Tomik wychodzi właśnie w Polsce nakładem Ludowej Spółdzielni Wydawniczej w Warszawie, ale w Seattle dostałam go do przeczytania w postaci luźnych kartek skserowanych wraz z obrazami profesora Kazimierza Poznańskiego, wykładowcy tutejszego Uniwersytetu Waszyngtona.
– „…moje słowa płyną same z siebie/tłumacząc czego nie rozumiałem”– napisze poeta w spójnym monologu wewnętrznym słowami podmiotu lirycznego, który rozpoczyna swoją liryczną skargę w rozważaniach na temat uczucia smutku.
Smutek rozpoczyna poemat i go kończy tak, jakby to uczucie nie było stanem zamierzonym przez parę kochanków, o których opowiada, ani też darem losu. Smutek jest bohaterem „Długiego wiersza”, utworu złożonego z 63 zwrotek – modułów, które poprzez swą jednakową budowę wprowadzają mantryczny rytm lamentacyjny, bardziej będący kokieterią cierpienia, niż nim samym. Jednak i ten trop odbioru jest mylny, ponieważ całość utrzymana jest w wielkiej powściągliwości i ascezie, a dyscyplinujące je rytmy ośmiu wersów w zwrotce i umieszczenie tylko dwóch zwrotek na stronie wprowadza czytelnika w nastrój bardziej elegijny, niż refleksyjny.
Rzecz jest o rozstaniu, o niemożności utrzymania jedności i o rytuale życia, o jego względności, zmienności, a zarazem paradoksalnym przyzwoleniu na taki, a nie inny bieg wydarzeń. W tej właśnie akceptacji cierpienia kryje się tajemnica piękna tych strof, które ze zwykłego opisu przeradzają się w traktat o miłości niemożliwej, ale takiej, która jest dostępna jedynie w formie niespełnienia, jak każda duchowość, która może trwać jedynie w nienasyceniu. Dlatego utwór kończą słowa „smutek jest piękny” włożony w usta kochanki, bo samo doświadczenie prawdziwej miłości jest zawsze wartością samą w sobie i jest ona platońskim pięknem.
Ale warto prześledzić te zwrotki pod kątem wątłej fabuły. Zastanawiałam się, czy Poznański, pokazując scenerię chińskiego otoczenia:
„Jakże bym chciał zrozumieć
każdy z twoich dziwnych snów
co krążą pod moimi powiekami
jak chociażby ten jeden krótki
o dwóch łabędziach płynących
po jeziorze „Letniego Pałacu”
ponoć zbudowanego po to tylko
by rzucał cień na ich gniazdo”
robi aluzję do słynnego wiersza Mallarmego „Łabędź”, czy są to luźne obrazy symboliczne, prowadzące czytelnika bardziej do przeżyć jednostkowych podmiotu lirycznego, niż szerszego planu kultury i wschodnich wpływów tradycji na sztukę. Uniwersalność tych wierszy przekracza jednak to doświadczenie, cały czas mamy na uwadze bardzo ludzkie łzy kochanki, która odchodzi :
„Staram się odnaleźć sens
w tym co się dzieje w głowie
chodzi tylko o jedno zdanie
nie miałaś prawa go napisać
w każdym razie nie w czerni
wydartej z chmury popiołów
zlanych lodowatymi łzami
z oczu które prawie oślepły”
Ta patetyczność, egzaltacja i oburzenie, nie ma w postępującym toku narracji racji bytu, rozbicie jedności dwóch istnień jest zawsze nierealne, nawet jak jest nieodwracalne i namacalne, ponieważ rzecz się dzieje w nieskończoności i jak słusznie narrator zauważa:
„(…)że nie ma końca temu co
się już kiedyś zaczęło
czas może być zawrócony
różne chwile powtórzone(…)”
Romans liryczny dzieje się więc na płaszczyźnie duchowej, jest nieprzekraczalny i nienaruszalny, ponieważ się wypełnia i obejmuje swoim zaistnieniem wewnętrzną przestrzeń kochanków, mimo, że ich scalenie wielokrotnie ma rację bytu w realności:
„Zawsze mogłaś na mnie liczyć
nawet gdy nie byłem potrzebny
żebyś poluzowała moje ubranie
przeciągnęła przez mą głowę
i zdarła całą resztę wzdłuż
moich dwóch śliskich kolan
a potem osunęła się na podłogę
z ręką zawieszoną w powietrzu”
Lecz większość poetyckiego obrazowania przenosi się na tło rozgrywającego się dramatu i krajobrazy duchowe przewijają się jedynie w przemienności przyrody „(…)w rytmie czterech pór roku/albo nawet powiedzmy ośmiu(…)” i w subtelnym rysunku ogrodu chińskiego, z jego egzotycznymi kwiatami, drzewami, z zarysem odwiecznych, pierwotnych gór na horyzoncie i cudownością świata, jaki ogląda zakochany człowiek. Ślad kochanki kurczy się do strzępku papieru, do jednej fotografii, do ubogich znaków pozostawionych na odchodnym, które niczym relikwie dowodzą sakralności spotkania. Nawet jak są to wytarte rekwizyty, takie jak sny, motyle, ich metamorfozy w tych wersach mają swoje osobliwe zakotwiczenie, bo zawsze są jakimś tylko zwinięciem pewnego obszaru wyobrażenia, które żyją w legendzie, w materii i w przedmiocie. Trudno tutaj mówić o symbolach i o zamianie przywoływanych obrazów w celu oddania stanu ducha tego, zdawałoby się, epizodycznego zdarzenia w życiu dwojga ludzi, ponieważ, całość została stworzona dla afirmacji i dla podzielenia się zachwytem. I jeśli w zamierzeniu miał być to utwór inspirowany muzyką chińską, to powstał w sumie pełen wrażliwości liryczny poemat miłosny, tak przecież niemożliwy w czasach, kiedy kwestionuje się istnienie miłości nieśmiertelnej.
W idylliczny klimat miłości niemożliwej, rozgrywającej się w chińskim ogrodzie harmonii, gdzie każdy element ma swoje miejsce, autor wprowadza dysonans, poczucie zagrożenia, skargę, ile trzeba było trudu poprzedzającego spotkanie kochanków
„Po latach łapania autobusów
polowania na miejsce w metro
gonienia na różne spotkania(…)”
oddzielona kochanka odnajduje czas już odczarowany:
„(…)Na twej ulicy nie ma świateł
puste samochody ścigają się
rozpada się rozpalony asfalt
cicho stoją opuszczone domy(…)”
Lecz to wszystko, to tylko skarga pozorna, jakaś ilustracja cierpienia nie spowodowanego wygnaniem z raju, tylko światami równoległymi. Poeta decyduje się nawet na ogólne podsumowanie martwoty świata odartego z cudowności, bo dopiero spotkanie je przywraca:
„(…)Brak właściwie wielkiej różnicy
między początkiem i końcem
kiedy się cudem spotkaliśmy(…)”
Dowiadujemy się z nielicznych tylko strof o tej zewnętrzności, która dzieli i burzy:
„Wojna się toczy w tym kraju
ale zabijanie jest za granicą
chodzi tylko o same pieniądze
część ich spada wprost z nieba
gdy drgnie elektroniczny spust
żeby spalić żywcem całą wieś
reszta ich wraca z powrotem
zaoszczędzona na pogrzebie”
Narrator w postaci bohatera lirycznego w jednej zwrotce diagnozuje i podsumowuje kondycję i stan rzeczywistości i jest to jedyna taka pełna konkluzja deprecjonująca czasy, w których przyszło żyć bohaterom utworu:
“Czy ja ci już mówiłem, że życie
dzisiaj to tylko odcinek serialu
objęty prawem własności seks
jest w rękach brukowej prasy
kobiety nie godzą się na skurcz
porodowy mężczyźni tylko płaczą
oboje nic nie zostawiają po sobie
trawa kwitnie na własny pogrzeb”
Ale ta gorycz i wyartykułowanie cywilizacyjnej skargi jest tylko niewielkim epizodem w smutku rozszczepienia się dwóch istnień, których przeznaczeniem jest scalenie. To smutek, kończący utwór ich łączy, jako stan permanentnej tęsknoty i melancholii za, nie tyle utratą uniwersum, jak jest w Księdze Rodzaju, co konfucjańskim pogodzeniem się z losem, który oddziela kochanków, ale sama świadomość ich jedności jest na tyle nieśmiertelna, że pozwala na cieszenie się nawet wynikłym z tego smutkiem, który nadaje temu przeżyciu stygmat bolesnego piękna.