LIST OTWARTY DO PORTALU RYNSZTOK

Zdecydowałam się na swoim blogu zareagować na widoczny w Sieci proces upadku portali literackich wynikły w moim pojęciu bardziej z zaniedbania, niż istotnych przyczyn. Ponieważ codziennie odwiedzam wszystkie najważniejsze portale literackie i ta bezcenna wiedza, jaką pozyskuję o tym, co się w poezji współczesnej dzieje, jest mi bardzo potrzebna, dlatego postanowiłam moim blogowym głosem opowiedzieć się przeciwko zamykaniu portalu rynsztok. List dotyczy wątku na rynsztokowym forum właściciela rynsztoka, przemka łośki „Tak to się kula” z 24 sierpnia 2010 roku, gdzie zadaje pytanie: „Czy jest sens kontynuować działanie tego portalu?”

Jestem tylko czytelnikiem rynsztoka, nigdy się na tym portalu nie rejestrowałam i też nie bardzo się w nim orientuję, bo zaczęłam go czytać dopiero od dwóch lat, przedarłam się trochę przez usunięte komentarze w „ścieku”, ale nie dałam rady, nie rozszyfrowałam nigdy tożsamości piszących i rozszczepienia użytkowników na kilkadziesiąt avatarów. Bardzo to wszystko zniechęcało do czytania, bo wyczuwałam w tym wszystkim jakąś zmianę reguł gry w toku życia portalu, nie wiem, nie mam pojęcia, co tam się działo, ale dla postronnego czytelnika, widza, takiego jak ja, nie był to objaw pozytywny. Zawsze, rozpaczliwie szukając w Sieci głosów alternatywnych do poprawnościowych stylów innych portali literackich, brałam jednak pod uwagę to, że rynsztok powstał z buntu, z odszczepienia, z pokrzywienia się nieszufladzie i z żalem obserwowałam, jak wszystko w Sieci zlewa się w jedną sieciową pulpę, że ta sama produkcja literacka, te same komentarze, te same mądrości, dublowane są, na zdawało się odrębnym sieciowym miejscu, przeznaczonym przecież do innych celów. Przypomniało mi to taktykę reżimu komunistycznego, który w stanie wojennym w ciągu jednej nocy potrafił wymienić skład redakcji zbuntowanego miesięcznika literackiego, którego czytelnicy łaknęli i go wykupywali, zasiedlić tam ją swoimi ludźmi, nawet w stopce nie pisząc, że taka wymiana nastąpiła.
Czytając rynsztok, te tajemnicze nicki, zdawało mi się, że nastąpiła tu właśnie jakaś okropna podmiana, jakiś komunistyczny przewał i to przecież w przyzwoleniu właścicieli rynsztoka. Jak napisałam, nie znam kulisów portalu, nie uchwyciłam sensu toczących się tam dyskusji. Ale nie rozumiem zupełnie, coś niedochodowego, wolnego z założenia, mogło się tak w Sieci stoczyć.

Bardzo bym chciała, by nie likwidowano historycznych niemal portali literackich. Bardzo bym chciała, by one ożyły i by trwały, tak, jak nieszuflada tak i rynsztok powinny stać się portalami o bardzo wyraźnym profilu artystycznym i korzystając z odpływu wszystkich sieciowych mętów na TRUML i liternet pl. natychmiast wprowadzić zakaz powrotu, zakaz uczestniczenia w innym portalu. Użytkownicy nie powinni zasiedlać równocześnie wszystkich sieciowych portali, bo ja, by przekonać się, że spotykam tego samego nudziarza pod innym szyldem, wytracam cenny czas sieciowy i dopiero po przeczytaniu widzę, że zostałam nabrana. Jako czytelnik ja tego sobie nie życzę, mnie to osłabia i zniechęca do Sieci. Jeśli komuś zależy na dobru Internetu, powinien dbać o jego higienę.

Poza tym portal literacki (a podobno rynsztok to portal „elitarny”) musi być jednak portalem twórczym, a nie marketingowym, bo od marketingu są inne portale i nie powinno się mieszać tych rzeczy. Portal społecznościowy o profilu literackim winien mięć te same cechy, co awangardowa grupa artystów, która używa swojej wspólnoty jako eksperymentu i laboratorium, a nie jako punktu sprzedaży. Dlatego tylko tutaj mogą objawić się wszelkie anomalie, skandale, obscena i wszystko to, czego tzw. szersza publiczność by nie strawiła. Jako właścicielka bloga wiem, jak trudno utrzymać w Sieci żywe i aktualizowane miejsce. Jednak blogi pojedynczych osób są za słabe, by wytrzymały konkurencyjność zdeprawowanych, dużych portali literackich mających duże pieniądze, zaopatrzonych w najnowsze narzędzia. Dlatego bardzo bym chciała, by przejrzysty i funkcjonalny rynsztok przeobraził się w prawdziwy portal poetycki, który automatycznie przyciągnąłby osamotnionych na blogach ludzi. Można by po prostu ich imiennie pozapraszać, natomiast nie dopuszczać do uczestnictwa ludzi duchowo obcych, którzy bardzo dobrze czują się na nowo powstałych portalach komercyjnych takich, jak liternet pl. i TRUML. Nie musi to odbywać się środkami administracyjnymi, sami zrezygnują, czując się na rynsztoku źle. Czytałam wczoraj na TRUMLU dyskusję, gdzie użytkownicy np. nie życzą sobie w swoich szeregach ludzi mądrych (wątek na forum TRUMLA „czego nie lubię w poezji”):
„(…) W poezji nie lubię POETÓW co to się zowią. Tych natchnionych, najmądrzejszych, oczytanych i oczekujących oczytania od innych.(…)”
[majhewa, 20 sierpnia 2010 o godzinie 07:31]

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , | 19 komentarzy

XXXVI AKTÓW (XVIII)

AKT XVIII

Ten czas
nad ziemią, by drżała,
zanim wchłonie, przytrzyma,
już nie odda ciała,
ten czas,
między nami, ten sam,
co się rozkoszuje ogrodem,
zawsze lgnie tam,
gdzie suchy sen
wolny od treści,
gdzie sen bezcielesność zmienia
w pamięć, w materiał w kompresji,
spalony czasem bez płomienia.

Twój śmiech,
twój śmiech,
będzie wytworem, zamiast
bólem, co wsiąka. Ziemia
ból przetworzy, jak czas.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , | Dodaj komentarz

PODZWON

– Jak się czuje Podzwon?
– Zniosłem go rano w torbie z IKEI i nawet zrobił kupę. Nie chciał zjeść kawałka kiełbasy z pastylką, zacisnął zęby, ale po spacerze zjadł. I merda ogonem nawet. Szczeka jakiś pies u ciebie?
– Nie, to u ciebie szczeka. Pewnie za oknem.

– Nie, u mnie za oknem nie szczeka. Słyszę w słuchawce, że szczeka.
– To u ciebie. Zobacz, może to Podzwon w drugim pokoju.

– Nie, to nie Podzwon, to głos szczeniaka. Przecież wiem, jak szczeka Podzwon.

– Ale idź i zobacz, może to Podzwon.

– Tak, to Podzwon szczekał. Takim zmienionym głosem. Leży w przedpokoju… on chyba umiera…Pewnie się męczy… A ta cipa powiedziała, żeby z nim przyjść za tydzień… to te pastylki go wykończyły… Żeby nie wiedziała, w jakim jest stanie… Ale z niej weterynarz!… Serce powiększone… Przecież on się dusi… Musi strasznie cierpieć…
– (z płaczem) on umiera…

– to go gładź… całe szczęście, że mnie tam nie ma…
– on już jest gdzieś indziej… on na mnie nie reaguje… wylatuje mu woda z pyska…on cierpi… mogła go przecież uśpić, by tak nie cierpiał… co ja mam zrobić… co ja mam zrobić…
– to może wyjdź… Podobno zwierzęta idą w las umierać w samotności…

– No wiesz!… Mam go samego zostawić!… Co ja mam zrobić…

– mój ojciec był w agonii 12 godzin, przyjechało pogotowie, odjechało i nic…

– to może trwać kilka godzin… przecież go nie dobiję… Jak mam dobić… Czym? – On cierpi… Zadzwonię do niej, niech przyjedzie, niech da mu zastrzyk, nie, nie mam jej telefonu…niedziela… nie wiem, nie znam nazwiska… to weterynarz na naszym osiedlu…oni to robią specjalnie, by mieć kasę, przecież widziała w jakim jest stanie… co ja mam robić, on cierpi… zadzwonię do ciebie potem…

– Podzwon nie żyje (z płaczem), to trwało dwie godziny…

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , | 5 komentarzy

Nominowani NIKE 2010 Julia Hartwig „Jasne niejasne”

Przewrotny tytuł zestawu najnowszych wierszy 89 letniej poetki nie zostawia żadnych wątpliwości: wszystko jest jasne, wyjaśnione i oczywiste. Drugi człon tytułu jest zwykłą kokieterią jedynie. Wiersze, nawet jeśli zawierają w pewnych momentach tembr perswazji poetyckiej w pytajniku, dają zawsze jednoznaczną odpowiedź, pewność i żadna kontrowersja nie ma w nich miejsca. Podobnie recepcja poezji i całego twórczego życia kobiety, która wykonała gigantyczną pracę translatorską, wydawniczą, podróżniczą i dożyła późnej równie aktywnej i twórczej starości, jest jednoznacznie jasną stroną zarówno poetki, jak i kultury polskiej. Bardzo trudno coś niejasnego napisać o tych ponad czterdziestu wierszach, pisanych tylko dla jaśniejszego czytelnika, a jeśli ktoś odważy się mieć wątpliwości, natychmiast zostanie zakwalifikowany jako ciemny.

A jednak spróbuję podjąć ryzyko polemiki, czytając te bardzo starannie dobrane wiersze o tematyce zawsze odnoszącej się do egzystencji wyższej, szlachetniejszej. Podmiotem lirycznym najczęściej jest autorka, sędziwa poetka, której żywot szlachetny, dobrze przeżyty, jest podstawą i główną materią poetyckich przemyśleń, spotkań z nietuzinkowymi ludźmi i przebywania w szlachetnych miejscach, a także, a to jest chyba najważniejsze, spotkania ze swoimi szlachetnymi myślami. Gorset tej szlachetności pieczętuje każde poetyckie dokonanie i podziw bierze, że zbliżający się do śmierci człowiek może żyć w takiej jednoznaczności percepcji świata, pełnego przecież kontrowersji i jak rtęć, nieuchwytnego.

Krytycy piszą, że wiele wierszy w tym tomie są wierszami religijnymi. Nie wiem, czy można nazwać wiersz „Alleluja”, „Nie wie” czy „Słowo” wierszami mającymi coś wspólnego z metafizyką, czy oprócz zupełnych oczywistości katolickiej obrzędowości, zawierają coś jeszcze. Może najbardziej zdeklarowaną córką Kościoła Julia Hartwig zdaje się być w wierszu „Getsemane”, gdzie poetka rozważa problem pośrednika między Bogiem, a człowiekiem, zgodnie z doktryną kościoła, ingerencją siły trzeciej w postaci Anioła, który jest bardziej iluminacją i wiedzą, niż czynną siłą sprawczą.
Wchodząc w dwudziesty pierwszy wiek, poetka nie ma żadnych wątpliwości, co do posiadanej wiedzy na temat świata, w którym przyszło jej żyć, nie wychodzą więc one spoza katechetycznych schematów. Podobnie dzieje się w wierszach podejmujących próbę odczytania sławnych dzieł sztuki i osobowości artystów. Wiersz „W hołdzie dla Tintoretta” poetka przywołując obraz „Ostatniej wieczerzy” pędzla Jacopa Tintoretta, w jego wielopostaciowości uczestniczenia w biesiadzie, widzi, wprawdzie nikłe, ale jednak powiązania z własnymi przeżyciami:
„(…)bo przy stole zasiądzie wielu/ tak wielu że nikt nie będzie pytany/ o kartę tożsamości/Czy to powód by od razu skazać się na małość?/ nie kochać i nie podziwiać/ i będąc osobno nie być razem?(…)”, ale nic z tego nie wynika, wiersz skręca na dogmat istnienia Boga, który stworzył niebo i ziemię.
Pozostałe wiersze nie są poetycką ucztą, są spłatą tajemnego długu ludziom pośród  których przebiegło poetce życie, wielkich i sławnych osobowości, takich jak „(…)Edelman Kołakowski Michnik Mazowiecki Geremek Kuroń Lutosławski Frasyniuk Bujak Wujec… (…)”którym  „(…)zapewne obca doskonałość(…)”
[Do przyjaciół]

ale ze względu na ich niewątpliwą szlachetność, znajduje w swoim wierszu dla nich miejsce.
Do panteonu osobistych spotkań z wielkimi dołączają w wierszu „Via Condotti” Miłosz i Turowicz, w wierszu „Profesor” sławny chiński dysydent Kangu Zhengguo. Ta kolekcja osób, zwana przez krytykę postawą obywatelską poetki, uzupełniona jest też innymi sławami świata Zachodu, w jakiś zawsze sposób powiązanymi z życiem mentalnym autorki. Z Baudelaire’m, Braque’m, Raïssą i Jacquesem Maritain’em, z Rossinim.
Osobnym zabiegiem artystycznym jest, niestety nielicznym w tym zestawie, wkomponowanie osobistego przeżycia w obraz innego poety. Tak dzieje się w wierszu „Dans le vieux parc solitaire et glacé”, dedykowanym Januszowi Pasierbowi, którego tytuł jest cytatem z wiersza Paula Verlaine „Colloque sentimental”, w którym poeta francuski opisuje pusty, zimny park. Julia Hartwig szczęśliwie łączy ten poetycki obraz z przypomnieniem spotkania księdza Janusza Pasierba „spod kołnierza jesionki wyglądała biała koloratka” w jesiennym, zimnym parku, którego nastrój zapowiadał jego śmierć.

Najciekawsze są jednak wiersze osobiste, w których chociaż na chwilę poetka zwalnia z uciążliwego trzymania fasonu i staje się bardziej ludzka. „Uciekam uciekam” to niezwykle piękny wiersz o śmierci, „słońce w czarnym kapturze zbliża się powoli”, o mentalnej przystani, o ogrodzie, który poetka zawsze ma w rezerwie w stanach lękowych i stanowi zawsze jej zabezpieczenie, które jednak może w każdej chwili nie spełnić swojej roli, gdy wtargną tam niepożądani ludzie „dzień zna już wymiar kary”.

W wierszu „Robi się coraz później” oszczędnie i niezwykle trafnie oddaje stan człowieka w przedśmiertnej poczekalni, gdy wbrew ogólnym mniemaniom, człowiek kieruje się ku przyszłości, a nie w stronę przeżytego sentymentu. W wierszu „Obudź się” wręcz ponagla swoją duszę do aktywności, która wygodnej hibernacji zdaje się odmawiać uczestniczenia w pisaniu wierszy do końca życia. Ale są to bardzo łagodne połajanki, ponieważ poetka do końca cyklu poetyckiego, zżymając się na sentymentalne zmiany w otoczeniu, wśród miast, nazw ulic i miejsc, które odwiedzała, czuje się mimo wszystko wyśmienicie. To samozadowolenie Juli Hartwig przeczy pospolitemu twierdzeniu, jakoby poeta miał coś przeciwko życiu, niesprawiedliwości świata. Określenie „rogata dusza” w wierszu „Obudź się” jest zapewne poetycką nadinterpretacją i zupełnie niestosownym samobiczowaniem.

Nie odnalazłam, jak chcą krytycy, w doświadczeniu poetyckim wierszy Juli Hartwig wahań i drugiego dna tych bardzo prostych i czytelnych strof, które nigdy o nic nie pytają, są jedynie zawsze jakąś konkluzją na zadany temat. Jeśli program poetycki, jak sugeruje krytyka, jest wzięty z wczesnych wierszy amerykańskiego poety, któremu poetka oddaje hołd w wierszu „Do Williama Carlosa Williamsa” to ta programowa prostota służyłaby też docieraniu do jądra poetyckich tematów. W moim odczuciu są one, w swoich nieustannych niedopowiedzeniach, zapisem pewnego wygodnego stanu podmiotu lirycznego, który, wbrew deklaracji, że wiersza nie można meblować, poetka mebluje pewnymi retuszowanymi stanami swoje poetyckie życie, opisując doświadczenie podmiotu lirycznego zawsze elegijnie, godnie i afirmująco.

A jednak mimo tak optymistycznego wydźwięku tego zestawu, trudno po lekturze wierszy zostać takim nastrojem obdarowanym. Tak, jakby ten pozytywny obraz minionego życia był przynależny jedynie poetce, jakby się nim nie dzieliła, tylko zabierała skrzętnie tam, gdzie zamierza się znaleźć.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , | 4 komentarze

Anna Wieser „Delta”(2009)

Anna Wieser nie jest wprawdzie jeszcze sztandarowym produktem dyżurnym, który może bez czytania i kompromitacji za nie przeczytanie jury po całej Polsce w konkursach nagradzać i drukować w ciemno jej wiersze po gazetach, ale na tych zalążkach – nominacja do głównej nagrody Jacka Berezina, druga nagroda w tym roku na konkursie w Kutnie, wyróżnienie drukiem w kobiecej antologii „Solistki” – po tych stopniach, po których dzisiejszy wschodzący poeta stąpa i pnie się w górę, na ich przykładzie, warto ten proces prześledzić.

