Lata siedemdziesiąte. Manolla. Rozdział II.

Tego upalnego lata w drugiej połowie czerwca na egzamin wstępny zjechała artystyczna młodzież z całej Polski.
W obszernym holu szkoły wyższej, gdzie nagle pojawiło się kilkaset osób, nie było miejsca nawet na emocje. Znałam już ten hol, miesiąc temu przytaszczyłam tu moje prace plastyczne składające się z introligatorskiej teczki A0 i trzech obrazów olejnych dużego formatu. W teczce były moje rysunki studyjne na brystolu, papierze pakowym, szkice akwarelowe, kompozycje temperowe i odbitki graficzne w technikach metalowych takich jak akwatinta, akwaforta i sucha igła. Dołączyłam też zdjęcia rzeźb w glinie. Recepcjonistka ze skwaszoną miną wyjęła z półeczki na ścianie kawałek tłoczonego drewna zakończonego kluczem i podała mi numer pokoju na końcu korytarza, gdzie położyłam to wszystko w jakimś kącie, dodając swoje do i tak przepełnionego już pokoju podobnymi eksponatami. Rzuciłam okiem na pełny petów talerz popielniczki na niklowanej nóżce, potem na gipsową rzeźbę Mojżesza Michała Anioła, skręciłam w lewo i weszłam schodami na piętro, gdzie w pokoju z wywieszką Tok Studiów dołączyłam do wysłanych wcześniej pocztą papierów metrykę, przysłaną mi przez babcię z Przemyśla. Kobieta za kontuarem nie odezwała się ani słowem.
Skutkiem mojej podroży do Wrocławia była tzw. korespondentka, czyli kartka pocztowa w kolorze kości słoniowej, gdzie Tok Studiów wypełnił rubryki taką oto treścią:
Wrocław, dnia 12 czerwca 1971 niniejszym zawiadamiam, że Obywatel(ka) został(a) dopuszczony(a) do egzaminu wstępnego na I rok studiów na Wydziale Malarstwa, Grafiki i Rzeźby. Egzamin rozpocznie się dnia 19 czerwca 1971 r. o godz. 8: 00 w lokalu szkoły przy ul. Plac Polski. Na egzamin powinien (powinna oprócz niniejszego zawiadomienia przynieść nast. brakujące załączniki:
1. –
2. –
3. –
4. –
Opłatę egzaminacyjną w wys. 22 zł 50 gr należy wpłacić na rachunek bankowy NBP Oddział NR V OMNBP 7 wrocław 1649-91-6451 cz 34 dz.78 rozdz.7811 § 64
Zakwaterowanie na czas egzaminu wstępnego szkoła zapewnia w Domu Studenckim przy ul. – Nr –
Uczelniana komisja d/s Rekrutacji.

I właśnie w ten upalny, czerwcowy dzień wczesnego lata, kilkaset dziewcząt i chłopców w białych bluzkach i koszulach spotkało się w holu trzymając w dłoniach takie kartki w kolorze kości słoniowej.
Nasza grupa z Górnego Śląska natychmiast się rozpoznała, bo nawet jak nikt nikogo nie znał, to paniczny strach nieprzyjęcia konsolidował nas w grupę wsparcia według regionów. Wszyscy wiedzieliśmy, że jest pięciu kandydatów na jedno miejsce i że ludzie zdają tutaj nawet i po siedem razy aż do skutku, aż ich niekwalifikujący na studenta studiów dziennych wiek, zamknie drzwi uczelni raz na zawsze.
Znałam tylko Staszka, o którym było wiadomo oficjalnie, że jego brat pracuje w Telewizji Katowice, a nieoficjalnie, że jego ojciec jest osobistym gorylem Gierka. Znałam tylko Staszka i lubiłam go, lubiłam też goryli, więc stanęłam bezpiecznie obok niego w nadziei, że profesja jego ojca ochroni i mnie. Tak się niestety nie stało, bo natychmiast Ci, których on znał z malarni i ci, którzy go znali, przedzielili nas. Obok niego stanęła niska dziewczyna o czerwonych włosach.
Przeżyłam już taki egzamin na Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach i wiedziałam, że jak teraz się nie uda, zrezygnuję.
Otworzono nagle wysokie drzwi pracowni i tłum zaczął biec w tym kierunku, wciskając się i szukając najkorzystniejszego miejsca za sztalugą, których stał las z postawionymi na nich ekranami ze sklejki. Całe szczęście, udało mi się dorwać sztalugę blisko podestu, gdyż bez obserwacji modela nic bym nie narysowała. Nie wiadomo, czy dalsze szeregi sztalug miały jakikolwiek wgląd na nagą modelkę, która stała już na podeście, gdy wtargnęliśmy do sali. Jej pofałdowane zwałami tłuszczu ciało było o tyle korzystne plastycznie, że dawało mnóstwo dodatkowych punktów, które można było łatwo umiejscowić na papierze. Miałam brystol w odróżnieniu od większości zdających, którzy przywieźli papier pakowy. Miałam czeski węgiel prasowany kupiony w Pradze, polecony mi w Hawanie przez Zieleńca, który w odróżnieniu od reszty rysującej kawałkami spalonych patyków, pozwalał na subtelniejsze modulacje. Narysowałam akt kobiecy linearnie, nadając kształt bryle modelki tylko kreską: tam gdzie padało światło, linia była cieniutka, ostra i czarna, tam gdzie cień, gruba i szara.
Pierwsza część egzaminu złożona z przedmiotów praktycznych decydowała o przejściu do drugiego etapu i najczęściej odsiewano tak, by pozostawić jedną piątą kandydatów traktując egzamin z historii sztuki i języka obcego mniej istotnie.
O tym, że zostaliśmy zakwalifikowani do drugiego etapu dowiedzieliśmy się w obszernej sali wykładowej, gdzie, żeby uniknąć niepotrzebnych scen rozpaczy, wpuszczono tylko zakwalifikowanych.
Staszek, który nie wiadomo jak tam się przedostał, histerycznie domagał się zadzwonienia przez asystentkę opiekującą się naszą grupą na podany przez niego numer telefonu, a ta mu odmówiła. Doszłoby chyba do rękoczynów, ale nagle weszła do sali kobieta z Toku Studiów i po krótkiej wymianie zdań z asystentką kazała jej salę opuścić, przeprosiła Staszka i powiedziała:
– Proszę się uspokoić, jest pan przyjęty.
Kobieta o czerwonych włosach jednak przysunęła się do mnie, a nie do Staszka, od którego wszyscy na wszelki wypadek zaczęli się nagle odsuwać, ale wkrótce nie było to istotne. Cała nasza grupa, skupiająca i tak pokaźną liczbę kandydatów, nagle poczuła się jednością i zapałała do siebie bezinteresowną dozgonną miłością, tak jak ocaleni, którzy po wielkim strachu odreagowują strach najszlachetniejszymi uczuciami. Tak się stało i teraz. Poszliśmy całą falangą na kawę do kawiarni uczelnianej, gdzie wśród śmiechów wszyscy wyjęli paczki papierosów, zaczęli się wzajemnie częstować, siadając rozluźnieni w wiklinowych fotelach. Dowiedzieliśmy się, że możemy na drugi etap przygotowywać się wspólnie do egzaminu z historii sztuki i języka w akademiku. Zdawali wszyscy rosyjski, tylko trzy osoby zgłosiły język angielski w tym ja. Z przerażeniem zorientowałam się że Danka i Kisk w przerwach między niezdanymi egzaminami wstępnymi sprzątali mieszkania w Londynie i wyprowadzali psy, a ja znałam zaledwie podstawy gramatyki angielskiej. Jednak wszyscy byli tak dla siebie mili i usłużni, że pokonałam kolejny niepokój. W akademiku wtargnęliśmy do pokojów, w których na czas egzaminów wybranym kandydatom nie zabraniano nocować i do późnej nocy z zeszytów z liceum plastycznego powtarzaliśmy style i porządki architektoniczne, daty i nazwiska malarzy. Zredukowana grupa do kobiety o czerwonych włosach i mnie, trzymała się razem. Staszek gdzieś przepadł i już się więcej nie pokazał.
W tej starej kamienicy, w której mieścił się akademik mieszkali jeszcze nieliczni studenci, do których dokwaterowano kandydatów. Byli dla nas niesłychanie mili, dla relaksu czytałam wtedy „Odrę”, której u nas nie było. Nie miałam pojęcia o tym, że taki miesięcznik istnieje. Otwierałam te poszczególne numery wyjmowane z półki jakiegoś będącego już na wakacjach studenta, jakbym otwierała się na nowy, lepszy i wolny świat.

Listę przyjętych na pierwszy rok studiów wywieszono w tym samym holu obok portierni. Tłum już przetrzebiony tłoczył się tak samo agresywnie. Bałam się podejść. Byłam druga na liście, pierwszy był Sławek.
Dziewczyna o czerwonych włosach dostała się na inny wydział, składała tam papiery wiedząc, że na Projektowanie Przemysłowe łatwiej się dostać.
– Ale się przeniosę. Chcę być malarką – dodała skromnie i podała mi karteczkę z prawdziwym imieniem nazwiskiem, adresem i telefonem. Potem nazwałam ją Manollą
– Zadzwoń, jak będziesz jechała na praktykę. Skoro nie dostałaś akademika na czas egzaminu, to już nie dostaniesz. Ani ja. Muszą nasze rodziny być podobne – tu znacząco zawiesiła głos.
– Będziemy do siebie pasować, tylko podobne zarobki naszych rodziców mogą zapewnić nam brak problemów, jak znajdziemy sobie wspólny pokój – dodała praktycznie, omiótłszy z wyższością wzrokiem tłoczących się ludzi przed listą przyjętych.
Miała chyba 150 cm wzrostu, ale wysokie obcasy i grubo pomalowane rzęsy sprawiły wrażenie jakiejś wyższej mocy. Podobała mi się z tymi filuternymi spojrzeniami rzucanymi spod rzęs, było coś w tym z klowna i coś z psa spaniela, ale podobała mi się, bo była inna. I się zgodziłam.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Manolla. Rozdział I.

To miasto już przy dworcu kolei zawsze, od dzieciństwa zabierało mnie w swoje posiadanie. Ulice poranione, powyrywane kostki brukowe. Wielkie marmurowe płyty pamiętające renesans i stopy uniwersyteckich uczonych. Zawsze lubiłam wpatrywać się w powierzchnie, które przez lata cudem uniknęły asfaltu. Najbardziej lubiłam to trwanie w formie niezakonserwowanego starca – gdzie rujnacja doprowadzona na milimetry od całkowitej zagłady jeszcze lśniła resztkami w pełnym słońcu. I trwała latami.
Wśród takich zmarnowanych wiekowych kamienic w swojej parterowej galerii tkwiła Manolla o czerwonych włosach i zadartym nosku. Mimo czterdziestu kilku lat miała dziewczęcą postać i młodzieńczy wygląd. Malowała oczy w stylu lat 60-tych, co wymagało godzinnego nakładania tuszu, aż poszczególne rzęsy, rozdzielone potem szpilką, stawały się pancernymi, grubymi drutami jak ogrodzenie obozu koncentracyjnego.
Widziałam cię – powiedziała po pocałunkach i różnych ozdobnikach mających zatuszować i rozmyć ewentualną niechęć do osoby pojawiającej się niespodziewanie w naszym pobliżu.
Widziałam cię jak wchodziłaś – powtarzała, powtórnie siadając za kontuarem czy dębowym biurkiem. Jej punkt obserwacyjny pozwalał na rzucanie okiem na ulicę, mimo pozornego wpatrywania się w pulpit biurka i ewentualne przygotowanie się do spotkania z obcym. Wyraźnie nie lubiła ludzi i kontakt traktowała, jako torturę.
Usiadłam na wskazanym zydelku. Niewielu znajomych ją chyba odwiedzało – miejsce przeznaczone dla gościa było niewygodne i lekceważące. Toteż nudzący się artyści i ewentualni sympatycy galerii, vice-pierdoły, wyrzutki społeczne o duszach artystycznych czy starzejący się i pałętający się malarze owładnięci nałogiem, nie zaglądali tu nigdy.
Herbata. Tak, kawa nie. Herbata rozwiązałaby problem obcości. Niewiedzy o kilkudziesięciu latach dzielących mnie i Manollę. Latach, których żadna strona nie chciała wyjaśnić.
To letnie, leniwe popołudnie w zabytkowym mieście, gdzie siedzę na niewygodnym, dębowym zydelku w kosmicznym, niepotrzebnym nikomu miejscu, którego nikt nie odwiedza.
Kamienica renesansowa posiada wiele tajemniczych miejsc i zakamarków. Manolla znika gdzieś na 15 minut by przygotować herbatę.
Obrazy. Zawsze byłam dobrym przewodnikiem. Ludzie posiadają w sobie różne przewodniki i są otwarci na różne rzeczy. Ja zawsze reagowałam na malarstwo jak elektryczność na metal. Mogłam być i piorunochronem i zwykłym przewodem elektrycznym, który powodował, że świeciła się żarówka lub grzało żelazko. I tu, obrazy właziły inwazyjnie i bezproblemowo. Prąd elektryczny jest zawsze taki sam, liczy się tylko natężenie. Elektrowstrząsy są bolesne. Ból odczuwałam w muzeach. Na Kremlu rozpłakałam się niepohamowanie, gdy obrazy zaatakowały mnie z sufitu i wszystkich ścian naraz. Ikony były tak boleśnie piękne, że musiałam szybko uciekać.
Obrazy Manolli były agresywne. Był w nich upór przechodzenia do światów, które były zatrzaśnięte dla niej na zawsze jak wrota niebios. Ta mozolność dążenia była męcząca i nudna. Używała wszystkich możliwych środków – jak gospodyni domowa, która plamę na materiale traktuje z determinacją, a upór każe jej z nią walczyć. Malarstwo Manolli to była wielka walka ze światem. Mam talent? – pytało jej malarstwo. Mam upór. Mam pracowitość. Oddaję wszystko. Dlaczego mnie nie chcesz? Ale, drzwi były pozamykane szczelnie i szalejąca duchowość otwarta dla każdego malującego pijaczka, dla Manolli była zamknięta na zawsze.
Jest herbata. Robiona długo, by moje sam na sam z tymi olbrzymimi płótnami było możliwie długie.
– To mąż?- Pytam, by nie zostać wyrzuconą przed wypiciem herbaty i nie kłamać za dużo. Wyraźnie czeka na mój komentarz. Udaje obojętność, śmieje się. Tak, to Jacek! – podejmuje z entuzjazmem. Bardzo syntetycznie malujesz – próbuję komentarza formalnego. Tak – przytakuje, podchwytuje, próbuje rozwinąć. Wiesz, a teraz maluję jeszcze bardziej syntetycznie!…
Było w niej zawsze coś z płaczącego dziecka. Ten szczenięcy feromon, wyzwalający w drugim, wrażliwym człowieku od razu instynkt opiekuńczy towarzyszył jej zawsze. Ta pozorna słabość, pozwalała zagospodarować i takie typy psychiczne, które z powodu swej nadmiernej emocjonalności są nieudane życiowo. Podzielą się resztką swojej energii, którą dysponują na powierzchni. Oddadzą połowę, sami tonąc, podczas gdy to, co oddali jest jakimś tylko ułamkiem w bogactwie obdarowanego.
Obie nie zdałyśmy egzaminu na wyższą uczelnię i powtórnie spotkałyśmy się w innym mieście. Tym razem nasze nazwiska figurowały na liście przyjęć. To spotkanie, to szczęście, ta nasza wspólna wygrana. Te wspólne jazdy do domu, ten wspólny brak akademika z powodu zbyt wysokich zarobków rodziców. Pełnia szczęścia. Wdzięczność dla losu, że pozwolił na spotkanie osób sobie równych. Oczytanie Manolli, podobne zarobki rodziców, podobne miejsca domów rodzinnych. W kółko zachwycałyśmy się sobą. Szukałyśmy prywatki. Jesienne wchodzenie w niezależne życie w nowym mieście, na luzie, do studiowania wymarzonego zawodu. Było to jak rozpoczęcie życia przez świeżo poślubionych małżonków. Pokój, który wynajęłyśmy w starej dzielnicy piętrowych domków był obszerny i słoneczny. Wejście otoczone o tej porze dzikim czerwonym winem, gospodyni ciepła i przyzwalająca. Studiowałyśmy na różnych wydziałach, i nasze wspólne wieczory, wypady do kawiarń, komentarze, oceny, dyskusje uzupełniały się i wzbogacały. Chciałyśmy wszystko wykorzystać, wszystkiego się nauczyć i wszystko wiedzieć. Muzea, wystawy, zebrania, sympozja, wycieczki, teatry.
Wszystko zaczęło się psuć bardzo szybko i lawinowo. Nie wolno było dotykać jej pędzli ani farb. Podział mizernych dóbr materialnych został sprowadzony do uciążliwych, pochłaniających czas rytuałów. Egzaltacja Manolli stawała się męcząca z dnia na dzień. Jej niepohamowana chęć zawłaszczenia swoją osobowością mojej egzystencji stawała się coraz bardziej natarczywa i prowadziła do psychicznych zapasów. Komentowanie swoich poczynań w różnych czasach, co robiła, będzie robić lub robi w tej chwili stało się zwyczajem. Teatralne siadanie na listach „by się zakleiły”, pisanie ich, omawianie adresatów, narzucanie stylu życia, własnego oglądu świata, który nie podlegał dialogowi – zaczynało nużyć i zniechęcać. Otwarta na wartości ze smutkiem wchłaniałam tę strawę miałką i banalną, wyjaławiającą mnie z dnia na dzień. Zastanawiałam się, dlaczego nie ma tej iskry powodującej, że dwie bogate osobowości w czasie rozwiązywania trudnych, młodzieńczych problemów nie otwierają nowych światów i nie szukają odpowiedzi na pytania. Właściwie wszystko było na najwyższym poziomie, pozbawione telewizora, bazujące na szlachetnych lekturach i doświadczeniach duchowych, wykorzystujące cały ten czas na pokonywaniu trudności tajników przyszłego zawodu – rozmywało się, było nietwórcze i dołujące.
Ta mała kobieta, uwielbiająca kapelusze, jak każda mała kobieta, malująca rzęsy żmudną metodą godzinnego nakładania tuszu od 6 rano, by przez cały dzień być przygotowaną na spotkanie z potencjalnym ukochanym, nie miała swojego mężczyzny. Jej rozkwitające ciało, zakochane w secesji, czerwone włosy, egzystencjalny papieros i makijaż przypominający druty kolczaste, czekało czasami nagie wśród pościeli na mnie, powracającą z biblioteki Ossolineum. Moje pobyty w tej starożytnej bibliotece stawały się coraz częstsze. Od tego czasu matczyność bibliotek stała się dla mnie wielką pomocą w dalszym życiu. Bez względu na kraj czy miasto zawsze wiedziałam, że równowagę psychiczną może przywrócić mi tylko biblioteka. I nigdy się nie zawiodłam. Zawdzięczam to właśnie Manolli.
Seks był zawsze ulubionym tematem Manolli. Jej fantazje seksualne nie spotkały żadnego rezonansu w moich nieśmiałych, zawstydzonych komentarzach mających na celu pohamowanie jej entuzjazmu. Od roku moje życie seksualne było ustabilizowane i unormowane. Nie miałam powodu afiszować się tym zwyczajnym, normalnym związkiem. Moje mieszczańska rodzina, finansująca studia, marząca o korzystnej partii dla córki nie miała wiedzieć, że po pobycie w domu, jechałam najpierw do mojego chłopaka, który z jednodniowym poślizgiem, odprowadzał mnie na dworzec. Nie mogłam też tym szczęściem, zakochaniem, podzielić się z Manollą. Ta rozpasana dziewica, opisująca mi z sadystyczną satysfakcją wszystkie pozycje kopulacji, od szybkich numerków uprawianych w czasie jej byłej pracy dekoratorki przez współpracowników – po długie seanse „na pinezkę” z pozycji znawcy i mentora, była nie do opanowania. Jej wielka potrzeba, połączona z poczuciem własnej wartości, a zarazem dziewictwo, traktowane w XIX wiecznej, secesyjnej konwencji jako wartość sama w sobie wymykała się i alienowała. Nieznośność i obrzydliwość dowcipów seksualnych była kontrastem do moich romantycznych i subtelnych tajemnic. Odmowa w grze słownej, wspólnym zatopieniu w lepkim potoku słów, przy czerwonym winie i papierosie. Od tego wszystkiego uratowała mnie moja miłość.
Dobrnęłyśmy do końca roku akademickiego. Odmówiłam wspólnego mieszkania w przyszłym roku. Manolla wpadła w histerię. Błagała, mówiła o samotności, o niemożności mieszkania beze mnie. Byłam trochę zażenowana tą sceną, a zarazem zdziwiona. Nic nie nastąpiło między nami, by pozwoliło na taki finał. Nasz związek był martwy i myślałam, że obie mamy już siebie dosyć i że nasze wspólne możliwości się wyczerpały.
Bardzo dobrze wyszła za mąż, za o kilka lat młodszego kolegę z niższych roczników uczelni. Był potomkiem rodu, który zdołał utrzymać zabytkową kamienicę w renesansowym mieście. Był miłym, stłumionym i nieśmiałym chłopcem. Po kilku latach ich wspólnej drogi twórczej zaprzestał całkowicie działalności artystycznej. Była trochę w USA, trochę w Skandynawii. Próbowała wejść w środowisko swojego sławnego miasta, ale szybko ją odtrącono. Sławny krytyk napisał o niej dobrą recenzję, ale okazało się, że czasy się zmieniły i pisał wszystkim dobre recenzje, co zdewaluowało go, jako krytyka sztuki. W jednym z pism kobiecych przedstawiła się, jako wielka artystka, która nie sprzedaje swoich prac z powodu ich bezcenności. Założyła galerię autorską, gdzie miała zamiar sprzedawać informacje tylko o sobie, plakaty, reprodukcje swoich dzieł, katalogi. Ale jej twórczość mimo wspaniałej oprawy nie rezonowała. Nie wiadomo jak zmusiła świat do reklamy i wystaw. Nie wiadomo, co spowodowało, że jej egzystencja była na przyzwoitym europejskim poziomie. Co spowodowało, że utrzymywała się na powierzchni, mimo mierności przekazu i jałowości swojej sztuki.
Nie uzyskałam odpowiedzi w czasie mojego pobytu z Manollą. Wymykała się informacyjnie, robiła uniki. Tajemnica, która mogłaby stanowić potencjał i wypełnienie Manolli w zderzeniu ze mną zanikała i w to miejsce pojawiły się milczenie i odmowa. Siedziałyśmy niepotrzebnie w tej dużej komnacie renesansowej kamienicy, bombardowane kilkumetrowymi, pracowitymi obrazami Manolli i piłyśmy herbatę.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Małpa. Rozdział VII.

W stanie wojennym nie stałam w kolejkach i z tego powodu nie realizowaliśmy wszystkich kartek żywnościowych. Rozdawaliśmy mięsne nie-wegetarianom, a alkoholowe pijakom, a ponieważ też nigdy nie paliłam papierosów, rozdawaliśmy papierosowe potrzebującym. Niestety, niczego nie udawało się wymienić na czarną kawę, za którą wszyscy się zabijali, ponieważ można było paczką kawy podziękować lekarzom w szpitalach i urzędnikom w urzędach, a poza tym przede wszystkim ją pić.
Nowo poznana sąsiadka z pierwszego piętra – tylko nasz blok by już zasiedlony – przyniosła mi biały trójkąt krempliny. Powiedziała, że pompony i frędzle sama przyszyje, natomiast mam się ściśle trzymać opisom z listu, który trzymała w dłoni. Syn sąsiadki życzył sobie mnóstwo malunków, między innymi las, góry, słońce, nagą kobietę i dużo akcesoriów wojskowych. Przerysowałam je z encyklopedii, a kobietę z jedynego egzemplarza Playboya z lat sześćdziesiątych, jaki był w domu. I sąsiadka w podzięce przyniosła mi pół kilogramową paczkę kawy.
To był jedyny moment, kiedy poznałam wojsko z lepszej strony.

Halo Ewa!!
Bardzo dawno do Ciebie nie pisałem, a Ty również zrobiłaś to samo. Najpierw chciałem się upewnić, czy otrzymałaś życzenia świąteczne i noworoczne, które wysłałem na adres do Katowic. Druga sprawa, która mnie bardzo interesuje, jest to, czy otrzymałaś życzenia urodzinowe łącznie z imieninowymi (a to już na wrocławski adres). O ile otrzymałaś – to, pod jaką postacią; gdyż chcę się przekonać czy „to” doszło?!! „To” – jest, a raczej miała być niespodzianka. A natomiast, jeśli nie doszło to mi też napisz.
Jestem bardzo ciekawy, co u Ciebie nowego słychać!! Nowy rok już się rozpoczął, a ja już mam do odsłużenia tylko 65 dni. Z tego, jak dobrze pójdzie, 15 dni urlopu, – więc już byłoby tylko 50 dni. A to już można wytrzymać nawet na igłach.
W tej chwili jestem zawalony po uszy pracą, gdyż powstaje w OS WOP-ie sala tradycji, do której mnie zaangażowano, jako głównego odpowiedzialnego za estetykę i wykonanie. A poza tym czy chcę, czy nie chcę, muszę się znać na wszystkim: na murarce, ślusarstwie, stolarstwie, itp., itp., itp.,
Gdy tylko 10 stycznia 1973 wróciłem z granicy to nie mam spokoju. Bez przerwy mnie ciągają to tu- to tam. To w takiej to w innej sprawie. Gdyby nie moje wyskoki na tzw. lewizny, to na pewno zbutwiałbym w tych koszarach. Od 28 stycznia 1973 leży mój raport o urlop i czeka na podpis i rozkaz wyjazdu. Chyba w połowie lutego zawitałem do domu, a co za tym idzie w woj. katowickie, mam nadzieję, że spotykamy się na kawie.
Acha, zapomniałem podziękować Tobie za organy i alkohol, jaki przysłałaś mi wraz z życzeniami świątecznymi. Alkohol bardzo ukoił mój ból. Natomiast organy pozwoliły mi wyrazić moje niezadowolenie z kierunku, jaki robię obrał świat współczesny i do którego zmierza. Więc dziękuję bardzo!!
W zespole żołnierskim nadal gram, mimo, że już zrobiłem pożegnanie z nimi. Ale kto w takim razie będzie grał na perkusji?! Jest jeden, ale on jest dobry na gitarze, jego szkoda. Więc jeśli chcę, abym ja grał, muszą postawić ½ l. wódki.
Aby nie kończyć listu akcentem z wódką, więc przesyłam moc gorących pozdrowień z Kętrzyna.

Po studiach nie odnalazłam już Małpy. To był jego ostatni list.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Otagowano , | Dodaj komentarz

ZMIERZCH FAŁSZYWYCH PORTALI LITERACKICH

Królestwa są jak krzyk ostatni
słychać, gdy nie ma już samotni,
wtedy już tylko mówi robak
głosem ze swojej pespektywy,

nie wierz poeto słowu tak,
złudne są sztywne dyrektywy.

Symetria, to porządek zbrodni,
a chaos zawsze jest przechodni
i jest tym pięknem zawsze ludzkim
w którym jest też kraina zim,
a zima trwa, by budzić czyn,
gnuśnienie nie jest z Obłomowa,
sen to jest nektar, sen to płyn,
pity przez ludzkość w ludzkich słowach.

Gdy wiersz to tylko video game,
avatar będzie fundamentem,
pod tę budowlę, co zwą porządkiem
– a gra, to przecież zawsze wojna –
duch się rozminie ze swym źródłem,
przegra natura niespokojna.

Nim nowym wyprze martwe stare
dekadencja się za karę
opieszałości zamieni w skałę,
wyznaczy czas piękno ruinie,
choć resentyment jest ofiarą
z ciągłości form. Lecz to za mało.

Piękno jest też w świata zwierciadle,
nie wszystko co w nim jest, jest ładne.
Nie wszystko zmieści się, nim padnie
w wierszu poety. Jego mania
to wielkość, która ginie nagle.
Związki nie tworzą się w wyznaniach.

Sztuka nam daje sens jedności,
ale to przecież są i mdłości.
Nie może w założeniu rościć,
bo sekret to przecież odpowiedź,
która sprzeczności wiąże prościej
niż egzystencji sprzecznych bodziec.

Wiersz to konstrukcja nie na niby!
Jeśli się zwali, prysną szyby!
Kto w nim zamieszka, w takiej wizji?
Gdy wiersz tak radykalnie kłamie,
podszywa się pod splot korzeni
sok w nich nie płynie oderwaniem.

 

Zaszufladkowano do kategorii 2013, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , , , | 16 komentarzy

Lata siedemdziesiąte. Małpa. Rozdział VI.

W latach siedemdziesiątych malarnie, które dawały zatrudnienie absolwentom liceów plastycznych mieściły się na zapleczach spółdzielni, zakładów usługowych i biur oraz teatrów w pomieszczeniach pozbawionych wszelkich wygód i sprzętu potrzebnego do robienia dekoracji. W tych latach dekorowanie, wskutek nieustannego świętowania i celebracji świąt państwowych dawało po maturze pracę artystycznej młodzieży, która przeczekiwała tam między egzaminami wstępnymi na Akademię Sztuk Pięknych, gdyż za wielokrotne podchodzenie do egzaminów zyskiwano dodatkowe punkty za wytrwałość.
Nie każdy, kto pracował w malarni przyznawał się do tego, a jak już się dostawał na studia, natychmiast zrywał wszelkie kontakty ze świadkami jego pomaturalnego upadku. Jednak dzięki swobodnej atmosferze w malarniach, nienormowanego dnia pracy – gdyż liczyła się tylko wykonana praca której efekt, w postaci udekorowanej witryny sklepowej lub sali konferencyjnej był widoczny – pracowano tam chętnie, ponieważ można tam było przygotowywać się do egzaminów wstępnych mając materiały plastyczne za darmo.
Z takiej malarni Danka do mnie pisała:

Dziś jest piątek, a w poniedziałek mam “zrobić sklep” tj. wystawę z okazji 100 lecia naszej Spółdzielni, a nie ma żadnych materiałów, co więcej, udało mi się jej wytłumaczyć i obie machnęłyśmy ręką. Więc mam “chwilę ciszy” i mogę wreszcie pomyśleć o swoich sprawach tj. w pierwszym rzędzie załatwić korespondencję zaległą. Z tym, że to nie jest taka chwila ciszy, bo Manolla zabrała się do rąbania drzewa, co na pewno będzie trudne dla Ciebie do wyobrażenia, a co nam uniemożliwia całkowicie jakąkolwiek działalność (bo drwa lecą jak fontanna) a same odgłosy stwarzają paraliżujący hałas.
I do tego jest zimno, bo w końcu nie ma na czym ognia zrobić.
DNO.
Jeszcze wg ostatnich danych rzeczoznawców (tj. dekoratorów znających się na naszym piecu) “cugu ni ma”, co znaczy, że ognia nie będzie.
Już mamy wszyscy nerki poprzeziębiane, a “Arkadię” (ubikację) – z tym, że ta kulturalna nazwa nie oddaje całkowicie tego obrazu – zaplombowali. Bo zatkana.
Widzisz jakie mamy warunki pracy. A do tego mam jeszcze melancholię w dość poważnym stadium. Bo to jest tak: wszyscy ludzie są podli, a najgorsze jest to, że ludzie, na których by mi ewentualnie zależało – są najpodlejsi ( przy tym z wierzchu dla wszystkich innych – to wygląda zupełnie porządnie, wszystko idealnie gra – i dopiero ja się dowiaduję cudów trudnych do wyobrażenia.) Mój Boże! Aż ze strachem myślę o tym Sylwestrze.
Tak mi w ogóle smutno o tym wszystkim myśleć.
Na ostatnim angielskim (wczoraj) kazał nam Anglik pisać listy In English, of course i w tej chwili się zastanawiam jakbym to wszystko przetłumaczyła. Boże, dlaczego tak jest, że jednym się wszystko udaje, a ja nawet nigdy się tego angielskiego nie nauczę!?
Manolla twierdzi, że tym czy człowiek będzie reprezentował jakiś poziom czy nie; czy będzie miał jakąś pozycję (zarówno towarzyską jak i społeczną) czy nie – nie warto się przejmować, a ja się gryzę, bo jakoś nie mogę się pogodzić z teoriami Manolli, że tylko “szlachetne zdrowie” jest ważne.
I jeszcze jestem tak zmęczona zawsze, że nie jestem w stanie słuchać tego mojego “Głosu Ameryki”, co wcale się nie przyczynia do pogłębienia znajomości mojej tego języka (to niesłuchanie, rzecz jasna,jakim ja stylem piszę!)
Ewcin! Pomyśl i o ile coś wymyślisz – napisz co mam robić, żeby się nie rozpłynąć na “fiołkowo błękitno”, bo ja już ginę.
Dostałam wczoraj Twój list (aż się dziwię, że szedł z Wrocławia tylko dwa dni – to chyba cud z nieba, a jeżeli nie, to w każdym razie wypadek bez precedensu jeżeli o naszą i listonosza Pocztę chodzi) i zaraz odpisuję, żeby jeszcze dotarło na Twój stary adres. Jeszcze apel! Nie zapomnij zaraz podać mi Twojego nowego adresu ( nie znaczy to, że tak się domagam listu, bo naprawdę rozumiem Twoją sytuację (brak czasu) a nie chciałabym Cię męczyć – chociaż oczywiście miło by mi było – naprawdę wystarczy kartka, a jeżeli chodzi o korespondencję – to ja będę się starała pisać za dwie.
Właściwie szczerze mówiąc nie mam o czym pisać, bo życie takie szare i normalne. Urozmaicamy je sobie pijatykami, i jest “cudownie”. W cudzysłowie, bo w gruncie rzeczy to jest straszne, że nawet my, młodzi, musimy sobie humory tworzyć przez mieszanie ALKOHOLU (50%) + NASTRÓJ = 1 świeczka, rozleniwiająca muzyka, jakieś męskie ciało, dym z papierosów (w dużych ilościach i to ostatnio z “Kentów” – bo to takie wytworne eleganckie i modne) + tam takie inne dżusi-lusi (to te drugie 50%.).
Żebyś słyszała na drugi dzień te rozmowy (właściwie to ja nawet szczerze i dobrze się zabawiłam wtedy, dopiero potem ta chwila refleksji) na temat; kto kiedy ile z kim wypił, kto był najbardziej pijany, kto najwięcej haftował itd.
Jedno, z czego do dzisiaj się śmieję i to bez żadnych wyrzutów, czy nawet cienia skrupułu – to fakt, że wciągnęłam się bez reszty w jedną “Ich” zabawę – “odbijanie”. Polega to na tym, że wyprowadza się obojętnie, jakiego chłopca (byle nie łysy i nie kaleka) i się udaje, że to nasza wielka miłość – i już “życzliwe” koleżanki spieszą go odbijać, a tymczasem Ty zakręcasz się dookoła cudzej “partii” i tym lepiej się bawisz, im bardziej babie jakiejś na tym człowieku zależało, im lepiej ten umie tańczyć czy mocniejszą ma głowę, czy w końcu kryteria obojętne, liczy się sukces.
Najpiękniejsze z tego jest to, że te babska Cię potem szczerze nienawidzą. Tak się płaci za dobrą zabawę – bo w gruncie rzeczy żadnej innej satysfakcji nie wynosisz.
Tak nienawidzę tych alkoholowych spraw, a nawet cały list do Ciebie poświęciłam temu tematowi.
To jest straszne, jak człowiek jest zmuszony stale kręcić się dookoła pewnych spraw, które go w gruncie rzeczy denerwują. No to koniec o tym.
Teraz o kulturze. W Krakowie jest aktualnie (w Pawilonie przy ul. 3 Maja w “Bunkrze”) taka bardzo fajna wystawa “Grafika Francuska”. Joasia była i przywiozła katalog. Przeglądałam i myślę, że warto by zobaczyć, ale nie mam kiedy się wyrwać, teraz jeszcze u nas, (nie wiem co we Wrocławiu) ZIMA.
Tym gorzej z takimi wypadami.
W tej chwili siedzę w pracowni z dekoratorką Haliną – bomba baba i mamy czas, bo ma przyjechać samochód po dekoracje, ale widać utknął w zaspie (!) – więc siedzimy i bawimy się telefonem – tj. dzwonimy do wszystkich i spraszamy na…. nowe pijaństwa gości. Już się jeden dał nabrać.
Tłumaczę dla niego takie teksty o Mayallu, on z tego robi artykuły do “Jazzu” i co śmieszniejsze – to tam drukują. Ale to tłumaczenie jest okropne (nasz Anglik stale powtarza, że nie można 2 idiomów, a on (Mayall) pisze samymi idiomami w jednym zdaniu). W następnym liście napiszę Ci o naszej pracowni, a teraz kończę.
Całuję
Danka.

W tym samym czasie Małpa, który w tej malarni pracował tylko sześć miesięcy nim zgarnął go pobór letni, budował według tych samych wyobrażeń swoją przyszłość na drugim końcu Polski:

Cześć Ewka! Piszę do Ciebie list z drugiego końca Polski, gdyż los tam mnie rzucił. A mianowicie – piszę z Ośrodka Szkoleniowego Wojsk Wewnętrznych z Kętrzyna. Myślałem, że w sierpniu lub wrześniu będę się z moimi znajomymi widział w malarni, a tu nic z tego! No i dwa lata przerwy w życiorysie, jak gdyby nigdy nic, muszę tu siedzieć. Ratunku ostatecznego nie mogę podjąć, bo też już nie mogę. Ale to nic – uparłem się. Chociaż w mundurze wojskowym, to na studia zdawać mogę. Gdańsk jest o wiele bliżej Kętrzyna, niż Katowice, czy też Wrocław. Do biblioteki mam wstęp o każdej porze dnia – no i mogę czytać, co mi się tylko podoba. Z łodzi nie odpisywałem Tobie na List, gdyż pisałaś mi, że wyjeżdżasz do Przemyśla, z Kętrzyna natomiast nie pisałem aż trzy tygodnie, gdyż miałem ręce pełne roboty. No i nadal mam, ale znajduję zawsze trochę czasu, aby chociaż parę słów do bliskich osób napisać. W tej chwili czytam piękną książkę pt. „Prometeusz, czyli życie Balzaca” Andre Mauoris i nie żałuję, że ją wypożyczyłem.
Mam tutaj „pracownię plastyczną”(o ile to można tak nazwać), którą urządziłem sobie raz jeden na strychu – gdyż gdzie indziej miejsca nie było. No cóż, noce się zarywało, ale czasu dla siebie nie mogę wygospodarować! W poniedziałek przyjeżdża tutaj z grupą plastyków dekoratorów pan szeregowy Henryk – z Warszawy chyba z Centralnego Domu Wojska Polskiego, lub coś w ty sensie. Dostał się tam dlatego, gdyż ma tam wujka pułkownika – raz mi to powiedział – nie tylko on, ale i jeden pułkownik z Łodzi. Niech chłopakowi dobrze się powodzi, – chociaż wróg, ale źle mu nie życzę. Trudno, taki już jestem od początku mego istnienia. Mnie już tutaj obiecali 10 dni aresztu, no, jak na razie, to tego nie robię, gdyż boją się trochę interwencji ppłk d/s politycznych – jest on zastępcą komendanta OS.WW. Chciałem, nie chciałem, musiałem nauczyć się kraść. Inaczej bym zginał. Tak sobie jakoś radę daję, ale męczy mnie właśnie to, że muszę kraść, – czego w Łodzi nie było.
Gram tutaj także na perkusji w tutejszym zespole wojskowym. Tak w ogóle, to jestem plastykiem-dekoratorem ośrodka kulturalno-oświatowego w O.S.WW.
Ewka! Na samym kończę list no i postaram się w następnym napisać coś więcej o mojej pracowni.
Życzę Tobie jednocześnie przyjemnych dalszych wakacji oraz powodzenia na studiach.
Kłaniam się Tobie i Twoim Rodzicom
P.s. Jeśli znajdziesz chwilę czasu wolnego, to napisz coś do mnie spragnionego (wieści) na adres PPR. Kętrzyn. Os WW Klub żołnierski ul. Gen. Sikorskiego.
Dziękuję za poprzedni list. Czołem

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Otagowano , , , | 4 komentarze

Lata siedemdziesiąte. Małpa. Rozdział V.

Kiedy w latach dziewięćdziesiątych zaproszono mnie na plener malarski, okazało się, że Elżbieta, komisarz pleneru, znalazła w ostatniej chwili korzystniejsze dla nas warunki w ośrodku w górach należącym do wojska. Wojskowy Dom Wypoczynkowy był pięknie położony, ale plac łączący wszystkie gospodarcze zabudowania, stołówkę i budynek, gdzie nas zakwaterowano, niweczył cuda przyrody. Upstrzony był tablicami zakazu i nakazu w sposób zdawało się zupełnie nieuzasadniony i nadmiarowy. Na dodatek upiorne kolory fabryczne emalii użytych do napisów, czcionką zwaną blokiem nie uznającej małych liter krzyczały za plecami, jak szybko wychodziłam z ogrodzonego terenu i jak wracałam, porażał oczy. Brzydota tej identyfikacji wizualnej – ni to zdobniczej, ni to perswazyjnej, była nie do pokonania, gdyż w nocy lampy świeciły na te tablice, które okazały się fosforyzujące i wdzierało się to wszystko do pokojów, łóżek i pod powieki.
Właściwie całe dwa tygodnie, zakończone na dokładkę upiornym wieczorkiem pożegnalnym z orkiestrą wojskową były zmarnowanym czasem, oddanym czemuś, co nie mieściło się w żadnej ludzkiej potrzebie.
Przy każdej ławce skweru stała tablica nad koszem na śmieci informująca, że właśnie tutaj należy rzucać niedopałki. Oprócz komend słownych system znaków graficznych dublował zakazy i polecenia, liczne strzałki na tak przecież niewielkiej przestrzeni kierowały ciągle w jakieś miejsca, które straciły już swoją pierwotną funkcję i przeznaczenie. Zdumiewały też łączenia tablic, tabliczek, znaków okrągłych, kwadratowych i trójkątnych osadzonych na stalowych rurach wbitych w trawniki z licznymi przyspawanymi przytrzymywaczami, wspornikami, przęsłami tak solidnymi na wypadek przejścia przez to wszystko kataklizmu po to właśnie, by z pożogi jako najcenniejsze, zostało  tylko: NIE DEPTAĆ TRAWNIKÓW. I może słuszne było to piętno w turystycznej, malowniczej miejscowości w górach, świadczące o bezguściu, jego tandecie i permanentnym kiczu, by nie było żadnej wątpliwości, że to teren wojskowy.

Cześć Ewka!
Dziękuję bardzo za reprodukcję. (dodatek do Płomyczka). Wiele rzeczy już otrzymywałem, ale czegoś podobnego jeszcze nie. Widokówkę “eksperyment” także otrzymałem, lecz już po przyjeździe z urlopu. Mimo iż nie wiedziałem, że byłaś w Bieszczadach i Przemyślu – to jednak domyśliłem się tego. Będąc na urlopie od 5 do 16 sierpnia, dzwoniłem do Ciebie 5 razy. Nikt nie odbierał telefonu. Z tego też wywnioskowałem, że chyba jesteś w Przemyślu.
U mnie się nic nowego nie dzieje. Chyba tylko to, że jeszcze ani razu nie przyjąłem żadnej służby od 1/2 roku.
Siedziałem już 5 dni w areszcie. Ale to było już dawno.
W tej chwili dalej produkuję propagandę wizualną na terenie jednostki. Pozwoliłem się trzymać formatu 120 x 100 cm oraz jedną, której format – bagatelka – 250 x 200 cm.
Była 3 września promocja chorążych no i było trzeba robić dekorację.
Zastanawiałem się nad tym, aby czasem nie zdawać egzaminów na Wyższą Szkołę Oficerską, lecz ostatecznie zrezygnowałem z tego gdyż stwierdziłem, że taka impreza nie jest dla mnie.
Tzn. egzaminów się nie bałem, lecz późniejsza praca mi wcale nie odpowiada.
W tej chwili mam bardzo małego i ładnego pieska, którego trzymam w pracowni. Myślę go sobie przywieźć do domu, ale to nastąpi chyba dopiero w poniedziałek lub ciężko powiedzieć. Gdyż wtedy ponownie wybieram się na urlop. Czwarty z kolei.
Teraz mam bardzo fajną funkcję w wojsku. Oby tak dalej do końca służby, to wogóle nie będę wiedział, że służę w wojsku.
Będąc na urlopie dowiedziałem się, że Joaśka dostała się na studia do Krakowa. Też tego się dowiedziałem, że w tym roku do Katowic na ASP nie dostał się nikt z plastyka, do którego żeśmy chodzili.
Jeżeli chodzi o pogodę, to w Kętrzynie jest ona różna.
Kilka dni leje, a potem znowu świeci słońce, aby wieczorem znowu zaczęło padać.
W domu był remont; tak, że musiałem coś niecoś zrobić, gdy byłem na urlopie.
Na razie tyle nowości z mojej strony.
P.S. Napisz mi coś o sobie i plenerze!!

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Otagowano | 2 komentarze

Lata siedemdziesiąte. Małpa. Rozdział IV.

W trakcie moich licznych wrocławskich przeprowadzek Małpa słał pocztówki do domu. Wtedy brat, jak przyjeżdżałam, mówił na progu:
– Ewa, kłaniaj się rodzicom!
Współczułam Małpie, szczególnie, że na studiach mieliśmy Powszechną Samoobronę – ze względu na artystyczny charakter uczelni – o złagodzonym charakterze, to jednak wcale nie było go łatwo zdać. Tania dzięki temu, że kupiła książkę pułkownika Przytockiego, który przez wszystkie semestry prowadził z nami zajęcia i poprosiła go o autograf, zdała bez problemu. Reszta naszego roku bazowała na notatkach chodzących na wykłady, lecz pożyczano je bardzo niechętnie. Na starszych latach mijała już bezinteresowność i bratanie się. Często odmawiano z satysfakcją i w poczuciu sprawiedliwości.
Udało mi się pożyczyć w akademiku zeszyt jedynie od Renaty, który okazał się pusty. Renata chodziła regularnie na wojsko, ale większość przesypiała. A jednak jakoś wszyscy zdawali i w konsekwencji każda nieobecność na zajęciach była naszą wygraną.

Dzień dobry Ewka!
Najpierw dziękuję za życzenia imieninowe, które sprawiły mi dużo radości. Przyjemności mam wystarczająco, chociaż nie tak za dużo. Pogoda ostatnio poprawiła się do tego stopnia, że w dniu dzisiejszym zacząłem się opalać, no i zaczęło mnie słońce „łapać” wbrew moim oczekiwaniom. Wódki mam pod dostatkiem. Natomiast wolnego czasu bardzo mało. Kumpli mam różnych, – ale większość z nich to bardzo fajni kumple. Panienek nie mam ani ładnych, ani brzydkich, gdyż jestem za leniwy do tego, aby sobie jakąkolwiek „zdobyć”. Obrazów nie mam dużo, a nie są one znowu tak dobre, abym był z nich zadowolony. Zacząłem wreszcie wychodzić na przepustki, które spowodowały, że odżyłem, ale dopiero wtedy, gdy porządnie zapiłem. Chociaż nie wolno i nieładnie to wygląda, jednak czego się nie robi, aby wszelkiego rodzaju regulaminy, czy przepisy łamać. Zresztą, po to one są!!!
Jedzenie nie jest za dobre. Wymarzyłem sobie, aby wyjść wcześniej z wojska do cywila, lub przynajmniej na urlop wyjechać – a tu nie chcą puścić, bo roboty jest bardzo dużo, a mnie najczęściej robią odpowiedzialnym przy tzw. brudnej, robocie.
Dziękuję jeszcze raz bardzo!
Ewka!!! Nie musisz się wcale tłumaczyć, gdyż wiem doskonale, że czasu miałaś mało. Chociaż listy i kartki od Ciebie przychodzą tak rzadko (jak sama twierdzisz), to jednak sprawiają mi wiele radości, którą zachowuję dla siebie – to chyba wynika z wykształconego w ostatnim czasie u mnie sobkostwa. Ale muszę takim być, bo inaczej bym zginął. Tak to jest w tej instytucji zwanej wojskiem.
Bardzo się cieszę i gratuluję, że sesja poszła Tobie bardzo dobrze.
Bardzo dobrze by było, gdybym był na urlopie, gdyż chciałbym sobie wreszcie odpocząć!! Ostatnio przez miesiąc pracowałem po 20 godzin na dobę. 1 godz. na korespondencję, czy słuchanie radia, 3 godziny spania, no i potem znowu od nowa. Dlatego, że jestem w Kętrzynie, a nie na urlopie, więc piszę – a raczej odpisuję na list i dwie widokówki, gdyż w drugiej był umieszczony adres, gdzie w tej chwili znajdujesz się i co robisz.
W tej chwili odpoczywam po miesięcznej pracy, która była powodem tego, iż miałem masę zaległości w korespondencji, które zamierzałem w tym tygodniu zlikwidować.
Maluję bardzo mało, rysuję trochę więcej, ale nie jestem z tego zadowolony. Napiszę szczerze – wyszedłem z wprawy posługiwania się pędzlem, ołówkiem, czy węglem. Natomiast liternictwo nie jest mi obce i warsztat swój poprawiłem, ale tylko, jeśli chodzi o „REX”, czy pismo blokowe. Innego w wojsku nie przyjmują.
Pod koniec lipca wybieram się na urlop i nie wiem, gdzie wtedy będziesz się znajdowała (na pewno nie w Katowicach), i co wtedy będziesz robiła.
Gdzieś do 20 lipca przygotowują już masę roboty dla mnie. Jestem zwolniony z wszelkich służb, wart i prac na kompanii. Robię, a raczej jestem do siania propagandy i agitacji wizualnej. Pracuję w dziale politycznym.
Serdecznie pozdrawiam
P.s. Ukłony dla Rodziców

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Małpa. Rozdział III.

Wysłałam Małpie w prezencie do wojska „Przygotowanie do wieczoru autorskiego” Tadeusza Różewicza, tomik, który właśnie się ukazał i którego nawet nie otworzyłam. Zupełnie nie interesowała mnie wtedy twórczość Różewicza, sztandarowego poety miesięcznika „Odra”, do kupienia tylko we Wrocławiu, ale jego obfita twórczość w tomikach poetyckich była dostępna w księgarniach we wszystkich dużych miastach Polski.
Wysłałam mu ten tomik z żalem, bo Małpa był zawsze chłopakiem szczerym i takie też listy do mnie pisał, jednak nie uważałam, by akurat Różewicz był właściwym antidotum na to, co mu los zafundował.
I faktycznie, Małpa przysłał mi, jak się zresztą odgrażał, coś z „różewiczówy”, czyli ciemne wiersze przedstawiające zniewolenie, które starał się nie tylko werbalizować, ale i zanegować pustką.
Ale przecież życie nie znosi pustki, a przede wszystkim wojsko.
„Dwa ptaki w klatce zamknięte/ smutkiem klatkę wypełniają…” – pisał w wierszu, w którym unicestwiał nie tylko te ptaki, które tam się rozmnożyły, ale i całą klatę. Opisując w wierszu „Ciało moje” zniszczenie osobowości młodego człowieka, ubolewał nad nieodwracalnym procesem destrukcji: „Dwudziestoletnie ciało moje/ to dzikie zwierzę/wypełnione zgiełkiem”. W wierszu “Oderwany od życia” podmiot liryczny skuczy: „Od życia/ mnie oderwano…” i na dodatek prześladuje go coś, co nieustannie go kontroluje: „rękę, która/bez ruchu spoczywała.”
Uważa, że był czysty, teraz jest brudny: „anielską duszę/w dzieciństwie/w dłoni zgniotłem…”
Prześladują go koszmarne sny: „Krzyczę w nocy/przez sen/pochłonięty/przez larwę/czuję/że spadam/pieski świat/kręci się/coraz bardziej/coraz trudniej znaleźć/w nim Człowieka.”
Jednak w miarę słania do mnie listów poezja w Małpie zamierała. Zamierała, aż zupełnie umarła.

Dzień dobry Ewka!!
Bardzo długo do Ciebie nie pisałem, gdyż najpierw czekałem na odpowiedź z listu, który do Ciebie wysłałem tuż przed sesją egzaminacyjną. A potem nie miałem dużo czasu, albo go w ogóle nie miałem.
Dzisiaj mam służbę i postanowiłem do Ciebie napisać.
Najpierw kilka pytań, na które – prosiłbym abyś mi odpisała – gdy tylko znajdziesz więcej czasu, ( tzn. kiedy nie będziesz miała, co robić, albo będziesz się nudziła). Wiem, że czasu to masz nawet za mało, ale myślę, że będzie taka chwila, w której coś do mnie napiszesz.
Jestem ciekawy i to bardzo, jak wypadła Tobie sesja, o której pisałaś mi na zdjęciu, które od Ciebie otrzymałem, (za które jeszcze raz bardzo dziękuję).
Czy mogłabyś mi napisać – w miarę możliwości – kto dostał się na studia i jak im “leci”??
Co u Ciebie nowego słychać i u wspólnych znajomych?? Czy masz zamiar organizować jakąś wystawę – kiedy, gdzie??
Jeżeli chodzi o moje zajęcia w tej chwili – to od dwóch tygodni jestem na nowym stanowisku tzn. pełnię funkcję pomocnika starszego instruktora Wydziału Politycznego do spraw propagandy i agitacji wizualnej. Poprzednio byłem plastykiem-dekoratorem w Ośrodku Kulturalno Oświatowym OSWP. Teraz siedzę w Wydziale Politycznym – trochę papierkowej roboty i propaganda wizualna OS WOPu spoczywa na moich barkach. Warsztat pracy – jeżeli chodzi o liternictwo i pociągnięcia pędzlem udoskonaliłem dość wyraźnie. Już takie sprawy, jak poligon, czy służba co 24 godz. już mnie nie rusza. Na przepustkę wychodzę co dzień prawie. Wreszcie zabrałem się do pracy twórczej – o ile mogę to tak nazwać!! Nie muszę już pracować 24 godz. na dobę. Pracuję tylko 8 a reszta zależy od mojej dobrej woli. Przełożonego też zmieniłem z kapitana na podpułkownika. Co mi wyszło na dobre.
Nadal jestem szeregowcem i nie spieszy mi się do żadnej belki, gdyż stwierdziłem, że to i tak nic mi nie da.
Mam zamiar zrobić sobie w Kętrzynie wystawę moich prac. Mam już na tyle znajomości rozwinięte, że tylko będę miał coś godnego uwagi do razu mi pozwolą wystawić. Nie tak dawno skończyłem odnawianie obrazu w klubie Oficerskim – typowy socrealizm. Nie była to może odnowa, ale miał odpryski i to niektóre przekraczające 3 cm kwadratowe i dali mi to do “poprawienia”. Dosyć dobrze mi to wyszło. Poza tym zrobiłem jeszcze (i projektowałem) scenografię do występu zespołu estrady wojskowej OS WOP. Robiłem to do programu “Wczoraj – Dziś”. Rozwiązałem to kolorowymi ekranami ustawionymi na scenie i zastosowałem trick sceniczny, który polegał na tym, że wiszący napis “Wczoraj” odwrócił się na drugą stronę w środku przedstawienia (jak zasłaniali kurtynę) na drugiej stronie był napis “Dziś”. Współpracowałem przy projektowaniu scenografii z scenarzystą Janem Kieresem, który znany jest na całe woj. olsztyńskie. To tyle, jeżeli chodzi o moje tzw. “przechwałki”, A teraz coś gorszego!! A mianowicie zaliczyłem już 5 dni aresztu, który jednak zniesiono mi w rozkazie i uznano go za niebyły. To z tego powodu, że nie wykonałem rozkazu mojego pierwszego przełożonego (kpt.). Rozkaz odnosił się do mojej pracy dekoratorskiej. Rozkaz jednak wymusiłem na piśmie i zaraz po wyjściu z aresztu napisałem raport do Komendanta Ośrodka, z zapytaniem czy można w tym wypadku mi wydawać rozkazy!! Kto wie!?! To właśnie stało się powodem do zmiany przełożonego. Teraz się dziwią, że kiedyś, jak pracowałem po 24 godz. na dobę to było dla nich jeszcze za mało, a teraz jakoś i te 8 godz. wystarcza – do tego sobota po południu i cała niedziela należy do mnie.
Czekam z niecierpliwością na odpowiedź.
Pozdrowienia z Kętrzyna przesyłam na Twoje ręce –
Mój nowy adres: P.R. Kętrzyn 3 skrytka pocztowa 21 OSWOP lub P.R. Kętrzyn 3 ul. Sikorskiego 66 (klub żołnierski)

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Otagowano | Dodaj komentarz