ja wtedy automatycznie przysyłam Tobie za niego pieniądze, których tutaj mam pod dostatkiem. Będę Tobie za to bardzo wdzięczny. Podtrzymywało by mnie to na duchu, dlatego, że jestem pesymistycznie nastawiony na świat.
Ewka, jeżeli ten Różewicz będzie kosztował około 300 czy 500 zł, jak to wyczytałem z Twego listu, to nie ma sensu, abyś go kupowała, lecz jeżeli będzie kosztował około 100 zł to proszę Cię bardzo.
Uratowałaś by przez to cześć mego zgniłego, spróchniałego życiorysu – to spowodowane jest moim “zaszczytnym obowiązkiem”, do spełnienia, którego, jak wiadomo już Tobie, zmuszono mnie.
Ewa, ale pierwsze są egzaminy, w których życzę raz jeszcze powodzenia Tobie i reszcie, a potem dopiero Tadziu Różewicz.
Dzisiaj dostałem trochę wiadomości od rodziny, co się nowego dzieje. Stwierdzam, że nic ciekawego – poza tym, że ogrodzenie (jak mi piszą) wokół domu zmienia oblicze.
Kłaniam się wszystkim w koło oraz Tobie. Ściskam Cię i całuję.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Małpa. Rozdział I.

Zawsze w klasach szkolnych jest chłopak zwany Małpą. Mieliśmy takiego w podstawówce i miałam też w szkole średniej. Bardzo lubiłam Małpę i broniłam, kiedy Heniek mówił mu, że kupi mu młotek, by “sie klupnął w ta gowa”. Jego szeroka twarz i odstające uszy, blond włosy i krępa sylwetka nie budziły u dziewcząt klasowych dzikich żądz, natomiast wszyscy go lubiliśmy, bo był szczery, otwarty, dobry i towarzyski. Zapraszał nas do swojego małego domku na prywatki, gdzie mieszkał tylko z matką, szczupłą, prostą kobietą, która specjalnie dla nas piekła kruche ciasteczka i była zakochana w swoim jedynaku.
Małpę wzięli do wojska z malarni, jako jednego z pierwszych z naszej klasy maturalnej. Przez dwa lata pisał do mnie listy, potem się wszystko nagle urwało. Kiedy po studiach pojechałam tam gdzie mieszkał, było tylko zaorane pole.

Czołem Ewka!
Ja także chętnie napisałbym Tobie wesoły list – ale Ty od razu nie musisz sądzić, że u nas (w wojsku) aż tak niemiło. Chyba osoba, z którą na ten temat rozmawiałaś była źle poinformowana – Ciebie także przy tej okazji źle poinformowała – ale to nic. Ja postaram się napisać Tobie, jak tu u nas jest doprawdy.
Rano. Godzina 6.00 pobudka oraz zaprawa. 6.20 sprzątanie rejonów oraz śniadanie. Następnie apel i rozprowadzenie plutonów do zajęć od godz. 7.45. Uczymy się przez siedem godzin dziennie poza sobotą i niedzielą. W tym czasie mamy także zajęcie z musztry – to nie ta musztra, co w szkole u Barczewskiego. O godz. 14.30 (chyba – bo nie mam zegarka) mamy obiad, po którym mamy czyszczenie broni. Okropna sprawa. Potem nauka własna lub kółka zainteresowań i około 19.00 kolacja – potem dziennik i dalej sprzątanie rejonów. Potem apel wieczorny, mycie i capstrzyk o godz. 22.00. W sobotę mamy dzień gospodarczy – przebiega na zasadzie licytacji – zależy, do kogo się trafi – tym człowiek ma się lepiej. Czas na pisanie listów znajdzie się od czasu do czasu. W tej chwili np. ja nie korzystam z zaprawy porannej. Chodzę do izby zabiegowej leczyć oczy oraz nogi (dwa razy na dzień).
Przyszła wiosna, która niewątpliwie zaczyna się kończyć. Miałem plany, w których mi przeszkodziło wojsko. Wiesz dobrze chyba, że chciałem zdawać na ASP – albo do Katowic, albo do Wrocławia. Z tego też to powodu jestem okropnie niezadowolony. Trzeba było się pogodzić ze stanem rzeczy, jaki zaistniał. Odnośnie egzaminów – to trzymam za Ciebie kciuki, ale chyba sama wiesz, że samo trzymanie kciuków niekiedy nie wystarcza. Ja w dniu naszych egzaminów będę miał próbę w kółku muzyczno-artystycznym – gdzie jestem zaangażowany do odgrywania roli Sierżanta Pioruna. W tej chwili wykorzystuję przerwę między próbami.
Jak dowiaduję się z Twego listu, to nie ma w tym roku najlepiej z maturami. Ja przed pójściem do wojska opisywałem – pismem artystycznym – pracę maturalną do technikum fotograficznego jednemu chłopakowi. Na razie nie wiem, czy zdał albo oblał. Jestem dobrej myśli.
Jestem w pokoju z kilkoma chłopakami, którzy kończyli Liceum Plastyczne we Wrocławiu i Opolu – mieli oczywiście dużo lepsze warunki niż my. Też chcieli zdawać na studia, ale tak im przeszkodzili, jak i mnie.
Heniek jest w tym samym plutonie co ja – lecz w innej drużynie, nie śpimy na jednej sali. Dankę widziałem, kiedy była u Heńka w odwiedziny – przelotem i nie zdążyłem zauważyć czy się coś zmieniła, bo z nią w ogóle nie rozmawiałem.
Ewo, dlaczego sądzisz, że kiedy mnie nie ma to się wszystko rozlatuje?
Bronek dlatego pracę zmienił, bo z szefem nie mógł wytrzymać – tak samo jak i ja w “Eldomie” – z Anną Dorotą.
Bronek pracuje teraz tam, gdzie Stenia, no ale tam musi przez 8 godz. siedzieć, nie można wychodzić, jak z Domu Książki.
Odnośnie Izy to nie chcę dużo pisać, ale jestem ciekawy, czy ona już zwróciła dług Bronkowi za zdjęcia?! Odnośnie dramatu w trzech aktach, o którym mi piszesz – to chciałbym go przeczytać, bo ja w wojsku poświęcam się wybitnie poezji. Mam przy sobie tomik “TWARZ” T. Różewicza. No i zawsze coś napiszę “Różewiczowego” U mnie to płakać nie trzeba, ale raczej zastanowić się nad swoim postępowaniem – skierowane jest to do ludzi prawie całego świata. Przyślę Ci coś z tej tzw. “Różewiczówy”.
Pogoda u nas możliwa, deszcz, słota i tak na przemian.
Zechciej przyjąć gratulacje za wystawę w Toruniu. No i doczekałaś się, że zainteresowano się Tobą nie tylko na arenie ogólnopolskiej, ale także europejskiej. A jeżeli chodzi o KMPiK – to przekonałem się, co to za instytucja już przed wojskiem.
Przed chwilą wróciłem z izby zabiegowej i piszę list do Ciebie dalej.
Jestem tutaj w tym wojsku okropnie przestraszony. Nie ma żadnych warunków do plastycznej pracy twórczej, a ja mam do 31 maja zrobić dwa plakaty na konkurs o Wojsku Polskim. Jedyna z nielicznych przyjemności – to wyjście do ZOO, czy parku lub do kina na ciekawe, chociaż stare i znane mi filmy, oraz palenie papierosów. Tych przyjemności – i picia nie tylko piwa – nie mam ochoty sobie w wojsku odbierać. Osobiście – to wojsko zmusiło mnie do przyszycia 3 guzików ( urwano mi je, gdyż kieszeń była nie zapięta) oraz zaszycia dwu kieszeni przy panterce (panterka – kurtka robocza).
Dzisiaj mamy piątek po kolacji i oczekujemy apelu, żeby potem iść spać. Dowódcami naszych drużyn są kaprale i st. szeregowi (ja jestem szeregowym), którzy się na nas wściekają, bo my ich rozkazy wykonujemy opieszale: po prostu nie chce się nam. Niektórzy są gorliwi na każde zawołanie lecą np. szer. Heniek (to można dalej przemilczeć).
O tym, że Danka, Joaśka czy Jadźka nie mają prac, lub bardzo mało mają, to wiem, bo dostałem list z pracowni MHD gdzie pracuje Bronek – bardzo mnie to niepokoi, ale jest jedno przysłowie: “Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”. Odkładanie jakiś tam spraw na dzień następny wydaje mi się, że nie ma sensu, tam właśnie była taka sytuacja. O tym, że pracownię zalało to mi nie wiadomo. Jestem także zainteresowany czy mój ELDOM jeszcze istnieje, mógłby już upaść, gdyż to i tak była instytucja deficytowa dla państwa.
Powracam do pierwszych zdań Twego listu. Jak z tego wynika, to ja podły człowiek musiałem zapomnieć na widokówce napisać adresu mego obecnego miejsca zamieszkania. Było trzeba tych widokówek rozesłać – to było możliwie – bardzo mi z tego powodu przykro.
Łódź – OSP”B” – 9-go Maja – to mój dokładny adres, dlatego że list Twój błądził po całym ośrodku, nim trafił do mnie. Wyobraź sobie taką sytuację; kartka z adresami, gdzie należy wysłać pozdrowienia (pół kopy – czy więcej tego jest) oraz listy do rodziny, nowa atmosfera, nowi ludzi i wszystko, tak, że głowę na początku można stracić, a nim się człowiek opamięta to zapomni, co zrobił dotychczas. Ja jeszcze wiele ludziom nie wysłałem pozdrowień, a muszę to zrobić w najbliższym czasie, póki tu jeszcze jestem, aby nie mieli do mnie żalu, bo stwierdziłem, że warto z ludźmi żyć w zgodzie.
Na tym kończę list. Kłaniam się Tobie oraz Twej mamie.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Otagowano | 6 komentarzy

Lata siedemdziesiąte. Tania Rozdział XIX.

Kucharki zaniosły do Domu Strażaka termosy z kawą i herbatą, białe obrusy, herbatniki i pierniczki. Ponalewano do kieliszków soki i wino.
Publiczność wolno, ale skutecznie wypełniała ogromną salę bankietową, gdzie odbywały się wiejskie wesela. Chyba z powodu takiego wieloletniego wykorzystywania remizy strażackiej, wernisaż pleneru malarskiego natychmiast utożsamił się z weselnym stylem zabawy. Zamiast narzucić swoją estetykę, plener uległ wiejskiej szmirze bez żadnego powodu, siłą bezwładu. Na dodatek Wojtek zaprosił – by nie psuć sobie lokalnych układów – stale tu grający na festynach i ślubach zespól discopolowy, który po krótkiej części oficjalnej, gdzie dziękowano władzom gminnym za gościnę, grał do późnej nocy.
Z Pałacu przyjechała przewodniczka, Piotruś wręczył jej akwarelę. Wymieniła ją na jedyną z wystawionych przez Piotrusia prac „realistycznych”, gdzie wydrapał żyletką jezioro, co stanowiło wyłom w jego abstrakcyjnej konsekwencji.
Kiedy na horyzoncie pojawił się Polityk i zobaczył mnie i Profesora, zrazu cofnął się paniczne, ale zreflektowawszy się, bez ukłonu, nie patrząc na nas, dołączył do notabli. Ich żony dziwacznie poubierane z racji odświętności chwili, nie mogły się wtopić w zróżnicowany tłum, poprzetykany gdzieniegdzie abnegackimi strojami malarzy, ubranymi tak, jakby nigdy swoich ubrań nie zdejmowali. Na dodatek w połowie ceremonii dołączyli brudni od farb malarze wracający daremnie z rezydencji właściciela zakładów mięsnych, który nie zakupił od nich ani jednego obrazu.
Kakofonia mini wystawek, świadczących o stylu i osobowości plenerowiczów została doprawiona jeszcze dziwaczniejszymi tworami tubylczej ludności – od konserwatorskich wyczynów bardzo złych obrazów przedwojennych, po ogromny autoportret pacjenta szpitala psychiatrycznego, wniesiony w ostatniej chwili bez wiedzy Tani i postawiony przy oknie tak, by zdominował swoją potworną głową całą wystawę i nadał ton całemu wydarzeniu. Tania, niezadowolona z zezwolenia Wojtka na wystawienie tego obrazu, ustawiła wcześniej prace Łukasza właśnie w tym samym miejscu, by prezentowały się najkorzystniej.
I rzeczywiście, to niechciane sąsiedztwo im nie zaszkodziło. Kiedy weszli galernicy, nie odstępowała ich na krok, póki nie spieniężyła wszystkich obrazów Łukasza. Potem usiadła obok mnie zadowolona i obserwowałyśmy już razem, jak Piotruś równie skutecznie rozmawia z handlarzami obrazów, i jak powoli tłum, orientując się nagle, kto jest kto, rzuca się na nich, nie dając im szans swobodnego wyboru.
Prosiaka na dziedzińcu remizy piekł na rożnie chyba ktoś z krewnych żony Wojtka, przebrany za kucharza, w białych rękawiczkach i fartuchu. Nieśmiało podawał na papierowych tackach krojone w plastry mięso. Był tak wychudzony jak ten prosiak, który wysuszył się i skapcaniał, a zwisający ryj zwierzęcia zawsze obracał rożen w dół, jakby spuszczał nos na kwintę i nie chciał tego wszystkiego wokół oglądać.
Tania przyniosła ze stołu butelkę wódki, nalała mi i też pijąc mówiła i mówiła, ni to do mnie, ni to do siebie.
– Stary już wie, pracownię zostawimy wspólną, bo to niewielkie opłaty, ale mieszkanie sprzedamy. Podzielimy się, ja biorę samochód. Łukasz nie ma prawa jazdy, ale już się zapisał. Nie jestem głupia, zamieszkam z Łukaszem tylko pod warunkiem prawnego przepisania na mnie domu. On sam go wybudował na wsi po rozstaniu z żoną. Trochę go rozbudujemy. Zawsze mogę tam coś uprawiać, bo ma dwa hektary.
– Nie boisz się? Przecież on jest od ciebie o połowę młodszy. Twój Stary dostaje na uczelni katedrę, byłabyś profesorową…
– Wybieram życie ciekawsze – powiedziała Tania i diabelsko uśmiechnęła się.
Do mnie podszedł pensjonariusz szpitala psychiatrycznego, ładny blondyn o brzydkim wnętrzu zilustrowanym autoportretem, którego piekielny jad coraz bardziej neutralizowała wódka, i poprosił mnie do tańca.
Na moim miejscu usiadł Piotruś i razem sącząc wódkę z Tanią przypatrywali się naszemu tańcowi.
– Pięknie tańczysz – krzyknął do mnie poprzez hałas Piotruś w przerwie utworu, jakby chciał nam przeszkodzić, ale mój partner nie wypuszczał mnie już z objęć.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Otagowano | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Tania Rozdział XVIII.

Była to ostatnia noc z Tanią i próbowałam z nią jeszcze skonfrontować nasze wspólne przeżycia, zobaczyć je w niej po latach i sprawdzić moc naszej pamięci. Jednak Tania na hasło „Gruzja” nie ożywiła się wcale, tę wspaniałą, wspólną wycieczkę z „Alamturu” widocznie unieważniły jej późniejsze, pewnie atrakcyjniejsze wycieczki. Nieciekawa była też moich opowieści, toteż ograniczyłam się tylko do pytania, dotyczącego naszego pilota. Niestety, nie pamiętałyśmy już imienia tego chłopaka, który też był studentem i widocznie pilotowanie wycieczek było jego zajęciem zarobkowym w spółdzielni studenckiej.
– W miesiąc po wycieczce zaprosił mnie i Starego na swoje wesele – przypomniała sobie Tania.
Obie doszłyśmy do wniosku, że to był bardzo fajny i miły chłopak.

Wycieczki zagraniczne były dostępne dla wszystkich studentów, ale ogłoszenia na tablicy w holu uczelni o wolnych miejscach pojawiały się tylko na moment i trzeba było reagować natychmiast, by taką wycieczkę móc wykupić. Wprawdzie studenci jeździli do biura Almaturu na Dzień Kobiet wciskając sekretarkom bombonierki i kwiaty, by te zatrzymywały dla nich atrakcyjne wycieczki, korzystano z sieci znajomości u organizatorów turystyki środowiska studenckiego, to jednak mi, studentce drugiego roku nieumiejącej o to zabiegać, pozostały tylko tzw. okazje. Pięciodniową wycieczkę do ZSRR przez Kijów Tbilisi i Moskwę wykupiła Tania dla siebie i Starego, ja dla mnie i Marka. Wycieczka była droga i rodzice Marka nie zgodzili się jej opłacić, dla mnie ojciec przysłał pożądaną sumę i by się miejsce nie zmarnowało, Iwonka poleciła swoją matkę zaznaczając, że ona by nigdy ze swoją matką na taką wycieczkę nie pojechała.
Siedzieliśmy więc w samolocie w jednym rzędzie – Tania ze Starym – korytarz – ja z Matką Iwonki, a w środku stewardesa, która nosiła bardzo dobre jedzenie na bardzo topornych talerzach z aluminiowymi sztućcami.
Ale zdumieliśmy się dopiero, kiedy wychodząc z samolotu czekała na nas w Kijowie delegacja w strojach ludowych z chlebem i solą, którą witał jak gdyby nigdy nic nasz pilot wycieczki.
Sytuacja powtórzyła się na płycie lotniska w Tbilisi, gdzie zamiast ukraińskich, białych, haftowanych krzyżykami rubaszek, delegacja gruzińskiej młodzieży ubrana była w czarne i brązowe regionalne stroje narodowe i wręczyła pilotowi kwiaty całując go w oba policzki.
Tania ze Starym, którzy natychmiast skumplowali się z pilotem i nie odstępowali go na krok, patrzyli na moje wysiłki wyrwania się wyciecze z pobłażaniem i wyższością. Lachowicz wręcz mi nakazał, bym w Moskwie wzięła taksówkę i pojechała do Muzeum Puszkina, którego w planie wycieczki nie było. Ale już od Kijowa, obarczona opieką nad znerwicowaną Matką Iwonki, która przeżyła inwazję Stalina na Polskę w Wilnie i która panicznie bała się wszystkiego, przekraczanie granic i pojawianie się mundurowych urzędników budziło w niej histeryczny strach, usiłowałam jednak zwiedzać na własną rękę popadając co i rusz w liczne kłopoty.
Samo pytanie się o „płan goroda”, „kartu” w trzech republikach radzieckich budziło przerażenie u sprzedawców kiosków, księgarń i sklepików na lotniskach i w hotelach. Dopytywanie się o te szpiegowskie – jak się okazało, materiały, niepojęte – bo mimo wszystko w Polsce plan każdego miasta był dostępny w każdej dziurze – bez którego przecież wszelkie zwiedzanie jest niemożliwe – budziło niechęć do mnie całej wycieczki jak i przemiłego przecież pilota. Na dodatek mieszkańcy stolic republik nie zatrzymywali się zapytywani na ulicy, mknęli jak królik z „Alicji w krainie czarów” i przy zabłądzeniu nikt by mnie do hotelu nie doprowadził.
O permanentnej inwigilacji dowiedziałam się dopiero od Wołodii, który pojawił się nie wiadomo jak w pilnie strzeżonej restauracji hotelu w Kijowie, gdzie po kolacji mogliśmy posiedzieć. Zaprosił mnie do stolika i po kilku kieliszkach wódki powiedział, że ja nikogo nie widzę, ale widzą mnie ci, co mają mnie widzieć i że dotyczy to wszystkiego, co robię i gdzie idę. Było to najprawdopodobniej jakieś ostrzeżenie, ale ja je zupełnie zlekceważyłam, szczególnie, że Wołodia okazał się artystą poetą i pisarzem, wyjątkowo miłym i przyjaznym chłopakiem. Wyjął jakieś pismo literackie i zaczął ze mną rozmowy, a potem zabrał mnie na kontynuację picia do jakiegoś mieszkania, gdzie byli inni literaci i jak w nocy odprowadził mnie do hotelu, Matka Iwonki dostawała apopleksji, że mnie nie ma i że nie wracam.
Że „tajniak na tajniaka mruga”, wiedziałam tylko z utworu Tuwima, czyli z przekazu żartobliwego, tak też zdawało się być i tutaj. Wołodia, który mnie ani szczególnie nie podrywał, ani też niczego ode mnie nie chciał, nie obudził we mnie żadnych podejrzeń, szczególnie, że piękno Kijowa pokazanego ekspresowo w dniu następnym zlikwidowało wszelkie niepokoje.
Był koniec marca, wycieczka ubrana w zimowe kożuszki marzła przy słonecznej pogodzie przed cerkwią św. Zofii i wypuszczała papierosowy dym wraz z parą z ust. Panorama Kijowa w tej wczesnowiosennej scenerii ze złotymi kopułami wplatanymi w gdzieniegdzie zieleniejące gałęzie, z połyskliwym korytem Dniepru wyglądała, jak ze wschodniej bajki.
I ledwo pożegnaliśmy przepiękny Kijów, wylądowaliśmy w krainie jeszcze piękniejszej. Jednak już na lotnisku przy powitaniu przydzielono mi Tonię, śliczną Gruzinkę w moim wieku, która już mnie nie odstępowała na krok i nawet zaprowadziła do jakiegoś ponurego gmachu, gdzie mnie ofotografowano wśród uśmiechów mnóstwa urzędników i nie wyjaśniono, dlaczego to robią. Tonia powiedziała, że musi mnie przedstawić swoim przyjaciołom, co nawet przy tak wschodniej gruzińskiej potrzebie bratania się i gościnności, która była towarem eksportowym tej republiki, było nieprawdopodobne, chociaż ci druzja faktycznie sprawiali wrażenie, jakby całe życie tu w Tbilisi czekali, by mnie wreszcie paznkomić.
Mama Iwonki podarowała Toni pięć kilo proszku ixi, bo ktoś jej w Polsce powiedział, że można go sprzedać za dużą ilość rubli, ale ponieważ nie miała pojęcia jak to zrobić i bała się cokolwiek sprzedawać, chętnie pozbyła się tego dodatkowego bagażu. Dołożyła jeszcze swoje skórzane rękawiczki, gdyż w Tbilisi nagle zrobiło się gorąco. Tonia chętnie brała wszystko, ja też jej coś podarowałam z ubioru, polubiłyśmy się zresztą gorąco, nie wyobrażałam sobie, bym Toni nie mogła zaprosić do Polski. Umówiłam się, że natychmiast przyślę zaproszenie, Tonia dała mi wszystkie potrzebne dane o niej, bardzo chciała do Polski przyjechać, nigdy to się nie zrealizowało, na listy nigdy nie odpowiedziała. Wtedy, kiedy chodziła ze mną wszędzie, po domach towarowych, sklepach, gdzie kupowałam herbatę i wino na polskie prezenty, była nieocenionym przewodnikiem. Ale tam, w podziemiach, gdzie pokazano nam Tryptyk Matki Boskiej Chachulskiej, o którym miałam w Polsce cały album i którego szczegółowy opis w trakcie pokazywania poszczególnych kwater złota emalii komórkowej spytałam Tonię, dlaczego ten nasz przewodnik, ten piękny Gruzin jest tak do nas wrogo nastawiony, tłumaczyła, że nie, że to nie ma nic wspólnego ze Stalinem, który się przecież w tym gmachu w seminarium uczył. Zadawałam jej mnóstwo pytań, dlaczego są tutaj pomniki Stalina i dlaczego ten ogromny, czarny Lenin na samym środku tak przepięknego miasta szpeci pejzaż, ale ona cały czas ze śmiechem mówiła, że nie, że nie szpeci. Zostawiałam Mamę Iwonki przestraszoną i wiecznie zmęczoną w hotelu i z Tonią chodziłyśmy po sklepikach z ceramiką, gdzie kupowałam przepiękne bizantyjskie dzbany gliniane, niesłychanie tanie. Tonia wieczorem szła do swojego domu w poczuciu zapewnienia mi pełnego bezpieczeństwa, że nie spotykam się z nikim więcej i wtedy w restauracji hotelowej pojawił się młody student, który przedstawił się, jako Robiert Bomeraszwili i mieszkający na ulicy Gagarina. Z Robiertem piłam tylko wino, z restauracji hotelowej pojechaliśmy metrem zobaczyć nocne Tbilisi, co wprawiło mnie w kolejny zachwyt. Weszliśmy do jakiejś restauracji, gdzie wszyscy Robierta znali. Do stolika dosiedli się inni Gruzini, Robiert kupił kolejne wino, czekoladę dla mnie, którą chciałam zabrać dla Matki Iwonki, ale on ją tam zaraz połamał, zaczął częstować sąsiednie stoliki, potem wszyscy w restauracji zaczęli wznosić toasty wzajemnie, toastom nie było końca. Robert planował ucieczkę do Polski, polował na turystów, by przysłali mu zaproszenie, podał mi swoje dane, obiecałam wszystko zrobić po powrocie, po jakimś czasie zupełnie się rozkleił, jego przyjaciele odprowadzili nas do hotelu, gdzie czekała już na nich milicja. Kiedy weszłam do holu, umundurowany młody Gruzin czekał też na mnie. Wyprowadził mnie przed hotel w noc i rzucił mnie na trawnik. Przy szamotaninie, gdzie autentycznie miał na mnie wielką ochotę i nie spodziewał się takiego oporu, wyrwałam się bez słowa. Pobiegł za mną i błagał, bym nikomu nic nie mówiła, płakał i zaklinał się, że nic złego nie chciał mi zrobić, że jestem taka piękna, że nie mógł się opamiętać. Jednak spotkanie z tajnym milicjanierem odebrało mi mój entuzjazm i odwagę. Nikt mnie nigdy nie gwałcił, nie napadał i nie używał przemocy, myślałam, że to się dzieje tylko w filmach.
Próżno czekałam na lotnisku na Roberta. Natomiast kupując w sklepikach gruzińską biżuterię na prezenty, pewien stary mężczyzna sprzedający tutaj pocztówki cicho poprosił mnie o przysługę. Prosił, bym dowiedziała się o losy jego krewnych w Wydziale Spraw Wewnętrznych w Warszawie w Referacie Ewidencji i Kontroli Ruchu Ludności. Napisał mi na kartce imiona i nazwiska oraz daty urodzin swoich krewnych i swój adres w Tbilisi i podarował kilka pocztówek.
Moskwa okazała się miastem na tyle wygodnym, że nikt na nikogo nie zwracał uwagi. Kiedy pojechałam metrem kupić w sklepie dla chudożników werniks, nieosiągalny w Polce – pokrywaliśmy przed przeglądem obrazy olejem lnianym – i spotkałam tam malarza z jakieś wschodniej republiki, studiującego w Moskwie, nie chciał ode mnie już ani adresu, ani sam nie dawał, nic oprócz rozmowy nie chciał, był przestraszony, że odważa się ze mną rozmawiać. Na ulicy wszyscy patrzyli w chodnik, mijali się bez słowa, potworne, monstrualne pomniki co i rusz wyrastające i widniejące z daleka, były zawsze czarne i złowrogie. Ponieważ wycieczka składała się w większości ze studentów szkół artystycznych, pokazano nam Cerkiew Wasyla Błogosławionego, gdzie ze wzruszenia rozpłakałam się widząc te wspaniałości, a nawet wywieziono nas na wycieczkę pod Moskwę do przepięknego monastyru, gdzie kopuły cerkwi były jeszcze bardziej bajkowe i wesołe. Pokazano Trietiakowską, ale do Muzeum Puszkina, pojechałam sama w czasie, gdy wszyscy karnie zaliczali oglądanie zwłok Lenina. Było to moje jedyne spotkanie z malarstwem zachodnioeuropejskim i w konsekwencji ze wszech miar moja przemożna chęć samodzielnego zwiedzania opłaciła się.
Po powrocie do Polski jeszcze przed Wielkanocą pojechałam z Wrocławia do Warszawy. Po złożeniu w urzędzie podania z prośbą o wyjaśnienie losów wymienionych osób, dowiedziałam się, że wyjechały do Izraela. Podano mi szczegółowe daty opuszczenia Warszawy. Pisma te natychmiast wysłałam listem do Tbilisi.
W okolicy Wielkanocy, kiedy byłam w domu, przyszło trzech mężczyzn. Mama poprosiła ich do pokoju. Siedząc przy stole wypytywali mnie o moich przyjaciół w Tbilisi.
– Pani przyjaciel przesyła prezent – i wręczył mi takie same pocztówki, jakie dostałam od mężczyzny na lotnisku. Jakoś chyba ich zawiodłam, bo bezradnie wyszli z domu nic nie mówiąc.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Otagowano , | 4 komentarze

