OGRÓD KALIFORNIA (3)

ŻYWOPŁOTY

Nie oddzielają nieba wabiąc kolorami
kolibry, a przecież i tak spoczywa na nich ludzkie oko,
już z daleka. Purpurą zwisają nad ziemią,
brudząc chodnik. A zapach przemaga smród spalin,
jakby z gleby wyrosły z całkiem innych soków,
jakby pigment był własną kwintesencją.
Trudno się przemykać pod baldachimami
udającymi zwyczajność w tak ogromnym mieście
bez zażenowania, że się jest z powiatu
pomyłką, rozpierzchłą wraz z tymi płatkami,
co się mnożą beztrosko. Nie powiem: nareszcie
bo nawet sny nigdy nie śniły tych kwiatów.

Los Angeles, 5 kwietnia 2013   

Zaszufladkowano do kategorii 2013, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

OGRÓD KALIFORNIA (2)

POMARAŃCZE

Wracaliśmy wieczorem ze wzgórz San Gabriel,
za nami ogród botaniczny był i arboretum,
i na rogu ulicy pomarańcza w kwiatach,
zrzucała nadmiar owoców. Miękko kładł się cień
na owocach nagrzanych, których żal poetom
jest dawać do analiz. Najlepiej je zjadać.
Sok lał się stróżką, usta bezskutecznie
chwytały nektar bezradnym językiem,
skórka nagle pękała przegrzaniem. Nie starczy
słów dla oddania słodyczy odwiecznej
zaklętej w ulicznym drzewie, ale przecież dzikiej.
Jaka tam miłość do trzech pomarańczy.

Los Angeles, 4 kwietnia 2013   

Zaszufladkowano do kategorii 2013, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

OGRÓD KALIFORNIA (1)

PALMY

Palmy zaledwie powtykane
w rtęć ujarzmioną symetrią okien
rozrzedzi jeszcze kołowanie
powietrzem zgrzanym wczesnym ranem,
samolot wzleci na Zatokę,
plaża zaburzy rytmy w planie
wyrytych pionów i poziomów,
będą współistnieć zawsze razem:
porządek i rozpasanie.
Palmy roztrwonią sens ogrodów,
będą naturą i obrazem,
a ciepły wiatr będzie wiał wszędzie.

Los Angeles, 3 kwietnia 2013

 

Zaszufladkowano do kategorii 2013, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

Wesołych Świąt!

Zaszufladkowano do kategorii obrzędy | 2 komentarze

Lata siedemdziesiąte. Manolla. Rozdział XIV.

Galeria Manolli miała oszkloną frontową ścianę wprawioną w parter średniowiecznej kamienicy, ale samo pomieszczenie było niewielkie. Usiadłam na galeryjnym parkiecie i rzuciłam obok plecak. Manolla zniknęła za wewnętrznymi drzwiami które najprawdopodobniej łączyły ją z mieszkaniem na pierwszym piętrze. Po chwili wróciła z tacą, na której stał dzbanek, dwie filiżanki i cukier w kostkach. Po moich grzecznościowych komplementach odnośnie wiszących na ścianie ogromnych obrazów Manolli, na które wyraźnie oczekiwała, zaczęłam się natarczywie dopytywać, czy zna jakieś szczegóły dotyczące śmierci Roberta. Tak, wiedziała o jego samobójstwie, ale nic konkretnego. Odczekała taktownie chwilę i powróciła do wątku jej obrazów.
– A wiesz, ten, co ci się najbardziej podoba, zdobył też największe uznanie na wernisażu w ambasadzie polskiej w Kopenhadze. Mam tu zdjęcia – podeszła do niskiego stolika, skąd wybrała jeden z leżących tam, licznych katalogów.
– Powiesił się we własnym mieszkaniu na jakimś wrocławskim osiedlu – czy ty możesz mi podać adresy na które mogłabym napisać? Napisałam do Wieśki – nie odpisała. Jurek odpisał bardzo ładnie, ale nic nie wie. Zenka też odpisała, że wie, że jest w szoku, ale nic więcej. Ale wiesz, oni wszyscy zaraz opuścili Wrocław. Napisałam do żony Roberta, nie odpisała, a przecież nadal mieszka we Wrocławiu. Podobno rodzice Roberta kupili im mieszkanie zaraz po dyplomie.
– Napisz do Edyty – poradziła Manolla. Ona mieszka we Wrocławiu i musi coś wiedzieć – poszukała w leżącej obok telefonu książce adresowej i podała mi adres na karteczce.
– Wiesz, Duńczycy to wspaniali ludzie! To prawdziwi wikingowie! – rzuciła to jakoś triumfująco i kiedy kończyła, do galerii przykuśtykał jej mąż, który przywitał się ze mną i również siadł na podłodze oparłszy się plecami o ścianę i wyciągnął nogę w gipsie na środek.
– Zupełnie sobie ciebie nie przypominam – powiedziałam z żalem przypatrując się temu drobnemu chłopakowi, który ani nie był wysoki, ani nie był blondynem.
– A, bo on rozpoczął u nas studia, jak myśmy były na roku dyplomowym. Mogłaś nie zauważyć – wyjaśniła Manolla.
– Nie miałam szans, miałam program indywidualny i skrócony tok studiów.
– A ty, nie malujesz? – zwróciłam się ponownie do męża Manolli.
– Widzę tylko prace twojej żony. A na dodatek – jak przeczytałam w wywiadzie w „Nowym Stylu”, obrazów nie sprzedajecie, tylko plakaty z reprodukcjami obrazów. I jest z tego jakiś zysk?
– Nie sprzedajemy? – wydawał się zdumiony – ach, to było dawno i nieaktualne. Nie, nie, ja nie maluję.
– Jak byłam w Stanach, to się zorientowałam o co chodzi. Po prostu trzeba wszędzie pisać podania o sponsoring. Ostatnio dała mi spółka Art-B pieniądze na kolorowy katalog – tu Manolla sięgnęła do stolika i podała mi grubą, kwadratową książkę.
– Tak, widziałam twoje prace malowane w Stanach, podziwiałam twoją energię, to były ogromne płótna. Wiesz, Robert podobno malował we Wrocławiu z powodzeniem obrazy i je sprzedawał. Dostawał też główne nagrody w najważniejszych polskich konkursach malarskich. Tym bardziej przerażające jest jego samobójstwo. Miał 37 lat. Mam te wiadomości jedynie od Eda, malarza z Wrocławia, którego poznałam na plenerze i zebrał je tylko na moją prośbę we wrocławskim ZPAP. Wolałabym mieć jakieś wiadomości od osób, które go znały osobiście…
– A gdzie ja bym dawała do galerii moje obrazy! Oburzyła się Manolla. Ostatnio zerwałam umowę na moją wystawę z BWA w Katowicach, bo zauważyłam, że nie dość ubezpieczają obrazy i bałam się tam im je dawać.
– A rodzice mieszkają tam gdzie dawniej? Bo pamiętasz, mój ojciec pojechał tam kiedyś po ciebie i twoje rzeczy, jak jechali do mnie do Wrocławia – próbowałam podchwycić temat śląski, ale Manolla już gnała dalej.
– Taak… Mieszkają… Ale tutaj, mimo, że mamy tę kamienicę, to mieszka się nie najlepiej, bo z tutejszymi plastykami nie da się niczego nawiązać.-
– Słyszałam, że to bardzo hermetyczne środowisko – mówiłam, kiedy wszedł do galerii mężczyzna i ku mojemu zaskoczeniu kupił reprodukcję autoportretu Manolli na kredowym papierze formatu A0, których duży zapas leżał w kącie na drewnianej palecie.
– Polonus – rzuciła znacząco Manolla. Ja ich natychmiast rozpoznaję.
– A wdziałaś obrazy Roberta? Kiedyś na ostatnim roku trafiłam na jego przegląd i malował wtedy ogromne formy obłe, kojarzące się jednoznacznie z erotycznymi strefami erogennymi, ale jedynie w okolicach kobiecych pośladków. Wynikało z tego, że był bardzo witalny. I dlaczego się zabił?
– Maluję tylko akrylami – i używam ostrych kolorów, bo uważam, że świat na zachodzie jest taki kolorowy i trzeba do niego nawiązywać. Zresztą, czekam na jakąś propozycję mozaiki, malarstwa ściennego. Dlatego nie chcę rozstawać się z obrazami – porozumiała się wzrokowo z mężem, który odwrócił głowę zrezygnowany.
Zaczęłam się powoli żegnać. Życie wielkiej artystki z pewnością jest męczące, a ja nawet doświadczając go w tak małym wymiarze, poczułam się śmiertelnie zmęczona.
Wymieniłyśmy się telefonami. Napisałam mój numer na moim pociągowym bilecie, ona wręczyła mi wizytówkę galerii.

Kiedy po latach los rzucił mnie do tego miasta, bezskutecznie chodziłam po tej samej, zabytkowej uliczce ze średniowiecznymi kamienicami szukając galerii Manolli, a ponieważ dawno już nie miałam jej wizytówki, nie mogłam sobie przypomnieć numeru domu. Wchodziłam do wielu małych sklepików i pytałam o galerię, ale nikt o niej nic nie wiedział. W tych czasach wszelkie small biznesy zmieniały się szybko, upadały i na ich miejsce powstawały nowe, toteż nikt nie potrafił mi nic powiedzieć o losach autorskiej galerii Manolli.
A do Edyty napisałam, też nie odpisała.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Manolla. Rozdział XIII.

Cotygodniowe obowiązkowe balangi w pracowni z udziałem Profesora zawsze przedłużaliśmy jeszcze przenosząc się do akademika, bądź do innych miejsc. Chłopcy znikali, by powrócić z flaszkami z meliny, albo jak już nikt nie chciał z nimi pić, szli pić na dworzec.
Po ukończeniu pierwszego semestru na pożegnalnym bankiecie Robert był cały czas ponury. W kilkanaście osób poszliśmy kontynuować picie do ówczesnej dziewczyny Jurka w zabytkowej kamienicy Rynku. Zaskoczoną wizytą zbudziliśmy w nocy i rozłożyliśmy się ma dywanie w pokoju. Robert mamrotał, że jestem jedynym sensem jego w pracowni, jestem „promyczkiem”, potem zwymiotował całą treść alkoholowego dnia na dywan i zapadł w sen. Jakoś z dziewczynami udało nam się to posprzątać, położyłyśmy się obok czekając świtu. Pod łóżkiem leżałaby zużyte prezerwatywy Jurka, nigdy w życiu nie wdziałam prezerwatywy, trudno mi było te zwinięte gumowe krążki zidentyfikować. W oparach alkoholu, rzygowin i kłębów tytoniowego dymu, odczuwać seksualne pożądanie było niepodobieństwem. Zalanie się w trupa łączyło się z utratą minimalnej nawet witalności.
Następny obowiązkowy bankiet w pracowni był 8 marca, ale międzyczasie wszyscy zapraszali się na swoje imieniny do akademika, na które nie wypadało nie iść, ale imprezy te, mające na celu szybkie odurzenie, nie miały nigdy celu przyjemnościowego, przeciwnie, były mozolną, ciężką pracą nad unicestwianiem własnego organizmu. Ponieważ tylko Jurek dzięki wrocławskim koneksjom zdołał zaliczyć spektakl Grotowskiego gdzie regularnie biczowano na scenie aktorów, nie mogliśmy stamtąd czerpać przykładu, jednak ten egzystencjalny marazm był nieodmiennie obecny, odczuwalny i ze wszech miar pożądany.
Przy takim trybie życia, jeśli w naszej pracowni któraś z dziewcząt jeszcze pozostawiła w swoim rodzinnym mieście chłopaka, związki te rozsypywały się w pył, by tu na miejscu tworzyć nowe krzyżówki z osobników sobie podobnych i sobie wygodnych. Wyglądało to jak plemienne pozyskiwanie kobiet dla swoich członków. Dlatego grupa – a ja tak chciałam być w grupie – nazwała mnie z Robertkiem mężem i żoną, mimo, że wszyscy wiedzieli, że mam stałego chłopaka i też wiedzieli, że mają wiedzieć, że nic to ich nie obchodzi.
Jednak na dowcipy kolegów z pracowni o jego rzekomym zakochaniu Robert odpowiadał gorliwym zaprzeczeniem. Ale kiedy wracaliśmy z akademika tramwajem do domu razem – Robert wynajmował ze swoim bratem, studentem politechniki pokój kilka ulic dalej od naszego domu – czuł się zawsze zawiedziony, kiedy na drugi dzień, w niedzielę, przyjeżdżał do mnie Marek. W poniedziałek na zajęciach był lekko zirytowany tak, jakby wytykał mi nielojalność wobec i jego, i Marka. Nigdy nie wiedziałam, czy to udręczanie należy jeszcze do rytuałów grupowych, czy jest to pomysł wyłącznie jego. Widząc mnie w uczelnianym korytarzu kłaniał mi się wprawdzie, ale kiedy podchodziłam, nagle przystępował do kogoś innego ignorując moją obecność, by potem nagle okazać mi, że znajduje się w czarnej depresji i że sam z nią sobie nie poradzi. Prosił mnie wtedy bym z nim szła na piwo, albo do restauracji, gdzie wypijał bez słowa dwie pięćdziesiątki i wracaliśmy z powrotem do pracowni, a ja czułam się jak przedmiot, który zabiera się ze sobą nie wiadomo, po co, bo przecież nie miałam szans pohamować jego alkoholowych pragnień. Jakoś zawsze dochodziło do mnie, kiedy Robert zaproszony na czyjeś imieniny do akademika nie szedł tram z mojego podobno powodu, a gdy pojechałam z koleżankami na wycieczkę za miastem robił mi za to wyrzuty. Na zgodę wspólnego pójścia z koleżankami i kolegami na recital Ewy Demarczyk po kupieniu biletów powiedział, że właściwie nie chce iść, ale potem się rozmyślił i powiedział, że pójdzie. Przyszedł po mnie dużo wcześniej, niż się umówiliśmy z winem. Potem wstydził się tego, że je przyniósł, gdyż na recitalu nie dało się pić, zresztą Sławek, który był inicjatorem tego naszego wspólnego wyjścia chłonął każdy oddech Demarczyk w małej salce „Bliźniaka” i nie dopuściłby do alkoholowej profanacji tego wydarzenia. Wracaliśmy potem w romantycznym nastroju nocnymi, pustymi ulicami zajmując ich całą szerokość, Sławek całą drogę śpiewał pieśni Demarczyk, wszyscy byliśmy pod wrażeniem tego recitalu, tylko Robert wlókł się z tyłu nieobecny i osobny, mówił, że jest nieszczęśliwy i że nie wie, dlaczego.
Wyjeżdżając z Wrocławia na pierwszego maja i idąc na dworzec wrzuciłam mu do skrzynki na listy gałązkę jabłoni z notatkami na kartce, dotyczącymi zadanych kompozycji, co miało mieć charakter informacyjny.
Po moim powrocie widać postanowił żyć od nowa, miał nawet krawat. Ze mną spotykał się rzadko.

Taki rozproszony pejzaż z okna pracowni rzeźbiarskiej. Nie ma się na czym się zatrzymać. Może aparat fotograficzny by to utrwalił, a może jedynie słowa. A właściwie, słowa mogą opisać tylko brudną treść tego krajobrazu. Drzewa w dużych odstępach. Owszem, takie bogactwo kształtu, ale, po co się rozczulać nad kształtem, gdy nie zachwyca? Na środku bezsensowny plac kwadratowy na postumencie ściętej piramidy, na takie wchodzi się po schodkach, wchodzi się i co potem? Tu potrzebny jest ruch. Prawdopodobny, gdy przechodzą ludzie. Tylko ludzie są ciekawi.
Rzeźbienie. Wtedy mając tak dużo czasu do obserwacji i rozmyślań mogłam analizować Roberta jak mnie rzeźbi. Robiłam to z nudów, albo z zakorzenionej we mnie konieczności maksymalnego spożytkowania czasu nawet w takim wypadku, jakim było bezproduktywne pozowanie. Siedząc wyżej widziałam dziwny skrót nóg, ciągle jedna ze stóp była na poziomie drugiej nogi. A potem patrzyłam idąc do dołu na kolejne fragmenty poruszającego się rzeźbiarza. A potem…Robiłam doświadczenia, czy siła mojej myśli może spowodować ten, a nie inny ruch nożem, czy swoją sugestią wpłynę na kształt nosa, czy potrafię przejąć jego rolę, podporządkować proces tworzenia swoim, a nie jego myślom, spowodować, że stanie się tylko pośrednikiem, narzędziem. Potem przyłapywałam się na tym, że sprawia mi przyjemność możliwości wpływu na jego działania i to, że na mnie patrzy, że przywiązuje wagę do mojej, a nie innej twarzy. Zaczęłam odczuwać jego ruchy na swojej twarzy, teraz ją tworzył od nowa, im więcej było wyrzeźbione, tym bardziej stawałam się pełniejsza, doskonalsza.
A rozmowa z Robertem nie powodowała nic. Podając mu garść faktów ze swego życia wybranych z pamięci na chybił trafił, by wypełnić pustkę między nami w czasie jazdy tramwajem, próbowałam pochwycić drobne reakcje na moje słowa i nie znajdowałam nic. Słowa, które do mnie zwracał, były tak pochłonięte jego świadomością, były wypowiedziane instynktownie i z przyzwyczajenia kogoś, kto znajdując się w analogicznych sytuacjach setki razy tylko siłą rozpędu, wypowiada słowa bez potrzeby ich szukania od nowa. Myślałam, że rozmowa ze mną hamuje inny sposób wysławiania się. Ale ta jakaś ospałość słuchania, nieobecność w momentach potrzeby żywszej reakcji była sposobem jego bycia. Nawet potem, gdy nieznacznie przesunął twarz do mojego policzka, jakby nagle przypomniał sobie, że tu, w tramwaju może to zrobić korzystając z nagłego zakrętu wagonu, zachowywał zawsze ten podział pomiędzy nim samym, a tym, co instynktowne pokonuje na zewnątrz. Spostrzeżenie to, które od początku kwitowałam w myślach oceną dziwaczności, wzruszeniem ramion i przechodziłam do innych myśli nie mających z nim związku, zaczęło w miarę rozwijania się naszej znajomości coraz ważniejsze, powodowało jakąś przyjazną irytację, przyjemność z prób pokonywania tej oddzielającej przegrody. I może właśnie moment zainteresowania, zafascynowania tym tajemniczym wnętrzem, które nigdy do końca nie przedostało się na zewnątrz, było początkiem całego cyklu rozważań, obserwacji, rozczarowań i podziwiania, które poświęciłam jego osobie. Wtedy jeszcze zwalczałam w sobie swoje uczucia zmuszając się do myślenia jak powinno być, a jak nie jest. Było mi przykro, że właściwie swoją niepewność maskował obojętnością, takimi rozleniwionymi ruchami. Odczuwałam przy nim ciągłą pustkę, której się bałam, dlatego też tak chciałam, żeby mówił. Każdego słowa czepiałam się jak ratującego, bałam się, gdy milkł, jak milkł, coś się przerywało, wracał strach i niepewność. Może dlatego, że dźwięk, barwa głosu sprawiały mi przyjemność, nie przywiązywałam wagi do słów.
A jednak w konsekwencji coś powiedział. Że szkoła jest jego jedynym sensem życia. Że nie założy rodziny, że nie mógłby mieć syna, bo nie wiedziałby, jak go nakarmić. Mówił o dziewczynie życia, z którą sie rozstał, bo nie spełniał jej wyobrażeń. Mówił, że dla spotkań z dziewczynami potrzebna mu była sceneria, wiatr… Dowiedziałam się, ze fascynują go niektóre wiersze Różewicza, albo i wszystkie, ale jeden lubi… Że czyta… czasami… Jak często? O jakiej porze? A może nie czyta, tylko ma na pamiątkę po kimś, po czymś?
Te informacje o nim nie wystarczały, by choć w zarysie móc go sobie wyobrazić. Dlatego też przerwana na początku droga do poznania go nie dawała spokoju, różnymi sposobami próbowałam zbudować ciąg dalszy, nic się nie dało ułożyć. Głównie, jak w narkotycznym śnie, był pogrążony w swoich myślach i to, co się działo na zewnątrz, odczuwał sporadycznie, nie widział nic patrząc do siebie, zewnętrzną rzeczywistość odbierał po omacku.
Gdy był pijany, to zawsze w sposób przyjemny. Nie piłam, zajmując pozycję obserwatora, czego bardzo się wstydziłam czując się podglądaczem i kimś z zewnątrz. Jednak dominowało zdegustowanie, rezygnacja… Wychodziłam wtedy z imprezy na powietrze, było tak doskonale czarno i ocierałam się o drzewa i powoli nie wdziałam już nic, oprócz własnego rozczarowania.
Idiotyczne byłyby opisy przyrody, a jednak właśnie kwiaty i deszcz wiosenny, nocne wędrówki w czasie, gdy wszystko oddychało wiosną tak łapczywie i chaotycznie, było ważne. Wychodziłam z parasolem i chodziłam małymi uliczkami Biskupina nie wiedząc, czy chcę swój stan uśmierzyć, czy zwielokrotnić.
Po kilku takich wędrówkach, przynoszeniu mokrych naręczy kwiatów do pokoju i roztkliwianiu się nad stanem duszy doprowadzałam się do krańcowego pesymizmu, włóczyłam się po ulicach późno tylko po, by mnie ktoś zabił.
W dzień odjazdu na wakacje leżała w pracowni na taborecie jego książeczka zdrowia, przeczytałam ulica Słoneczna, ładna nazwa, pomyślałam, on poszedł pewnie do dziekanatu coś załatwić, chyba już nie wróci, może pojechał, nie ma w pracowni rzeczy. Nie, jest. Kurtka? Marynarka? Wisiała na wieszaku i torba podróżna. – – —– Jeszcze pół godziny do odjazdu pociągu – weszła Manolla – spóźnimy się na pociąg – ponagliła – tak, jedzmy wcześniejszym, tak, pospiesznym, bo się spóźnimy, prędzej!
Wyszłyśmy zamykając pustą pracownię z jego rzeczami.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Manolla. Rozdział XII.

Na uczelni byłam tak ogłuszona korektami, że już od dawana, przestałam kierować się tym, co uważałam za słuszne, bo udowadniano nam, że jeszcze nie można mieć swojego zdania, jeszcze za wcześnie, zresztą trudno było wiedzieć, co oni właśnie wymyślą, czego chcą.
Przeglądy, jak zdążyłam się zorientować, polegały na początkowej miażdżącej krytyce naszych prac, co powodowało, że popadałam w “smutek i zwątpienie”. Na 15 aktów powiedział mi, że jeden jest dobry i że właśnie tak, że o to chodzi. Podobały się szkice domowe, szczególnie nocne szkice pastelami olejnymi z Hali Targowej. Pan powiedział, że z „trudnych tematów” wybrnęłam dobrze. Ale oprócz tego miał masę zastrzeżeń.
Moich siedemdziesiąt szkiców oprawiłam jednak do przeglądu i najprawdopodobniej moje wysokie oceny szkiców, obrazów olejnych i studyjnych aktów, moje piątki na zakończeniu roku akademickiego wynikły nie z mojego talentu, czy pracowitości, ale były dowodem skuteczności uczenia naszych wykładowców i były to oceny dawane tak naprawdę im, a nie nam.
Kurzyca odchodziła tak zwyczajnie, odeszła ze swoimi, może naiwnymi buntami na świat, z optymistycznymi teoriami na szczerość, z Cortazarem i Eliotem, odchodziła długo, bez pożegnań, przeczesywała długie, proste włosy tak w tył, może miała oczy zapłakane, a może lekko znużone, może nie uświadomiła sobie, że się kończyło, że może trzeba pożegnać, może uważała, że taka scena jest potrzebna, ale czy była przekonana, że nie powinna? Wszystkim było głupio, myśleli, że pożegna się z przyjaciółmi, co za przyjaciele, przecież to my, takie słowa usprawiedliwienia, ale przecież, ale przecież, a może nic nie czuli, nic…
Robertek natomiast zaliczył wszystko, powoli stawał się chlubą naszej pracowni, wszyscy wierzyliśmy w jego talent, a najbardziej Tania, której dominacja w pracowni ciągle wzrastała. Jakoś wskutek tej dobrej robertkowej famie wszyscy nagle zorientowaliśmy, że Robertka trzeba chronić przed alkoholem, czyli przed nim samym. W akademiku ciągle do Wieśki wzywano karetki pogotowia, ponieważ jej nerki już nie wytrzymywały taniego wina, jak tam byłam przypadkowo w czasie tego ataku, pojechałam z nią na ostry dyżur i kupiłam jej w nocnej aptece lekarstwa. I na którymś z ubawów, nie przejęłam się tym robertkowym gadaniem, dużo ludzi mi się zwierzało, większość była nieszczęśliwa z tych lub innych powodów, takie dziewięćdziesiąt procent nieszczęścia, mogłabym dostać szoku po usłyszeniu dziewięćdziesięciu procent nieszczęścia powierzonych przez np. pięć osób. I właśnie wtedy Robert mi powiedział:
– A ty, to dla Marka każdy rysunek, każdy obrazek, dla kogo, Ewuniu, a ja… Był pijany, nigdy by nie mówił tak, wstydziłby się śmieszności płaskich słów, przy formułowaniu sądów mówił skomplikowanie i niezrozumiale.
I wtedy powiedziały mi dziewczyny z pokoju, że kocha, byłam na nie wściekła, bo mówiły to z lisim, triumfalnym uśmieszkiem, mówili mi chłopcy, że pije, że pije w akademiku i codziennie. Ja byłam wściekła, że mi to mówią, co ja mam robić, co mnie to wszystko obchodzi. Też nie wiem, kiedy zaczęło mnie obchodzić, może wtedy, gdy tak dużo mówił o sztuce, tak w taki sposób, że może nic się nie chciało potem tworzyć, że ogarniało przerażenie – to ja wyciągnęłam z tego wniosek, że niczego, że nie ma sensu już malować, a on w to uwierzył, nasza wspólna teoria z tego wynikała, ale cóż, on tylko tym żył, życie osobiste, jak mówił, miał na płótnie, każde przeżycie, wszystko tam powiedział, tam jest ślad, reszta nie ważna co się robi, trzeba żyć tylko, żeby było tam, jedyna deska ratunku to tam, reszta nie ma sensu, nie ma sensu i tam.
Zapomniał o wszystkich przeciętnych sprawach alkohol daje dużo wolności, ale jak długo można…
Gdy przyjechałam z domu po przerwie semestralnej, był dwa dni przed moim przyjazdem z winem, pił i z Manollą, mówił o sztuce, mówił, mówił, Manolla przyjmując przeciwną postawę (marne slogany Manolli) dostawała szału z takiego gadania, on najprawdopodobniej też, chociaż chyba nie, może chodziło tylko o mówienie. Jak przyjechałam, Jagoda już czytała broszury „Życie patykiem pisane” i zaraz opowiedziała mi tkliwe historyjki o pijakach i gruźlicy, co mnie przeraziło. W nocy Dobra przez sen mamrotała „Robert, Robert! Nazajutrz spytałam go, czy pije, że gruźlica, ależ skąd, wszystko w porządku, tak, bardzo dobre wakacje, w domu? Byli zadowoleni ze mnie, ja też z nich, nie, nie piję…
W piątek nie było go na zajęciach, przyszedł, przybiegła do mnie Tania i powiedziała, że Roberek się kończy, ja sama to też potem dostrzegłam, był blady i drżący, mówił, że to nic, to tylko piwo, taki dzisiaj nastrój jestem nieposkładany Ewuniu, po co, nie trzeba się zajmować ty też nie masz odpornego charakteru, poszliśmy do kawiarni na herbatę, wrócił do normy, poczuliśmy się nieswojo, nieśmiało, ja układałam zdania długie i logiczne, smutne i „załamujące dłonie”, nie widziałam, co na to wszystko, sama bym się chętnie upiła, ale ja ważyłam około sześćdziesięciu kilo, a on był wyschnięty na wiór, lada chwila może umrzeć i to właściwie na gruźlicę. Nie umiałam go pocieszać, bałam się, że jeszcze bardziej go pogrążę, wszystko stało się nieważne i nieistotne, mogłam poszukać tego, co najważniejsze, co trzeba uratować, Ewa, naucz mnie żyć, Robertku, po co sobie wszystko komplikujesz, Ewa, co jest najważniejsze, dla czego ty żyjesz? Ja? Ja dla przyjemności… Cokolwiek bym odpowiedziała, byłoby złe, w tym momencie, alkohol jest przyjemnością. Zapomniałam, jak należy żyć, próbowałam sobie przypomnieć schemat mojego szczęścia. Zamiast uleczyć go, on mnie zaraził jakimś bezsensem i absurdem. Nie zdałam egzaminu, jako „lekarz dusz”.
Był milczący i markotny, nic mu się nie podobało, i chyba wtedy nastał ten nastrój, taka bezsilność, taka rozpacz, takie głupie, bez powodu zwątpienie. Wróciliśmy do pracowni i Tania powiedziała, że nie wolno nic mówić o cudzych pracach, ani o swoich, coś powiedziała, że mnie zdenerwowało i coś mówiłam, ale to było wszystko we mnie, czemu ja się nie potrafiłam porządnie wykłócić, powiedziałam jej, że ona wyznaje faszystowską metodę rysowania, rysowania i rysowania bez dyskusji i bezmyślnie, ale ona nie była tak subtelna, żeby się na to mogła obrazić. Ale to takie nieważne, bo wszyscy w pracowni wzięli moją stronę i na to powiedziała, że jak komuś się nie podoba w pracowni, to niech wyjdzie, więc flegmatycznie wzięłam rzeczy i wyszłam i nie potrafiłam nawet głośno zamknąć drzwi, a potem chodziłam po mieście nieubrana, żeby się wyziębić i ochłonąć.
Semestr zaczęłyśmy od pisania antykwą literek czarną temperą na pomalowanej białą plakatówką kartce z bloku kreślarskiego. Ponieważ było nas trzy do jednego stołu, a Manolla okupywała swoją połowę, musiałyśmy z Dobrą się jakoś ścieśniać, ale i tak, dzięki ukończonemu przez mnie i Dobrą liceum plastycznemu, pisałyśmy sprawnie. Jednak na zajęciach liternik podkreślał nam ołówkiem według niego niedrobne niuanse, i pisałyśmy w kółko od nowa. Wtedy zjeżdżali się do naszego pokoju chłopcy z akademika pod pretekstem braku wzoru tych literek i zabierali nam te niepotrzebne plansze, wymazywali podkreślenia gumką i zaliczali przedmiot za pierwszym podejściem przedstawiając nasze literki jako swoje. Zresztą, nikt z nich po trzęsących ich poalkoholowych traumach nie był w stanie i tak niczego napisać. A może to po prostu przejedzenie tymi twarzami, tym pokojem, który ciągle traktowałam, jako przejściowy powodował mój niesmak.
I tak przychodził też Robertek po literki, tak jak dużo ludzi przychodziło po literki, bo my z literek jesteśmy byłyśmy dobre, tak nas chwalono, by nam je móc pozabierać i pozostawić w ich miejsce komplementy.
Manolla go naciągnęła na picie, czemu nie, tak zimno. Posiedział i pogadał. Powiedział, że trzeba robić rzeczy bez żadnego zabarwienia uczuciowego, w pierwszym wypadku wychodzą rzeczy cukierkowe i nieszczere, bo same „środki tworzenia” (np. farby) tak ograniczają i ta cała „energia” jest zużywana właśnie na te środki (no, ta energia uczuciowa, podniecenie), że po przejściu przez to, jest tak oziębiona i nieszczera, że „nie do użytku”. I poszedł.
Może wtedy po raz pierwszy tak gwałtownie odczułam mój wewnętrzny sprzeciw, jak tak obserwowałam ich, jak dyskutują jak piją, traciłam zaufanie do nich, do tego pokoju, do przychylnych mi intencji.
Rozczarowanie wywołuje wściekłość. Produkuje, nadprodukuje, działa niszcząco na otoczenie, wypala siebie wstrętne pół biedy, ale to nad, wypala otoczenie. Moja pomyłka była tak wielka w odczytaniu osobowości Manolli, intuicja moja była mylna, przeklinam chwilę, gdy kiedyś pomyślałam, że to ona będzie moim uzupełnieniem. Rozczarowanie z domieszką litości zamykało mi usta i milczałam, a powinnam krzyczeć i płakać, bić głową o podłogę i krzyczeć, krzyczeć, krzyczeć, tak chciałam wtedy krzyczeć głosem boleści i żalu, że jest nie taka jak myślałam, że jest taka podła, że jest taka zła. To, że to miejsce zajęła, które było przygotowane na przyjście przyjaciela, godne i pełne, że samoobrona mimo wszystkiego nie pozwoliła mi na zajęcie go w zupełności przez nią całkowicie, sprawiało, że wewnętrznie jęczałam z bólu.
Niechcąco i nieświadomie uchylała właśnie swoją zewnętrzną powłokę.
Nieważne już było to, nad czym najbardziej bolałam, ani to, że nie widziałam, jak to działa, ważna byłam już tylko ja i moje rozczarowanie. Ujrzałam ohydę despotyzmu, chęć czci i uwielbienia bez żadnej zapłaty, bez powodów, które mogłyby do tego skłaniać, wstrętną naturę Manolli, złej dziewczyny, którą tylko strach skłania do odruchów dobroci, ale one i tak są tak słabe i ułomne, że rażą tylko swoją nieudolnością podkreślając wady. Głos Manolli wdrążał się we mnie promieniując na wszystkie strony, był cienki, przenikliwy i docierał wszędzie. W duchu mówiłam sobie Manollo, nic nie mów, nie wybaczaj mi, że uśmiercam ciebie we mnie, że nie wyciągnęłam ręki, gdy tonęłaś, co mam robić, gdy letnie uczucie litości nie wytrzymuje.
Fakty przeszłe zostały powtórzone, stało się tak, jak powinno, jak wiedziałam, że się stanie. Gdyby przebiegło wszystko jakoś inaczej, charakter zostałby ten sam – po prostu cała wyrazistość, cały brud sytuacji byłby najtańszy, trzeba było go kontrolować, czy się chciało, czy nie, bo nie mogło być inaczej.
Że przychodzili do mnie wyjawiając swoje niepowodzenia duchowe, że byli u kresu wytrzymałości psychicznej, można było znieść. I to rozmienianie każdego słowa na niepotrzebność własnego szczęścia, podnoszenie dłoni bez szczęścia i podnoszenie się do ciepłych i bezpiecznych myśli o sobie, myśli, że to na szczęście nie ja, tak leciutkie, że każda nowa wiadomość spadająca ciężko jak te niteczki przy wydechu odszukiwały się, by potem wrócić na to samo miejsce, pełnić rolę wypełniacza i łagodzić ból współistnienia.
Ale był moment, gdy zapalało się wszystko na zewnątrz, gdy nie można było już brnąć głupio, płakałam, nie wolno nie wiedzieć dlaczego, po co, obcy ludzie, obce problemy, obce dusze, tak zwyczajnie być dobrym, likwidować konstrukcję dobroci, by owładnęły mną obce nieszczęścia, bym przesiąkła nimi jak gąbka, masochizm, po co ja to robię?
I wtedy ostatkiem woli weszłam na nasz stół, przesunęłam delikatnie nogą literki, by zrobić miejsce na moje stopy w skarpetkach i zaśpiewałam płacząc:

Holla, Manolla, Manolla,
ty wiesz i ja to wiem,
milej ci będzie, Manolla,
w mych ramionach, na sercu mem.

/p

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz

Lata siedemdziesiąte. Manolla. Rozdział XI.

Dziewczyny się od sobotniego rana nastrajały duchowo i ciuchowo na wieczorny ubaw, przebierały się i malowały. Kupiłyśmy za składkowe pieniądze alkohol, chleb, masło i żółty ser oraz kiszone ogórki – ja namówiłam dodatkowo na zakup pumpernikla – zrobiłyśmy kanapki, obowiązkowe słone paluszki powtykałyśmy w musztardówki i wszystko zniosłyśmy do piwnicy i postawiły na taboretach. Nawet teraz, za dnia, piwnice były jeszcze ciemniejsze mimo przeciekającego z okien słońca. Czarno czerwona tonacja przy kompletnej pustce i piwnicznym zimnie wprowadzała w te wnętrza dodatkową obcość. Na dodatek Jagódka ubrała się wyjątkowo odświętnie w jedwabną, bufiastą sukienkę, czerwone szpilki i ufryzowała włosy- czy to sama, czy nie przyznając się nam, u fryzjera – co wyglądało dodatkowo nienaturalnie. Ubiór Manolli, który zawsze kojarzył się z sekretarką, jej zawsze wysokie obcasy – nigdy w domu nie nosiła pantofli – nie budził żadnych zastrzeżeń, gdyż dzięki małemu wzrostowi jakoś przemykała się w tłumie niezauważana, mimo że nie chodziła, a kroczyła, to i tak nie udawało jej się skupić na sobie dłużej uwagi. Dobra – nasza nowo narodzona Ewa Demarczyk – dzięki czarnemu sweterkowi i czarnej spódnicy w czeluściach piwnic gubiła się zupełnie i wtapiała w tło.
Pierwsi goście, przyjaciele i koledzy z politechniki wrocławskiej Jaśka, jednego z braci Jagódki, przyszli w garniturach i krawatach. Było już dobrze po siedemnastej, kiedy z akademika przyjechali chłopcy przynosząc nieprawdopodobne ilości butelek wina marki Wino, które ostentacyjnie wyjmowali z niewielkich skajowych toreb zamykanych na zamek błyskawiczny z dwoma sterczącymi sztywno uchami. Potem Robert sięgnął do wewnętrznych kieszeni płaszcza, wyjął jeszcze dwa bełty i postawił na podłodze. Ludzie z politechniki ścieśnili się, skulili, jak spłoszone kury przesunęli się w kąt piwnicy, i ściskając kieliszki z czerwonym, wytrawnym winem zaglądali ciekawie, co robią przybyli. Sławek postawił pod oknem magnetofon, z którego nagle ryknęła Ewa Demarczyk: madonny!, madonny!, a potem wszystko już zaczęło smędzić jakimś smutnym, czarnym, mayallowym bluesem. Sporadyczne światełka wyznaczały na podłodze ruch przesuwających się cieni, zaczęliśmy tańczyć, pić od razu z butelek, tańczyć i pić i tańczyć. Wszyscy palili nieustannie papierosy i już po chwili nie było nic widać. Było ponad trzydzieści osób, jednak ludzie z politechniki nie zmieszali się z nami, mimo, że robiliśmy wszystko, by to towarzystwo rozbawić. Jednak stali pod ścianą bez życia, tępo wpatrzeni, co my wyrabiamy, nie zajęci ani sobą, ani nami. Postali do północy i poszli.
I wtedy, kiedy już zostaliśmy sami z cały czas pijącym Robertkiem, Manolla weszła na taboret i zatańczyła brzydki taniec, który nie był nieprzyzwoity, był trochę w stylu komedii dell’arte w bardzo złym, tandetnym wykonaniu. Jeśli może coś być metafizycznie szpetne, to właśnie był nim ten nieprawdopodobny, zaskakujący taniec. I stojąc na stołku, zadyszana i zziajana, dużo gadała, gadała tak głupio gadała, tak, jak kiedy mówi się coś mimochodem głupiego, teraz się zebrało i było samą esencją głupoty. Nie dało się jej przerwać, wszyscy musieliśmy słuchać, bo jak nie, to się złościła. Mnie przerażało już nie to, że podawała się za moją przyjaciółkę, i że dzięki mnie jest w naszej pracowni, ale to, że może ktoś tak rozczarować. Po alkoholu objawiła się sama istota sztuczności i pustki wewnętrznej Manolli.
To wszystko nie wzruszyło nikogo, mimo, że przyznali wielką kompromitację Manolli, ale jako coś, co się niejednemu przydarzyć może. Nie mogłam na nią patrzeć, zaprowadziłam do pokoju, ze łzami w oczach mówiła, że musimy za rok mieszkać razem, co ja jej miałam odpowiedzieć, już od dłuższego czasu wychodziłam z domu na cały dzień i przychodziłam, gdy jej nie było, nie mogłam już do niej mówić, jakieś podenerwowanie, ostatkiem woli uśmiechałam się, i odpowiadałam grzecznie, ale to w każdej chwili mogło pęknąć i mogłam nie wytrzymać. Mdło mi się robiło coraz bardziej, coraz trudniej przechodziły mi słowa przez gardło.
To potworne, myślałam w duchu, że mnie na to nie stać, może mi przejdzie, ona w dalszym ciągu nic nie rozumie. Chyba po przebudzeniu trochę zrozumiała, ale utrzymywała, że po markowych alkoholach wyzwala się ze stresu i zaraz z powrotem zasnęła.

Przyjechał Marek i wymknęliśmy się nad Odrę, ale mimo słońca było jeszcze zimno. Spędziliśmy niedzielę na wałęsaniu się po mieście, ja szkicowałam. Dobrze nam było razem. Tak mało ludzi było rano w niedzielę, tylko kilku takich skacowanych przechodniów, mnie interesowały kosze na śmieci, więc weszliśmy w podwórko w środku Wrocławia, gdzie roztaczał się niesamowity widok, bo na środku śmietnik z mnóstwem koszy i śmieci, to wszystko wirujące z wiatrem, w tle różowe ściany kamieniczek ze schodkami na zewnątrz, w górze chmura gołębi, wokoło śmietnika dwa psy, fajne, śmietnikowe psy i w oddali potworny człowiek wracający z nocnego pijaństwa. Nagle zaczął padać śnieg, wichura przeszyła nasze wiosenne płaszcze i schroniliśmy się w kościele
świętej Elżbiety. Siedliśmy naprzeciwko księdza i tak zapatrzyliśmy się na to, co on robił, że zapomnieliśmy o śnieżycy. Ksiądz nadawał się wyraźnie na dyrektora i chyba tylko przez swoją brzydotę poszedł do seminarium. Miał bardzo wyraźną szczękę na zewnętrz tak jak u małp i bardzo silne okulary. Nie wiedzieliśmy jak śpiewają dyrektorzy, czy dyrektorzy śpiewają specyficznie, bo on właśnie tak śpiewał, jakby w ogóle nie powinien tego robić i wywoływał tylko zdziwienie, że śpiewa. Ale książkę składał jak rutynowy dyrektor po konferencji i wszystkie jego gesty, obroty, kroki, podnoszenie rąk wszystko było dyrektorskie.
Prosto z kościoła, mimo, że już świeciło słońce, poszliśmy się rozgrzać do Ratuszowej. Maczałam pędzel w kawie i rysowałam, miałam ładne otoczenie. Za mną siedziały dwa stoliki Greków, którzy dyskutowali zażarcie, – że to Grecy, powiedziała mam staruszka, która dosiadła się do nas z drugą staruszką – jak się okazało, dwie panie ze sfer wyższych. Ta druga była głuchawa i właśnie wyszła sobie na jeden dzień z zakładu dla staruszek. Opowiadała, że się tam nudzą, bo są wprawdzie „zradiofonizowani”, ale puszczają im – każdy mówi, że jakby był jakiś kwartet, to owszem – ale TEGO tam nikt wytrzymuje. Druga staruszka podsumowała, że to jest to źle zorganizowane i machnęła ręką. Jeszcze dużo osób z nami siedziało i dużo dziwnych rzeczy się podowiadywaliśmy. W rogu też ktoś pracował twórczo, miał kamerę i filmował. Zostałam sfilmowana z pędzlem w kawie.
Zbliżyła się pora obiadowa i nareszcie zostaliśmy sami.

– Wiesz – mówiłam do Marka – na ostatniej filozofii zauważyłam, że żaden plastyk nie może być za Boga filozofem, bo jak nasz biedny filozof chciał sobie podyskutować podając przykład o klatce z kanarkiem, to wywody filozoficzne poszły w przeciwnym kierunku – ludzie zastanawiali się, z czego może być zbudowana klatka i zatracili sens dyskusji. A profesor zgubił się kompletnie i nie wiedział, na końcu, po co ten przykład podał. Tak samo wszystkie śmiałe poglądy filozoficzne na temat sztuki się zdewaluowały, Jasza odnalazł się w wprawdzie, jako prekursor nowej sztuki ustawiając nam taką martwą naturę, że Pan, jak wchodzi do pracowni to włosy mu stają na głowie, jednak kokieteryjnie zapowiedział nam, że jak nie zabłyśniemy po namalowaniu tego, co on ustawił, to on wyleci z tej szkoły. Strasznie się stara, robi korekty, mi podarował z bólem serca swój blejtram z narysowanym aktem żony. Akt leżący, bardzo ładny i ja mam tremę jak maluję na nim parasol w paski na tle draperii w kropki.
Tu mnie teraz ciągle chwalą, malarstwo też się Jaszy podoba, a ja wreszcie zaczęłam to wszystko traktować tak mimochodem, może dlatego lepiej „wychodzi”- pochwaliłam się z dumą.
– No, klatka z kanarkiem to bardzo dobry przykład – zamyślił się Marek. I co, głosowałaś?
– Skreśliłam Spychalskiego – przyznałam się Markowi. Głosowałam po raz pierwszy w życiu i skreśliłam jedyne nazwisko na kartce, które znałam.
– Tak, to było tydzień temu – wspominał Marek. – Na dworze była wiosna i pięknie, aż chciałoby się napisać jakiś wiersz zachwalający uroki życia, albo przynajmniej o przyrodzie budzącej się z poobiedniej drzemki, a tu nic, tylko matematyka. Uczenie się matematyki wiosną nie jest straszniejsze od robienia czegokolwiek wiosną, nic nie jest straszne wiosną, jak w krzywym zwierciadle. A jeżeli jest straszne, to ja nie cierpię, bo mój naturalny pęd ku naturze jest kompensowany niedowładem uroków wiosny w mieście. Wiosna ma atrakcję w mieście. Dlatego poszedłem do parku po spełnieniu swojego obywatelskiego obowiązku. Była niedziela, słońce intensywnie grzało twarze szczęśliwych wyborców idących manifestacyjnie głosować bez skreśleń. A ja do parku. Na całe szczęście ani jednego lokalu wyborczego, w ogóle pustki. Tylko ja w amerykańskim garniturze z postanowieniem zrobienia tygodniowego zapasu wrażeń wiosennych.
Usiadłem na ławce naprzeciw mnie polonez, kilka drzew imitujących gęsty lasek i czekam.
Ona musiała iść już dłuższy czas, ale jakoś niezdecydowanie, że sobie nie uświadomiłem, że idzie naprzeciw mnie. Patrzyłem tylko, jak szła i nawet nie wiem, jakim sposobem znalazła się na wyciągnięcie ręki. Jej krok był zupełnie inny, taki niematerialny, jakby szła tylko wtedy, kiedy mrugałem oczami, dlatego nie przyszła, a pojawiła się. I nagle stała przede mną dziewczynka w latach bliżej niesprecyzowanych. Nie przychodziło mi zresztą do głowy precyzować. Skoncentrowałem się na jej wyglądzie, na jej oczach, bez wyrazu tak strasznie martwych i matowych oczach w twarzy beznamiętnej, albo raczej po przejściu wyczerpującej namiętności. Jej twarz zupełnie nie dziecinna w zestawieniu z młodą, ładną sylwetką tworzyły bardzo interesujący obraz tego, co natura może zrobić z białkiem. Nie, kuriozalność tej dziewczynki nie była taka, jak kuriozalność istoty z dwiema głowami, czy nawet chłopczyka z głową jak wiaderko w prezencie od Heine Medina. Będąc przykrym zestawieniem korpusu głowy, była jednocześnie normalna. W ręku trzymała kawałek lusterka bez oprawki. Dla odwrócenia złych myśli, pomyślałem, ot, dziewczynka, jakich miliony, tyle tylko, że o trupiej urodzie, chce się podobać, albo wypytać, skąd się biorą dzieci. Perspektywa stereotypowej rozmowy z ciekawskim dzieckiem, która mogła zniweczyć trud, jaki włożyliśmy ja i wiosna, abym mógł odrobinę pokontemplować, była niemiła, zacząłem obmyślać, jak pozbyć się natrętnie skutecznie i delikatnie, nie zabijając naturalniej w tym wieku ciekawości świata. A ona taka bez ruchu, mnie nie przychodziło nic do głowy, a patrząc w jej zimne oczy, w których nie mogłem znaleźć odrobiny czegoś, co mogłoby pozwolić przemienić jej reakcję. Sytuacja stawała się nie do zniesienia, irytowało mnie to, że nie wiem, o co chodzi, nic nie potrafię wymyśleć i co gorsza widziałem, że nic nie da się wymyśleć. Nie wytrzymałem napięcia, jej spojrzenia i jak idiota, skończony idiota rzuciłem nieoczekiwanie i niepewnie zaczęte cześć!! Nastraszyłem się tego cześć wśród ciszy i dziewczynki, która patrzała nie zareagowawszy. To cześć w obliczu jej potwornej urody w senności słoneczno – pochmurnej wypadło tak sztucznie, jak najbardziej sztuczne tworzywo sztuczne. Postanowiłem zdać się na nią. Nie wiedziałem, o co jej chodzi, dlaczego stoi i nic nie mówi, chciałem wstać, ale nie mogłem. Patrząc jej bez przerwy w oczy nie wiedziałem, że zaczyna mnie wciągać w siebie, że spojrzenia nie będę mógł oderwać. Straciłem kontrolę nad moją wolą i zdałem sobie sprawę, iż kontrast między mną i nią się zaczął od chwili pojawienia i będzie niezwykły za pośrednictwem jej narzucającej się postaci – urody, wszystko, co mi pewnie będzie, zawiera się w jej spojrzeniu, w tej paraliżującej pustce. To trwało, tylko ja bagatelizowałem uważając ją za jedną z miliona, nie, to była raczej jedna na milion, albo jedyna i wcale nie ciekawska, to ona wiedziała i to ja stałem się pytającym. Teraz ja chciałem rozwikłać jej tajemnicę kryjącą się w spojrzeniu i w zestawieniu twarzy trupa z młodym ciałem. Z każdą chwilą stawała się we mnie tym, czym była naprawdę.
Teraz zorientowałem się, co oznacza cała jej sylwetka, krągłość i młodzieńczość jej zamiaru, bezradność jej młodych, intrygujących piersi, nieproporcjonalność długich nóg w stosunku do zbyt szczupłego korpusu. Była zapowiedzią jakiegoś logicznego rozwoju, który osiągnie pełną harmonię, żeby ucieleśnić w sobie ponadczasowe szczęście rozwiązujące zgodą życie. Jej twarz mówiła o tym samym, tylko od drugiej strony, z perspektywy życia wygasłego, które się sobą rozczarowało i twa w bezruchu. Żyła, jakby była już po wszystkim, ale od nowa. Zbliżała w sobie moment narodzin i śmierci, ale jednocześnie. Była jednym i drugim, wszystko się w niej widziało od dwóch stron jednocześnie. Była wcieleniem wszystkiego i niczego. Wcieleniem Boga i Szatana. I wtedy to zrozumiałem. Podniosła rękę i dała mi to obłamane lusterko. Nawet nie wiedziałem, kiedy odeszła. Zostałem z lusterkiem, namiarem. Zostawiła mi nadzieję, a raczej bardziej formę życia, niż nadzieję.
Jeśli stracę Ciebie, stracę wszystko, bo to jest jedyna rzecz, którą robię z lusterkiem naprzeciw twarzy…
– Jeśli sądzisz, że to spotkanie z wiosną sobie wymyśliłem, to się grubo mylisz, gdyby nie to, że istnieje lusterko… Kończył opowieść Marek podając mi przez stolik obgryziony kawałek szkła z niewielki fragmentem posrebrzonego lustra.
Kupiłam miesiąc temu bilety na „Monollo”. Nie miałam pojęcia, co to jest. W żadnej encyklopedii czegoś podobnego nie było. Ponieważ Grotowski był dla mnie nie do zdobycia, kupiłam bez problemu dwa bilety dla nas na tę kostiumową, jak się okazało, włoską komedię z XVI wieku. Powlekliśmy się w stronę teatru, wolno, bo było jeszcze dużo czasu przed rozpoczęciem przedstawienia. Na sali było jednak dużo widzów, którzy zarykiwali się z bardzo nie śmiesznych, źle granych sytuacji między Manollem, a Pantalone i Dottore. I na końcu Manollo odtańczył taniec identycznie, jak ubiegłej nocy Manolla. Szybko wzięłam lusterko i poświeciłam mu w twarz. Marek zaaprobował te egzorcyzmy i nareszcie roześmialiśmy się z całą salą.

Zaszufladkowano do kategorii lata siedemdziesiąte | Dodaj komentarz