Mo Yan „Obfite piersi, pełne biodra” (2007)

Narrator, Jintong (金童) “złote dziecko” pojawia się po upływie pewnego czasu opowiadania, po opisach rzezi kur na wiejskim podwórzu stanowiącym preludium do mordów nadciągających japońskich diabłów.  W krwawym porodzie graniczącym ze śmiercią, Shangguan Lu rodzi bliźniaki, w tym ósme dziecko płci męskiej. Jest żoną bezpłodnego kowala i daje się zapładniać wielu mężczyznom, by dać rodzinie, a szczególnie teściowej, upragnionego chłopca.

Nawet, jeśli to orient i kraj innej cywilizacji i kultury, dla mnie, dla czytelnika, cała dziwaczna historia rodziny wieśniaków chińskich jest prawdopodobna i wiarygodna. Jest alegoryczna i symboliczna nie dla epatowania innością, ale dla pomieszczenia, skompresowania wielu znaczeń, problemów i bolączek Chin. Nie na darmo właśnie bliźniaki, w tym narrator powieści zostały spłodzone przez pastora szwedzkiego, który ugrzązł w dalekiej chińskiej prowincji po nieudanej pracy misyjnej, a zakochana Chinka dała je jemu ochrzcić, nawiązując tym do całego świata, do innej niż chińska kultury.

Autor kieruje tak narracją, by wokół matki – Shangguan Lushi, symbolicznej bogini płodności – osnuć całe sto lat historii Chin, gdzie bohaterowie poddani są wszelkiej przemocy. Bohaterowie są jak z gumy, jak z komiksów, niezniszczalni, doznający wielu gwałtów, pobić i upokorzeń, a jednak nawet w odrażającym Jintongu – impotencie i infantylnym starcu uwieszonym maminego cycka – jest coś bardzo ludzkiego i przejmującego.

Opowieść obejmuje przełom XIX i XX wieku, agonię dynastii Qing, wzrost ingerencji obcych imperiów. Cały wiek XX to wojna chińsko-japońska, wojna domowa, „wielki skok”, „rewolucja kulturalna”, post-Mao, reformy gospodarcze. Kiedy w 1980 roku po więzieniu głównemu bohaterowi-narratorowi udaje się stanąć na nogi i założyć z kuzynem swój własny sklep sprzedający biustonosze, jego kompleksy, nerwice, deformacje osobowościowe blokują wszelką stabilizację.  Ciało kobiety, tytułowe piersi i biodra to nie seksualność, a jedynie poczucie bezpieczeństwa, schronienie przed nieustannym zewnętrznym zagrożeniem. Piersi matki to bezpieczny pokarm, to biologiczne wzrastanie dziecka, a nie mentalne czy uczuciowe dojrzewanie.
Siostry Jintonga – siedem kobiet – wychodzą za mąż za komunistów, nacjonalistów, zostają kochankami bandytów, tchórzy, zdrajców, patriotów, cudzoziemców, bogaczy, idą do burdelu, są skazywane na śmierć, bite i gwałcone – nie tylko „świadkują” epoce, ale także są materią literackich badań przyczyn stanu kondycji rodzin chińskich.

Na końcu powieści jest bardzo dobrze skonstruowana notka charakteryzująca ważniejsze postacie, pomocna w nawigacji, zapobiegająca czytelnikowi w zbłądzeniu w akcji powieści.
Mnie oczywiście najbardziej interesowały czasy komunistyczne, kiedy śliczny Jintong idzie do szkoły, a wychowawczynią jest śliczna Jadeitowa Gałązka. Zawsze myślałam, że czasy moich lat szkolnych, kiedy w pierwszej klasie musieliśmy nieruchomo siedzieć z założonymi z tyłu rękami, a każde poruszenie się karane było wywołaniem delikwenta na środek i biciem go po łapach linijką, bądź drewnianym piórnikiem były jakimś cywilizacyjnym wstecznictwem w historii Polski, jakimś neobarbarzyństwem. U Mo Yana czytam, że mogło być jeszcze gorzej…

„(…)Wymierzyła mu błyskawiczny cios pięścią w policzek. Wu wrzasnął i zachwiał się; następny, jeszcze mocniejszy cios trafił go w żebra, zaraz po nim nastąpiło kopnięcie w kostkę. Wu Deszczowa Chmura runął na ziemię i rozpłakał się jak dzieciak. Ji Jadeitowa Gałązka złapała go za szyję i podniosła, patrząc z uśmiechem w jego paskudną twarz, okręciła się razem z nim, przyłożyła mu kolanem w brzuch i wypchnęła chłopaka na zewnątrz. Wu Deszczowa Chmura padł na wznak na stertę cegieł. – Ogłaszam, że zostałeś wydalony ze szkoły – oznajmiła nauczycielka.(…)”
[przeł. [z chiń.] Katarzyna Kulpa.] 

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Nobel 2012 Mo Yan

Proza Mo Yana, którą poznaję dopiero od wczoraj, to taki według mnie wycinek chorego miejsca poddany skrupulatnym oględzinom w celu diagnozy choroby całego organizmu, czyli świata.
Na razie nie napotkałam wiele orientu, może się to wszystko dziać i na polskiej wsi. Jak japońskie diabły nadciągają, dzieje się tak, jak w każdej bestialskiej wojnie: ludność wiejska jest bezradna, zaszczuta, idzie na rzeź jak zwierzęta. Zresztą, zwierzęta u Mo Yana mają szczególne miejsce: potwornych opisów kaźni pisarz nie oszczędza czytelnikowi nawet, jak jeszcze diabłów japońskich nie ma.

Bardzo trudno połączyć określenia tej prozy z krótkich notek o nobliście z autentycznym odbiorem jego książek. Nie jest to ani realizm, ani socrealizm, nie jest to też realizmem magicznym. Mo Yan nie jest chińskim Kafką.
To takie smutne snucie opowieści o życiu, niby nic, a jakże dosyć.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , | 2 komentarze

Béla Tarr „Koń turyński” (2011)

Fryderyk Nietzsche w Turynie po scenie znęcania się nad koniem zamilkł twórczo. Postanawia zamilknąć po nakręceniu filmu z koniem turyńskim w roli głównej Béla Tarr.

Reżyser w wywiadach mówi, że w jego wieku wszystko już staje się symboliczne. Zbudowano więc gdzieś na prowincji węgierskiej (udało się znaleźć nawet pagórek), symboliczną chatę oraz stajnię, by konia, po sponiewieraniu go przez swojego pana i równoczesnym przytuleniu, i skropieniu łzami filozofa, umieścić.
W jesiennym wietrze wraca do domu woźnica i koń, który już na wstępie demonstruje swoją depresję i odmowę służby panu, jakby filozof go zdemoralizował.
Odpowiedź na pytanie zadane na początku filmu, co się stało z koniem turyńskim zdaje się być prosta. Nie chce być batożony i nie chce żyć. Odmawia i pracy i jedzenia. Jako jedyny żywiciel skazuje siebie, i woźnicę z córką na unicestwienie. Tak, jakby Nietzsche po ogłoszeniu niepotrzebności istnienia w życiu człowieka Boga za karę sam się unicestwił, znieruchomiał, zmarniał i zmarł nie za karę, ale z bezradności.
Takie przypuszczenie zdaje się potwierdzać tajemniczy gość wchodzący do chaty kupić palinkę, ktoś z opierścienionymi dłońmi, ktoś, kto pije na umór i wygłasza bliskie teoriom Nietzschego myśli:

„(..) Ponieważ wszystko jest ruiną, wszystko zostało zdegradowane, ale mógłbym powiedzieć, że to oni zrujnowali i wszystko zdegradowali. Bo to nie jest jakiś rodzaj kataklizmu spowodowany przez tak zwaną niewinną ludzką pomoc. Przeciwnie. Tu chodzi o własny człowieczy osąd, jego własną ocenę nad swoją osobowością, nad którą oczywiście Bóg ma pieczę lub w której ośmielam się powiedzieć bierze udział.
A kiedykolwiek On bierze udział jest to najbardziej upiorny twór, jaki możesz sobie wyobrazić.
Ponieważ z rozum świat został upodlony.
To nie ważne, co mówię, ponieważ wszystko co osiągnęli, zostało upodlone.
I od czasu, kiedy osiągnęli wszystko w podstępnej skrytej walce, to wszystko upodlili.
Ponieważ wszystko, czego dotkną – i wszystkiego, czego dotykają – zostaje upodlone.
To była droga przed końcowym zwycięstwem. Przed końcem zwycięzcy.
Zdobyć upodlić, upodlić zdobyć. Lub mogę powiedzieć inaczej: jeśli chcesz dotknąć upodlić i w ten sposób zdobyć lub dotykać zdobywać i tak upadlać, to już się dzieje od wieków i tak w kółko.
Tak i tylko tak czasami chytrze czasami wrednie, czasami uprzejmie, czasami brutalnie, ale to się działo w kółko.
Jeszcze tylko w jeden sposób, jak szczury atakujące w zasadzce. Ponieważ dla tego znakomitego zwycięstwa było to także ważne, że inna strona uważająca, że wszystko jest wspaniałe na swój sposób i szlachetne, nie powinna uwikłać się w żaden rodzaj walki. Nie powinno być ani jednego przejawu bójki, tylko nagłe zniknięcie jednej strony oznaczające zniknięcie wspaniałości doskonałości szlachetności.
Dlatego ci triumfujący czempioni, którzy atakują znienacka, rządzą Ziemią i nie ma najmniejszego zakątka w którym ktoś mógłby się przed nimi ukryć, ponieważ wszystko, na czym mogą położyć ręce, jest ich.
Nawet rzeczy, które myślimy, że nie mogą zdobyć – ale zdobywają – są również ich.
Ponieważ niebo jest już ich, i wszystkie nasze sny, ich jest chwila natura, nieskończona cisza.
Nawet nieśmiertelność jest ich, rozumiesz? Wszystko, wszystko jest stracone! Ci szlachetni, wielcy i wspaniali ludzie po prostu się zatrzymali, jeśli mogę to w ten sposób ująć. Zatrzymali się w tym punkcie i musieli zrozumieć i zaakceptować, że nie ma Boga ni bogów. I ci wspaniali wielcy i szlachetni musieli to zrozumieć i zaakceptować zaraz od początku. Ależ oczywiście byli wszystkiego niezdolni zrozumieć. Uwierzyli w to i zaakceptowali, ale tego nie zrozumieli. Po prostu stali oszołomieni, ale niezrezygnowani, – nim coś –ta iskra z mózgu – w końcu ich oświeciła. I naraz wszyscy się zorientowali, że nie ma ani Boga ni bogów.
Wszyscy naraz zauważyli, że nie ma ani dobra czy zła. Tedy zauważyli oraz zrozumieli, że jeżeli tak jest to oni tak samo nie istnieją! Widzisz, liczę się z tym, że mógł być to moment, kiedy możemy powiedzieć, że że zostali zgaszeni, zostali spaleni. Zgaszeni i wypaleni, jak ogień pozostawiony, by się tlił na łące. Kiedyś żył człowiek, co stale przegrywał, drugi natomiast był ciągłym zwycięzcą.
Porażka, zwycięstwo, porażka, zwycięstwo.
I pewnego dnia – tu w okolicy – musiałem sobie uświadomić uświadomiłem sobie, że się pomyliłem, bardzo się pomyliłem, kiedy pomyślałem, że nigdy nie było i nigdy nie będzie żadnych zmian tu na Ziemi, ponieważ zaufaj mi, wiem teraz, że ta zmiana zaiste miała tutaj miejsce(…).”

Przedstawionej sytuacji na Ziemi gospodarze chaty zdają się nie słyszeć i nie starają się zrozumieć. Ta, jak na oszczędność słów w filmie przydługa wykładnia idei śmierci Boga ulatnia się w szalejącej wichurze wraz z utykającym gościem, który oddala się popijając z butelki kupioną palinkę. Stagnacja i oniemienie mieszkańców chatki zdają się być właśnie tą nieśmiertelnością, o której wspomniał nieznajomy. Rytm życia wybijają monotonne codzienne czynności wykonywane przez ojca i córkę zapewniające im podstawową egzystencję, która jest już nie życiem, a nawykiem życia. Nawet, jak postanawiają uciec pakując dobytek i zmuszając konia do wyjścia ze stajni, wracają w to samo miejsce. Zataczają jedynie w swojej wędrówce koło. Pułapka egzystencjalna skutecznie zilustrowana jest jeszcze bardziej ascetycznymi środkami, niże te, których w ubiegłym wieku użyli Samuel Beckett, Eugène Ionesco, czy Max Frisch.

Trudno nie ulec zaczarowaniu tego filmu, trudno nie zachwycić się żywej ilustracji śmierci duchowej, kunsztowi reżyserskiemu Béli Tarra, i mistrzostwu scenariusza László Krasznahorkaiego. Artyści ci potrafili w odróżnieniu od fałszywych artystów ożywić sztuką martwotę świata, podczas gdy u tych drugich zazwyczaj dzieje się na odwrót. Dlatego wbrew idei filmu, nie wszystko jest stracone.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , | 7 komentarzy

Siergiej Łoźnica “Szczęście ty moje” (2010)

Rzecz dzieje się niedaleko Smoleńska. Bohaterem filmu jest rosyjska prowincja w kilkudziesięciu koszmarnych odsłonach, która do dzisiaj nie obudziła się z barbarzyńskiej nocy przyswajając z dzisiejszej cywilizacji jedynie telefony komórkowe i monitory komputerów.
Właściwie postacie w filmie nie postępują inaczej niż bandyci z „Funny Games” z tą różnicą, że Michael Haneke zbrodnie sprowadza do gry, przyjemności, podczas gdy u Siergieja Łoźnicy mord jest odwieczny, głęboko zakorzeniony w II wojnie światowej, jest nieuchronną koniecznością dziejową. Kiedy Cyganka – u której ląduje główny bohater pozbawiony pamięci brzozowym polanem – pod pretekstem „leczenia” wykorzystuje go seksualnie, a potem bezdusznie porzuca na pastwę losu, dzieje się już w filmie bardzo źle i oglądając następną połowę wie się, że tu już nic się dobrego nie wydarzy. Jest w tym filmie taka właśnie melancholijna determinacja: człowiek nie jest pojmowany ani przedmiotowo, ani nie przeszkadza, ani się go niewolniczo nie wykorzystuje. Człowiek jest tam cały czas oddzielony, opuszczony w sensie właśnie metafizycznym. Opuszczony przez Boga, Państwo, Rodzinę, Sąsiadów. Opuszczony przez zdrowy rozsądek, przez wszystko to, co mogłoby stanowić jakiś życiowy drogowskaz. Kiedy w końcowej scenie główny bohater Georgij zostaje zabrany przez przypadkowego kierowcę, a ten widząc pożałowania godny stan autostopowicza, daje mu wykład konformizmu, za chwilę sam zostaje bestialsko zamordowany, a jego nauki biorą w łeb. I tak opuszczeni są właściwie wszyscy: kilkunastoletnia prostytutka, ludzie na targu, ludzie napadający na samochody, nudzący się policjanci polujący na kobiety, kobiety niemające w policjantach ochrony, straż kolejowa w opowieściach z czasów wojny, nauczyciel wychowujący sam synka.

Łoźnica mówi w wywiadzie, że wszystkie opowieści o ludziach są prawdziwe. I te z czasów, jak żołnierze wracali z wojny i plądrowali wsie i te dzisiejsze, o których przecież pełno w mediach.
Wstrząsa widzem rosyjska słodycz i dobroć w połączeniu z brutalnością, czego nie ma w takiej postaci i natężeniu w zachodniej cywilizacji. Jest coś lisiego w tej gościnności, szczerości, którą chętnie wymusza się od zaszczutej ofiary. Tak jest w scenie z nieletnią prostytutką, niemal dzieckiem, kiedy Georgij ją karmi, daje pieniądze nie chcąc nic w zamian, a ta kieruje jego ciężarówkę na zatracenie. Podobnie scena poprzedzająca mord na nauczycielu, który nakarmiwszy i ugościwszy dwóch wracających z wojny degeneratów śpi nieświadomy przytulony do swojego synka. Ludzie, którzy jak tylko zaczynają zachowywać się jak ludzie, natychmiast zostają pożarci przez nadciągające mroczne bestie, które ludźmi być przestali. Baśniowość filmu właśnie kończy się na tym bardzo prawdziwym mechanizmie niszczenia w zarodku każdy przejaw rodzącego się dobra nie w imię jakiejś demonicznej siły, ale wskutek deformacji życia spsiałego, byle jakiego, skarlałego, pozbawionego perspektyw na rozwój. Film jest na wskroś realistyczny, kręcony z dokumentalną precyzją. Twórcy nie wspomagają się żadną magią, żadną poetyką i metaforą, wszechpanująca ironia, w którą wprowadza tytuł filmu, ma na celu wyrugowanie resztek romantyzmu. Zawsze mamy mechanizm tuczenia, przysposabiania swojej ofiary do czekającego ją zaszlachtowania. Dlatego końcowa scena, kiedy Georgii strzela sprawiedliwie do wszystkich – do agresorów i do ofiar w akcie nie zemsty, ale oczyszczenia – jest desperacją jedynie możliwą w świecie już straconym, zdemoralizowanym i w konsekwencji niemożliwym.
Siergiej Łoźnica nie moralizuje, nie politykuje, nie oskarża. On tylko przedstawia, jak każdy wielki artysta.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , | 7 komentarzy

Krzysztof Varga “Trociny” (2012)

Kiedy oglądam Krzysztofa Vargę wypowiadającego się na temat ostatniej swojej powieści, porównuję jego krygowanie się i dystansowanie do stworzonego przez siebie bohatera negatywnego do postawy Nikołaja Gogola.
Mimo, że Gogol na końcu „Martwych dusz” deprecjonuje Cziczikowa przypisując mu życiorys miernoty i nudnego czynownika, nie sposób zdziwić się, że autor umożliwia mu tak doskonały i precyzyjny odbiór Rosji, którą poznajemy właśnie poprzez percepcją tak nijakiego człowieka. Podobnie wbrew zapewnieniom Vargi, że ze stworzonym przez siebie bohaterem mu nie po drodze, Piotr Augustyn wyraża to wszystko, o czym chcielibyśmy wiedzieć, ale boimy się o to zapytać. Ja na przykład dostałam bardzo satysfakcjonującą odpowiedź na nurtujące mnie w dzieciństwie pytanie, dlaczego dzieci warszawiaków na koloniach, obozach letnich były tak pogardliwe i antypatyczne, dlaczego warszawiacy na studiach i na plenerach malarskich byli tak nieuzasadnienie zarozumiali.

Ponurość „Trocin” w warstwie poetyckiej promieniuje poprzez zmysłowość. Jest, podobnie jak „Nagrobek z lastryko” opisem materii podłej, miernej, nietrwałej, brzydkiej, zimnej i martwej. Nie wiem, czy – jak sugerują recenzenci – trociny to symbol wieśniactwa. Myślę, że trafniej odebrać przesłanie tytułu, jako wybebeszanie pluszowego misia przy równoczesnym nawiązaniu do filmu Barei, ponieważ Varga najwięcej uwagi poświęca minionej epoce. To, że jego bohater jest pracownikiem nowoczesnej firmy i nie robi nic innego, niż to, co najprawdopodobniej robi podobny pracownik świata Zachodu jest właściwie bez znaczenia i nie jest w stanie niczego uzdrowić. Choroba, której kliniczny obraz bohater powieści w swoim wewnętrznym monologu precyzyjnie analizuje, jest zakorzeniona w czasie i zaniechaniu, a powierzchnia, na której rozgrywa się społeczna „normalność” zbyt czuła, by trucizn i jadów nie odczuwać. Piotr Augustyn musi dokonać mordu, rytualnej ofiary, perforacji wrzodu by mógł się rozlać i ocalić krótkotrwałą stabilizację.

Wątpię, by te nihilistyczne pomruki miały na celu podpowiadanie jakiś rozwiązań. Wręcz przeciwnie. Varga na kartach powieści przerabia literacko pewne zachowania, szuka nie tylko powodów rodzącej się nienawiści, ale prognozuje jej ujście. Destrukcja jest przede wszystkim na zewnątrz, w otoczeniu narratora. Wszystko już jest przeżarte przez korniki, wszystko jest o konsystencji rozlatującej się materii. Napełnieni trocinami są jego rodzice, którzy (dzięki Hitlerowi) mieszkając w stołecznym mieście w sercu Europy nie zdołali przezwyciężyć swojego prostactwa, inercji i bierności. Wnętrze Nornicy – dziewczyny, którą narrator uwznioślił romantycznie i przez którą dał się seksualnie wykorzystać – jest wypełnione podobnie nieszlachetną materią. Muzyka zrobiona z prawdziwego kruszcu, w którą ucieka Piotr, łagodzi obyczaje tylko pozornie, ponieważ sztuka wysoka nie jest w stanie uwznioślić czegoś, co z natury jest małe. A Piotr Augustyn kwestionując świat, w którym żyje i swoje korzenie, co i rusz przyłapuje się na tym, że dzieli z nim tę samą mierność. Jest wypełniony potwornością wsi polskiej nieczułej na cierpienie zwierząt, na piękno, na przyrodę, nasycony głupotą, brudem, barbarzyństwem, tym wszystkim, co zostało, trwa i jedynie przykryto to cywilizacyjnym dywanem.

Katastrofizm Vargi nie jest ani przesadzony, ani nadmiarowy. Nie jest to wezwanie do przezwyciężenia zaniedbań, a tylko ich wizerunkiem. I właśnie taka ma być literatura: ma bezinteresownie portretować.
Gogol po wydaniu swojego arcydzieła, przepełniony wyrzutami sumienia, że napluł na mateczkę Rosję, musiał ratować się ucieczką z kraju. Powieść Vargi wyszła w maju, czyli pół roku temu i jak na razie, Krzysztof Varga prześladowany nie jest. Nie wiadomo, czy z powodu niezrozumienia jego przesłania, czy tylko – i to całe szczęście dla autora – wskutek zaniedbania.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 8 komentarzy

TRZYDZIEŚCI SONETÓW WRZEŚNIOWYCH (30)

30.
Może na darmo umiejscawiam w czasie,
mą chronologię. Pomiesza ją wiatr,
rozproszy kartki, liście. Odtworzyć nie da się,
trzeba czekać na sezon, na okres bez dat.

Trzeba tak wcielić w sztukę życia nieistotność,
by się kurczyło, jak skwierczący ogarek,
by to, co jest stare, było bardziej stare,
nie przez czas, ale przez samotność.

Po barwnych liściach nie zostają ślady,
a jednak je ujrzałam, to zawsze jest moje,
tak działają w świecie wszystkie defilady

zamkniętych w kartkach odniesień.
Nieważne, czy pisanych rozkoszą, czy męczącym znojem.
Ważne, że się stawały jak coroczna jesień.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

TRZYDZIEŚCI SONETÓW WRZEŚNIOWYCH (29)

29.
Moje serce nie chcące wiecznego powrotu
wciąż powraca bez woli tak jak pory roku,
z determinacją rzeźbię słowa w natłoku
pchających się rzygowin, śluzu i potu.

Co minęło dawno, mam to tam, to tu,
a zawsze się łudziłam, że wyszłam już z mroku,
i to zwykła codzienność, żadne hokus-pokus,
prosta instrukcja obsługi, lecz nie dla idiotów.

Marzył mi się powrót w kolorach papuzich,
w pochodzie drzew jesieni, w ich barwnej perfekcji,
gdzie zestaw tonów nigdy oka nie znużył,

marzył mi się myszkinowski bezwstyd
nagiej prawdy, braku miejsca w kolekcji,
jak jesieni imperatyw, jak jej cud.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

TRZYDZIEŚCI SONETÓW WRZEŚNIOWYCH (28)

28.
Księżyca wrześniowego pełnia
wypełnia ogród białym lukrem.
Wyjdę w noc aby stać się niebem,
wchłonie mnie srebrna biżuteria.

To co zmienione ogród uszczelnia,
stałam się diamentowym tłem,
metamorfoza nie jest złem,
kiedy nie traci na tym jednia.

Dlatego, kiedy proste słowa,
obcość uwzniośla, fałsz przemyca,
pęka jak szyba noc wrześniowa,

a najprawdziwsze stalaktyty
utracą szklany wpływ księżyca.
Sterczą badyle, obce byty.

Zaszufladkowano do kategorii 2012, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , , | Dodaj komentarz