Lata siedemdziesiąte. Tania Rozdział XVII.

Nazajutrz ma być wewnętrzny wernisaż w Domu Strażaka połączony z bankietem dla urzędników gminy, i innych notabli tego regionu, dzięki których gościnności plener mógł się odbyć. Reszta prac oprawionych już w złote ramy przez profesjonalnych ramiarzy zostanie dosłana przez artystów za kilka miesięcy na wystawę w BWA, a barwny katalog na lakierowanych kartkach, który zdąży drukarnia wydrukować, by rozdany uczestnikom wzbogacił ich artystyczne CV.
Mimo, że „roboczemu” to jutrzejszemu wernisażowi towarzyszą emocje niebywałe, wszyscy są podenerwowani, gwałtem kończą obrazy, oprawiają w listewki, bo jak mówią, kompozycję zawsze trzeba zamknąć.
Tania jest jak osa. To jej Wojtek powierzył aranżację wystawy, jako weteranki w tych sprawach, wieloletniej wolontariuszce w galerii kościelnej, która jak nikt zna się na rzeczy.
Kiedy podeszłam do umywalki umyć pędzle by je spakować na wyjazd, Tania, jakby chodziło o wodę na pustyni brutalnie odepchnęła mnie, zdjęła majtki i myjąc krocze powiedziała:
– Ty mi się tutaj nie plącz, bo ja idę robić zaraz wystawę i nie mam czasu! Nie wiesz, że to JA mam ustawiać obrazy?!
Faktycznie, upał był niemiłosierny i Tania po niezbędnej toalecie poszła pod remizę, gdzie na placu zgromadzili się ludzie przypilnować, by ich obrazy wisiały w najkorzystniejszych dla nich miejscach oświetleniowych tak, by potencjalni klienci, jacy zawsze się stawią – kolekcjonerzy i galernicy- mieli jak najkorzystniejszy ich odbiór.
Tania wyrzuciła wszystkich z ogromnej hali i sama na przywiezionych przez Wojtka sztalugach aranżowała przestrzeń przechylając fachowo głowę na boki i odchodząc, co chwilę parę kroków od prac, ustalała ich miejsce pod względem harmonijności wystawy, co było przecież absolutnie niemożliwe. Wojtek, jako tzw. amator pozapraszał też wielu amatorów, nieobecnych na liście plenerowiczów, natomiast uczestniczących w wystawie. Tym sposobem znalazło się dużo ludowych artystów o zacięciu artystycznym z tzw. smykałką do malowania, kilku wariatów z pobliskiego szpitala i czystych chałturników lokalnych, mieszkających i stołujących się w domu, ale niezwykle płodnych i nie ustępujących jakością wytworów od przyjezdnych dyplomowanych malarzy z całej Polski.
Kładąc moje obrazy i rysunki na placu przed remizą według rozkazów Tani, usiadłam na ławeczce, gdzie nocą spotkaliśmy z Piotrusiem Przemka, i oddałam się wspomnieniom zadowolona, że ten plener ma swój początek i kres i że nie trwa permanentnie.

Już od pierwszego roku w Pracowni Działań i Struktur Wizualnych i byliśmy regularnie oblepiani czarnymi punktami, ponieważ ideą tej pracowni było trwanie sztuki nieprzerwanie, więc oklejaliśmy pracownię, stojące tam sprzęty i nas samych permanentnie.
Galeria PERMAFO, która permanentnie organizowała swoje pokazy, swoje „permarty” włączając w to nielicznych studentów wyższych roczników, korzystała z nas, jako licznej grupie odbiorców ich awangardowej sztuki. Ale tutaj robiliśmy jedynie kaćmówki jak średniowieczni czeladnicy.
Żeby Lachowicz mógł sfotografować tzw. „strukturę”, czyli całą pracownię wymalowaną na biało farbą emulsyjną, z czarnym linoleum na podłodze, musieliśmy miesiącami wycinać nożyczkami z czarnego papieru, w który owija się nienaświetlony papier fotograficzny tzw. punkty, czyli kółka o średnicy dwóch centymetrów. Kółka te przyklejaliśmy do ścian na butapren z zachowaniem wszystkich zasad klejenia butaprenem. Odległość między punktami musiała wynosić dziesięć centymetrów i jeśli studenci wiszący na drabinach oklejający sufit pomylili się, musieliśmy wszystko zrywać, kleić na nowo i dbać o to, by struktura była ciągła. Na ścianie naklejaliśmy punkty czarne, na podłodze białe, by wszystko kontrastowo wyszło na fotografii czarno-białej. Ponieważ byłam w dniach rejestracji fotograficznej w białym swetrze i czarnych włóczkowych dzwonach, oklejono mnie punktami i sfotografowano. Oklejano sprzęty, wypukłości i wklęsłości dla badań, których przedmiotem było pytanie, czy płaska fotografia oddaje te pofalowania płaszczyzny i jak zachowują się punkty, które je określają. Pisano potem na maszynie do pisania prace magisterskie na temat punktów, wspomagając się naukową teorią widzenia, Levi Straussem, Barthesem, wiele tekstów po prostu żywcem kradziono z amerykańskich katalogów bez podawania źródeł. Ale całą czarną robotę odwalał nasz pierwszy rok bez buntu i bez protestu, ponieważ wmawiano nam, że jesteśmy narodem wybranym do robienia awangardy. Ponieważ pracownia ta i cała katedra, która posiadała w rezultacie tylko tę jedną pracownię eksperymentalną, a której zajęcia na pierwszym roku były obowiązkowe, w założeniu była przeciwna wszelkiej anegdocie w twórczości plastycznej, literackości, plakatowości, uczestnictwo w innych pracowniach, których jedynym przedmiotem nauczania były właśnie te, wykluczone tutaj elementy sztuki, byliśmy w permanentnym konflikcie:
„Ważnym czynnikiem pozwalającym określać – w sferze mentalnej działanie artystyczne – jest autentyczność wypowiedzi. O ile bowiem granicznie kreacyjny może być nawet cytat albo replika zastosowana świadomie, o tyle próby literackiego przenoszenia wartości formalnych wydają się być działaniem wyraźnie chybionym.”
– głosił, specjalnie do tych celów edukacyjnych wydany podręcznik.
i dalej:
„Płaszczyznę równomierną rozpatrywano w postaci uproszczonego modelu wizualnego, zawierającego i akcentującego najistotniejszą jej cechę, czyli równomierność. Modelem takim jest pole równomiernie rozmieszczonych punktów, znane skądinąd z psychologii eksperymentalnej.”
Faktycznie, po wejściu do pracowni Działań i Struktur Wizualnych ujednolicony świat stanowił pozór ładu, a odbywające się w takiej scenografii zajęcia po jakimś czasie zamieniały ideę, która negowała ornament i dekorację w ich istotę.

Niestety, nie udałoby się tego efektu osiągnąć w wypadku wystawy, zaaranżowanej w remizie strażackiej przez Tanię, a każde dłuższe w niej przebywanie z pewnością nasilałoby efekt koszmarnego snu, czyli permanentnego budzenia i zasypiania w nieustannym przerażeniu.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz

WROCŁAW. ZIMA

Może potem mi się przyśni
wtulonej w ciepły kąt wagonu
z zapachu smaku strzępek myśli
zbłąkanej cudem w obcym domu
z najcichszych słów niewydobytych
ze świadomości. Sen. I nagle
zjawi się w miejsce plam czerwonych
na białym prześcieradle.

4 marca 1973 niedziela 

Zaszufladkowano do kategorii 1973, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Tania Rozdział XVI.

Wojtek powiedział, że musimy zaznaczyć naszą obecność na wernisażu w BWA, bo tam będziemy mieć wystawę poplenerową i nie możemy sobie z dyrekcją psuć stosunków. Ponieważ plener dobiegał końca, a byliśmy na ten wieczór zaproszeni do producenta wędlin na grilla, Wojtek zadecydował, że wystarczy tylko delegacja z kwiatami. W tym mieście miałam zaprzyjaźnioną malarkę od czasów jak ukończyłam studia, z którą chciałam się spotkać, była okazja, by to powiązać i dlatego zgłosiłam chęć pojechania z Wojtkiem na wernisaż. Mariolę znał też Janusz, dlatego dosiadł się do nas w ostatniej chwili, jak już siedzieliśmy w samochodzie.
Z Mariolą utrzymywałam przez te kilkanaście lat regularną korespondencję, chociaż zawsze wiedziałam, że wyraz „korespondencja”, to przesada. Cała korespondencja to było jedynie wstawianie w miejsca, które były puste niepotrzebnych opowieści. Zazwyczaj były to koty, ich imiona, obyczaje i choroby oraz przejścia traumatyczne u gorszych, poprzednich właścicieli. List był na nowo zbudowaną kreacją świata, którego nawet Mariola nie pożądała. Powstał z fikcji zupełnie beztrosko, bez starań o jego lepszość czy wyjątkowość. Świat listów Marioli był światem nikomu niepotrzebnym. Nawet Marioli.
Próżno czekałam, aż Mariola napisze o życiu artystycznym swojego miasta, o swoim doświadczeniach wielkiej artystki i niepokojach dojrzałej kobiety. Mariola była starsza ode mnie niemal o całą dekadę, znała wszystkich malarzy w całej Polsce. Nie chodziło mi już jakąś interesowność czy żal, że mnie nigdy nikomu nie poleciła, nie wsparła informacją. Chciałam doświadczyć Marioli jak ktoś, kto dostaje niegroźne anonimy.
Mariola, mimo zapewnień telefonicznych, że będzie, jednak nie nadchodziła. BWA wypełniło się już zbieraniną ludzi odświętnie ubranych.
Zaczęły się powitania, a Marioli nie było. Przeczekaliśmy z Januszem przemówienia władz, artystów i wręczanie kwiatów. Tłum z postawy wsłuchanej rozsypał się na wiele grupek. Marioli w dalszym ciągu nie było. Janusz zaczął szukać telefonu, ja nalegałam, byśmy wracali. Wojtek też przystępował z nogi an nogę.
Nagle weszła Mariola. Wyglądała wspaniale. Włosy ufarbowane na naturalny, szaro-brązowy kolor nie demaskujący wieku. Cera jak u dziecka, szeroko rozstawione oczy delikatnie, starannie pomalowane.
Przywitała się z wylewnością. Przeprosiła za spóźnienie.
– Wybaczcie – zabieram was do nas.
– Nie możemy – próbowałam w popłochu się wycofać.
– Mieliśmy się tutaj w bufecie spotkać tylko z tobą i trochę pogadać. – Musimy wracać – tłumaczyłam.
– To niemożliwe! Wszystko jest przygotowane, zapraszamy na ogórki kiszone. Mogę zrobić sałatkę grecką. Poczekajcie chwilę! Oddaliła się do rozpoznanej znajomej. Chwilkę porozmawiała i przywitała się jeszcze z innymi.
– Wybaczcie – wróciła – tylko wezmę pieniądze z księgowości. Oznaczało to, że sprzedała obraz.
Marioli znowu długo nie było. Janusz postanowił zostać, ja z Wojtkiem wróciłam do pleneru.
I co, i co! – dopytywali się na przemian Tania z Piotrusiem. Jak było?
Ponieważ Mariola znała wszystkich malarzy w Polsce, wszyscy też znali Mariolę.
– Ewa się wkurwiła i wróciła ze mną. Janusz został z Mariolą – wyjaśnił Wojtek.
Towarzystwo jeszcze siedziało przy stołach, ale już drzemali niektórzy pod drzewami lub spali w samochodach.
Zerwali się wszyscy na wieść, że jedziemy na grilla.
Artystów gościł czterdziestoletni mężczyzna niebywale gruby, który pilotował nas na maleńkim motorowerze. Jego brzuch wisiał niemal spoza pojazdu, co sprawiało wrażenie bliskiej katastrofy. Szliśmy potem aleją nowo posadzonych drzewek od rezydencji właściciela zakładów mięsnych.
Dom, nieskazitelny w swej nowości, nie zdradzał śladów zamieszkania. Na wystrzyżonym trawniku sterczał jak dysonans relikt starego domostwa: studnia z kołowrotem pomalowana starannie brązową emalią.
Rozsiedliśmy się w rozłożystej altanie za biesiadnym stołem z ławami. Na balach stropu wielcy ludzie zostawili swoje podpisy.
Brzuchacz był nami zniesmaczony. Opowiadał krótko życiorys z przesłaniem, że tylko konkretność i ciężka praca dają takie rezultaty.
Poczuliśmy się jak pasożyty i nieroby. Poruszyliśmy się niespokojnie w swoich ławach.
– Jeśli ktoś namaluje mój dom – zrobił pauzę – i konia, ale to musi być mój koń – kupię.
Ktoś rzucił: – czy chce Pan portret?
– Zastanowię się – powiedział po namyśle. Jestem człowiekiem, który się nie zna na sztuce.
– Ale znam się na biznesie i pracy – zagroził.
Na stół wstawiono trzy butelki wódki Biała Dama, wody mineralne, soki i piwo. Chłopiec w białym fartuchu, białych rękawiczkach i białej czapce kucharskiej stał przy grillu i piekł kawałki wieprzowiny, żeberek, długie kiełbasy i kaszankę. Właściciel zakładów mięsnych szybko zniknął na swoim pojeździe.
Posesja przeznaczona na goszczenie większej liczby ludzi, zawierała wszystkie elementy potrzebne do szybkiego upicia się i wchłonięcia nieprawdopodobnej ilości mięsa. W młodym lasku była wypalona plama ogniska z ławkami z bali wokół.
Po pożarciu kiełbas i wypiciu wódki, kiedy byliśmy zmęczeni i zbierali się do odjazdu, kiedy Profesor westchnął, że tak nas za kiełbasę tanio wykorzystali, przyjechała Mariola z mężem i Januszem.
Przywitali się. Marioli sprawiało wyraźną przyjemność, że może pokazać swoją czarną suknię na ramiączkach, czerwone szpilki i złotą torebkę jeszcze większej liczbie artystów.
– Zabieramy cię do siebie – zwróciła się do mnie.
Pojechałam do domu Marioli.
Weszliśmy do szeregowego domku zgrabnego w swej wielopoziomowości, pełnego schodków, pomieszczeń i pokoików. Wszędzie, od piwnicy po strych wisiały obrazy Marioli domagając się wciąż adoracji i krzycząc swoim istnieniem. Wielkie, białe płaszczyzny zestawione z czernią agresywnych plam, splątanych linii przetykanych plamami czystej żółci i cynobru wołały ze ścian.
Ogród w całej letniej wspaniałości kwitł, wił się i piął po balkonie. Łapano, co jakiś czas koty i pokazywano, jakie są piękne.
Godziny mijały. Potok słów, zachwytów nad ludźmi, którzy nie tylko już nie żyli, ale nigdy nie byli sławni i na dodatek nie posiadali talentu.
Na stole pojawiły się ogórki kiszone przez męża Marioli z szczegółowym opisem i receptą kiszenia.
Mariola zawiesiła głos nad możliwością zrobienia sałatki greckiej, ale skwapliwie z Januszem odmówiliśmy.
Już się żegnaliśmy. Już byliśmy w samochodzie, Jola odwoziła nas z powrotem.
Janusz jeszcze porozumiewawczo, po męsku popatrzył na ciało Joli i na Jolę. Tłumaczył coś szczegółowo o wystawie, którą organizuje o zasięgu ogólnopolskim.
Była już noc, kiedy dotarliśmy na wieś.
– Czemu nie powiedziałaś Marioli dlaczego uciekłaś? – dopytywała się Tania, która już leżała w łóżku i wyczekiwała, by mnie o to spytać.
– Po co robić sobie wroga – powiedziałam. A zresztą i tak by nic nie zrozumiała. Czy ktoś coś chce rozumieć?

Wtedy, w połowie studiów siadywałam na skwerze przed uczelnią ławce przed olbrzymim pniem wysokim na 4 metry, wbitym w ziemię korzeniem do góry. Pod spodem tablica z napisem „Studenci miastu – żywy pomnik z okazji V Festiwalu Kultury Polski Ludowej” dokumentowała jedną z pierwszych realizacji konceptualistów. – Wszystko raczej pozostawiono w koncepcji, a tu się tak napracowali.
Pojechałam na tę wystawę w niedzielę – wszyscy mówili, że lepiej było spędzić czas na szyciu nawet nieudanych bluzek. Doszło do zażartej dyskusji – o mały włos nie doszło do rękoczynów, Lachowicz mówił długo i burzliwie. Potem w poniedziałek jeszcze wszystko się „kotłowało”, jak ktoś to dowcipnie określił. Sławek z kimś przytwierdzili jakieś różne niepotrzebne przedmioty zbierane u ludzi-gapiów do asfaltu na przystanku tramwajowym, a następnie całość została podpalona. Na wystawie każdy miał przydzieloną część (wystawiający), gdzie były zawieszone zdjęcia i karteczki wypisane na maszynie do pisania. Janusz, który niedawno przeniósł się do pracowni awangardowej i który się zdeklarował konceptualizmowi biorąc udział w wystawie, pisał w kącie na maszynie jakiś manifest p.t. „Sztuka życia”. Spytałam, czy on tak pisze przez cały Festiwal w ramach Sztuki – powiedział, że nie, że tak sobie przepisuje to, co ma do przepisania. W ramach tego samego Festiwalu była olbrzymia wystawa grafik z uczelni z całej Polski, między innymi z Katowic i tylko jeden przysłał grafiki, Bogdan z mojej klasy – a oni z Januszem byli najlepsi w klasie – i tak to dziwnie się zbiegło, że można było zobaczyć teraz ich „Sztukę Aktualną”.
Po takich wystawach malować się odechciewa, bo nie wiadomo, po co.
Ustawialiśmy modelkę, o co zazwyczaj wszyscy się kłócą, bo każdy chce tak, jak on uważa, ale teraz nikomu się nie chciało jej ustawić, siedzieli wszyscy i patrzyli zdziwieni na Harcerkę, która sądząc, że to nasza nieśmiałość pokrzykiwała „śmiało, no, przecież wy możecie według własnej koncepcji”, „proszę bardzo”… itd.
A konceptualiści bardzo obrotni, ożywieni, latają po szkole, tu przyniosą skrzynkę, tu coś wystukają na maszynie…

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz