Kazimierz Poznański „Długi wiersz” (2010)

Tomik wychodzi właśnie w Polsce nakładem Ludowej Spółdzielni Wydawniczej w Warszawie, ale w Seattle dostałam go do przeczytania w postaci luźnych kartek skserowanych wraz z obrazami profesora Kazimierza Poznańskiego, wykładowcy tutejszego Uniwersytetu Waszyngtona.

„…moje słowa płyną same z siebie/tłumacząc czego nie rozumiałem”– napisze poeta w spójnym monologu wewnętrznym słowami podmiotu lirycznego, który rozpoczyna swoją liryczną skargę w rozważaniach na temat uczucia smutku.
Smutek rozpoczyna poemat i go kończy tak, jakby to uczucie nie było stanem zamierzonym przez parę kochanków, o których opowiada, ani też darem losu. Smutek jest bohaterem „Długiego wiersza”, utworu złożonego z 63 zwrotek – modułów, które poprzez swą jednakową budowę wprowadzają mantryczny rytm lamentacyjny, bardziej będący kokieterią cierpienia, niż nim samym. Jednak i ten trop odbioru jest mylny, ponieważ całość utrzymana jest w wielkiej powściągliwości i ascezie, a dyscyplinujące je rytmy ośmiu wersów w zwrotce i umieszczenie tylko dwóch zwrotek na stronie wprowadza czytelnika w nastrój bardziej elegijny, niż refleksyjny.

Rzecz jest o rozstaniu, o niemożności utrzymania jedności i o rytuale życia, o jego względności, zmienności, a zarazem paradoksalnym przyzwoleniu na taki, a nie inny bieg wydarzeń. W tej właśnie akceptacji cierpienia kryje się tajemnica piękna tych strof, które ze zwykłego opisu przeradzają się w traktat o miłości niemożliwej, ale takiej, która jest dostępna jedynie w formie niespełnienia, jak każda duchowość, która może trwać jedynie w nienasyceniu. Dlatego utwór kończą słowa „smutek jest piękny” włożony w usta kochanki, bo samo doświadczenie prawdziwej miłości jest zawsze wartością samą w sobie i jest ona platońskim pięknem.

Ale warto prześledzić te zwrotki pod kątem wątłej fabuły. Zastanawiałam się, czy Poznański, pokazując scenerię chińskiego otoczenia:

„Jakże bym chciał zrozumieć
każdy z twoich dziwnych snów
co krążą pod moimi powiekami
jak chociażby ten jeden krótki
o dwóch łabędziach płynących
po jeziorze „Letniego Pałacu”
ponoć zbudowanego po to tylko
by rzucał cień na ich gniazdo”

robi aluzję do słynnego wiersza Mallarmego „Łabędź”, czy są to luźne obrazy symboliczne, prowadzące czytelnika bardziej do przeżyć jednostkowych podmiotu lirycznego, niż szerszego planu kultury i wschodnich wpływów tradycji na sztukę. Uniwersalność tych wierszy przekracza jednak to doświadczenie, cały czas mamy na uwadze bardzo ludzkie łzy kochanki, która odchodzi :

„Staram się odnaleźć sens
w tym co się dzieje w głowie
chodzi tylko o jedno zdanie
nie miałaś prawa go napisać
w każdym razie nie w czerni
wydartej z chmury popiołów
zlanych lodowatymi łzami
z oczu które prawie oślepły”

Ta patetyczność, egzaltacja i oburzenie, nie ma w postępującym toku narracji racji bytu, rozbicie jedności dwóch istnień jest zawsze nierealne, nawet jak jest nieodwracalne i namacalne, ponieważ rzecz się dzieje w nieskończoności i jak słusznie narrator zauważa:

„(…)że nie ma końca temu co
się już kiedyś zaczęło
czas może być zawrócony
różne chwile powtórzone(…)”

Romans liryczny dzieje się więc na płaszczyźnie duchowej, jest nieprzekraczalny i nienaruszalny, ponieważ się wypełnia i obejmuje swoim zaistnieniem wewnętrzną przestrzeń kochanków, mimo, że ich scalenie wielokrotnie ma rację bytu w realności:

„Zawsze mogłaś na mnie liczyć
nawet gdy nie byłem potrzebny
żebyś poluzowała moje ubranie
przeciągnęła przez mą głowę
i zdarła całą resztę wzdłuż
moich dwóch śliskich kolan
a potem osunęła się na podłogę
z ręką zawieszoną w powietrzu”

Lecz większość poetyckiego obrazowania przenosi się na tło rozgrywającego się dramatu i krajobrazy duchowe przewijają się jedynie w przemienności przyrody „(…)w rytmie czterech pór roku/albo nawet powiedzmy ośmiu(…)” i w subtelnym rysunku ogrodu chińskiego, z jego egzotycznymi kwiatami, drzewami, z zarysem odwiecznych, pierwotnych gór na horyzoncie i cudownością świata, jaki ogląda zakochany człowiek. Ślad kochanki kurczy się do strzępku papieru, do jednej fotografii, do ubogich znaków pozostawionych na odchodnym, które niczym relikwie dowodzą sakralności spotkania. Nawet jak są to wytarte rekwizyty, takie jak sny, motyle, ich metamorfozy w tych wersach mają swoje osobliwe zakotwiczenie, bo zawsze są jakimś tylko zwinięciem pewnego obszaru wyobrażenia, które żyją w legendzie, w materii i w przedmiocie. Trudno tutaj mówić o symbolach i o zamianie przywoływanych obrazów w celu oddania stanu ducha tego, zdawałoby się, epizodycznego zdarzenia w życiu dwojga ludzi, ponieważ, całość została stworzona dla afirmacji i dla podzielenia się zachwytem. I jeśli w zamierzeniu miał być to utwór inspirowany muzyką chińską, to powstał w sumie pełen wrażliwości liryczny poemat miłosny, tak przecież niemożliwy w czasach, kiedy kwestionuje się istnienie miłości nieśmiertelnej.

W idylliczny klimat miłości niemożliwej, rozgrywającej się w chińskim ogrodzie harmonii, gdzie każdy element ma swoje miejsce, autor wprowadza dysonans, poczucie zagrożenia, skargę, ile trzeba było trudu poprzedzającego spotkanie kochanków

„Po latach łapania autobusów
polowania na miejsce w metro
gonienia na różne spotkania(…)”

oddzielona kochanka odnajduje czas już odczarowany:

„(…)Na twej ulicy nie ma świateł
puste samochody ścigają się
rozpada się rozpalony asfalt
cicho stoją opuszczone domy(…)”

Lecz to wszystko, to tylko skarga pozorna, jakaś ilustracja cierpienia nie spowodowanego wygnaniem z raju, tylko światami równoległymi. Poeta decyduje się nawet na ogólne podsumowanie martwoty świata odartego z cudowności, bo dopiero spotkanie je przywraca:

„(…)Brak właściwie wielkiej różnicy
między początkiem i końcem
kiedy się cudem spotkaliśmy(…)”

Dowiadujemy się z nielicznych tylko strof o tej zewnętrzności, która dzieli i burzy:

„Wojna się toczy w tym kraju
ale zabijanie jest za granicą
chodzi tylko o same pieniądze
część ich spada wprost z nieba
gdy drgnie elektroniczny spust
żeby spalić żywcem całą wieś
reszta ich wraca z powrotem
zaoszczędzona na pogrzebie”

Narrator w postaci bohatera lirycznego w jednej zwrotce diagnozuje i podsumowuje kondycję i stan rzeczywistości i jest to jedyna taka pełna konkluzja deprecjonująca czasy, w których przyszło żyć bohaterom utworu:

“Czy ja ci już mówiłem, że życie
dzisiaj to tylko odcinek serialu
objęty prawem własności seks
jest w rękach brukowej prasy
kobiety nie godzą się na skurcz
porodowy mężczyźni tylko płaczą
oboje nic nie zostawiają po sobie
trawa kwitnie na własny pogrzeb”

Ale ta gorycz i wyartykułowanie cywilizacyjnej skargi jest tylko niewielkim epizodem w smutku rozszczepienia się dwóch istnień, których przeznaczeniem jest scalenie. To smutek, kończący utwór ich łączy, jako stan permanentnej tęsknoty i melancholii za, nie tyle utratą uniwersum, jak jest w Księdze Rodzaju, co konfucjańskim pogodzeniem się z losem, który oddziela kochanków, ale sama świadomość ich jedności jest na tyle nieśmiertelna, że pozwala na cieszenie się nawet wynikłym z tego smutkiem, który nadaje temu przeżyciu stygmat bolesnego piękna.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , | 44 komentarze

Dziennik amerykański (14)

4 października 2010, poniedziałek. Susan jadąc rano do pracy podrzuciła mnie do centrum. Wsiadając do samochodu patrzyłam jak do stojącego właśnie kilka metrów przed naszym domem szkolnego autobusu wsiada wyższy od matki nieletni uczeń, którego trzeba odprowadzać aż do autobusu, by kierowca widział, że nie jest bez opieki. Trzymał w ręce futerał ze skrzypcami, a matka, jak już autobus ruszył, machała mu na pożegnanie. Ten sielski obrazek przypomniał mi jak moi synowie od pierwszych klas szkoły podstawowej jeździli sami, nieodprowadzani przez nikogo ze swoimi instrumentami miejską komunikacją z dwoma przesiadkami, autobusami zatłoczonymi, gdzie polskim zwyczajem zawsze dziecko ma obowiązek robić miejsce dorosłemu pasażerowi. Ale dzisiaj jadę właśnie do dzieci i obraz dziecka będzie mi towarzyszył cały dzień, bo wyczytałam w Internecie, że tylko dzisiaj, w pierwszy poniedziałek miesiąca jakiś tajemniczy sponsor, Fred Meyer, pierwszemu tysiącowi odwiedzających Pacific Science Center da bilet za darmo.
Susan w bezchmurny poniedziałek zostawia mnie na rogu ulicy Denny i jak przybywam pod iglicę, to już wielu bezdomnych porzuciło na ławkach swoje gazety i tekturowe kubki z niedopitą kawą, natomiast dmuchawami sprzątacze usuwają opadłe przez noc liście. Na razie wejście do tego dziwacznego obiektu, którego białe, nitkowate, wysokie ni to kolumny ni to łuki przypominające gigantyczne, rozkraczone nogi pięciu pająków, które są znakiem rozpoznawczym Centrum nauki w Seattle, jest zamknięte, a napis głosi, że w poniedziałki nieczynne, więc idę do biura pytać o darmowe bilety. Patrzę nieufnie na te, bagatela, osiem budynków, na tę fontannę w środku i na wielopoziomowe, widoczne zza ogrodzenia betonowe tarasy i amfiladową zabudowę korytarzy, paradoksalnie nawiązującą do sztuki islamu. Bo wszystko zaprojektował architekt z Seattle, Minoru Yamasaki, sławny Japończyk, który też był architektem bliźniaczych wież nowojorskiego World Trade Center zniszczonych 11 września 2001.
Pytam panienkę trzymającą kubek z kawą wchodzącą do drzwi z napisem Office, czy wie coś na temat darmowych biletów, ale nie, nie ma żadnych biletów. Jestem zawiedziona, bo Pacific Science Center to jedyny obiekt tego kompleksu, którego nie odwiedziłam. Byłam na czubku Space Needle, w Seattle Shakespeare Company, w Experience Music Project, w Science Fiction Museum, wjeżdżałam w nie kolejką, ale tego Naukowego Muzeum nie udało mi się sforsować. Ale nie, drzwi Office się otwierają i dziewczyna trzymając wciąż kubek w dłoniach biegnie za mną i mówi, że od dziesiątej w kasie będą faktycznie darmowe bilety. Siedzę więc na ławce i przeglądam porzucony dzisiejszy The Seattle Times, który kosztuje chyba dwa dolary, składa się z kilkudziesięciu płacht cienkiego gazetowego papieru nieznanego mi podłużnego formatu, ale nie trwa to długo, bo już przez wejściem formuje się kolejka do darmowych biletów, więc w obawie, że nie zmieszczę się w pierwszym tysiącu, w niej staję. Przypomniało mi to stanie w Nowym Jorku do darmowych biletów do MoMA, które rozdawano tylko na dwie godziny przed zamknięciem i też je ktoś sponsorował. Gdy się tam przedostałam stojąc w gigantycznej kolejce zakręconej kilkakrotnie, by pomieścić wszystkich stojących na nowojorskim chodniku, komfort mojego zwiedzania natychmiast opadł, bo zgubiłam syna, z którym się tu umówiłam, przyjechał po mnie z Filadelfii i nie przypuszczaliśmy, że na salach znajdzie się na raz taka liczba ludzi. Poprosiłam więc parę mówiącą po polsku nieśmiało o zadzwonienie z ich komórki do syna, który musiał być razem ze mną w tym samym budynku. Ale oni z oburzeniem odmówili i w końcu po całym tym nerwowym poszukiwaniu, zamiast oglądania obrazów, cudem wypatrzyłam go z jakiegoś piętra, stojącego bezradnie i go dopadłam, jak już ruszał w poszukiwaniu mnie w innej sali.
Ale tutaj kolejka stała grzecznie, złożona z wielonarodowościowego tłumu, z dziećmi, ludzi ubranych w szaty, chusty, turbany, kretonowe sukienki i wysokie botki. Jak dotarłam do wejścia, po wypowiedzeniu formułki, kto sponsoruje darmowe bilety, wbito mi czerwoną pieczątkę na przegub ręki i już znalazłam się za ogrodzeniem.

Tajemnica budynków Muzeum nauki, przeznaczonych dla szkolnej edukacji nie jest może atrakcyjna dla mnie, ale dobrze popatrzeć sobie, jak dzieci się bawią i uczą. Jak dziewczynka klęczy na dywanowej podłodze spisując imiona ruszających się dinozaurów, jak maleńkie dzieci naciskają, wykorzystując prawa fizyki, różne guziki  przesuwając dźwignie, jak strumień zmienia się w kolorową wodę, a one z dziecięcym uporem próbują te dźwignie powyrywać z korzeniami. Wiele dużych już dzieci i bardzo dużych korzysta z kabin zabawek logicznych, licznych interaktywnych gier połączonych z elektroniką, które na pozór wydają się konwencjonalną, ubiegłowieczną grą w kręgle, klasy czy naiwnego chińczyka. Tutaj wszystko ma posmak komputerowej nowoczesności i pulsujące światła, zaciemnione kabiny z kosmicznymi, niespotykanymi w naturze dźwiękami ma za zadanie nie tyle edukować, co oswajać. I faktycznie wszyscy w tym nieludzkim laboratorium, które już nie ma tajemnicy baśni, ale ścisły reżim praw natury, czują się wyśmienicie. Nie wiem nawet, czy to jest realizacja pomysłu Akademii Pana Kleksa, czy to jest jeszcze gabinet osobliwości, czy jedynie edukacja, zamiana nakazów i obowiązków na zabawę. Bo kiedy przystaję przed żywym ulem, zamkniętym między dwoma szybami, mnie, dyplomowaną pszczelarkę przygnębia świadomość, że owady dzień po dniu narażone są na takie, obce im środowisko. Nie dochodzę więc już do pokoju żywych motyli, wolę te wszystkie wyjaśniające mechanizmy funkcjonowania życia na Ziemi, owada i człowieka oglądać w gablotach z preparatami z plastiku, niż widzieć żywe organizmy. Schodzę więc do podziemi, gdzie przed windą do IMAX-u jest bistro z napojami i ściana wiszących okularów, które dziewczyna sprawdzająca bilety zdejmuje i wręcza wpuszczanym do windy. Nie mam biletu, nie mam też potrzeby oglądania filmu „Legendy sowiego królestwa: Strażnicy Ga’Hoole” Zacka Snydera o sowie o imieniu duńskiego filozofa Soren, która zostaje wcielona do jakiejś paramilitarnej organizacji. Samo streszczenie fabuły filmu napełnia mnie grozą i przerażeniem. Więc wracam, wychodzę z ślimakowatego podziemnego korytarza na powierzchnię podglądając po drodze ustawione gdzieniegdzie lunety z trójwymiarowymi scenami Amerykanów na Księżycu i idę pod fontannę by dojść do siebie, jakoś mniej wyedukowana, a bardziej pełna podziwu dla tych licznych dziecięcych ułatwień, a jednak jakoś nienasycona. W końcu dla równowagi uciekam do ogromnej hali Center House. Gdy byłam tam w dwa lata temu w listopadzie stawiano już dekoracje bożonarodzeniowe, a z ogrzewanych już na zimę pomieszczeń całą noc korzystali tu przede wszystkim bezdomni, którzy siedzieli przy stolikach i przeglądali gazety. Teraz ich właściwie nie widać, zmieszani z ludźmi pijącymi kawę z tekturowych kubków, kupowanej w kilku do wyboru bistrach, z młodzieżą idącą na zajęcia do mieszczącej się w prawym skrzydle szkoły. Ale już na dole, ukryty w sztucznych skałach z plastiku i winylowej dekoracji palm, stoi mały jednoosobowy namiot ze śpiworem. 

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , , , , , , | 18 komentarzy

Dziennik amerykański (13)

3 października 2010 niedziela 2010. Dzisiaj podążymy trasą rowerową Burke-Gilman, biegnącą równolegle do autostrady. To wąska, asfaltowaną droga powstała w miejsce zlikwidowanej linii kolejowej, która oplatała w ubiegłym wieku całe hrabstwo King County. Wczoraj szliśmy od basenu kąpielowego – niestety, zamkniętego już po sezonie – w prawo, dzisiaj pójdziemy w lewo. I tak dojdziemy do plaży, do terenów podmokłych odnóg jeziora Waszyngton, pełnych liści po liliach wodnych, w nich gniazdują niezliczone gatunki kaczek, dzikich gęsi, czapli i ptaszków, których w Polsce nie ma, jak cytrynowy wróbelek w czarnej na głowie czapeczce.
Ale nim to wszystko ogarniemy, miniemy park, leniwie snujące się rodziny z dziećmi, przystające i kucające pod drzewami pełnymi już opadłych liści, by ich małe dzieci obsypywały się nimi, płosząc wiewiórki biegające wokół drzew, które tłukąc ogonami w liście wydają dźwięk zdenerwowania. Pójdziemy dalej, miniemy porzucone tajemnicze trampki i spodenki dziewczęce na świeżo wystrzyżonej trawie i dojedziemy do plaży. Nasze cienie rozciągną się do niesamowitych długości, połączą początek trawy z brzegiem jeziora, a ja wtedy zdejmę rajstopy i wejdę w tę lodowatą, słodką wodę i poczuję pod stopami piasek i otoczaki, a męskie kaczki o szmaragdowych szyjach rozstąpią się, i zrobią mi miejsce, brązowo białe ich żony wylecą w popłochu, by natychmiast kilka metrów dalej, jak gdyby nigdy nic, dostojnie pływać. W dali, na drugim końcu jeziora jest siedziba najbogatszego człowieka na świecie, Billa Gatesa, ale ja, brodząc brzegiem popatrzę jedynie w prawo na tasiemcowe łodzie wracające do uniwersyteckiego campusu, płynące wolno, a białe sylwetki wioślarzy i zwróconego do nich sternika, nagle wsuną się w zieleń wybrzeża jak w futerał, a końcówka łodzi z ostatnim wioślarzem zniknie.
Nie da się już kąpać, chociaż w sezonie jest tutaj największe kąpielisko w słodkiej wodzie miasta, porzucamy więc wybrzeże i idziemy w górę oglądać kolejne rozwiązania architektoniczne stawianych tu latami domów na miejscu dawnej wsi, pól uprawnych i mokradeł. Stoją nieruchomo, mimo upalnego wieczoru nieme, wśród jesiennej roślinności dyskretnie kolorystycznie wtopione w tło, zazwyczaj w złamanych szarościach i beżach, zawsze z obowiązkową elewacją wyłożoną drewnianymi, malowanymi panelami, ale zdarzają się i karminowe, i szafirowe, tak samo jak te, nie narzucające się barwy doskonale wkomponowane w tło. Nikt nie siedzi na balkonie, na tarasie, dzieci nie bawią się na ganku, nie ma tam domowych zwierząt i suszącego się prania. Tylko ta zadbana roślinność – kwitnące petunie, fuksje, późne dalie pomponowe, przekwitające hortensje i jesienne astry – sygnalizuje, że wszystko jest pod ludzką kontrolą jak i te wszystkie domy wypielęgnowane, odmalowane i wyczyszczone jakby ich wysoka wartość rynkowa z upływem czasu i w wbrew jego sile destrukcji nieustannie wzrastała.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , , , , , | 2 komentarze

Dziennik amerykański (12)

2 października 2010, sobota. Magnuson Park to dwie ulice poniżej naszego domu położony teren leśny rozległy i przepastny, ale nie chcę mimo tych ogromnych odległości jechać na rowerze, bo cały czas robię zdjęcia, natomiast mąż wolno jedzie za mną lub przede mną, zależnie od okoliczności, gdyż z przodu i z tyłu, albo kobiety w moim wieku roznegliżowane, i wyglądające jak po ciężkiej, katorżniczej pracy, zziajane, wykonują swoje codzienne pensum biegowe, albo jedzie cały peleton rowerowy ludzi ubranych w stroje z lycry, w kaskach, lub ojcowie wożący rowerami w przyczepkach swoje dzieci. Do parku ściągają też z okolicznych domów ludzie z psami na smyczy do wydzielonych terenów dla psów. Pod ogromnym dębem stoi grupka ludzi nieruchomo wpatrująca się w koronę drzewa. Niektórzy mają lornetki i aparaty fotograficzne, a ten, życzliwy, wysoki obserwator w stroju kowbojskim natychmiast widząc nas, podchodzi i konfidencjonalnie informuje o zwyczajach ptaków, o których istnieniu pojęcia nie mamy, więc tylko grzecznie dziękujemy i idziemy dalej. Ale sensacja jest tak duża, że kierowcy zatrzymują samochody i cierpliwie wysłuchują relacji kowboja z aktualnych wydarzeń. Porzucamy definitywnie ptakofilów, ptakofanów, idziemy w głąb terenu z jabłoniami zrzucającymi jabłka w wielkiej obfitości. Są tak kwaśne, że już ich nie podnoszę. Mijamy domek dla harcerzy, skauci w przepisowych strojach siedzą grzecznie za stołem wsłuchani w słowa naczelnego starzejącego się superskauta, ale to wszystko pozór, to wszystko jest nierealne i zamiast, to wszystko jest atrapą. Ktoś ze skautów, kto się podnosi, kto widzi, jak udaję, że nie robię im zdjęcia i jak mnie przyłapuje, że robię, puszcza do mnie oko i jest z tych, którzy tak jak ja, w to nie wierzy, w tę ich skautowską poprawność. Jednak z innymi spotkanymi jest podobnie, mają to samo, tę sztuczność amerykańskiej soboty, którą trzeba zagospodarować, ale nie z przymusu zagospodarowania, tylko z zewnętrznego przymusu hedonistycznego. Widzimy jak na brzegu jeziora opanowanego przez kilkanaście gatunków kaczek, gęsi dzikich i mew przyjezdni próbują wcisnąć swoje łodzie przywiezione na przyczepkach samochodami, jak się krzątają wokół ich niewielkich masztów, jak są zaabsorbowani i jak są nieobecni. Dróżkami, co jakiś czas, przebiegają w gimnastycznych spodenkach to olśniewający urodą chłopcy, to w podniecających, czarnych podkolanówkach, dziewczęta. Na ogromnej, krótko strzyżonej łące stoją namioty, gdzie wolontariusze zachęcają do udziału w licznych akcjach humanitarnych i do zapisania się do Dash Dawg! – Stowarzyszenia Absolwentów UW, do klubu psa rasy Huski, psa patronującego chyba nie tylko sportom i piłce, ale jest też znakiem rozpoznawczym Uniwersytetu. Na stolikach piętrzą się banany i napoje, w słojach dolary, nie wiemy wprawdzie, o co chodzi, ale nastrój jest podniosły, a ludzi dużo. Dalej to już tereny instalacji Johna T. Younga, profesora rzeźby na University of Washington w Seattle, pacyfistycznej pracy pragnącej ambitnie ogarnąć całą kulę ziemską. W każdym razie wystające z ziemi płetwy rekina, zrobione podobno ze stateczników podwodnych łodzi, dwóch potęg nuklearnych szachujących się bronią nuklearną przez pół wieku, ale teraz sprawiają wrażenie bardziej obiektu religijnego, niż militarnego. Bardziej przypominają kamienie Stonehenge i kod zawarty w tych wmontowanych w ziemię statecznikach, stalowych, czarnych i ciężkich, który jest wobec rekreacyjnego przeznaczenia parku nie historyczny, a magiczny.
Stąpamy więc po dawnym lotnisku marynarki wojennej bez strachu, że nadepniemy na minę, jemy po drodze ostrężyny, włazimy w zagajniki dzikie, swojskie, zrzucające wszystkie owoce jesieni, żołędzie, kasztany, orzeszki bukowe, kasztany jadalne i trujące nasiona pięknych, czerwonych jagód, które w Polce nie rosą. Ale trawa jest cały czas strzyżona, cywilizowana i jakoś tym tropem, jak czymś, co nas śledzi i kontroluje, docieramy do kilku boisk. Na pierwszym maleńkie dzieci w białych strojach z ogromnymi, czarnymi numerami na plecach słuchają, siedząc na trawie, swojego trenera i za chwilę – a już niektóre się niecierpliwią, nie słuchają, rozglądają się znudzone – rozpoczną mecz z tymi dziećmi po drugiej stronie boiska, w strojach czarnych, z ogromnymi białymi numerami na plecach. I gdy ta piękna dziewczynka murzyńska wyjdzie nagle z alejki, zza krzaków z golden retrieverem na smyczy, pójdziemy za nią. A tam dopiero zobaczymy, z uwagi na gorąco spektaklu, większą grupę ludzi stojących nieruchomo i oglądających to, co się dzieje na jednym z zamkniętych terenów. Stoją tyłem do zamkniętej przestrzeni dla psów, w której biegają bezładnie zinfantylizowane i bezcelowo poruszające się, zjawiskowo piękne psy wszystkich ras. Właściciele stoją wewnątrz rozmawiając ze sobą i odczekując jedynie moment psiej wolności, z którą nikt nie wie, łącznie z psami, co począć i tak naprawdę, to łypią oczami tylko tam, gdzie wszyscy patrzą. A patrzą na ogromne boisko pokryte tartanem, a na nim, na horyzoncie damskie ciuchy z wetkniętą chorągiewką drużyny i w środku kupa kobiecych ciał spętanych ze sobą, nie do odsupłania, nie do rozróżnienia czyje kończyny do kogo należą. Drużyna w czarnych spodenkach i białych bluzkach, w perwersji czarnych podkolanówek wraz z tymi szmaragdowej zieleni koszulkami, ale też w czarnych spodenkach i czarnych podkolanówkach, z całą brutalnością gry zagrzewa jeszcze do agresji, jakby tylko na tym polegał futbol amerykański, a którego reguł nigdy nie pojmę.
Więc porzucamy tych ludzi, którzy nieruchomo, w napięciu, czekają na jakiekolwiek konsekwencje tej publicznej masakry i podążamy dalej do następnych rejonów ludzkich potrzeb zagospodarowania sobotniego wypoczynku, placów zabaw dla dzieci przypominających już bardziej swoimi bezpiecznymi rurami plastikowymi terrarium dla chomików niż ogródek doktora Jordana i wchodzimy w przestrzeń alpinistyczną, gdzie na plastikowych ścianach, które chyba w Polsce dostępne są tylko w pomieszczeniach zamkniętych wiszą przepisowo alpiniści, a dwie kobiety na dole trzymają szafirowe liny i tak to wszystko zastyga i trwa, a my jesteśmy już zmęczeni i znudzeni cudzym wypoczynkiem, którego obserwacja jest, jak i wszystko w życiu, też męcząca, bo jak Cesare Pavese udowadniał w tomiku swoich wierszy zatytułowanym „Praca męczy”, to męczy też obserwacja, jak inni nie pracują.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Dziennik amerykański (11)

1 października 2010, piątek. Rano, jeszcze wszyscy śpią, do piątej rano jeszcze czyścili stare mieszkanie, którego stanem właściciele po powrocie z Kanady podobno zostali mile zaskoczeni – wyszłam pochodzić po okolicy. Domy nie mają ogrodzeń i łatwo pomyłkowo wejść na czyjąś posesję asfaltowaną ulicą, która rozgałęzia się na dojścia do domów i jest nie do odróżnienia od ulicy właściwej. Jest tam kompletnie pusto, psy, które w polskich willach natychmiast wprowadzają nastrój zagrożenia i zapowiadają koniec świata obcym szczekając po staropolsku „na pohybel”, tutaj jakby wszystko zostało nagle opuszczone i zastygłe w bezruchu za sprawą jakiś sił kosmicznych likwidujących mieszkańców, pozostawiając nienaruszone przedmioty i rośliny. Oszklone pokoje pokazują ich wnętrza, beztroski nieład ubrań, albo pokoje do pracy, gdzie stoją monitory komputerów, zawalone aktami i dokumentami, wszystko to wydane na mój widok, na moją nieprzyzwoitość zbłądzonego świadka, trwa to tak w tych zamkniętych akwariach, jak owad w bursztynie. Czasami przejdzie zdziwiony kot, zejdzie z sosny wiewiórka, ale jakoś bezszelestnie i anonimowo, jak ten szafirowy ptak, który sfrunie, przysiądzie i znowu poleci, a ja będę się zastanawiać, dlaczego żyjąc tak długo na tym świecie nic nie wiem o istnieniu takiego gatunku ptaka.
Idąc w górę łatwo można rozszyfrować intencję takiej, a nie innej zabudowy domów, której nadrzędnym celem jest cel mieszkańca, a nie tego, kto jego wystawność ogląda. Ten cel to piękny widok z okna, możliwy dzięki tarasowej zabudowie. Chodząc po wsi polskiej pod Krakowem czy pod Warszawą trudno mi jest zrozumieć dzisiejszą intencję reaktywowania stylu polskiego dworku w dwudziestym pierwszym wieku z ich absurdalnym reliktem betonowych kolumn przylepionych do nic niepodtrzymującego dachu z ich nieskończoną brzydotą, co w połączeniu jeszcze niesłychanym postępem obyczajowym, jak uwolnienie psów z łańcuchów, daje pozór, po komunistycznych, gierkowskich, betonowych domów typu „kostka” (projekt architektoniczny stosowany państwowym nakazem) jakiś szczyt nowoczesności i postępu.
Domki amerykańskie na wybrzeżu jeziora Washington przypominają domki kalifornijskie, gdy część mieszkańców w latach osiemdziesiątych się przeniosła z Kalifornii wykupując masowo tutejsze posesje ze względu właśnie na ich podobieństwo. Chyba w analogicznym mieszkał Czesław Miłosz nad zatoką San Francisco, jak pamiętam z filmów dokumentalnych. Cała zabudowa tej dzielnicy pochodzi z lat czterdziestych i pięćdziesiątych, gdy zasiedlano wokół byłego lotniska i terenów marynarki wojennej po drugiej wojnie światowej skarpy wkoło jeziora. Te traperskie konstrukcje dzisiaj, dzięki ciągłym technologicznym modyfikacjom i ulepszeniom, te proste drewniane konstrukcje na palach, wyglądają jak bajkowe domki dla lalek, których mieszkańcy nie bawią się w dom, lecz bawią się w prawdziwe życie. Wchodząc na portal zillow.com można prześledzić dzieje każdego z tych domów, zobaczyć wnętrza, gdzie na stałe wbudowano wszelkie dostępne dziś mieszkaniowe udogodnienia. Tak więc każdy z tych domków to małe arcydzieła zbudowane po drugiej wojnie światowej w stylu Modern Home. Te w pobliżu Lake Washington i Sandpoint Country z niesamowitością krajobrazu i zaskakujących przestrzeni z upływem lat obrosły wewnątrz i na zewnątrz we wszelkie udogodnienia, choć nadal wyglądają niepozornie. Ściany z oknami i wysokimi sufitami z obowiązkowymi tzw. cantilevered, czyli belkami nośnymi, wspornikami, które wewnątrz, w dużym hollu – a tak to obserwuję w nowym domu, do którego wprowadziliśmy się – wypełniają dzięki temu całą przestrzeń hollu światłem. Tu stoi kominek, a komin przebija sufit wyłożony drewnem, oryginalne stare panele, belki stropowe, wszystko utrzymane w stylu funky retro. Podłoga wyłożona jest wszędzie puchatą wykładziną w kolorze piasku, ale werandy, balkony, patio, wszystko z desek, jak molo, ma smak prostoty i siermiężności. Pokój rodzinny, pokój dzienny, bonus pokój, office pokój, jadalnia ze zmywarką, dwudrzwiową lodówką z agregatem do lodu, kuchenką z piekarnikiem, kuchenką mikrofalową, wszystko ze stali nierdzewnej, osobne pomieszczenie z pralką, suszarką, dwie łazienki z ustępami i bidetami, a do tego jeszcze wszędzie okna, wszędzie szyby od sufitu do podłogi, a szafy obowiązkowo zamiast drzwi mają przesuwane lustra.
Nawet idąc ulicą wzdłuż domów w prześwitach widać jezioro w całym jego pięknie, przeciwległy jego brzeg pokryty domkami wśród zieleni, wzdłuż brzegu rozciągający się Magnuson Park z jednolitą zielenią, pocięty dróżkami, plamami boisk z prostokątami tartanu. Zróżnicowanie domków na drewnianych konstrukcjach, okolonych werandami i łatwo dostępnymi zewsząd pomieszczeniami budowanymi dla ich funkcjonalności, a nie wystawności, niesie w sobie właśnie inteligencję, nastawienie na życie, jego przeżywanie, delektowanie się nim, a nie przetrwanie. Nie jest to więc ani maszyna do mieszkania, ani cel sam w sobie, idea pięknego domu, by uprawiać swój ogródek i mieć święty spokój z cały światem, jak Wolter radzi Kandydowi. Neurotyczność domu, który alienuje się poprzez swą samoistność i samowystarczalność być może jest domeną tylko społeczeństw biednych i być może ta lekkość mieszkania wyglądającego na zewnątrz tak egzotycznie, a wyposażonego wewnątrz we wszystkie absolutnie wygody, które są tak samo z nim zintegrowane, jak jego architektura. Krążę więc wokół tych domów, żywopłotów stanowiących jedynie ozdobę, a nie ogrodzenie, poprzycinanych barwnie ogromnymi kępami wrzosów, które teraz kwitną i pachną, wiciokrzewów, bukszpanów, dwukolorowych trzmielin i tych wszystkich roślin, które u nas spotyka się tylko w doniczkach, a tu rozrastają się do wielkich roślin, bądź tworzą runa, ściany i pną się po pergolach. Owocują krwawymi jagodami irgi, róży i głogów, rdzewieją kiściami hortensji, a klony przebarwiając się, spadają delikatnie, ale to jeszcze nic nie znaczy, że zbliża się zima. Ogromna magnolia przy naszym domu powtórnie zaczęła kwitnąć, a wszystkie te pachnące tuje, jałowce, cyprysy w połączeniu z kępami kwitnącej lawendy, tymianku, rozmarynu i ziół pachną, żyją i promieniują.

Kiedy wstaną nareszcie wyspani, podjedziemy do Panda Express, największej sieci chińskich restauracji fast food w Stanach Zjednoczonych, gdzie chudy chłopak chiński cierpliwie będzie czekał, podając nam między drewnianymi pałeczkami do skosztowania chiński pieróg, kolejne potrawy, a my z mężem zażenowani i zawstydzeni jego uprzejmością, nie będziemy się już długo zastanawiać. Nie wiadomo dlaczego wszystkie amerykańskie fast foody, bez względu na narodowość i regionalność potraw, dodają do nich upiorny i piekielny komponent, po którym natychmiast nawet najszlachetniejszy produkt pierwotny zamienia się w pieprz turecki, w paprykę ostrą, w to wszystko, co w Polce dodaje się dla smaku minimalnie, a tu jest jego esencją. I kosztujemy tego pieroga, podanego przez Chińczyka, odczuwając natychmiast piekło w ustach. I ten kawałek kurczaka w słodkim lukrze, wyglądający tak apetycznie… Zrezygnowani, pozwalamy, by zadecydowano za nas, sypią więc nam ten makaron na tekturowy trójdzielny talerzyk, komponent chińskich zupek sprzedawany w Polsce, sypią nam ryż sypki i do tego wołowinę, która nazywa się – jak głoszą ogromne napisy obok pyska biało-czarnego niedźwiedzia panda – Kobari. To cięta w cienkie plastry marynowana wołowina ze świeżą papryką, zielonym groszkiem i pomidorami, a wszystko smażone na oczach klientów w woku, z grzybami i porami, jest jeszcze gorące, apetyczne i kuszące i nie do jedzenia. Ale jemy to wszystko, bo jesteśmy głodni, zapijając bez ograniczeń coca-colą z lodem, którą wlewamy z ogromnych saturatorów do papierowych kubków. I zalewamy ten żywy ogień w naszych żołądkach i wznosimy coca-colą toast za nowy dom i za – jak się dowiadujemy – podpisany przez syna nowy kontrakt na film o muzykach, z udziałem seattleńczyka, legendarnego basisty Guns N’ Roses. Potwierdzono też powtórny wyjazd syna i Bryana do Afryki na grudzień, gdzie będą kręcić film. A ja otwieram ciasteczko szczęścia, dodawane do każdej potrawy i w nim jest karteczka z napisem wersalikami: YOUR CHARM IS QUITE IRRESISTIBLE.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , , | 21 komentarzy

Dziennik amerykański (10)

Twa walka z czasem,  mieszkanie trzeba dokładnie umyć i posprzątać, usterki naprawić, a właściciele wracają z Kanady nazajutrz samochodem ze swoim dobytkiem i będą w nim od razu mieszkać. Całe szczęście jest przepiękna, upalna pogoda, rzadkość duża w Seattle przy kilkakrotnych nawet w ciągu dnia deszczach i kursujemy samochodami między starym mieszkaniem a nowym domem i wydaje się, że to się nigdy nie skończy. W przerwach przynosimy dużą pizzę z Mama’s Pizza, gdzie w witrynie od ulicy Pine zawsze przez szybę widać stojącego pracownika, jak gołymi rekami miesi ciasto w małej misce, zawsze okolczykowany, w punkowym stroju i czapce włóczkowej. Jeśli jest to dziewczyna, to ma pełno warkoczyków i wszyscy obowiązkowo w uszach mają słuchawki z muzyką, ale i tak ich rozdzielczość uwagi pozwala na powitanie uśmiechem wchodzących.
Więc miło, po tych wszystkich uśmiechach, iść potem ulicą Olive w dół niosąc kwadratowe pudło pizzy, które wraz z naszymi cieniami zmienia się i wydłuża bądź skraca, a jak skręcamy na Melrose cień przechodzi różne przekształcenia rombów. Jeszcze idę pożegnać się z basenem, wchodzę do kabiny prysznicowej nieodmiennie pachnącej cynamonem, jeszcze mąż windą wjeżdża na najwyższe piętro, by z góry w pełnym słońcu zrobić mi zdjęcie, jak pływam sama w maleńkim, turkusowym basenie na podwórku apartamentowca na Melrose. I potem zbieram te moje amerykańskie nabytki, ogromną torbę lukrecji, które syn mi kupił na powitanie i kilkukilogramowy słoik jelly bean, z 49 rodzajami kolorowych fasolek o smakach wszystkich owoców świata i wszystkich smakołyków, i ogromny śpiwór- tygrys, który nigdzie się nie mieści. To już jest definitywne pożegnanie z Melrose, jedziemy już czteropasmową autostradą pozostawiamy za sobą po lewej stronie Zatokę Elliotta roziskrzoną słońcem, a w tyle połyskujące wieżowce.
Traffic – mówi Susan przez komórkę, ale trafik będzie już zawsze, bo kończą się pasma uprzywilejowane dla samochodów wiozących pasażera i coraz częściej stoimy w korkach. Dopiero po dłuższej jeździe wyłania się z horyzontu wysoki gmachu Uniwersytetu Washington z brązową stylową czcionką napisu na najwyższej kondygnacji, który ma klimat hooperowskich obrazów nieludzkiej Ameryki ubiegłego wieku w barwie zgniłozielonego ugru, i ten smak starych fotografii z ich przyżółceniem i nostalgią. Mijamy go, wjeżdżamy w świat nie uczelni, ale permanentnych wakacji, bo jak już pojawiają się na horyzoncie zanurzone w błękicie Góry Kaskadowe i pojawi się tafla jeziora Washington, to już jesteśmy w innym Seattle.

Do nowego domu na Sand Poincie zjeżdża się stromą ulicą i przy wjeździe widać całe, jak na dłoni jezioro, otoczone szlachetną roślinnością. Po obu stronach ulicy ciągną się osobno stojące, lekkie domki o bardzo zróżnicowanej architekturze dostosowanej do terenu, czyli zawsze zbudowane kaskadowo. Wejście od ulicy najczęściej jest na poziome wejścia, najczęściej ściany są oszklone, składaj się tylko z połączonych ze sobą dużych okien i oszklonych drzwi – sprawia wrażenie parterowego niskiego domu, który od strony ogrodu ma już trzy kondygnacje i mocno przylega do terenu wtapiając się w ziemię drewnianymi palami, żwirowanymi ścieżkami i krzewami rododendronów, pnących glicynii, winogron i bluszczu. Klimat sprzyja roślinności,  te kilka dni bezchmurnych powoduje natychmiastowe bieganie mieszkańców z konewkami, zarówno właścicieli małych sklepików, jak i domków mieszkalnych.
Podjedziemy jeszcze do małego bistra na kawę, bo w tych zwożonych paczkach nie da się znaleźć ani kawy, ani czajnika i będziemy czekać, aż młody śliczny chłopiec ją nam przygotuje. Trwa to dobrą chwilę, bo chłopiec opuszcza na dół różne dźwignie z ekspresu zajmującego swoją wielkością całą ścianę kawiarni i bezskutecznie podstawia papierowe kubki i nic w dalszym ciągu nie leci, więc ponawia próby, syn mówi, że pederaści zawsze mają kłopoty z techniką i kiedy ten chłopak jest bliski płaczu, to podchodzi do niego znudzona kelnerka i jednym ruchem powoduje to brązowe ciurkanie z wylotu jednego saturatora. Dostajemy swoje kubki, ja jeszcze próbuję dopełnić je śmietaną i miodem z sąsiedniego stolika, ale nie mieści się, chłopak nalał do pełna i tak zatykamy te kubki papierowymi nakładkami z miejscem otwartym tylko na usta lub na słomkę. Syn wraca jeszcze na Melrose, a ja zostaję, bo już zbliża się noc, a oni na Melrose wykonają jeszcze dwa kursy, zanim o piątej rano ukończą przeprowadzkę.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , | 6 komentarzy

Dziennik amerykański (9)

29 września 2010, środa. Syn zostawił na wierzchu butelkę kosztownego wina z Kalifornii dla Toni. Linkowałam blog Toni jeszcze dwa lata temu, ale od kiedy urodziła dziecko nie bloguje i teraz Tonia pożycza ciężarówkę na przeprowadzkę, trzymając na ręce dziecko, podając kluczyki. Syn zaprosi Tonię i jej męża na parapetówę, ale teraz trwa walka z czasem, mieszkanie trzeba oddać do końca miesiąca i będą jeździć ich ciężarówką całą noc, kluczyki odda nad ranem, położy je pod drzwi i postawi ciężarówkę wśród drzew, bo nie będzie już czasu na nic. Całą noc będą z Bryanem wywozić meble na Sand Point, a ja będę zaklejać dziury po obrazach w ścianach, lecz urwę się z tej pracy i pójdę na Broadway i wejdę w Dziesiątą. Zajrzę do tej, polecanej przez Hannę, sławnej księgarni na Dziesiątej, do Elliott Bay Company Book, która znowu ma w nazwie jakiegoś Elliotta, kogoś, kto dokładnie nie wiadomo, kim był i który obok Waszyngtona zajmuje w nazywaniu ważnych miejsc w Seattle wyjątkowo ważne miejsce.
Księgarnia rzeczywiście jest imponująca i niemal tak wielka, jak siedziba wizażystów z mosiężnym pomnikiem Elvisa Presleya po drugiej stronie ulicy Dziesiątej, i właściwie trudno już pojąć zasadność w dzisiejszych czasach księgarni o tak dużych, wielopoziomowych przestrzeniach. Jednak księgarnia jest bardzo sławna z prowadzenia ambitnej działalności propagującej literaturę. Na jej stronie sieciowej i w licznych papierowych arkuszach, wetkniętych w stojące przed wejściem do księgarni stelaże anonsowane są spotkania z wybitnymi intelektualistami, pisarzami, noblistami. Mieć spotkanie z czytelnikami w tym miejscu to duży prestiż. Obok części muzycznej, różnorakich książek jest podobno ponad 150 000 i jest jeszcze osobny dział sprzedaży książek antykwarycznych i używanych. Na najniższym poziome część dyskutantów spotyka się w kawiarni, akurat wchodząc po schodach na najwyższy poziom widzę z góry kilka siwych kobiet żywo rozmawiających ze sobą i faktycznie mających na stole jakąś książkę.
Regał z poezją stoi jednak w takim samym nikłym wymiarze, jak w polskim Empiku i ma na półce głównie poezję klasyczną typu Szekspir, być może w mnogości regałów, w których nie sposób się połapać, będąc jak ja, jedynie zaglądającym, jest miejsce i na tomiki wszystkich poetów współczesnych, jednak nie na wyeksponowanym miejscu. Zachwyca czystość przesłania tego miejsca poprzez odniesienia do przeszłości wystrojem pomieszczeń, poprzez drewniane podłogi, drewniane półki, ekologiczne kanapki w kawiarni i okna witryn od ulicy Dziesiątej podzielone drewnianymi listwami na małe okienka jak w ubiegłowiecznych księgarniach starej kamienicy z dziewiętnastego wieku, w której ma siedzibę słynna księgarnia.
Na swoich blogach sieciowych amerykańscy pisarze, którzy mieli tutaj spotkania z czytelnikami piszą, że jest to najlepsza na świecie księgarnia po Powell’s Books w Portland (o której też tutaj napiszę).
Ale to jest przede wszystkim miejsce dla bibliofilów i kolekcjonerów. Wracam więc do domu niczego nie kupiwszy.

W domu gorączkowa atmosfera przeprowadzki, gdzie dwoma samochodami rozwozi się właśnie cały, kilkuroczny dobytek, więc zabieram się z nimi do nowego domu. Po drodze wstępujemy do restauracji meksykańskiej, by coś zjeść, kupić na obiad burrito i widzę obok niewielki sklepik, a tam przed drzwiami stoi regał z książkami, a każda książka, nawet książki klasyków, kosztuje dziesięć centów. Obok skrzynia drewniana z napisem FREE i tam też są książki…
I jak już zjemy burrito, wrócimy na Melrose kontynuować przeprowadzkę i pojedziemy w nocy znowu na kolację do sieci sklepów Whole Foods Market, spotkamy tam też czytelników, którzy jedząc ekologiczne jedzenie przy stolikach w części konsumpcyjnej sklepu, czytają. Naładujemy te sałatki do tekturowych, ekologicznych pudełek i zasiądziemy do stolików, a syn kupi mi jeszcze okrągłe ciastko Tiramisu i zobaczę, jak ta młoda, zaczytana Mulatka obok zamyka książkę, wstaje od stolika i dyskretnie zostawia ją na stoliku, i wychodzi.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , | 18 komentarzy

Dziennik amerykański (8)

28 września 2010, wtorek. Rano jeszcze para unosiła się nad moim ramionami jak wynurzałam je z wody basenu i mgła panowała tak niepodzielnie, że nawet nie było widać stojących na skarpie słoneczników, którym już wczoraj opadły płatki i dojrzałe od nasion zwisały ciężko w dół. Ale w miarę przybywania dnia niebo się rozjaśniało i jak uciekłam z domu unikając prac przeprowadzki, była już bezchmurna, upalna pogoda. Szłam w kierunku Space Needle, wieży widokowej, która w przyszłym roku będzie obchodzić swoje półwiecze i jest – tak widoczna zewsząd jako symbol miasta – też urągowiskiem nad upływem czasu, bo jej estetyka lat sześćdziesiątych, kiedy była super nowoczesna, została już przepisana architekturze zabytkowej. Trudno uznać coś podobnego za architektoniczną perłę, jak wieżę Eiffla i jak wieżę obrotową w Berlinie, ale seattleńska Iglica ma coś sympatycznego, jak wszystkie te dziwaczne budowle budowane z pychy i dla popisu.
Więc tak idę Denny do tej Iglicy mijając przechodniów, a jak mijam przechodniów mając zawsze w tle tę Iglicę, to przyjaźniej wiem, dokąd zmierzam i poco zmierzam szwendająca się ulicami, gdzie każdy ma jakiś w końcu cel, więc świadomość, że ja też go mam, daje otuchę. Próbuję więc unieśmiertelnić w sobie te ulice i zapamiętuję tę starą kobietę, która idzie w różowej sukience i w różowym kapeluszu pchając dziecięcy wózek w którym są tylko zabawki dla malutkiego psa, idącego wraz z nią na smyczy; mijam w równoległym do ulicy parku chłopaka, który ćwiczy szybkie wywijanie kijem; w zaułku grupa kobiet z wózkami dla bezdomnych ukrywa się pod plandeką i szykuje się tam do snu…
Pod Iglicą za to spokój i cisza, kilku turystów czeka na bilet do windy, ale to nie jest pewnie ani sezon na turystów, ani też i oszałamiająca moda na wizytowanie Iglicy. Wszystko tutaj właściwie toczy się niemrawo. Japończyk prosi mnie o sfotografowanie go, proponuje też rewanż, ale ja po zrobieniu mu kilku zdjęć uciekam, bo nie chcę nikogo zapoznawać, liczne szyby i lustra oferują mi i tak nadmiar moich odbić, natomiast spotkanie z drugim człowiekiem jest już poza kadrem i poza czasem, jestem całym moim życiem wypełniona po brzegi niepotrzebnymi mi ludźmi.
Więc zaglądam nostalgicznie to tu, to tam, wchodzę do ogromnej sali Wesołego Miasteczka, które jest nieskończenie smutne, bo oprócz dwóch zaledwie rodzin z maleńkimi dziećmi nikogo tu nie ma i wszystko jest nieruchome i niepotrzebne. Na zewnątrz zaledwie jedną karuzelę wprawiono w ruch dla grubego chłopczyka w okularach, który siedzi na koniu, a obok stoi matka, ale chyba i oni też odczuwają niezręczność tej sytuacji i się nie śmieją, zastygli w jakimś egzystencjalnym wyobcowaniu.
Więc lgnę do ludzi, stoję przed windą i obserwuję, jak miarowo wypluwa tych, którzy już zobaczyli podniebne miasto, może i tam pozostawili w restauracji swoje pieniądze, a może tylko poprzestali na oglądaniu Seattle z wieży, bo wychodzą mimo wszystko podekscytowani i rozemocjonowani, ale i zżycie ze sobą, gdyż najczęściej są to rodziny, lub delegacje z innych krajów i łączy ich albo rasa, albo jakieś rodowe podobieństwo. Drzwi windy się otwierają i pozostawiają na dole oszołomioną czarnoskórą grupkę osób, to znowu wysypują się skośnoocy Azjaci, innym razem nordyckie, albinoskie postacie. A wokół, w tym okrągłym pawilonie, gdzie dwie windy pozostawiają powracających z góry gości Iglicy, trwa przed oczami bezustanna defilada przedmiotów w kształcie Space Needle i opatulenie mentalne tymi wszystkim gadżetami jest nieprawdopodobne, bo sama forma architektoniczna budowli już jest niestrawna jako obiekt kontemplacji, a jeszcze w połączeniu z różnoraką jej funkcjonalnością, jak futerałem na cukierki, na długopisy, na okulary słoneczne, czapki i absolutnie pożenione wszystko ze wszystkim, daje w sumie jakiś całkiem nowy, dziwaczny i straszny komponent.
Ale za to piękne są wokół Iglicy, zagospodarowane co do ostatniej grudki ziemi, tereny zielone, obsadzone jesiennymi kwiatami, swojskimi i czułymi. Lwie paszcze, ostanie, jesienne róże, marcinki, dalie, zawilce, nagietki, fuksje, petunie i te wszystkie ciepłolubne rośliny, których w Polsce nie ma.
Wracając, chcę pożegnać wzrokiem tę dzielnicę i wstępuję jeszcze do sklepu Champions Party Store przy 124 Denny, zachęcona czerwoną, wyszczerzoną kłami głową wilkołaka na dachu. Wszystko w tym obszernym pawilonie podporządkowane jest już zbliżającemu się świętu Halloween i można zdumiewać się, przechadzając się między półkami, jak wielkie jest zapotrzebowanie na zmianę tożsamości w tym jednym dniu, bo nigdy jeszcze nie widziałam tak ogromnej ilości towaru związanego w końcu z tak wąską, dotyczącą zaledwie jednego dnia aktywnością człowieka. Tworzywo sztuczne umożliwiło właściwie absolutnie wszelkie metamorfozy, które w tym sklepie, jak w laboratorium, pokazywało od kuchni ten proces przeobrażania. Pokusa stania się niewidzialnym jest tak wielka, że już miesiąc przed Halloween widziałam na ulicy przechodniów w maskach wilków tak szczelnie maskujących twarz, że dla nikogo, nawet dla siebie nie byli rozpoznawalni.
Na jednej ścianie stoją rzędem nylonowe peruki mieniące się wszystkimi kolorami i fasonami, i chyba owłosienie jest podstawą dnia Halloween. Tak, jak cywilizacyjne zmiany obyczajowości dążą do eliminacji owłosienia na ciele ludzkim, Halloween przywraca je tylko w licznych przebraniach zwierząt, ale właśnie człowieka, który jest zły, bo jest owłosiony. Wystarczy wskrzesić gotyk i mroczność kryminalnej grozy, by pojawił się owłosiony Mr.Hyde i z nim wszelkiej maści brody, wąsy, owłosienie rąk i nóg, klatki piersiowej. Oprócz tego na drugim biegunie sprzedaje się nagość – wytłoczki kobiecych piersi, brzuchów, pośladków, twarzy, nosów, uszu, ust i oczu. Można za niewielkie pieniądze kupić właściwie każdą cześć ciała, każdy dosłownie ubiór dla siebie swojego dziecka i to zawsze z podtekstem grzeszności i sprzeniewierzenia. Bo jeśli są nawet w sprzedaży i anielskie skrzydła zrobione z prawdziwych piór ptasich, to i tak będą zastosowane w kontekście ironicznym i prześmiewczym, połączone z jakimś bluźnierstwem. Nawet woreczki foliowe, w które pakuje się zakupy, są w kolorze piekielnej czerwieni.
Mimo, że w sklepie są i rodziny z małymi dziewczynkami, które już w sklepie dostają tiulowe spódniczki przebrania, to ich zabawa nie ma tu nic do rzeczy w kontekście zabawy dorosłych. Kompensacja dorosłości, która podobno już w dzisiejszych czasach nie ma nic wspólnego z odkryciami Freuda mieści się jedynie w dziecięcych niespełnieniach, czyli tym wszystkim, czego rodzice nie dali, kiedy trzeba było dawać w określonym czasie. Spóźnieni kochankowie wszelkich dziwactw, popsutych już i zamienionych w perwersję, stają się marzycielami takimi jak ja. Wychodzę więc z tego sklepu pełnego wszystkiego co jest na niby i co w przeciwieństwie do snu, jest cały czas realne i możliwe. I stoję przed tym sklepem wpatrzona w manekin przebrany za Blaszany Dzwoneczek i miłośnie pożeram jej szmaragdową, obcisłą sukieneczkę mini.

Można tak w nieskończoność iść w górę Denny do domu, który już za dwa dni nie będzie nasz, i obserwować, jak słońce popołudniowe kładzie się na złotych szybach wieżowców, jak lukruje je połyskami i cieniami, jak ulica drga i pulsuje ciepłym, nagrzanym powietrzem i wszystko jest powtórnie wyraźne i w swojej najwartościowszej części, realne. I, jak już jestem na moście, i cały dom na Melrose widnieje w całej swej okazałości architektury lat siedemdziesiątych, z balkonami jakby zaprojektowanymi poprzez odgapienie z obrazów Matisse’a z Vence, ogarnia mnie nieprzezwyciężalna nostalgia, bo wszystko wokół żyje, pulsuje, czteropasmowa autostrada pod mostem huczy i cały czas i ilustruje nie pożądanie, a podążanie, a ja stoję w miejscu i umieram.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , | Dodaj komentarz