Dziennik amerykański (21)

11 października 2010, poniedziałek. W czasie naszej wczorajszej kąpieli w hotelowym basenie syn kończył zlecenie w laptopie i pracował jeszcze długo w noc. Kiedy się obudziłam, mąż i syn spali, wymknęłam się z pokoju. Na korytarzu trzeciego piętra, na którym dostaliśmy pokój, wisiał, obok windy, plakat objaśniający, że światowa sieć hoteli objęta jest programem doktora Chrisa Idzikowskiego, który skutecznie walczy z brakiem snu tylko w hotelach Crowne Plaza. Wielkie łóżko, które właśnie opuściłam pozostawiając w nim śpiącego męża, ma – jak głosił napis – nigdzie nie spotykany, najnowszej generacji materac i pościel ze specjalnie spreparowanych piór ptasich. Faktycznie, zasnęłam jak kamień, ale nie wiedziałam, że to z tego powodu. Obok czerwonego jaśka z wyhaftowanym logo hotelu leżał na białej pościeli czerwony woreczek z prezentami od firmy, czyli zatyczkami do uszu, czarnym zasłaniaczem oczu i flakonikiem do wdychania jakiś substancji, po której się natychmiast, jak przeczytałam, zasypia. Tego też nie zauważyłam.
Hotel jest w stylu art deco tak jak hotel „Prezydent” w Krynicy Zdrój. Przechyliwszy się przez barierkę, widać na purpurowym dywaniku w kształcie koła solidne, staroświeckie fotele i białe abażury przedwojennych lamp. Barierki na każdym piętrzę mają – jak na balkonach – rośliny, toteż w tej perspektywie widzi się kaskadowe ogrody.
Minęłam wózek sprzątaczki naładowany białymi ręcznikami i szlafrokami, jakieś drzwi się uchyliły i wyszły z nich dzieci. Hotel budził się do życia. Wsiadłam do przeźroczystej windy, jadąc i patrząc w dół widać cały hol hotelu i kawałek turkusowego basenu, nacisnęłam guzik na najwyższe piętro mając tę dziecięcą przyjemność naciskania guzików wind i jechania nie tam, gdzie muszę. Potem wyszłam pożarowymi, metalowymi schodkami ignorując zakaz, na dach hotelu. Uwielbiam dachy domów i możliwość przekroczenia ich skończoności, uwielbiam nieskończoność, która na dachu zawsze jest przestrzenią dostępną. Dachy, jak i szczyty gór, są trudne do zdobycia, skorzystałam tutaj z jakiejś nieuwagi hotelowego personelu. Odbija mnie błyszcząca płyta niklu chroniąca komin i marszczy moją sylwetkę. Poranne powietrze też jest jakieś pokawałkowane, rześkie i nowe. Bezchmurna pogoda odsłania Góry Kaskadowe, nie wiem, który to wulkan Mount Hood, który Mount Saint Helens, który Mount Adams, któremu do dzisiaj Indianie składają ofiary. Białe sylwetki wulkanów przezierają z horyzontu, majaczą i ograniczają miasto. Okolice hotelu wypełnione są już samochodami, stoją równo wśród czerwonych drzew, dalej ciągną się krzewy kwitnących róż, rabaty i barwne kwietne dywaniki przed licznymi restauracjami i bistrami, a po czteropasmowej szosie jadą resoraki.
W basenie o tak wczesnej porze jest tylko otyły mężczyzna w przepisowych amerykańskich majtkach do kolan, co u podstarzałych mężczyzn jeszcze bardziej uwydatnia brzuch. Z pulchną, młodą Latynoską idą do okrągłego jacuzzi, którego spienienie dziewczyna uruchamia dźwignią przy wejściu.
Weszłam do ciepłej wody basenu, połowa wystaje na zewnątrz, gdzie kilka czerwonych liści japońskich klonów odbijało na betonowym podłożu wilgotne obwódki. Przyszedł właśnie mąż, para siedząca w jacuzzi już poszła i cały basen mamy dla siebie jak stare, zamożne amerykańskie małżeństwo, rozkoszujące się plonami swojego życia. Wyszliśmy wycierając się świeżymi ręcznikami zabranymi ze stosu na stoliku, wytarliśmy się nimi wrzucając je do kosza tak, jak instruował napis. Potem posiedzieliśmy trochę w ciężkich, republikańskich fotelach w kole czerwonego dywanika, gdzie na niski, dębowy stolik przynieśliśmy sobie tekturowe kubki z wieczkiem, z wlaną kawą z ogromnych dzbanków wystawionych porannie na ladzie recepcji. Tak pijąc kawę, trzymaliśmy głowy oparte o oparcie tych rozłożystych, burżujskich foteli, nogi mieliśmy wyprostowane, a wzrok skierowany najpierw na okrągły świetlik w suficie, dający to przyjemne, mleczne białe światło holowi, a potem na przeźroczyste dwie kabiny windy, do której wsiadali nowi goście, zjeżdżały wózki wypełnione białymi skudłaczonymi ręcznikami i szlafrokami, a myśmy wymieniali wszystkie zobaczone filmy w naszym życiu, gdzie bohaterowie mieli lęk przestrzeni, cierpieli na zaburzenia pamięci, na wszelkiego typu zboczenia seksualne, a język filmu potrafił przeźroczyste kabiny wind wykorzystać maksymalnie.
Pozostawiłam męża w tym zapatrzeniu i obeszłam koło holu, które rozgałęziało się na liczne sale ze staroświeckimi meblami, kryształowymi żyrandolami, mieszczące się na parterze kuchnie, pokoje z komputerami, sale konferencyjne, pokoje do zabaw dzieci, siłowni, aerobiku, gabinetów Spa. Blisko holu umieszczono teraz nieczynny i ciemny klub nocny ze stojącym po środku bufetem z drinkami, w którego fasadzie stoją flakony perfum. Dalej restauracja, przy białych obrusach siedzą pierwsi poranni goście, położono na wszystkich stolikach sztućce owinięte serwetkami w kolorze khaki, które może wbrew zamierzeniu arystokratycznego wystroju zmieniały jego wymowę na bardziej militarną i kolonialną. Roślinność hotelowa – jedynie cieplarniane gatunki liści – hotel uszlachetnia, dodaje elegancji i egzotyki.
Pojechaliśmy w górę windą spakować się, zastaliśmy w pokoju syna leżącego na łóżku bezustannie rozmawiającego przez telefon. Po wrzuceniu niewielkiej ilości przedmiotów do walizeczki na kółkach, wsunięciu w nią mało używanego laptopa, którym sprawdziłam jedynie pocztę nie wysyłając już nic do nikogo – bo moja największa przyjaciółka z Rudy Śląskiej zamilkła na amen jak tylko przekroczyłam granicę Polski, jakbym zrobiła coś niestosownego nie solidaryzując się z rodakami, i z nimi nie pozostając – zaczęłam sprawdzać wszystkie szuflady, by czegoś nie zapomnieć. W szufladzie szafki nocnej leżała brązowa Holy Bible, na skórzanej okładce srebrnymi litrami wytłoczono słowa organizacji placed by the gideons.
Mąż szybko zrobił jeszcze w stojącym ekspresie z saszetek tam dodanych nam wszystkim kawę ze stojącej obok w plastykowej butelce wody. W recepcji okazała się wodą sprowadzaną z Włoch, za którą syn zapłacił dodatkowe cztery dolary, co wskazywało na to, że nie trzeba jeść w hotelu śniadania. Pojechaliśmy do niedalekiego lokalu amerykańskiej sieci Applebee’s zachęceni barwnością wejścia w kolorach amerykańskiej flagi z wmontowaną tu i ówdzie szczyptą zieleni, jak w listku jabłka, które było w logo było wtkanym w wycieraczce. W restauracjach amerykańskich wita wchodzących zawsze ktoś wyjątkowo sympatyczny i miły i tak było i teraz. Młoda dziewczyna w blond warkoczykach na nasz widok zrobiła minę, jakby całe jej życie polegało wyłącznie na spotkaniu z takimi jak my, długo oczekiwanymi ludźmi i dając nam do zrozumienia całym wspaniałym ciałem, że chwila ta nadeszła, z nieukrywaną radością powiodła nas do stolika, na którym leżały przygotowane karty dań. Syn od razu bez patrzenia w nie zamówił mi szejka waniliowego z bitą śmietaną i wisienką, a ja, by nie interesować się cenami i nie hamować toku zamawiania potraw sączyłam przez grubą słomkę swój ulubiony napój i patrzyłam na sąsiedni stolik. Tam dziewczyna, która nas tak ładnie przywitała, pomagała stuletniej kobiecie przybyłej z niewiele młodszą córką przejść z wózka na restauracyjne krzesło. Ten zdawało się, ponad siły młodej dziewczyny gest, nie pozostawił po niej śladu, stała już cierpliwie, aż kobiety zamówią z kart dania. Błyskawicznie już niosła ogromne półmiski z wystającą sałatą, miseczkami sosów, chipsów, z frytkami i makaronem. Sala była wypełniona po brzegi, w środku sali, przy okrągłym bufecie siedzieli już ludzie z rana pijący alkohol z kolorowych kieliszków, a dojrzały mężczyzna w czarnym garniturze i białej koszuli przechadzał się między stoikami pytając gości, czy są zadowoleni i czy im czegoś nie potrzeba. Nasz stolik nie mógł się na nic zdecydować, ja straciłam wszelką już szansę na zaoszczędzenie chociażby dolara, więc z rezygnacją słuchałam, jak syn czyta mężowi potrawy:
…duże tortilli nadziewane z grillowanym chipotle kurczaka z serem topionym, siekaną cebulką, świeżym pomidorem, kawałkami boczku; ser Quesadilla, piersi z kurczaka, ser mozzarella i cheddar, pieczarki, brokuły, marchew, kukurydza, papryka, czerwona cebula z grilla w pszenicy zwieńczona szpinakiem i karczochami; krem ze szpinaku i karczochów podawany na ciepło z salsą, kwaśną śmietaną i chipsami tortilla; pizza Patch Veggie ultra-cienka z grzybami, szpinakowym kremem, karczochami, świeżymi pomidorami i włoskimi serami i ziołami; soczyste chowder, tradycyjna mieszanka z małż, śmietany, masła, ziemniaków, cebuli w bulionie wykonane świeżo, ze smażonymi na złoto paskami cebulki, podawany z kremowym sosem chrzanowym, mozzarella; panierowane, smażone i podawane z sosem marinara Buffalo Wings bez kości; białe mięso z piersi kurczaka lekko panierowane, podawane z selerem; skrzydełka kurze, chrupiące kukurydziane chipsy pokryte mieloną wołowiną, czarną fasolą, serem queso, śmietaną, sałatą, pomidorem świeżym; przekąska Sampler, mozzarella, sałatka Steakhouse, stek z polędwicy wołowej z winegret, serem bleu d’auvergne posypane świeżym pomidorem, czerwoną cebulą, płatkami migdałów i chrupiący makaron.
Napoje: Pepsi Diet, Mountain Dew, Sierra Mist, Brewed Iced Tea, Lipton Brisk Iced, Tea Raspberry. Gorąca herbata lub kawa Brewed, Applebee’s Lemonade, soki z malin, truskawek, kiwi, musujące wody mineralne i wody butelkowane…
Nasza kelnerka wniosła dla mnie półmisek z krakersami, słodkim kurczakiem, sałatkami i kilkoma małymi półmiskami w kształcie elipsy. Jeden był z guacamolą, jadłam ją z żalem, uwielbiam awokado, ale nie tak podrobione. I jak czekali, aż skończę, syn szukał na komórce dojazdu do dzielnicy Pill Hill, gdzie mieszka Lee.
Dotarliśmy do osiedla szklanych bloków, które są autentyczną realizacją marzenia Żeromskiego o szklanych domach z wykluczeniem wielkiej płyty. Osiedle błyszczy w słońcu szybami wśród parkowej zieleni, rabat róż i ławek, sąsiaduje z dolną stacją kolejki powietrznej, której widok na niebie zaskakuje nas, bo kojarzy nam się jedynie z górami lub wesołym miasteczkiem. Dwa wagoniki o imionach Jean i Walt jeżdżą w kilkuminutowych odstępach po niebie w środku miasta.
Nim zaparkowaliśmy samochód pojawił się Lee, młody student medycyny i wszyscy poszliśmy do automatu kupić dla mnie i męża dwa bilety po cztery dolary w obie strony, a oni poszli do pobliskiego wietnamskiego bistra „Bambuza”.
Kolejka wozi też tym sposobem rannych z wypadku natychmiast dostarczając ich do szpitala na górze. Tym razem w wagoniku było niewielu pasażerów. Pierwszy przelot nad Portland w to słoneczne południe dwudziestopierwszowiecznym pojazdem przeznaczonym do użytku publicznego, funkcjonalnym i ze wszech miar celowym, zachwycił nas, wypatrywaliśmy na dole legendarnego napisu na dachu FUCK TRAM przeciwnika kolejki. Trasa nad domami spowodowała podobno spadek cen domów i protesty. Gdy wagonik zbliżał się do filaru na szczycie wzgórza, stacja wyglądała jak scena z filmu SF, jak docieranie do obcej planety, na której ląduje statek kosmiczny. Wychodząc oszołomieni robiliśmy miejsce pacjentom szpitala i studentom, którzy zjeżdżali nią w dół. Napowietrznym mostem, rozpoczynającym się widokiem z sal szpitala, zza ogromnych okien, przy których stoją fotele i siedzą pacjenci, idziemy zapraszani przez uśmiechy przechodzących lekarzy pacjentów, całego uwięzionego tu na Czarodziejskiej górze szpitalnego miasta, które nie przypomina odcinków serialu „Dr House”. Wózki z pacjentami bez pospiechu wiezione są do windy, większość trzyma w ręce obowiązkowo kawę w tekturowych kubkach z pokrywką, jakieś papiery, wszyscy ubrani w luźnie, nie rzucające się w oczy jasne stroje.
Na ścianach marmurowe napisy fundatorów, czasami dokumentacja fotograficzna dziejów szpitala, ale my się nie zatrzymujemy, podążamy dalej, mijamy zewnętrzne tarasy z stojącym szeregiem wózków, idziemy do końca, wychodzimy na kampus uniwersytetu, do fontanny, która upamiętnia założenie School of Medicine. W 2012 roku będzie obchodzić 125 rocznicę swojego powstania, jak wynika z marmurowej tabliczki. 660-metrowy most, którym tu przybyliśmy, pozwala na bezpośredni transport pacjentów, lekarzy i studentów. Siedzimy trochę przy fontannie wpatrzeni w inną tabliczkę mówiącą, że nie wolno palić i potem podziwiamy wolno stojący opodal na ulicy zsyp na książki biblioteczne, które się tylko wsuwa do otworu bez zbędnych formalności. Cała dzielnica jest cicha i pusta. W wielopoziomowych garażach milczą samochody, w bibliotece siedzą niemo studenci, pomostami, windami przemykają gdzieś ludzie, w otaczającym parku dymią z kotłów pawilony szpitalnej pralni. Wracamy na ten sam lśniący posadzkami korytarz i wracamy kolejką w dół smakując jeszcze raz widok na miasto z błyszczącą rzeką i piętrzącymi się mostami.
Syn i Lee siedzą w Bambuzie i piją piwo. Bambuza, jak i większość kawiarni, jadłodajni, bistr, pubów, restauracji, ma przy drzwiach wystawioną miskę dla zwierząt z wodą. W środku wietnamskie kule i babmusy w doniczkach, panuje półmrok, ale wielkie, oszklone witryny wpuszczają więcej światła niż czerwień papierowych lampionów. Żegnamy się z Lee, który nam mówi, co mamy zobaczyć, porzucamy Southwest i postanawiamy się powłóczyć po ulicach, bo nie chce nam się już zwiedzać ani zabytków, ani muzeów.
Ulica Hawthorne wzięła swoją nazwę od psychiatry o tym nazwisku. Skupia podobno gejów, lesbijki, generację X, hipisów i hipstersów, ale nie widać tego w poniedziałkowe popołudnie, gdzie raczej wszyscy zajęci swoimi sprawami bardziej podążają gdzieś, niż się przechadzają, albo jedzą w licznych lokalach południowe posiłki wykorzystując je na spotkanie ze znajomymi. Tylko my oglądamy niezliczoną ilość sklepów, punktów wróżbiarskich, hinduskich guru, gabinetów tatuażu, i wszystkich niezbędnych subkulturom ośrodków, by mogły realizować się i odnawiać.
Wchodzimy do Fat Straw, do Bubble Tea Cafe, gdzie po raz pierwszy w życiu piję tajwańską herbatę z lodem z kandyzowanymi owocami na dnie, w miarę rozpuszczania się mają coraz bardziej egzotyczny smak. Syn zamawia trzy różne napoje, więc wzajemnie je kosztujemy, tekturowe kubki są niemal półlitrowe, z dwiema grubymi słomkami by żelatynowe kulki się w nich mieściły. Herbaciarnia, mająca całą ścianę wypisaną swoją gastronomiczną ofertą, ma charakter kolonialny, prosty podest z desek ze stanowiskami komputerowymi pod oknem, z klasycbil gates, znymi, drewnianymi krzesłami i stolikami, wszędzie schodki z poręczami nawiązują do domowych balkonów, werand, gdzie się sączy popołudniową herbatę.
Mijamy Teatr, mijamy grających pod murami gitarzystów i wstępujemy do Red Light, legendarnego tutaj ciucholandu, który ma stroje ze wszystkich lat, kostiumy teatralne, stroje współczesne, kapelusze, skrzydła, biżuterię. Wiszą na wieszakach posegregowane latami, wiszą stylami, których jest podobno ponad 50, wiszą kolorami. Działy są opisane, suknie są szałowe, krynoliny, lejące się lamy, haftowane koralikami, secesyjne, koktajlowe. Sztuczne rzęsy, wąsy, peruki, zabawki imitujące broń, farby do twarzy, do farbowania włosów, pończochy, skarpetki, paski okulary. Stojaki odzieży od lat dwudziestych do dziewięćdziesiątych, wysadzane cekinami, błyszczące garnitury, kombinezony, odzież cyrku, militarna, lotników, wędrowców. Tutaj syn dostaje, krążąc między regałami telefon, że wybrano jego portfolio, że dostaje zlecenie na sfilmowanie wywiadu z Billem Gatesem i tak się tym cieszy, że kupuje sobie marynarkę w stylu Mikaela Jacksona, która na nim idealnie leży. Ja wybieram długą, amerykańską suknię płócienną, drukowaną w rysunki dzieci wszystkich ras na świecie, z guzikami z ceramiki, gdzie każdy guzik ma inną buzię kolorowego dziecka, a cała jest jeszcze na podszewce czerwonej, ma dużą kieszeń i też leży na mnie jak ulał.
Opuszczamy radośnie sklep i dzielnicę, i jedziemy do jeszcze bardziej anarchistycznej, zabytkowej dzielnicy Mississippi, na drugi brzeg Willamette. Mijamy Park Róż i wielką halę sportową z różami w nazwie, przekraczamy most, wjeżdżamy pod betonowe przęsła i wjeżdżamy w ulicę niskich domów. Wchodzimy do niemieckiego pubu piwnego Prost!, który atmosferą przypomina Oktoberfest, mieści się w zabytkowej kamienicy połączonej z ogródkiem piwnym, przypominającym Deutschland. Syn z mężem piją piwo, podobno sprowadzane jest naprawdę z Niemiec, można zamówić kilka gatunków sławnych niemieckich firm, a ja do ust piwa nie biorę, więc idę sfotografować niemiecką toaletę, która zastawiona jest metalowymi beczkami z piwem i tu od razu po toaletach poznać, że to Europa.
Idąc w dół Missisipi podobno można natrafić na prawdziwy europejski warzywnik, czyli kiosk z jarzynami, gdzie samochód przywozi naprawdę ekologiczne warzywa raz w tygodniu i ustawia się prawdziwa kolejka. Ale był zamknięty, może już nieczynny, splajtowany, natomiast wiele domków pozamienianych na sklepy wystawiało ubrania i rowery o bardzo dziwnych i przemyślnych, a zachwycających konstrukcjach. Wchodzimy do domku po schodach, gdzie odręcznie napisano The Black Rose i jak się wewnątrz dowiadujemy, jest gniazdem wolnomyślicieli i zwolenników radykalnych zmian.
Wnętrze pokoju, do którego się wchodzi prosto z ulicy, pełnej płynącej z płyt muzyki, zapchane jest po sufit przeźroczystymi kontenerami wszelkich ciuchów w których można do woli grzebać i nie wyglądają na prane kiedykolwiek. Po prawej stoją stosami książki (Chomsky), a na stole duża ilość artzinów odbijanych na powielaczu, oglądam je, są to wiersze, komiksy i anarchistyczne teksty, ceny są dość wysokie. Na środku stoi duża sofa, gdzie pokaźna grupa hipstersów zdaje się nie zwracać uwagi na klientów, a tych kręci się po sklepie wielu. Jak wchodzimy, dziewczyna z przylepionymi halloweenowymi wąsami podnosi się z kanapy i patrzy pytająca, zrezygnowana, znowu opada, już się nikim nie zajmując. Idziemy w dół dalej, sklepy są coraz bardziej wyrafinowane i drogie. W ekskluzywnym Manifesto z męskimi butami i akcesoriami z prawdziwej skóry, syn kupuje sobie kapelusz, ale wcześniej wysyła mmsa do Susan z pytaniem, czy ma kupić.

Zapada zmierzch, pojedziemy jeszcze na kolację, będziemy wracać do Seattle rozświetloną Tacomą, a potem zorientujemy się, że nie zabraliśmy z domu klucza. Syn będzie dzwonił do Bryana, ale on powie, że go nie będzie, bo idzie z dziewczyną do kina, i my pojedziemy do tego kina w Seattle, by w kasie odebrać zostawiony klucz, ale Bryan zagada się z dziewczyną w kawiarni, i zapomni, i zadzwoni z przeprosinami, i my znowu pojedziemy po ten klucz, by go dostać i wejść, i pogłaskać czekające w domu koty.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 10 komentarzy

Keith Reid/ Procol Harum – „A Whiter Shade of Pale” (Bielszy cień bladości) z angielskiego przełożyła Ewa Bieńczycka

Kończymy tańczyć już fandango,
ostatni na parkiecie krok,
zrobiło mi się z tego mdło.
Tłum się domagał nowych mąk,
pokój zamruczał jak głos z gardeł,
sufit odfrunął nagle gdzieś,
ostatni drink był zamówiony,
kelner na tacy miał go nieść…

I tak się porobiło potem,
gdy młynarz snuł opowieść gościom,
twarz jej upiornie posiniała,
a na niej bielszy cień bladości.

Mówiła „nie ma sensu przecież
ależ to prawda oczywista,”
lecz grałem wtedy ostro w karty,
nie chciałem, by na zawsze przyszła,
by się jak tych szesnaście dziewic
szlajała ostro po wybrzeżu
i udawałbym, że nie widzę,
mogłem nie widzieć właśnie tego…

I tak się porobiło potem,
gdy młynarz snuł opowieść gościom,
twarz jej upiornie posiniała,
a na niej bielszy cień bladości.

Mówiła „ląd jest naszym domem”,
chociaż wciąż żeśmy żeglowali,
by to widziała pod mym kątem
zmusiłem ją do innej roli
mówiąc, że musi być syreną
którą po morzu Neptun wozi,
lecz ona swym uśmiechem smutnym
wnet położyła kres gniewowi…

I tak się porobiło potem,
gdy młynarz snuł opowieść gościom,
twarz jej upiornie posiniała,
a na niej bielszy cień bladości.

Jeśli muzyka miłość karmi,
królową jej jest tylko śmiech,
to można jeszcze los ogarnąć,
bo w prawdzie brud jest czysty też.
Me usta tak jak kreda białe
głowa w poślizgu myślą prostą,
więc szybko nią zanurkowałem
w oceaniczne wchodząc dno…

I tak się porobiło potem,
gdy młynarz snuł opowieść gościom,
twarz jej upiornie posiniała,
a na niej bielszy cień bladości.

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Otagowano | 45 komentarzy

Dziennik amerykański (20)

10 października 2010, niedziela. Mgła opadła na jezioro Waszyngton, ale jak wsiadaliśmy do samochodu to już pierzchała i jechaliśmy mając słońce na wprost, wstawało wolno na czerwono spoza seattleńskich wieżowców, a z mgły nagle wyłoniły się Góry Kaskadowe, a potem, jak japońska rycina, wulkan Rainier. Jechaliśmy do Tacomy w optymistycznym nastroju przepięknej pogody, nie tak przecież częstej w deszczowym Seattle. Syn puścił utwory rocka lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, przeboje naszej młodości. Na Procol Harum udało się mężowi pójść, gdy syn miał dziesięć lat, podstarzały zespól dał koncert w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu, ale bilety były tak drogie, że kupił jeden i wpuścił tylko dziecko na widownię, sam czekał na niego w hollu w sumie słysząc też swój ulubiony zespól. Syn bardzo dobrze to pamiętał i jak teraz samochód syna wypełnił “A Whiter Shade of Pale” to, rozczuliliśmy się wszyscy. Za Tacomą, którą bardzo lubię za to, że ma hutę szkła która ze swoimi barwnymi wyrobami wychodzi w miasto, oszklone barwnym korytarzem przęsło mostu daje od razu inny smak miejskiej brzydocie przemysłowej – zatrzymujemy się. Syn nie ukończył zlecenia, jest niewyspany i podenerwowany, cały czas właściwie dzwoni przez komórkę. Pijemy kawę zaniepokojeni naszą wycieczką, zorganizowaną tylko dla nas. Tablice na parkingu pokazują przebieg ekspedycji lądowej Meriwethera Lewisa i Williama Clarka na początku dziewiętnastego wieku mającej na celu amerykańską ekspansję na Zachód. Lewis i Clark, którzy byli właśnie w tym tutaj miejscu, pokonali tę trasę w dwa lata, cztery miesiące i dziesięć dni, teraz jest to trasa, jak głoszą reklamowe tablice, turystyczna, pełna moteli i dwudziestopierwszowiecznej wygody.
Nasza wycieczka do Portland będzie jeszcze wygodniejsza. Przekraczamy właśnie rzekę Columbia i wjeżdżamy na gigantyczny, zielony Interstate Bridge, wybudowany na początku ubiegłego wieku zamiast promu. Był to podobno pierwszy most samochodowy nad rzeką między Waszyngtonem i Oregonem. Wjeżdżamy więc w Oregon jak w krainę mostów, które tworzą ze zjazdami kaskadowe miasto science fiction, Portland powoli oswaja się w nas i ten industrialny moloch łagodnieje. Dojeżdżamy do mostu Broadway, który kolorem pomarańczowym przypomina Golden Gate w San Francisco zbudowany przez ucznia Rudolfa Modrzejewskiego. Ten, do którego się zbliżamy, Bridge Broadway, projektował sam amerykański inżynier Ralph Modjeski, a którego cały czas będę kojarzyć z serialową sceną, jak Krystyna Janda rodzi go na deskach teatru, bo scenarzysta uznał, że dla Heleny Modrzejewskiej, nawiedzonej artystki, aktorstwo było ponad macierzyństwem. Tego zdawałoby się, zrodzonego z zaniedbania ciążowego przyszłego geniusza mostów w dalszych odcinkach serialowych odegrał skutecznie Wojciech Klata.
Nie dane nam jest jednak wjechać na pomarańczowy most Broadway, arcydzieła rodaka, akurat jest remontowany i policja kieruje ruch na sąsiadujący Steel Bridge, który otwiera widok na rzekę Willamette i pełną wieżowców i bogatego przepychu nowoczesnego miasta panoramę.
Jedziemy do centrum, do polecanej przez prowadzącą Klub Książki  w Seattle Hannę Gil,  Powell’s City of Books największą, niezależną księgarnię w Stanach Zjednoczonych. Ale najpierw zostawimy samochód w podziemnym parkingu sieci sklepów Whole Foods, do którego idziemy coś zjeść. Te sklepy wszędzie są takie same, z identycznym rozkładem stoisk, barów sałatkowych, pizzerii, cukierni, piramidami owoców z ekologicznych gospodarstw, serów, wędlin i mięs. Siadamy przy oknie na wysokich stołkach, szybko jem sushi, osiem kawałków surowej ryby owiniętej w ryż i avocado, to taki jeden polski gołąbek pocięty na osiem plasterków i włożony w czarne plastykowe pudełeczko z przeźroczystą pokrywą i z dodanym plastykowym wodorostem. Spieszymy się, bo Portland czeka i wzywa.
Księgarnia przerasta nasze wyobrażenie o księgarni, faktycznie jest to nie sklep, a miasto, w którym mieszkają tylko książki, a ludzie stanowią jakąś niepotrzebną, zawadzającą faunę, która przemyka między regałami, siedzi na dywaniku i czyta, ale przede wszystkim niepokoi. Niedzielny ruch jest wielki, tak, jakby ludzie przychodzili ze swoimi rodzinami właśnie tutaj spędzać ze sobą czas w mieście książek po to tylko, by być w obszarze ich duchowej emanacji. Niepojęty jest właśnie anachronizm tej sytuacji, kiedy wchodzą już inne technologie zapisu książki i coś się kończy, ale jeszcze nie i ten bizantyjski nadmiar, przerost formy nad treścią rokuje tylko upadek tego cesarstwa. Nim to nastąpi, trzeba wejść do zatłoczonego holu na samym dole kamienicy, gdzie jest kasa i wmieszać się w tłum. Jego energetyczność pomalowanych na żółto regałach nie ma nic wspólnego z ubiegłowiecznymi szperaczami moli książkowych po antykwariatach z mojego pokolenia, gdzie znaczenie książki miało tak wielorakie funkcje i tak odległe od pierwotnej. W Polsce, gdzie wszystko powoli stawało się obiektem pożądania, książki kupowali ci, którzy mieli możliwość je kupić przyczyniali się jeszcze bardziej do ich separacji. Tu najprawdopodobniej nie ma kolekcjonerów, wszystko staje się bardziej chwilowe i kapryśne, nawet te rejony pięter, gdzie zza oszklonymi pomieszczeniami są zamknięte cenne białe kruki, są marginalne. Orgia nadmiaru odbywa Green Room, Blue Room, Gold Room, Rose Room, Pearl Room, Orange Room, w pokojach segregujących gatunki, tam szuka się po kolorach, tam znajduje się atmosferę poszukiwanych pozycji, bo zawsze można jeszcze natrafić całe grupy książek, mówiących o sprawach nas interesujących. Wchodząc na poszczególne piętra, czytając wywieszki barwnych identyfikatorów od razu zostajemy wprowadzeni w ład i przyporządkowani zdawałoby się nie do ogarnięcia tej Wieży Babel, gdzie spokojnie stoją zamknięte między okładkami języki z całego świata, obrazy i myśli, książki, które były już w innych domach i które mają swoją historię zarówno wewnętrzną jak i zewnętrzną. Kolor żółty jest zarezerwowany dla sprzętów księgarni, żółte są abażury lampek, drabiny, regały, wywieszki cen. Bierzemy ze szklanego słoja „free pins” ze śmiesznymi napisami na pamiątkę i od razu przypinam sobie do kurtki metalowy pomarańczowy znaczek z zapytaniem: why?
A potem już idziemy ulicami Portland, pustymi w to niedzielne popołudnie i docieramy nagle do tłumu, jest ich około pół tysiąca, zgromadzonych na O’Bryant Square, tak, jakby wszyscy, których nie widujemy na ulicach miasta znajdowali się właśnie tutaj. Park w centrum miasta, nazwany od imienia pionierskiego Gruzina, który założył w połowie dziewiętnastego wieku w Portland pierwszą bibliotekę i za liczne zasługi oddane miastu został burmistrzem, ma podobno pomnik – fontannę w kształcie róży. Niestety nic nie widać, tłum jest drażliwy i nie bardzo skory do wpuszczenia turystów, boję się fotografować. Większość zgromadzonych tu bezdomnych ma charakterystyczne wózki, plecaki, długie brody i zrezygnowany wyraz twarzy. Przyjechała właśnie zielona furgonetka z napisem Potluck in the Park z namalowanym konturem wesołego kota z serduszkiem. Free gorący potluck wydawany jest w każdą niedzielę o 15, jeszcze się nie rozpoczął, tłum zamarł w rezygnacji oczekiwania. Zakapturzona młodzież z papierosami w zwisających dłoniach przysiadła nieruchomo na parkowych murkach, wolontariusze rozkładają stoliki i stawiają kosze z zapakowanym jedzeniem. Na drugim planie widać wieszaki z ubraniami, do nich ustawia się kolejka. Wybuchła jakaś sprzeczka, służby porządkowe oznaczone cytrynowymi, fosforyzującymi kamizelkami, próbują koordynować ruch rozdawniczy, przywracają ład, ale ich gorliwe ruchy są jakieś nadmiarowe we wszechpanującej tutaj apatii i letargu. Kiedy podążymy dalej ulicą Washington napotykamy puste przestrzenie miasta, ogromne ceglane ściany i place po nieczynnym już przemyśle, widzimy miejsca, gdzie koczują bezdomni, którzy nie zwlekli się ze swoich stanowisk. W barwnych śpiworach śpią pod zadaszeniami opuszczonych budynków młode kobiety, pogrążone w permanentnym, nigdy niekończącym się śnie, a ich przeźroczyste folie, niepotrzebne na czas dzisiejszej pięknej pogody rozsuwa co jakiś czas lekki powiew wiatru. Skręcamy z Washington w Szóstą, podążamy teraz w kierunku dzielnicy Chińskiej bardziej jeszcze z opuszczonej. Chińskie smoki oplatają latarnie, wycięte reliefy czerwonych znaków w złotej obwódce na elewacji niskich budynków w kolorze zieleni Veronese znaczą restauracje. Jest pusto, czasami wyjdzie z nich chiński kucharz i gdzieś podąży szybkim krokiem, ale oprócz niego nie ma nikogo. Przechodzimy koło wielkich marmurowych lwów chińskich, mąż robi mi zdjęcie w chińskiej bramie, podążamy dalej ulica Szóstą, po której suną tylko bezszelestnie nowoczesne białe tramwaje, jak jakieś wyłaniające się z ulic śliskie robaki, jednak dzięki błękitnym napisom ich skojarzenie zostaje nagle złamane i ich ludzki charakter przywrócony. W bocznej uliczce stoi przy krawężniku Chevrolet Corvette z lat sześćdziesiątych, samochód, który pamiętam z dzieciństwa, jako coś niesłychanie kosztownego, jako narzędzie podrywu dla playboyów, jest doskonale utrzymany, bez skazy, a jego stalowy, szlachetny kolor błękitu wtapia się w przemysłowe ulice, w te ubiegłowieczne zabudowania pełne ceramicznej cegły zamalowanej farbą emulsyjną na jednolitą plamę, bez okien i bez drzwi wielkich ścian, nie wiadomo co oddzielających. Zbliżamy się już przecinając dzielnicę chińską do mostu, którym wjechaliśmy w Portland, a przed którym w parterowe okna kamienic wklejono informację o projektach wobec Homeless. Te kartki szczegółowych instrukcji są już zakurzone, porzucone, pomieszczenia z przeznaczeniem na noclegownie zamknięte. Wchodzimy na stuletni Steel Bridge, nie doczekamy się kiedy jego dolna część, po której jeżdżą pociągi uniesie się i przepuści statki rzeki Willamette. Chcę więc wejść na schodki, które na górze zapewne wiodą do jakiś przekładni, mąż z synem przerażeni odwodzą mnie od tego pomysłu, więc pozostaje kontemplacja. Most łączy Dzielnicę Rose Lloyd District na wschód od Starego Miasta Chinatown, dzielnicy na zachodzie, więc patrzę raz za prawy brzeg, raz na lewy, stojąc idealnie w środku rzeki. Po prawej portowa zabudowa brzegu z drewnianymi palami wbitymi w dno rzeki i odbojowymi oponami, na tle szarych silosów spowitych pajęczyną schodków metalowych i podestów w tę pustą niedzielę zastyga bez ruchu, nawet pomarszczona lekko woda rzeki wygląda jakby nie płynęła wcale, tylko mewy chmurami przelatują ciągle gdzieś przesiadając, a jak siądą na tafli wody to dopiero widać, że rzeka jednak płynie. Po lewej droga rowerowa biegnąca wzdłuż wybrzeża nareszcie wskazuje, że miasto nie wymarło, kilka rowerów przesuwa się, dalej grupka weselnych gości robii sobie zdjęcie. Nagle w ich odświętność i w porządek druhen ubranych w identyczne suknie piaskowego koloru wjeżdża bezdomna ze swoim czerwonym sklepowym wózkiem, przebija ich monolityczność i jedzie dalej nie zwracając uwagi na ceremoniał fotografowania nowożeńców. Widzimy, wśród wieżowców hoteli i bogatych zabudowań ceglany domek stacji kolejowej, który z daleka wygląda jak zabawka i postanawiamy tam pójść. Mijamy wtaczający się na najniższą kondygnację mostu pociąg, stare zabudowania wokół mostu i wchodzimy w parkowe tereny wokół Union Station, którego wysoka wieża z zegarem i przykryta czworobocznym dachem czerwonej dachówki przypomina wyposażenie niemieckiej kolejki Piko. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku bezdzietne małżeństwo Olgierdów miało w swoim M3 w Zabrzu kolejkę Piko zainstalowaną w ustępie, której jazda uruchamiała się za podniesieniem klapy muszli klozetowej, a wszystkie domki przywiezione wcześniej z NRD, zabudowania stacji ustawione były wokół tak, że trzeba było niesłychanie uważać, by w tym ciasnym pomieszczeniu ich nie postrącać. I teraz zobaczyłam identyczną zabudowę w całej jej okazałości w otoczeniu wypielęgnowanych krzewów róż. Wewnątrz stacji w białych koszulach z krawatem i czapką z daszkiem, wpuszczają w bramkę peronową kolejkę czekających podróżnych. Portland Union Station obsługuje pociągi podmiejskie i stanowe, toteż zabytkowy, jasny hol jest pełen ludzi siedzących na ławkach i oczekujących na swój pociąg. Posadzka w kolorze białego piasku o podobnej barwie do ceramicznej wykładziny ścian z drewnianym, kasetonowym sufitem wprowadza harmonijny zastój podróżnego uspokojenia. Okna jak i lampy dają dużo światła, co łącznie z zewnętrzną klinkierowa wykładziną chodnikową i zieloną pergolą tworzącą korytarz wprowadza do stacji radość podróżowania. Portland to miasto ekologiczne, miasto rowerów, tramwajów i pociągów i ten rytm determinuje życie miasta, które w niedzielne popołudnie staje się coraz bardzie sentymentalne i swojskie.
Robi się późno idziemy do restauracji 50 plates na Trzynastej, wchodzących młoda, zawsze uśmiechnięta kobieta prowadzi na wolne miejsce, których nie ma wiele. Mieszkańcy Portland siedzą w księgarniach i restauracjach. Kelner przynosi nam na kwadratowych talerzykach paszteciki położone na czarnych serwetkach, mięsne kulki smażone w głębokim oleju, bułki faszerowane mięsem, jarzynami, sałatami, z wbitą chorągiewką amerykańską. Siedzimy blisko bufetu, mężczyzna ubrany na biało za kontuarem miesza koktajl alkoholowy, wkłada kieliszek do miseczki z cukrem tak, by krawędzie kieliszka miały warstewkę cukru, wrzuca lód ostrożnie by nie poranić krawędzi, wlewa płyn z miksera, wszystko barwi się na kolor szmaragdowy, kobieta zamawiająca jest już niemłoda, czeka z nieobecnym wzrokiem, aż kelner zakończy przyrządzanie napoju z założonymi swobodnie rękami. Nam przynoszą kawę i ceramiczną krowę, gdzie jest śmietanka, wszystko tutaj jest charakterystyczne i inne, nawet butelki z wodą mają napisy 50 plates. Oglądam ścianę z alkoholami, jest nawet polska wódka Chopin, oglądam kartę dań, faktycznie starcza na pięćdziesiąt talerzy kuchni amerykańskiej, ostry Dirty Rice Beignets i Castroville karczochy wypełnione serem kozim, krewetki z kaszą, grillowana wołowina z chrzanem, ryż z kawałkiem wątroby, paszteciki w cieście francuskim, wieprzowina w kanapkach typu kubańskiego wieprzowa szynka-ser, homar i kawałki skorupiaków. Każdy talerz ma swoją nazwę, ten Cioppino jest nadziewany owocami z krewetek i krabów. Są pierogi i rosół, grillowane żeberka bez kości ze słodkimi ziemniakami puree. Talerz ostryg nadziewanych Carpetbagger Steak lub medaliony polędwicy wołowej ze smażonymi ostrygami. Wśród deserów diabelskie ciasto czekoladowe, ciepłe ciasteczka bananowe, bita śmietana z lodami podawane z zasmażanym słodkim sosem wiśniowym.
Ale mnie już ciągnie do sklepu na przeciwko, gdzie kolorowa weranda zaprasza lampionami chińskimi do środka z wszelką chińską tandetą barwną i krótkotrwałą, bo robioną z bibułek i stylonu i najgorszej jakości plastiku, na werandzie stoją czarne meble ogrodowe wykonane z plastikowych rowerowych i motocyklowych opon, i ten recyklingowy styl, zaprojektowany i wykonany z imitacji gumowych plecionek, jest dopełnieniem wnętrza tego sklepu, pełnego właśnie takiego niepotrzebnego towaru wystawionego na sprzedaż, który coś ciągle chce udawać, a tak naprawdę to nie wie po co jest, ale swą zbytecznością być może naśmiewa się z tej nadmiarowej skuteczności.
Przesuwamy się wolno ulicą Broadway, zbliża się wieczór i powoli ulice Portland wypełniają się i ożywają, ludzie wychodzą z psami na spacer, coraz więcej rowerzystów mija nas, a my wstępujemy do lodziarni, kupujemy największe porcje lodów i podążamy do serca Portland, do Pioneer Courthouse Square, by na schodach w kolorze indiańskiej czerwieni je do końca zlizać. Podobno z pierwotnego kształtu niewiele zostało, może jedynie ponad stuletni budynek sądu federalnego. Teraz plac wygląda jak wielki starożytny amfiteatr, ale wpuszczony, jak wanna w ziemię, do której się schodzi schodami i te schody są zarazem ławkami dla widzów ewentualnych występów na tak zaimprowizowanej scenie. Wielofunkcyjność placu i przystosowanie do wszelkich tłumnych imprez narzuca się od razu jak patrzymy na niego siedząc i liżąc lody obok fontanny. Cegły bruku pokrywającego plac mają napisy z nazwiskami darczyńców, co bardzo je urozmaica i uświetnia. Podobno na tym placu wolno palić papierosy, tak zdecydowano w 2007 roku uchwałą miejską. Patrzę na posąg zastygłego w brązie mężczyzny z parasolem naturalnej wielkości, który też w sobie ma leniwość niedzielnego wieczoru. Idziemy jeszcze na bulwar wzdłuż rzeki, siedem mostów, jak zjeżdżalnie w wesołym miasteczku jarzą się dublując w wodzie świetlny kształt ich powyginanych sylwetek, robi się coraz ciemniej, zapalają się uliczne latarnie, wielkie fontanny rozświetlają się od środka, wieżowce roziskrzają niebo, a my już jesteśmy zmęczeni, już wracamy do samochodu już jedziemy do hotelu.
Crowne Plaza Portland to niewielki hotel zasłonięty drzewami i widzimy tylko te prowadzące do wejścia ogrodowe lampiony. Wejście z czarną wycieraczką z napisem crowne plaza portland – lake oswego krwawymi litrami i krwawym logiem hotelu, nie jest łatwo przekroczyć próg hotelu czterogwiazdkowego, ale na całe szczęście mam to za sobą. Dzięki narzeczonej Patryka poznanego w Sieci otrzymałam nagrodę za tłumaczenie wiersza z angielskiego i szkockiego na polski. Narzeczona była w komisji przyznającej nagrody i tym sposobem dostałam jedyną tam dawną nagrodę – dobę w czterogwiazdkowym hotelu „Prezydent” w Krynicy Zdrój. Więc jako osoba obeznana z tego typu luksusem, popatrzyłam prosto w oczy recepcjoniście, który zdawał się zupełnie nie orientować się, kto wchodzi do hotelu wlokąc walizeczkę na kółkach z włożoną w jej kieszeń laptopem.
Odłożyliśmy zwiedzanie hotelu na następny dzień i prosto z pokoju, gdzie zostawiliśmy rzeczy, zjechaliśmy windą na powrót na dół, gdzie naprzeciw recepcji oszklone drzwi wiodły do turkusowego basenu. Połowa wystawała na rozgwieżdżone niebo, a druga z chmurą pary w pomieszczeniu, z którego przechodziło się do siłowni i pryszniców. Tylko jedna rodzina z dziećmi kończyła kąpiel w jacuzzi, a myśmy pamiętając basen na Melrose opływali przepisową ilość okrążeń, by nazajutrz być w Portland w formie.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | 6 komentarzy

Dziennik amerykański (19)

9 października 2010, sobota. Susan poleciała w środę do Teksasu, gdzie spotkała się z braćmi i całą rodziną. Właśnie syn rozmawia z Susan, pracując równocześnie przy komputerze w swojej pracowni, która mieści się na dole obok naszej sypialni. Słyszę z toku rozmowy telefonicznej, że idą z bratem, jego żoną i trójką ich dzieci, którzy przylecieli z Dallas oglądać największą stanową dynię. Syn jest sam w pracowni. Drugie stanowisko w pracowni jest puste. Bryan pojechał do Microsoftu samochodem Susan, ponieważ rozbił swój samochód wjeżdżając w furgonetkę w trakcie pisania SMS. Słońce zalewa pokój, stanowisko syna jest ustawione tak, że widzi jezioro Waszyngtona, ma przepiękny widok z okna, bardzo się cieszy z tego widoku, zawsze czerpie z niego energię jak wzrok odrywa od monitora i przenosi na taflę jeziora, na delikatny kolor rozbielonego indygo. Moja komórka, którą mi dał, ma już wyszastane wszystkie impulsy, bezskutecznie czekam na jego komórkę, kiedy będzie wolna, przekładam te moje rozmowy ze szkolnym kolegą Januszem mieszkającym w Kalifornii, ze szkolną koleżanką Basią, mieszkającą w Kanadzie i z kuzynką Iwonką z Nowego Jorku na jutrzejszą jazdę do Portland, być może uda mi się przechwycić komórkę w samochodzie. Na razie postanawiam pojechać rowerem trasą Burke-Gilman do muzeum Burke. Byłam tam przedwczoraj, kiedy wstęp był wolny, ale bardzo krótko, przeleciałam tylko sale, nie było już na nic czasu po całodziennym zwiedzaniu zbiorów SAM-u, a tu, jak czytałam na Wikipedii -12 milionów przedmiotów i okazów, w tym totemów, kamieni szlachetnych i skamieniałości dinozaurów. Dzisiaj pojadę rowerem Susan, zdobionym w białe kwiaty, pojadę trasą Burke. Sędzia Thomas Burke, nie miał podobno nic wspólnego z kolekcją, która zapoczątkowała to najstarsze seattleńskie muzeum, jego imię widnieje tylko w nazwie Muzeum. Burke, mimo wielkich zasług oddanych miastu nie brał honorarium od seattleńskiej biedoty za usługi prawne, natomiast wielkie pieniądze od miejskich bogaczy. Janosikowym Burke uhonorowano więc wiele miejsc w Seattle, tak np. jak imieniem Lucjana Malinowskiego ulicę w Gliwicach, którego potomek okazał się tak wartościowy, że światowa sława spłodzonego antropologa Bronisława Malinowskiego zmusiła władze Śląska do oddania jednej ulicy badaczowi gwary śląskiej. Rozmyślam jadąc do kampusu UW o Bronisławie Malinowskim, którego wydany w Polsce dziesięć lat temu „Dziennik w ścisłym znaczeniu tego wyrazu” z badań, jakby można było przypuszczać, dzikich ludzi, zawiera w przeważającej części badania nad dzikością autora i tak naprawdę to dzicy wobec własnego problemu tożsamości niewiele obchodzili Księcia Nevermore. Jadąc tym pięknym rowerem trasą Burke, otoczona niemal tak samo piękną roślinnością, jaka cechuje wyspy Oceanii, zastanawiam się nad empatią sędziego Burke i nad brakiem empatii Malinowskiego, który układając swój program badań wiosek dzikich, najprawdopodobniej miał na uwadze jedynie własną skuteczność, a nie ich dobro. Nie wiadomo, na co liczył sędzia Burke w czasie nagonki na Chińczyków, którzy zaczęli swoim żółtym kolorem dominować ludność białą w Seattle, która już tak skutecznie wyeliminowała czerwoną. Te i inne pytania dręczące mnie od dłuższego czasu, które bezskutecznie próbuję przełożyć na powikłaną zagadkowości zachowań się avatarów na moim sieciowym blogu, doprowadziły mnie przed drewniane totemy wbite w ziemię okalającego parku budynek, którego dostojne wejście zdobiły dwie kolumny w kształcie totemów północno-zachodniego wybrzeża Pacyfiku: po lewej kucającego na słupie – zapewne odpowiednika Szymona Słupnika – karła w zielonej masce, a po prawej czekoladową nagą kobietę również w masce, tyle że czarnej i większej. Wiszą plakaty o wystawach czasowych, to też jest zachętą dla młodzieży i przynoszenia dzięki akcji muzealnej wykopalisk z własnych ogródków. Wewnątrz wysoki hall wprowadza wejściem na wyższe piętro, skąd widać wspaniały ogród zawierający wszystkie przydatne człowiekowi do życia rośliny używane do potraw i przedmiotów, jak koszyki, narzędzia tortur, tworzenia sztuki i architektury.
Na razie natura, z którą człowiek bezskutecznie walczy od zarania wieków nie ma wstępu na tym piętrze. Natura tu jest szczelnie pozamykana w podświetlanych gablotach i mapach, ilustrujących jej działanie w celu powstania stanu Washington na szerszym planie Ameryki. Nawet wolno stojący kościotrup mamuta jeszcze nic nie znaczy w tej kolekcji szyfrów, kodów, ścieżek i tropów wiodących do pytań podstawowych, których wbrew wielkim zmaganiom technologicznym z ogarnięciem tak wielu dowodów i poszlak staje się nierealne i obezwładniające. Rodziny z dziećmi próbują bezskutecznie dociec znaczeń przechyleni nad niklowanymi barierkami naciskając przyciski monitorów. Świat sprzed rzeczywistości, w której żyjemy jest muzealnie martwy, a jego muzealna emisja zastygła i wstrzymana. Jednak całe muzeum spowite jest klimatem odwiecznego antagonizmu, nigdy nieprzezwyciężonego miedzy naturą a człowiekiem. Wystawa światowa z 1909 r. Alaska-Yukon-Pacific Exposition (AYP) która stała się zaczątkiem kolekcji to nic innego, jak porzucone przez sztuczne wioski kajaki, miski i przedmioty do przetwarzania zwierząt na obiady. Wioski przynajmniej nie potiomkinowskie, bo dzicy zachowywali się tam o wiele naturalniej niż kapitalistyczny high live, kobiety podszczypywały rozebranych mężczyzn fotografując się z nimi jak w zoo. Wszystko, co składało się wtedy na ciało współplemieńca, przeniesiono pięto niżej i też pozamykano w gablotach lub inscenizując małe pokoiki, ołtarze sakralne i instruktarzowe filmy w monitory. Wchodząc w tę krainę permanentnych sprzeczności, gdzie każda nacja dorabiająca się swojej odrębnej kultury przez wieki sublimowała się i dochodziła do szczytów rafinacji – a w zbiorach, których wspólnym mianownikiem jest Pacyfik mający w nazwie zakodowany spokój – w ludach zamieszkałych te rejony świata, odnajduje się nieustanny, jak refren melodii, przebijający konflikt interesów nie tyle w obrębie jednej wspólnoty, lecz właśnie na tle szerszym. Jeśli wysiłek ludzki skierowany był w to mozolne budowanie wspólnoty, gdzie niebywałym reżimem i wewnętrzną dyscypliną udawało się poskromić indywidualizm i egoizm jej członków, to przecież tłumienie samotności jednostkowej i przerażenia pojawienia się na świecie w całkowitej niewiedzy, nie jest takie łatwe. Jeśli podejdę do scenki przedstawiającej rytuał zaślubin ilustrowanej w Muzeum Burke dwoma manekinami ubranymi w szaty godowe, którym spożycie tylko określonych gatunków nasion i owoców oraz ubrane tylko tak, a nie inaczej uformowane tkaniny na sobie umożliwi im kopulację, to przecież niczego nie ułatwia w dalszej egzystencji. Uciążliwe rytuały, różnicujące członków wspólnot, prowadzące do wywyższania się jednych nad drugimi, hodowla wszechogarniającej chciwości, zazdrości i nienawiści, to piękno zła zaklętego w tych cudownych przedmiotach rzemieślników Azji i Oceanii, kultury bazującej na szlachetnych gatunkach drzew i kości słoniowej. Bóg mający tu nieprzeliczone wizerunki, którego stworzenie przez człowieka stało się niezbędnym elementem koordynacji etnicznych zachowań wspólnotowych, gwarantujących człowiekowi egzystencjalne bezpieczeństwo nie tylko mentalne, ale przecież i fizyczne, bo każdy mógł doczekać się pomocy współplemieńców wobec toczących go chorób, klęsk żywiołowych i najazdu plemion obcych, których interesy zabezpieczano na różne sposoby, to taki konglomerat, który się jakoś zaczął sublimować w sztuce, we wzorach tkanin, w tym wszystkim niesłużącym nikomu do niczego. I te artefakty odsyłają naukowców do badań pozaestetycznych, do bezskutecznego drążenia potrzeb natury ludzkiej, wszelkie socjologiczne badania plemion, ich zwyczajów często są tak uciążliwe, że trzy czwarte życia zazwyczaj oddawane jest czystej abstrakcji. Wzrok mój najczęściej zatrzymuje się nie na ołtarzach służących medytacjom oddawanym bóstwom, a właśnie irracjonalnym wymysłom, służącym jednak bardzo praktycznej zabawie i witalności. Dlatego piękno instrumentów, jakich używa się na Hawajach do akompaniowania tańcom hula, jest zawsze bardziej ludzkie, niż piękno masek wytwarzanych w celach magicznych. Przeważnie zamknięte w klatkach gablot, przypominają żywe zwierzęta w ogrodach zoologicznych, których agresję podobno wzbudza się karmieniem zwiedzających, których przekupywanie łakociami tylko upokarza. Te upokorzone bożki w Muzeum Burke, a teraz pozamykane na serwerach – benedyktyńską pracą wtłoczenia swoich zbiorów w Internet Muzeum wykonało z całą starannością i są dostępne on line – to przecież też całkiem uzasadniony strach, że wejdą nam przez komputery do pokojów sypialnych. Koszmar ludzkich wytworów jednak łagodzi ich piękno. Piękno przedmiotów wykonywanych bez udziału maszyn, ich pierwotny kontakt natury z człowiekiem bez żadnych pośredników jest miłosny i pełen radości z finalnego efektu, w zdobieniach czynionych dla zdobień i w tym całym zachwycającym procesie ludzkiego życia, dążącego do całkiem irracjonalnego wytwarzania piękna, do niczego niesłużącego. I to jest właśnie prawdziwa sztuka, coś, co pozostaje, co się nie starzeje jak modele samochodów, coś, co po wiekach nie zna już swego przeznaczenia, wiadomo jedynie, że poprzez kształt, poprzez cudownie znalezioną formę, której nie ma w naturze, a jest jedynie w ludzkim wytworze, to coś zachwyca, rozczula i daje nadzieję.
Schodzę jeszcze niżej, gdzie na półpiętrze jest piękna, ze ścianami wyłożonymi kosztownym drewnem, Burke Cafe połączona z przepięknym ogrodem, wypełniona jest ludźmi, którzy najwidoczniej wolą pić kawę z tekturowych kubków i jeść prawdziwe, amerykańskie jedzenie z tacek, niż obcować z wyrafinowanymi muzealnymi atrapami wstawionymi tam dla ilustracji tego, co ludy Pacyfiku jedzą.
Czytam harmonogram wystaw, których muzeum zainicjowało. Zbliżające się Halloween spowoduje wystawę pod kątem korzeni święta i pokaże mumie „w duchu przodków”. Ale są tematy wystaw zaangażowane w czasy nowsze, np. w Proletariacką Rewolucję Kulturalną, która wstrząsnęła Chinami 1966/76. Były wystawy o pieniądzach, tkaninach, kawie. O świętach Azteków, Majów, Chińczyków, Eskimosów…

Jestem głodna, wracam, więc Burke do domu, zaraz jedziemy samochodem do chińskiego bistro, bo w domu już od dwóch tygodni nikt nic nie gotuje. Bryan żywi się tylko kurczakami określonej firmy, my z mężem nie możemy znaleźć w sklepach sera do pierogów, jest tylko homogenizowany. Burgers City Rain w okolicach ulicy Roosevelta w gdzie syn kupuje mi mojego ulubionego szejka, czyli kubek lodów w płynie, pitych przez słomkę o dużym φ,( pamiętam ten identyczny smak z dzieciństwa. Helado kupowało się w podobnych bistrach, wlewali je do wysokich szklanek amerykańskich i był to, obok sandwiczy w podgrzewanych w pozostałych po amerykanach maszynach, nieliczny smakołyk, który można było dostać bez kolejki i bez kartek i który gasił o wiele lepiej pragnienie niż coca-cola czy canada dry). Syn kupuje jeszcze serowe hamburgery i frytki za jedyne 6,39 dolarów od sztuki, podobno z naturalnej wołowiny, bez dodatku hormonów, antybiotyków, z sałatą, pomidorami, czerwoną cebulą, ogórkiem, avocado, boczkiem, czarną fasolą, ketchupem, majonezem, musztardą, czosnkiem, boczkiem, serem, i pieprzem na bułce Kaiser.
Przy stoliku siedzi stary Chińczyk z białą, niemłodą już kobietą, on ma siwe włosy i z tyłu taki długi warkoczyk, jaki zawsze dzieci przebrane za Chińczyka na zabawie szkolnej miały przyszyty do kapelusza. Chińczyk zjada bez kulturowego oporu swojego hamburgera, zjada go, jak widzę, ze smakiem i dużą przyjemnością gestykulując opowiada coś śmiesznego kobiecie, a ona chłonie jego każde słowo. Musimy trochę poczekać aż nasze potrawy się zgrillują, sączę stojąc swój napój przez rurkę, ale dokończę już w samochodzie, zabierzemy zamówione potrawy w kartonowych pudełkach owinięte białym papierem, ich ciepło przenikać będzie do dłoni czymś domowym i wspólnotowym, my nie będziemy jeść go tutaj, bo się spieszymy, bo jutro jedziemy do Portland, a syn musi przez noc dokończyć zlecenie.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Dziennik amerykański (18)

8 października 2010 piątek. Ewa Orłowska, którą poznałam w Domu Polskim skontaktowała mnie z profesorem Uniwersytetu Waszyngtona w Seattle, Kazimierzem Poznańskim i nim przyjechał po mnie samochodem, usiłowałam szybko w Sieci dowiedzieć się, kim jest ten Polak, który pisze wiersze i maluje, a pracuje w Seattle w swoim, wynikłym z polskiego wykształcenia, całkiem innym zawodzie.
Zajechał czarnym Volkswagenem Passatem przed dom, z tyłu siedziała jego córeczka, która w piątek nie miała przedszkola, a on wyszedł, wysoki, szczupły mężczyzna w okularach przywitać się, ja wchodząc do samochodu przywitałam się z córeczką i tak pojechaliśmy w górę uliczkami osiedla domów nad jeziorem Washington, domów, gdzie priorytetem planowania ich zabudowy był widok z okna. Profesor mieszkał wysoko, toteż jak weszłam po schodach do tego domu wybudowanego przed wojną przez architekta z Bauhausu, widok z pokoju gościnnego był najpiękniejszy, jaki oglądałam dotychczas, można było objąć wzrokiem całe niemal jezioro i horyzont niczym nie przesłonięte. Do pokoju z przedwojenną sofą, zabytkową komodą i kredensem wpełzł cicho airedale terrier, a za nim wsunęła się Janka, córeczka profesora miętosząc piaskową sierść psa. W Polsce psy tej rasy są wyjątkowo agresywne i służą właścicielom willi do pilnowania, rasa która zawsze wygląda identycznie, wzorcowo, zawsze ma wielkość barana, a sierść wygląd gręplowanej wełny. Niedawna śmierć naszego kilkunastoletniego Podzwona, umożliwiła nam wprawdzie wspólny wyjazd do Ameryki, mojej i męża i to szczęście w nieszczęściu nie było takie oczywiste. Toteż dotykanie tego łaszącego się tutaj, łagodnego psa, rozczuliło mnie bardzo i jakoś psychiczne wsparło. Czułam się niepewnie, przeczytałam rano w Internecie, że profesor jest autorem książek naukowych o ekonomi, a ja tak nie lubię, jak mam oglądać prace jakiś nudzących się amatorów, którzy, jak Churchill, malują sobie, bo się nudzą, bo ich na to stać. Nie maluję już trzy lata, malarstwo to moja wielka rana, malarstwo jest tak zachłanne, że można albo malować non stop, albo nie robić tego wcale.
Więc obecność dziecka i psa mnie rozczuliły i zanim Profesor wniósł swoje prace, czekałam pełna niepewności w tym milczącym, pełnym znaków zapytania otoczeniu. Pod oknem stał duży olej, na którego widok odetchnęłam z ulgą, trochę mnie udobruchał i rozbroił. Przynajmniej nie żaden landszaft, pomyślałam, bo po zobaczeniu obrazów wiszących w holu Domu Polskiego w Seattle, byłam pełna najgorszych przeczuć. Obraz był taki cézanne’owski, pojemny w widoczne liczne przemalowania świadczące o trudzie przedzierania się przez warstwy znaczeń, budowany poprzez kolejne eliminacje szczegółów i mozolne dążenie do syntezy wszystkich składowych konwencjonalnego malarstwa.
Ludzie malują różnie, bo tak ma być, bo sztuka to przecież nieskończona ilość dróg i możliwości, i wszelkie nawroty i nawiązania do całej, ciążącej na nas kultury to przecież wielkie bogactwo dla inspiracji i powiązań. Ludzie malują zazwyczaj w estetyce czasów, w których przyszło im żyć, w tej panującej modzie jaka im jest dana, bo język który używają ich identyfikuje z otoczeniem i w tym wielkim strachu jakim jest rzucenie się w nieznane w procesie twórczym, styl obowiązujący jest zawsze jakimś zabezpieczającym artystę przed niezrozumieniem zakładem. Jest takim parasolem ochronnym, pod którym się kryje i nawet jak go zamyka, to jest on zawsze w pogotowiu. I tak było z estetyką Profesora, który używał środków formalnych właściwych jego pokoleniu, kiedy kapiści zawładnęli polskimi uczelniami, wprowadzając wpływy kubizmu, strukturalizmu i minimal artu. Jednak formy roślinne w obrazie, który oglądałam teraz w amerykańskim domu słonecznego południa w Seattle miały jeszcze warstwy kosmopolityczne, były oprócz obowiązującego konturu, scalającego formy, by nie uciekły w nieskończoność, wpływy ornamentyki wschodniej, jej ascezę i powściągliwość. Jest zawsze w pracach artystycznych sztuk wizualnych, w ich konwencjonalnym taktowaniu ubiegłowiecznymi narzędziami – czyli farbą i pędzlem – nostalgia, nie za efektem, który ma doprowadzić dzieło sztuki do arcydzieła, ale w modlitewnej kontemplacji, w czasie utraconym, zawartym w tych wysiłkach, które w miarę trwania aktu twórczego wsiąkają w wysiłek poszukiwań. Tak było tutaj. Profesor najwyraźniej budował obrazy z małych etapów twórczej egzaltacji, kiedy nie widomo nigdy co powstanie i tymi niespodziankami cieszył się jak dziecko.
Na ziemi leżał karton A0 malowany bielą i czernią przedstawiający dziewczynkę w oszczędnej formie zdefiniowanego konturu, który w przewadze bieli, był jedynie arabeską i odchodził już od przedstawienia, jednak w dalszym ciągu stanowił ten pierwotny, wiodący temat. Kiedy Profesor wniósł kilkanaście kartonów największego formatu, byłam już wprowadzona w klimat tych prac, na poły dzikich i niereformowalnych, a na poły zdyscyplinowanych i ascetycznych. Monochromatyczne kartony, zawsze wychodzące z pierwotnej fascynacji pejzażem, były też często łamane wprowadzeniem dysonansu, kolorem z innej jakości, który ożywiał, bądź łamał płaszczyznę przybliżał plany, oddalał tło, ale wszystko to co się rozgrywało w granicach czworoboku kartonu było zawsze traktowane mimochodem, bez egzaltacji, bez uniesień, a zarazem stawało się intrygujące i żywe. Nie czytałam jeszcze wierszy Profesora ale bardziej przypomniały mi te kolorystyczne struktury, frazy muzyczne niż poetyckie wersy, ponieważ ta na pół abstrakcja drążyła bardziej rejony budowy obrazu poprzez rytmy i nawarstwiające się barwne pociągnięcia pędzlem, niż odzwierciedlała widziany świat.
Profesor poszedł po nowe kartony, a ja znowu popatrzyłam na spokojny, bukoliczny obraz widziany przez okno na jezioro Waszyngtona, gdzie płynął właśnie biały żagiel i wydawało się, że nic nie jest w stanie zachwiać jego spokojem. Tym razem rysunki przedstawiły wyraźnie miasto po katastrofie i pożodze, a z twardych i bezwzględnych mocnych pociągnięć pędzla, wynikało, że przedstawia kamieniczki miasteczka i wieże kościoła.
-To Kazimierz nad Wisłą – powiedział Profesor, a ja zobaczyłam tam holokaust i prehistoryczne klimaty całkowitego rozpadu ledwo zasugerowanej pędzlem architektury, malowanej czarną farbą z wielką ekspresją i przejęciem. Wszystkie tematy kartonów nie były lekkie, zawierały duży ładunek emocji, a zarazem nie miały nic wspólnego z bebechowym nadrealizmem, czy surrealizmem. Ta ekspresja była artystycznym wyzwoleniem i swobodnym przepływem energii twórczej, a powstałe wskutek tego procesu obrazy zawierały w sobie zawsze niepowtarzalny i nie powtarzający się motyw rozwijający się w odbiorze widza w różne interpretacje, ale zawsze ta wieloznaczność prowadziła do pewnych twórczych skojarzeń i interpretacji zbliżonych intencjom autorskim. Woda? pytałam Profesora, wskazując na plamę czerni między liniami przypominającymi mi górskie ścieżki, a profesor ucieszony potwierdzał: tak, woda! Ogród? pytałam na złamane zielenie skołtunione i oszalałe, a Profesor potwierdzał, wskazywał inspiracje i miejsca tych inspiracji. Nim poszedł po następną porcję zwijanych jak dywanik rulonów papieru ryżowego, które przywiózł z Chin, Janka milcząco przechodziła między nami wchodząc często w kadr pokazywanych mi obrazów.
Potem długo rozmawialiśmy o tych rycinach, malowanych farbami wodnymi, bardziej już eterycznych i nie tak dramatycznych, jak te z Kazimierza, których przesłaniem było pogodzeniem i afirmacją oglądanego świata i ćwiczeniami zachwytu.
Profesor poszedł zrobić herbatę. Janka przysiadłą się do mnie na sofę i wyciągnęła z pokrowca leżącego na stole mały laptop, który otworzyła, i pokazując mi cały proces uruchamiania go, wykonała nad nim jedynie pantomimę, nie dotykając klawiszy, tylko udając ich naciskanie. Usłyszawszy zbliżające się po schodach kroki ojca zamknęła klapę laptopa i szybko włożyła go do futerału.
Piliśmy herbatę w filiżankach, jej zielone liście pływały po dnie. Popatrzyłam jeszcze na duży olej z namalowanymi żółtymi owocami, a Profesor zastanawiał się, czy jego wystawa w Kazimierzu Dolnym dojdzie do skutku. Nasze spotkanie dobiegało końca, byłam zadowolona, że będąc gościem nie musiałam kłamać i mówić wbrew sobie słów jedynie grzecznościowych. Prace Profesora mnie zaskoczyły swoją dojrzałością i tym, że nie było to rozrywkowe malowanie, ale bardzo poważnie traktowana profesjonalność.
Już się żegnałam, pies gdzieś się ulotnił, natomiast Janka położyła się przy drzwiach na jego legowisku. Przekroczyłam więc Jankę i się pożegnałam.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , , , | 26 komentarzy

Dziennik amerykański (17)

7 października 2010 czwartek. To jedyny dzień w Seattle, kiedy muzea są free i syn nas zawozi wcześnie pod SAM, na Pierwszą. Wchodzi z nami, by porozmawiać o biletach na Picassa, bo wprawdzie uroczyste otwarcie tak dużej i kosztownej wystawy odbędzie się dopiero jutro, ale za biletami już ustawiła się kolejka. Ustalają, że najlepiej kupić je przez Internet, wraca szybko do niezaparkowanego samochodu, a my idziemy oddać rzeczy do szatni i przechodzimy dużym holem z wiszącą pod sufitem instalacją ilustrującą katastrofę samochodową. Podobno takie awangardowe „dzień dobry” zawdzięcza Muzeum młodym siłom kuratorskim, które cały czas walczą o jego nowoczesny wizerunek z konserwatywnym skrzydłem prawicowego głosu miasta. Wprawdzie Muzeum zostało zalane darami sztuki Afryki, Azji i Oceanii, to sztuka współczesna, szczególnie artystów reprezentujących poszczególne państwa w pawilonach na Biennale w Wenecji jest tutaj eksponowana.
W instalacjach artystów współczesnych zawsze zastanawia dosłowność, jak w pornografii, gdzie używa się zbliżeń bardziej przecież nieobecnych w samym akcie miłosnym, niż na ekranie. Kiedy ubiegłe wieki w sztuce starały się dociec istoty problemu poprzez analogie i alegorie, dzisiejsza dosadność jest językiem próbującym oznaczyć zawsze kres poznania i pozbawić go tajemnicy. Za tą przedstawieniową warstwą już nic nie ma. Dziewięć faz znieruchomiałego, białego Forda Taurusa sławnego współczesnego artysty chińskiego Cai Guo-Qiang zawieszonych u sufitu holu, to dzieło wieloznaczne, odwołujące się i do Mao, i do samobójstw, i do zamachów politycznych, i do wypadków na drodze. Napięte linie diod wystających z nich, jak dymki komiksów miotają na przemian czerwonym, zielonym, niebieskim światłem. Czytałam na jakimś internetowym forum po odwiedzinach Muzeum dwa lata temu, że samochody te wiszą na dzień dobry tutaj dlatego, by przyciągnąć do muzeum dzieci.
I tak chyba rzeczywiście jest. Ale infantylizm sztuki współczesnej, niepokojący swoją niedojrzałością, jest kosztowny. Te samochody, przywiezione z Nowego Jorku, z Musem Googenheima, krążą po świecie w momencie, gdy sławny Chińczyk ma wystawę retrospektywną. Na razie ta droga instalacja, która przecież nosi w sobie marzenie o posiadaniu jakiegokolwiek chociaż jednego pojazdu w swoim ubogim życiu, wisi tutaj i wabi. I zwabia. Rzeczywiście, nim oddałam do szatni torebkę, pojawił się u wejścia korowód przedszkolaków zblazowanych, jak każde dziecko w tym wieku, dla których wspólnym hasłem są jedynie teletubisie, toteż ten ogonek dzieci, trzymający specjalne, pluszowe uchwyty długiego, czerwonego węża, który ich spajał i tworzył jeden stonogi organizm, zareagował sporadycznie na migające samochody usytuowane nie tam, gdzie zawsze, czyli w garażu ojca. Niektóre popatrzyły, inne zajęte były w dalszym ciągu obserwowaniem tej dziwacznej stonogi, którą się nagle stały.
Poczekaliśmy z mężem, jak dwaj śliczni chłopcy pracujący jako przedszkolanki, asekurując swoich podopiecznych z obu stron, wprowadzą ich na schody ruchome. Dzisiaj w Muzeum jest zatrzęsienie zwiedzających i darmowe bilety mają jak widać w tym obrzydliwie bogatym mieście jednak powodzenie.
Stajemy na trzecim piętrze (pierwsze to sklep i restauracja) przed „Janem Chrzcicielem” Jeffa Koonsa, którą to powitalną rzeźbę piękne chłopaki ze swoją stonogą omijają, zatrzymując się przed monumentalną czarną myszą. Fakt, skandaliczny Koons, który nic innego nie mówi, tylko powiela równie skandaliczny gest z obrazu Da Vinci w Luwrze, do dzisiaj budzi w Ameryce protesty (Robert Hughes „Princeling Of Kitsch.”).
Jednak duchowość twórczości Koonsa w naszym świecie jest jak najbardziej realna. Porcelanowy „fakor” wzniesiony w niebo przez świętego, czystego człowieka, to przecież nic innego, jak przyzwolenie na bunt zabawowy i pogodzenie się z brakiem sprzeciwu niebios i tym samym nie ma sensu, ani miejsca na cierpienie w świecie wszechpanującego hedonizmu. Rzeźba Koonsa nie odbiega jakością wykonania od arcydzieł sztuki renesansu i pewnie wydzielające się z tego kiczu piękno staje się przez perfekcję i kunszt rzemiosła, metafizyczne. Koons przekracza melancholię Andy Warhola, witalność i wesołość jego prac ma zawsze firbankową perwersję. Tak jest tutaj.
Ale cóż, przedszkolakom funduje się mysz. Instalacja Kathariny Fritsch „Człowiek i mysz” to gigantyczna czarno biała rzeźba gdzie mysz jest czarna, a trupio biały śpiący w łóżku człowiek jest jej negatywem. Rzeźba zrobiona z żywicy może i jest lekka, jednak sprawia wrażenie ciężaru niebywałego, który przysiadł na klatce piersiowej potwornym snem. Koszmar jednak nie bardzo wzrusza dzieci, rozglądają się wokół sali rejestrując swoim trafnym zmysłem obserwacyjnym to, czego żaden dorosły nie jest w stanie zauważyć. Bardziej sterroryzowane przedszkolaki poddają się jednak presji nagabywań i rezolutnie odpowiadają dręczone pytaniami.
Zostawiamy edukację dziecięcą, ponieważ orientujemy się już, że idą szlakiem „zwierzęcym”, ustalonym specjalnie dla dzieci, które w zbiorach muzealnych tropią tylko wizerunki zwierząt. Przechodzimy do sąsiednich sal, gdzie pokazano klarownie historię modernizmu step by step, od abstrakcji do surrealizmu po ekspresjonizm symboliczny i abstrakcyjny, Pop i minimalizm. Wysmakujemy jeszcze tę gigantyczną suknię Do-ho suhna nazwaną „some/one”(termin obowiązkowej służby wojskowej w południowej Korei) reprezentanta pawilonu Korei na Biennale w Wenecji w 2001. Podłogę pokrywa tysiąc wojskowych identyfikatorów z niklu. Przypominają, że indywidualny żołnierz jest częścią większego oddziału lub organu wojskowego, które pęcznieją, tworząc pustkę wydrążonego tradycyjnego stroju koreańskiego.
W salach na podłodze siedzą dzieci szkolne, przerysowują eksponaty lub opisują je, wiele sal na parkiecie gromadzi też wsłuchanych w nauczyciela grupy młodzieży. Są sale fotografii, sale grafik.
Zachwycają mnie delikatne ryciny Jamesa Ensora, chyba jeszcze bardziej obrazoburcze niż jego ekspresjonistyczne malarstwo. Wśród płócien wisi jeden mały obrazek w błękitach, „Celebration” Georgii O’Keefe, którą bardzo lubię i która poprzez swoje naiwne, pulchne formy jest natychmiast rozpoznawalna. Jest „Sea Change”, Jacksona Pollocka, nazwa bez znaczenia, ale ten obraz Peggy Guggenheim podarowała Muzeum Sztuki w Seattle w 1958 roku i jako samotny, nie robi takiego wrażenia, które pamiętam z MoMA, całą salę gigantycznych obrazów Pollocka, która zwalała z nóg swoją cudownością gorącej abstrakcji, gdzie się wchodziło w królestwo magii, siarkowych śladów przypominających ni to owady, ni rośliny, ni płatki śniegu, i to wszystko rozlewające się, rozedrgane, mające plany, głębie i powidoki wskutek sąsiedztwa kolorów, a wszystko zrobiła ręka ludzka, a nie maszyna. Uwolniona energia, totalna i kosmiczna, ruch obrazów działa tylko na żywo i nie odda ich żadna reprodukcja, toteż spotkanie z Pollockiem zawsze jest dla mnie przeżyciem, nawet, jak to taki niewielki i słabo działający Pollock. Jeśli Pollock jest, jak wielu twierdziło, Waltem Whitmanem sztuki amerykańskiej, to jego nowoczesność połowy ubiegłego wieku, zrywająca definitywnie z realną formą jest jedynie w energii nawarstwiających się barwnych plam, jak u Whitmana w żarliwym języku.
W niewielkich salach wyjątkowo szczodrze oświetlonych światłem naturalnym zamknięte są przepiękne eksponaty sztuki starożytnej i starochrześcijańskiej, i właściwie ta historia sztuki kontynuuje się dalej, ale wszelkie cudowności w szklanych gablotach promieniują doskonałością. Szczególnie sztuka egipska, w nawet niewielkich figurkach jest wielka. Są arcydzieła malarstwa olejnego sztuki europejskiej, przepiękny Paolo Uccello w swojej obowiązkowej tematyce militarnej, „Sąd Parysa” z charakterystycznymi, sinymi ciałami kobiet Lucasa Cranacha. Jest cała sala włoskiej porcelany, którą wyeksponowano tak, że świecą poszczególne eksponaty w czerni pokoju samą scenerią wprowadzając w klimat dziewiętnastowiecznego, ekskluzywnego sklepu. Ogromna sala poświęcona jest sztuce amerykańskiej, a dobór tego zestawu jest wyjątkowo wartościowy, niestety, nie znam tych nazwisk, nie ustępują niczym w artyzmie naszym realistom szkoły monachijskiej, jak i petersburskiej.
W pasażu blisko schodów ruchomych perfekcyjne sitodruki Andy Warhola. Wielkość tych prac budzi podziw i szacunek, zwłaszcza dla kogoś, kto uprawiał tę technikę. W komunistycznej Polsce, gdzie chronicznie brakowało papieru toaletowego, ta zaawansowana technika nie miała szans się rozwinąć ze względu na brak siatek nylonowych, emulsji sitodrukowych itp., a kiedy możliwość kupienia na zachodzie narzędzi i materiałów pojawiła się w osiemdziesiątym roku i sitodruk w chwil kilka dynamicznie zaczął się rozwijać w różnych branżach, od reklamy przez drukarstwo bezdebitowe po sztukę, to stan wojenny natychmiast to skonfiskował, jak zresztą wiele innych przedmiotów stanowiących zagrożenie dla władzy.
A ten perfekcyjny dwumetrowy, „Double Presley” na srebrnym tle wykonany jest w 1963!
Jest akcent polski, wielki fotogram Anety Grzeszykowskiej, znanej z sieciowego „Rastra” i „Obiegu”.   Praca polskiej młodej artystki, portret preparowany elektronicznie – podobno postaci nieistniejącej – uhonorowany jest sąsiedztwem po obu stronach zdjęciami sławnej Diane Arbus i Garryego Winogranda.
Jest George Segal, którego gipsowe scenki pamiętam jeszcze z lat siedemdziesiątych z Paryża, a tu już klasyk i pewnie bardzo trudny w transporcie, bo nie stosował jeszcze polichlorku winylu, tylko prawdziwy gips. I faktycznie, oglądam potem w domu na YouTube transport „Blue Woman on a Black Bed”.
Całe niemal czwarte piętro to sztuka Dalekiego Wschodu, Afryki, Azji, Oceanii, Ameryki, są Indianie są totemy, maski, filmy z Japonii, Chin, święta, rytuały, inscenizacje. W jednej z sal stoi biała trumna w kształcie Mercedesa Benz Kane Quaye z Ghany, utrzymana w konwencji sztuki naiwnej, tworzonej metodą chałupniczą, czym jeszcze bardziej wzrusza jako coś, co zostało stworzone tylko dla jednego człowieka, coś, o czym całe życie marzył i co w konsekwencji wreszcie otrzymał. Na ławce rzeźba naturalistyczna kobiety o woskowej cerze i krwistych paznokciach z głową nieruchomo przechyloną do tyłu. Podchodzimy bliżej, by ją pooglądać i okazuje się zwykłą zwiedzającą, która właśnie odpoczywa.
Zaniepokojeni omamami po tak potężnej dawce artefaktów schodzimy amfiladą, gdzie stoją potężne kamienne posągi azjatyckich bogów i wśród nich siedzą na schodach zgubione przez nas dzieci, z którymi rozpoczęliśmy zwiedzanie. Na kolanach trzymają tekturowe tacki z lunchem, czyli marchewką i maleńką kanapką i kubkiem napoju. Siedzą zadowolone na schodach, ich piękni opiekunowie troskliwie stoją czekając, aż dzieci skończą posiłek.
Wychodzimy na słoneczną Pierwszą. Idąc wzdłuż muzeum i mijając witryny sklepu muzealnego pełnego wysmakowanych przedmiotów i albumu o nadchodzącej wystawie Picassa, spotykamy jego ogromne zdjęcie, jak jest już wewnątrz Muzeum, jak zagląda przez szybę, jak wychyla się z czarno białej rzeczywistości starej fotografii, a jego łysa, wyrazista głowa i marynarski podkoszulek bawełniany, który za naszych czasów w demoludach produkowała tylko Bułgaria, jest jakąś kpiną z wszystkich wysiłków artystów zamkniętych w tym Muzeum.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Dziennik amerykański (16)

6 października 2010, środa. Trasą rowerową Burke-Gilman dochodzi się do kampusu Uniwersytetu Waszyngtona, toteż, po zobaczeniu filmu o światowej wystawie Alaska-Yukon-Pacific Exposition w Seattle w 1909 chcę zobaczyć, co zostało z tego wielkiego, widowiskowego pokazu sprzed stu lat. Na terenach targowych zostały w kampusie University of Washington trwałe ślady po światowym zachłyśnięciu się nowoczesnością. Mimo, że większość budynków ekspozycji zaprojektowano jako tymczasowe konstrukcje – jedynie na czas trwania targów – to kilka z nich jest używanych dzisiaj (np. wydział sztuk pięknych).
No i pozostał ten sam widok na Mount Rainier, najpiękniejszy widok w Seattle…
Podążamy więc Burke w kierunku kampusu, idziemy prawie godzinę, ja idę, mąż jedzie na rowerze, co w jakiś sposób nawiązuje do zdarzeń sprzed stu lat, kiedy dwaj młodzi chłopcy przejechali na rowerze 1000 mil z Santa Rosa w Kalifornii do Seattle na wystawę AYP, a Evelyn McDaniel Gibb, córka jednego z nich, opisała to w książce i opublikowała w 2000 roku.
Nasz dzisiejszy wyczyn jest niewspółmierny do ich wyczynu, toteż na luzie przesuwamy się wolno, jemy po drodze ostrężyny z krzewów pasa zieleni skutecznie oddzielającego zabudowania od trasy rekreacyjnej Burke, tworzącego z rosnącymi drzewami po drugiej stronie wąskiego asfaltu zielony korytarz. Wzdłuż, na ziemi, przeziera czarny wąż gumowy nawadniający właśnie posadzone drzewa, ich niewielkie sadzonki oznakowane są różnokolorowymi chorągiewkami z opisanymi czarnym flamastrem cedrami, grabami, platanami, miłorzębami, tulipanowcami, bukami, klonami i kasztanami jadalnymi. W runie pod drzewami, w brusznicach, poziomkach i mchu, w nawarstwiających się teraz spadłych liściach i szyszkach leżą włochate osłony kasztanów jadalnych, przeszukuję je, ale nie ma tam ani jednego kasztana, chętnie bym go zjadła na surowo, wszystko wyzbierały biegające wiewiórki, skaczące po drzewach z ptakami, których nigdy i nigdzie nie widziałam wcześniej.
I tak, skręcając schodami w prawo przed wiaduktem, gdzie powieszono ksero informujące o zgubionej kurtce, zahaczamy jeszcze o należące do Uniwersytetu tereny ogrodu botanicznego, pełnego długich tuneli, ze sterczącymi na zewnątrz ogromnych wentylatorach. Sala wykładowa jest pusta i nie ma żywego ducha tutaj, na osuszonych kanałach brzegu jeziorem Washington, w dużej jeszcze odległości od miasteczka studenckiego, ale już na drodze, z tej zupełnie pustej placówki naukowej – jakby najazd kosmitów usunął wszystkie organizmy myślące i zostawił tylko rośliny – u wylotu ścieżki, pojawiają się biegnące dziewczęta w krótkich spodenkach, zziajane i spocone. Dziewczęta parami biegną po udeptanej ścieżce, słońce się żarzy, one ociekają potem, a my mijamy ich uśmiechy jakiegoś zawstydzenia z powodu widocznego zmęczenia i wysiłku. I idziemy w przeciwnym kierunku, mijamy ogromne gniazdo niczym bocianie, ale na wysokości zaledwie metra, najprawdopodobniej czapli, skręcamy w Wahkiakum Lane. Tablice z mapkami terenu mówią też o akcji przywracania pierwotnego składu roślin nad jeziorem, który musi być oczyszczone z agresywnego powoju polnego i jeżyn. Lecz świat w ten przepiękny, słoneczny dzień biegnie leniwie, nikt tu nie pracuje, przekraczamy torem Wahkiakum, mostek prowadzący nas wprost do kilku boisk, a na każdym rozgrywają się jakieś mecze, słychać zza szczelnej obudowy okrzyki, świst piłki, klapnięcie rękawicy. Wszystko miarowe, uporządkowane, jednostajne, porządne. Dziewczęta już wracają, przebiegają znowu obok nas, znowu się uśmiechają, ale są jeszcze bardziej mokre, bardziej zużyte biegiem i wysiłkiem, duże plamy na plecach od potu cieniują biel ich podkoszulków. Biegną teraz wzdłuż jeziora pełnego dzikich kaczek ich dzioby wystają z liści lilii wodnych, kaczki są zielone, w tym samym kolorze, co te liście. Na horyzoncie widać wioślarzy, ich sylwetki przekrzywiają się rytmicznie w takt wiosłowania, jak metronom. Na ostatnim planie fiołkowa szarość Gór Kaskadowych z ostrym rysunkiem szczytów ograniczających jednocześnie horyzont zamykają kadr i wreszcie wprowadzają nieruchomość.
Gra toczy się wszędzie – na tenisowych kortach, na kilku odkrytych boiskach i polach golfowych. Podbiegam do tych wydobywających się zza ogrodzeń odgłosów, często szczelnie zabudowanych boisk i zaglądam przez szpary, wspinam się na pozostawione przed płotami podesty, by popatrzeć na misterium gry, na zielony, idealnie położony tartan, na graczy w odczłowieczających strojach, zamaskowanych kaskami, stojących w rozkroku, pełnych napięcia i wyczekiwania. Gdy zbliżamy się do Stadionu Husky, ulegam jego monumentalności, jego wielopoziomowej konstrukcji wzorowanej na starożytnym Koloseum, złożonej z kilku kondygnacji elips, z której największy rozmiar umieszczony jest na samej górze tworząc lej trąby powietrznej, nagle stajemy się włączeni w jakąś obcą nam, niezrozumiałą religię, której świątynia nas przeraża. Idąc uliczką Snohmish, oglądam zza szyb wielkiego pawilonu ekrany wyświetlające mecze futbolowe, monumentalne wizerunki zamaskowanych graczy wraz z ogromnym łbem psa rasy Alaskan malamute, którego biel pyska i szparki nieprzystępnych, zimnych oczu dają do zrozumienia, że będąc maskotką tak groźnego pana – studenckiej drużyny Husky – staje się z nimi jednością. To jest panteon bóstw i świętych tej religii, w gablotach ich relikwie zamknięte szklanymi taflami, postawionymi na półkach futbolowymi piłkami, niejednokrotnie trofea meczów w kształtach nie tyle symboli, co realistycznych części futbolowego ekwipunku. Dużych rozmiarów kryształowa, przeźroczysta piłka futbolowa, połyskująca ręcznie ciętym grawerowaniem pierwotnych, skórzanych szwów, przypomina akcesoria i splendor katolickich mszy, przedmiotów używanych w liturgii. Namaszczenie i godność zamkniętego teraz pawilonu, otwieranego na czas trwania igrzysk, tchnie determinacją i przewagą nad takim jak ja, widzem. Jestem zmiażdżona monumentalnością zjawiska, ja, która nienawidzę sportu, zbliżam się nabożnie do tej świątyni. Przekraczam plac z pomnikiem guru, sławnego futbolisty Jima Owensa. On, starożytny wojownik dłuta podłego rzemieślnika klęczy, piłka w kształcie wrzeciona, którą trzyma w dłoni jest wielkości mojej głowy. Patrzy z miną człowieka mającego zawsze problemy z męczącym go zatwardzeniem, nie na mnie, ale na stojącego już przy ulicy psa huski wielkości cielaka. Huski, też odlany z brązu, stoi do niego tyłem, jakby wypatrywał autobusów, które już niedługo zwiozą tutaj ludzi, wypełnią swoją masą kilka poziomów stadionowych ławek. Mecz odbędzie się, jak będzie już ciemno, mrok rozświetlonej nocy doda mu grozy, nieprzeliczona ilość fanów drużyny Husky wysypie się z autobusów, które jak niekończący się pociąg, ustawią się jeden za drugim wzdłuż ulicy, a za bramą stadionu będzie rozlegał się ze wszystkich głośników głos boga sportu, który wprowadzi w misterium.
Jednak nim to nastąpi, gracze trenują na boisku. Siłownia w wielkim hangarze stoi teraz pusta, oddaje swoje wnętrze stadionowi. Stoją więc w napięciu, w grupie, w strojach śnieżnobiałych, w srebrnych kaskach na głowie, głowy są obce, przyklejone do korpusów w kształcie obróconych równobocznych trójkątów ich sylwetek, drobią małymi kroczkami po boisku wsłuchani w słowa trenera, anonimowi, pozbawieni rysów twarzy i osobowości.
Wychodząc z terenów sportowych, przecinając szosę, wchodzimy schodami na teren miasteczka studenckiego przypominającego ogrody wersalskiego pałacu. Rainier Vista, pozostałość po wielkiej wystawie światowej 1909 roku wyznacza przestrzeni symetrię, otwiera ją na ogromne koło fontanny bijącej wysokim strumieniem w niebo. Studenci, zarówno na białym brzegu fontanny, jak i na marmurowych ławkach przesiadują ze skryptami, lub rozmawiają, leniwie przechadzając się ścieżkami. Fontannę i ścieżki okalają kwitnące teraz krzewy najwartościowszych gatunków róż. A w dali budynki uniwersyteckie, ustawione po obu stronach alei prowadzącej do fontanny, wtopione fasadą w zieleń, z dostojnymi ozdobami neogotyku lub neorenesansu, zawsze idealnie utrzymane, wewnątrz wyposażone w najnowocześniejszy sprzęt.
Dochodzimy do monumentalnego pomnika Jerzego Waszyngtona i wkraczamy na Red Square, pod którym podobno znajduje się kilka pięter garaży. Kolor kostki brukowej daje placowi nazwę, czerwona wykładzina ceramiczna jest równocześnie garażowym dachem, a nie aluzją do placu Czerwonego w Moskwie. Zresztą studenci, którzy właśnie wylegli ze wszystkich budynków na lunch, nie są nastawieni ani rewolucyjnie, ani awangardowo. Na zawsze też widząc ich szczupłe i wysportowane sylwetki można zapomnieć, że kiedyś, dawno, dawno temu student był biedny. Oblegają właśnie stoisko pod parasolem klubu futbolowego Husky, zabierając bilety na nadchodzący mecz. Stają przy kilku stoiskach, gdzie sprzedawane są z okienka przyczepy hot dogi, hamburgery, kawa, ale to niewielki odłamek studentów stołujących się w ten sposób. Każdy budynek – czy to biblioteki, których naliczyłam około dwudziestu, czy wydziału – ma na parterze ogromne sale, gdzie się je, pije i czyta. Studenci z tackami zabierają sałatki spod oszklonych gablot, podstawiają tekturowe kubki pod saturatory, wybierają klawisze z nazwami kilkunastu rodzajów płynów, a wszystko to robią zamknięci w sobie, ich ruchy są celowe i racjonalne, nie automatyczne, tylko właśnie wsobne, oszczędne, tak, by nie uronić żadnego ruchu i z nim energii. Ta młodzież, najczęściej o skośnookich oczach ludzi Dalekiego Wschodu jest milcząca i tajemnicza, wypełnia też korytarze budynków, gdzie będą odbywać się zajęcia, gdzie się czeka w przerwach na fotelach ciągnących się długimi holami, z których odchodzą odnogi do innych pomieszczeń, a gdzie zawsze w końcu znajduje się biblioteka. Zwłaszcza, jak wejdę w ogromne, ozdobne pomieszczenia czytelni zabytkowej biblioteki Henry Suzzallo, czy Charlsa Odegaarda, których brązowe popiersia stoją przy wejściu, zawsze zobaczę te nieprzebrane masy młodzieży siedzącej przed ekranami monitorów w bibliotece pełnej świetlików i ogromnych okien . Umiłowałam licencjacką bibliotekę Odegaard, której pałacowe schody po obu stronach pozwalają się wspinać na coraz wyższe kondygnacje zawsze otwartych przestrzeni budynku nie dzielonego piętrami, tylko poszczególnymi płaszczyznami zastawionymi tysiącem komputerowych stolików i regałów z książkami. Światło zalewa każdy kąt biblioteki, a studenci zanurzeni w nim jak w wodzie, nieobecni, wtopieni w swoje zajęcia, nie reagują na moją obecność jak przechodzę między stolikami niemal ich dotykając, podchodzę do ogromnych okien, z których, w miarę, jak wspinam się coraz wyżej, roztacza się widok na cały kampus, widzę parasole na Placu Czerwonym, małe postacie przechodzące placami, torami, ścieżkami, ulicami…
I potem wracamy Quadem, gdzie wiosną kwitną japońskie wiśnie, a teraz czerwienieją ich liście, zasypują trawniki wypielęgnowane i cały czas wiosennie zielone, na którym dwaj Chińczycy grają w jakąś grę, rzucają małą piłeczkę, ale reszta młodzieży podąża w górę lub wraca, zamyślona i niezwracająca na nic uwagę, ubrani w proste, nierzucające się w oczy swobodne ubrania, często w sportowe krótkie spodnie. Czasami przejdzie zakwefiona w czarnej sukni do ziemi muzułmanka, ale raczej wszyscy są ujednoliceni w swym nieznacznym zróżnicowaniu panującej swobody.
I wracamy już do domu, po obu stronach mijamy uniwersyteckie budynki jak bajkowe, disnejowskie pałace, gdzie nawet wśród gotyckich ozdób wkomponowano napisy nazw wydziałów i katedr krojem szwabachy, gdzie ich kolor prószonego różu w słońcu natychmiast kojarzy się z lukrem i słodyczą.
I przychodzi na myśl ta wystawa sprzed stu lat, która ściągnęła tu cały świat ciekawskich, gdzie nieprzeliczone tłumy oglądały w klatkach świeżo przywiezione husky z Alaski, gdzie Eskimosów trzymano za ogrodzeniem jak w zoo w sztucznie wybudowanej scenerii koła podbiegunowego i gdzie główną wygraną na loterii było sieroce dziecko, a inkubatory dla niemowląt, jako najnowszą zdobycz medyczną eksponowano wraz w włożonymi w nie niemowlętami. Idąc aleją Quadu plączą mi się imiona najbogatszej na świecie rodziny Gatesów, którymi ponazywano poszczególne budynki, miesza mi się czas, a ta dziewczyna, która podrzuca właśnie na nodze “zośkę”, nieustannie powtarzając ten ruch, przykuwa uwagę innością zajęcia, ale na podstawie obserwacji tych kilkudziesięciu jej kopnięć widać, że robi to coraz lepiej.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Dziennik amerykański (15)

5 października 2010, wtorek. Ulica Pike łączy przeciwległy kraniec Seattle z Zatoką Elliott i się kończy najbardziej znanym w mieście miejscem historycznym Pike Place Market, które odwiedza 10 mln turystów rocznie. Idziemy w dół miasta, by dojść do sławnego targowiska i kupić tam cebulę, bo mimo, że ma charakter turystycznego pokazowego deptaka, to jednak ceny są tam nieraz niższe niż gdzie indziej.
Ale po drodze decyduję się wejść do Babelandu na East Pike, niepozornego butiku o przeźroczystych witrynach, robiących wrażenie przede wszystkim czystości i krystaliczności. Prawdę mówiąc nigdy nie byłam w sklepie porno, a szczelnie zasłonięte sklepiki w Polsce zawsze bardzie zniechęcały, niż przyciągały tajemniczością. Babeland pustawe, zaledwie jeden dojrzały brodacz, którego młodość przypadła na lata siedemdziesiąte dokonuje zakupu przy kantorku z kasą, gdzie młody chłopak nie patrzący na nikogo i nie pytający wchodzących o nic, kasuje jego pieniądze. Mimo dyskretnego różu w wystroju sklepu i bieli sterylnych ścian, sklepowi daleko do odniesień erotycznych, bardziej, jak w nazwie, nawiązuje się do dziecięcej zabawy. Toteż zabawki dla dorosłych dzieci posegregowane tematycznie, poukładane zarówno na wystawie sklepowej i widoczne od ulicy, jak i w szklanych szafkach, bądź wyłożone na stolikach, mają charakter medyczny. Trudno posądzić je o nieprzyzwoitość, ponieważ bez instrukcji obsługi nie sposób rozszyfrować ich przeznaczenia. Wszelkie przytrzymywacze, przedłużacze, podtrzymywacze, nakładki, uprzęże, dilda, wibratory, prezerwatywy we wszystkich barwach napompowane powietrzem dla podkreślenia jakości, rozwinięte w podłużne baloniki i ustawione w szeregu jak barwne pończochy na półce, decydują o tym wyrazie pomocy ciału, które niedomaga, które jest ułomne i kalekie. W Stanach są zaledwie cztery sklepy Babeland – założone przez kobiety – i dlatego może ich jednoznaczność zamieniono w posłannictwo szerzenia w świecie pomocy tym wszystkim, którzy z tą sferą życie sobie nie radzą. Liczne pogadanki, wywiady, artykuły i zaistniałe w przeróżnych akcjach działalności sklepu i powtórzone na witrynie sieciowej i blogu Babelandu udowadniają, że nie istnieje ani jeden człowiek na ziemi, który sobie radzi. Więc np. organizując konkurs dyniowy w związku ze zbliżającym się Halloween uczestnicy dostaną w nagrodę worek zabawek, bez względu na ich zapotrzebowanie i zainteresowanie się nimi.
Ale teraz, przypatrując się tym zabawkom położonym z całą pieczołowitością w pełnej ekspozycji, jak muzealne eksponaty, zastanawia ich bardzo wysoka cena i solidność wykonania niczym dzieł sztuki nowoczesnej, bądź inspirowanych archaiczną sztuką ludów pierwotnych, bądź sztuką Egiptu. Użyte tworzywa sztuczne zarówno w odzieży erotycznej, akcesoriach, których użycie wymaga specjalnych szkoleń i pokazów, najlepiej jednak prezentują się w produkcji członków męskich, których rodzajów, typów i kolorów jest bez liku. Od realistycznych członków wykonanych z gąbczastego tworzywa właściwie nierozróżnialnego kolorem od skóry człowieka, wyobraźnia producentów erotycznych gadżetów przekształca ich formy, syntetyzuje, barwi wielokolorowo. Są więc przeźroczyste, jak z lanego szkła weneckiego i z wpuszczonymi w nie nitkami kilku barwników, są fosforyzujące, opalizujące i stają się bardziej biżuteryjną ozdobą, niż funkcjonalnością. Na blogu sklepu, gdzie ogłaszane są na bieżąco wszelkie imprezy propagujące przemysł pornograficzny znajduje miejsce tzw. pogotowie seksualne, gdzie fachowcy odpowiadają na wszelkie pytania związane z anomaliami ludzkiego ciała, gdzie znajdują pocieszenie ludzie wszystkich faz wiekowych, wszystkich pooperacyjnych trudności współżycia płciowego, które bez protez Babeland byłoby niemożliwe. Wszystko podbudowane teoriami i dotychczasową wiedzą na temat seksualności gatunku ludzkiego, który – co podkreślają głosy na portalowej witrynie – jest jedynym gatunkiem w przyrodzie potrafiącym w mózgu wytwarzać obrazy prowadzące do seksualnych spełnień. I właśnie te obrazy leżą najbardziej na sercu sklepom Babeland, gdyż nie tylko każde ciało ludzkie jest inne i nie w tym samym miejscu u wszystkich umieszczony jest punkt G, Babeland pomoże każdej wyobraźni w jej niewydolności i niesprostaniu. Ale paradoksalnie, przemysł pornograficznych filmów w dalszym ciągu bazuje na klasyce tego gatunku, powstałej w latach siedemdziesiątych, czyli w złotych latach wolnej miłości możliwej tylko przed AIDS i filmy z tej archaicznej epoki, gdzie na skutek niewydolności technologii udział poszczególnych części ciała był o wiele większy, niż dzisiaj, kiedy zastępują je zabawki. Tak więc film „Głębokie gardło”, który w czasach, gdy narobił najwięcej skandalu w USA, w Polsce było najbardziej komentowane gardło Lindy Lovelace, której polska publiczność kinowa nigdy nie zobaczyła, natomiast prasa komunistyczna rozpisywała się o filmie w niestosowności recenzowania czegoś, czego zobaczyć się nie da w nadmiarze zawsze dowodząc społeczeństwu, że lepiej pewnych rzeczy nie doświadczać i zdać się na doświadczenie wybranych, którzy film za nich zobaczą i o nim opowiedzą. Toteż, kredy po czterdziestu latach od „skandalicznego” dopuszczenia do dystrybucji w USA „Głębokiego gardła” zobaczyłam w Filmotece Śląskiej w Centrum Sztuki Filmowej, gdzie można sobie każdy film zamówić i zobaczyć za darmo, zastanawiałam się wtedy nad upływem czasu, kiedy moje przeterminowanie staje się w jego niezmiennej świeżości dopiero perwersją. Ale skoro Babeland poleca wśród niesłychanego wyboru filmów pornograficznych właśnie pionierskie „Głębokie gardło” jako lekturę obowiązkową, musi być w nim zawarty jakiś ukryty kod obyczajowy, zawarty pewnie w tej tajemniczej zagadce, że Linda Lovelace posiadała łechtaczkę w gardle, w co nie wierzyli ani producenci filmu, ani jego aktorzy. I ta fikcja, to sztuczne stworzenie problemu jest poniekąd przesłaniem całego sklepu Babeland, który napędzając potrzeby ludzkie udowadnia, że bez nich nic nie jest możliwe tak jak w filmie „Głębokie gardło”, nie było nic możliwe bez zbudowania tak absurdalnej fabuły.
Wychodzimy ze sklepu cicho, zabieram ze sobą ulotkę drukowaną na pinkowym papierze zwykłą techniką ksero gdzie rozpisane są wszystkie zdarzenia sklepowe na październik i listopad, by pojąć zakres działań sklepu i zobaczyć je potem na YouTube. Ale ceny zabawek są tak wysokie, że trudno uwierzyć w ich empatyczny charakter. Dlatego czekający nas zakup cebuli, ceny przekraczającej pięciokrotnie cenę polską, nas już tak nie przestrasza. Kupujemy ją na Market u Chińczyka, wybierając białą, jako tańszą od naszej pospolitej cebuli o złotej skórce i tańszej od czerwonej. Możemy jeszcze kupić na targu pączki, którymi w filmie zachwycał się Stephen Fry w odcinku serialu BBC „W Ameryce”, w którym Fry dociera do Seattle, by na market zażerać się pączkami z dziurką. Ale ich też nie kupujemy, bo jest jeszcze wcześnie, a za połowę ceny można je kupić w drugiej połowie dnia. Krążymy tylko po tym wielopoziomowym starożytnym rynku zaopatrzonym w nowoczesne windy, którymi można wyjechać najwyżej i zobaczyć najpiękniejszy widok na Zatokę Elliott, bo całość jest rozbudowanym, stromym wzniesieniem i składa się jeszcze z kilku niższych poziomów poniżej poziomu głównego. W każdym znajduje się pełno sklepików, stoisk i pasaży, w których mieszczą się rodzinne restauracje, sprzedawcy ryb, rolnicy i rzemieślnicy, których tylko tutaj można spotkać

Dzisiaj jest wielki upał, korytarze hal Pike Place Market są jednak wilgotne i mroczne, a światła blaszanych, stylowych lamp skierowane są jedynie na sprzedawane produkty, co powoduje specyficzny klimat nadmorskiego targowiska rodem z ubiegłowiecznej tawerny, z jej zapachem morza, gnicia i starości. Zawsze to miejsce zawłaszczało energią ludzką i mimo, że na zewnątrz jest ciąg gwarnych kafejek, jadłodajni i wszelkich garkuchni, a nawet przeludnione, ciągle mrowiące się miejsca Marketu zwiastują tumult i ruch, to jednak kierunek energii jest jej permanentną entropią. Kiedy idę zobaczyć, za czym kolejka ta stoi i widzę, że sprzedają stosunkowo tanio zapiekane bułki z krabami, wiem, że energię wytraca czas, czas mojego wspomnienia, gdy kolejka wynikała nie z nadmiaru, ale z niedosytu.
Bo Babeland, ten energetyczny sklep, pobudzający erotyczne trupy, który serwuje w dalszym ciągu „Glębokie gardło” jest na przeciwko Marketu, mrowiska ludzkiego leżącego na przeciwległym krańcu ulicy Pike konsumpcją urojoną, a jakże pożywną, w odróżnieniu od tego kontr konsumpcyjnego konkretu, ciągnących się w nieskończoność mrocznych gardeł stoisk, gdzie różnorodne smaki mają też smak miodu.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , , | 20 komentarzy