Lata siedemdziesiąte. Manolla. Rozdział IX.

Bożena przyjechała w niedobrym nastroju z domu, miała coś z rodzicami, była rozżalona i jak Jagódka wyszła, to mówiła, że dobrze, że jestem, bo sama by nie wytrzymała. Z jej nocnego monologu wynikało, że ma wyrodnych rodziców, którzy nie mogą zrozumieć, że błękit kobaltowy kosztuje 28 zł, nie mówiąc już o zieleni szmaragdowej. Czyli, że nie ma forsy, nie je i źle wygląda i ich straciła – oni się wszyscy wzajemnie pokłócili w czasie świąt, wypominają jej studia i to, że się muszą wyrzekać wszystkiego. Rozkleiła się Bożena kompletnie, mówiła, że nie chce nawet tam jechać. Na studiach niedobrze, nie wie, jak ona na sesji wypadnie, nie ma kompozycji pozaliczanych – prosiła, bym jej pomogła. A na zajęciach Dobra podeszła do mnie i z płaczem powiedziała, że już tego pokoju z Ceratą nie wytrzyma, że nie da się tam ani spać, ani pracować, bo pozostała trójka sprowadza jeszcze facetów i tak naprawdę, to tam jest osiem osób, a jeszcze waletują dziewczyny po dyplomie, które nie chcą wracać do domu i za wszelką cenę chcą zostać we Wrocławiu i w rzeczywistości mieszka dwanaście. – To zamieszkaj z nami – powiedziałam automatycznie powodowana współczuciem i wdzięcznością za polecony przez nią tak obszerny pokój u jej krewnych za jedyne 700 zł na miesiąc, a zarazem zawstydziłam się, że my się tak burżujsko z Manollą urządziłyśmy, podczas gdy ona niepotrzebnie cierpi w akademiku, zamiast z racji pokrewieństwa korzystać z dobrodziejstw losu. Kiedy obładowane walizami przyjechałyśmy w nocy z akademika i weszłyśmy z Dobrą do naszego pokoju, Manolla zrezygnowana ścieśniła swoje terytorium, jednak nie ustąpiła pola na jedynym stole, rezerwując sobie połówkę poprzez zastawianie go przyborami malarskimi. Mając tak już wypracowane relacje z Jagodą, miała jeszcze nadzieję, że Dobra zamieszka w jednym z dalszych sześciu pokojów willi, już nie dla jej dobra, ale przynajmniej dla naszego, o czym Jagódkę zdoła przekonać. Tak się nigdy nie stało. Przeciwnie. Krewni Dobrej pobrali od niej dodatkowo jeszcze pieniądze, tak, że za nasz pokój dostawali co miesiąc 900 zł. W sumie, nie można było mieć do nikogo pretensji, ani żalu. Domostwo naszych gospodarzy nie prezentowało się najlepiej. Obszerna poniemiecka willa była zapewne od jej przejęcia nigdy nie remontowana, a to, że można było w niej w zimie wytrzymać polegało na przeludnieniu i papierosom palonym przez wszystkich. Rodzina składała się z podstarzałych rodziców i chyba szóstki dorosłych dzieci, z których Jagoda – niezwykle urodziwa szatynka – była najmłodsza. Przygotowywała się do egzaminu wstępnego na Uniwersytet Wrocławski w nielicznych przerwach, jakie czasami robiła, opuszczając nasz pokój. Jej matka cierpiała na demencję bądź inne schorzenie psychiczne, w każdym razie w okresie tych sześciu miesięcy, jakie tam przemieszkałam, nie odezwała się ani razu. Jedna z córek mieszkała z mężem na najwyższym piętrze, gdzie w przedpokoju postawili kuchenkę gazową i gotowali tam obiady. Byli absolwentami „wysrolu” – tak nazywano wyższą szkołę rolniczą – i oprócz ojca Jagódki, jedynymi mieszkańcami willi, którzy codziennie wychodzili do pracy. Reszta rodzeństwa albo tam mieszkała, albo tylko odwiedzała, w każdym razie w tych dniach ostrej zimy napełniała dom swoją obecnością. Stopień pokrewieństwa Dobrej z właścicielami domu był nieokreślony i tak naprawdę nigdy do końca niesprecyzowany, mimo licznych ku temu okazji. Jak tylko Dobra metodą chińską cały czas przepraszając, że żyje, zapuszczała tutaj korzenie, wzrastał też jej stopień pokrewieństwa poprzez przyjazdy z domu Dobrej jej licznego rodzeństwa pod pretekstem wizytowania wrocławskich krewnych. Jednak w konsekwencji brat Dobrej, potem jej młodsza, a jeszcze potem starsza siostra lądowali w naszym pokoju, nie wiadomo, czy z racji wielkiej miłości rodzeństwa do siebie, czy też dobrze wypracowanych mechanizmów obronnych jej krewnych. I na ten mieszkalny kocioł w niedzielę przyjechał Marek i przywiózł zrobione w ciemni ojca w tzw. „dziupli” zdjęcia choinek na „kaćmówkę”. Po wymianie listów z Markiem i wskutek konsultacji na zajęciach, moja praca semestralna składała się z kilkudziesięciu kwadratowych fotografii czarno-białych przyciętych do jednego wymiaru. Mimo, że Manolla zmusiła nas do pozowania jej do podwójnego portretu rysowanego kolorowymi flamastrami, uwolniliśmy się szybko ratując się ucieczką. Klub Związków Twórczych w Ratuszu, gdzie stołowali się asystenci i profesorowie naszej uczelni tanio i