Jeśli Jean Baudrillard, badając współczesne społeczeństwa konsumpcyjne dochodzi do paradoksalnego wniosku, że nadprodukcja, obfitość w erze, zdawałoby się powszechnej szczęśliwości w zaspokojeniu potrzeb tak ogromnej liczby ludzi, wzmaga światowe ubóstwo, to coś podobnego dzieje się właśnie z polską poezją, której zaistnienia w takiej obfitości nasz kraj nigdy nie doświadczył i zarazem takiego jej upadku. Na dodatek szał wydawania całego swojego dorobku poetyckiego w jednym opasłym tomie i przedstawiania go do oceny jurorom dorocznej prestiżowej nagrody literackiej znokautuje nawet najwytrwalszych i najuczciwszych urzędników, a co dopiero dobrowolnego czytelnika, który podobno czyta dla przyjemności.
Przyznam się ze skruchą, że ze „Zdartymi okładkami” walczę już od trzech miesięcy i wczoraj kończąc powtórne czytanie całości, zaobserwowałam dziwne zjawisko znikania we mnie tekstów, i gdyby nie posłowie autora po ukończeniu szóstej setki wierszy i wyłuszczeniu, przez Matywieckiego, o co mu chodzi, zniknęłyby nieodwracalnie.
Sam tytuł sugeruje, że miłośnik poezji nie rozstaje się z tym tomem ani minuty, że obwozi go po tramwajach, czyta w kolejkach, czekając na otwarcie kiosku z piwem i podczas jego picia. Świadczy o tym również okładka tomu, wytłuszczona i wyszmelcowana, w stanie rozpadu i kompletnego zaczytania. Ale to tylko efekt pracy grafika Biura Literackiego, marketingowo wyśmienity, by czytelnik uległ złudzeniu, że zanim tomik trafił do niego, przeszedł przez tysiące rąk, należących do wszystkich grup społecznych i zawodowych.
Niestety czytając ten tom dochodzę do wniosku, że Piotr Matywiecki odważając się po napisaniu biografii Tuwima, kontynuować pisanie poezji, zachowuje się jak uparty nudziarz, który nie spocznie, póki wszyscy słuchacze nie ogłoszą go największym poetą świata, byleby tylko już zakończył wieczór autorski. Jak u każdego nudziarza, bardzo trudno uchwycić istotę tkwiącego w nim uporu i artystowskiego zacięcia, ale spróbuję na podstawie kilku wybranych wierszy to udowodnić.
„(…)A ponieważ wiersze są we władzy czytelnika (to przez Ciebie chcę być widziany, poznawany na wskroś i osamotniany) – wyznaję Tobie, Czytelniku, moją pokorę.(…)”
napisze Matywiecki w posłowiu.
Ach, Panie Piotrze, ja Czytelnik, 100% masochistka, na mnie Pan, jak na niewolnika, jak na podtrzymywacza w orgiach seksualnych u de Sade’a, nakłada to brzemię, ten ciężar niewyobrażalny i mówi Pan jeszcze o pokorze?
W cytowanym posłowiu Piotr Matywiecki zapewnia, że główną inspiracją jego poetyckiej twórczości jest Biblia, nie omieszkując przy tym narzucić na Czytelnika kolejne obowiązki:
„(…)Przez długie lata czytając Biblię i pisząc wiersze inspirowane Biblią chciałem się zagubić w Świętych Mrokach. Obrazy biblijne są macierzyste dla najczystszego patrzenia – widzi się je, a one karmią oczy widzeniem całego świata, z Biblii wydobywa się wzrok nad wzrokami. A przecież Pismo Święte jest też Księgą paradoksalnych, samozaciemniających się egzystencji, mędrców wzajemnie doprowadzających się do szaleństwa. Chciałbym, żeby czytelnicy odczuli w moich wierszach bojaźń – drżenie obrazu i drżenie myśli(…)”
Z dwóch wywiadów, jakie znalazłam w Sieci z poetą Matywieckim jednoznacznie wynika, że jednak cała jego praca poetycka nastawiona jest na własne poetyckie przeżycie, co sprawdza się, czytając tę poezję, właściwie nigdy nie uwolnioną od autora. Matywiecki mówi, że jego idolami słowa poetyckiego jest Rilke i Apollinaire, a jednak nigdy nie dokonuje artystycznego przerwania pępowiny – jak dzieje się u tych geniuszy – łączącej artefakt z twórcą. Na przestrzeni tych około siedmiuset wierszy, kompilacji jedenastu tomików, zbiorowi luźnych wierszy drukowanych w prasie, pisanych specjalnie do tej edycji i także starych, przerabianych na nowo w zużyciu poetyckiego impulsu, który zaistniał w młodości, można w dowolnym miejscu zakończyć lekturę, nuda jak w wypadku przebywania w jednej celi z człowiekiem i wielkość wyroku jest już bez znaczenia.
Matywiecki szczerze pisze o powiązaniach swojej twórczości z duchem narodu żydowskiego, o tragiczności losów jego rodziny, o gettcie warszawskim, o miłości do Warszawy, a jednak nic z tych rzeczy do wierszy Martywieckiego nie przenika. Są cały czas zbieraniną poszarpanego, słownego zapisu na przestrzeni lat, z której nigdy nie rodzi się poeta, z której przy niesłychanej pracowitości i skuteczności wydawniczej nigdy nic nie wynika. Strach pogrążać się w tych nie uwolnionych od Autora wierszach, w tej intymności jemu tylko właściwej, w tym psychoterapeutycznym procesie, gdzie najczulszy Czytelnik, najbardziej autorowi sprzyjający, nie ma czego szukać. Tak, jak wiersze religijne, pisane bardziej na kształt medytacji modlitewnych są hermetycznym zapisem jednostkowego przeżycia religijnego, tak dzieje się w wierszach gloryfikujących geniusz sztuk plastycznych. Modny w PRL grafik Gielniak, wcześnie zmarły w sanatorium na gruźlicę, tak samo umiłowany przez literatów jak Nikifor, zajmuje – jak zwierza się Matywiecki – u niego, „wzrokowca” poetyckiego, takie same nieważne miejsce, jak Golem, jak Kafka, jak Konopnicka, jak Chlebnikow. Nie mam pojęcie z jakiego klucza Matywiecki bierze na warsztat sławne ikony kultury światowej. Nie omieszka Piotr Matywiecki napisać też wiersza o Van Goghu, który w poezji polskiej zajmuje niemal tak samo ważne tematycznie miejsce, jak koty.
Niewiele dowiaduję się o życiu podmiotu lirycznego w odległych już czasach i ta poetycka retrospektywa nie daje też wyraźnego kierunku ewolucji myśli artystycznej autora. Dlatego też, zgodnie z preferencjami i wskazaniami na co ma ten pożądany Czytelnik baczyć, w wywiadzie samego autora, skupię się jedynie na tomiku wydanym w 1998 roku, który wszedł edycyjnie do „Zdartych okładek”, bo ten tom wymienia jako ten, który Matywiecki sobie ceni najbardziej.
„Zwyczajna, symboliczna, prawdziwa” to zbiór około siedemdziesięciu krótkich wierszy. Obok różnych przypadkowych spostrzeżeń, w moim pojęciu banalnych i nieważnych, które Piotr Matywiecki rozdmuchuje do jakiś fundamentalnych prawd i objawień, [„szklanka herbaty”: „(…)Nagie tłumy ciszy/zebrały się w herbacie(…)”] warto skupić się bardziej na portretach osób żyjących (Hartwig) i nieżyjących (Stachura, Gielniak, Weil, Rilke, Słowacki, Dickinson, Lechoń, Horacy) by ten fenomen nietrafności, niecelności poetyckiego obrazowania, rozwikłać.
Juli Hartwig Piotr Matywiecki poświęca dwa wiersze „[Jaki będzie kolor zmartwychwstania]” i „[Zanim wejdzie w czyjeś spojrzenie]”, gdzie subtelnie usiłuje nazwać niewyraźne i zamazywane kontakty międzyludzkie. Gorzej jest jednak z próbą zamykania w kilku zaledwie wersach dorobku Edwarda Stachury. Wiersz „Stachura” porównuje rozwój kultowego poety polskich hippisów do stanu niemowlęctwa. Jeśliby chociaż jeden miłośnik Stachury to przeczytał, zatrząsłby się w słusznym proteście i oburzeniu. W „Tarczy” poświęconym Simone Weil Matywiecki w paru zdaniach, w moim pojęciu nietrafnych, próbuje sentencjonalnie podsumować fenomen francuskiej myślicielki, który jest dla niego czymś odległym i oddzielonym od innych ludzi, jedynie dla niej wydaje się on ludziom wspólny. „Gielniak” to powtórzenie afektacji dwóch innych wierszy w innych tomach, gdzie autor bardziej rozwodzi się nad przedwczesną śmiercią linorytnika. Znamienne jest to, co towarzyszyło mi w liceum; narzucanie odbioru czarnobiałym linorytom Gielnika koloru, tak, jakby mu mało było jeszcze zachwytów nad tym, co tam faktycznie widać. Wiersz „Rilke”, jak mówi w wywiadzie Poeta, to mistrz Matywieckiego, posiada jakby to określić bardziej obrazowo, drugorzędne cechy płciowe. Marginalia, które Matywiecki zauważa w poezji Rilkego, być może dla fana jego poezji są niesłychanie ważne. Ale Rilke, to poeta wielkiego bogactwa samej materii poetyckiej, to wulkan energii, natomiast Matywiecki, jak i w każdym ze swych niedopowiedzianych zawieszonych wierszy, podobnie traktuje poetyckie wizerunki:
„(…)„Daje oczom zwierząt
świat i swoje oczy i zaświat.(…)”
[Rilke]
Wysnute, daleko idące wnioski z wiersza Rilkego o krowie i jej spojrzeniu, Matywiecki stara się narzucić całemu światopoglądowi poety, determinującego jego twórczość.
Nie inaczej jest ze Słowackim. Ironiczny obraz poety w Paryżu, który pragnie jałowość własnej egzystencji napełnić aniołami, lazurami i całym sztafażem romantycznych akcesoriów, a „Światło wstanie z martwych bez słowa”, ponieważ taki jest rytm przyrody i słońce, czy poeta chce, czy nie, to i tak „wstanie”, przekłuwa wprawdzie balon nadęcia, wyniesiony ze szkoły, jednak w tej migawce brakuje mimo wszystko tego hołdu, jaki poeta oddaje poecie, bo to, że giganci poezji są przez ich późnego wnuka, Matywieckiego uwzględniani w jego twórczości, to to jeszcze nie jest hołd.
Pisanie mniejszych o większych jest w konsekwencji zawsze sprawą szemraną. Dickinson w oczach Matywieckiego, to poetka lapidarna, pełna niedopowiedzeń. W sumie, to podziwiam Matywieckiego, że poważył się na portret Dickinson, bo z nią to zawsze na dwoje babka wróżyła i właściwie czytelnik, a tu jest nim Matywiecki, może włożyć w swoją interpretację, co tylko zechce i zawsze będzie to właściwe. Ale już z Lechoniem, według mnie przesadził, bo czy faktycznie, tragedia Lechonia?
„Traktował siebie jak partnera
w poważnej, uprzejmej rozmowie.
Kiedy temat konwersacji
wymógł na nim zmianę tonu,
przestał pisać dziennik
i zabił się.”
[Lechoń]
Ciekawe są konkluzje Matywieckiego na temat starożytnych. W innym zbiorze wierszy, w utworze zatytułowanym „[na każde pokolenie przychodzi godzina]” Homer umiera, staje się dla kolegów podmiotu lirycznego – poetów, rówieśników – martwy, wiersz prorokuje, że przyjdzie kryska na matyska, że jak Bóg Kubie, że tym jego rówieśnikom też, jak Homerowi, na pohybel…
Natomiast w wierszu „Nasze złoto” Matywiecki upomina się o Homera, jako o poetycką ascezę, którą nazywa tarczą przed złym pisaniem wierszy, przeładowanymi przymiotnikami itp.
Natomiast w wierszu „Po Odysei” Matywiecki stawia tezę, że Homer nie miałby na naszym współczesnym świecie nic do roboty, bo waga tych naszych problemów jest starożytnym nie równa:
„Dlaczego nie widzę?
– zapytał Homer. Ktoś odpowiedział:
– bo ślepo jest na ziemi.
Traw za dużo, oczom duszno.”
Obraz Horacego to przywołanie prostoty starożytnych, obrazu sielskiej przyrody i w tym wierszu właściwie nie ma ani nostalgii za nieodwracalnym, ani też i podziwu:
„(…)W obłoku i chwili –
jaskółka!”
[Horacy]
Podsumowując moją lekturę z prawie siedmiuset utworów Piotra Matywieckiego, autora, którego biografią Tuwima zachwycałam się na moim blogu Piotr Matywiecki „Twarz Tuwima” Nominowani do nominowanych Nike 2008, ze smutkiem muszę stwierdzić, że nie wiadomo dlaczego pisarz tej miary, twórca esejów i wartościowych książek o polskiej literaturze i narodzie żydowskim nie może powstrzymać się od publikowania wierszy, które od biedy każdy student polonistyki by popełnił nawet w charakterze ghostwritera, nawet za cenę zrzeczenia się praw autorskich, nawet za niewielkie honorarium, za jakąkolwiek zapłatę, ale za zapłatę.
Nikt z dobrej woli, z potrzeby serca takich wierszy by nie napisał