Tommy O’Haver „Zbrodnia amerykańska”(2008)

iplex udostępnił za darmo „Zbrodnię amerykańską”, film potworny i przyznam się, że zobaczyłam tylko pierwszą połowę, nie wytrzymałam dłużej.
Piszę tę notkę blogową po opowiedzeniu dalszego ciągu przez męża i przeczytaniu w Sieci relacji z procesu sądowego zabójstwa sprzed czterdziestu lat.

Film jest bardzo dobrze zrobiony, Ellen Page znana z filmu „Juno” w roli Sylvii Likens rewelacyjna, jednak nie wytrzymałam. Czytając w Sieci obfite materiały rzeczywistych zdarzeń trzeba docenić wysiłek twórców dzieła artystycznego, którzy rzecz złagodzili, przetworzyli i przenieśli cierpienie w świat już od niego wolny, w przestrzeń poza realizmem i dokumentem, a zabieg wyboru narratorki, która relacjonuje zdarzenia będąc już nieżywą tego dowodzi. Twórcy filmu oparli się na stenogramach sądowych oskarżonej Gertrude Baniszewski i jej dzieci, może nawet nie w celu szukania przyczyn ludzkiego okrucieństwa, ale sygnalizowania jego trwania. Nie wiem też, czy tytuł wskazujący Amerykę, delikatne nawiązania do ekranu telewizyjnego, a w nim do newsów o toczącej się wtedy wojnie w Wietnamie to właściwe tropy. Wojna zdaje się być podskórnym klimatem, ale nie powodem i przyzwoleniem. Powodem nie jest też bieda. Rodzina boryka się, ale daleka jest od nędzy. Tortury tam stosowane to przecież powtórzenie scen z „Salo” Pasoliniego, gdzie nie ma mowy o materialnym ubóstwie kogokolwiek z oprawców.  
Wszystko wskazuje na gatunek zła zilustrowanego w „Funny Games” Michaela Hanekego, ale bardziej szczegółowo odnosi się do jego „Białej wstążki”. I jeśli przymierzyć do „Amerykańskiej zbrodni” teorię Nietzschego dotyczącej cierpienia, czyli tego, że życie jest cierpieniem, że jeśli się żyje, to też się i cierpi, to właśnie bohaterowie filmu stają oko w oko z bólem, którego zadawanie sprawia przyjemność, radość i chwilowo ich od niego uwalnia. Haneke właściwie nic innego nie zrobił w „Białej wstążce” tylko na filmowym przykładzie przedstawił rodzący się sadyzm z otamowanej seksualności jakby wyjęty wprost z prac badawczych Wilhelma Reicha. To właśnie psychoanalityk Reich dowiódł, że kościelny i rodzicielski zakaz dziecięcego onanizmu rodzi agresję.
„Amerykańska zbrodnia” ilustruje właśnie zniszczoną seksualność matki i jej dzieci, wykoślawioną i zablokowaną mieszczańską moralnością. Nie na darmo już pierwszą sceną mszy w kościele baptystów film wprowadza widza w obłudę, gdzie przyszli zbrodniarze gorąco się modlą. Sceny bicia dziewczynki następują zaraz po powrocie z kościoła, jakby stanowiła kontynuację rytuału tłumaczonego koniecznością, mozołem istnienia.
Nietzsche uważał, że cierpienie można zastąpić jedynie wyższym wtajemniczeniem, i to nie w mistycyzm, co proponuje chrześcijaństwo, ale w mitologię, w przetwarzanie artystyczne świata, gdzie bogowie swobodnie szybują na rydwanach i nic nie ważą.
 
Zabawy dziecięce, predysponowane wręcz do baśniowości mogą być różne, ale nie wtedy, kiedy organizują je dorośli, czyli potencjalni zbrodniarze.    
     

  

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Marek Lobo Wojciechowski „Ektoplazma”(2009)

Zgodnie z tytułem, wiersze tego zbioru opowiadają o czymś, co z założenia nie istnieje, toteż przy takiej tezie trudno je analizować i doszukiwać się sensów. To tak, jakby na ławie oskarżonych siedziały jedynie duchy, śmiech na sali je sądzić. A jednak właśnie poprzez tę pierwotną porażkę dochodzenia drwina zostaje usankcjonowana. Drwina z poezji.

Marek Lobo Wojciechowski unika wszelkich kontaktów z życiem w każdym jego przejawie. Jeśli już jakaś konkluzja, otamowana wewnętrznym zakazem niczego nie powiedzenia jednak cudem, bądź nieuwagą autora się wyślizgnie ze szczelnych okowów nic niemówiących wersów, z braku kontynuacji podjętej tam myśli i tak skazana jest na zatracenie. Tak się dzieje np. z historycznym przecież zdarzeniem w wierszu „któryś dzień września 1981 (do wyboru)”

„(…)Wychodzimy ławą. Na horyzoncie kłębi się trzynasty grudnia(…)”

Jest w Sieci bardzo dużo tego typu twórczości zgodnie z zasadą wolnego wyboru i wolności tworzenia, jednak wiersze Lobo Wojciechowskiego są według mnie wyjątkowo niepokojące z uwagi na pospolitość zjawiska, które ma swoich poetów naczelnych. I właśnie do takich przykładowych wzorców antypoezji należy kolejny, trzeci już tomik tego autora.
Zaniepokoił mnie przede wszystkim zakamuflowany w nich relatywizm polegający na wymazywaniu minionego życia niepowodowanego afazją, Alzheimerem czy demencją starczą, a właśnie rzekomym aktem artystycznym. Złowieszcza jest ta, z cała premedykacją snuta próba uwiedzenia czytelnika regularną frazą wiersza na manowce nic niewiedzenia i nicniemówienia. Kiedy autor dzieli włos na czworo opisując cień rzucany na tkaninę w tytułowym wierszu „ektoplazma” już na wstępie pierwszym wierszem zapowiada, że pary z gęby nie puści o sobie, o świecie, w który żył i żyje, że będzie kluczył po tych ścieżkach braku, bo jest osobą dojrzałą i doszedł właśnie do takiej praktycznej konkluzji.
Marek Lobo Wojciechowski słowa dotrzymuje, nie sposób odmówić mu konsekwencji. Neguje konsekwentnie wszystko, co dotychczas wypracowała ludzkość w pocie czoła:

„(…)Nie ma zamków broniących przed
wszystkim, brak widocznych szyb,
które zweryfikują pojęcie akwarium.(…)”
[amplitudy]

I tak kolejno Wojciechowski wędruje po wszystkich aspektach życia kwestionując prawa i logikę realnego życia i uczuć:

„(…)Wszystko należy robić
w ten sposób, aby znaleźli nas w ustalonym miejscu –
cicho i rozważnie.(…)
[von Kleist – wprawki do ostatniego listu]

Nie jest to według mnie nihilizm, a właśnie coś przeciwnego. Abnegacja nie jest anarchią, lecz krystalicznym konformizmem i wszystko, co pisze Lobo Wojciechowski stanowi monotonny, złowróżbny instruktaż, jak należy poezję pojmować, a co najgorsze, udowadnia, jak ją skutecznie praktykować. Zła sława poety szaleńca, który niepokoi wszechświat swoim irracjonalnym wygłupem formułowania go w tak nieproduktywny sposób, jak wyraźnie siebie w liryce, zostaje raz na zawsze poezją Marka Lobo Wojciechowskiego przełamana. Jeśli nie pisali i nie czytali wierszy tzw. zwykli ludzie, chodzący do pracy i znajdujący rozrywkę w zupełnie innych rejonach ludzkich potrzeb, nagle tę delikatną – przecież dającą nadwrażliwcom schronienie – krainę poezji jak w „Żółtej łodzi podwodnej” Beatlesów anektują ci, którzy jej nigdy nie pojmą. Źle, że milkną Muzy, żal, że dzieje się to za przyzwoleniem nie tylko portalu Nieszuflady, ale Domów Kultury, które tomiki wydają, firmują i chwalą.

„(…)Tylko dotykiem sprawdzam, czy jestem.
Słowa są nieprecyzyjne. Milczę, patrząc w noc.(…)”
[kac, codzienny]

No właśnie: jeśli ma się taką wątpliwość, to jak może powstać poezja, która jest czymś o wiele mocniejszym, niż prosta, cielesna egzystencja?  I czy nie lepiej unikać kaca i nie przerywać milczenia?

„(…)Niech to będzie, czym zechce. Niech będzie, kim zechce,(…)
[czymkolwiek to jest] 

Z pewnością moja notka dzisiejsza napisana po wielokrotnym czytaniu tomiku Marka Lobo Wojciechowskiego jest podmiotowi lirycznemu tych wierszy równie obojętna, dlatego pora ją już zakończyć.

 

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , | Dodaj komentarz

GINTROWSKI

Wczoraj zmarł Przemysław Gintrowski, bard mojego pokolenia. Przeszukałam cały portal YouTube, by na tę smutną okoliczność odnaleźć piosenki zakazane w stanie wojennym, krążące po domach w postaci bardzo złych nagrań na magnetofonowych kasetach i je jeszcze raz dzisiaj posłuchać.
Jest w nich smutek końca lat siedemdziesiątych, bezradność młodości, za którą się nie tęskni. Chwała tym, którzy potrafili to wyrazić.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Dziennik miejski (7)

19 października 2012 piątek. Marek zapisał mamę do okulisty wiosną i termin wizyty wypadł na drugą połowę października w południe. Mama w butach i wełnianym żakieciku czekała już od rana na fotelu w przedpokoju, natomiast ja zdążyłam jeszcze przed wyjściem zrobić ciasto kruche na pumpkin pie, zmiksować wczoraj upieczoną przez Marka w piekarniku dynię i wszystko wstawić do lodówki. Wychodząc zabrałam z półki „Madame” Antoniego Libery, by w poczekalni przychodni sprawdzić jeszcze pewne szczegóły, gdyż moje archiwa domowe ciągle mają luki.

Przed specjalistyczną przychodnią dało się jedynie przykucnąć i Marek odprowadził auto aż pod Bibliotekę Śląską, gdzie zaparkował. Udało się też sforsować strome schody przychodni nim stanęłyśmy przed windą. Kobieta idąca za nami, pokonawszy te schody padała zemdlona na przymocowane do ścian siedzenia, które widoczne w tym celu zostały tam umieszczone, panowała zasada „radź se sam”, gdyż cały hol, łącznie z recepcją, był opuszczony, jakby niemo filtrował tych, którzy jeszcze potrafią, jak w grach sprawnościowych, pokonać przeszkody i dotrzeć do mety.
Winda zawiozła nas do zalanego słońcem piętra, na którym rozchodziły się w różnych kierunkach korytarzyki oblepione siedzącymi ludźmi.
Posadziłam mamę i poszłam ją zarejestrować. Pozostało cierpliwe czekanie. Mimo, że wyznaczony pół roku temu dzień zawierał też godzinę, system badania obejmował zakraplanie oczu, wymagające nieustannych odczekiwań, dlatego też trudno było się zorientować w logice kolejności toku badań. Pielęgniarki wchodziły i wychodziły, zakraplani wzywani do gabinetów zmieniali pokoje zasiadali do diagnozujących ich maszyn, by położywszy brodę na specjalnej półeczce i przysunąwszy czoło do blokującej listwy, wpatrywać się w ucho lekarki.

Otworzyłam „Madame” Antoniego Libery na stronie kończącej powieść. Rok 1983, rok zakończenia pisania powieści to też rok śmierci mojego brata. Podobno napisać powieść, to zastępczo popełnić samobójstwo.
Antoni Libera urodził się w 1949, w roku urodzenia mojego brata. Tak samo jak mój brat jest spod znaku Panny, jak też i główny bohater powieści. Zresztą, Libera słowami narratora zapewnia, że powieść jest autobiograficzna, pisze w niej nawet, że korzystał przy jej tworzeniu z zapisków prowadzonych w klasie maturalnej.
I tak czytając tę powieść odkrywam wiele rysów wspólnych pokoleniu mojego starszego brata. Brat też, jako dziecko uczył się gry na pianinie, w ogólniaku też uczyła francuskiego bardzo atrakcyjna kobieta, w której podkochiwała się cała szkoła. Ale oprócz – najcelniej ze wszystkich wątków według mnie – zanalizowanego uczucia werterowskiego w realiach soc, Libera daje bardzo wiarygodne realia tych lat, mimo, że to są realia stolicy, a nie takiej prowincji, jaką był za Gomułki Górny Śląsk. Przemyt kulek do długopisów nie dotyczył tylko pracowników naukowych. Pamiętam ten bardzo korzystny biznes kwitnący właśnie w latach osiemdziesiątych na terenie całego kraju, gdyż rynek garażowych producentów długopisów był tak chłonny, że skupowano każdą przywiezioną z zagranicy ilość.
Jednak z perspektywy lat kokieteryjne pomstowanie Libery na rok, w którym robił maturę jest fałszywe. Wbrew wszelkim wysiłkom zbudowania wielowarstwowej, symbolicznej struktury intelektualnych odniesień do wielu arcydzieł literatury światowej, „koń jaki jest każdy widzi”. Bohater Libery sportretowany jest w tak luksusowej sytuacji, że automatycznie odpadają niuanse politycznych utrudnień jego edukacji, a zostaje tylko to nie do pokonania w każdym ustroju i w każdej epoce: śmiertelne, nieszczęśliwe zakochanie.

Wyrwało mnie z lektury nazwisko mamy wypowiedziane za zamkniętymi drzwiami jednego z gabinetów. Poderwałam się szarpiąc pogrążoną w letargu mamę. Wzywająca nas czarnowłosa, pulchna siostra okazała się siostrą Dobrą. Zazwyczaj proporcja sióstr Dobrych do Złych jest w przychodni w równowadze, jak w przyrodzie która proporcje „zła” do „dobra” jakoś sama reguluje, tak i w służbie zdrowia, która jest z natury biologiczna, dzieje się podobnie. Zapobiega to skutecznie rozwydrzeniu i anarchii wśród pacjentów, którzy nieodmiennie są traktowani jako zło konieczne, zgodnie z biblijną zasadą, nieustannie rozpowszechnianą z ambon, że choroba to kara za grzechy.
– Cukrzyca? – Siostra pytanie zabarwiła nadzieją, że przybyła pacjentka, którą już zdążyła z racji jej podeszłego wieku oswoić i ubabcić, ją ma. Korzystając z tego, że słuch u mojej mamy jest w stanie szczątkowym, ubiegłam mamę i ryknęłam: nie! Wiedziałam, że podwyższony ostatnio poziom cukru z racji moich amerykańskich wypieków powodowanych nostalgią za tym krajem może mamę skutecznie i na zawsze wyeliminować z możliwości zapisania się na operację zaćmy.
– Tak, była u nas w domu siostra, i mierzyła cukier tydzień temu. Wszystko w porządku.
Była w domu? – siostra spytała z niedowierzaniem. Leczona jest w domu?
– Nie, chodzimy do lekarza domowego, przyszła tylko, by sprawdzić wiarygodność naszego gleukometru. Mama jest stale pod opieką i jest kompletnie zdrowa. Ma wyznaczoną wizytę u kardiologa pod koniec października.
– A, u kardiologa! – W jakim celu?
Siostra wyraźnie nie dawała za wygraną, węsząc kolejną nadzieję na poważną chorobę mojej matki.
– Jak to, w jakim? Lekarz domowy mówi, że mama w tym wieku musi być raz do roku diagnozowana w przez kardiologa w celu ustalenia dawkowania lekarstw.
Siostra po wypełnieniu rubryk wróciła do pieszczotliwego dialogu z mamą zapalając na tablicy cyfrę 4, największą z widniejących tam znaków i zarządziła zasłonę jednego oka. Mama zdawała się nie widzieć nawet i tablicy, ale w końcu doszła do wniosku, że widzi tam coś czarnego. Na wypadek wtórnego analfabetyzmu siostra gorączkowo wyciągnęła zza biurka tablicę z kurą, kaczką i krową, i kiedy chcąc ją zawiesić niosła obok stołka mamy, mama przypomniała sobie zabawy z prawnukiem i z radością ponazywała wszystkie zwierzęta. Poirytowana trochę, ale nie dająca nic po sobie poznać, siostra schowała pospiesznie planszę, w zamian zaświeciła na tablicy tym razem czarną pięciopalczastą dłoń, której mama też nie zidentyfikowała.
– Właściwie chodzi nam o dobór okularów, gdyż mama nie może naciskać odpowiednich kanałów, nie widzi cyfr na ekranie telewizora – powiedziałam.
– Musi pani zamówić osobną wizytę na dobór okularów – powiedziała siostra. Dzisiaj tylko zbadamy wzrok pani matki, a przy zakroplonych oczach nie można dobierać okularów.
Nim przystąpiono do zakraplania oczu, mamę poddano badaniu na jednym z tych urządzeń, na których trzeba się wpatrywać w ucho lekarki, wysłano do innego gabinetu i odesłano z powrotem na krzesło poczekalni.

No i co Libera chce powiedzieć: to, że urodzona w Alpach Francuskich tytułowa córka alpinisty, opozycjonisty, bohatera lat wojny i przeciwnika układu sił politycznych powojennej Europy, córka Francuzki i Polaka zasługuje na lepszy los niż los dyrektorki warszawskiego liceum w komunistycznym reżimie. Libera ciągnie romantyczny wallenrodyzm nie patriotycznie, a miłośnie. Madame zaspokaja seksualną potrzebę z innym dyrektorem, a nie z zakochanym uczniem nie dlatego, że uczeń jej nie pociąga, że się boi złamać etykę zawodową, ale dlatego, że ona ma misję wallenrodowską. Ma za zadanie ukrywając się na posadzie dyrektorki w prestiżowym stołecznym liceum uciec na Zachód, czyli na wolność i nigdy już nie powrócić. Jej misja jest nadrzędna, o czym śledzący ją uczeń nie wie, ale podświadomie się domyśla i za to ją kocha: za wallenrodyzm.

Mama powtórnie została poddana badaniu oczu na rozlicznych przyrządach, gdzie Zła siostra mocno ją obsztorcowała za wywracanie się na taborecie obrotowym, który moja mama potraktowała jako krzesło z oparciem. Kiedy mama leciała bezwolnie w przeciwnym do statywu urządzenia z wziernikiem na soczewki, kilka sióstr i lekarzy będących akurat w tej sali ze swoimi pacjentami biegło skutecznie mamę łapać, oczy ich wtedy zwracały się do nieba w geście jakiejś nadprogramowej irytacji, za którą nikt im tutaj nie płaci. Po tych, zakończonych powodzeniem badaniach udało nam się zbliżyć do samej głównej lekarki. Poprosiła mnie nawet o pokazanie okularów mamy do telewizora, które skwapliwie wyjęłam z mamy torebki.
W zacisznym gabinecie pani doktor wspaniałomyślnym gestem wskazała drugie krzesło, za co byłam jej niezmiernie wdzięczna, gdyż zazwyczaj stoję jak służąca towarzysząc źle słyszącej matce w gabinetach lekarskich.
– Pani musi chodzić cały czas, od rana do wieczora w okularach, a nie tylko do telewizora – zwróciła się do mojej mamy, która zdumiewająco wszystko usłyszała i nie przyjęła tego z zachwytem.
– Mama nie chodzi, bo uważa, ze brzydko w okularach wygląda – dorzuciłam złośliwie. I dowiedziała się od innego lekarza, że ma zaćmę.
Faktycznie, wtedy, kiedy mama jeszcze swobodnie sama chodziła do lekarzy, okulista zaproponował jej operację zaćmy za określoną cenę w innym mieście gdzie miał gabinet. Mama wie, że nie zgodziła się wtedy, by nas nie absorbować wożeniem jej do innego miasta.
Było to trzy lata temu i gdyby mama miała wtedy zaćmę, błona na soczewce urosłaby po upływie takiego czasu i z pewnością widoczna byłaby gołym okiem. Mimo, że mama usłyszała w telewizorze, że lekarze potrafią pobierać opłaty za usuwanie płodów kobietom, które w ciążę nie zaszły, nigdy nie zakwestionowała tamtej diagnozy sprzed trzech lat i zdawała się być oburzona, że zamiast operacji przywracającej jej wzrok lekarka proponuje okulary.
– Pani matka ma starcze zmętnienie soczewek, ale nie jest to zaćma, oczy są w bardzo dobrym stanie. To jest kwestia wiary – to mówiąc, okulistka zwracała się tylko w moim kierunku. Jedni wolą kształty drzew ogólne, inni chcą widzieć poszczególne liście. Jeśli pani matka nie życzy sobie widzieć więcej, trzeba to uszanować.
– Ależ, ma zachwianie błędnika! Przewraca się! Jak ja mogę do tego dopuścić, przecież ważne jest też otoczenie! Pani doktor proponuje mi, bym doprowadziła matkę do całkowitego zramolenia w dwudziestym pierwszym wieku, kiedy ludzie żyją dłużej dzięki zdobyczom technologicznym właśnie?
Ale audiencja zdawała się być zakończona. Na pożegnanie, pewna jaką otrzyma odpowiedź, lekarka spytała moją mamę:
– Czy pani chce nowe, dwa razy silniejsze okulary?
– Nie, mam okulary, w których bardzo dobrze widzę!

Wracając samochodem rozmyślałam o Liberze, który w wywiadach zaprzeczał autobiografizmowi książki, zapewniał, że rzecz jest całkowicie wymyślona, jedynie może prawdziwe są kulki do długopisów, kanar w autobusie, spędy elit na rauty i wernisaże.
I tak myślałam sobie, że to wszystko jest w literaturze rzeczą optyki i że ja chyba nigdy nie uzupełnię tych archiwów domowych. Mama właściwie straciła chęć oglądania świata po śmierci Andrzeja, od 1983 roku. Wszystko, co oglądała potem to przecież nieustanne wymazywanie obrazów, ścieranie konturów, a ja przez moją wygodę i egoizm chcę jej to wszystko zniszczyć.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, dziennik ciała | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Pierre Bachelet „Emmanuelle” z francuskiego przetłumaczyła Ewa Bieńczycka

Twoje serce śpiewa miłość, Emanuel
porywa cię całą,
twoje serce śpiewa miłość, Emanuel
rani serce ciało.

Twój wiek pełen
dziecięcych dni
tylko jeden
kochanek śpi.
Lat dwadzieścia…
Długą drogą
się przemieszczać
masz miłością.

Twoje serce śpiewa miłość, Emanuel
porywa cię całą,
twoje serce śpiewa miłość, Emanuel
rani serce ciało.

Miłość serca
twój ideał
płomień ciała
cię odnalazł.
Jesteś jak hymn
wobec mężczyzn,
ich westchnieniem,
ich pragnieniem.

Jesteś piękna
Emanuel,
serce pęka
gubiąc cel,
szukaj dalej,
miłość błoga
czeka stale
na twych drogach

Twoje serce śpiewa miłość, Emanuel
porywa cię całą,
twoje serce śpiewa miłość, Emanuel
rani serce ciało.

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Otagowano , , | Dodaj komentarz

SYLVIA KRISTEL

„Emmanuelle” udało nam się zobaczyć w sierpniu 1983 roku, a więc prawie dziesięć lat po premierze. Moja rówieśniczka, dzisiaj zmarła Sylvia Kristel miała na ekranie 22 lata, a ja już miałam dwoje dzieci i przekroczyłam trzydziestkę.
Byliśmy całą rodziną w Świnoujściu, nawet zabraliśmy synka koleżanki z akademika i tak, by odetchnąć od opieki nad trzema chłopcami nocą poszliśmy na studencką „Famę”.
Był stan wojenny i najwidoczniej władze podlizywały się studentom. „Emmanuelle” pokazywano już któryś dzień z rzędu, ale salę kinową nieustannie szturmowały tłumy ludzi. W niebywałym ścisku udało nam się film zobaczyć.
Natychmiast zorientowałam się, że nie jest to żaden z tych ambitnych filmów artystycznego kina dostępnego wtedy jedynie na zamkniętych pokazach „Konfrontacji” ale (dla mnie) bardzo ostry film erotyczny. Najprawdopodobniej dopiero wtedy zostałam rozdziewiczona.
I natychmiast – jak gęś gęgawa, która zakochuje się w tym, kogo po urodzeniu zobaczy – zakochałam się w Sylvii Kristel.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Zhang Yimou „Szczęście na raty” (2001) Mo Yan  (师傅越来越幽默)

Nie wiem, czy film świadomie nawiązuje do filmu Charlesa Chaplina z 1931 „Światła wielkiego miasta”. W każdym razie biedna dziewczyna oczekująca na szczęśliwe zrządzenie losu, czyli na operację oczu i przywrócenie wzroku w obu tych filmach wydobywa najszlachetniejsze pokłady ludzkich zachowań.

Historia chińska jest uniwersalna, bliższa nawet naszym realiom niż kino europejskie: ogromne hale likwidowanej fabryki zieją bezużyteczną pustką, brygada wysłanych na wcześniejszą emeryturę pracowników udaje przed niewidomą dziewczynką, że to salon masażu płacąc jej za usługę pociętymi na kształt banknotów karteczkami. Fikcja jest obustronna, oszukiwana i oszukujący trwają w tak zaimprowizowanej symbiozie po to, by nabrać mocy, wiary we wzajemne oddziaływanie życzliwości i empatii.

Ten oszczędny, pozbawiony sentymentalizmu film ilustruje świat możliwy gdy ludzie mają jakieś wybory i możliwości decydowania o sobie i o tych, których los im zsyła.
Autorzy pokazali wariant optymalny, ale zupełnie marginalny. Taki niewielki ludzki wysiłek bez bohaterstwa i wyrzeczeń, a jednak wielki i budzący nadzieję.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Yimou Zhang „Czerwone sorgo” (1987) Mo Yan《红高粱家族》 „Klan czerwonego sorga” (1986)

To druga książka Mo Yana, podobno zawiera opowieść o kolejnych pokoleniach rodziny z Shandong pomiędzy 1923 – 1976, ale film dotyczy jedynie kilku lat. Narrator się nie pojawia, jednak nazywając główną bohaterkę „babcią” daje do zrozumienia, że rzecz przedstawiona jest z perspektywy lat i że przynajmniej właściciel głosu spoza kadru zna zakończenie tej historii.

Nie wiem, czy to zaleta reżysera, aktorów, czy to moc prozy Mo Yana, nie mam pojęcia, jak film udało się utrzymać w duszącej atmosferze krwi i cierpienia bez żadnych „gotyckich” środków, gdzie czerwień pełni rolę czerni w tak witalnej, dionizyjskiej konwencji. Tytułowa czerwień jest tak samo zabójcza jak czerń, czerwony alkohol destylowany z fermentowanego sorgo miesza się co i rusz z krwią, służy jako materiał wybuchowy, jako ofiara buddyjskiej liturgii, jako eliksir płodności i witalności.
Film jest straszny, deptanie pola sorgo nakazem japońskiej imperialistycznej armii przez wieśniaków ma coś z klimatu hitlerowskich restrykcji wobec ludności cywilnej z drugiej wojny światowej, a demonstrowanie japońskiej siły przez zdzieranie skóry lokalnemu bandycie rękami Chińczyka z dramatu Szekspira. A jednak w tej potworności krwawe zaćmienie słońca nad świeżym polem sorga zwiastuje przemiany, narrator z off-u  żyje, ten mały chłopczyk na ekranie, który właśnie stracił matkę to jego ojciec.

 Optymizm filmu nie jest łatwy, melancholia powodowana powtarzającym się brakiem bezpieczeństwa miesza się z ulissesowymi fortelami. Piękna, lecz uboga narzeczona da początek rodowi silnemu i dzielnemu dzięki, cudzołóstwu i morderstwu (chory na trąd stary, bogaty małżonek zginie w tajemniczych okolicznościach). Walka o przetrwanie rodziny i gorzelni to nie walka dobra ze złem, lecz żywioł życia dyktujący takie, a nie inne rozwiązania.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz