Lata siedemdziesiąte. Manolla. Rozdział X.

Była kaćmowka, wszystko pięknie ładnie, aż wreszcie w pewnym momencie nie wytrzymałam i powiedziałam, że to nie ma sensu, że wnioski to mogą być tylko takie, że jedne choinki są sztuczne, a drugie nie i tylko takie wnioski będą prawdziwe, ale żeby do tego dojść, to nie trzeba nazywać się artystą. Były konsultacje tylko z Lachowiczem i psychologiem i może dlatego zdobyłam się na odwagę, bo przed oczyma stanęła mi “kostka z brystolu pomalowana temperą zamieniona na 360 kcal. energii”, czyli wystawa Turów 71.
Zaskoczony Lachowicz się speszył i powiedział cierpko, że szkoda, że dopiero teraz doszłam do tego wniosku i żebym jaśniej wyraziła, o co mi chodzi. Więc powiedziałam, że całe zadanie dla mnie nie ma sensu, że wprawdzie jest naukowo sformułowane, to jednak mnie to nie przekonuje, co do wartości “poznawczej” tego tematu. Ale powiedziałam to szczerze, co wyczuł i zaczął ze mną godzinną dyskusję, do której włączył się psycholog. Oni niedowierzająco przyznali, że muszą mnie przekonywać o wartości mojej pracy, że zawsze jest odwrotnie. Że my starzy, że wy młodzi, a to taki awangardowy temat. Oczy im płonęły, dużo i ładnie mówili, a ja czułam się bardzo głupio i ciągle brakowało mi argumentów, a tyle im miałam do zarzucenia. Ale i tak dobrze wybrnęłam, jednak nie do końca wytrzymałam. Psycholog pokazywał ostatnią „Kulturę”, jak to Osęka wyżywa się na konceptualistach („W oparach konceptualistów”, czy coś takiego) nazywając go idiotą, itd. Ale tak prawdę mówiąc, to uświadomili mi dużo rzeczy, w których przyznałam im rację. Lachowicz mi na to, że jak będę miała jakieś „załamania” i wątpliwości, to przyjść, wyjaśnią, pomogą. Rozbrojona powiedziałam, że podsumowałam te wnioski, że będzie wszystko logiczne i prawidłowe, że jeżeli nie da się inaczej…

W domu weszłam na równie ważną wielką dyskusję – Manolla z Jagódką zeszły na tematy matrymonialno-seksualne uświadamiając automatycznie Dobrą bardzo gorliwie, jedna przez drugą. Opowiedziały, jak to będzie, gdy powychodzą za mąż wygłaszając poglądy na ten temat. To było takie gadanie po dniu bez randki, mimo, że ciągle padały pełne znawstwa słowa o rozbieranych randkach, wszystkie trzy były dziewicami i panował tu permanentny zaduch niezrealizowanej rozwiązłości.
Słoneczna pogoda zaczęła coraz bardziej sygnalizować nastającą wiosnę. Odczuwało się niepokój, strach, dziewczyny doświadczały tego wszystkiego o wiele silniej niż ja, na nie wiosna działała przygnębiająco, miałam nadzieję, że może się to wszystko uspokoi, wiosna przestanie być „wczesna”, i się przyzwyczaimy. Jednak brzydki i brudny pokój wschodni stawał się jeszcze brzydszy, gdy był oświetlony słońcem – zaczynając dzień widziało się cały bałagan ostrzej.
Kiedy wracałam z zajęć, jeśli nie było jeszcze w pokoju nikogo, prócz Manolli, zastawałam ją coraz częściej nagą, leżącą na niepościelonym łóżku w pozie z jakiś ubzdurzonych klimatów Klimta. Odziana tylko w czerwone włosy zagadkowo na coś czekała, a ja nie miałam pojęcia, na co.
Najbardziej pragnęłam doczekać chwili, jak dziewczyny śpią i nareszcie jest spokój, tak byłam spragniona samotności i ciszy. Mogłam sobie tłumaczyć to tym, że to są skutki nieustannej gadaniny Manolli z prawej strony, a Dobrej z lewej, ale wątpię, czy bym w absolutnej pustce coś zrobiła lepiej, coś lepszego by do mnie przyszło. Jednak spoglądanie na szkice Manolli, która mi mówiła ciągle „popatrz” – a miałam prócz popatrzenia jeszcze oceniać, uśmiechać się, albo oburzać – robiłam coraz bardziej mechanicznie i na chybił trafił. Manolla była wtedy bardzo podniecona przejściem do naszej pracowni, bardzo się starała, ciągle coś komentowała, kazała mi wypowiadać sądy o tym i o tamtym, a to trwało i trwało, a ja ciągle myślałam o czym innym, a jej słowa sprowadzające wszystko ciągle na jeden temat, temat pracowni, przestawały cokolwiek znaczyć.
Z racji moich coniedzielnych spotkań z Markiem i dzielących nas dwustu kilometrów, byłam zawsze spiesząca się i nadrabiająca nocami utracony czas na podróże. W pokoju nie wytrzymywałam dłużej, uciekałam albo do biblioteki, albo do kościoła, jednak pozwolenie na moje nocne zapalanie światła musiało być okupione wkupieniem się w łaski, w co już powoli przestawałam wierzyć, obserwując układ sił w pokoju. Ku mojemu zaskoczeniu spotykałam się z większą dobrocią za wytłumaczenie, długie tłumaczenie Manolli stanowczo, że muszę siedzieć w nocy i palić światło będąc przekonana, że robię to niesłusznie, bo można zrezygnować z siedzenia, gdy Manolla się źle czuje. Rano po całonocnej pracy spotykałam się z taką przymilnością i służalczością, że mi się robiło mdło, i miałam wstręt do siebie. Miałam też nadzieję, że zamieszkanie z nami Dobrej rozluźni nasze z Manollą związki, ale nie przewidziałam, że Jagódka będzie uczestniczyła w naszym codziennym życiu w takim wymiarze. Jagódka, czując niepohamowaną niechęć do swojej dalekiej krewnej być może nie buntowała Manolli, ale też jej nie hamowała. Po tym, jak Manolla zaliczyła pierwszy semestr i przeniosła się do naszej pracowni, czyli do mojej i do Dobrej, zmieniła strategię działań w naszym wspólnym pokoju.
Zaczęło się niewinnie, od robienie z Dobrej ładnej dziewczyny. Z trudnościami, bo na to trzeba funduszy, na wstępie obcięłyśmy jej włosy i pomalowałyśmy oczy. Włączyła się, oprócz Jagódki, mieszkająca na prywatce blisko nas Iwonka i wykrywszy, że mimo niskiego wzrostu Dobra łudząco przypomina Ewę Demarczyk, wspólnymi siłami stworzyłyśmy Dobrą na nowo, kopię Demarczyk. Dobra była zachwycona rezultatem naszych działań i nawet wtedy, kiedy był duży ubaw domowy – Dobrej i Manolli imieniny – ubaw rodzinny, kiedy wszyscy domownicy i Iwonka zasiedliśmy na dole w jadalni przy stole, a Manolla opowiadała swoje dowcipy i solenizantki postawiły bardzo dobre wino, wierzyła jeszcze, że jest na równych prawach naszej mini komuny. Wtedy jeszcze nic nie zwiastowało tych niedostrzegalnych, ułamkowych niechęci, które już zaczynały kiełkować, a których bujności, jak przy wiośnie, nie dawało już się zahamować. Manolla przy naszym wspólnym stole odgrywała każdego wieczoru dramatyczne sceny, w których w szczytującym momencie uniesienia uczuciowego groziła, że jak nie zamieszkam z nią w następnych latach, jak ją opuszczę, to ona tego nie przeżyje. Równocześnie dawała mi znać, że siedzącą z nami Dobrą ma za nic, że w najlepszym wypadku jej nie dostrzega i nie bierze pod uwagę w naszym planie życiowym.
Ale z upływem dni, kiedy sytuacja na studiach stawała się coraz bardziej stabilna, kiedy nagle zarówno Lachowicz jak i nasz Pan i Jasza zaczęli mnie nagle chwalić i zrobiono ze mnie wzorową studentkę, sytuacja w pokoju zmieniała się na coraz gorszą.
Zaczęło się od nocy, które Dobra też tak jak ja zaczęła zarywać i to było przyczyną wielu awantur między Manollą, a Dobrą, w których Dobra zawsze, jak zbity pies, przyjmowała postawę skulonej, milczącej winnej, by już tuż po awanturze nie gasić światła w momencie demonstracyjnego przewracania się Manolli z boku na bok. Broniłam interesów Dobrej jak lew wkraczając w te spory, które przecież dotyczyły i mnie, bo mnie wolno było zapalać nocną lampkę według mojego widzimisię. Moja nietykalność jeszcze bardziej mnie przerażała, czując cały czas zachętę Manolli do stworzenia wspólnego frontu z nią i Jagodą przeciwko Dobrej. Nie miałam pojęcia, do czego im było to wszystko potrzebne, szczególnie, że Dobra ani myślała stwarzać front przeciwko nim ze mną wpatrzona z masochistycznym uwielbieniem w Manollę i w Jagódkę. Wszelkie moje obrony zbywała nie tyle niechęcią – co jakimś dobrotliwym uśmieszkiem z wyższością osoby więcej wiedzącej zdawała się dawać mi do zrozumienia, że to nie ona jest celem ataków, ale właśnie ja – dystansując się tym ode mnie na szelki wypadek.
Osamotniona i zdezorientowana pragnieniami i potrzebami moich współlokatorek zaczęłam szukać pomocy u Boga, trzy razy pod rząd na Rekolekcjach Wielkopostnych Duszpasterstwa Akademickiego. Niestety doktor czy docent, w każdym razie o najwyższym wykształceniu ksiądz podszedł do problemu nie od tej strony, nie wiem, jak inni (cała katedra), czyli bardzo dużo młodzieży w każdym razie na mnie nie podziałało to wcale, nie podziałało tak, jak na to liczyłam. Puste słowa nie pomagały, tu i ówdzie rzucane nazwiska Sartre’a i Camusa czy felietonistów „Polityki” były nieporozumieniem. Taka ładna barwa głosu, myślałam, misjonarz niestety musiałby być geniuszem – oratorem, szczególnie, gdy odpowiada za tak olbrzymią katedrę. Ten nie był.
Złą passę w naszym pokoju przełamał przypadek. Był to pomysł Jagódki, która postanowiła przeobrazić piwnice domu, a za z pewnością przed wojną były to zamieszkiwane suteryny – na klub „ W”, czyli miejsce spotkań młodzieży, głównie kolegów z naszego roku i kolegów ze studiów jej braci. Nie mam pojęcia, jak Jagódka rozpaliła w nas zaangażowanie do realizowania tej zespołowej idei, której realizacja łączyła się z dużym wysiłkiem. Być może była to próba znalezienia chłopaków dla siebie, Manolli i Dobrej. Kupiła nam kilka wiader farby czerwonej i czarnej, bo to miała być piekielna pieczara i każda z nas miała pomalować jedną ścianę według własnego projektu. Tu Manolla zaangażowała chyba wszystkie niewyżyte wiosną energie, gdyż bardzo pracowicie namalowała na ścinanie kobiece akty grubą krechą czarną na czerwonym tle, malując to nocami, co spowodowało całkowitą niwelację pokojowych konfliktów. Na dodatek zaprosiliśmy z naszej pracowni, Sławka, Jurka i Roberta, którzy za kilka butelek wina w jednym z pomieszczeń piwnic poprzyklejali do ścian pomalowanych na krwisty kolor połamane lalki tworząc coś tak upiornego i niesmacznego, że na czas otwarcia, czyli dzień imienin Jagódki, postanowiliśmy tego pomieszczenia nie otwierać. Zaproszono ponad trzydzieści osób i ubaw miał się odbyć nazajutrz.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Manolla. Rozdział IX.

Bożena przyjechała w niedobrym nastroju z domu, miała coś z rodzicami, była rozżalona i jak Jagódka wyszła, to mówiła, że dobrze, że jestem, bo sama by nie wytrzymała. Z jej nocnego monologu wynikało, że ma wyrodnych rodziców, którzy nie mogą zrozumieć, że błękit kobaltowy kosztuje 28 zł, nie mówiąc już o zieleni szmaragdowej. Czyli, że nie ma forsy, nie je i źle wygląda i ich straciła – oni się wszyscy wzajemnie pokłócili w czasie świąt, wypominają jej studia i to, że się muszą wyrzekać wszystkiego. Rozkleiła się Bożena kompletnie, mówiła, że nie chce nawet tam jechać. Na studiach niedobrze, nie wie, jak ona na sesji wypadnie, nie ma kompozycji pozaliczanych – prosiła, bym jej pomogła. A na zajęciach Dobra podeszła do mnie i z płaczem powiedziała, że już tego pokoju z Ceratą nie wytrzyma, że nie da się tam ani spać, ani pracować, bo pozostała trójka sprowadza jeszcze facetów i tak naprawdę, to tam jest osiem osób, a jeszcze waletują dziewczyny po dyplomie, które nie chcą wracać do domu i za wszelką cenę chcą zostać we Wrocławiu i w rzeczywistości mieszka dwanaście. – To zamieszkaj z nami – powiedziałam automatycznie powodowana współczuciem i wdzięcznością za polecony przez nią tak obszerny pokój u jej krewnych za jedyne 700 zł na miesiąc, a zarazem zawstydziłam się, że my się tak burżujsko z Manollą urządziłyśmy, podczas gdy ona niepotrzebnie cierpi w akademiku, zamiast z racji pokrewieństwa korzystać z dobrodziejstw losu. Kiedy obładowane walizami przyjechałyśmy w nocy z akademika i weszłyśmy z Dobrą do naszego pokoju, Manolla zrezygnowana ścieśniła swoje terytorium, jednak nie ustąpiła pola na jedynym stole, rezerwując sobie połówkę poprzez zastawianie go przyborami malarskimi. Mając tak już wypracowane relacje z Jagodą, miała jeszcze nadzieję, że Dobra zamieszka w jednym z dalszych sześciu pokojów willi, już nie dla jej dobra, ale przynajmniej dla naszego, o czym Jagódkę zdoła przekonać. Tak się nigdy nie stało. Przeciwnie. Krewni Dobrej pobrali od niej dodatkowo jeszcze pieniądze, tak, że za nasz pokój dostawali co miesiąc 900 zł. W sumie, nie można było mieć do nikogo pretensji, ani żalu. Domostwo naszych gospodarzy nie prezentowało się najlepiej. Obszerna poniemiecka willa była zapewne od jej przejęcia nigdy nie remontowana, a to, że można było w niej w zimie wytrzymać polegało na przeludnieniu i papierosom palonym przez wszystkich. Rodzina składała się z podstarzałych rodziców i chyba szóstki dorosłych dzieci, z których Jagoda – niezwykle urodziwa szatynka – była najmłodsza. Przygotowywała się do egzaminu wstępnego na Uniwersytet Wrocławski w nielicznych przerwach, jakie czasami robiła, opuszczając nasz pokój. Jej matka cierpiała na demencję bądź inne schorzenie psychiczne, w każdym razie w okresie tych sześciu miesięcy, jakie tam przemieszkałam, nie odezwała się ani razu. Jedna z córek mieszkała z mężem na najwyższym piętrze, gdzie w przedpokoju postawili kuchenkę gazową i gotowali tam obiady. Byli absolwentami “wysrolu” – tak nazywano wyższą szkołę rolniczą – i oprócz ojca Jagódki, jedynymi mieszkańcami willi, którzy codziennie wychodzili do pracy. Reszta rodzeństwa albo tam mieszkała, albo tylko odwiedzała, w każdym razie w tych dniach ostrej zimy napełniała dom swoją obecnością. Stopień pokrewieństwa Dobrej z właścicielami domu był nieokreślony i tak naprawdę nigdy do końca niesprecyzowany, mimo licznych ku temu okazji. Jak tylko Dobra metodą chińską cały czas przepraszając, że żyje, zapuszczała tutaj korzenie, wzrastał też jej stopień pokrewieństwa poprzez przyjazdy z domu Dobrej jej licznego rodzeństwa pod pretekstem wizytowania wrocławskich krewnych. Jednak w konsekwencji brat Dobrej, potem jej młodsza, a jeszcze potem starsza siostra lądowali w naszym pokoju, nie wiadomo, czy z racji wielkiej miłości rodzeństwa do siebie, czy też dobrze wypracowanych mechanizmów obronnych jej krewnych. I na ten mieszkalny kocioł w niedzielę przyjechał Marek i przywiózł zrobione w ciemni ojca w tzw. „dziupli” zdjęcia choinek na “kaćmówkę”. Po wymianie listów z Markiem i wskutek konsultacji na zajęciach, moja praca semestralna składała się z kilkudziesięciu kwadratowych fotografii czarno-białych przyciętych do jednego wymiaru. Mimo, że Manolla zmusiła nas do pozowania jej do podwójnego portretu rysowanego kolorowymi flamastrami, uwolniliśmy się szybko ratując się ucieczką. Klub Związków Twórczych w Ratuszu, gdzie stołowali się asystenci i profesorowie naszej uczelni tanio i smacznie, dostępny był tylko za kartami wstępu. W dni powszednie jeździliśmy tramwajami do stołówek studenckich, w każdej była inna zupa, rozdawana za darmo i można było nie mieć żadnych bloczków, ani pieniędzy. Ale w niedzielę pozostawały jedynie bary mleczne. Usiedliśmy w „Jacusiu i Agatce” przy plackach ziemniaczanych i Marek kończył mi tłumaczenie, dlaczego nie może się przenieść do Wrocławia. – We wtorek rozmawiałem z ojcem na temat studiów, nawet nie z mojej inicjatywy zaczęło się od tego, że przypomniał mi, że siostra studiowała poza domem i już on nie zamierza powtórnie tego finansować. To była najbardziej esencjonalna część rozmowy, w której zdecydowaną przewagę miał ojciec, a wyglądała tak, jak ją sobie wyobrażałem, tak jak wyglądała 2 lata temu, jakby wyglądała nie daj Boże za dwa lata w ogóle tak powinna wyglądać rozmowa ojca z synem na ten temat. Najpierw wyjaśnił, co to są studia, więc jest to 5 lat nudnej i mrówczej roboty, że wytrzymują tylko entuzjaści i wytrwali, przynosi praca w efekcie końcowym wiele dobrego. Najpierw stwarza szerokie perspektywy finansowe (tutaj podał swój roczny zarobek), wprawdzie taka perspektywa zaczyna się dopiero po jakiś 10-15 latach, ale to perspektywa życia według własnego gustu, nie mówiąc o prestiżu. No i jeszcze, że z pracą można się utożsamiać i wtedy jest najlepiej, albo pracować po pracy, czyli mieć hobby – średnio, pracować tylko – itd. Dowiedziałem się też, dlaczego nie zgodził się, abym studiował we Wrocławiu, bo nie wierzył, że skończę, nadal nie wierzy, stracił zaufanie, radził rzucić szkołę muzyczną, bo na szkołę za późno. Tak mi się niedobrze robiło, nic nie powiedziałem, bo mi się odechciało zresztą. Ewuś, ja nie wiem, ja się będę uczył do egzaminów, może dlatego, że to lepsze od pracy w biurze, lepsze od pójścia do wojska, no i ze względów finansowych. Zniżka, tyle wakacji itd. Może nie będę się musiał utożsamiać z inżynierem elektrykiem – kończył Marek bez przekonania. W barze nie było tylu ludzi, co zazwyczaj, w dni powszedni długie kolejki uniemożliwiały dłuższe siedzenie. Ale my nie mieliśmy się gdzie podziać i zależało nam siedzieć jak najdłużej. Na siódmą zdobyłam bilety na pantomimę Tomaszewskiego, co było nie jada wyczynem z mojej strony, bo Tomaszewski jeździł ze swoim teatrem po świecie i rzadko we Wrocławiu bywał. Akurat przypadła nam “Menażeria cesarzowej Filissy” opowiadająca bez słowa, za to za pomocą nieprawdopodobnej ilości tkanin i akcesoriów o jednoznacznie erotycznej konotacji dzieje niewyżytej seksualnie dziewczyny, która już w tym nadmiarze nie wie, z kim ma kopulować, ponieważ twórcy niezmiennie podsyłają jej coraz to nowe obiekty. Z programu teatralnego dowiedzieliśmy się, że utwór niesie wartości uniwersalne, że zamiarem Henryka Tomaszewskiego było ukazanie w warstwie filozoficznej spektaklu spraw losu ludzkiego na przykładzie różnych, krętych kolein losu miłości. Ale nasz los był prosty i przesądzony. Wyszliśmy na mroźną noc i powlekliśmy się na dworzec. Tam, by przedłużyć pobyt Marka we Wrocławiu poszliśmy do nocnego kina dworcowego na „Życie rodzinne”. Dawka okazałą się piorunująca. Pół zasypiając zdołaliśmy jednak pojąć, co Zanussi chce nam powiedzieć. A chciał dużo. Potomek (Olbrychski) przedwojennych kapitalistów zmylony fortelem ojca, który pod pretekstem swojej agonii zwabia go do rodzinnego domu w celu przekazania mu warsztatu produkującego bombki choinkowe, korzysta nieopatrznie z usługi kolegi z pracy i równocześnie przyjaciela ze studiów, który podwozi go swoją Skodą Oktawią. Kolega okazuje się w pierwszym pokoleniu chłopem, wykorzystuje natychmiast seksualnie jego siostrę Bellę (Komorowska), która i tak radzi sobie w życiu wyśmienicie skacząc po drzewach zdziczałego ogrodu, lub siedząc w wiezieniu za nierząd. Przyjaciel (Nowicki) świadkujący praniu domowych brudów wyjeżdża z dworku oburzony i zniesmaczony panującą w tej chorej warstwie społecznej abnegacją, pijaństwu i lenistwu. Jedzie do Chorzowa, do, jak się wyraża, „prawdziwego” domu. Jego śladem podąża też i Wit (Olbrychski) opuszczając dom rodzinny raz na zawsze, gdyż w jego biurze projektów dla takich jak on, obiecujących absolwentów politechniki rysują się nowe możliwości. Nie wiem, czy zdołaliśmy wysmakować to przesłanie. Nocny pociąg Marka już zapowiedzieli, a nazajutrz czekały nas uczelniane zajęcia przed egzaminami semestralnymi.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Manolla. Rozdział VIII.

Na święta pojechałam do domu i spotkałam się z Markiem w herbaciarni w podziemiu Ronda. Było to wygodne miejsce na spotkanie sam na sam z moim chłopakiem w zimie, gdyż w moim pół pokoju był brat z mnóstwem kolegów z roku. U Marka w Gliwicach siostra ukończyła już studia we Wrocławiu i wróciła do ich wspólnego pokoju, w którym skrupulatnie przygotowywała się do skoku w świat, a z racji ukończonej romanistyki, miał być to skok brawurowy do Paryża. I ta herbaciarnia oferująca różnorodne gatunki herbaty z cytryną lub bez, zamawiając co jakiś czas herbatę o przypadkowej nazwie przeczytanej na tablicy wiszącej za kontuarem umożliwiała tanie przebywanie tam kilka godzin. Marek miał genetyczną skazę alkoholową, tolerował wprawdzie małe ilości alkoholu, po których i tak stawał się czerwony, a na co dzień niebieskie białka oczu, po alkoholu robiły się fioletowe. Dlatego węgierskie wino Egri bikavér piliśmy tylko w najwznioślejszych momentach naszego związku.
Marek pod wpływem moich nalegań odkupił przepłacając bilety wstępu do studenckiego klubu Spirala na sylwestra, co umożliwiało nam wprawdzie spędzenie nocy razem, ale zrobił to słusznie niechętnie po raz pierwszy i ostatni.
Na praktyce studenckiej w trakcie remontu piwnic gliwickiego Rynku pracował młotem pneumatycznym, a ponieważ równocześnie uczył się w szkole muzycznej gry na flecie, ogłuchł na jakiś czas, gdyż wszyscy studenci pracowali bez ochraniaczy na uszach. I właśnie o tym szczęśliwym fenomenie odzyskania słuchu Marek opowiadał mi w herbaciarni jednocześnie ciesząc się z poznania tam Wietnamczyków, którzy zaprosili go potem do akademika na ryż z kurą z kośćmi, skórą i piórami, co być może było egzotyczne, a być może biedne. W rewanżu Marek zaprosił najurodziwszego z nich do siebie do domu i o tym wydarzeniu mi właśnie opowiadał.
– Wietnamczyk mi przesiedział dwa wieczory i to zupełnie dosłownie. A konwersacja (nie rozmowa) z tym Wietnamczykiem polegała na zrozumieniu czegokolwiek, nie coś, jak w normalnej rozmowie na powiedzeniu czegokolwiek. To jest niby drobna różnica, ale nie sposób było wytłumaczyć mu, że na ulicy już ciemno, chodzą chuligani, że daleko do domu i w ogóle czas już iść. Nie znaczy, że mnie nudził, że nie spodziewałem się po nim niczego, nie, nie przekreślam z góry Wietnamczyka. Pograliśmy sobie na fletach, a potem wypytał mnie z zakresu moich przeżyć erotycznych. Bardzo mu się podobałaś Ewuś na zdjęciach, chciał sobie zabrać, (co za zwyczaje!) jedno. Mówił, że jesteś „bardzo ładna, piękna i miła”. Bo on dzieli kobiety na bardzo ładne, aczkolwiek głupie, miłe, ale za to mądre w sensie przyjemne żony. Ty wydałaś mu się absolutem, bo kontemplujesz w sobie oba te gatunki kobiece. Jesteś piękna, głupia, miła i mądra. Mniej więcej, co rok robi tego typu zestawienia słowne, a w sumie jest romantykiem i pragnie zrobić tajemnicę z naszego spotkania.
Znowu gramy na flecie. I wyobraź sobie Ewuniu, Wietnamczyk bierze zdjęcie i z większą siłą zaczyna się zachwycać Tobą. Piękna, cudowna, jakie ona ma miłe oczy i.t.p. Wypytuje o szczegóły, wręcz drobiazgi anatomiczne. Podawałem łacińskie nazwy, więc chyba się nie zorientował. Ewuś, nawet Wietnamczyk. To jest niepokojące, że Ty się tak wszystkim podobasz – zakończył Marek.
– Właśnie, też się tym niepokoję – powiedziałam smutno. Zaraz na samym początku zaczął dowalać się do mnie profesor i kierownik bardzo ważnej pracowni z lat wyższych. Podobno mieszka sam, ale kto tam go odwiedza, to widzi u niego za każdym razem inną kobietę. Nawet Robert zauważył, że się do mnie dowala i mi to powiedział.

