Lata siedemdziesiąte. Tania Rozdział XV.

Zarząd Pałacu, do którego pojechaliśmy zaraz po śniadaniu by być tam w południe, przydzielił nam młodą przewodniczkę. Kiedy się nam krucha historyk sztuki przedstawiła i zjednała sobie adoratora w postaci Piotrusia oczarowanego jej subtelnym obejściem, urodą i wspaniałymi opowieściami o Pałacu, nagle z naszej grupy, ubrana w swój wzorzysty worek z ciucholandu, wysunęła się z Tania i przemówiła.
– Proszę pani, my jesteśmy artystami i my to wszystko, co pani opowiada, wiemy. Proszę nam nie przeszkadzać w zwiedzaniu.
Dziewczyna spłonęła rumieńcem i grzecznie próbowała obrócić wszystko w żart, zaśmiała się sztucznie, podziękowała nam za tę krztynę uwagi, jaką jej poświęciliśmy, i zniknęła w czeluściach korytarzy.
Pałac był mieszaniną stylów powstałych wskutek przebudowań po pożarach, rabunkach, modach, mordach, zmianach właścicieli.
Przechadzając się po pomieszczeniach o królewskich wymiarach, patrząc na zdobienia ścian, piękno wykwintnych sztukaterii, sprzętów, bibelotów, kruchej porcelany, intarsjowanych różnorodnym drewnem podłóg, marmurów, posągów, można było odnieść wrażenie, że Pałac powstał jedynie po to, by powalić nas na kolana. Ale pewnie każdy oglądający czułby się upokorzony: rzeźbiarz doskonałością karraryjskich marmurów; urzędnik wspaniałością niekonwencjonalnych wnętrz; hydraulik pięknem nocników, wanien i prostotą kanalizacji, pisarz ogromną biblioteką.
Oprócz właściwego ustawienia kwiatów w szlachetnych wazonach, bombastycznych bukietów róż na srebrnych tacach, niektóre wnętrza, na wzór pompejańskich iluzji, miały namalowane pnącza, niebo i fragmenty ruin. Mistyfikacja, nie udająca rzeczywistości, będąca jedynie jej nowym stworzeniem powoduje odrealnienie zwiedzających. Oni też, stąpając po korytarzach w za dużych kapciach, wchodząc w intymność tego domu, za dużego, za innego dla zwykłego śmiertelnika, żyją przez ten okres zwiedzania innym, niebiańskim światem. Wszystko, co tu jest: codzienne sprzęty, szafy, łóżka, naczynia kuchenne, oddane zostało pieczy kustoszy, restauratorów, ekspertów, naukowców historyków, socjologów. Zwyczajność zamieniona jest w pobożne życzenie życia na tyle prawdopodobnego, luksusowego i wykwintnego, by celem zostawała ta nigdy nie mogąca się zrealizować, natomiast realizowana w wiekach wcześniejszych, mistyfikacja.
Wtedy, gdy Pałac żył swoją powinnością i gościł wysłanników dworów, dyplomatów i elit intelektualnych Europy, mógł jedynie sprostać poziomem posiadania tej gościnie.
Turyści, przesuwając się grzecznie Korytarzem Wschodnim, zwanym Czerwonym lub Paradnym wchodzą do Jadalni Zimowej, zwanej Salonem Wejściowym, potem Korytarzem Białym idą do Sypialni Paradnej. Salon Zimowy zwany Zielonym prowadzi ich do Sypialni Męskiej, zwanej Czerwoną. Potem do Łazienki Żółtej, stamtąd do Gabinetu Rokokowego, Sypialni Damskiej, i Salonu Bouchera, gdzie wisi obraz. Następnie Pokój Toaletowy zwany Ubieralnią, Pokój Bibliotekarza, skąd wchodzi się do Biblioteki. Tam, wśród równo oprawionych w skórę książek stoją różnorodnie wydane wielkie tomy Biblii oraz dzieł ezoterycznych i satanistycznych. Dalej Jadalnia Mała, Sala Teatralna, Sala Balowa, Jadalnia Wielka, Pokój Werandowy, zwany Brydżowym, Sala Kolumnowa, Salon Pompejański, Sypialnia Chińska, Kaplica.
Na ścianach wiszą, oprócz wspaniałych kopii Rubensa, oryginałów Bouchera, Davida, Fragonarda, Snydersa, Watteau, portrety protoplastów pędzla najwybitniejszych rodzimych malarzy: Matejki, Lampego, Stryjeńskiego. Są w strojach historycznych, zastygłych pozach nieśmiertelności, tkwią uwikłani spojrzeniami nieprawdopodobnej liczby par oczu, przewijających się turystów z wielu krajów i nie wiadomo, czy jest to wywyższenie, czy potępienie. Dlatego, że korowód całej kolekcji otwiera pierwszy fundator Pałacu, okryty hańbą i niesławą, awanturnik i hulaka.
Usiedliśmy z Piotrusiem na marmurowej ławeczce w parku różanym, podczas gdy reszta towarzystwa usiłowała przed naszym powrotem namalować Pałac zza fosy, w tym samym ujęciu, jak na pocztówkach kupionych na stoiskach, by wspomagając się nimi, dokończyć obraz w domu.
– Ty idź tam lepiej i ją przeproś – powiedziałam Piotrusiowi pijąc jego wodę mineralną z plastikowej butelki.
– Tak, masz rację – powiedział Piotruś wstając z ławki.
– I zaproś ją na nasz wernisaż – zawołałam do niego.
– Tak, też o tym pomyślałam, obiecam jej moją akwarelę! – wołał uradowany do mnie, biegnąc w kierunku biurowych pomieszczeń Pałacu.
A ja pogrążyłam się we wspomnieniach.

Konceptualna pracownia potrzebowała jak smok nowych prac, mój bliski wyjazd do domu na święta Bożego Narodzenia nasunął mi pomysł, by tematem mojej następnej pracy zaliczeniowej były choinki.
– Po świętach będę chodzić po domach i fotografować choinki. Wszystkie zrobię w tym samym formacie i nakleję na tekturę, jako jedną planszę – przedstawiłam projekt wykładowcy i jego asystentowi Lachowiczowi, a oni entuzjastycznie go podchwycili. Lachowicz podszedł do pracownianej szafy i wyjął z niej dwie rolki filmu ORWO i mi je uroczyście wręczył.
Już przy pierwszym mieszkaniu pełni radości i najszlachetniejszych intencji zostaliśmy potraktowani trzaśnięciem drzwiami bez szansy na odezwanie i wytłumaczenie, o co nam chodzi. Po bezskutecznym dobijaniu się do kilkudziesięciu mieszkań kilku klatek schodowych zorientowaliśmy się, że nikt nas nie wpuści. Mieszkańcy otwierali wprawdzie drzwi na oścież, i zza ich sylwetek błyszczały w tle pożądane choinki, ale nie zgadzali się na ich rejestrację. Najbardziej agresywny okazał się mężczyzna, którego rozpoznaliśmy, jako znanego z telewizji sławnego reportera sportowego Jana Ciszewskiego. Nie dość, że nas nie wpuścił za próg swojego mieszkania na piętrze wielopiętrowej kamienicy, to jeszcze wyszedł na korytarz i zamierzył się na Marka trzymającego pokaźnych rozmiarów aparat fotograficzny i dwie lampy pożyczone z pracy jego mamy. Ja miałam w ręce pożyczony statyw, dwa parasole i kółko tekturowe, kupione w sklepie fotograficznym służące nam za światłomierz. Był wyraźnie pijany, ale nie była to dla nas żadna okoliczność przychylna. Przeciwnie. Przerażeni zbiegliśmy ze schodów prześladowani dochodzącym za nami pomstowaniem i przegrani wróciliśmy do domu.
Wieczorem zadzwonił do rodziców Małpa, który od naszej matury utrzymywał ze mną korespondencyjny kontakt i właśnie przed wczoraj przyjechał z Kętrzyna do Kochłowic, do swojej mamy, na przepustkę. Podzieliłam się z nim moim kłopotem.
– Ewka! Nie ma sprawy! Ja wszystkich w Kochłowicach znam!
Kiedy następnego dnia wieczorem wysiedliśmy obładowani sprzętem fotograficznym na stacji w Rudzie Śląskiej, Małpa w mundurze czekał już na nas na peronie.
Małpa zabrał ode mnie statyw i poszliśmy brnąc w śniegu polną drogą do osady domków fińskich. Było pięknie jak na wsi. Drzwi domostw otwierały się jak za sprawą czarów, przestępowaliśmy te progi idealnie wysprzątanych domów jak sanktuaria religijne szybko zdejmując ośnieżone buty wśród protestów gospodarzy. Nieśmiało kierowaliśmy obiektyw na choinki, które były bardzo różne, raz okazałe, raz bardzo skromne, często plastikowe i niewielkie. Staraliśmy się nie patrzyć na ściany, na meble, na podłogi, kierując snop światła w te nic nie znaczące świąteczne ozdoby, które, jak dowodziła dewiza konceptualizmu, miały właśnie niczego nie przedstawiać, ani świata obiektywnego, ani subiektywnego.
Ale trudno było wtedy, przy takiej życzliwości Małpy i najprawdopodobniej jego krewnych i przyjaciół, być tak nieludzkim, jak zalecali artyści konceptualni. Naszym podziękowaniom nie było końca.
Kiedy pokazałam plon naszych świątecznych prac na uczelni, zachwytom moich nauczycieli nie było końca.
A do mnie przyszedł list:
Szanowna Pani!
Znamy się tylko ze słyszenia, więc wybaczy Pani, że ośmieliłem się do Pani napisać. Nie widziałem jednak innego sposobu, by oddać tabelę naświetlań, którą swego czasu zostawiła Pani ze swoją ekipą u mnie. Dla przypomnienia, jestem kolegą Piotra Pawła, obecnie żołnierza PRL w zaszczytnym stopniu szeregowego WOP. Pani adres otrzymałem od w/w kol. P-P.
Załączam tabelę i pozdrawiam.
Tomasz.

O admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii lata siedemdziesiąte i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *