AMERYKA (7)

Znałam motele z amerykańskich filmów drogi i z „Lolity” Nabokova i zawsze łączyłam tę wiedzę z ich dużą różnorodnością, bardziej też jako spelunki dzikiego zachodu, pokoiki do wynajęcia o nieokreślonej nigdy przeszłości i przyszłości, siedliskiem wszelkiego zła i występku. Dramaturgia tych wnętrz, gdzie kręcono horrory, filmy gangsterskie, czarne kryminały i ckliwe romanse, miały zindywidualizowaną obsługę, a przedmioty w pokojach, recepcja i hol nastrojowo projektant wnętrz dostosowywał do fabuły.
Ale rzeczywistość jest zupełnie inna.

Motele, których jest bardzo dużo w Stanach Zjednoczonych, a jadąc od północy w dół zachodnim wybrzeżem do Kalifornii, są tak wygodnie ustawione, by podróżny natrafił na nocleg po kilkugodzinnej jeździe i udał się na spoczynek, z daleka wyglądają niepozornie i niepoważnie. Zazwyczaj są to jednopiętrowe, lekkie domki drewniane, zatopione w starannie wypielęgnowanej zieleni, z zazwyczaj oszklonym i z daleka widocznym, bo całą dobę oświetlonym, niewielkim basenem.
Jest coś w amerykańskim hotelarstwie bezosobowego i wbrew literaturze i filmom, obojętnego, a zarazem dyskretnego. Wszelkie formalności odbywają się raczej bez słów, gesty są oszczędne, przesuwanie kartki papieru, podpis, karta magnetyczna do pokoju, przepisowy uśmiech, ale też dyskretny i powściągliwy, ot obustronna oszczędność życiowej energii. Czy motel jest tańszy, czy droższy – zależnie od stanu, bliskości miasta, innych względów, ceny są różne – to zazwyczaj usługa jest mniej więcej wszędzie identyczna. Przestronne pokoje z obszernymi łóżkami w stylu wiktoriańskim, lampki nocne z dużymi, białymi kloszami, plazmowy ekran telewizora, mahoniowe fotele, w powietrzu bezprzewodowa sieć komputerowa. Biało kafelkowana łazienka, jej luksusowe, lśniące wyposażenie, cztery rodzaje białych, frotowych ręczników – od prześcieradeł kąpielowych, po małe kwadratowe ręczniczki, płyny, pasty, mydełka…
Rano można zobaczyć w całej okazałości, otwierając balkon lub drzwi na korytarz, biegnący zazwyczaj na zewnętrz, piękne, kwitnące otoczenie parkingu i schodząc po schodkach do małego pomieszczenia, gdzie wpadają też kierowcy ciężarówek i nieliczni podróżni, można szybko zjeść śniadanie, biorąc sobie z przeźroczystych pojemników croissanty, pieczywo, wegetariańskie wafle lub mieszankę musli równocześnie nalewając do plastikowego kubka gorącą herbatę, kawę, mleko, słodząc to i przyprawiając torebkami, których stosy posegregowane w pojemnikach zalegają niewielkie pomieszczenie, gdzie nikt nie rozmawia, nikt się nikim nie interesuje, traktując bardziej rytuał śniadania jak tankowanie paliwa, niż powitalną przyjemność.

W tych dniach mija nasza rocznica ślubu. Marek trzydzieści sześć lat temu cały rok po rannych zajęciach na politechnice pracował w studenckiej spółdzielni „Kajtuś”, mył świetlówki i okna w biurach, co dało tak duży zarobek, że do wakacji uzbierał na dwa motorowery, których najnowsze modele od dwóch lat bydgoski Romet produkował w miejsce Komara. Ponieważ kupienie roweru nawet w samej Bydgoszczy było nieosiągalne, a Pegazy w sklepach stały, kupił dwa, dla siebie i dla mnie na naszą podróż przedślubną, którą chcieliśmy odbyć w to lato, gdyż Urząd Stanu Cywilnego wyznaczył nam datę ślubu na wrzesień, a potem rozjechaliśmy się do innych miast, do swoich uczelni i ja miałam jeszcze uszyć sobie suknię ślubną na ślub kościelny. Więc mieliśmy wolne ostatnie nasze miesiące wakacyjne i pojechaliśmy na dwóch motorowerach marki Pegaz, których produkcji wskutek wadliwej konstrukcji po czterech latach zaprzestano, ale myśmy jeszcze nic o tym nie wiedzieli i obładowani namiotem, śpiworami, ciężarami, pojechaliśmy na nasze miodowe wakacje.
Już po drodze, właściwie na początku naszej podróży jeden Pegaz się zepsuł. Pegazy miały silnik na szwedzkiej licencji z bezstopniową skrzynią biegów, a właściwie bez niej, bo przeniesienie napędu realizowało cierne sprzęgło odśrodkowe, zbudowane z trzech elementów przyczepionych do wałka sprężynkami. Przy jałowych obrotach siła odśrodkowa kompensowana była naprężeniem sprężynek i moplik stał. Po dodaniu gazu siła odśrodkowa wirującego sprzęgła rozciągała sprężynki, obie części sprzęgła łączyły się, a pojazd ruszał. Najwidoczniej sprężynki były wykonane w Polsce i choć pomysł był świetny, to te polskie sprężynki nie wytrzymywały takich obciążeń i pękały. Uniemożliwiało to uruchomienie silnika z tzw. kopa, bo silnik natychmiast gasł. Pozostawała jedynie metoda na pych, co było niezwykle kłopotliwe, bo na każdym skrzyżowaniu, gdzie należało się zatrzymać, procedurę zapalania silnika należało powtarzać. Natychmiast zdaliśmy sobie sprawę, że w taki sposób nie będziemy mogli kontynuować podróży, należy ją przerwać i wrócić. Ale było już na tyle późno, że musieliśmy znaleźć nocleg. Późnym wieczorem, prowadząc Pegazy szosą, udało nam się dotrzeć do Olkusza nie mając już siły na szukanie pola biwakowego, gdzieś wynająć nocleg i rano wysłać popsute pojazdy pociągiem. O żadnym hotelu nie mogło być mowy, skorzystaliśmy więc z anonsu na słupie, jakich wiele zawieszano w czasie wakacji w różnych turystycznych miejscach po całej Polsce informujących o wolnych kwaterach.
Gdy dopchaliśmy nasze Pegazy na podany adres, przysadkowata kobieta otworzyła drzwi wolnostojącego domu i wyczekująco świdrowała nas wzrokiem. Opowiedziałam o naszych motoryzacyjnych niepowodzeniach i poprosiłam o nocleg.
Wpuściła nas do zagraconego meblami małego pokoju, w którym obok dwóch szaf i mnóstwa przedmiotów na etażerkach, tandetnych obrazów na ścianach, stał tapczan nakryty ciężką, nigdy nie praną kapą. Cale szczęście pod nią była świeża i wykrochmalona pościel, ale i tak nie mogliśmy usnąć do rana.
Pobrawszy niemałą kwotę pieniędzy i zwracając nam dowody osobiste, zawyrokowała, że została oszukana, bo nie jesteśmy małżeństwem. W miarę tych wyrzucanych z siebie słów, na które grzecznie próbowałam wtrącić wyjaśnienie, że nasze papiery od kilku miesięcy leżą w USC, kobieta coraz bardziej wzniecała swój gniew, tym razem obwiniając mnie o kolejne kłamstwo i jednoznacznie określając moją domniemaną profesję.
Powlekliśmy się na dworzec w Olkuszu i nawet nie chciało się nam nic mówić. To były nasze ostatnie wolne wakacje, a po dwunastu miesiącach, także we wrześniu, urodził nam się syn.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , | 2 komentarze

AMERYKA (6)

Czy ktoś, będąc w powietrzu, zastanawia się nad złudzeniem istnienia Boga? Czy oglądając przez dobę zmieniające się pejzaże, wszystkie wschody i zachody słońca, wszystkie konfiguracje chmur, ich barwę egzystencję, ich cały, przepastny romantyzm, spektakl, którego abstrakcyjność jest chyba jedynym, nigdy nie nudzącym i nigdy nie męczącym, permanentnym zachwyceniem poprzez swoją niepowtarzalność i ulotność? Dopiero w niebie człowiek staje się człowiekiem naprawdę, ponieważ oderwawszy się od ziemi, zawsze odczuje ulgę skończoności. Piekłem człowieka jest nieskończoność, dlatego Bóg będzie zawsze skończonym złudzeniem, w którym w powietrzu można się do woli tarzać.

A jednak powietrzne przesiedlenie pokaźnej grupy osób skazanej na technologię szczelnie oddzielającą ją od zewnętrzności stanowi zawsze skuteczną przeciwwagę dla tej nęcącej przestrzeni poza samolotem, do której, uwięzieni, nie możemy się nawet przy najskrajniejszym napadzie szaleństwa, przedostać.
Mimo różnorakich możliwości komunikacji wzajemnej, podróżni, zamknięci w kapsule czasu, są tak samo niemi i pozbawieni zdolności współistnienia ze sobą, jak i skomunikowania się z tym, co oglądają za pancerną szybą.
Latałam zawsze z przesiadkami i zawsze, na każdym lotnisku dosiadał się do mnie ktoś anonimowy, ktoś, kto czasami nawet i wymrukiwał niezrozumiały zwrot powitalny, ale i tak w milczeniu odbywaliśmy tę podróż, by po spędzeniu ze sobą wspólnej nocy zabrać pospiesznie z górnej półki podręczny bagaż i natychmiast zapomnieć, kto siedział obok.
Zawsze wiedziałam, że ludzie, którzy wbrew zwyczajom oglądania ekranów, słuchania słuchawek rozdanych na wstępie przez stewardesę, jeśli podejmują trud komunikacji, to musi to być spowodowane jakimś nadrzędnym imperatywem. I tak moja rozmowa z siedzącym obok Szwedem wynikła tylko z tego powodu, że był opętany nikotynizmem, nie wiedział, rozdarty narkotycznym głodem, co z sobą zrobić i rozmowa ze mną go jakoś rozładowywała. Gdy wylądowaliśmy, natychmiast, nie zwracając już na mnie uwagi, przedarł się do wyjścia i potem widziałam go, jak z ulgą stoi za szybą dużego, szklanego akwarium w korytarzu lotniska przeznaczonego dla palaczy i uspokojony już, i rozluźniony, gdzie z wilkołaka przemienia się zupełnie normalnego człowieka.
Raz całą podroż odbyłam z młodą dziewczyną, odgrodzoną ode mnie słuchawkami na uszach i w momencie, jak monitor wyświetlił już położenie samolotu na kontynencie amerykańskim, a stewardesa zaczęła roznosić do wypełnienia odpowiednie dokumenty, podglądnęłyśmy je sobie i niemal równocześnie zaczęłyśmy mówić po polsku. Jednak ten żal, że nie nastąpiło to wcześniej, pozostał jedynie udany. Nasza rozmowa, mająca cechy wody wlanej do proszku do prania, z początku nabierała coraz to większej objętości wskutek reakcji chemicznej i wytwarzających się bąbelków. Przestałyśmy śledzić – ja chmury, ona ekran monitora – i pogrążyłyśmy się w swoich życiorysach. Ona, świeżo poślubiona Amerykaninowi, niedawna mieszkanka wsi polskiej, jadąca do niego z tej wsi, równoczesna stypendystka i uczestniczka wielu programów uczelnianych, opowiadała, jak trudno jest przywieźć z Polski małżonkowi prezent i jak trudno przyjechać bez prezentu. Potakiwałam i współubolewałam, zastanawiając się równocześnie, czy ten burzliwy zaczyn naszego kontaktu nie został wszczęty zbyt pochopnie, bo nie miałyśmy nic do wyprania.
Faktycznie, na płycie lotniska udając zaabsorbowanie chwytaniem waliz wyłaniających się z luku na ruchomej taśmie, odskoczyłyśmy dyskretnie od siebie, nie wymieniwszy nawet mailowych adresów.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | 19 komentarzy

AMERYKA (5)

Ameryka nie dość, że była tępiona w całym moim życiu komunistyczną propagandą, to na dodatek nie miała też szans na entuzjastyczną recepcję w moim rodzinnym domu.
Od momentu, kiedy młodszy brat ojca wyemigrował do Ameryki z żoną i ośmioletnią córką, moją rówieśnicą, do wcześniej tam osiadłej rodziny swojej żony w Cleveland, rozpoczęło się rodzinne piekło. Nie dość, że posiadanie rodziny w kraju kapitalistycznym było w Polsce niemile widziane, a ojciec nigdy nie zrezygnował z kontaktu z bratem, to na dodatek mama – a ojciec, jedyny żywiciel rodziny ukrywał swoje zarobki jak i wydatki – wyszperała w jego biurku, tknięta podejrzeniami, dokumenty, obligujące ojca do comiesięcznych spłat bardzo kosztownych pożyczek zaciągniętych przez jego brata, który właśnie opuścił na stałe Polskę. Nie mieliśmy lodówki, żadnego pojazdu, nawet roweru, telefonu i mebli, natomiast to wszystko, zupełnie nowe, zakupił brat mojego ojca, spieniężył i pojechał na zawsze do Ameryki.
Nim nadeszła z Ameryki upragniona rekompensata w postaci dużej koperty, minął rok. Pamiętam ten moment, jak cała nasza czwórka pochyliła się nad tą egzotyczną kopertą, by ją wspólnie otworzyć, a ojciec triumfująco na nas patrzył, co oznaczało, że jednak jego brat postanowił dług zwrócić. Kiedy z niej wyciągnęliśmy jedwabną chustkę na głowę, taką, jaką nosiły wtedy wiejskie kobiety w niedzielę do kościoła, ojciec zdenerwowany wyszarpnął nam z rąk tę kopertę i tak długo rozdzierał jej poszczególne warstwy, aż zrezygnowany milcząco wyniósł skrawki papieru do kosza na śmieci. Mama opłaciła listonoszowi za nią jakieś astronomiczne cło, bo chustka była przedmiotem nowym i nieużywanym. Wujek, który dopiero po latach przyznał się, że nie znając języka, krewnych, którzy mu nie pomogli w znalezieniu pracy, długo wystawał po różnych ulicach Cleveland, przy których kopano rowy, by na pierwsze lepsze skinienie łapczywie chwycić za łopatę. Ale nigdy zaciągniętego długu ojcu nie spłacił, bo uważał zawsze, że jego brat, dyplomowany inżynier ma o niebo lepszy los od niego i jak już kupił dom i samochody – co regularnie dokumentował słanymi zdjęciami z Polaroida – to przysyłał nam prezenty. Każdy prezent wujka z Ameryki wywoływał w domu piekielną awanturę, po której rodzice nie odzywali się długo. Za ogromną paczkę nowych, plastikowych kwiatów, przysłanych w intencji zaniesienia ich na grób babci, mama zapłaciła listonoszowi tak wysokie cło, że starczyłoby tych pieniędzy chyba na kupowanie codziennie przez okrągły rok świeżych kwiatów w najlepszej kwiaciarni. Na dodatek ojciec faktycznie część kwiatów zawiózł na grób matki, które natychmiast z tego grobu zniknęły.
W latach sześćdziesiątych tzw. prywaciarstwo produkowało w Polsce plastikowe kwiaty, ale te, przesłane w paczce od wujka z Ameryki, były, pomijając wszystko, co się z tym wiązało, zachwycające.

I kiedy leciałam po raz pierwszy do Ameryki, obraz Ameryki zakodowany w mym dzieciństwie nie został jeszcze niczym wyparty. Obraz ten był piętnem, naznaczeniem, ale na który przecież nałożyły się inne obrazy. Nałożyło się tyle wizerunków, tyle filmów, tyle książek, a jednak podskórnie, podświadomie, tkwiła we mnie pewność amerykańskiej tandety i szmiry, kultury niskiej, powierzchownej, niemającej wartości szlachetnej Europy.
Zemocjonowana podrożą pokonywałam Atlantyk w zupełnie nowej scenerii nowoczesnej cywilizacji, w której zostałam bardziej sformalizowana i uprzedmiotowiona, ale jednak czułam się wyśmienicie wśród życzliwości obsługujących lotniska, przy moich kilkakrotnych samolotowych przesiadkach, po komfortowej opiece stewardes.
Po zapadnięciu ostatecznej decyzji wpuszczenia mnie do Stanów Zjednoczonych, zadaniu krótkich pytań ciemnoskórego urzędnika o powód mojego pojawienia się w tym kraju, zabraniu odcisku palca i zbadaniu dna oka, przeszłam kolejnymi śluzami do holu, gdzie wśród tłumu oczekujących zobaczyłam czuprynę mojego syna.
I potem on wiózł mnie samochodem, a Filadelfia otwierała braterskie ramiona, otwierała się przede mną jak cudowny wachlarz, wyrastała nagle z horyzontu jak baśniowe, fantastyczne zjawisko szlachetnych brył drapaczy chmur, pełnych dystynkcji i elegancji. Ulice, otrzymane w chłodnej sepii i ciepłej czerni, połyskujące rytmem błyszczących w słońcu fasad pociętych oknami, emanowały spokojem i sytością metropolii, w której nie tyle wszyscy są szczęśliwi, co zaistniali. Właśnie ta konkretność uderzyła mnie najbardziej, która może była zakodowana właśnie w architekturze, w mieście zbudowanym nie na wzorze rzymskim, a greckim. Hippodamejska siatka ulic wprowadzała w ten chłodny wykwint dodatkowy spokój i dostojeństwo, ale ja wtedy jeszcze niczego o nim nie wiedziałam, przednia szyba samochodu wyświetlała mi coraz to nowe kadry, w które wchodziłam jak w rozwijający się kwiat, który niczego w swoim wnętrzu nie ukrywa, jest po prostu wiecznym, odradzającym się stale zachwytem.
Gdy minęliśmy otoczony z dwóch stron arterii drapaczami chmur dostojny ratusz i skręciliśmy na most rzeki Delaware, indiańskość nazw mieszała się z oglądaną na ulicach czarną ludnością i klasycznością greckich marmurowych kolumn, z ich solidnością, a zarazem idealnie wkomponowaną w ten przepiękny pejzaż lekkością miasta, które staje się poprzez to idealną jednością.
Pragnęłam, by syn do mnie nic nie mówił, niczego nie objaśniał, tylko, jechał, jechał i jechał…

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

AMERYKA (4)

Było to nasze ostatnie spotkanie i po nim nie nastąpiły już nawet grzecznościowe wymiany mailowych życzeń świątecznych. Jeszcze w Kalifornii kupiłam w winnicy Napa Valley dużą pocztówkę ilustrującą przepych piwnicy zastawionej po sufit ogromnymi beczkami wina i chciałam jeszcze to wszystko sprowadzić do prozaicznej lekkości bytu, ale było to już niemożliwe, byt wyraźnie blokował moje poczynania i wróciłam do Polski z pustą, niewysłaną pocztówką.

Było to spotkanie słoneczną jesienią, kiedy liście jeszcze spadają i toczą się po miejskich ulicach obracając się na wszystkie strony by w tym bezlitosnym tańcu zahaczyć się wreszcie o krawężnik chodnika i tak już pozostać, i tylko czekać na kolejne warstwy liści, które gnijąc przeleżą tak do wiosny.
Kiedy podjechał na moje osiedle i zaparkował w dużej odległości, szłam do niego pełna niepokoju, a jednak radosna, bo wyszedł machając i dając znaki, że tu stoi, mnie nadchodzącej, grzecznie otworzył drzwi luksusowego samochodu podając nieśmiało chłodną dłoń, miękką i bezosobową, jakby już wtedy dystansował się do tego spotkania i traktował go nie jako coś wyjątkowego, ale jako sprawę, którą ma w ciągu dnia załatwić. Pojechaliśmy na Trzy Stawy, bo mówił, że nie lubi klaustrofobicznych knajp w piwnicach, pojechaliśmy więc do oszklonej ze wszystkich stron kawiarni, gdzie kupił mi kawę i gdzie usiedliśmy naprzeciwko siebie, zupełnie sami w tym dużym lokalu, złożonym z dwóch sal, który w sezonie pewnie tętnił życiem, ale teraz leniwo trwał w godzinach przedpołudniowych, bo takie tylko on miał do dyspozycji, zanim jego żona wróci z pracy.
Nie łysiał, ale siwe włosy krótko obcięte nie dodawały tej twarzy ani powagi wieku, ani dystynkcji, co zapewne ze szczeciniastymi, wypielęgnowanymi wąsami miały dodać szlachetności, ale nie dodawały, bo nigdy nie były ozdobą, tylko zawsze czymś, co się dostaje razem z ciałem i to coś trzeba czesać i podcinać.
Teraz wydawał mi się jeszcze niższy, mimo, że znałam go przecież z okresu, jak miałam trzy lata i wszyscy na podwórku wiedzieli, że on jest moim narzeczonym i on wtedy był bardzo duży. Teraz jakoś zmalał, nigdy nie był szczupły, bardziej przypominał haszkowego Szwejka i starał się takim cale życie być, ironicznym i rubasznym.
– Jesteś po by-passach? A, to nie wiedziałam.
On skrótowo opowiedział, jak do tego doszło, ale bez zbytniej potrzeby podzielenia się tym, o czym ludzie lubią rozmawiać najbardziej, czyli o chorobach. Nosił garnitury już od dawna, wyglądał w nich zawsze jak ktoś z klasy wyższej, może zmuszała go do tego żona, która piastowała teraz najwyższe stanowisko w Sądzie i on musiał jakoś odpowiednio do jej stanowiska wyglądać. Poluźnił więc krawat i rozsunął poły popielatej marynarki na znak, że mu duszno i że jego choroba sercowa nie jest wcale opanowana, powiercił się trochę i podniósł do ust filiżankę z herbatą.
– Ale przecież ty w sześćdziesiątym ósmym z moim bratem… Pamiętasz, biegaliście po ulicy 3 Maja, jak pałowali w marcu, mój brat chodził niżej do twojego ogólniaka, ale byliście tam, na tej ulicy, wtedy razem…
– Tak, ja wtedy dostałem – powiedział, ale cicho i nie kontynuował. Nie chciał też za bardzo rozwodzić się o Kopalni Wujek, gdzie już tym razem to on był w mundurze.
– Musi to przecież ktoś robić – trochę się ożywił i potem mówił długo i gładko, ale bez entuzjazmu. Obmalował słowami państwowość, jej bezwzględne, i nienaruszalne prawa, których nikt nie ma potrzeby zmieniać, bo pewne zachowania w każdym państwie są oczywistością niepodlegającą żadnym ocenom…
Wtrącałam zachęcająco jakieś słowa, by kontynuował, by wiedział, że go uważnie słucham, ale on nie zwracał na nie uwagi. Mówił swoją kwestię zupełnie bez żadnych wątpliwości, jakby słowa słane w powietrze tej kawiarni nie były przeznaczone ani dla mnie, ani dla niego, którymi mógłby się upewnić. Były zupełnie osobne, nawet nie sprawiały wrażenia wykładu czy perswazji. Wylatywały z jakiegoś nikomu z nas wiadomego powodu, a ja nie mogłam na nie ani reagować, ani się nim przeciwstawić, bo one nie były dla mnie, nie należały do mnie, nie przebiegały przeze mnie i nie miały ze mną nic wspólnego.
Jego rodzina repatriantów ze wschodu wprowadziła się klatkę obok, jak myśmy tam już mieszkali i pamiętam wyjątkowo biednie ubranych jego rodziców, otyłą czarnowłosą i wąsatą matkę o wielkiej urodzie i niezwykle chudego, zapracowanego ojca utrzymującego żonę i trójkę dzieci. Kiedy jego ojcu udało się dorobić syrenki, czyli kupić używany samochód i mocą swego talentu go uruchomić, on zaprosił mnie, już dorastającą dziewczynkę na wycieczkę na grzyby poza miasto, na której ten samochód się popsuł. Ale jak poszłam do szkoły średniej i śmiertelnie i beznadziejnie się tam zakochałam w długowłosym szczupłym chłopaku o urodzie romantycznego gruźlika, jego zaloty zaczęły mi ciążyć, a on je zaczął wzmagać. Wszystko między nami było puste i napięte, wspólne chodzenie do kina, niby przypadkowe spotkania na ulicy, w bibliotece, pod moją szkołą, na mszy w kościele. Był wszędzie, gdziekolwiek się pojawiłam, nagle wychodził on, zawsze nieśmiały i zawsze przypadkowy, zawsze w rezultacie nalegający, byśmy poszli do kina, do parku i ja, grzecznie się wykręcająca, unikająca, przepraszająca…
Studiując już, zwabił mnie na swoją uczelnię ciężko zdobytymi biletami na kabaret Silna Grupa Pod Wezwaniem, którego klimat przystawalny do tego wszystkiego, co on mi oferował, a co w swym charakterze było inne niż to, o czym ja wtedy marzyłam, czyli o moim kruchym, eterycznym, niedosięgłym kochanku, oddalił nas jeszcze bardziej.
To po dyplomie wstąpił do milicji, bo stypendiom fundowane przez jakieś przedsiębiorstwo obligujące do zatrudnienia go po dyplomie, jakie brał przez całe studia, milicja w całości zapłaciła za niego, a on tam natychmiast awansował.
Jeszcze po moim ślubie odnalazł moje nazwisko milicyjnymi kanałami i adres w innym mieście, i zjawił się któregoś dnia w tym familoku, gdzie wynajmowaliśmy mieszkanie bez ustępu i łazienki po urodzeniu się naszego pierwszego dziecka, w tej poniemieckiej kamienicy, której administratorem był jej właściciel, wieczne wściekły starzec, ledwo znający kilka polskich słów, i który za to wszystko, co go spotkało, wyżywał się na tych lokatorach, którzy nie mieszkali tam od początku, i którzy nie słuchali Deutsche Welle. I wystarczyło, by on w tym mundurze zszedł piętro niżej, do mieszkania starca i tylko grzecznie z nim porozmawiał i właściciel zmienił do nas na jakiś czas stosunek.
Tak. On był aniołem stróżem mojego życia.
– Byłeś naszym aniołem stróżem – próbowałam w dowód wdzięczności przywrócić pamięć o tamtych czasach, ale on już płacił za kawę i herbatę i zbieraliśmy się do wyjścia, bo on miał jeszcze dokończyć obiad dla żony nim wróci z Sądu, a ja miałam się jeszcze spakować na jutrzejszy wylot do Ameryki.
Wyszliśmy na zewnątrz, gdzie niebo pociemniało, a wiatr wzbijał leżące wokół liście tak obficie, że trzy stawy powstałe po wyrobisku węgla i teraz zagospodarowane alejkami i parkowymi drzewami były niewidoczne za ścianą wirujących liści.
Kiedy odstawił mnie pod mój dom, dłoń, którą mnie pożegnał była tak samo sucha i nic nieznacząca.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

AMERYKA (3)

To, co napisał Baudrillard o Ameryce mnie nie dotyczy, bo ja nigdy nie weszłam w ponowoczesność i nie dlatego, że jej nie chciałam – pożądałam jej zawsze, jak pożąda się szczęścia – ale dlatego, że mnie wypluje każdy system, każda wspólnota, i każde przyporządkowanie, i jego diagnoza będzie zawsze obok mnie i osobno.
I kiedy stanę na płycie lotniska we Frankfurcie, a tam już rozpocznie się zwielokrotnianie, klonowanie i multyplikowanie nie tylko mnie, ale całego otaczającego mnie świata lustrami, bramkami, niklem urządzeń transportowych i zimnym światłem tysiąca monitorów – zawsze odnajdę niszę, by się w niej schronić i natychmiast, jak oparzona od tego świata oddzielić. Mój stan lękowy wobec tłumu będzie za każdym razem wzrastał jak stanę na przeciwległym krańcu ruchomego chodnika i jak dotrę już do wejścia bramki, i stanę boso, z butami w plastikowym koszyku, gdzie wcześniej włożę laptop i klucze od mieszkania, i gdzie otyła Murzynka w ciasnych leginsach stalowoniebieskiego stroju obsługi lotniska wykona rytualny gest obwiedzenia mojej sylwetki, i sprawdzenia mnie pod jakimś sobie wiadomym kątem. Wnętrze mojej torby ukaże się na monitorze
i kiedy prześwietlona torba zniknie, a ja znajdę się już po drugiej stronie lustra, po drugiej stronie rzeczywistości, wszystko we mnie niezmienione i nienaruszone tak pozostanie. Ludzie nadjeżdżający chodnikiem ruchomym z drugiej strony będą mieli napięte i znużone twarze, które rozpadną się na wszystkie grymasy, złowrogie spojrzenia, fałszywe uśmiechy, i irytację spowodowaną długim czekaniem na wejście do odpowiedniej bramki. Te obrazy się podzielą na jeszcze wnikliwsze zbliżenia, moje hiperrealistyczne oko uchwyci każdą niechęć tego wielobarwnego, milczącego tłumu. Kobieta w hinduskim sari z czerwoną kropką na czole wwierci się spojrzeniem we mnie, a ja nie będę potrafiła uwolnić się od jej podobnych, napadających na mnie ze wszystkich stron bodźców, atakujących mnie z całego świata ludzi wszystkich ras, każdego wieku, płci i stroju. Apokaliptyczny tłum nagle, jak strumienie, rozwidli się na kilkanaście odnóg i ludzie będą w swoich kolejkach ustawiać się do swoich samolotów lub rozsiądą w fotelach. I dopiero tutaj zobaczę na monitorze wyświetloną godzinę i numer lotu do Seattle, i ta informacja połączy mnie na powrót i scali z kontynentem, który dopiero będzie się stawał, ale już w tych białych literach na czarnym monitorze jest zakodowany.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , | Dodaj komentarz

AMERYKA (2)

Moja teleportacja według ekologów jest wysoce niemoralna. Wyemituję podobno do atmosfery dwie tony dwutlenku węgla. Tyle, co 1000 Francuzów przez tydzień. Nie wiem, czy Francuzi emitują jakąś specjalną ilość dwutlenku węgla, ale tylko o nich znalazłam informację.
Mam wielki problem z bagażem, ponieważ oprócz laptopa nie mam nic do zabrania. Kiedyś woziłam blejtramy i farby, co zawsze łączyło się z osobistą kontrolą na polskim lotnisku. Wzywano mnie wtedy przez megafon i celnik widząc puste, nienamalowane płótna i widząc, że nie przyłapał mnie na przemycaniu dwudziestu dużych obrazów, czuł się zawsze zawstydzony i winny, a ja czułam się winna, że on się wobec mnie tak czuje. Tłumaczyłam mu gorączkowo, że nie mam pieniędzy na opłatę pozwolenia przewozu obrazów, że nie mogę też się o takie pozwolenie starać w muzeum, ponieważ znam osobiście dyrektora tego muzeum, które takie certyfikaty wydaje i nie mogę ryzykować z nim spotkania, bo natychmiast wymiotuję. I dlatego, mimo, że mam w domu namalowanych dużo swoich obrazów, nie mogę ich przewozić i muszę je dopiero namalować w Ameryce. Celnik grzecznie udawał zrozumienie, kiwał głową i uśmiechał się, podawał mi natychmiast nieśmiało rękę i życzył szczęśliwej podróży, a ja pospiesznie próbowałam pozaginać rozdarty papier, powiązać sznurkiem wysuwające się wszędzie blejtramy i to wszystko wysmykiwało się, rozlatywało, celnik wtedy rzucał się na podłogę mi pomóc, a ja go przepraszałam, przepraszałam, przepraszałam…

Muszę zabrać dwie duże walizy, bo tyle mi wolno zabrać z Polski waliz i muszę je zabrać, by się nie zmarnował zawarty w bilecie przywilej podróży transkontynentalnej, na którą przypada więcej waliz, niż jak się nie przekracza oceanu.
Ale nie mam co do nich włożyć. Dawniej woziłam jedzenie, bo ktoś mi powiedział, że Amerykanie uwielbiają wyroby wedlowskie, co okazało się całkowitą nieprawdą. Syn zakazał mi przywożenia cokolwiek do jedzenia, bo ostatnio, jak tylko wyjechałam, wszystko i tak wyrzucili.
Obrazy już mają, bo je tam namalowałam. Nie zabieram nic do ubrania, bo chcę sobie kupić markowe ubrania z lat sześćdziesiątych w Armii Zbawienia, o których zawsze marzyłam, jak byłam w szkole średniej. W sklepach Armii Zbawienia można kupić wszystko i wszystko kosztuje dolara, a raz na tydzień nawet i 50 centów, a raz w miesiącu można kupić każdą ilość przedmiotów i też zapłacić jednorazowo tylko dolara za wszystko.
Myślę, że te opłaty są potrzebne dla jakiś innych względów, na pewno nie zarobkowych, bo każdy taki sklep tonie od nadmiaru towarów, których nikt nie chce i nie potrzebuje. Czasami wchodzą tam transwestyci, ubrani w różowe peruki i tęczowe garnitury, ale zazwyczaj jest pusto. Grube Murzynki pospiesznie łączą przeźroczystymi taśmami przedmioty po kilka na raz, by udało się je sprzedać w większej ilości. Wózki wwożą coraz to nowe, posegregowane już, świeżo wyprane i zdezynfekowane sterty butów, torebek, pasków, zabawek i biżuterii.
Syn mi powiedział, że nie mogę przywozić żadnych przedmiotów, mogę je tylko wywozić.
Wiem, że w Ameryce największym wrogiem każdego jej mieszkańca są przedmioty. Ale nie dla mnie. Więc na pewno wrócę z dwiema pełnymi walizami, gdzie będą na pewno lalki Barbie wszystkich ras i Ken wszystkich ras. Przywiozę bardzo dużo maleńkich butów dla Barbie i większych dla Kena. I wszystko to, co czego nie mogłam sobie kupić w szkole średniej. Na pewno kupię nylonowe peruki we wszystkich kolorach, bo tę perukę, którą kupiłam sobie w Peweksie na trzecim roku studiów, dałam koleżance na chemioterapię.
I kupię sobie poduszkę w kształcie motyla. I wszystkie pozytywki z porcelany w kształcie serca. I suknie wieczorowe aksamitne, nabijane diamentami. I długie rękawiczki bez palców też z aksamitu i do tego pełno tiulu, całą chmurę szmaragdowego tiulu i na głowę mały, tiulowy kapelusik. I ledwo mi się to wszystko zmieści do tych dwóch waliz, a syn mi jeszcze kupi lukrecję na drogę.
Ale teraz moje walizki są puste, a ja nie wiem, co mam do nich włożyć.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , | 12 komentarzy

AMERYKA (1)

Zniknę z tego świata i przez teleportację pojawię się w nowym. Moje znikanie przedzieli na pół czas i przestrzeń, nie wrócę już do pierwotnej połowy i też nie pozostanę w tamtej. Przejście będzie rytuałem oczyszczenia. Pozostawię sieciową nierzeczywistość, zatrzasnę klapę laptopa nie bacząc na piski wierzgających, maleńkich internautów, którzy, z czerwonymi od gniewu, maleńkimi twarzami będą wygrażać mi pięściami. Będzie ich bardzo dużo, ze wszystkich portali literackich wypełzną wszystkie avatary, wcielenia kilkakrotne i kilkudziesięciokrotne, a niektórych nawet i kilkutysięczne, staną przeciwko mnie, okażą swoje niezadowolenie mnie, której na niczym innym nie zależy jak tylko na tym, by być kochaną.
Ze smutkiem pogrążona w wielkiej melancholii zatrzasnę klapę laptopa, delikatnie długopisem przesuwając maleńkie piąstki i nóżki złożone do kopania, by ich przy zamykaniu nie uszkodzić.
Marks będzie odprowadzał mnie swoim triumfującym i ironicznym wzrokiem z okładki jakiejś książki, które ze śmietników mojego betonowego osiedla w dalszym ciągu przynoszę, bo mi ich żal, bo jestem przywiązana do książek i nie potrafię patrzeć, jak giną w kuble na zawsze. Z pogardą popatrzy na mnie Freud, który wzrokiem przyłapie mnie na wyciąganiu tej książki, mąż nauczycielki od wychowania technicznego, który nienawidzi kobiet. Speszona i winna udam, że ta książka jest moja od dawna, z drugiej strony zawstydzę się, że moją książką jest właśnie książka taka… A Freud będzie odprowadzał mnie analizującym, bezwzględnie seksualnym wzrokiem, aż zniknę, aż się zdematerializuję, by, jak gdyby nigdy nic, pojawić się na drugiej półkuli na nowo.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , | 7 komentarzy

Nagroda Literacka GDYNIA 2010 Justyna Bargielska „Dwa fiaty”

Nie jest łatwo przedrzeć się przez „Dwa fiaty”, mimo wielkiego komfortu jazdy przez te wiersze, bo droga nie za długa i przestrzeń nie za wielka. Ot, many szkołę, gdzie „w pokojach lato z rodzaju nic nie schnie”, ulice, po których chodzą kalekie dziewczynki, zdychają gołębie, obce miasta, własne mieszkania, a tam nocne bóle poronienia, obcą śmieć jakiejś kobiety, której mieszkanie znane jest z odbicia w lustrze. Słowem wszędzie, gdzie przemieszczamy się okiem autorki, w te wszystkie miejsca, do których nas wersami zawodzi, zastajemy właściwie zawsze to samo: permanentne znaczeniowe uniki, wieczne zawiedzenia w zaspokojeniu czytelniczej ciekawości. Zastanawiałam się, czy te falstarty, manieryczne przekłuwanie balonika, który radośnie już leci do mnie z napompowanym, poetyckim powietrzem, jest tylko złośliwością Justyny Bargielskiej, pogardą wobec mnie, czy jakąś młodzieżową, klawą manierą, by pokazać mi figę, by zamknąć swój świat na cztery spusty i mnie, ciekawskiej, niczego nie pokazać.

Nie wiem w dalszym ciągu, jaka jest kobieta dzisiejsza, bohaterka tych wierszy, jakie ma problemy i co jej dolega. Zmyły i kluczenia fabularne wsparte są na dodatek dziwactwami metafor i przywoływaniem bardzo skomplikowanych, zaskakujących elementów, nie mających nic wspólnego z problemem wiersza, tak odległych, że zastanawiałam się czy nie są przywoływane tylko z powodu urody samego słowa, jego dźwięku, ale już nie znaczenia. Tak mamy w wypadku słowa cukierek anyżowy”, który „jest lubieżny przez zawartość litery żet.”
[Projekt wymiany ramek we wszystkich obrazkach]

Można z dużą uwagą jeździć po tomiku tam i z powrotem, wzdłuż i wszerz, a potem jeszcze po przekątnej, z lewa i z prawa, i jak nie dozna się nasycenia taką jazdą, prześledzić wiersz po wierszu ze względu na miłość, czy na śmierć, jak to sugerują entuzjaści i wtajemniczeni w poszczególne znaczenia recenzenci jak np. Agnieszka Wolny-Hamkało, czy Piotr Śliwiński.
Gdy czytam wiersz o cierpieniu matki, która jedzie na cmentarz do swojego pochowanego tam noworodka, to właściwie mogę ten skomplikowany tok narracji, opisu bezradności w postaci zakupu ciasteczek obyczajem meksykańskim zrozumieć i te wszystkie zastępcze doznania przekazane w wierszu „Radyjko”, ujęte mimochodem i tak bezbrzeżnie pusto, zrozumieć. Natomiast już wiersz „Irysowe drzewo” traktujący o miłości: „(…)Jeżeli miłość szuka potwierdzenia,/to dzisiaj jest środa. To jest jakiś koszmar,/ten autobus.(…) odbiega od przyjętej konwencji. W tym wierszu, może na znak pokrewnej formy kwiatu irysa z zajęczą wargą w oglądanej twarzyczce dziecka, bohaterka wiersza po utracie własnego dziecka zastaje w autobusie scenkę przedstawiającą kalekie dzieci. Podobnego uczucia doznaje, widząc matkę z córką chorą na zespół Downa. [Pole bawełny].To uczucie, to jest pocieszenie. To niezmienne zadawane sobie pytanie, co by było gdyby, to pytanie o sprostanie losowi, o wytrzymałość na jego zły obrót, na jego kruchość i granice wytrzymałości w cierpieniu.
Justyna Bargielska jednak to wszystko, co chce powiedzieć, o co pyta, pisze w sposób nieludzki i myślę, że te wiersze nie udźwigną ciężaru swojej legendy i po jakimś czasie, pozbawione informacji, wskutek czego powstały, staną się obce tak samo, jak proces utylizacji materii i unicestwiania jej entropią natury w przyrodzie. Natomiast twórczość rządzi się odwrotnością tego procesu, gdzie cierpienie np. zawarte w wersach pisma obrazkowego na korytarzach piramid mają o wiele większą moc, niż zabalsamowane w mumiach zwłoki.
Coś takiego stało się w tomiku Justyny Bargielskiej. Wiersze pozostały puste nie dlatego, że płodu ciężarnej nie da się ożywić, tylko dlatego, że on nie zapłodnił poetyckiej wyobraźni. Autobiografizm, zdawało się, konieczny w wypadku osobistej tragedii, chcąc umknąć ekshibicjonizmowi i histerii, zatoczył duże koło, które ominęło, wbrew symbolice dwóch fiatów, problem wiary w Boga i ateizm, ponieważ postanowił mówić o rzeczach drugorzędnych, postanowił nie spotykać się z uniwersum, wolał wybrać imponderabilia. I tak mamy kolejny głos poetycki pozbawiony wagi, zawierający odmowę spotkania z czymś ostatecznym, dostajemy natomiast wiele obrazów zastępczych, zwykłego small talku w miejscu, gdzie poeta ma się skomunikować z własnym, cierpiącym ja. Oczywiście, jest dużo możliwości i duże spectrum środków wyrazu i takie, jak Justyna Bargielska, która wybrała język „mimochodem”, bardzo odległych skojarzeń, można nimi też opowiedzieć skutecznie o swoim cierpieniu. Tylko, że poetka idzie za ciosem, poetka się nie przeciwstawi, nie walczy o swój ból, miejsce na ten ból w świecie zewnętrznym, który jest przecież nieczuły i biegnie swoim trybem. Minorowość podmiotu lirycznego jest taka sama, jak współczesnego człowieka dzisiejszej cywilizacji, pogrążonego w codziennych, martwych i automatycznych czynnościach. Następuje tu wyraźne pomylenie, o czym są wiersze, bo czasami wydaje się, że ta żałoba po utracie jest albo przyklejona do zupełnie innej scenerii, albo nałożona na i tak trwający smutek pogrążonych w martwocie miast ludzi. Uwagę więc autorka kieruje na z pozoru przedmioty nieważne (dezodoranty w wierszu „Let’s kohelet”, spadające śliwki w „Mirabelki”), po prostu Bargielska robi wszystko, by nie musieć mówić o powodzie pisania swoich wierszy. To jest tak, jak w szkole czyta się pod ławką harlequiny na lekcji polskiego o „Dziadach”. Ta metoda twórcza nie ma nic wspólnego z wagą takich przedstawień, jak np. Śmierć Ikara” w obrazie Breughla, gdzie artysta sugeruje, że i tak świat tę śmierć sprowadzi do nieważnego faktu, że jej po prostu nie zauważy, ale on, artysta o tym opowiada i ten fakt, tę obojętność jak i tę śmierć, jej wagę, ujawni. W „Dwóch fiatach” Justyny Bargielskiej rzecz ma się dokładnie odwrotnie. Poetka, żeby nie cierpieć, żeby nie przebywać drogi żałoby po oczekiwanym dziecku, stara się jego śmierć unicestwić w procesie twórczym, bo i tak wie, że nawet jak buciki dziecięce nie będą miały swojego właściciela, to matka i tak pójdzie przodem, nie patrząc, czy ktoś w tych butkach za nią podąży: „(…)Mieliśmy dzieci, ale to nie były dzieci, to były buty na dzień.
Nie zostawiam was, buty, tylko idę przodem.(…)”
[Dwa fiaty]

Tomik Justyny Bargielskiej nie tylko zrywa z mitem Orfeusza, nie wyprowadza swojej miłości z piekła unicestwienia poprzez oglądanie się, ale już się nawet nie ogląda, bo wie, że nikogo nie wyprowadza i nikt za nią nie idzie.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , | 82 komentarze