smacznie, dostępny był tylko za kartami wstępu. W dni powszednie jeździliśmy tramwajami do stołówek studenckich, w każdej była inna zupa, rozdawana za darmo i można było nie mieć żadnych bloczków, ani pieniędzy. Ale w niedzielę pozostawały jedynie bary mleczne. Usiedliśmy w „Jacusiu i Agatce” przy plackach ziemniaczanych i Marek kończył mi tłumaczenie, dlaczego nie może się przenieść do Wrocławia. – We wtorek rozmawiałem z ojcem na temat studiów, nawet nie z mojej inicjatywy zaczęło się od tego, że przypomniał mi, że siostra studiowała poza domem i już on nie zamierza powtórnie tego finansować. To była najbardziej esencjonalna część rozmowy, w której zdecydowaną przewagę miał ojciec, a wyglądała tak, jak ją sobie wyobrażałem, tak jak wyglądała 2 lata temu, jakby wyglądała nie daj Boże za dwa lata w ogóle tak powinna wyglądać rozmowa ojca z synem na ten temat. Najpierw wyjaśnił, co to są studia, więc jest to 5 lat nudnej i mrówczej roboty, że wytrzymują tylko entuzjaści i wytrwali, przynosi praca w efekcie końcowym wiele dobrego. Najpierw stwarza szerokie perspektywy finansowe (tutaj podał swój roczny zarobek), wprawdzie taka perspektywa zaczyna się dopiero po jakiś 10-15 latach, ale to perspektywa życia według własnego gustu, nie mówiąc o prestiżu. No i jeszcze, że z pracą można się utożsamiać i wtedy jest najlepiej, albo pracować po pracy, czyli mieć hobby – średnio, pracować tylko – itd. Dowiedziałem się też, dlaczego nie zgodził się, abym studiował we Wrocławiu, bo nie wierzył, że skończę, nadal nie wierzy, stracił zaufanie, radził rzucić szkołę muzyczną, bo na szkołę za późno. Tak mi się niedobrze robiło, nic nie powiedziałem, bo mi się odechciało zresztą. Ewuś, ja nie wiem, ja się będę uczył do egzaminów, może dlatego, że to lepsze od pracy w biurze, lepsze od pójścia do wojska, no i ze względów finansowych. Zniżka, tyle wakacji itd. Może nie będę się musiał utożsamiać z inżynierem elektrykiem – kończył Marek bez przekonania. W barze nie było tylu ludzi, co zazwyczaj, w dni powszedni długie kolejki uniemożliwiały dłuższe siedzenie. Ale my nie mieliśmy się gdzie podziać i zależało nam siedzieć jak najdłużej. Na siódmą zdobyłam bilety na pantomimę Tomaszewskiego, co było nie jada wyczynem z mojej strony, bo Tomaszewski jeździł ze swoim teatrem po świecie i rzadko we Wrocławiu bywał. Akurat przypadła nam „Menażeria cesarzowej Filissy” opowiadająca bez słowa, za to za pomocą nieprawdopodobnej ilości tkanin i akcesoriów o jednoznacznie erotycznej konotacji dzieje niewyżytej seksualnie dziewczyny, która już w tym nadmiarze nie wie, z kim ma kopulować, ponieważ twórcy niezmiennie podsyłają jej coraz to nowe obiekty. Z programu teatralnego dowiedzieliśmy się, że utwór niesie wartości uniwersalne, że zamiarem Henryka Tomaszewskiego było ukazanie w warstwie filozoficznej spektaklu spraw losu ludzkiego na przykładzie różnych, krętych kolein losu miłości. Ale nasz los był prosty i przesądzony. Wyszliśmy na mroźną noc i powlekliśmy się na dworzec. Tam, by przedłużyć pobyt Marka we Wrocławiu poszliśmy do nocnego kina dworcowego na „Życie rodzinne”. Dawka okazałą się piorunująca. Pół zasypiając zdołaliśmy jednak pojąć, co Zanussi chce nam powiedzieć. A chciał dużo. Potomek (Olbrychski) przedwojennych kapitalistów zmylony fortelem ojca, który pod pretekstem swojej agonii zwabia go do rodzinnego domu w celu przekazania mu warsztatu produkującego bombki choinkowe, korzysta nieopatrznie z usługi kolegi z pracy i równocześnie przyjaciela ze studiów, który podwozi go swoją Skodą Oktawią. Kolega okazuje się w pierwszym pokoleniu chłopem, wykorzystuje natychmiast seksualnie jego siostrę Bellę (Komorowska), która i tak radzi sobie w życiu wyśmienicie skacząc po drzewach zdziczałego ogrodu, lub siedząc w wiezieniu za nierząd. Przyjaciel (Nowicki) świadkujący praniu domowych brudów wyjeżdża z dworku oburzony i zniesmaczony panującą w tej chorej warstwie społecznej abnegacją, pijaństwu i lenistwu. Jedzie do Chorzowa, do, jak się wyraża, „prawdziwego” domu. Jego śladem podąża też i Wit (Olbrychski) opuszczając dom rodzinny raz na zawsze, gdyż w jego biurze projektów dla takich jak on, obiecujących absolwentów politechniki rysują się nowe możliwości. Nie wiem, czy zdołaliśmy wysmakować to przesłanie. Nocny pociąg Marka już zapowiedzieli, a nazajutrz czekały nas uczelniane zajęcia przed egzaminami semestralnymi.

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii lata siedemdziesiąte. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *