Nominowani do OSCARA 2010 Jacek Borcuch “Wszystko, co kocham”

Marek Hłasko napisał ”Bazę Sokołowską” sześćdziesiąt lat wcześniej w czasie szalejącego w Polsce socrealizmu. Od tego czasu sztuka polska zakreśliła duże koło i dzisiaj z całą odpowiedzialnością można już stwierdzić, że powstające dzieła sztuki filmowej i literackiej tworzone w wolnej od reżimu komunistycznego wolnej Polsce w manierze wszechpanującego socnihilizmu są o wiele gorsze od ich odsłon socrealistycznych – kierunku niegdyś przymusowo panującego w polskiej sztuce.

W „Bazie Sokołowskiej”, optymistycznym, debiutanckim opowiadaniu Marka Hłaski, mamy samopomoc kolektywu, mamy pierwszego sekretarza i ustrój, czyli wszystkie pozytywne, sprzyjające siły, mające głównemu bohaterowi skutecznie pomóc.
W filmie „Wszystko co kocham” Borcucha bazą sokołowską jest rodzina państwa Sokołowskich mieszkająca w betonowym bloku na osiedlu nadmorskiej miejscowości.Pani Sokołowska, kobieta dojrzała, na której ćwiczy bohater filmu, osiemnastoletni Janek swój pierwszy stosunek płciowy po to, by się nie skompromitować wobec szkolnej koleżanki Basi, wypełnia wszystkie wymagania młodzieńca, łącznie nawet z odbiorem jego wytworów muzycznych i zmuszeniu swojego męża, już rogacza, do zapoznania się też z nimi. Kasetę z nagraniem produkcji muzycznej Janka z najwyższą uwagą wysłuchuje więc meloman, kapitan Sokołowski, oficer marynarki wojennej, który poświęca nawet swojego Wartburga, by kochankowi swojej żony pomóc zaistnieć w szkole jako bohaterowi walk narodowowyzwoleńczych i wzbudzić tym w koleżance Basi pociąg seksualny do Janka. Janek może tym sposobem na wydmie brawurowo nareszcie zademonstrować na koleżance Basi nauki żony kapitana Sokołowskiego, pani Sokołowskiej.

Ten scenariusz, oparty jak widać na „Bazie Sokołowskiej” Marka Hłaski, miałby i nawet jakiś sens, gdyby nie historia. Otóż historia Polski przez te pół wieku się zmieniła i w tzw. międzyczasie, tak miej więcej w połowie tego okresu, wydarzyło się coś, co twórca filmu chce cały czas ominąć, jednak nie bardzo wie, jak, bo nihilizm nihilizmem, ale skoro film ma być wysłany za Wielką Wodę dla zdobycia Oscara Polsce, to nie może tego jednego zatajać, tego faktu, w którym Prezydent Stanów Zjednoczonych miał osobisty udział: stanu wojennego w Polsce.
Borcuch więc decyduje się na zatrudnienie w swojej produkcji najczęściej granej w polskich filmach gwiazdy, Wojciecha Jaruzelskiego, który wygłasza wykutą na blachę ekranową kwestię, że stan wojenny jest i że do szkoły chodzić nie trzeba. Ten fakt nie chodzenia do szkoły pomaga fabule na błyskawiczne zwroty akcji. Pozwala scenarzyście na heroiczne, a zarazem spektakularne sceny batalistyczne, jak to ojciec Janka, podobnie, jak mąż pani Sokołowskiej, oficer marynarki wojennej, wiezie w towarzystwie kolumnady czołgów, syna do babci na wieś. Tam, aktor Andrzej Chyra, ojciec Janka, który już sprawdził się, jako aktor o niesłychanym talencie w scenach uczuciowych w filmie „S@motność w sieci”, tym razem leje łzy na wieść o śmierci babci Janka, czyli swojej matki w nieprawdopodobnie wstrząsającej dramaturgicznie scenie stanu wojennego w Polsce.
Andrzej Chyra pyta Mateusza Kościukiewicza (Janka): co mówiła babcia przed śmiercią? A łzy leją się niepohamowanie z oczu polskiego oficera.
– Że jestem rozczochrany – pada z trudem wydobywająca się poprzez łzy, bohaterska odpowiedź syna.
Widać na planie filmowym, że zapłakany ojciec jest dumny z syna. Patrzy na jego włosy, które dla ilustracji ostatnich, przedśmiertnych słów babci, wnuk pozostawił idealnie w tym samym stanie dla dokumentacji historycznej tych chwil stanu wojennego.

Ale i tak wszystko, co się filmowi, jak i jego bohaterom przydarza, kumuluje się w sokołowskiej bazie. Niewinna młodzież miesiączkująca i onanizująca się, skupiona, jak i nie pokwitająca jeszcze podwórkowa baciarnia wokół trzepaka, na którym w dalszym ciągu wiszą, mogą do woli oglądać nogi pani Sokołowskiej w każdej perspektywie, podrasowani nawet na nieśmiertelnego Jamesa Deana, na którym też wisiał i Marek Hłasko, wykonująca dziwaczne podskoki mające imitować orgię młodzieńczej witalności i seksualną Moc nietzscheańską.
A wszystko tylko po to, by udowodnić, że socnihilizm w wydaniu polskim, to fenomen na skalę światową, bo taki hodowany wyrostek na socnihilizmie i płcić potrafi, i zachować się jak prawdziwy patriota, i walczyć do upadłego o swoje ideały, bo zawsze wie, że nic mu się nie stanie, ponieważ zawsze istnieje chroniąca go, gościnna i nieśmiertelna Baza Sokołowska.


Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , | 5 komentarzy

XXXVI AKTÓW (XX)

AKT XX

Chodź, chodź, magiczność trwa;
chodź, chodź w zmienność dnia;
chodź, chodź, zaświadczyć za,
chodź, chodź, choć iść, to też strach…

Nic się nie zakończyło:
w komie śmiertelność byłą
pozorami racji,
przywraca pozór akcji!

Wchodź, nie ma co czekać,
wchodź, czas nam ucieka
wchodź, nie marnuj chwili,
choć żeśmy tu już byli…

Nie drgnie. Jak się ma starać
milczenia szczelna ściana
jak w trumnie. No i czemu
zamknięta? Wyjść z niej zmarłemu?

Idź, się nie oglądaj!
Wypite do dna,
idź, idź, nikt nie kroczy
za tobą, idź, sam skoczysz!

Rozpostarł słów baldachim,
zwichnięty zapis straceń.
Znikają ruchem wiatru
jak sadza. Myloną matnią

sidlony tak, że potem
nawet lotem
już nie da się więcej,
jak są już wolne ręce…

Zdejm, zdejm, pójdziesz nago,
zdejm, fałsz rozwagą!
Zdejm, co ci zależy
zdejm, zdejm. Nikt nie uwierzył.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano | Dodaj komentarz

Nominowani NIKE 2010 Janusz Rudnicki „Śmierć czeskiego psa”

„(…)Poezja to ogień, nie dym. Albo twarz, poezja to twarz, a poetyckość to powłóczysty, muskający ją welon. Poetyckość ma się tak do poezji jak ładne porównanie do wyjebanej w kosmos metafory. Poezja spada na łeb jak donica z balkonu. To moment, sekunda, błysk. Impuls, porażenie. Piorun, bo poezja jest pionowa. A poetyckość jest pozioma, rozlewa się w prawo i w lewo, żeby dłużej się nią zachwycać. Jak pranie na wietrze. A poezja to sznur, na którym to wilgotne, zalotne pranie wisi. Poetyckość to petting, poezja to rżnięcie. Poezja to odejmowanie, redukowanie, to kucie żelaza. A poetyckość to dodawanie, to dmuchanie kolorowego szkła. Poetyckość to choroba, to wysypka poezji, to huba na jej drzewie.(…)”

napisze Janusz Rudnicki w rozdziale zatytułowanym „Jeżdżąc” i, mimo, że język Rudnickiego jest bardzo oddalony od zwięzłego i harmonijnego języka poezji, można by ten podsumowujący akt literacki pogląd rozciągnąć na artystyczne credo jego prozy.

Janusz Rudnicki za Gombrowiczem, który oczekiwał od literackiej wypowiedzi swobody, a równocześnie wewnętrznego, niemal biologicznego przymusu (słynne porównanie z robieniem siku pod krzaczkiem), opowiada się za tą frywolnością, która równocześnie niesie ze sobą grozę życia. Swobodnie, jak motyl przysiadując to tu, to tam, czy to będzie dworzec w Kędzierzynie-Koźlu, czy obóz koncentracyjny w Bergen-Belsen, ulice i skwery Pragi, Berlina, Hamburga, Warszawy, zawsze okiem zdawałoby się niedbałym, pospiesznym, dostajemy wybrane i wypreparowane z realizmu obrazy, a przy tym niesłychanie znaczące.
Wbrew pozorom lekkości i niewielkiej objętości tej książki, esencjonalności anegdot i gawęd, pisanych prostym językiem ale pozornie tylko łatwo zrozumiałych dostajemy potężną dawkę prawdopodobnej diagnozy tzw. polskości, czyli opisu Polaka poza granicami ojczyzny. Polaka, który daleki jest wprawdzie od obiegowych o nim powiedzonek, jednak nadal „wybrakowanego”, a autor mimo to jakby starał się  go nawet cały czas usprawiedliwiać. Rudnicki-pisarz zachowuje się trochę tak jak zakochana kobieta w nieporadnym mężczyźnie i jeśli w wywiadzie oficjalnie przyznaje się, że wszystkie postacie safanduł, nieudaczników i pechowców to on sam, to faktycznie, narratorzy opowiadań budzą nieodmiennie sympatię. Dla osłody w drugiej części, w „Tekstach drugich”, dostajemy opowieści o tym, że sławni ludzie, tak wielkie osobowości jak Hans Christian Andersen, James Joyce, Alma Mahler-Werfel czy Marek Hłasko, też nie sprostaliby trudnościom tzw. pospolitego życia dzisiaj, polskiemu wyzwaniu dzisiaj, tak, jak i nie udawało się tamtym sprostać w ich życiu. Według mnie właśnie ta druga część książki jest kluczem do, jak to sam autor określił, „pokraczności” i perypetii bohaterów części pierwszej, którzy nie potrafią wywiązać się z najprostszych, narzuconych im losowo zadań.

W tytułowym opowiadaniu „Śmierć czeskiego psa”, bohater podejmując pracę wyprowadzacza psa, staje się bezwiednie jego konsumentem, jak w słynnym opowiadaniu Gombrowicza o spożywaniu Bolka Kalafiora. Takich komediowych opowieści z dziedziny czarnego humoru dostajemy mnóstwo. Dzieją się one za przyczyną bądź rządzących w państwach przepisów, jak opowieść o oddawaniu krwi na granicy w Zgorzelcu, czy o znikających w mieście pokrywach „gulików”, kradzionych i sprzedawanych masowo na złom, a w powstających tym sposobem dziurach, jak w filmie „The Beatles”, wszystko w mieście znika.
Metoda ta, niosąca ryzyko komediowego spłycenia, nigdy nie doprowadza do tzw. placków czy dowcipów okolicznościowych, opartych jedynie na śmiesznych wydarzeniach. Wszystko, co Rudnicki umieścił w tym niewielkim zbiorze opowiadań, ma zawsze drugie dno, ma zawsze filozoficzny kontekst, a rubaszność języka, jego prostota i pozorna nieporadność obrazowania, niesie nas, czytających, zawsze w kierunku jeszcze innych przestrzeni, niedopowiedzeń i pokrewieństw z tym, co doskonale znamy.

Jest jednak w tych tekstach siermiężność pozbawiona gombrowiczowskiego esprit, tej arystokratycznej, modernistycznej odrębności, namaszczenia, którym pisarze poprzednich epok odgradzali się od czytelnika świadomie lub nie, ale dystans autora do czytelnika zawsze się czuło. Janusz Rudnicki mówi w wywiadzie, że jego intencją jest pomóc rodakom:

„Pomóc więc im można w tym sensie, żeby uwolnić ich od ciężkiego worka z przeświadczeniem o własnej wyjątkowości.”

Dlatego być może bohater, wcielający się w różne role: zbieracza ślimaków po czeskiej stronie, w gościa w pasiastej piżamie na gali pokazu “Katynia” Wajdy w Berlinie, nauczyciela liceum itd. jest bliski dzisiejszym losom Polaków, Polaków innych już, walczących o swoje losy inaczej, a jednak uwikłanych w dalszym ciągu w toksyczną polskość, której nie udało im się pozbyć. Rudnicki podejmuje tę literacką konfrontację odmiennie niż pokolenie najmłodsze, którego reprezentantem jest Masłowska. Klarowność opowiadań z surrealistycznymi scenami służy mu jednak skuteczniejszemu i trafniejszemu portretowaniu Polaka ze względu na przynależność wiekową do kilku pokoleń, do epok, którym świadkował, w których Polak cały czas skądś jest, dokądś podąża i gdzieś idzie.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , | 31 komentarzy

Julia Szychowiak „Wspólny język” (2009)

“(…)Nie pamiętam tej kobiety, w której chodzę
i z którą sypiam. Cudzym oddycham, w cudze
włosy wsuwam dłonie. Kim piszę,
kim będę to czytać?”

[Łóżko, w którym leżę, puste]

Tak napisała Julia Szychowiak w zbiorze wierszy „Po sobie”, uhonorowanych nagrodą Silesiusa 2008 za poetycki debiut
Minęły dwa lata i w najnowszym tomiku Julii Szychowiak pytanie to powtarza się nieustannie, niemal przy każdym wierszu.
Brak autora, brak podmiotu lirycznego i wszelkie braki intelektualne, jakie czytelnik odczuwa podczas czytania i wysiłku ich zrozumienia, rekompensuje przynajmniej niewielki rozmiar samych utworów jak i zamknięta w tom ich niewielka liczba. Lapidarność myśli poetyckiej nasuwa nieodmiennie pytanie, czy ten tytułowy wspólny język chce zawłaszczyć też językiem czytelnika i niepokojące myśli o tę wspólnotę dręczą już do końca lektury.

„Dla mnie będzie pusto, skądkolwiek się biorę;
dla ciebie, może, gotowa byłabym być.”

[Dla mnie będzie pusto, skądkolwiek się biorę]

napisze poetka po dwóch latach od zdawałoby się, chwilowego, młodzieńczego dyskomfortu psychicznego, jak gdyby nigdy nic, upewniając siebie i czytelnika, że permanentnemu stanowi hibernacji uczuciowej i intelektualnej musi zaświadczyć również kolejny tomik zatytułowany „Wspólny język”, że ani jego potencjalny czytelnik nie jest tym wybranym, dla którego być może „gotowa byłabym być”, ani też językowej wspólnoty z nim nie potrzebuje.
Oszczędność przekazu poetyckiego Julia Szychowiak maskuje jego ubogością i po jakimś czasie przebywając w kręgu tych samych, powtarzanych odkryć egzystencjalnych typu [Weszłam pod wodę, żeby myśleli, że tonę]
bohaterka tych wierszy jawi się coraz wyraźniej, jako prowokatorka niespełnień i konsekwentnej niezgody na pełnię życia.

„Własny język, którym trzeba się dzielić
z innymi.”

[To niebezpieczne]

powie podmiot liryczny, dając czytelnikowi do zrozumienia, że nie tylko nie pragnie się z nim skomunikować, nie tylko nie traktuje go jako powiernika, ale jest on dla niej wręcz śmiertelnym wrogiem. Może w wierszach Szychowiak dochodzimy właśnie do kresu powinności poety, który już nie musi nie tylko konfesyjnie się uwalniać od świata powierzeniem tego, co go boli, ale też i nie musi się wcale wypowiadać.
Podmiot liryczny odmawia właściwie komunikacji z każdym obiektem, który się napatacza, nie tylko czytelnikowi.
Nie nawiązuje z psem:

„(…)biegł za mną ślepy pies,
nie poznał swojego pana,(…)”

[Myśmy już się żegnali]

Nie nawiązuje z kochankiem:

„(…)Nie mówiliśmy dużo,
łatwo o błąd.(…)”

[Ilekroć kładę się nago, przypominam sobie]

Stany lękowe podmiotu lirycznego rejestrowane na ostatnim wydechu, na wycieńczeniu psychicznym, kiedy pozostawia się ślady istnienia już mimowolnie, jak duchowe odchody, przybierają niekiedy kształty sygnałów, mające na celu nieznacznie tylko zobrazować stan, w jakim się on znalazł:

„Nie zamykajcie mi oczu, nie mogę być wszędzie
jednakowo martwa.(…)”

[Nie zamykajcie mi oczu, nie mogę być wszędzie]

Uwięzienie jakie odczuwa nie budzi młodzieńczego buntu, dążenia do wolności, staje się przyzwyczajeniem, chronicznym marazmem w pewnym sensie stanem nawet pożądanym:

„(…)Wolność to będzie ten balkon, rozcięty
winoroślą, zamknięty spokój.”

[Prawie słyszę]

Depresyjne przedstawienia wspólnoty w złym przebywaniu z kimś pokrewnym, gdzie łączy się bohaterka wierszy z drugą osobą przepaściami, dachami, wspólnym niebem, nieistnieniem, dla której nie ma twarzy, ledwo zarys:

„(…) ale moja twarz jest nieczytelna.(…)
[Chciałabym ją opisać]

charakteryzuje każdy wiersz tego zbioru, jak zapis tajemniczej choroby, która nie ma końca i nie ma nadziei ani na śmierć, ani na wyleczenie. Zimno i martwota, gdzie:

„(…)Dłonie są wszędzie tam,
gdzie wcześniej było zimno(…)”

[Prawie słyszę]

jest wszechobecne i wszechwładne. Całość brzmi jak jeden wielki hymn kajdaniarski, a z jego nikłych pomruków czytelnik wnioskuje, że poezja, to skarga pokolenia, które nie tylko nie prosiło się na świat, ale na dodatek znalazło się na nim wolą nieistnienia.

Ponieważ tomik „Wspólny język” jest w tej samej poetyckiej patowej sytuacji minorowej, jak poprzedni tomik „Po sobie”, należy się spodziewać, że kolejne utwory Julii Szychowiak będą kontynuować tę linię egzystencjalnego zaniku. Prawdę mówiąc, jestem ciekawa, czy są granice zanikania, czy ten proces autodestrukcji dziać się może w nieskończoność, bo jak czytam w wywiadach z autorką, poetka ma się dobrze i nie jest to kliniczny zapis toczącej ją choroby psychicznej, tylko poetycka kreacja sposobu przeżywania życia.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , | Dodaj komentarz

William Carlos Williams “Śmierć” z angielskiego przetłumaczyła Ewa Bieńczycka

On zmarł
pies już nie będzie
mu spał na ziemniakach
by nie zamarzały
przez zimę

on zmarł
stary bękart –
ten drań. Ponieważ

nie ma nic
w nim wierzytelności w niczym
więc
na śmierć
jest chory

on
sieroce kuriozum
braku
żywego tchnienia

cały jest niczym
on zmarł –
skurczona skóra.

Głowę połóż
mu na krześle
a nogi na innym
tak dynda
jak akrobata

Miłości brak.
Utracił więc
ją, jest nieznośny –

bowiem
musi się golić
uprawiać miłość,
w środku wyje
w upadku i trwodze –

urodził go człowiek
i on też
go spłodził
oszust

śmierć
w oczach
wywróconych wstecz
a światło – wydrwione

i
miłość pierzcha

zakopcie to
ukryjcie twarz
bo wstyd.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | 7 komentarzy

Nominowani NIKE 2010 Piotr Matywiecki „Zdarte okładki”

Jeśli Jean Baudrillard, badając współczesne społeczeństwa konsumpcyjne dochodzi do paradoksalnego wniosku, że nadprodukcja, obfitość w erze, zdawałoby się powszechnej szczęśliwości w zaspokojeniu potrzeb tak ogromnej liczby ludzi, wzmaga światowe ubóstwo, to coś podobnego dzieje się właśnie z polską poezją, której zaistnienia w takiej obfitości nasz kraj nigdy nie doświadczył i zarazem takiego jej upadku. Na dodatek szał wydawania całego swojego dorobku poetyckiego w jednym opasłym tomie i przedstawiania go do oceny jurorom dorocznej prestiżowej nagrody literackiej znokautuje nawet najwytrwalszych i najuczciwszych urzędników, a co dopiero dobrowolnego czytelnika, który podobno czyta dla przyjemności.
Przyznam się ze skruchą, że ze „Zdartymi okładkami” walczę już od trzech miesięcy i wczoraj kończąc powtórne czytanie całości, zaobserwowałam dziwne zjawisko znikania we mnie tekstów, i gdyby nie posłowie autora po ukończeniu szóstej setki wierszy i wyłuszczeniu, przez Matywieckiego, o co mu chodzi, zniknęłyby nieodwracalnie.

Sam tytuł sugeruje, że miłośnik poezji nie rozstaje się z tym tomem ani minuty, że obwozi go po tramwajach, czyta w kolejkach, czekając na otwarcie kiosku z piwem i podczas jego picia. Świadczy o tym również okładka tomu, wytłuszczona i wyszmelcowana, w stanie rozpadu i kompletnego zaczytania. Ale to tylko efekt pracy grafika Biura Literackiego, marketingowo wyśmienity, by czytelnik uległ złudzeniu, że zanim tomik trafił do niego, przeszedł przez tysiące rąk, należących do wszystkich grup społecznych i zawodowych.

Niestety czytając ten tom dochodzę do wniosku, że Piotr Matywiecki odważając się po napisaniu biografii Tuwima, kontynuować pisanie poezji, zachowuje się jak uparty nudziarz, który nie spocznie, póki wszyscy słuchacze nie ogłoszą go największym poetą świata, byleby tylko już zakończył wieczór autorski. Jak u każdego nudziarza, bardzo trudno uchwycić istotę tkwiącego w nim uporu i artystowskiego zacięcia, ale spróbuję na podstawie kilku wybranych wierszy to udowodnić.

„(…)A ponieważ wiersze są we władzy czytelnika (to przez Ciebie chcę być widziany, poznawany na wskroś i osamotniany) – wyznaję Tobie, Czytelniku, moją pokorę.(…)”
napisze Matywiecki w posłowiu.

Ach, Panie Piotrze, ja Czytelnik, 100% masochistka, na mnie Pan, jak na niewolnika, jak na podtrzymywacza w orgiach seksualnych u de Sade’a, nakłada to brzemię, ten ciężar niewyobrażalny i mówi Pan jeszcze o pokorze?
W cytowanym posłowiu Piotr Matywiecki zapewnia, że główną inspiracją jego poetyckiej twórczości jest Biblia, nie omieszkując przy tym narzucić na Czytelnika kolejne obowiązki:

„(…)Przez długie lata czytając Biblię i pisząc wiersze inspirowane Biblią chciałem się zagubić w Świętych Mrokach. Obrazy biblijne są macierzyste dla najczystszego patrzenia – widzi się je, a one karmią oczy widzeniem całego świata, z Biblii wydobywa się wzrok nad wzrokami. A przecież Pismo Święte jest też Księgą paradoksalnych, samozaciemniających się egzystencji, mędrców wzajemnie doprowadzających się do szaleństwa. Chciałbym, żeby czytelnicy odczuli w moich wierszach bojaźń – drżenie obrazu i drżenie myśli(…)”

Z dwóch wywiadów, jakie znalazłam w Sieci z poetą Matywieckim jednoznacznie wynika, że jednak cała jego praca poetycka nastawiona jest na własne poetyckie przeżycie, co sprawdza się, czytając tę poezję, właściwie nigdy nie uwolnioną od autora. Matywiecki mówi, że jego idolami słowa poetyckiego jest Rilke i Apollinaire, a jednak nigdy nie dokonuje artystycznego przerwania pępowiny – jak dzieje się u tych geniuszy – łączącej artefakt z twórcą. Na przestrzeni tych około siedmiuset wierszy, kompilacji jedenastu tomików, zbiorowi luźnych wierszy drukowanych w prasie, pisanych specjalnie do tej edycji i także starych, przerabianych na nowo w zużyciu poetyckiego impulsu, który zaistniał w młodości, można w dowolnym miejscu zakończyć lekturę, nuda jak w wypadku przebywania w jednej celi z człowiekiem i wielkość wyroku jest już bez znaczenia.
Matywiecki szczerze pisze o powiązaniach swojej twórczości z duchem narodu żydowskiego, o tragiczności losów jego rodziny, o gettcie warszawskim, o miłości do Warszawy, a jednak nic z tych rzeczy do wierszy Martywieckiego nie przenika. Są cały czas zbieraniną poszarpanego, słownego zapisu na przestrzeni lat, z której nigdy nie rodzi się poeta, z której przy niesłychanej pracowitości i skuteczności wydawniczej nigdy nic nie wynika. Strach pogrążać się w tych nie uwolnionych od Autora wierszach, w tej intymności jemu tylko właściwej, w tym psychoterapeutycznym procesie, gdzie najczulszy Czytelnik, najbardziej autorowi sprzyjający, nie ma czego szukać. Tak, jak wiersze religijne, pisane bardziej na kształt medytacji modlitewnych są hermetycznym zapisem jednostkowego przeżycia religijnego, tak dzieje się w wierszach gloryfikujących geniusz sztuk plastycznych. Modny w PRL grafik Gielniak, wcześnie zmarły w sanatorium na gruźlicę, tak samo umiłowany przez literatów jak Nikifor, zajmuje – jak zwierza się Matywiecki – u niego, „wzrokowca” poetyckiego, takie same nieważne miejsce, jak Golem, jak Kafka, jak Konopnicka, jak Chlebnikow. Nie mam pojęcie z jakiego klucza Matywiecki bierze na warsztat sławne ikony kultury światowej. Nie omieszka Piotr Matywiecki napisać też wiersza o Van Goghu, który w poezji polskiej zajmuje niemal tak samo ważne tematycznie miejsce, jak koty.

Niewiele dowiaduję się o życiu podmiotu lirycznego w odległych już czasach i ta poetycka retrospektywa nie daje też wyraźnego kierunku ewolucji myśli artystycznej autora. Dlatego też, zgodnie z preferencjami i wskazaniami na co ma ten pożądany Czytelnik baczyć, w wywiadzie samego autora, skupię się jedynie na tomiku wydanym w 1998 roku, który wszedł edycyjnie do „Zdartych okładek”, bo ten tom wymienia jako ten, który Matywiecki sobie ceni najbardziej.
„Zwyczajna, symboliczna, prawdziwa” to zbiór około siedemdziesięciu krótkich wierszy. Obok różnych przypadkowych spostrzeżeń, w moim pojęciu banalnych i nieważnych, które Piotr Matywiecki rozdmuchuje do jakiś fundamentalnych prawd i objawień, [„szklanka herbaty”: „(…)Nagie tłumy ciszy/zebrały się w herbacie(…)”] warto skupić się bardziej na portretach osób żyjących (Hartwig) i nieżyjących (Stachura, Gielniak, Weil, Rilke, Słowacki, Dickinson, Lechoń, Horacy) by ten fenomen nietrafności, niecelności poetyckiego obrazowania, rozwikłać.
Juli Hartwig Piotr Matywiecki poświęca dwa wiersze „[Jaki będzie kolor zmartwychwstania]” i „[Zanim wejdzie w czyjeś spojrzenie]”, gdzie subtelnie usiłuje nazwać niewyraźne i zamazywane kontakty międzyludzkie. Gorzej jest jednak z próbą zamykania w kilku zaledwie wersach dorobku Edwarda Stachury. Wiersz „Stachura” porównuje rozwój kultowego poety polskich hippisów do stanu niemowlęctwa. Jeśliby chociaż jeden miłośnik Stachury to przeczytał, zatrząsłby się w słusznym proteście i oburzeniu. W „Tarczy” poświęconym Simone Weil Matywiecki w paru zdaniach, w moim pojęciu nietrafnych, próbuje sentencjonalnie podsumować fenomen francuskiej myślicielki, który jest dla niego czymś odległym i oddzielonym od innych ludzi, jedynie dla niej wydaje się on ludziom wspólny. „Gielniak” to powtórzenie afektacji dwóch innych wierszy w innych tomach, gdzie autor bardziej rozwodzi się nad przedwczesną śmiercią linorytnika. Znamienne jest to, co towarzyszyło mi w liceum; narzucanie odbioru czarnobiałym linorytom Gielnika koloru, tak, jakby mu mało było jeszcze zachwytów nad tym, co tam faktycznie widać. Wiersz „Rilke”, jak mówi w wywiadzie Poeta, to mistrz Matywieckiego, posiada jakby to określić bardziej obrazowo, drugorzędne cechy płciowe. Marginalia, które Matywiecki zauważa w poezji Rilkego, być może dla fana jego poezji są niesłychanie ważne. Ale Rilke, to poeta wielkiego bogactwa samej materii poetyckiej, to wulkan energii, natomiast Matywiecki, jak i w każdym ze swych niedopowiedzianych zawieszonych wierszy, podobnie traktuje poetyckie wizerunki:

„(…)„Daje oczom zwierząt
świat i swoje oczy i zaświat.(…)”

[Rilke]
Wysnute, daleko idące wnioski z wiersza Rilkego o krowie i jej spojrzeniu, Matywiecki stara się narzucić całemu światopoglądowi poety, determinującego jego twórczość.
Nie inaczej jest ze Słowackim. Ironiczny obraz poety w Paryżu, który pragnie jałowość własnej egzystencji napełnić aniołami, lazurami i całym sztafażem romantycznych akcesoriów, a „Światło wstanie z martwych bez słowa”, ponieważ taki jest rytm przyrody i słońce, czy poeta chce, czy nie, to i tak „wstanie”, przekłuwa wprawdzie balon nadęcia, wyniesiony ze szkoły, jednak w tej migawce brakuje mimo wszystko tego hołdu, jaki poeta oddaje poecie, bo to, że giganci poezji są przez ich późnego wnuka, Matywieckiego uwzględniani w jego twórczości, to to jeszcze nie jest hołd.
Pisanie mniejszych o większych jest w konsekwencji zawsze sprawą szemraną. Dickinson w oczach Matywieckiego, to poetka lapidarna, pełna niedopowiedzeń. W sumie, to podziwiam Matywieckiego, że poważył się na portret Dickinson, bo z nią to zawsze na dwoje babka wróżyła i właściwie czytelnik, a tu jest nim Matywiecki, może włożyć w swoją interpretację, co tylko zechce i zawsze będzie to właściwe. Ale już z Lechoniem, według mnie przesadził, bo czy faktycznie, tragedia Lechonia?

„Traktował siebie jak partnera
w poważnej, uprzejmej rozmowie.
Kiedy temat konwersacji
wymógł na nim zmianę tonu,
przestał pisać dziennik

i zabił się.”
[Lechoń]

Ciekawe są konkluzje Matywieckiego na temat starożytnych. W innym zbiorze wierszy, w utworze zatytułowanym „[na każde pokolenie przychodzi godzina]” Homer umiera, staje się dla kolegów podmiotu lirycznego – poetów, rówieśników – martwy, wiersz prorokuje, że przyjdzie kryska na matyska, że jak Bóg Kubie, że tym jego rówieśnikom też, jak Homerowi, na pohybel…
Natomiast w wierszu „Nasze złoto” Matywiecki upomina się o Homera, jako o poetycką ascezę, którą nazywa tarczą przed złym pisaniem wierszy, przeładowanymi przymiotnikami itp.
Natomiast w wierszu „Po Odysei” Matywiecki stawia tezę, że Homer nie miałby na naszym współczesnym świecie nic do roboty, bo waga tych naszych problemów jest starożytnym nie równa:

„Dlaczego nie widzę?
– zapytał Homer. Ktoś odpowiedział:
– bo ślepo jest na ziemi.
Traw za dużo, oczom duszno.”

Obraz Horacego to przywołanie prostoty starożytnych, obrazu sielskiej przyrody i w tym wierszu właściwie nie ma ani nostalgii za nieodwracalnym, ani też i podziwu:

„(…)W obłoku i chwili –
jaskółka!”

[Horacy]

Podsumowując moją lekturę z prawie siedmiuset utworów Piotra Matywieckiego, autora, którego biografią Tuwima zachwycałam się na moim blogu Piotr Matywiecki „Twarz Tuwima” Nominowani do nominowanych Nike 2008, ze smutkiem muszę stwierdzić, że nie wiadomo dlaczego pisarz tej miary, twórca esejów i wartościowych książek o polskiej literaturze i narodzie żydowskim nie może powstrzymać się od publikowania wierszy, które od biedy każdy student polonistyki by popełnił nawet w charakterze ghostwritera, nawet za cenę zrzeczenia się praw autorskich, nawet za niewielkie honorarium, za jakąkolwiek zapłatę, ale za zapłatę.
Nikt z dobrej woli, z potrzeby serca takich wierszy by nie napisał

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | 21 komentarzy

XXXVI AKTÓW (XIX)

AKT XIX

Żegnaj, mój miły!
Żadne dopełnienie
nie jest już władne zamieszkiwać we mnie,
nie mam więcej zaufania, bym nowe losy powitała chętnie,
już nie mam siły.

Ostatni raz, gdy cała się otwieram
w nagości zwierzeń ma bezbronność chwili –
– rozmowy treść obnaży formę. Kroki

jednokierunkowe, jak tekst na papierze
w nieskromność śmiercionośnych rozstań. Żegnaj, miły!

Nie przychodź już, jako ktoś inny,
jak nieproszony gość, bo swego się nie prosi
do wnętrza
królewskiego, do wątków archetypu, narracji, co wyręcza
najwybredniejszy sposób współistnień, gdzie zasadność
nie tłumaczona jest obcym. Oczywistość? Po co.
I tak się wypełni osobno, w skrytości, cicho i niepostrzeżenie.
Los
będzie jak natura, co determinując wybór, tłocząc żywioł w czasu żyły
nie uwzględniła ciebie. Żegnaj, żegnaj miły!

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano | Dodaj komentarz

Jaś Kapela „Janusz Hrystus” 2010

Dobrze by było mieć w najnowszej literaturze takiego bezkompromisowego Chrystusa, który biegałby z biczem satyry po wszystkich literackich skupiskach i roznosił w proch ich sprzedajność i chytrość. Niestety Jaś Kapela zawsze jest tym tłumem sprzedawczyków, tymi faryzeuszami, którzy w własnym łonie hodują własnego Hrystusa, który powołany jest tylko po to, by udowodnić światu, że nic się nie da zrobić. Bezradność Hrystusa właściwie nie jest już nawet cynizmem czy zimną kalkulacją, ale takim lekceważącym głosem tumiwisizmu zadufanym i pewnym tego, że zawsze to będzie bezkarne.

Pierwsza powieść Jasia Kapeli „Stosunek seksualny nie istnieje” już właściwie trywializowała dokonania współczesnych filozofów cytatem z  Slavoja Žižka, ale  mieściło się to w ramach młodzieńczego wygłupu. Powieść została ujęta we współczesny dialog dwóch chłopców ogarniętych nienasyconą manią seksualną podsycaną łatwo dostępną pornografią, a tytułowy temat starał się autor skutecznie rozwinąć, korzystając z własnych doświadczeń i przemyśleń. Pisałam o tym na blogu w wątku Jaś Kapela „Stosunek seksualny nie istnieje” po lekturze świeżej i mimo wszystko zajmującej.

Dwa lata później wydana przez Jasia Kapelę kolejna powieść jest już wielkim spłyceniem i literackim ubóstwem. Minimal art można uprawiać z nadmiaru i dzięki umiejętności zamykania na niewielkiej przestrzeni pojemnych pojęć. Natomiast lektura „Janusza Hrystusa” przynosi niedosyt nie tylko formalny i znaczeniowy, ale też energetyczny. Powietrze, które uchodzi z bohatera powieści, młodzieńca, który już jest pisarzem, ale pisarzem nie bardzo wiedzącym, po co nim jest, udziela się czytelnikowi tak bardzo, że ten zaczyna zastanawiać się z niepokojem, czy priorytety takiej literatury to już zjawisko w dzisiejszych czasach docelowe. Oczywiście, Jaś Kapela warsztatowo jest o wiele sprawniejszy od podobnych produkcji literackich, zalewających właśnie portale internetowe, ale marazm, nazywany mylnie nihilizmem, jest taki sam.

Przede wszystkim pisząca młodzież myli rolę autora z rolą budowanej postaci. Nigdy jeszcze w liczącej się literaturze nie zdarzyło się, że pisarz, powołując do literackiego życia głupca, był równie głupi. Jeśli w „Januszu Hrystusie” mamy wpływy postaci „Mistrza” powołanej przez Marcina Świetlickiego powieściowym cyklem „kryminałów”, czy Adasia Miauczyńskiego  z filmu Marka Koterskiego „Dzień świra” – a o tych fascynacjach Jasia Kapeli dowiadujemy się właśnie z poprzedniej powieści „Stosunek seksualny nie istnieje” – to chyba Jaś Kapela nie zwrócił uwagi, jak te postacie są budowane. Świetlickiego „Mistrz” to dojrzały mężczyzna po przejściach, wypalony alkoholem i jego dekadencka i szczątkowość bardziej jest bliska stanowi egzystencjalnemu bohatera „Mdłości” Sartre’a, niż jakiemuś pierwotnemu lenistwu, jak dzieje się u Kapeli. Podobnie reżyser Koterski stwarza człowieka naszych czasów jako ofiarę zewnętrzności, wobec której jednostka jest bezsilna i przegrywa, płacąc chorobą umysłową, nerwicą i jałowością życia. Jaś Kapela stwarzając Janusza Hrystusa powołuje jednostkę wyjałowioną na własne życzenie, wyalienowaną w swojej pustce i z samego siebie, i ze świata. Oczywiście, najprawdopodobniej i tacy ludzie istnieją, ale groteska artystyczna musiałaby być o wiele bardziej drastyczna, by nam, czytelnikom dała okazję do głębszych przemyśleń. Być może, że właśnie te tzw. przemyślenia są stawką w grze literackiej, gdyż autor określa swojego bohatera do końca, nie dając szansy na żadne dywagacje. Monolog wewnętrzny Janusza Hrystusa, „Obcego” dzisiejszych czasów, nie naprowadza nas na żadne tropy przyczyn stanu pewnego młodego mężczyzny, który żyje w stabilnym egzystencjalnie stanie, skutecznie na dodatek funkcjonuje w życiu literackim, swoje przemyślenia sprzedając i pobierając za nie pieniądze. Letarg, w jakim tkwi, nie przeszkadza mu wieść życia na każdym planie – seksualnym, zawodowym i rodzinnym. Jeśli w środku powieści partnerka głównego bohatera i równocześnie narratora go opuszcza, to dzieje się to taką samą koleją rzeczy, jak kończenie innych czynności fizjologicznych typu defekacja czy jedzenie.

Literaturze dzisiejszych czasów potrzebne są takie postacie, jakie znamy z filmów Kevina Smitha jak Jay i Cichy Bob, ale umieszczeni w fabule i narracji, stają cię bardziej wiarygodni i lepiej określają stan, w jakim dzisiejszy bohater tkwi, i na czym polega jego komiczna tragiczność. U Jasia Kapeli mamy jedynie lekko zarysowany kształt, zbyt ogólny, by mógł ujść schematowi i zbyt jednoznaczny, by mógł ożyć.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , | 39 komentarzy