Tak jak Paweł Kozioł napisał w „Lampie”, poezja Anny Wieser to zaledwie początek.
„(…)Wrażenie z podobnych zderzeń pozostaje takie, że czytam jednak poezję w jakimś sensie niegotową, że na sensowny jej opis przyjdzie pora po kolejnym tomiku. Bo póki co – magma.(…)”- napisze Paweł Kozioł w „Ścinamy skrawki, skubiemy okruszki” – “Lampa” 11/2009
Jednak czytając wiersze poetki, słusznie ocenionej, jako poezja wrażeniowa, emocjonalna i chwilowa, uważam właśnie te niespełnienia jako największy jej atut, a świeżość rejestracji skargi podmiotu lirycznego za bezcenne i niepowtarzalne prawo poetyckiego debiutu, który zawsze winien być jednak wrotami do poezji i kapitałem, z którym się przez nie wchodzi.

Anna Wieser wśród ogromu poetek przyuczanych do zawodu poety, szlifowanych bezsensownie na różnych szkodliwych warsztatach i portalach literackich tak, by została wyrugowana w początkujących piszących wszelka szczerość i życie, a zastąpiona pozą i fałszywym artyzmem, paradoksalnie, Anna Wieser okazała się widocznie złym uczniem i zdołała co nieco ze swej tożsamości ocalić.
Bo „Delta”, jak napisał w krótkiej notce do tomiku Edward Pasewicz, to ujście różnych odnóg poetyckich stanów, delikatnych i przekonujących.
Dla mnie „Delta” to też znak czasu, w którym poetce przyszło żyć i tymi ponad czterdziestoma wierszami udało się jej nimi zaświadczyć i powiedziałabym za Psewiczem, że ja tym wierszom po prostu ufam.
Tytułowym wierszem „Delta”, metaforą egzystencji ryb w wodzie poetka stawia tezę o niemożności spotkań, o niemożności porozumienia tym wszystkim, co mimo modlitw i tej samej wszystkim „wodzie”, w której jesteśmy egzystencjalnie zamknięci, wszelkie powinowactwa i współistnienie jest niemożliwe. Wiersz ten, nie różniący się niczym od pozostałej minorowości i pisanej jakby na jednej nucie wierszy pozostałych, jest jednak symbolicznym znakiem, takim parasolem, okrywającym resztę wraz i ich funkcją znaczeniową.

Przerażający, a jakże prawdziwy jest pesymizm dalszych wierszy, w których oprócz aktualnego cierpienia przenikają obrazy z dzieciństwa, pełne nierozwiązanych nigdy problemów i zaprzepaszczonych bezpowrotnie możliwości. Mamy w obrazie niebieskich sukienek symboliczne błogosławieństwo dla dzieci w szpitalu, zanurzonych w nieustannym, nocnym, bezsennym lęku, którym matki zastępcze, pielęgniarki, przyniosą ukojenie, ale ukojenie równie zastępcze. [„Odział dziecięcy”]
W niemożność, w niespełnienie, uwikłani są wszyscy otaczający podmiot liryczny ludzie, z którymi bohaterka wierszy jest emocjonalnie związana. Litania do biologicznej matki w wierszu „abonament”, wierszu bardzo wojaczkowym i nawiązującym być może do jego „ironicznej Pani”, do Matki Boskiej, katalog zobowiązań wobec dziecka jest wyszczególniony gorzko i nie w nadmiarze, a jednak po norwidowemu „nic, a jakże dosyć”. Ciężary współistnienia noszą nie tylko matki, ale i kochanki, i kochankowie, i cały smutek tych wierszy, którzy mówi o braku radości życia niezawinionego, skupiony jest właściwie na zewnętrznej winie uwikłania, natomiast nie są obwiniane postacie, które w materii wierszy mają swój udział. Powtarzam, ufam tym lamentom, tym zawodzeniom, tym nieustanym skargom i utyskiwaniom, podpisuję się pod ich słusznością i wołaniem. Bo przecież, jako czytelnik, tak, jak bohaterka wierszy, nieustannie proszę też o rozmowę, o dialog, o porozumienie:

„…(…)nie wypuszczaj mnie z rąk
bo wpadnę w ulice walące pięściami
puste i rozwrzeszczane
w podarte ciała samobójców(…)”

[Mów]

Każdy wiersz w tym zbiorze, to problem egzystencjalny zawsze wyartykułowany celnie i słusznie. Poetka używa wielu środków wyrazu, niekoniecznie pięknych, harmonijnych i poetyckich, jest to bardziej wynurzenie pragnące się za wszelką cenę skomunikować ze światem zewnętrznym,  niż wytwarzanie artefaktów. I jeśli podmiotowi lirycznemu się to nie udaje, to narzędzie poetyckie spełnia ten postulat automatycznie udowadniając, że staje się nośnikiem tego, co jest niemożliwe w innej postaci.

Jest wiele dopływów jednej rzeki, którą płynie nasze życie, wiele aspektów kumulujących się w tytułowej delcie, która przechowuje poetycką energię i zarazem ją systematyzuje. W więc mamy wiersz o relatywizmie prawdy w jej najszlachetniejszym znaczeniu jako protest przed jej profanacją i o wyborze metody ukrywania się [Re: O odwracaniu], mamy zilustrowany schematyzm i martwotę w nadmiarze lepszych możliwości [Baśń], mamy wadzenie się o życie i o nie grę w samobójczych stanach [Mecze]. Całe właściwie spektrum niepokoju wychowanka dzisiejszych czasów Anna Wieser w licznych wariantach zamyka w tych celnych i nadzwyczaj zrównoważonych, pełnych rezygnacji wierszach.

Ale to, jak napisałam we wstępie, początek, debiut, który najczęściej jest jedyną wartościową pozycją w dorobku poety. Poety na tyle silnego, by podążał za własnym głosem, a nie głosem świata, w którym mu przyszło żyć i głosem czytających poetów poezję Anny Wieser, zaprogramowanych na zupełnie inne głosy, bo są głosami właśnie tych, o których mówi sprzeciw tych wierszy.
Czas pokaże, czy poetka Anna Wieser ocaliła swój początek wpływania do większej wody nurtu literackiego w Polsce.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , | 43 komentarze

XXXVI AKTÓW (XVII)

AKT XVII

Zmierzch się przetacza, znikam w trudzie
wciąż metodycznie, miarodajnie, znikam, jak znika w mroku twarz,
przechodzą ludzie, dręczą ludzie, a ja przechodzę wciąż w nietrwanie.
Spotkanie z tobą, to jest złudzie
kolejny hołd ostatni raz
oddany. Losom pustym da przypadek nikły, jak morze daje szansę,
lecz nie poszuka nikt rozbitka, skieruje na trupa latarnię,
bo wiedzą, bo się dowiedzieli, że nie ma nic, że nocne głosy
to tylko syren jęki w pianie,
a cienie, to ich długie włosy,
a jeśli już, to w majonezie syrena, w modnej restauracji
bo czemu nie, skoro jej nie ma, to warto pokosztować ciało
(fikcja jest smakowitsza prościej, bo mija koralowe rafy
strachu zwątpienia w słuszność racji).
Zniknie w przełyku ciała białość,
język z odrazą zwróci ości,
pochwali nowość w menu gości,
nic się nie stało, nic się nie stało, ot, talerze
białe i puste. Znikam trafem
przepadku wierzeń
w coś, co zdarzyło się syrenio
jak wyło w portach, kiedy statki
słały sygnały w morza noc,
trwałam na horyzoncie niemo
twojego snu troskliwej matki
bezradnej w swojej zaradności,
by płód mój przetrwał. Nie ma roszczeń,
gdy nie ma płodu, poronienia, śladu. Śpiew syreni
jest uduszony. Ja, to owoc
zaniku czasu i przestrzeni.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , | Dodaj komentarz

XXXVI AKTÓW (XVI)

AKT XVI

Piosenka dla chłopca

miękko się sączy wonią floksów
lato. Piosenka tylko z tobą!
Jeszcze nie czas, byś wszystko popsuł
niesfornym wiekiem letnich chłopców!
Pochylam się nad lustra wodą

sama, a las się czernią tłoczy
w tle. Zanim woda się pomarszczy
świat będzie drżał, robił się starszy,
zmiesza odbiciem moje oczy,
by nie patrzyły już w ciąg dalszy.

Chłopiec, co zwija się w piosence,
która się mieści w floksów woni,
lustro leśnego stawu w ręce
łatwo poniesie, nim poświęcę
mu kroplę wody poświęconej.

Trwa aksamitu chwila letnia, nic nie jest jasne, ani mroczne,
drga ta piosenka w chwili świętej,
zamkniętej głucho w tkance ocznej!
(Zamknę, bo cóż z tym wszystkim pocznę?
Skarby na głucho zatrzaśnięte
na dnie leśnego stawu latem.)

Odejdź, bo skończy się dramatem.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano | 19 komentarzy

Nominowani Silesius 2010 w kategorii debiut roku. Joanna Lech „ Zapaść”

Nudnych, nijakich i bezbarwnych osobowości z pewnością ludzkość na przestrzeni wieków wyhodowała wystarczająco dużo, którzy w pokorze niezaistnienia jako artyści odeszli w mroki niepamięci pozostawiając pola postaciom barwnym i twórczym.
Dopiero dwudziesty pierwszy wiek literatury polskiej zdecydował się na naprawienie tej niesprawiedliwości dziejowej uruchamiając nakładem dużego publicznego wysiłku i kosztów sieć warsztatów poprawnego pisania, które z bogatej oferty przyrodzonego, niesfornego przychówku szkolnego potrafią bezbłędnie wyselekcjonować rok rocznie egzemplarze poetów, co do których wiadomo będzie, że konsekwentnie będą stać na straży martwoty duchowej, neurotycznej nieciekawości świata i po wysunięciu ich kandydatur do laurów zwycięzców konkursów literackich, gdzie w jury zasiądą ich nauczyciele w miarę upływu lat, będą zasiadać w tych samych strukturach jurorowania, by precyzyjnie i perfekcyjnie z bogatej oferty kandydatów wyłonić największe beztalencia z zakodowanym w genach brakiem jakichkolwiek predyspozycji literackich.

Podobno debiut książkowy to dla poety zazwyczaj szczyt jego osiągnięć i jeśli potem krytyka się zachwyci i pochwali następne dokonania, debiut zazwyczaj pozostaje najsilniejszym, a zwinięte zazwyczaj jest w niewielkich objętościowo utworach wszystko, co dojrzały pisarz potem rozwinie.
Czytając zaledwie około trzydziestu krótkich wierszy, zastanawiałam się, czy to wszystko, co napisano o „Zapaści” Joanny Lech nie jest też jakimś adekwatnym do klimatu wierszy autorki suplementem i celowym poronieniem entuzjazmu i afirmacji, jakimś freudowskim uleganiem ich klimatowi, bowiem dwuznaczność pochwał jest typowa i zastanawiająca:

„(…)Przypomniałem sobie jednego z jurorów, który nie wytrzymał i już w kuluarach zdradził werdykt Bierezina. A potem widziałem go na widowni lekko drzemiącego. Teraz wiem, że zapadał się w świat niesamowitych zwidów.”– napisze Krzysztof Kleszcz na blogu bialafabryka.blogspot.com

Ciekawe są recenzje, które potrudziwszy się z wymienieniem cech złej poezji zaprzeczają jakoby właśnie „Zapaść” była od nich wolna:

„(…)Zapaść sprawia wrażenie książki spójnej, starannie skomponowanej. Nie jest to z pewnością zestaw wszystkich opublikowanych wcześniej tekstów, co zdarza się debiutantom dość często. Z pozoru te wiersze niespecjalnie wyróżniają się na tle innych. Nie zaskakują ucha, przykrojone tak, jak dzisiaj się wiersze kroi. Są nieufne w sposób jak dziś nieufnym wobec języka być powinny. Introwertyczność, depresyjność, wzmacniana przez ponure obrazy – wszystko to wydaje się dość znane współczesnemu odbiorcy. Łatwo przejść koło tych tekstów obojętnie, bo nie starają się nas za wszelką cenę uwieść.(…)”
– pisze Artur Nowaczewski w Toposie 1(110)/2010

Czytając wiersze Joanny Lech, które nie wiadomo dlaczego porównywane są do poetyki filmów Jarmuscha, do poetyki powieści Hrabala, do kontynuacji odkryć formalnych w poezji Wojaczka, Rimbauda, Honeta i Sosnowskiego, trudno nie odczuć obcości tych wyalienowanych strof ze wszystkiego, z czym można skojarzyć twórczością poetycką.
Przede wszystkim ta wydumana poezja cierpiąca, mająca pozór dramatycznie przeżywanego świata przez kobietę wchodzącą w życie dorosłe, pełne kolców i ranień, spreparowana jest z sztucznie przywoływanych strzępów przeżyć (powódź i ostracyzm podwórkowy w dzieciństwie), które niewątpliwie były udziałem autorki, ale są one tak już artystowskie, że nie wiążą się ani z autorką, ani z podmiotem lirycznym, a odskakują natychmiast od czytelnika, wiodąc jakiś smętny, nieprzyswajalny byt.
Wiersze mówią o nieprzystawalności bohaterki utworów do świata, który boleśnie odbiera. Używa wielu środków surrealistycznych, bebechowych i metafor rzygawicznych, wielokrotnie pojawia się nadrealistyczny sen, ale zawsze koszmarny, pełen lęków i onirycznych egzaltacji. Następuje tutaj nieporozumienie ze względu na wymienność obiektu opisywanego i autora. To wyszło mniej więcej tak, jakby zdegradowany i popsuty świat zaczął przemawiać, jakby nie wiadomo było, jakim sposobem coś, co umiera i co jest w zaniku, zaczęło opowiadać o sobie. Artysta, który akurat tak odbiera świat i ma wolę go tak opisać, musi nad nim panować, nawet, jeśli dysponuje śmietnikiem, miastem zdeformowanym, pustym i wyludnionym, to ten katastrofizm nie może być pisany anemią i wrażeniem, że nam pacjent zaraz umrze nie powiedziawszy, co mu dolega. Jęki Lechowej są wprawdzie wyniosłe i zdystansowane, jakby artykułowała je dama nadepnąwszy na odchody ludzkie, ale jednak niezgoda, mimo, że pisana cichą skargą, jest słana w pustkę, w brak adresata, w neurotyczną abstrakcję, która jest wszystkiemu winna. Nie dowiadujemy się z wierszy, kto za tym stoi, dlaczego w otwierającym wiersz „Głód” kochankowie, którzy z taką skutecznością wymieniają między sobą płyny ustrojowe, nie są zadowoleni. Mało, dalej kochankowie, już w odległości tak dużej, że technicznie nie jest to możliwe, stają się zupełnie nieosiągalni sobie, jak jest w wierszu „Przepustowość”

„(…)przełamuję się światłem i ciągle jeszcze próbuję cię dotknąć,
ale to zawsze za mała przepustowość, spięcia na łączach.”

Jeśli w wierszu jest jesień, to tylko w postaci czegoś, co zaraz nastąpi, czyli zbliżającej się zimy i ten permanentny chłód, przeciąg i lodowatość zawsze są opisane schyłkowo, jako degradacja, nieunikniona katastrofa i senny majak. Minorowość nie jest ani poezją czarną, ani gotycką, nie służy do straszenia, nie jest też katastroficzną diagnozą. Nawet w kończącym tomik wierszu „Odpryski” pojawia się, zadawałoby się, optymistycznie i z happy endem ukochany, ale w postaci już przez bohaterkę wiecznie niezadowoloną i zimną, niechciany:

„(…)Chyba południe, bo wracasz.
I wszystko znów się zapętla.”

Nie dowiadujemy się z całego tomiku, na ile wieloznaczność tytułu, w pierwszym rzędzie zapowiadająca medyczną przypadłość, dotyczy scen w szpitalu i niedogodności z tym związanych, a na ile jest sprzeciwem wobec kobiecego losu, który każe kobiecie stać przy garach i być niezadowoloną ze zbyt wczesnego przychodzenia z pracy męża („chyba południe”), ponieważ koszmar ich współprzebywania zawsze naznaczony jest niezadowoleniem i muchami w nosie.

(…) „Te wiersze brzmią jak dobrze odrobione zadanie domowe absolwentki Studium Literacko-Artystycznego przy Uniwersytecie Jagiellońskim, znakomicie obeznanej z modnymi dykcjami poetyckimi ostatnich lat. Takich imitatorskich talentów mamy wiele. Za takie predyspozycje nie dostaje się prestiżowej Nagrody Bierezina. Musi tu być coś więcej, skoro jury wyłuskało projekt autorki z Rzeszowa i nagrodziło tomikiem. I szczególnie nie trzeba się wysilać, żeby tę wartość dodatkową znaleźć.(…)”
– napisze tajemniczo Karol Maliszewski, pozostawiając czytelnika z tym bezskutecznym poszukiwaniem.

„(…)która zapada, gdy nie mamy nic do powiedzenia, albo właśnie mamy za dużo, tylko brakuje nam słów. To jest poezja brakujących słów. Co może dziwić, gdyż na pierwszy rzut oka wydaje się, że słów jest za dużo.
– podpowie jeszcze Karol Maliszewski w dodatku „Kultura”, „Dziennik Gazeta Prawna” z 31.12.2009

Natomiast Jakub Sajkowski na portalu nieszuflada.pl nie ma wątpliwości:

„(…)Ale jedno jest pewne: nie jest to poezja odmierzana “tępą wsuwką do włosów” jak gdzieś już było zapowiadane. Zastanawiam się, czy Joanna Lech odmierzała tu gdziekolwiek i cokolwiek.(…)”

Mogę odpowiedzieć Panu Sajkowskiemu: nie odmierzała.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 10 komentarzy