Okres między Bożym Narodzeniem a sylwestrem spędziliśmy na fotografowaniu po domach choinek na kaćmówkę.
Sylwester rozpoczął się dla mnie wrogością, gdyż sukienka, którą kupiłam za 15 złotych w moim ulubionym sklepie w Gliwicach z szyldem „Przecena” okazała się nietrafiona. Była to uszyta z bistoru długa, wąska suknia na ramiączkach, szaroniebieska i przetykana gęsto srebrną nitką. Byłam nią zachwycona, szczególnie, że mając z tyłu zamek błyskawiczny sięgający siedzenia, umożliwiała idealne podkreślenie kształtu mojego dziewiętnastoletniego ciała. Już w holu, kiedy w ścisku dopchaliśmy się do szatni i oddaliśmy płaszcze, w lustrze odbiła się identyczna sukienka, ale nie moja. Dziewczyna też to zauważyła i z wściekłą twarzą zwróciła się do mnie. Ucieszona z podobieństw próbowałam nawet się dowiedzieć, czy też kupiła ją z przeceny, ale to doprowadziło ją do jeszcze większej wściekłości. Nic nie odpowiedziała i z pogardą i wyniosłością weszła na salę balową.
Nasz wykupiony stolik, który, jak się okazało, przyszło nam dzielić z jakimś małżeństwem, zawierał wszystko, co obiecywał wykupiony bilet i na wykrochmalonym obrusie ze stożkami białych serwet stała już sałatka jarzynowa z majonezem i przysługujący nam szampan z kieliszkami.
Na Politechnice Gliwickiej na pierwszy rok studiów przyjmowano mnóstwo studentów, z których po pierwszym semestrze odpadało dwie trzecie. Marek absolutnie nikogo nie rozpoznawał. Na sali nie można było się zorientować, czy to są ci ludzie, czy tacy, którzy zupełnym przypadkiem znaleźli się razem tej nocy w tym pomieszczeniu z choinką, stropem obwieszonym balonikami i papierową dekoracją noworoczną. Dzięki wypiciu morza alkoholu z pierwotnego sztywniactwa i nijakości udało się przez cztery godziny stworzyć zupełnie zgrany zespół ludzi podporządkowany rytmom tańca i rytmowi jedzenia. Kiedy po północy kelner wniósł barszczyk z pasztecikiem, nasi współbiesiadnicy przy stoliku okazali się naszymi największymi przyjaciółmi. Uściskom i pocałunkom nie było końca, żałowali, że zwlekali z tym rozpoznaniem w nas wspaniałych bratnich dusz aż do dwunastej.
Bardzo nam było żal tej styczniowej nocy oddanej zupełnie obcym nam ludziom, ale nie mieliśmy się gdzie podziać.
Wyjeżdżając z Gliwic, czułam, że coś się nie dokończyło i tak siedziałam w pociągu taka niedokończona, a potem czytałam Apollinaire ’a, i pomyślałam sobie, że nie znając francuskiego mogę jedynie analizować i porównywać kilka tłumaczeń jednego wiersza z oryginałami, bo te tłumaczenia strasznie się różnią, a przecież Apollinaire musi być tam wyjątkowo obsceniczny. Potem odwiedziłam toaletę pociągową, gdzie było kompletnie ciemno i można było z niej korzystać tylko, gdy pociąg stał na oświetlonych stacjach.
Po przesiadce w Opolu usiadłam w przepełnionym wagonie. Naprzeciw siedział śliczny, chyba piętnastoletni chłopczyk. Dobry chłopczyk częstujący podróżnych prince polem. A obok wątły pan, pewnie ojciec, w białej koszuli, krawat miał tak związany jak jego twarz, można pokazać tylko krawat, a wiadomo, jak wygląda reszta człowieka. Czy to się zawsze tak upodabnia – jeżeli on sobie sprawił krawat, to prawidłowo się odbija w nim jego natura? – myślałam pisząc list do Marka. I jak podnosiłam głowę znad listu, zobaczyłam, że wszyscy w wagonie dokładnie obserwują to moje pisanie. Mężczyzna w krawacie pożyczył ode mnie ołówek, ja mu go dałam i potem chciał kartkę, powiedział, że coś napisze. Ale biedny był tak zdziwiony, że daję nawet i kartkę, że oddał ołówek zapowiadając, że nie będzie miał o czym napisać. Wycofał się, życząc mi najpierw wszystkiego najlepszego, potem pięcioraczków, potem sześcioraczków, potem to już zapomniał, o co mu właściwie chodzi. Pozostali pasażerowie coraz bardziej się niepokoili, zaglądali, przeszkadzali i patrzyli ukradkiem, nie zdziwiłabym się, jakby ktoś wyrwał mi ołówek i podarł list i krzyknął dość.
Z tyłu siedzieli chyba studenci geografii. Mówili o analizowaniu Karolin Południowych. Karoliny Południowe? Ale sobie analizują. Ten nasz współbiesiadnik też był geografem, jak się zwierzył pod koniec sylwestra. Był z tego dumny, że zrezygnował z ekonomi, na korzyść geografii.
Zbliżała się już 22 i Wrocław. Wiedziałam, że teraz będę wysłuchiwać długich opowiadań Manolli, jak to cudownie się bawiła podczas sylwestra, będzie kombinować, kiedy ma zrobić wreszcie bryłę na geometrię.
Ale nie. Zostałam mile zaskoczona. Manolla przyjechała wcześniej i zdążyła się zbratać z córką naszych gospodarzy, Jagódką. Obie siedziały na podłodze naszego pokoju i paliły papierosy. Manolla podsumowała dyskusję, że ludzie szczęśliwi to ludzie mało skomplikowani, bo ci skomplikowani, to się szybko nudzą osiągnięciami i dążą do innych osiągnięć. A ja powiedziałam, że jestem taka szczęśliwa.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | 6 komentarzy

Lata siedemdziesiąte. Manolla. Rozdział VII

Przeprowadzka zbiegła się z wkupinami do pracowni, a wkupiny łączyły się z dopuszczeniem do sesji egzaminacyjnej pierwszego semestru. Przyprowadziłyśmy dużo ludzi do roboty w nagrodę stawiając im wino i pączki. Wszyscy weszli w zabłoconych butach do naszego małego pokoiku, towarzystwo miało pieniądze, więc skończyło się wielkim piciem. Po Wrocławiu chodziły legendy, że studenci wyprowadzając się od toksycznych gospodarzy niszczyli na odchodnym wszystko, łącznie z podpalaniem materacy w łóżkach.

Gromadą wróciliśmy do pracowni, gdzie Tania przygotowywała jakiś skomplikowany spektakl, na który miał, jako centralna postać zjawić się Pan i przynieść nasze indeksy. Manolla, która uważała, że już jedną nogą jest w naszej pracowni, usiadła na jednej ze skrzyń, by swoim widokiem oswoić Pana. Składkowa wódka stała już przygotowana, skrzynię do siedzenia Tania ustawiła z Terezą w krąg symbolizujący ognisko, a w jednej nakrytej szmatami jak w wigwamie sztaludze miał czekać pomalowany farbami na Indianina i spętany sznurkami jak niewolnik – Robertek. Ponieważ Robertek pił z nami i z innymi chłopakami w czasie przeprowadzki, był zupełnie nieświadomy czekających go tutaj szykan, dał się Tani wcisnąć w ten „wigwam” i podać jej zabiegom. Tylko Tania wiedziała, że Pan nie chce dać zaliczenia dwóm osobom z naszej pracowni: Kurzycy i Robertowi. Kurzyca była tegoroczną maturzystką z wrocławskiego liceum plastycznego i uważaliśmy ją za wybitnie uzdolnioną. Przygotowaną przez Jaszę „trudną” martwą naturę namalowała na ogromnym blejtramie płasko, fowistycznie i domalowała wiele rzeczy, których tam nie było, dlatego podziwialiśmy ją za wyobraźnię i odwagę. Tym jednak brawurowym popisem podobno spoczęła na laurach, czyli na fotelu wiklinowym w kawiarni uczelnianej, gdzie godzinami codziennie rozprawiała o Wojaczku. Śmierć Wojaczka była na tyle głośna i tak świeża, że właściwie wszyscy pragnęliśmy się czegoś dowiedzieć, jednak Kurzyca nie rozmawiała ze wszystkimi. Niemniej lubiliśmy Kurzycę, pragnęliśmy, by z nami została, szczególnie, że należała właśnie do tych jaśniejszych osobowości wyróżniających się na tle ludzi nie rokujących, młotków i nudziarzy, którzy paradoksalnie z zaliczeniem nie mieli problemu. Za Kurzycą ujęła się Pracownia Struktur Wizualnych, walczył o nią Lachowicz, ale podobno nic oprócz tej martwej natury nie namalowała, podczas gdy każdy z nas miał po kilkadziesiąt wybranych szkiców. Inaczej rzecz miała się z Robertem, którego uważaliśmy za naszego geniusza i wyrzucenie go ze studiów byłoby niepojęte. Robert na zajęciach z rzeźby wybrał mnie do studium głowy, profesor z rzeźby był tą pracą zachwycony. Na malarstwie Robert męczył się bardzo, jego paleta była zawsze mroczna, ale jak nikt potrafił zestawiać kolory i wszyscy wiedzieli, że jest urodzonym kolorystą. Lubiła Roberta Tania, miała do niego specjalną słabość i najprawdopodobniej w tym „wigwamie” próbowała mu sytuację jego wyjaśnić. Jednak z pewnością tylko nasza przeprowadzka doprowadzająca wstępnym upiciem wszystkich do rozluźnienia i dobrego nastroju wyzwoliła w Robercie tę uległość.

Pan jak zwykle mocno spóźniony, wkroczył do pracowni. Za nim skradał się wąsaty Jasza i Tania, niosąc indeksy i nam je równocześnie rozdając. Pan zasiadł na centralnej skrzyni, obrzucił nas badawczym spojrzeniem i wygłosił krótką, podsumowującą mowę odnośnie naszej dwumiesięcznej pracy artystycznej w jego pracowni. Rozlano wódkę, papierosy palili cały czas wszyscy. Tania wyprowadziła Roberta zza szmat, który albo się potknął, albo było to zamierzone, w każdym razie ukazała nam się scena nie komiczna i nie teatralna, ale pełna upokorzenia cena, jaką Robertek pełzając po podłodze płacił za wpis do indeksu. Byliśmy na całe szczęście dość pijani, by to wszystko móc przełknąć. Nasz Pan, o którego chorobie sercowej krążyły plotki, po zbyciu Roberta ostentacyjnym wpisem „zal” do indeksu podniósł kieliszek do ust wznosząc toast i już go z dłoni nie wypuszczał. W konsekwencji dopuścił Kurzycę, by na przeglądzie jednak doprowadzić do jej usunięcia.

Jednak tego wieczoru nasza pracownia zapoczątkowała cotygodniowe piątkowe picie z naszym Panem, a to zapoczątkowanie było nie tyle wkupinami do pracowni, co do alkoholowego ciągu. Do pracowni wniesiono magnetofon, trochę tańczono. Wszyscy w pierwszej fazie się bratali, mówili do siebie zdrobniałymi imionami. wyrzucili z siebie ciążące im tajemnice dostania się na studia. Większość przyznawała się do protekcji i łapówek. Dziewczyna, która doszła do nas w połowie semestru nazwana przez nas Warszawianką, zdawała na ASP w Warszawie, ale z braku miejsc nie dostała się i w niepojęty sposób studiowała z nami, bo przecież u nas też miejsc nie było.

Mimo, że nigdy w życiu nie wchłonęłam w siebie takiej ilości alkoholu, po którym wylazła ze mnie sama dobroć, strach było mi patrzeć, jak w miarę upływu czasu towarzystwo potwornieje i atmosfera zaostrza się nieprzyjemnie. Ponieważ nie udało mi się zalać w trupa i stracić kontaktu z rzeczywistością żeby tego wszystkiego nie oglądać, wyszłam z pracowni ochłonąć. Musiałam się zataczać i trafiłam do innej pracowni, gdzie normalnie odbywały się zajęcia Widząc mój stan, posadzono mnie na taborecie i wypytywano, co mi jest, Ponieważ byłam uśmiechnięta i w euforii, szybko zorientowano się, że jestem po prostu pijana. Wtedy nagle wytrzeźwiałam i z wielkim wstydem uciekłam szybko z powrotem do naszej pracowni. Jednak moja krótka nieobecność spowodowała, że obraz pracowni jakby się jeszcze szybciej degradował. Z początku porównywałam to sobie do leguminy w „Panu Tadeuszu”, która wskutek stania na stole na weselu Tadeusza i Zosi przechodziła różne metamorfozy porównywane przez poetę do pór roku. Tutaj, jak listopadowy mrok pogrążał nas w ciemnej nocy, każda kolejna faza uczelnianej balangi przeobrażała pracownię w monotonne zbiorowisko alkoholików, którym już się nic nie chce. I nagle w najbardziej stabilnym momencie tej egzystencjalnej martwoty wyskoczyła na skrzynię pół naga Manolla. Przestraszony Jurek próbował ją wstydliwie okiełznać, ale zaczęła mu urągać i niezrozumiale coś wykrzykiwać.

Kiedy udało mi się w końcu Manollę, w tę już w mroźną noc, wepchnąć do tramwaju, a potem położyć w domu do łóżka, nazajutrz nic nie pamiętała. Na dodatek oświadczyła, że do teatru nie ma zamiaru ze mną jechać, bo musi układać rzeczy z przeprowadzki. Całe szczęście blisko mieszkała Warszawianka, która z przyjemnością zapłaciła, z takim trudem, z miesięcznym wyprzedzeniem zdobyty bilet i poszła ze mną na Różewicza.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Manolla. Rozdział VI.

Nasz Montmartre okazał się niezwykle malowniczy. Biskupin tonął jeszcze w letniej zieleni przetkanej już czerwienią dzikiego wina, którym porośnięta była fasada dwukondygnacyjnej, szeregowej zabudowy, w której mieściły się drzwi do – jak siebie nazwała – wysłużonego pedagoga, czyli Babci.
Mieszkanie Babci, jak się okazało, było w kołach poszukiwaczy mieszkań słynne na cały Wrocław z niespotykanej rotacji zmieniających się w nim studentów, adresem nieustannie pojawiającym się w biurze Zrzeszenia Studentów Polskich. Myśmy jednak przekraczając wilgotną wycieraczkę zrobioną z szarej szmaty, nic o tym nie wiedziały.
Przeznaczony nam pokoik był na prawo od wejścia i mierzył cztery metry na dwa. W schludnym przedpokoju przed wejściem do łazienki był zlew, gdzie babcia uczyła wkładać kalosze i myć je zaraz po przyjściu do domu. Babcia zajmowała pokoik obok, całe mieszkanie było małe. Od czasów niemieckich lokatorów, niewiele się tutaj zmieniło, miedziane urządzenia sanitarne jednak funkcjonowały i babcine locum nie mogło być przedmiotem naszej pretensji, mogło być tylko odwrotnie.
Manolla natychmiast przystąpiła do meblowania naszego pokoju, co było niemożliwe, jednak nie poprzestawała na tym przez kolejny tydzień.
Zajęcia zaczęły się od poniedziałku. Wystąpiłyśmy ubrane ni w pięć ni w dziesięć jak na inaugurację, podczas gdy wszyscy przyszli po codziennemu. I zaraz kazano nam rysować martwą naturę, która ciągnęła się przez kolejne zajęcia, oceniona przez Jaszę jako bardzo trudna. Składała się ze szmaty, czajnika, wazonu i lampy.
Nasz Pan nie pojawiał się długo. Dopiero w połowie miesiąca Tania podchodziła co jakiś czas do kogoś stojącego przy sztaludze i mówiła mu, że Pan go prosi do siebie. I tak poznaliśmy Pana.

Wysoki, tęgawy, krótko ostrzyżony mężczyzna bez zarostu w średnim wieku rezydował w tym pokoju, gdzie składaliśmy prace dopuszczeniowe do egzaminu. Siedział na tandetnym, pobrudzonym farbami krześle. Obok stało takie samo puste krzesło, przeznaczone dla wchodzącego. Przed zajęciem krzesła Pan grzecznie polecał odnalezienie w piętrzącym się stosie własnej teczki i rozłożenie prac na podłodze. Najprawdopodobniej miał już kłopoty z sercem, bo minimalizował ruchy nie przestając cały czas palić.
Pracownie dla profesorów były na najwyższym piętrze, ale widocznie schorzenie naszego Pana powodowało, że ograniczał się do parteru budynku.
– Pani narysowała bardzo dobry akt na egzaminie – odezwał się nagle – a ja onieśmielona nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć.
– Była pani na Kubie – tym razem zaniepokoiłam się, gdyż nie wiedziałam, czy to dobrze, czy źle, że napisałam to w życiorysie. Ale popatrzywszy na niego zorientowałam się, że nie oczekuje żadnej odpowiedzi.
Wyjęłam kilka prac z teczki, położyłam na podłodze i czekam, ale już Pan nic nie powiedział i audiencja była skończona.

Manolla studiując na innym wydziale i chcąc przedostać się do tego, na którym ja byłam, nie szczędziła krytycznych uwag wszystkiemu, co ją w ostatnich dniach spotkało na uczelni, błagając mnie, bym porozmawiała o niej z Panem. Zrobiłam to w wielkim strachu, zupełnie niepotrzebnym, Pan nie interesując się, jak z moich słów wynikało „wybitnie utalentowaną osobą, której szkoda na PP” powiedział, że musi zaliczyć pierwszy semestr na PP i napisać podanie do dziekana z prośbą o przeniesienie. W wyniku tej pomyślnej wieści Manolla zintensyfikowała pilność, zrobiła odstręczające ją obliczenia matematyczne, wykonała pokornie rysunki geometrii wykreślnej i nocami świeciła światło, odsypiając to zaraz po powrocie z zajęć. Powodowało to codzienne uwagi Babci, która powiedziała, że rachunek za światło wzrósł nieprawdopodobnie, że mamy za dużo przedmiotów, że brudzimy farbami sprzęty i że farby wydzielają nieprzyjemny zapach, a na dodatek palimy papierosy.
W odpowiedzi na to, Manolla zaczęła przynosić adresy. Zajęcia mieliśmy przeważnie do siódmej, w środku były wolne godziny – po jednej, po, dwie, ale nie miałyśmy siły szukać mieszkania.
W sobotę pojechałyśmy do akademika na zabawę. Dziewczęta z mojego wydziału mieszkały w pięcioosobowych pokojach podzielonych prowizorycznymi przepierzeniami ze stojaków na ubrania, blejtramów i szaf, ale jednak w żaden sposób nie dawało się tym wykrzesać pożądanej intymności, wręcz przeciwnie. Wzniecało to dodatkowy chaos i bałagan. Cerata, która – jak się pochwaliła – dostała już ostatnią paczkę z Zamościa, czyli wszystko, co w domu rodzinnym miała, nawet ciuchy  z podstawówki – była najbardziej ruchliwą jego mieszkanką. Była w jednej chwili wszędzie. Ponieważ był to jesienny bal przebierańców, Cerata po raz pierwszy zrezygnowała z identyfikującego ją stroju – czarnej lakierowanej ceraty – i rozebrała się do połowy. Toples Ceraty jako „przebranie”, nie wywołał pożądanego efektu. W tłoku tańczących najprawdopodobniej nikt zmian w stroju Ceraty nie zauważył. Dlatego mimo trwającej zabawy w sali telewizyjnej, zrozpaczona Cerata wróciła do pokoju, usiadła na swoim łóżku i zapaliła papierosa. Manolli trudno było narzekać na nasze warunki mieszkaniowe wobec tego, co zobaczyła. Jednak spróbowała.

– Nie chciałabym w takim kołchozie mieszkać – powiedziała smętnie Manolla po powrocie z akademika. Siadła na swoim łóżku i w zadumie zapaliła papierosa.
Nazajutrz jedna z mieszkanek pięciopokojowego pokoju w akademiku, którą nazywałyśmy „Dobrą”, bo wykazywała niewspółmierną do zapotrzebowań empatię, wsunęła mi karteczkę z adresem, tłumacząc szeptem, że to są jej dalecy krewni. Ponieważ było to dwie ulice dalej, poszłyśmy tam jeszcze tego samego dnia. Manolla była pokojem zachwycona. Zachwycona była też Babcia, że dobrowolnie rezygnujemy. Czekała nas tylko przeprowadzka.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Manolla. Rozdział V.

W połowie miesiąca pogoda załamała się i prace ogrodnicze stały się mniej uciążliwe, dzięki czemu miałyśmy więcej siły po powrocie z pracy. Odkryłyśmy też kiedy puszczano ciepłą wodę, by wreszcie móc skorzystać z prysznica.
Mimo początkowych wątpliwości doszłam do wniosku, że Manolla to jednak jedyna dziewczyna warta poznania i robienia z nią coś razem. Pozostałe dziewczyny z naszego hufca mieszkały już w pokojach przydzielonych im na czas studiów w akademiku przy ulicy Henryka Pobożnego, który poznałyśmy w trakcie egzaminów. Inne były wrocławiankami i mieszkały w swoich rodzinnych domach. Mała, jak się okazało, mieszkała tutaj nie wiadomo jak i po co i nigdy się tego nie dowiedziałyśmy. Manolla zresztą nie zauważała Małej, nie pytała, nic ją ona nie obchodziła. O wysokim przystojnym blondynie, Manolla także zapomniała, jakby nie istniał. To, że nie zdążałyśmy na obiady tłumaczyła tylko naszą wygraną, gdyż według niej do zupy dodają tu brom, a to mogłoby nam obniżyć potrzeby seksualne. Nie miałam pojęcia, o jakich potrzebach seksualnych mówiła, bo i tak wokół nie było nikogo, kto mógłby je zaspokajać, więc ta nadmiarowa przezorność była śmieszna.
Po zjedzeniu tabliczki czekolady – stwierdzała, że to obiad o wiele zdrowszy, niż ten stołówkowy z bromem – kładła się w ubraniu na łóżku i natychmiast zasypiała. Po dwóch godzinach budziła się, sięgała po paczkę papierosów, której już nie wypuszczała z rąk do późnej nocy. Potem wyciągała z ogromnej walizki blok rysunkowy numer 2 i flamastry.
– Te flamastry – objaśniała za każdym razem wszystko, co wyjmowała z walizki – podarowali mi z malarni, jak odchodziłam.
Rzeczywiście, prezent był kosztowny, 32 sztuki kolorowych, cienkich flamastrów kosztowały majątek.
Tutaj następował opis artystycznej młodzieży wyjęty z jakiś paryskich dziewiętnastowiecznych tandetnych relacji literackich i gdyby Danka do mnie nie pisała, która od roku w tej samej malarni czekała, aż się dostanie na studia, uwierzyłabym opisom Manolli. Ale ponieważ opowiadała tak barwnie, kłamała tak brawurowo, słuchałam zafascynowana nią.
– Byli kochani! Moja mama nazywała ich „rozwłóczoną cyganerią”! – kończyła triumfalnie, zaciągając się mocno i upominając mnie, bym siedziała nieruchomo, bo jeszcze tylko kilka kresek i już kończy.
– Szli w czasie pracy do mieszkania i wiesz… na pinezkę – tłumaczyła znacząco zarykując się śmiechem. Powiedziała to patrząc niby w kartkę papieru, niby na mnie-modela, ale kątem oka sprawdzała, czy zrobiło to na mnie wrażenie. Była o dwa lata ode mnie starsza, była po ogólniaku i w malarni spędziła trzy lata przedstawiając mi to miejsce, jako wylęgarnię artystycznych geniuszy, a ona była tylko jednym z nich. Słuchałam rozbawiona, patrzyłam na jej zaangażowanie w trakcie portretowania, zupełnie nie profesjonalne, ani też nie amatorskie. Manolla wbrew wszelkim zasadom rysunku zaczynała od oka i szczegółów twarzy, by w jakiś karkołomny sposób doprowadzić rysunek do końca imitując podobieństwo portretowanego nie wydobywszy z niego zupełnie nic. Ten powierzchowny szkic, szarmancko podpisany, z datą i miejscem powstania oraz – podobnie jak robił to Witkacy –źródłem inspiracji, (w jej przypadku były to klubowe+kawa), wręczała zawsze triumfująco portretowanemu, czyli teraz mnie. Potem długo w noc pisała listy przy oświetlonym pokoju górnym światłem, gdyż nie znosiła żadnych nocnych lampek. Pisała do mnóstwa mężczyzn i za każdym zrazem po ukończeniu listu objaśniała, do kogo adresuje.
– Ten jest do mojego brata marynarza – mówiła, wyciągając język i liżąc skrzydełko koperty wyścielonej brązową bibułką, zamykając ją ostentacyjnie i kładąc na stole, by wiecznym piórem wykaligrafować adres odbiorcy. Potem wyciągała spod łóżka sztywną walizkę, kładła na nim list i na wszystkim siadała, by się, jak mówiła, dobrze skleił i by jej moce przeszły na list.
– To nie jest mój prawdziwy brat, tylko przyszywany – mówiła, puszczając do mnie oko. Nazywam go tylko moim bratem.
O dziewictwie Manolli musiałam się dowiedzieć bardzo szybko, ponieważ nie pozostawiała żadnego odcinka swojego ciała nie omówionego.

– Rzęsy maluję tylko tuszem enerdowskim i to tylko brązowym. Mam taki sklep, gdzie kierowniczka odkłada co miesiąc specjalnie dla mnie kilka pudełeczek, jak jest dostawa. Maluję nakładając szczoteczką, o tak – tu splunęła w korytko małego pudełeczka, gdzie w przegródce obok brązowej, sprasowanej mazi leżał jeszcze maleńki, enerdowski grzebyk. Manolla też i w niedzielę o piątej rano budziła nas budzikiem, zapalała światło, siadała w pościeli i malowała oczy w czasie, gdy z Małą zaspane leżałyśmy w swoich łóżkach.
– Potem maluję raz jedno oko, raz drugie nakładając tusz warstwami. Jak jedna warstwa schnie, przechodzę do drugiego oka, potem wracam do pierwszego i tak 10 razy, malując każdą rzęsę osobno. Rozczesuję grzebykiem i gotowe.
Po godzinie malowania oczu Manolla ubierała jedwabną bluzkę w kolorze seledynowym i popielatą spódniczkę, a na to szary żakiecik. Na głowę wkładała malutki kapelusik. Ponieważ miałam tylko dżinsy i sweter, bałam się, że przy tak dużym kontraście nikt nam mieszkania nie wynajmie, co się zresztą sprawdziło, bo wszystkie nagabywane domy zamykały przed nami drzwi, nie dowiadując się nawet, o co nam chodzi. Po odwiedzeniu dziesiątego z kolei adresu zafundowałyśmy sobie w kawiarni w Rynku na półpiętrze tokaj z tortem orzechowym. Nie miałam pojęcia, jak mnie na taką rozrzutność namówiła. Siedziałyśmy przy stoliku w oparach dymu, gdyż palili tutaj wszyscy oprócz mnie i słuchałam chichotu Manolli, która w swych monologach właściwie nie potrzebowała nikogo. Czuła się wyśmienicie, cały czas podkreślała, że artystowski klimat kawiarni jest jej żywiołem, że nie znosi wsi, małych miasteczek, jedynie wśród podobnych sobie czuje się dobrze. Wskazywała znacząco na ściany obwieszone obrazami i na swobodnych studentów siedzących przy stolikach. Faktycznie, twarz jej promieniała, a dziecięce rysy podkreślone silnym makijażem oczu mieniły się coraz to rozkoszniejszymi minkami.

Ponieważ pogoda nie poprawiała się ubłagałyśmy komendantkę, by pozwoliła nam pojechać do biura Zrzeszenia Studentów Polskich przed zamknięciem, gdzie podobno wrocławianie zostawiają adresy prywatek dla studentów. Faktycznie, dostałyśmy adres na Biskupinie, pokój za 700 zł miesięcznie dla dwóch studentek.
Siedemdziesięcioletnia babcia była nami oczarowana, ale była w wielkim kłopocie, bo obiecała już mieszkanie dziewczynie ze stomatologii, która jej się bardzo podobała, a która przyprowadziła koleżankę podpadającą babci. Babcia była w rozterce, bo tu z jednej strony przyjemna dentystka in spe, która ma pierwszeństwo przed nami, a z drugiej strony my. Pozostawiłyśmy babci tej nocy materiał do rozmyślań, co ma zrobić i wróciłyśmy do naszego „Bliźniaka”.
Bożena podpuściła Małą, żeby nam pozowała do aktu. Za pięć złotych. I tak biedna Mała pozowała, aż siniała z zimna. Mnie było obojętne, jak będę rysować, byle się model nie ruszał, ale Bożena miała za te pięć złotych surowe wymagania. Nie mogłam już patrzeć na cierpienia Małej. Na dodatek kosztowało mnie to ostatnie pieniądze, bo okazało się, że Manolla nie ma ani grosza.
Mimo, że babcia zgodziła się nazajutrz wynająć nam mieszkanie i że dręczący nas problem zdawał się być rozwiązany, Manolla wpadła nagle w katastrofalne przygnębienie. Przeżywała swój stres tak uciążliwie, działała na atmosferę pokoju tak przygnębiająco, że zaczęło się udzielać. I chyba byśmy się upiły, tylko, że nie miałyśmy za co. Zrekompensowałyśmy to sobie gorącym prysznicem i tam chyba wszystko z niej spłynęło na mnie, bo ją gorąca woda podniosła na duchu. Nagle zaczęła przelewać wszystkie smutki na papier, coś ją opętało i nie tylko chciała „tworzyć”. W konsekwencji tego podniosłego nastroju wyszłyśmy z domu i łaziłyśmy nocą razem po Hali Targowej, po mostach Wrocławia, a Manolla w euforii chciała malować wszystko.

Pod koniec praktyki zrobiło się ładnie, spałyśmy na trawie i opalaliśmy się nawet. Wypłacono nam 22 zł i 50 groszy, kupiłyśmy sobie za to krówki na podróż do domu.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Manolla. Rozdział IV.

Weszłyśmy do baraku, w którym ciągnął się na całą długość stół. Po jego obu stronach stały krzesła, a na jednym z nich siedziała drobna blondynka, która ani na moment nie oderwała się od drutów i wełny. Na wszystkie nasze pytania, takie jak: czy będzie w „Bliźniaku” ciepła woda w prysznicach i czy uda nam się zjeść obiad – godzinę się dojeżdża, a pracuje 8 godzin – grzecznie obiecała nie podnosząc głowy z nad robótki, że spyta o wszystko komendanta i nam odpowiedź przekaże. Jak się potem okazało, ten z brodą, którego spotkałam w „Bliźniaku” jedyny raz po przyjeździe z domu, był kierownikiem pracowni fotograficznej na naszej uczelni i sławnym na całą Polskę artystą fotografikiem. Nie pojawił się już na naszej studenckiej praktyce ani razu.

Dziewczęta były na zewnątrz i starały się wybierać dla siebie jak najlżejsze narzędzia ogrodnicze, ubrawszy się w przygotowane dla nas wcześniej w szopie chałaty i chustki. Mimo, że nie spóźniłyśmy się, dziewczyny przybyłe tu wcześniej okazały się bardziej zapobiegliwe praktyczniejsze od nas. Pozostały jedynie kilofy, motyki i łopaty. Grabie i taczki były już porozdzielane. Wiele dziewcząt, jak się potem okazało, pracowało już na roli u swoich rodziców i studia traktowały, jako szczęśliwe wybawienie z tych pomocy rodzicom w czasie żniw, które wprawdzie wypadały na miesiące letnie, ale można było zawsze wytłumaczyć się obowiązkową praktyką, czy nauką. Zenka, córka sołtysa, nienawidziła pracy na roli z całego serca, ale przynajmniej wiedziała, co ją czeka. Ja natomiast byłam zupełnie zielona. Były w naszym czterdziestosiedmiometrowym mieszkaniu na czwartym piętrze doniczki z kwiatami, ale one zawsze z byle przeciągiem spadały ze zrobionego z cybantów przez ojca kwietnika i mój z konieczności kontakt z ziemią był zupełnie innej natury. Tutaj wbrew obiegowej opinii o pracowaniu w Polsce, zasadzie, że czy się stoi, czy się leży, dwa patyki się należy, nie było mowy ani o leżeniu, ani nawet o staniu. Wpół zgiętej pozycji pracowałyśmy osiem godzin z krótkimi odpoczynkami na krawężnikach skwerów. Jakaś orwellowska frakcja dziewcząt, co i rusz demaskowała imitacyjną pracę Manolli, oskarżając ją o sabotaż, w co ja solidarnie wkraczałam broniąc jej czci. Niezaliczenie praktyki groziło wyrzuceniem ze studiów nawet przed ich rozpoczęciem. Dodatkowo ktoś puścił wiadomość, że im więcej będziemy pracować, tym więcej dostaniemy za to pieniędzy. Nikt nie potwierdził informacji, że cokolwiek za naszą pracę dostaniemy i nigdzie, w żadnym uczelnianym piśmie do domu nie było najmniejszej wzmianki o wynagrodzeniu. Dziewczyny jakimś szóstym zmysłem w tej właśnie wykonywanej pracy zwietrzyły finansowy interes i tropiły wszelkie niedociągnięcia grupy, gdyż wypracowane dobro we wrześniu przez nasz hufiec miał być podzielony na kilkadziesiąt części, a jedną część miała otrzymać każda z nas.
Jedynym wybawieniem dla nas byłby ulewny deszcz, ale ten nie nadchodził. Tegoroczny wrzesień był wyjątkowo upalny i piękny. Pod samą grupę podchodzili mężczyźni z widniejącego na horyzoncie koczującego obozu Cyganów, którzy byli dla nas uosobieniem wolności, a ich lepianki i kobiety z wrzeszczącymi niemowlętami w zawiniętych chustach szczytem sielskiego szczęścia. Jakiś Cygan w złotym garniturze, który właśnie wjechał i wysiadł przed stertą desek przykrytą falistą blachą ogromnym cadillakiem, takim, jakim jeździł Elvis Presley i wydawał się dowodem, na to, że życie alternatywne jest możliwe, i że to nawet jest bardzo dobre życie. Jednak wymiana okrzyków z Cyganami szybko została ukrócona, a ten jeden z przełamującej monotonię niewolniczej pracy element, odebrany. Nasza komendantka, a raczej zastępczyni komendanta – co się później okazało, była jedną z nas, tylko jej mąż był już w Związku Artystów Fotografików Polskich – właśnie ta, robiąca cały czas na drutach i niewychodząca nawet z baraku – oskarżyła brygadzistę o erotomanię i o to, że zwalnia studentki pod byle pretekstem z powodu ich rzekomej niedyspozycji. Tak potrafił podobno zwolnić na całe dniówki z pracy już piętnaście dziewcząt za jeden ich uśmiech.
Wobec tego zastąpiła go brygadzistka, która nie zwolniła już do końca miesiąca nikogo i przeniosła nasze prace tak, by widok Cyganów przesłonił blok mieszkalny.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Manolla. Rozdział III.

Pod koniec lipca wróciłam z wakacji z Przemyśla i zastałam w domu tym razem różową korespondentkę:

Niniejszym zawiadamiam, że Obywatel(ka) został(a) przyjęty(a) na I rok studiów wyższych na wydział malarstwa Grafiki i Rzeźby ze Studium Ceramiki i Szkła. Zajęcia rozpoczną się dnia 1. X 1971 r.
równocześnie informuję, że Obywatelowi(ce) zostało przyznane:
zasiłek pieniężny,
stypendium stołówkowe, stołówka odpłatnie
miejsce w domu studenckim przy ul………….nr……
w pokoju nr…za pełna/częściową odpłatnością (stypendium mieszkaniowe)*).
Przypominam, że przed wyjazdem do szkoły należy załatwić sprawy meldunkowe, oraz zwracam uwagę, że przy dokonywaniu wpisu na semestr pierwszy niezbędne będzie okazanie dowodu osobistego (tymczasowego zaświadczenia tożsamości).
Uwaga: poborowi uznani za zdolnych do służby wojskowej (kat. “A” i “C”) obowiązani są niezwłocznie, nie później jednak, niż w terminie do dnia 25 września b.r. przedstawić niniejsze zawiadomienie w wojskowej Komendzie Rejonowej właściwej ze względu na dotychczasowe miejsce zamieszkania.
Dziekan

Na ulicy spotkałam Staszka, który powiedział, że zastanawia się, co wybrać, czy mieszkać w akademiku, czy lepiej coś wynająć, na praktykę nie jedzie, bo zaliczyli mu fizyczną pracę z malarni. Powiedziałam mu, że ma szczęście, bo podobno chłopcy pracują młotami pneumatycznymi przy naprawianiu ulic i że ja akademika nie dostałam, a bardzo chciałam.

Do akademika „Bliźniak” dojechałam na bilecie o takiej treści:
KOMITET PRACY I PŁAC
Prezydium Woj. R. N. w Katowicach ZLECENIE-BILET kredytowy przejazd koleją do pracy w wagonie klasy drugiej pociągu osobowego według taryfy normalnej AKCJA SPOŁECZNA
Mimo umawiania się telefonicznego ze mną, Manolla spóźniła się na pociąg, przyjechała jakimś autem kilka godzin później, podpita i wesolutka. Przyjechała na gotowe, całą męczącą robotę organizacyjno-biurokratyczną, począwszy od znalezienia komendanta hufca pracy, po przydzielenie pokoju wykonałam ja.
Sprawy organizacyjne ciągnęły się jak guma, wiecznie oczekiwałam na coś, co było potrzebne do miesięcznego pobytu i nie było wiadomo, co będą wydawać. Nareszcie koło siódmej wieczorem dali pokój, widocznie byłam jeszcze nieprzyzwyczajona i dlatego uważałam to wszystko za nienormalne i męczyło bardziej psychicznie, niż fizycznie. Po pięciogodzinnej jeździe pociągiem z ulgą rozpakowywałam się, kiedy do pokoju weszła nieśmiało niska dziewczyna, a po chwili wkroczyła Manolla. Manolla zaraz nazwała ją Małą, mimo, że były równe wzrostem. Mała nie zaprotestowała, przeciwnie, wydawała się zachwycona zignorowaniem i niedosłyszeniem jej imienia, które bardzo wyraźnie padło w czasie podawania nam ręki. Mała wyjęła z plecaka wszystko, co miała do jedzenia i zaczęła nas gorliwie częstować słodyczami. Ja wygrzebałam grzałkę, a Manolla wyciągnęła butelkę wina przywiezionego, jak się okazało, z Bułgarii specjalnie na taką okazję, o której już nie przestawała mówić aż do momentu, jak zniknęła w korytarzu zamykając za sobą nonszalancko drzwi.
Piłyśmy z Małą herbatę wypytując się wzajemnie, kiedy drzwi się szeroko otworzyły i weszła Manolla z wysokim blondynem i drugim, niższym chłopakiem.
– Spotkałam ich na korytarzu – wyjaśniła Manolla. Zaprosiłam ich na wino, tylko poszliśmy jeszcze do stołówki po szklanki.
Akademik „Bliźniak” był domem studenckim koedukacyjnym. W tym dużym, sześciokondygnacyjnym bloku przebywało mnóstwo studentów akademii medycznej przygotowujących się do egzaminów poprawkowych. Życie zaczynało się tutaj właśnie późnym wieczorem. Na balkonach grali i tańczyli Murzyni, dobiegał dźwięk fletu „El condor pasa”, co było niezwykle miłe i przyjemne. Wydawało się, że nasz żeński hufiec pracy spędzi tutaj egzotyczne wakacje, szczególnie, że koniec lata był w dalszym ciągu upalny, a drzewa wokół akademika zielonością przesłaniały czekający nas świat i od niego izolowały.
Wysoki, przystojny chłopak okazał się studentem pierwszego roku medycyny i Manolla powiedziała, że uznaje tylko wysokich blondynów i jeśli będzie miała męża – na razie jeszcze nikogo takiego nie spotkała – to tylko właśnie wysokiego blondyna. Tu popatrzyła na chłopaka spod silnie pomalowanych rzęs trochę ukośnie, ukradkowo, ni to znacząco, ni to uwodzicielsko, raczej według disneyowskiego kodu spojrzeń Myszki Miki, a nie wyzywających zaproszeń damsko-męskich. Chłopak wziął to za dobrą monetę i pijąc wino, ożywił się bardzo. Manolla zdjęła buty na wysokich obcasach i w cienkich pończochach siadła na łóżku zawijając pod siedzenie nogi, w wąskiej spódniczce, w którą wciśnięta była zapinana na guziki jedwabna bluzka. Chłopak przesiadł się z krzesła przy stole na jej łóżko nie bardzo wiedząc, co ma uczynić, gdyż niepostrzeżenie sprawy nabrały zupełnie nieprzewidywalnego tępa. Wszyscy byliśmy skonsternowani, szczególnie drugi student, któremu powiedziałam, że mam już chłopaka, że te kwiaty na oknie są od niego, że je dzisiaj przywiozłam, by sobie jego obecność jakoś przedłużyć. Na Małą jakoś nie spojrzał nawet i poczuł się tutaj niepotrzebny. Rozmowy nie dało się zupełnie prowadzić. Mała udawała, że jej tutaj nie ma.
Natomiast Manolla, która zaczęła mówić coraz szybciej i coraz głupiej, prowokowała blondyna, który z początku był bezradny wobec jej bezładnego poruszania się i paplania, potem zaczął jej wtórować i robić to samo, co ona, a co ona nazywała „świntuszeniem”
– A znasz taką grę półsłówek? – pytała Manolla i natychmiast, nie czekając na odpowiedź, jak małe dziecko, które celnie odpowiada i jest nagradzane aprobatą rodziców, zaraz po „domkach w Słupsku” mówiła „słomki w dupsku” i patrzyła na nas, czy ją za to podziwiamy. Podziwiał ją jedynie blondyn, który zaczął rozpinać jej bluzkę. Staraliśmy się jakoś od nich odizolować, co nie bardzo nam wychodziło, bo nie znaliśmy się zupełnie, ale nikt z nas nie chciał tej nowo poznanej parze przeszkadzać. Jednak przeraźliwy ryk Manolli i brutalne odtrącenie osłupiałego blondyna wytrąciło nas kompletnie z tych zamierzeń i wtrąciło w jeszcze większe zakłopotanie. Chłopcy wstali i wyszli.

Bloczki dostałyśmy do stołówki na wszystkie trzy posiłki, ale nasza praca zaczynała się o siódmej i stołówka nie była jeszcze otwarta. Manolla nie wyobraziła sobie, że pokaże się światu bez pomalowanych rzęs.
– Maluję rzęsy godzinę – zapowiedziała. Nastawiam budzik na piątą.
W tramwaju, po drugiej przesiadce na Ostatni Grosz Manolla błagała, bym powiedziała jej, czy ten chłopak dzisiaj do niej przyjdzie. Wyraźnie się zakochała.
– Nie wiem – powiedziałam szczerze, bo co ja mogłam wiedzieć.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz