Dziennik amerykański (7)

27 września 2010 poniedziałek. Jak się pójdzie w dół Denny do samego końca, do Pierwszej, to nie widać jeszcze Zatoki Elliott, tylko na horyzoncie kawałek otwartej wody i czerwoną żyrafę, monumentalną rzeźbę ogrodową Alexandra Caldera, symbol Olimpic Skulpture Park, która ma to szczęście, że postawiona wysoko i pomalowana na tak jaskrawy kolor widoczna jest właściwie zewsząd. Calder u nas w szkole średniej w latach sześćdziesiątych był szczególnie wielbiony – i może dlatego, że z wraz Joanem Miró, których barwne albumy z reprodukcjami polskie wydawnictwa ilustrowane wydawały nadmiarowo i każda tzw. inteligentna polska rodzina w PRL-u je na półkach meblościanki stawiała – był dowdem na dokonane w odbiorcy wtajemniczenie i zrozumienie sztuki abstrakcyjnej. Jeszcze na moich studiach w latach siedemdziesiątych kinetyczna sztuka Alexandra Caldera była tak modna, że asystenci zadawali ćwiczenia na temat mobili i zachęcali do produkcji zawieszanych na nitkach kawałków kolorowego papieru. Mobile Alexandra Caldera były zawsze abstrakcyjne, zdeterminowane jedynie formą i łatwe do nieograniczonego ich naśladowania. Jest coś zawsze zewnętrznego, tyranizującego w sztuce uznanej, toteż pierwsze skojarzenie z widniejącą na horyzoncie rzeźbą z żyrafą, mimo podpisana jej „Eagle” stanowi jakieś sprzeniewierzenie. Nic temu nie da rady zaprzeczyć, chociaż widniejące z innej strony zatoki portowe żurawie w tym samym kolorze, gigantyczne i jakieś matrixowe w swojej samodzielności i autentycznej funkcjonalności, są bardziej żyrafami, niż rzeźba Caldera, przedstawiająca orła, wyglądającego jak żyrafa.
Ale nim dojdziemy do Parku, do tego niedawno nieodwracalnie zniszczonego industrialnie terenu zagospodarowanego dla celów wyższych, czyli sztuki wysokiej, przejdziemy Pierwszą, gdzie w oknach garażu wmontowano płaskorzeźby z blachy przedstawiające ludzi siedzących w oknach, bądź scenki rodzajowe w mieszkaniach budynku i zanim zejdziemy jeszcze bardziej w dół, by przekroczyć szyny linii kolejowej, te ledwo zarysowane sylwetki metalowych ludzi będą świdrować nam plecy bezocznym wzrokiem. I potem długo, i nostalgicznie, postoimy przed kolejowym szlabanem obok starodawnej, ceglastej, ogromnej, zabytkowej fabryki makaronu i będziemy czekać długo, aż niekończąca się kolumnada azjatyckich kontenerów, zakończona kilkudziesięcioma wagonami do przewożenia samochodów zniknie na horyzoncie, a my przekroczymy tory. I przejdziemy obok witających nas rzeźb, obok tej fontanny, w której stoją odlani z brązu posągów synka i ojca, których nagie ciała i członki stoją naprzeciwko siebie i podobno z uwagi na zbyt duży rozmiar członka ojca woda w fontannie wypluwa w niebo strumień wody, by zakryć nieprzyzwoitość ojca. I dziecko w konsekwencji zwraca się cały czas w kierunku nie ojca, a słupa wody. Na chodniku stoi też para oczu bez rzęs z czarnego marmuru, dalej nowoczesne rzeźby współczesnych artystów, których awangardowość musi być cały czas pilnowana przez przechadzających się ciągle po parku ochroniarzy, ponieważ rzeźba współczesna – a ironia zawsze była bolesna i nie nawiązująca bezpośrednio do tematu – jest cały czas ironiczna jak nigdy dotąd w dziejach świata i dlatego kusi, by ją profanować. Jeśli miejskie pomniki ubiegłego wieku były narażone jedynie na bezczeszczenie przez gołębie, formy plastyczne dzisiejszych artystów wołające o pomstę do nieba zwykłych zjadaczy chleba wywołują gniew i agresję. Co jakiś czas od trzyletniego istnienia Parku gazety odnotowują akty wandalizmu i jeśli doda się do tego bliskość Zatoki, która niesie ze sobą szkodliwą sól i destrukcję, Park ufundowany przez Microsoft i należący do Seattleńskiego Muzeum SAM gdzie dyrektorem jest żona Billa Gatesa jest jednak utrzymany w dalszym ciągu w pierwotnej czystości swojego ambitnego przesłania, by sztukę dzisiejszą dawać szerszej publiczności na zasadzie nie snobizmu, jak było u nas w PRL-u, ale oswajania. Wszystko temu służy. Czerwony rząd foteli ustawionych na najpiękniejszy obraz, czyli widok na Zatokę jak i na kolorowy ekran z przezroczystym malarstwem artysty, i na te wszystkie dróżki, korytarze, które wyłożone czerwonym żwirem okolone są runem truskawkowym i krzewinkami lasów świerkowych, co jeszcze bardziej ekologiczne te nieludzkie rzeźby przybliża i łagodzi ich obcość, dając do zrozumienia puszczonym okiem, by się tak im nie sprzeciwiać, bo będzie jeszcze gorzej.
Wychodzimy z Parku, żegnamy ogromny billboard obok parkowego pawilonu zapowiadający już za tydzień wystawę 150 obrazów Pabla Picassa w Seattleńskim Museum, żegnamy wystające litery wmontowane w mur z nazwiskiem żony Billa Gatesa i schodzimy na Alaskan Way, promenadę wzdłuż wybrzeża ciągnącą się do Pike Place Market, najbardziej turystycznej części Seattle. Mimo, że nie ma tu śladu po ubiegłowiecznej funkcji transportowej tego szlaku, gdy Seattle rozpoczynało łączenie Azji z Ameryką i trwał tu największy handlowy przeładunek, ulica Alaskan była najgorętszym miejscem w Seattle. Teraz samochody jeżdżą po równolegle zbudowanym Wiadukcie Alaskan, a promenada służy ruchowi pieszych, którzy, jak większość w Seattle, zaabsorbowani swoimi sprawami, są jednak promienni i przychylni każdemu, kogo nieopatrznie potrącą lub skrzyżują z nim wzrok. Są tu licznie siedziby portowego biznesu w których zamknięto finansowe zaabsorbowanie do komputerów korporacji, ekskluzywne biura, małe, japońskie parki z ławeczkami, sklepy z mnóstwem pamiątkowych gadżetów absolutnie nikomu do niczego nie służących, nawet do ozdoby, jest tu dużo miejsc widokowych z deskami drewnianymi typu molo, z marynarskim symbolami, pomnikami bosmanów, mew, ale to wszystko w bardzo eleganckim i zarazem swojskim stylu morskiego nabrzeża, mówiącego o tym, że praca jest gdzie indziej, gdzie indziej jest port, a tu mamy tylko tę jego miejską wizytówkę. Więc mijamy ogromne Seattle Aquarium zarojone turystami, skręcamy szybko na jakiś taras, na kolejne fontanny, rzeźby, zegary i windy, widokowe tarasy, by nie dostąpić kolejnej dawki sztuczności i przecinamy wiadukt ciągnącym się nad nim mostem, by zmieszać się z kolejną generacją tłumu, tego bardziej jeszcze zaabsorbowanego miejską gorączką, wsobnego, tubylczego, który na tle wystających wieżowców, które sterczą, jak na sklepowej witrynie, a który się ich wielkością jakoś zawsze czuje dowartościowany. I jeśli mamy po prawej widok na Zatokę z ciągnącymi się na horyzoncie czerwonymi, portowymi żurawiami w złudzie mechażyraw, które zastygłe w bezruchu jakby gotowały się na inwazję na miasto, to po lewej mamy te wieżowce, połyskujące oknami i mieniącymi się słońcem tak samo prześlicznie, jak wody Zatoki. Nic właściwie nie jest w tej symetrii zakłócone, wykwint tego widoku, harmonijnego w swojej wielkości jest trwały i zdawałoby się, nieprzemijalny, i triumfalnie osiągnięty raz na zawsze.
I wtedy dostrzegam tego żebraka u wylotu mostu, który siedzi przy swoim dobytku na wózku, takim samym jaki polski performer i twórca sławnych instalacji, Krzysztof Wodiczko zaprojektował w Nowym Jorku i nazwał pojazdem dla bezdomnych. Obładowany tłumokami ubrań i śpiworów siedział szczupły mężczyzna na małym stołeczku, we włóczkowej czapce na głowie i obserwował tłum. I postanawiam mu zrobić zdjęcie, ponieważ polski performer właśnie z identycznych wózków robił instalację o bezdomnych amerykańskich, chcę mieć w swojej dokumentacji też taki wózek. Więc odchodzę dalej, udaję, że fotografuję coś innego, nastawiam aparat na zbliżenie, i gdy on jest tyłem, naciskam guzik aparatu i on, ten bezdomny, pokazuje mi fakora.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Dziennik amerykanski (6)

26 września 2010 niedziela. Dwa lata temu byłam w seattleńskiej bibliotece, kiedy jeszcze euforycznie świętowano ten niedawno otwarty gmach o wspaniałej architekturze, cudownie wkomponowanej w seattleńskie wieżowce serca miasta, gmach, który podobno ma tyle samo zwolenników, jak i przeciwników swej postmodernistycznej formy, nie przypominającej już niczym domu. Mnie bezkrytycznie zachwycił właśnie ze względu na osiągniętą ażurową konstrukcję i czystą krystaliczną barwę błękitów  przystępność i swojskość. Nie miał nic, mimo swojej monumentalności ani ze świątyni, ani z urzędu, w środku też było idyllicznie: nie wymagano kart wstępu, żadnych dokumentów, każdy dosłownie mógł tu wejść i nikt nie pytał, po co tu się znalazł.
Rano sprawdzaliśmy w Internecie godziny wejścia w niedziele, przeczytałam o misyjności Seattle Central Library, która permanentnie dąży do tego, by była najbardziej przyjazną człowiekowi biblioteką na świecie. Więc szliśmy z mężem do niej w niedzielne południe ulicami Seattle i wymienialiśmy z znajome nam biblioteki i bibliotekarki, które mają identyczną misję i zarykiwaliśmy się ze śmiechu.
– Pewnie pani Bożenka ma taką misję – mówił mąż, a ja wybuchałam śmiechem, bo stare małżeństwa nie potrzebują wiele słów i operują hasłami, za którymi kryją się wielkie obszary wspólnych przeżyć i tak doszliśmy do fontanny przed biblioteką, i zmieszaliśmy się z tłumem schodzących, wychodzących, krążących grupek bezdomnych, którzy też tutaj wystawali, i cały ten biblioteczny tumult miał na pewno mało wspólnego z czytelnictwem, ale stanowił jakieś na pewno uzasadnienie trzymania w tej gigantycznej budowli półtora miliona książek.
– Gdzie znajdziemy ilustrowane albumy z Kuby? – spytał mąż najbliżej wejścia siedzącej pracownicy biblioteki.
– Kjuba? – uśmiechnęła się młoda pani w okularach polecając piąte piętro i dopytywanie się o nie tam.
Pojechaliśmy na piąte piętro i postaliśmy trochę przy poręczy, patrząc w dół na dywanik holu, którego wzór dopiero był widoczny z lotu ptaka. Wykładzina dywanowa, na której stały fotele i regały z książkami, pierwsze, tzw. wstępne i powitalne miejsce dla czytelników i szukających książek do wypożyczenia do domu złożony był z dużych, kilkumetrowych kwadratów i na każdym był utkany fragment jakiejś roślinności fotograficznie przetworzony tak, że skala tych hiperrealistycznych wycinków przyrody miała się wielkością do człowieka tak, jak źdźbło trawy do mrówki. I z siódmego piętra ludzie krzątający się wśród regałów na tych gigantycznych zielonych liściach i kępach traw wyglądali właśnie tak, jak uczone mrówki.
I potem szliśmy kondygnacjami, kwaterami, szliśmy tymi pochyłościami, jechaliśmy ruchomymi schodami i znowu korytarzami mijając regały oznakowane, opisane i to, na czym chodziliśmy też było wszystko ogromnymi literami i cyframi oznaczone, co kilka metrów wtopione w chodnik tak, by się nikt nie pomylił. Tutaj też bibliotekarka, którą poprosiłam o albumy – ale tylko te sprzed rewolucji – uśmiechnęła się znowu przyjaźnie i misyjnie, i powtórzyła: Kjuba? I podała nam karteczkę, gdzie widniało: 992.9105… I 19
I kiedy mąż fotografował dla mnie obrazki albumów do komiksu, a ja szukałam kolejne i wybierałam z półek tylko te sprzed rewolucji, stanął u wylotu korytarza wysoki Murzyn i machając mi przyjaźnie ręką, powiedział, ni to pytająco, ni to twierdząco, ni to wyczekująco: Kjuba?

Wieczorem syn i Susan pakowali rzeczy do dużych pudeł, paczek i worków, swój cały dom, który zdążył od kilku lat i kilku przeprowadzek obrosnąć w niezliczoną ilość przedmiotów, a ja siedziałam z mężem przed ogromnym ekranem telewizora w prawie opróżnionym już pokoju, by się nie szwendać po mieszkaniu i oglądaliśmy film Richarda Curtisa „Boat That Rocked”, angielską komedię retro opowiadającą o czasach, jak my byliśmy w Polsce w podstawówce i działały pirackie radiostacje nadające najlepszy rock, jaki był kiedykolwiek, a który zagłuszany i zniekształcony, docierał do nas przez radio Wolna Europa i Radio Luxembourg. W filmie bohaterem było wprawdzie fikcyjne Radio Rock, ale postacie kreowane przez współczesnych aktorów swoim wyglądem odwoływały się do filmów Beatlesów, a stylizowane na tamte czasy sceny i gagi były z nich cytatami. Syn przyniósł nam do oglądania butelkę jakiegoś wyjątkowo kosztownego wina, które przywiózł z pracy filmowej z Bryanem – Late Harvest Chardonnay 2007 – podobno pędzone z ostatnich jesiennych winogron już zasuszonych na krzewach rodzynek, stąd ten wyjątkowo wyrafinowany smak, który nas jeszcze bardziej rozrzewnił i dobił, bo film traktował o kapitalistycznym rozwydrzeniu jakiejś grupy ludzi, którzy w latach sześćdziesiątych walczyli o wolność na falach radiowych. Credo filmu to konkluzja, że celem każdego rządu jest odebranie wolności obywatelom i bardzo trudno nam równolegle wtedy w tych czasach żyjącym, zrozumieć o co sprawozdawcy Radia Rock tak naprawdę walczą. Kiedy zły polityk wydaje rozkaz zatopienia wojującego piosenkami The Beatles, The Rolling Stones, Simon & Garfunkel, The Beach Boys, The Who, U2 pirackiego statku, a oni, ta grupa niezłomnych DJ-ów walczy w falach morskich o życie wcześniej nadając przez swoje radio rozpaczliwy komunikat, by, kto ma łódź spieszył im z pomocą, fani z całej Wielkiej Brytanii ruszyli na pomoc ratując tonących DJ-ów: końcowa scena to horyzont pokryty łódkami fanów, którzy rzucając koła ratunkowe i podając wiosła, ratują grupkę bohaterskich piratów.
Poszliśmy więc spać pod wpływem alkoholu i pewności, że misyjność piracka zawsze górą, że ona jednak na świecie zwycięża, a jak przegrywa z silniejszymi siłami zła w postaci bezlitosnego Państwa, to i tak oddolne siły sympatyków, czyli ta zdrowa część obywateli, która wie co dobre, ich ocali, uratuje i dowiedzie, że miłość zwycięży śmierć.
I śniłam w nocy, że jestem sama na falach Sieci ze swoim laptopem i nadaję na blogu różne komunikaty i rząd polski postanawia mnie wskutek dużej szkodliwości społecznej unieszkodliwić. Ale ponieważ nadaję na innym serwerze, nie w Sieci polskiej, policja zabiera mi tylko laptop. Korzystam więc z kawiarenki internetowej i nadaję komunikat o pomoc pół tysiącu fanom mojego bloga. I wtedy oni, ci moi fani z portalu Liternet i ci z portalu rynsztok, i ci z portalu TRUML, i ci z nieszuflady, i ci z portalu niedoczytania i z blogów, z blogów Feliksa Lokatora, z bloga historiamoichniedoli, z bloga nacodzień, z bloga Lecha Bukowskiego, z bloga Rafała Klana, z bloga Marcina Królika, z bloga Tajnej Polski i z bloga kumple przypływają falami Sieci i tymi wiosłami biją w moją głowę tak długo, aż tracę przytomność i jak już się przerażona budzę, jest rano i obok mnie stoi nietknięty laptop.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | 2 komentarze

Dziennik amerykański (5)

25 września 2010 sobota. Znowu dzisiaj jest bezchmurnie i syn z Susan zawożą nas do Arboretum, skąd wrócimy sami na piechotę, bo oni muszą się przeprowadzać, kończy się wrzesień i nie ma już na nic czasu. Rezygnujemy z Ogrodu Japońskiego, do którego wstęp kosztuje pięć dolarów. Byłam tam dwa lata temu w kwietniu, jak karłowate wiśnie japońskie kwitły i nie było chyba skrawka przestrzeni, by coś nie kwitło, by nie zwisały ciężkie kwiaty magnolii, różaneczników i gałązki forsycji, a z nieprzeliczonych innych gatunków kwitnących krzewów nie sypały się za podmuchem wiatru płatki. Nigdy nie mogłam pojąć tworzenia ogrodów japońskich, idei bonsai i ikebany, tak jak nie mogłam pojąć potrzeby tworzenia haiku czy gazetowych krzyżówek i dlatego ogród japoński, mimo niebywałego piękna i wyrafinowania, kojarzył mi się zawsze ze spętaniem, z podporządkowaniem. I sobie wyobrażałam, że te sosny zmuszone hodowlą w ewolucyjnej męce krępowania do karlenia, są jak nóżki Japonek wiązane w dzieciństwie, by były wykwintnie maleńkie, że to gwałt na wolności wszelkiej natury. Nic dziwnego, że budowę ogrodu, którego zamysł narodził się przed II wojną światową wstrzymano po wojnie wskutek napiętych stosunków z Japonią, ale teraz ogrody japońskie są już w różnych miejscach Seattle.
W Ogrodzie Japońskim w Aroboretum, z jego mostkami, ścieżkami, kamiennymi rzeźbami, których znaczenia nigdy nie pojmowałam, jak i tego domku do rytualnego picia herbaty, i wszelkiej, krępującej celebry, wszelkiego tradycyjnego traktowania wszystkiego, co da się podporządkować, a co podobno wpływało na mnie duchowo, jak tam stałam na krawędzi drewnem wyłożonego podium, pod którym płynie woda stawu, rozgałęziona na strumyki, wodospady, a w niej czerwone, ogromne ryby, pełne też symbolicznych znaczeń. I nie wiem jak to wpływa, bo podobno wpływa przez obcowanie, ale zawsze staję osobna i nie wchodzę w ten teatr, nie wyczuwam klimatu i jestem cały czas smakoszem nie tej potrawy, którą lubię. Mierzi mnie to penetrowania mojej duszy do zewnątrz, to narzucenie estetyki, a nie przeżycia. Bo jeśli przeżycie estetyczne nie otworzy we mnie pewnych stanów przyległych mojemu przeżywaniu, które jest przecież w dalszym ciągu betonowe, śląskie, zagwazdrane i polskie, to ta japońska światowość pozostanie niezmiennie turystyczna.
Więc nie poszliśmy do Ogrodu Japońskiego, w którym pracuje, jak się wczoraj dowiedziałam w Domu Polskim magister psycholog z Polski Aleksandra Monk, która prowadzi im bloga, który dla mnie, prostej baby, jest czymś kompletnie innym niż dla niej, zakorzenionej. Nie spotkamy więc tutaj Pani Oli, bo nie wejdziemy, nie zobaczymy też przebarwiających się pewnie o tej porze roku klonów, bo tam rosną jakieś specjalne gatunki klonów, które przebarwiają się tylko po to, by tę przyrodę jeszcze bardziej uatrakcyjnić. I nie zobaczymy jesieni w Arboretum, bo trwa o tej porze roku permanentne lato, tak jakby wszystko stanęło i nie ruszało już z miejsca. Ta masa zieleni jest cały czas zielona, ani myśli się zmieniać. Trawniki, regularnie strzyżone w Arboretum są wskutek zmieniającej się pogody, nawet kilka razy w ciągu dnia, wiecznie zielone zielenią soczystej trawy. Na dodatek park jest zmeliorowany, wszędzie widać kratki ściekowe, co uznaliśmy z mężem za szczyt perwersji i parkowego wyuzdania, ale widocznie tylko dzięki temu można uzyskać tak przejmujące efekty przyrodnicze. Podobno wokół stoją unikalne drzewa, które teraz, nie zróżnicowane przebarwionymi liśćmi zlewają się w jedno wielkie zielone morze, przez które prześwitują nieprzyzwoicie w swej nagości, albo pozbawione kory pnie ogromnie wysokich drzew, albo są one rozwarstwione tak, jakby były delikatnie nacinane kawałeczek przy kawałeczku. Wywieszki Uniwersytetu Waszyngton, do którego ogród należy, informują co jakiś czas, koło jakiej rodziny drzew przechodzimy, ale nam się to cały czas zlewa i nie różnicuje. Klony, brzozy, kasztany topole, modrzewie, sosny, dęby i lipy, buki,  świerki, sekwoje są jeszcze jedną wspólną masą, zanim następne miesiące jesieni zaczną je różnicować i barwić.
Nie dochodzimy do Jeziora Waszyngton, bo i tak będziemy do domu mieli daleko i cały czas pod górę i jak przetniemy kolejny Park Pacific Northwest Old, gdzie młodzież szkolna w ramach prac społecznych wozi taczkami ziemię dla ocalenia tego, jak piszą na tablicach, pierwotnego, zabytkowego zbioru unikalnych roślin, które trzeba ratować. Mijamy wiec tę młodzież, która nas wita uśmiechami, słowami powitania, mijamy stół, gdzie czekają dla nich rzędy napoi, kartki z harmonogramem prac, narzędzia ogrodnicze, wchodzimy w te inne światy archaiczne, w te powalone sekwoje, w ten gotycki las ciemny, tajemniczy, a jednak pocięty dla wygody drewnianymi stopniami, poręczami tak, by broń Boże turysta się nie przemęczył.

Susan zawiozła już do nowego domu niemal całą kuchnię, nie ma w czym gotować i jedziemy na kolacje do Red Robina, która to sieć masowego żywienia Amerykanów jest tutaj notowana wyżej od MacDonalda. I faktycznie, ogromna sala, wesoło przystrojona samolotami w skali 1:3 i telewizorami z filmikami typu „taśmy grozy”, balonami i znanymi postaciami z bajek dają wrażenie swojskości i familiarności.  Młoda kelnerka o wyjątkowo rozłożystych biodrach, co nie jest tutaj tak zwyczajne, bo w Seattle podobno mieszka najmniej grubasów w Stanach, zagląda do naszego stolika cały czas, na który musieliśmy czekać 10 minut i bardzo się stara, byśmy byli ze wszech miar zadowoleni. Więc jesteśmy zadowoleni, chociaż wiemy, że nocy już nie prześpimy normalnie po czymś podobnym, ale to kolacja proszona, to podobno sobotni rytuał, gdzie wszyscy jedzą, cała Ameryka je w sobotę w knajpie i jeśli przez okrągły tydzień je też w knajpie, to jednak sobota jest jakimś jeszcze dodatkowym knajpianym rytuałem, więc nie grymasimy zalęknieni patrząc na to, co nas czeka. Na przestawkę jemy smażone krążki cebuli w cieście nanizane na patyk, które moczy się jeszcze w kilku sosach przez włożeniem do ust. Każdy stoik, jak patrzę wokoło, ma taką obowiązkową piramidę krążków cebuli smażonej w głębokim oleju, który zużyty mógłby z powodzeniem zastąpić ropę, gdyby te wszystkie smażalnie w całych Stanach nie wylewały go, tylko oddawały  na paliwo do silników samochodowych. Ale na razie gryziemy te krążki nim przyniesie nasza otyła kelnerka zamówione potrawy – dla mnie ryby z frytkami, a dla męża i syna hamburgery, dla Susan kurczaka, popijamy coca-colą z lodem, i co nadpijemy, kelnerka zjawia się natychmiast i dzbanka nam to uzupełnia, byśmy nie mieli przypadkiem ani sekundy świadomości finału tej wieczerzy. Nim usmażą się frytki, przyniesie mi lody pite przez słomkę z bitą śmietaną, co uwielbiam, bo na Kubie helado w płynie było obowiązkowym napojem, obok coca-coli i canady dry. W sumie to nic się przez pół wieku nie zmieniło. Symbol Red Robina pamiętam z dzieciństwa z cotygodniowego Klubu Myszki Miki puszczanego w latach sześćdziesiątych polskim dzieciom w telewizji. Może tylko brojlernia poszła na większe ułatwienia. Jemy nie na talerzach, ale w plastikowych koszyczkach wyłożonych papierem i na tym papierze jest dopiero potrawa, tak by nie trzeba było myć naczyń, tylko wyrzucić papier, a sztućce, mimo że metalowe, opakowane sterylnie, tak jak w samolocie.
Obok przy stoliku siedzi gimnazjalna młodzież, obchodzą czyjeś urodziny, wybuchają salwy śmiechu. Przy stoliku pojawia się kilku pracowników RR i kilka minut biją brawo solenizantowi. Rytuałem firmy jest urodzinowy prezent w postaci darmowego kawałka tortu. Bardzo miły zwyczaj zwłaszcza dla opuszczonych przez bliskich i Boga, którzy za jedyne $20, bo tyle mniej więcej kosztuje najtańsza potrawa, mają jak w banku, że o ich urodzinach tu pamiętają.

Szum sali, hałas i ogólne zadowolenie, intymność oddzielnych stolików działa tu na rzecz wspólnoty, na rzecz pojednania międzyludzkiego i tłumi wszelki egzystencjalny lęk.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, czytam więc jestem, dziennik ciała | Otagowano , , , | 6 komentarzy

Dziennik amerykański (4)

24 września 2010 piątek. Idziemy w dół Denny, ale potem skręcamy ciągle tak, by wchodzić do wieżowców, pojeździć windami i dotykać ich granitowych ścian, mosiężnych okuć, secesyjnych ozdób indiańskich ornamentów, wreszcie, opuściwszy holl i windy, obrotowymi drzwiami wyjść, stanąć na zewnątrz i zadarłszy głowę w górę zobaczyć niknące w niebie wieżowce. Idziemy Denny, ale skaczemy ruchem konika szachowego to raz na piątą, raz na siódmą, to znowu na drugą, by przejść tam, gdzie stoją wieżowce i pod którymi jeszcze nie przechodziliśmy. Nie przechodziliśmy jeszcze obok Smith Tower, pierwszego wieżowca seattleńskiego zbudowanego na początku ubiegłego wieku przez Smitha, magnata finansowego, producenta karabinów, a później maszynami do pisania. Ale dla takich podglądaczy jak my, zawsze będzie wielką niewiadomą, co w tych wieżowcach się wyprawia i do czego one służą. Liczne firmy, gnieżdżące się w tych podniebnych miastach, o których istnieniu mówią napisy, nie są żadnym dowodem na to, że w klatkach za oszklonymi szybami okien znajdują się ludzie. Wieżowce są najbardziej milczącym i najbardziej nieludzkim elementem miasta, a zarazem niesłychanie go energetyzującym. Zamknięta w nich duma z finalizujących się wież Babel, rosnących dla sportowych satysfakcji amerykańskich bogaczy – który z nich postawi wyższy budynek – jest właśnie ludzka. Dlatego brak oznak życia, otwartych okien, doniczek z kwiatami, suszącego się prania i tych wszystkich malowniczych uroków sielskości nie ma, ale jest coś abstrakcyjno zastępczego i tożsamego. Dlatego, przechodząc obok archaicznej Smith Tower zwieńczonej swojskim daszkiem o cukrowej, białej elewacji podziurawionej jak lukrowany piernik rzędami okien, odczuwa się ją, odczuwa się mimo wszystko triumf dokonania, nawet jak za tym stoi świadomość odwiecznego, społecznego wyzysku.
Nasza wędrówka ulicami Seattle ma nas doprowadzić do dzielnicy Chińskiej i wybierając dolne partie miasta, by przejść obok Smith Tower – a dystrykt chiński jest wyżej – wstępujemy, żeby odpocząć przed wspinaczką, do pustego Union Station, dużej ubiegłowiecznej sali dworca kolejowego, pięknego, zabytkowego pomieszczenia, ponieważ tłum podróżujących ludzi miejskiej kolejki jest na peronach i na ulicy. Tylko kilku bezdomnych i my siedzimy w drewnianych, wyprofilowanych ławach. Wszystko tu było podporządkowane temu, by zmniejszyć podróżniczy reisefieber, by ci, którzy jadą wiedzieli, że ten przedsionek to luksus, że to zapowiedź jedynie czekającej ich przyjemności. Ogromny łuk sklepienia, niczym nieboskłon ozdobiony okrągłymi żarówkami ciepłego światła uspokaja, daje ograniczenie przestrzeni tak skuteczne, że wszystko, co się dzieje poniżej – kafelki posadzki w jasnym ugrze i piony mahoniowej boazerii – to tylko podtrzymywanie tej bizantyjskiej, boskiej doskonałości przymglonego złota, sączącego się z sufitu poprzez kratkę stalowych ram okienek i tych dwóch półkolistych okien nad wejściem i wyjściem z hallu. Światło sączy się z secesyjnych kulistych lamp, z lampowych obwiedzeń podkreślających bryłę i jasność architektonicznego zamysłu i oprócz kilku plafonów malowanych w stylistyce art deco, dworzec kolejowy nie ma ozdób, jest jedną wielką ozdobą sam w sobie. Szukam toalet, które pewnie też są stylowe, ale damska jest w remoncie, a do męskiej boję się wejść. Wychodzi z niej kolejowy oficer ubrany jak kolejarz z Orient Expressu i ta zabawa w minione trwa jeszcze, nim czterej Murzyni siedzący opodal, nie popatrzą na nas nic nie mówiącym wzrokiem, a my po tej naszej stacji wytchnienia powleczemy się w górę ulicy, aż do pierwszego smoka na słupie elektrycznym i to już będzie China Town.
Tu nie odbywa się już rytuał amerykańskiej ulicy wzrokowych spotkań uśmiechów i powitalnych często hallo. Tu wszyscy niscy, szczupli, skośnoocy, niezwracający na nas uwagi, przemierzający ulice we własnym zamknięciu i nawet jak ten chłopak, próbujący ogarnąć z chodnika rozsypane pudełka tekturowe, męczy się mrówczo z tym wszystkim, nie widząc poza tym świata. Tak jest w ubogim sklepiku, gdzie zwabieni bardzo niskimi cenami kupujemy cebulę i jabłka. Pytamy stojących w kolejce do kasy Chińczyków, co to za owoce, czy to liczi. Nie to nie liczi, mówią bardzo grzecznie, ale nie mówią, co to jest. Lubię liczi i kupiłabym w tak tanie liczi, ale jeśli to nie liczi? Czy to są jarzyny? Pytam, by się dowiedzieć, co to jest, ale oni mówią nie, to nie jarzyny. Rezygnuję więc z nie liczi i idę do półek, gdzie stoi wszystko, co lubię, co uwielbiam, wszystkie słodycze wschodu, po których paraliżuje podniebienie od słodyczy. Z tego mnóstwa ulegam kandyzowanej skale, cukrowi czarnemu i białemu, prasowanego w płytki nasączone imbirem.
Takich sklepików jest dużo wśród gdzie niegdzie restauracji z fasadami malowanymi na różowo, smokami u drzwi i wiszącymi czerwonymi lampionami, ale reszta, to odrapane, nędzne niskie budynki mieszczące na dole te lepkie sklepiki, gdzie zmęczone, obojętne kasjerki kasują pieniądze. Za oknami toczy się chińskie życie, w maleńkich kawiarniach siedzą gdzieniegdzie Chińczycy, gdzie indziej stoją w kolejce, by kupić kurę, którą Chinka wyjmuje z kadzi olejowej, lub w sklepach rybnych, z dużych beczek ruszające się kraby. Nie ma tu turystów, turyści są na Pacific Market, tutaj jest prawdziwe życie, które turystom nie jest potrzebne. Toteż czujemy się nieswojo, jak chodzący po cudzych mieszkaniach inspektorzy czystości mieszkań mieszkańców nie mających za co jej utrzymać. Pytamy starego Chińczyka, gdzie stoi brama China Town, ale on grzecznie mówi, że on jest Chińczykiem i nie zna angielskiego. Podchodzimy więc do grupki innych starych Chińczyków i pytamy, gdzie jest China Gate i oni niezwykle grzecznie pokazują tam, skąd właśnie idziemy i my już dobrze wiemy, że tam nie ma bramy, ale zrezygnowani dziękujemy im za to nas celowe mylenie i idziemy gdzie popadło, i ona nagle wyrasta przed nami, ta chińska brama z czerwonym dachem, ze złotymi, rzeźbionymi smokami, ozdobami i tablicami.
I potem już pozostaje ten niewielki areał ziemi między autostradą, a China Town, między słupami mostu pomalowanymi w smoki, a budynkami, pocięty tarasami i to jest ogród Kobe, jak czytamy na granitowej tablicy, dar od Japończyków, podobnie jak pobliski teatr. W tym podzielonym na tarasy małym odcinku przestrzeni, gdzie z całej pokaźniej dzielnicy chińskiej odpoczywa tu na ławce w włóczkowej czapce tylko jeden Murzyn i słucha przez słuchawki muzyki, park stoi pusty skutecznie dając oddech temu miejscu. Siadamy na ławce i jemy znalezione opodal gruszki. Siedzimy wśród karłowatych sosen, roślin znanych z chińskich rycin i patrzymy łakomie na tę część parku, gdzie małe poletka owocują już jesiennie pomidorami, cukinią, wszelkimi pachnącymi ziołami i warzywami. Jesteśmy głodni i chcemy już wracać.
Po powrocie zjedliśmy obiad i ten fakt, tak nieważny, jest godny odnotowania, bo otworzywszy laptop, przeczytałam maila, że Polka zaprasza mnie do Domu Polskiego, gdzie właśnie jest i je tam pierogi.
Zmęczona poszłam w górę Denny, aż na Osiemnastą, pytając po drodze ludzi, czy dobrze idę. Byłam już na powrót wśród seattleńkich elojów, i oni za każdym razem troskliwie opisywali, gdzie mam iść, pełni uśmiechów i dobrej woli. A ja szłam Denny, szłam Olive, szłam Medison i rozmyślałam, jak to powitają mnie, sławną polską blogerkę w Domu Polskim i jak to mnie nareszcie przynajmniej polonia amerykańska doceni. Przecież Hanna, bo tak podpisała swój mail, napisała, że czyta mój blog! Że czyta odcinki seattleńskie i je aprobuje! Więc może ja, tylnymi drzwiami, poprzez inny kontynent, nareszcie wejdę na oficjalny salon poprzez Internet? Kto wie?
Ostatni raz z Domem Polskim miałam do czynienia w Norymberdze, gdzie przywiozłam trzydzieści moich obrazów. W Domu Polskim z przepiękną salą wystawową, który regularnie wystawia tam prace artystów z Polski opłacając im podróż na wernisaż, pobyt i wszelkie koszy związane z transportem prac, powiedziano mi, że jest to niemożliwe. Decyzja o tym, kto może wystawić w Domu Polskim w Norymberdze zależy wyłącznie od komisji, która mieści się w Krakowie i o tym decydują profesorowie ASP.
Więc w końcu wystawiłam obrazy w zborze Baptystów w Erlangen, gdzie przyjęto mnie z otwartymi rękami, a przebywający na kontraktach Amerykanie, kupili ode mnie kilkanaście płócien, resztę osoby oglądające je przez oszkloną salę z ulicy. Ceny obrazów były tak korzystne, że jeszcze po latach miałam zamówienia od tych, którzy obrazy już kupili. Zamówiono na całą ścianę olbrzymią łąkę i to tylko dzięki tej wystawie. Więc teraz, zbliżając się do niewielkiego domu z dużym napisem DOM POLSKI byłam pełna nadziei. Czasy się zmieniły. Może coś mi zaproponują?
Już w oświetlonym holu widać było stojące w ogromnej sali stoliki nakryte białym obrusami i gwar ucztowania, więc pewnym krokiem podążyłam w tę stronę. Przy stoliku z napisem „member only” siedziała młoda kobieta z mężczyzną, którzy spytali mnie co tu robię.
– Do Pani Hanny, jestem umówiona, ma na stoliku leżeć książka na znak rozpoznania – tu wymieniłam tytuł. Mężczyzna nieufnie na mnie popatrzył i powiedział: – należy sie jeden dolar.
– Dolar? – powtórzyłam zaskoczona. Nie zabrałam żadnych pieniędzy na wypadek jakby mnie pobito i zabito, nie byłoby żadnych strat. Podobno trzeba zawsze nosić jakieś kwoty, by tych napastników udobruchać. Jednak zawsze chodzę właśnie z nadzieją, że ktoś mnie wreszcie zabije i nie mam zamiaru do tego jeszcze dopłacać.
– Dolar? – powtórzyłam bezradnie.
– Ja z tą panią przecież mogę spotkać się w hollu, nie muszę wchodzić na salę..
I w tej chwili stanęła przed nami Hanna i powiedziała, że tak, że się umówiła i że ona zapłaci. Mężczyzna jednak wydobył z kieszeni bilet wstępu i powiedział, że w takim razie on zapłaci i że nie ma sprawy. Zabrałam zawstydzona tekturowy kwadracik gdzie była wbita pieczątka Domu Polskiego. Moja powitalna wizja, gdzie jak u Barei wita mnie para dzieciaków w krakowskich strojach chlebem i solą, mnie, sławną artystkę z Polski, słynną blogerkę, która ma pół tysiąca wejść dziennie na blog literacki w czasach, gdy już nikt nic nie czyta, natychmiast się ulotniła.
Hanna powiodła mnie do stolika, tam siedziały jeszcze dwie panie – dyrektorka radia Lena i kierownik klubu filmowego Ola. Hanna okazała się kierownikiem sekcji książki.
Bardzo miło porozmawiałyśmy o czasach minionych, o Solidarności, bo były to po części emigrantki ‘80, często żony liderów ruchu, głownie emigrantów politycznych. Jadły ogromne porcje ruskich pierogów na amerykańskich talerzach owalnych, które w Polsce stosuje się jedynie do wędlin i przekąsek. Kategorycznie odmówiłam jedzenia pierogów i wszelkiego polskiego poczęstunku, tłumacząc się niedawno zjedzonym obiadem. Podeszła do nas Polka z biletami na występ Piotra Rubika, który już niedługo będzie śpiewał w Seattle cantobiografię Jana Pawła II “Santo Subito”. Bilety po $60 i $80, ale dla członków Domu Polskiego cena jest o dolar niższa. Ach ten uporczywy dolar! Syn daje stojącym na rogach żebrakom, którzy sprzedają gazety za dolara… Ale ja byłam na tej amerykańskiej ziemi w Polsce i tak cały czas krążył tylko ten jeden dolar…

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | 8 komentarzy

Dziennik amerykański (3)

23 września 2010 czwartek. Pogoda, jak tu w zatoce, zmieniła się nagle. Z wczorajszego bezchmurnego nieba nic już nie zostało i rano pływałam w delikatnej mżawce, szybko uciekając do windy. Dopiero na dobre rozlało się, jak jechaliśmy po męża na lotnisko. Pojawił się w holu wypełnionym ludźmi z kwiatami lub trzymającymi wielkie wywieszki dla tych, których witając nie znają, lub się nie mogą rozpoznać.
Kobieta o chińskich rysach, ubrana w strój obsługi lotniska pilnująca wolnego od ludzi dużego kwadratu ograniczonego na posadce czerwoną linią, nagle odskoczyła i tłum po odprawie granicznej zalał cały tak pieczołowicie przez nią pilnowany kwadrat.
Mąż, ocalały z dziur biurokratycznych lotnisk na wstępie oskarżył mnie o robienie na blogu z niego niezguły, bo podobno tylko dzięki jego zdecydowaniu Lufthansa nie zażądała dodatkowego tysiąca dolarów z konta bankowego syna za bezpośredni lot do Seattle. Ale ogólnie w trójkę przeżywaliśmy euforię spotkania, a syn cieszył się jak dziecko, bo był przecież dla nas w dalszym ciągu dzieckiem.
Poszliśmy do Mama’s Pizza, by uczcić spotkanie. Potem oddaliłam się, bo ciągle miasto mnie wzywa, wyje we mnie jak wewnętrzny wilk, który chce do lasu.
Wędrowałam Broadwayem do małego muzeum seattleńskiego Frye Art Museum, jedynego chyba w mieście za darmo, smakując ulice, posuwałam się w kierunku największych wieżowców Seattle, czyli do samego serca.
Mijałam wielkie żywopłoty strzyżone bożonarodzeniowe ostrokrzewy, które znałam jedynie z pocztówek, nie mając pojęcia, że mogą być tak ogromne. Przyroda seattleńska to bukszpany, bluszcz, rozmaite krzewy o lakierowanych grubych liściach oleandrów i laurowych, co w połączeniu z trawnikami sianymi rumiankiem rzymskim nieustannie pachnie i tłumi smród spalin samochodów. Szczególnie, gdy wilgoć po mżawce jest duża, uwalnia olejki eteryczne roślin sadzonych w każdą szczelinę muru, wyłom fasady domów. Zieleń zwisa wszędzie, z mostów, dachów, okien, z łączących ulice szklanych korytarzy. Nawet, jak między chodnikiem, a domem jest przestrzeń tylko pięciu centymetrów, wzdłuż fasady rośnie bluszcz. Każdy niemal wolny kawałek ziemi albo pokryty jest szlachetną trawą tworzącą puszyste dywany, które z wycieraczkami przed wejściem do domów ze sztucznej trawy tworzą bardzo subtelny, bajkowy klimat dobrobytu i baśniowej szczęśliwości.
Dochodzę do Swedish Medical Center, ogromnego, rozłożystego budynku szpitala obchodzącego właśnie swoje stulecie, gdzie wczoraj syn z Bryanem kręcili film o opiece medycznej nad tymi, którzy nie mają ani grosza. Dopiero za nim, schodząc w dół Cherry jest niewielkie, na kształt greckiej świątyni z kolumnami, budowane muzeum. W muzeum roi się od starych ludzi ubranych po młodzieżowemu. Na ścianach korytarza wiszą czarno-białe fotografie dokumentujące otwarcie muzeum, które ma tyle lat, co ja. Na tych starych fotografiach widzimy nobliwych panów, seattleńskich tuzów odświętnie ubranych podziwiających dokładnie to samo co i ja za chwilę zobaczę, jakiś dar, jakąś kolekcję znamienitych płócien ubiegłowiecznych i jeszcze wcześniejszych malarzy konserwatystów malujących wyłącznie dla klasy wyższej. Siadam więc zrozpaczona na wymyślnym perwersyjnym foteliku podobnym do psa Cerbera, czyli połączenia trzech fotelików, bym siedząc w nich i tylko się kolejno przesiadając tę napaść ścienną chłonęła ze wszystkich stron na raz. Siadam na tym szkarłatnym pluszu jak na tronie i pozwalam się obłazić wszystkim landszaftom, patrzącym z płócien egzaltowanym kobietom w kapeluszach, śpiącym baranom o zachodzie słońca, galeonom, pederastycznym amorkom i lubieżnym portretom starców. Jeśli sztuka realistyczna w malarstwie nie przekroczy pewnego progu, to mimo wielkich technicznych zdobyczy, dokładnego odtworzenia i znajomości rzemiosła, nie ozdobi nawet mieszkań. Jest to taka Trietiakowska, są to takie Sukiennice, jednak sztuka w sztukę trochę przesunięta, ciut, o włos, by stać się kolekcją toksycznego kiczu. Z nazwisk zapamiętałam Ludwiga von Zumbuscha, który powtarzał się najczęściej i który widocznie miał w ubiegłym wieku u kolekcjonerów malarstwa jakieś specjalne branie.
Pożegnana żałosnym wzrokiem staruszka, który za kantorkiem, mimo ogłoszeń, że muzeum jest wolne od opłat, siedział jak żebrak z dużym szklanym słojem, a w nim banknoty o wysokich nominałach w środku, wyprysnęłam na neutralny świat uwolniony od malarstwa, od fałszywej sztuki, od tych czterech ogromnych ścian, gdzie wisiały szczelnie, jeden przy drugim w złoconych, rzeźbionych ramach, ubiegłowieczne artefakty, na orzeźwiające, seattleńskie powietrze. Idąc jeszcze bardziej w dół ulicą Cherry doszłam do ogromnych, betonowych przęseł kolejki nadziemnej, a tam nędza, patchworkowe śpiwory, bezdomni luźno rozsypani po tej gigantycznej przestrzeni, śpią, koczują w jakiejś mimo wszystko swobodzie narkotycznego letargu.
Przeszłam więc od razu do stojących bogatych wieżowców, by pojeździć windami i też się w pewnym sensie nahaszować, bo uwielbiam jeździć windą, naciskać guziki i czuć, jak wszystko podchodzi do góry, a ja na dół i jak potem wszystko opada, a ja do góry. Kiedy znalazłam się na czterdziestym piętrze Seattle Municipal Tower jadąc ekskluzywną windą podobną do marmurowego grobowca i kiedy usiadłam na jednym z trzech foteli naprzeciwko ogromnego okna, nareszcie zobaczyłam prawdziwy obraz, czyli roztaczającą się panoramę Seattle, na port, z dala widoczne ośnieżone góry i pionowe kreski kolei żelaznej.
Ale w najwyższym wieżowcu w Seattle, w Columbia Center Skyview nie znalazłam niczego. Wszystkie wieżowce mają podobny rozkład dolnych poziomów, gdzie za konsolą siedzi portier, a na różnych kondygnacjach są bary, sklepy, ekspozycje sztuki współczesnej, a najczęściej fotele otoczone roślinnością, na których toczą się biznesowe spotkania. I to wszystko jest bardzo hopperowskie. Edward Hopper nie żyje już ponad pół wieku, ale klimat jego obrazów w dalszym ciągu jest obecny. I mimo, że przestrzenie biurowe są oswajane nowoczesną scenerią, duch płócien Hoppera unosi się wszędzie. Tajemniczej, hooperowskiej pustki doświadczyłam wchodząc sama do obszernej windy i nacisnąwszy numer siedemdziesiąt znalazłam się wśród klaustrofobicznego labiryntu korytarzy absolutnie pustych, gdzie nie było dostępu do żadnego okna, bo okna były tylko w pomieszczeniach biurowych pozamykanych na szyfrowe zamki. Szłam więc trochę zaniepokojona w poszukiwaniu jakiegoś życia w tej konfiguracji, ale nie, nie było żywego ducha nigdzie, nic się z tych oświetlonych pomieszczeń nie wydobyło, żaden dźwięk, żaden zapach, żadna sekretarka nie wyszła trzymając w ręce jakiś dokument.
I taki, nie zobaczywszy nic, wróciłam którąś z kilkunastu wind, tak samo pustą i tak samo sprawną, idealnie funkcjonalną i usłużną.

Zbudziliśmy się z mężem o czwartej w nocy kompletnie wyspani pomylonym czasem i syn, jeszcze pracujący przy edytowaniu filmu, pokazał nam właśnie kupione duże, czarne Volvo. Pojechaliśmy więc ulicami Seattle, gdzie ruch uliczny porannie się rozkręcał, a przy świetle księżyca sprzątacze zamiatali już ulice. Stanęliśmy oglądając najpiękniejszy widok w Seattle z Wzgórza Queen Anne. Położone w dole miasto z rozżarzoną igłą Space Needle żyło kolorowymi światłami na tle czarnego nieba promieniując i celując w tę czerń promienistą, niczym święty, łuną. Czarnowłosy chłopak w białej, skręconej do tyłu czapce z daszkiem i piłkarskiej koszulce Italii stał na ogrodzeniu skarpy, a drugi, wysoki chłopak robił mu zdjęcia. Przynieśli kolejne butelki piwa. Na wieść o tym, że jesteśmy z Polski, natychmiast wymienili nabożnie dwa polskie nazwiska piłkarzy w drużynie niemieckiej. Rozmów, uścisków, bratań i opowieści nie było końca. Ten wyższy miał na imię Mark, a ten niższy Rayan. Młodszy z matki Włoszki, a ojca Algierczyka. Ale ojca nie ma, nie wie, co się z nim stało.
– Blue bird? – spytał mąż.
– Yes, blue bird – przytaknął Ryan.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | 8 komentarzy

Dziennik amerykański (2)

22 września 2010 środa. Kiedy nakarmili mnie avocado i lukrecją, czyli tym, co lubię, zasnęłam, o czwartej w nocy obudziła mnie polska rozmowa telefoniczna. To syn rozmawiał z Markiem, którego po sześciogodzinnym czekaniu na samolot do Vancouver, skąd miał lot do Portland, lotnisko we Frankfurcie nie wpuściło na pokład samolotu, ponieważ miał stary paszport bez odcisków palców, o której to kanadyjskiej zmianie przepisów wizowych nie mieliśmy pojęcia. Dwa lata temu swobodnie przekraczałam granicę kanadyjską i o żadnych odciskach palców nie było mowy. Widocznie paszporty zaczęto tak nagminnie podrabiać, że trzeba było wprowadzić jakieś zmiany, co pracownik Lufthansy powinien przynajmniej zauważyć już na lotnisku w Katowicach. Po godzinnych pertraktacjach telefonicznych syna z pracownikiem Lufthansy we Frankfurcie zgodzili się go wysłać na drugi dzień samolotem bezpośrednio do Seattle bez śródlądowania w Kanadzie. Ale mąż nie mając pieniędzy i jedzenia będzie musiał dobę koczować na lotnisku.

Rano poszłam na basen tego apartamentowca, w którym mieszkanie syn z żoną dwoma kotami i dwoma chomikami wynajmują do końca miesiąca. Basen jest dla wszystkich mieszkańców wysokiego domu na ulicy Melrose, gdzie jedna ściana jest całkowicie oszklona i z domu roztacza się widok na centrum miasta i wzgórza. W nocy roziskrzone miasto rozprasza wszelkie lęki egzystencjalne. Można godzinami śledzić wędrówkę księżyca po niebie, nieustanny ruch samochodów i oglądać przechodniów.
Basen od razu przypomniał mi film Roberta Altmana „Trzy kobiety”, gdzie tam faktycznie basen skupiał wszystkich mieszkańców przy codziennych bankietach przy kąpieli. Sylvia Plath napisała opowiadanie, na którym oparł Altman scenariusz pół wieku temu i pewnie wszystko już się zmieniło. Syn mówi, że nawet w wakacje basen ma niewielkie zainteresowanie, mimo, że cały czas jest sprzątany i wodę tam grzeją nieustannie. Wspaniały jest pomysł umieszczenia w miejscu, gdzie w Polsce przedwojenne kamienice typu studnia miały podwórka dla dzieci i dzieci taplały się tam w rynsztokowych kałużach. Nad losem anemicznych proletariackich dzieci łzy lali naturaliści w powieściach ubiegłego wieku. Tutaj dzieci nawet nie mogą wejść, bo muszą mieć zapewnioną opiekę do dwunastego roku życia. Ponieważ pracują tutaj wszyscy non stop, by zarobić na funkcjonowanie tego basenu i opłatę mieszkania w tym apartamentowcu, jestem teraz jedyną chętną i ten luksus po polsku, z całą premedytacją nędzarza, wykorzystuję. Pływam więc dwie godziny, para unosi się nade mną, bo na zewnątrz nie jest już tak ciepło, jest przecież jesień.
Widzę, pływając na wznak, na wysokiej skarpie zaglądające do mnie słoneczniki, kilkanaście pięter budynku, bezchmurne niebo. Zaraz wracają mi wspomnienia z dzieciństwa i Kuba, gdzie właśnie takie same w kształcie nerki były baseny przy hotelach i taki sam kolor turkusa miało ich dno i kafelkowa glazura. Wokół leżą plażowe piłki, dmuchane Myszki Miki, leżaki wśród rabat petunii, ale wszystko jest martwe. Mam klucze do gospodarskich pomieszczeń wokół basenu, do kuchni, gdzie leżą naczynia kuchenne, stoją grille czekające na jakiś szałowy bankiet, fotele do rekreacji i gimnastyki. Ale nawet w weekendy mieszkańcy tego domu nie są w stanie tych wszystkich dobrodziejstw wykorzystać. Już u Sylvi Plath społeczność basenowa była całkowicie wyalienowana, tutaj po prostu jest już nieobecna.
Za to ulica Seattle, na którą zaraz po wyjściu z basenu się przenoszę, jest tym samym, czym na włoskich filmach uliczne biesiady przepełnione stolikami, ucztującymi rodzinami i bratającymi się sąsiadami.
Gdy idę ulicą Pine… ale mogłabym pójść i Denny, ale nie, pójdę tym razem Union, nie, może Uniwersytecką, albo Madison… Zupełnie nie wiem, co wybrać, wszystko kusi i nęci, bo jak przejdę inną, to ominę Muzeum, ominę Bibliotekę, ale za to wstąpię do ekskluzywnych centrów handlowych, do których w Polsce bym nie wchodziła, bo to za wysokie progi dla mnie… Pacifik Place to takie Galerie Krakowskie, czy odpowiednik Silesia Center w Katowicach. Jadę ruchomymi schodami, wchodzę do ekskluzywnych butików francuskich projektantów. Wchodzę do Chanel, gdzie wita mnie wylewnie właścicielka. Nie, ja tylko oglądam, tłumaczę trochę przestraszona, że ośmieliłam się wejść. Zawsze lubiłam ciuchy Coco Chanel, są właśnie bardzo amerykańskie i zawsze z lat sześćdziesiątych, z tych pięknych filmów egzystencjalnych dopuszczonych do TV za mojego dzieciństwa, bo były lewicowe i te piękne kobiety ubrane tak elegancko narzekające na swoich mężów burżujów właśnie za to na okrągło ich zdradzające, by gniew proletariacki biednych i poniżonych znalazł w nieprawości świata słuszny odwet. Więc nawet nie dotykam tych, zaledwie kilku sztuk szanelowskich garsonek z zamkami błyskawicznymi. I wtedy właścicielka butiku Chanel, gdzie na ogromnym ekranie trwa permanentny pokaz paryskiego wybiegu haute couture, mówi mi, że mam piękne buty. Wtedy ja, zawstydzona, zaskoczona… Buty? Ja, buty? A, to te buty, które za dolara kupiłam sobie w Armii Zbawienia cztery lata temu w Filadelfii i które chciałam podarować mamie, bo były zrobione z samych czerwonych gumek do majtek, na wygodnej podeszwie, chodzi się w tym, jak w skarpetkach, są tak wygodne! Ale mama powiedziała, że w tym by nie wyszła, że musi mieć obcasik, więc już mocno sfatygowane zabrałam tutaj, by je wyjeżdżając już wyrzucić. Dziękuję jej za komplement, mówię, że są takie wygodne i spłoszona uciekam. Ale już niedługo na przejściu przy światłach podchodzi do mnie mężczyzna w kowbojskim kapeluszu i wskazuje na buty. Jakie buty? Tak, mam wspaniałe buty! Jego buty są trochę podobne, ale nie czerwone i nie z gumek, tylko takie wsuwy, ale dziękuję mu, że docenił moje buty.
Baudrillard pisze w „Ameryce” o tych bezosobowych uśmiechach ulicznych. Jednak być może, że Baudrillard pisał to na tyle dawno, że znowu obyczaje się trochę poodmieniały. Ten syndrom „całych w skowronkach”, jest zasadny, podkreślony jeszcze tym, że na przejściach ulicznych sygnał, jak pojawia się zielone światło semafora, jest głosem ptaka, i to bardzo zróżnicowanym gatunkowo. Raz jest to kukułka, raz słowik, dzięcioł, skowronek. I ulica naprawdę żyje jakimś kolejnym wcieleniem nowego życia i to naprawdę życia. Tu nie ma nic z martwoty. Panujący luz uliczny tłumu przechodniów ani nie spacerujących po dziewiętnastowiecznej promenadzie dla ekspozycji własnej zamożności, ani, jak w Moskwie w latach siedemdziesiątych jaki obserwowałam ze zgrozą zamknięty, zasznurowany, pędzący nie wiadomo gdzie. Nie, tu fala ludzka przepływa naprawdę, jak ławica ryb, jak żyjące istnienia, które same wiedzą, gdzie się przemieścić, cieszą się z tej możliwości. To naprawdę tłum wolny i na miarę swojej wolności tego świadomy. W oszklonych miejscach do jedzenia przed jedzącymi rząd laptopów, miejsca te głównie służą teraz pracy, a nie rozmowom. W ogródkach przy restauracjach ludzie autentycznie jedzą i nie traktują tego jako rekreacji, ale jako konieczność spożycia ciepłego posiłku i łączą to też ze spotkaniami. Wszystko zdaje się jakieś celowe i te powitalne spotkania wzrokowe z wyartykułowanym głośno hello, skierowanymi tylko do mnie, nie są ani uprzejmością, ani ocieplaniem stosunków międzyludzkich w celu rozładowania samotności. To jest wyraz uczuć merdającego psa i to psa traktowanego zawsze po ludzku.
Zawsze wracam z ulic Seattle naładowana tak pozytywnie i tak szczęśliwa, że mogłabym non stop głosić wielkość tej wspaniałej cywilizacji, kochać miłością odwzajemnioną drapacze chmur, ich pozbawiony reklam wykwint bogatego miasta, gdzie fasady koegzystują wspaniale z marmurami art deco i naklejoną fototapetą imitującą ubiegłowieczną cegłę pomalowaną farbą emulsyjną z nadrukiem graffiti. To zdublowanie, to przetworzenie natury jest tutaj jeszcze większym wzmocnieniem nie tylko różnorodności, ale i postmodernistycznego dystansu do wszystkiego i wszechpanującej ironii. Tak, jakby świat był już oswojony i na przynajmniej ten okres, dopóki złoża ropy na kuli ziemskiej się nie wyczerpią i dopóki będziemy tkwić w tym cudownym świecie plastiku.
W jednym z magazynów mody namierzyłam dwie ogromne przeźroczyste kolumny w których zamknięte były plastikowe korale morskie, powiewały glony ze sztucznego stylonu, podłoże wysypane było winylowym granulatem, a wśród tego pływały dostojnie wypasione, zadowolone, egzotyczne okazy barwnych ryb Pacyfiku.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , , , , , | 14 komentarzy

Dziennik amerykański (1)

21 września 2010 wtorek. Tylko kołując nad Seattle chmury dzięki wyjątkowo zdecydowanej, słonecznej pogodzie ustawiały się pionowo tworząc bardzo smakowite, pooddzielane pustką kule waty cukrowej, którą uwielbiam. Były nawet takie same włókna, białe pasma rozwarstwionych nitek, lubię je, jak jem watę cukrową w Wesołym Miasteczku zębami wysnuwać tak, jak było to motane w czasie jej robienia. Jest jeszcze, jak samolot w nie wchodzi, przebija je i są pod i nad nim – ta nieruchomość chmur, które zawsze zatrzymaną się, jak w klatce filmu. Wszystko się rusza, pędzi, natomiast chmury nieruchomieją, co sprawia zawsze wrażenie teatralnej dekoracji i w niej ich sztuczność. Jeśli Susan Sontag powiedziała, że życie to film, a fotografia to śmierć, to chmury należałyby na tle toczącego się powietrznego spektaklu śmiercią. Tylko z perspektywy Ziemian chmury się przemieszczają, wędrują, płyną. W Kosmosie, mimo ich ciągłych metamorfoz są martwe.
Przez całą podróż czytałam, “Traktat ateologiczny” Michela Onfray’a, bo jak dużo można patrzeć przez okno. Ale jak długo można cięgiem czytać. Teraz mam inwazję wszystkich ekranów w zasięgu mojego wzroku. Dawniej był jeden, tzw. naczelny ekran, który obsługiwał kwaterę samolotową między zasłonkami, gdzie stewardesy przygotowują posiłki. I tam leciały na okrągło filmy, nikt nie mógł ich wybierać. Od kiedy umieścili ekrany na każdym oparciu fotela, mimo, że nie uaktywniam mojego i nawet nie rozpakowuję słuchawek z woreczka foliowego, to i tak atakują mnie z każdej strony, nawet z kilku rzędów wstecz filmy, których dobrowolnie nigdy bym nie obejrzała, a których jest kilkadziesiąt do wyboru. Moja Niemka, z którą siedzę już dwunastą godzinę lotu, wysoka młoda dziewczyna o zadartym nosku oglądała cały czas komedie romantyczne zawsze z kiczowatymi scenami wesela. Ale rozpoczęła już to co kilka rzędów wcześniej obejrzałam „Alicję w krainie czarów” Tima Burtona w konwencji koszmarnego fantasy i jak ukończyła, rozpoczęła „Shreka”, a fotele są zbyt ciasno poustawiane i zbyt ekonomicznie, by mnie to nie dotyczyło. Jednak jak już główny ekran pokazuje lot samolotu przez Kanadę i zbliżanie się do Portland, ludzie po prostu tego nie wytrzymują, łamią wszelkie zakazy, a obsługa lotu już nie reaguje, bo też tego nie wytrzymuje. Dzieci zaczynają wrzeszczeć w marudnej, zawodzącej tonacji, i jeśli je się da jakoś omamić i udobruchać, cichną, by w innym miejscu wznowić kwilenie.
Chodzenie pod pretekstem pójścia do ustępu rozpoczynają osoby starsze, obchodzą po prostu wokół fotele, a ponieważ należą do tzw. mozaiki etnicznej, wygląda to jak pokaz mody: Iranki zakutane w długie chusty tetry, u nas używane do szycia pieluszek niemowlęcych; Murzynki mają na głowie wzorzyste chustki i czasami wygląda to tak, jakby po samolocie chodziło tylko jaskrawa głowa, bo ciemny kolor twarzy i włosów natychmiast wtapia się w tło. Ale potem już, żeby wyprostować kości wstają też młodzi ludzie i ten mrowiący się tłum czasami przypomina mięso w którym zalęgły się robaki.
Dopiero jak samolot paraliżuje ich zapiętymi do lądowania pasami, a oni już, jak milkną silniki, nagle wstają chwytając za swój ukryty w górnych lukach bagaż, nieruchomieją w pozycji stojącej czekając, aż schody podjadą pod wyjście i milcząco, bez wyrazu, samorzutnie odwróceni w jedną stronę, formują ten, na modłę wojskową, zdyscyplinowaną kolejkę pod naciskiem wąskiego przejścia między fotelami.

Zaraz poszłam na Broadway gdzie stoi pomnik Jimiego Hendrixia, gdzie Ameryka dowodzi, że w Ameryce każdy może chodzić sobie ubranym tak jak kto chce. A jednak jest wszystko przemyślane, rozważałam tę dziwną potrzebę chodzenia jesienią w kretonowych sukienkach takich, by był widoczny wielobarwny tatuaż na ramionach i dekolcie i jednocześnie ubierają na gołe nogi wysokie, skórzane botki nie mające charakteru ani punkowych czarnych butów sznurowanych, tylko taka irracjonalność sama w sobie obok mód. Bo Broadway, wbrew wszelkim filmikom na YouTube http://www.youtube.com/watch?v=cNMVRovQS6g   to wolność nieświadoma siebie i intuicyjna. Kiedy chwytam piłkę, lecącą zza ogrodzenia boiska ulicy przecinającej Broadway, a chłopak leci za nią do mnie łamiąc wszelkie drogowe przepisy i lawirując między autobusem, a motocyklem rozpromieniony, pełen podziękowań, odbiera piłkę z moich rąk którą uratowałam od niechybnego jej rozjechania, to nie ma w tym ani przypadku, ani woli Boga, tylko spotkania są intuicyjne. To ja przypatruję się leżącej na trawniku dużej torbie makaronu, który wysypując się i czerpiąc wilgoć z trawy, pęcznieje i zmienia się w surrealistyczną rzeźbę, podczas gdy ten, ocalały, suchy, w opakowaniu tkwi jeszcze w swojej pierwotnej postaci. I tak właśnie na Broadwayu zobaczyłam siedzącego po przeciwnej stronie ulicy od Hendrixa siedzącego na plastikowym wiadrze po farbach młodego Murzyna identycznego jak Jimmy Hendrix, który, otoczony piramidami powkładanych w siebie piramid kubłów i powtykanych pomiędzy nie szklanych butelek po winie, grał na tym instrumencie „szklanych paciorków” muzykę na perkusję i niewiele to przechodniów obeszło, jak i mnie, która już przeszła do zaglądania w inne rejony, do kawiarń, gdzie chłopaki z irokezami na głowie jedząc kanapkę piszą na laptopach, czy oszklonej witryny fryzjera, gdzie dziewczyny obcinają i farbują włosy w najbardziej ekstrawaganckie warianty, jakby im indywidualizacja służyła właśnie czemuś przeciwnemu, jakby poprzez swoją inność potrafili jedynie wtopić się w tłum Broadwayu, który, pełen zataczających się narkomanów, loserów i oautsaiderów kontestuje nie inność, ale bezskuteczną próbę wtopienia się w japiszonów, którzy ich nie chcą.

Wieczorem syn pokazuje mi nowy dom, gdzie zamieszkamy wszyscy już za kilka dni, a ja liczę na liczniku samochodu tylko kilometry do centrum, bo ja mam sprawę tylko z Centrum. Zabieramy po drodze Susan z pracy i jedziemy do tego domu, z którym zamieszkają z Bryanem, od dłuższego czasu syn robi z nim realizacje filmowe zlecane przez firmy połączone z biznesami Billa Gates’a.
– Bryana nie będzie – mówi syn – bo jest na jakiejś imprezie.
Bryan jest młodszy od syna i po rozwodzie, ale ma podobno pięć aktywnych kobiet w swoim życiu i Bryan ten rok spędzi z nimi mieszkając. Dom jest imponującym domem amerykańskim ze wszystkim szykanami klasy średniej, na co nie mogę patrzeć, bo zawsze wydawało mi się, że dom to jest taka buda dla psa i tylko od tych, którzy mnie posiadają zależy, czy mi ten łańcuch przedłużą, czy ocieplą ją w zimie i nie zapomną o misce wody.
Pokój Bryana jest zupełnie pusty – syn oprowadza mnie labiryntem pomieszczeń, kuchni, łazienek, holu z kominkiem, werand, tarasów, strychu, gdzie też jest wymoszczone puchatym dywanem erotyczne miejsce na jakiś kolejny hedonizm – pokój Bryana to duże łóżko z czerwoną pościelą, gdzie obok na nocnych stolikach wszędzie stoją jakieś opakowania napojów regenerujących i właściwie to tam już niczego więcej nie ma i albo Bryan jest w trakcie przeprowadzki, albo taki po prostu jest.
– Może wam kupić tę plastikową dynię do okna – mówię synowi chodząc po wypielęgnowanym ogrodzie, gdzie nawet jest o dziwo coś do jedzenia – agrest i jabłka, – bo takie życie ponad stan mnie paraliżuje i ja muszę coś powiedzieć. Syn się wścieka, bo nie wpuszczają już do swojego domu od dłuższego czasu żadnych przedmiotów, nawet choinki, a ja autentycznie jestem zafascynowana taką dynią i chyba jutro naprawdę ją kupię i powiozę do Polski. Kosztuje w Armii Zbawienia tylko dwa dolary i dziewięćdziesiąt dziewięć centów, zrobiona jest z pianki polichlorku winylu tak przemyślnie, że w odróżnieniu od prawdziwej dyni, świeci mocą wmontowanej w nią lampki nocnej, za co z powodzeniem może służyć i można przy niej czytać książki.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , , , | 4 komentarze

PRZYJACIELE!

[All the prisoners in the prisons, all the righteous and the wicked,
All the joyous, all the sorrowing, all the living, all the dying,
Pioneers! O pioneers!]

Walt Whitman „Pioneers! O Pioneers!”

Jestem czującym białkiem
nerw dnia i sieci tembr jednaki
dla mnie jak znaki…
A wy, czym? Celem? Drwiną? Szańcem?
Przyjaciele!

Od Kolorado, po Oregon
od Małopolski, do Wybrzeża
jestem sieciowym elektronem
stetoskop służy waszym sercom
przyjaciele!

Czująca warstwa izolacji
jak kabel barwnie oddzielony,
zbyt równoległy do kreacji.
Nie było iskry, nie ma spięcia
przyjaciele!

I tam, gdzie jestem, i tam także
gdzie żadne losy mnie nie rzucą,
nić nie połączy już Ariadny,
bo sieć jest tylko dla podsłuchu
przyjaciele!

Będę się miotać, jak bóg w ciele
osławiać góry, wodospady,
śpiewać tak pięknie, jak w operze!
Ja, zwierz czujący, grzeję głazy
przyjaciele!

Zanim już wszystko się rozwarstwi
i pójdzie przekaz zawsze bokiem,
urokiem się zachwyci jaźni
każdy, kto nigdy się nie zbłaźnił
przyjaciele!

I tylko ten, poniekąd czysty,
co godnie trwał na antypodach,
porwie sieć, jako brankę myśli,
jako odkrywca i gospodarz
przyjaciele!

A wy, co mając tyle w sobie
inwencji – hołd. Lecz wciąż dla Znanej.
(Elektronicznie żyje człowiek
brnie jak rycerz niepokalanej).
Przyjaciele,

wy, co się wiecznie pawim okiem
mienicie w oknie monitora,
którym zaimponuje sfora.
Test na inteligencji wasz iloraz
przyjaciele

po nic, bo i tak czerń ekranu
pogrąży was, jak „czarna sotnia”
(frekwencji forum da sobotnia
absencja spadek),
przyjaciele.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz