Dziennik amerykański (28)

18 października 2010, poniedziałek. Syn zadzwonił do Lufthansy z pytaniem dotyczącym bagażu. Dowiedział się, że zgodnie z postanowieniem oszczędnościowym z kwietnia tego roku możemy zabrać tylko jedną walizkę na jeden bilet i bagaż podręczny.
Susan jadąc do pracy zawiozła nas do centrum i poszukaliśmy małej, szafirowej walizki na kółkach, która może być bagażem podręcznym, zmieści się w luku samolotu. Po powrocie do domu udało mi się tam zmieścić wszystkie Barbie i Keny, które w ciągu tego miesiąca zgromadziłam, oraz gumki do mazania w kształcie hamburgerów i różnych potraw amerykańskich zmniejszonych do proporcji Barbie. Tygrysa postanowiłam zabrać do samolotu zamiast kurtki, a wszystko w czym przyjechałam, zostawiłam w szafie. Rzeczy te Susan zawiezie do Amii Zbawienia. Włożyłam do kosza na śmieci moje buty zrobione z czerwonych gumek do majtek, te które tak się podobały na ulicy i w butiku Chanel w Seattle, a teraz, po miesiącu chodzenia, miały pękniętą podeszwę i wystrzępione gumki. Susan podarowała mi swoje czarne zamszaki z nosami białymi w czarne kropki, sznurowane białymi, jedwabnymi sznurówkami z logo „puma”. Pumy są bardzo wygodne, ale już nie zdążę tego doświadczyć, będziemy jeździć tylko samochodem.
I zaraz pojechaliśmy jak tylko syn wrócił z filmowania, na pożegnalną kolację do Tutta Bella Neapolitan Pizzeria na Westlake, gdzie podobno Tom Hanks w „Bezsenność w Seattle” miał dom i łódkę. Przyjechaliśmy o zmroku. To nowoczesna dzielnica, ociekająca, jak polukrowana błyszczącymi budynkami, podniebnymi drogami, betonowymi tarasami, zdominowana trzema wieżowcami z marmuru, szkła, cegły i stali. Jednym z nich jest 18-piętrowy Tower Pan Pacific Hotel, którego wybrzuszona fasada samych okien świeci jak ekskluzywny transatlantyk. Po drugiej stronie ulicy znajduje się sklep Whole Foods jasno oświetlony, przed którym stoją białe, porcelanowe rzeźby – ruskie baby, przysadkowate i monumentalne. Kupujemy tam sałatki na śniadanie na jutro, jest kolejka i Susan stoi przy kasie z tekturowymi pudełeczkami z jedzeniem, a my po schodach idziemy do dużej, włoskiej pizzerii Tutta Bella. Jest faktycznie piękna, bo ma taras, z tej wysokości widać całe oświetlone Seattle. Space Needle ma stąd sylwetkę tak rozjarzoną światłem, że jej smukły kształt wycina się z granatowego nieba ostro i wykwintnie. Sala jest rzęsiście oświetlona i ten europejski smak przeniesiony na grunt amerykański staje się jeszcze bardziej europejski i jeszcze bardziej wykwintny. Widok na kuchnię i jadalnię, gdzie przy prostych stołach bez obrusów siedzą pogrążeni w jedzeniu goście, to też kojarzenie z włoską tradycją biesiad wspólnych, plebejskich, nie ma tu żadnych oddzielonych, intymnych miejsc. Na każdym niemal stoliku stoi butelka wina i puchar ze świeczką, co nadaje całemu pomieszczeniu mieszankę kolorystyczną kremowej barwy, nastawionemu bardziej na jedzenie, niż przebywanie i napawanie się nastrojem. Za obszernym kontuarem jest część kuchenna z dużym, egzotycznym piecem, gdzie mały Włoch, taki jak we wszystkich kreskówkach Disneya – łysy, z wąsikiem w białym fartuchu – wkłada do wnętrza kopulastego pieca okrągłe placki pizzy, pieróg wielkości dużego talerza oraz wszystko to co zdąży ulepić z ciasta identyczny, ale wyższy Włoch.
Mamy przy naszym stoliku dokonać wyboru między ognissole, mazzei, poggio, badiola, pomodoro san marzano… Nie lubię pizzy w żadnej postaci, to też pozostawiam męża z synem i z Susan, która właśnie wróciła z przestawiania samochodu do piętrowego garażu – na wczytywaniu się w kartę i wychodzę na taras, gdzie ciepły, jesienny wieczór porywa miasto swoją pomarańczową energią latarń stylizowanych na historyczne lampy naftowe. Mimo pnących się w górę wieżowców, panorama miasta jest bardzo przychylna, człowiecza i bezpieczna. Na placu sylwetki drzew rzucają rozchwiane cienie z kilku punktów świateł. Podobnie stojący tam ludzie i przywiązane rowery zwielokrotniają się odbiciami, są często tylko lekko zarysowane cienie, tak jakby były cieniami cieni.
Kelnerka w białym fartuszku przyniosła już monstrualne talerze wielkości koła rowerowego. Na białych, fajansowych półmiskach cienie płatki pizzy pocięte są promieniście jak tort w trójkąty. Ja dostałam wegetariańską pizzę zasypaną parmezanem i zielonymi, pachnącymi liśćmi. Do tego pijemy coca-colę z lodem i oczywiście nie jesteśmy w stanie wszystkiego zjeść, chociaż podobno to jest najlepsza pizza w mieście. Pakują nam do pudełek kawałki niezjedzone, wychodzimy najedzeni, by po zaparkowaniu w Downtown Seattle, pochodzić nocą po Pioneer Square, dzielnicy zasiedlonej po1852 roku, czyli równo sto lat przed moim urodzeniem. Wszystko tu podobno wybudowali drewniane i niemal wszystko spaliło się w Great Seattle Fire z 1889 roku. Ale jak już zbudowano od początku, to z cegły w stylu neoromańskim i ten specyficzny, dziewiętnastowieczny charakter dzielnicy pozostał w całej swojej surowości, a zarazem jakiegoś i odszczepienia od rustykalnej przeszłości nie tylko mentalnego, ale i praktycznego. Być może bardzo dobrze komponuje się czerwona cegła z kloszardami wszelkiego asortymentu, którzy tutaj noszą ubrania archaiczne, nie mające nic wspólnego z młodzieżą w narkotycznym śnie pod betonową trasą kolejki powietrznej, barwnymi, zrobionymi z najnowszej generacji tkanin, śpiworami. Kiedy dwa lata temu byłam na Placu Pioneer Square, bezdomni stanowili bardzo poważną grupę, przemieszczającą się co kilka godzin w różne części dzielnicy. Pod żelazną pergolą w stylu paryskiego metra, zrobioną z secesyjnie wygiętych okuć, zbudowaną z okazji światowej wystawy Expo 1909 Alaska-Yukon-Pacific Exposition, wyglądali naprawdę malowniczo i historycznie. Obecnie na Pioneer Square znajdują się galerie sztuki, firmy internetowe, kawiarnie, bary sportowe, kluby, księgarnie, ale głownie to centrum życia nocnego w Seattle, gdzie na ulicach grają zespoły muzyczne, odbywają się festyny i gdzie dziewczyny pokazują gołe piersi chłopakom za sznury korali produkowane przez takie same dziewczyny w Chinach,
Idziemy ulicami dzielnicy Pioneer Squarer, które w październikowy poniedziałek są wyjątkowo puste i milczące, mijamy indiański Totem przewieziony od Indian zamieszkujących Syberię, pomnik z brązu upamiętniający strażaków, których figury miasto postanowiło postawić w setną rocznice ich bohaterskiej śmierci, a których głębokie cienie wraz z cieniem indiańskiego totemu jeszcze bardziej miejsce osamotniają swoją martwotą i bezdusznością, jakby wszystko tu już raz na zawsze było ugaszone. W tym syberyjskim nastroju przekraczany próg New Orleans Creole na Pierwszej, gdzie zaraz wchłania nas atmosfera odrębności, która wraz z zamknięciem się za nami drzwi restauracji, ocala nas dla zupełnie nowego świata.
Wchodzimy do wysokiej sali, której ściany historycznej kamienicy z czerwonej cegły pokryte są obrazkami w ramkach i białym passe-partout idolami muzyki jazzowej, blues, zydeco i dixieland. Na drewnianym podeście oświetlony lampami gra New Orleans Quintet, w którym jak głoszą ulotki w koszyczku Dave Holo gra na trąbce i śpiewa, George Goldsberry na klarnecie, Jake Powel gitarze i banjo, Peter Kok na fortepianie, Jeff Norwood na kontrabasie. Na parkiecie niemłody już tłum par, tańczy jak w scenie z jakiegoś czarno-białego filmu amerykańskiego z lat dwudziestych w czasie wielkiego kryzysu. Wszystko tutaj właściwie jest anachroniczne i stare. Idąc do stolika, gdzie prowadzi nas kelnerka w białym fartuszku jakby robiła to w przelocie, bez należnych gościom hołdów, jakby obsługiwała dzieci wracające ze szkoły, jakbyśmy byliśmy jej mężem, który wraca z pracy i ani nie jest nią zainteresowany, ani ona wzbrania się przed jakimkolwiek kontaktem, bo wie, że jest zawsze taki sam, powszedni i nieciekawy. Orkiestra pauzuje, pary wracają do stolików i pogrążają się w jedzeniu, dyskutowaniu i świętowaniu, bo to poniedziałkowe spotkanie to pewnie z przyjaciółmi, pewnie jakieś urodziny, rodzinne uroczystości i jakieś też spędzanie samotności w grupie, która poprzez identyczność losu daje jednak tę porcje bezpieczeństwa, by się nie czuć samotnym. Bierzemy do ręki karty dań z wizerunkami raków, wszystko jest w estetyce barów prohibicji alkoholowej w Ameryce. Czcionka z tych lat i kolorystyka rdzawego brązu. Zamawiamy tylko słodkie ciastka polane syropem klonowym, strucle z bitą śmietaną, ale zerkam do karty dań na potrawy, są placuszki z kukurydzy, sałatka Newego Orleanu z czerwonej fasoli i ryżu, ostrygi z warzywami, kurczak Rochambeau, tosty angielskie muffiny zwieńczone kawałkami szynki, bakłażany faszerowane rakami, krewetkami, krabami, langustami, stek kreolski New York, jambalaya, filet flądry wypełniony krewetkami, naleśniki faszerowane rakami, do tego napitki, rum, sok pomarańczowy, sok ananasowy i z odrobiną wapna, orzeźwiające koktajle na bazie Burbona, gin z papryki Jalapeno, piwo pszeniczne ze świeżych malin o smaku cierpko-słodkim, z aromatem i smakiem owoców tropikalnych i świeżych traw. Smaki świeżych, zielonych jabłek i owoców cytrusowych, aromatów zmieszanych z aksamitnym smakiem owoców tropikalnych, francuskiego dębu. Aromat gruszek i białych brzoskwiń z wanilią i wiśniami z brzoskwią. Wspaniałej barwy czerwono-różowej daje arbuz z malinami i śmietaną. Kiście winorośli zmieszane z zapachem czeremchy, eukaliptusa i słodkiego dębu, dodana do tego mokka i czarna porzeczka.
Idę na pół-balkon po drewnianych schodach, gdzie są poustawiane stoliki na okoliczność jakiś zamówionych w restauracji uroczystości, teraz jest tu mrok, wszystko kieruje się tam na dół, na kwadratowe stoliki, gdzie towarzystwo poniedziałkowych gości rozmawia, je i pije, muzycy na podeście przygotowują się do kolejnej tury gry, już za fortepianem zasiada ten pięćdziesięcioletni mężczyzna, już ten brunet podnosi kontrabas. Całe pomieszczenie znowu przypomina jakiś kadr filmowy, gdzie w wiejskim kościele na chórze ukrył się rewolwerowiec, ja nim jestem z aparatem fotograficznym, a zamiast naw z ławkami, stoliki z wiernymi, zamiast pastora czytającego biblię ten muzyczny kwintet. Jeszcze schodzę w dół i staram się na fotografiach na ścianach rozpoznać ubiegłowiecznych muzyków, legendy amerykańskiego jazzu nowoorleańskiego, szukam Armstronga, są i plakaty z tych lat, jest wielu muzyków czarnoskórych. Kiedy muzycy zaczynają grać wszyscy przy stolikach, jak za sprawą zaczarowanego fletu, przerywają rozmowy, opuszczają widelce na stół i szybko połykając kawałki raków, odstawiają szklanki z piwem, kieliszki z winem na pulpity stolików i wszyscy ruszają na sam środek sali, który w dalszym ciągu przypomina wielką nawę kościelną, zamienioną chwilowo na piknik. Tylko nasz stolik się nie ruszył.
I ten starzejący się, brodaty mężczyzna do nas podchodzi i nikt się w dalszym ciągu nie rusza, idę z nim na parkiet, a orkiestra gra coraz gorętszy rytm, jest orgiastyczny, wybija cały czas jakieś zatracenie i jakąś zupełną ostateczność. Otyłe kobiety podrygują w rytm tych archaicznych, pierwotnych dźwięków, a ich małe wnuczki kręcą się gdzieś koło ich stóp, zadzierając główki do góry. Starzy mężczyźni czule otulają ramionami swoje stare kobiety i wszyscy na parkiecie zdają sobie sprawę z nierealności tej sceny, tego czasu wykreowanego, wygenerowanego na użytek tej chwili, kiedy czas się plącze wraz z nogami tancerzy i kiedy on nie ma już nic wspólnego ani z człowiekiem, ani z kosmosem, bo się wyalienował, się rozpłynął i przestał rygorystycznie odmierzać swój upływ. I to nie był żaden sentyment za minionymi czasami, tylko była to nowa jakość zupełnie inna niż dotychczasowa i osobna, nie podległa reżimowi żadnej chronologii. Kiedy mój tancerz przyprowadził mnie do stolika, był zziajany jak każdy z tych, którzy zdecydowali się oddać swe ciała rytmowi muzyki. Jeszcze z nami porozmawiał i wymienił kilka konwencjonalnych słów, jeszcze syn wrzucił grajkom do koszyczka wiklinowego pięć dolarów, bo każdy, kto wychodził w poniedziałek z sali klubu jazzowego na Pierwszej w dzielnicy Pioneer Square to robił, jeszcze mój tancerz odprowadził mnie wzrokiem ze swojego stolika i pomachał ręką, i jeszcze ja mu odmachałem, ale już nasze drzwi się zamykały i już byliśmy na zewnątrz w kompletnej pustce i czerni tej nocy, a pomarańczowe światła latarń udających barwą te ubiegłowieczne, naftowe, natychmiast dodały nam cieni, bardzo ostrych i precyzyjnych.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | 7 komentarzy

Oscar Hammerstein II, Jerome Kern (Ray Charles) „Ol’ Man River” „Wierna Rzeko” z angielskiego przełożyła Ewa Bieńczycka

My w ciągłym trudzie na Missisipi,
my w ciągłym trudzie, a biały gra folk,
ciągniemy im łodzie, gdy każdy z nich śpi,
do Dnia Sądnego w kieracie rok w rok.

Nie oglądaj się, nie patrz ku dołowi
bo narazisz się szefowi.
Zegnij kark, ugnij kolana,
liny bierz kornie, aż do skonania.

Znajdź sposób, bym mógł odejść, Missisipi,
znajdź sposób, by nie krzyczał biały szef,
pokaż mi nadzieję, pokaż rzekę Jordan,
starą nadzieję, jaką jest krzyż.

O, Wierna Rzeko, och Wierna Rzeko…

Milczysz, a wiesz wszystko, jak nikt inny,
każesz mi dźwigać wciąż tę kłodę
w podartych łachmanach na polach bawełny,
gdzie wszyscy wnikniemy ziemią w przyrodę.

Ale Wierna Rzeko każesz mi dźwigać wciąż tę kłodę…

Zlani potem łączymy się cierpieniem,
jak jesteś pijany, to gnijesz w więzieniu,
ciała małych ludzi dręczone codziennie,
wyjdziesz za kaucją, bo barki są cenne.

Jestem strudzony,
chory niepokojem
jestem zmęczony katorgą, ale umrzeć się boję.

Ale Wierna Rzeko każesz mi dźwigać wciąż tę kłodę…

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Otagowano , | 25 komentarzy

Dziennik amerykański (27)

17 październik 2010, niedziela. Susan daje mi czapkę, rękawiczki, puchową kurtkę i buty, na Mt. Rainier jest śnieg. Syn jeszcze robi kawę do termosów i wsiadamy do samochodu, by jechać pustawą w niedzielne przedpołudnie trasą przez centrum Seattle do Tacomy. Po lewej stronie autostrady wyłania się z porannej mgły biały kształt Rainiera. Miał mieć po tubylczemu imię Tacoma, jednak kapitan George Vancouver w końcu osiemnastego wieku pierwszy Europejczyk, który zobaczył wulkan, nazwał go Rainier, na cześć swego przyjaciela, kontradmirała Petera Rainiera. Potem już tylko zwyczajowa eksterminacja i holokaust plemion Nisqually, Puyallup, Muckleshoot, Yakama i Taidnapam.
Jedziemy wzdłuż Nisqually River, rzeki nieuregulowanej, w jej szerokim korycie płynie teraz wąska strużka wody, ale wzdłuż brzegu widać ślady potęgi żywiołu: sterty gałęzi, konarów, a nawet całych drzew. Dojeżdżamy do Elbe, małej osady potomków niemieckich emigrantów, stoją tutaj zabytkowe parowozy już nieczynnej linii kolejowej Scenic Railroad (MRSR). Są jeszcze tory, które przechodzą przez gęste lasy. Kilka sklepów z pamiątkami, pozostałości po stacji kolejowej, kasy, małe sklepiki spożywcze, budki z hamburgerami, pizzą i kawą. Na wagonach reklamy w kształcie hamburgera lub gałek lodów. Mijamy tablice informujące o pomocy bezdomnym. Mijamy wagony kolejowe, przerobione na restauracje z widocznymi jarmarcznymi kolorowymi lampkami, które nocą jeszcze bardziej kuszą romantyczne i nostalgiczne. Stajemy tutaj, Susan z synem idą do sklepiku po orzeszki i kanapki, ja idę trochę torami zobaczyć rzekę, jakiś człowiek z daleka macha mi na dzień dobry przyjaźnie.
Potem wjeżdżamy już na teren Parku, przed wjazdową bramą w stylu pruskim pole biwakowe. Duże wagony – przyczepy zaadaptowane na domy wyraźnie zamieszkałe, wylatują dwa rasowe psy radosne i przyjazne. Tu jeszcze stoi Gateway Inn, zajazd wybudowany w1930 roku i prowadzony przez potomków założycielskiej rodziny do dzisiaj. Byli tu, jak głoszą reklamy, John Wayne i William Holden. Zabudowania są faktycznie ubiegłowieczne, disneyowskie, mała restauracja, sklepik z pamiątkami, kolonia domków campingowych przezierająca zza wysokich drzew iglastych przypomina kadry z „Królewny Śnieżki”. Okna drewnianych, tylko impregnowanych domków traperskich z bali mają czerwone okiennice i serduszka. Przyjechali tu motocykliści na harleyach, ale przed bramą wjazdową z dużych, drewnianych bali, gdzie na czarnej desce prosty biały napis: MT. RAINIER NATIONAL PARK ustawiają się raczej tylko samochody. Trochę stoimy, patrzę na te pomalowane na zielono drewniane barierki i budkę telefoniczną, w której ktoś właśnie jest i telefonuje i zastanawiam się ile samochodów zanieczyszcza ten park, bo inaczej się go raczej nie zwiedza. Powietrze jest w dalszym ciągu zupełnie inne, kryształowe i absolutnie czyste, chce się żyć, słońce będzie cały dzień bez ani jednej chmurki. Wszystko, co zobaczę tutaj to tak jakbym już to wszystko widziała w innej formie, w jakimś umownym, zniekształconym dzieciństwem kodzie, jednak jest to deja vu poddane preparacji przez kulturę popularną i teraz bardzo trudno spotkać pierwowzór nie odnosząc się do tych utrwalonych obrazów. Gdy syn wręcza strażniczce kartę płatniczą, a ona mu potrąci z niej piętnaście dolarów, zobaczę w niej jedynie Strażnika Smitha Parku Yellowstone, z którym miś Yogi miś Boo Boo mieli zawsze na pieńku. Kobieta ma taki sam kapelusz z płaskim rondem i harcerski strój skauta, wykonuje swoją pracę w skupieniu i automatycznie, wabi, jak kelnerki w amerykańskich restauracjach, jest jakoś bardziej nastawiona na zniechęcanie, a w najlepszym razie na brak aprobaty.
Jedziemy serpentyną, mając cały czas po jednej stronie niebezpieczny stok i dramatycznie wyglądające suche koryta rzek pokryte kamieniami i lawą wielkich rozmiarów, jakby przeszedł tędy beztroski olbrzym w swoich buciorach, powyrywał drzewa, a kopnięciem rozkruszył skałę. Wysiadamy, jadący przed nami Niemcy też wysiadają. Mają psa, psa wolno tu trzymać tylko na smyczy, właściwie niczego tu nie wolno, cały czas przypominają o tym białe tabliczki z przekreślonym ogniskiem, rewolwerem, psem i rowerem. Idziemy z Niemcami drewnianym japońskim mostkiem, faktycznie za chwilę tablica, że wykonali go Japończycy. Otwiera się, jak w kinie, widok na białą, przerażającą górę, która dla Indian na pewno była bogiem, a jeśli nie bogiem to na pewno jego powolnym narzędziem, bo oplute wokół tereny jak po wielkiej demolce przyrodniczej świadczą o tym, że istnienie tak kosztownej góry nie jest bezkarne, jak się pogniewa, to nie na żarty. Oszklona tablica mówi, że rzeczka przed nami to niebezpieczna Kautz Creek, dopływ Nisqually, jest stromo, koryto pokryte błotnymi i rdzawymi resztkami po lawinach, jednak kiedy wzbierze, zalewa wszystko, niesie jakieś monstrualnej wielkości głazy, fotografie na tablicach ilustrują tę powódź i bezwzględność żywiołu.
Porośnięte stoki górską choiną, bo nie można nazwać tego choinkami, mają po30 m wysokości, igły niebieskawo zielone z purpurowymi szyszkami o tej porze roku dają uczucie majestatu i monumentalności. Pierzcha trochę infantylny Disney, ma się uczucie, że to wszystko nie przelewki. Wracamy do samochodu, za oknem dramatycznie ciągnie się obraz szarych koryt rzek pokrytych głazami, w których jak zapałki porozrzucane trzydziestometrowe pnie sosen, cedrów i świerków. Znowu się zatrzymujemy, tym razem przed wodospadami, które chciano przehandlować, na wody lecznicze, ale wszelkie nowojorskie ekspertyzy odrzuciły te indiańskie przekonania, zresztą wszystko tutaj dąży do odczarowania Parku, który czaruje sam sobą nawet najbardziej radykalnych ekologów, którzy uważają, że Parki Narodowe to kolejna bzdura i oszustwo chytrych korporacji. Restrykcje są cały czas egzekwowane, kary są tak duże, że nikt nie zaryzykuje ich łamania. W parku stoją toalety bo nawet odchody ludzkie mogą być zagrożeniem dla zwierząt. Nie wolno nie tylko palić papierosów na tak ogromnej połaci Wilderness Tip (około 150 km ścieżek okrążających wulkan, na które potrzeba dwa tygodnie). Tabliczki wskazują wiele stron, my pojedziemy do dużego parkingu do Paradise, ale jeszcze zatrzymamy się na trasie, gdzie próżno szukamy widniejących na tablicach unikalnych ptaków: jastrzębia gołębiarza, małej kaczki morskiej Arlecchino niezwykle kolorowej, a przede wszystkim popularnego teraz z filmików YouTube szafirowo-turkusowego ptaszka Columbian Steller Jay, identycznego jak nasz polski dudek, ale o czarnej główce i czubku, znanego z filmów Disneya jako wyjątkowo wrednego złośliwca. Niestety, ponieważ nie wolno przekraczać granicy asfaltu, mamy małe szanse na zobaczenie Bambi, który tutaj żyje jako jeleń czarno ogoniasty. Nie mamy szans na Niedźwiedzia czarnego, który jest mniej sympatyczny od misia Yogi i w opowiadaniu Sylvii Plath po prostu zjada biwakujących ludzi w parkach narodowych w Ameryce. Być może, że zobaczymy American Gray, czyli wróblowatą muchówkę, faktycznie ptaki są tu zupełnie inne niż w Europie. Nie mogąc iść do tzw. lasu przy tak wybujałej i wspaniałej roślinności wysiadamy jedynie ciągle z samochodu na oznaczonych ku temu miejscach wspinając się coraz wyżej i widzimy panoramę z coraz większej wysokości: rzeki, małe mostki przerzucone przez koryta wypełnione zwałami kamieni.
Dojeżdżamy do parkingu w górnej partii Paradise. Postawiono tu dwa lata temu w miejsce kosmicznego schroniska górskiego o talerzowatym dachu, nawiązującym estetyką do Iglicy w Seattle, nowe. Jest piękniejsze, wraca kształtem do praktycznych rozwiązań ubiegłowiecznej architektury Dzikiego Zachodu. Szarozielony budynek schroniska, gdzie mieści się turystyczne Jackson Visitor Center o surowym wyglądzie zewnętrznym w środku o ciepłym kolorze drewna zalany jest teraz górskim, kosmicznym światłem. W wysokiej 18 metrowej sali podpartej filarami, przyporami i kolumnami nawiązującymi do drzew w lesie wielkie, okna jak obrazy w ramach; od północy ujmują Rainier, a Tatoosh Range na południe.
Są tu toalety, prysznice, centrum informacyjne z mapami, księgarnia, sklepep z pamiątkami, bar. Na wystawach można zobaczyć w gablotach buty i ubrania pierwszych pionierów, stare zdjęcia pierwszych wypraw górskich, fotki wszystkich występujących tu gatunków zwierząt. Jest 56 gatunków ssaków, 11 gatunków płazów i pięć gatunków gadów, ponad 229 gatunków ptaków, 8 gatunków ryb. Wszystko to bogato udokumentowane, wzbogacone szczegółowymi opisami, rycinami i wspomnianymi fotografiami, aktywnymi elektronicznymi mapami, makietami. Dzieci naciskają guziki tras, światełka zapalają się na makiecie stojącej po środku hali. Na antresoli sklepik z niezliczoną ilością niedźwiedzi czarnych wszelkich rozmiarów i z wszystkim, co może kojarzyć się z tym miejscem. W wielkim, samoobsługowym barze hot dogi, hamburgery i napoje. Jedzą przy stolikach ludzie wszystkich możliwych ras, nawet ukrywa się wśród nich Indianin, ale przeważają Niemcy.
Susan wybiera dla nas jedną z kilku tras biegnącą z Paradise do Camp Muir. Na wielkim placu przed budynkiem Jackson Visitor Center stoją ławki, a na nich wygrzewający się w słońcu weekendowi turyści. Jak w jakimś wielkim kosmicznym pałacu, zachowana jest symetria. Na wprost stoi majestatyczny, czynny wulkan Reinier, cały jak w bitej śmietanie i do niego prowadzą schody, jak do mauzoleum, na których stopniach wypisano sentencję Johna Muira z 1889 roku. Idziemy tymi schodami, gdzie skacze mała wiewiórka czikari między wchodzącymi ludźmi, podobna jest do disneyowskich postaci Chipa lub Dale, równie bezczelna i nic sobie z nikogo nie robiąca. Będzie się jeszcze wielokrotnie pokazywała na trasie, jak będziemy siadać na przeznaczonych do tego głazach i jeść przywiezione z Polski energetyczne batony musli, nie będziemy jej nic dawać i nikt nie będzie tego robić, a jednak wszędzie wiewiórki się będą pokazywały, by znikać nagle i pojawiać się w najbardziej niespodziewanych momentach, polując na okruszki lub po prostu się zaciekawiając tak, jak zwierzęta w „Królewnie Śnieżce”. Ich futerka w paski będą wszędzie identyczne i nigdy nie będziemy wiedzieli, czy w ciągu tych kilkunastu godzin, jakie oddaliśmy na to, by troszeczkę przybliżyć się do góry Reinier tak, by te sine i niebieskie płaszczyzny między szczelinami śniegu stały się ciut wyraźniejsze, nie będziemy wiedzieć, czy to cały czas ta sama wiewiórka czy jest ich tak dużo, by towarzyszyły nam na każdym przystanku. Wszyscy idący szlakiem – a mijamy ciągle kogoś – kłaniają się, uśmiechają, nie ma przypadku, by ten różnojęzyczny tłum nie przywitał się w jakiś sposób z nadchodzącymi bądź schodzącymi. Po drodze rozbieramy się z kurtek i czapek, potrzebne są jedynie okulary słoneczne. Za nami wzrasta pasmo Gór Kaskadowych, przed nami piętrzy się Reinier. W wyższych partiach spotykamy ludzi niosących narty, deski do snowboardu. Idą też rodziny niosące niemowlęta, spotykamy wracającą zapłakaną dziewczynę w pantoflach na korkowej podeszwie z kokardkami w czerwone grochy, jakby przeszła obok nas Minnie Mouse. Ale przyroda przywraca rzeczywistość, patrzymy na gęste, słodkie sosny, zarastające wolne od skał miejsca, na ich lekkie, pierzaste gałęzie, skłaniane prawie do ziemi, na sztywne świerki, na warkocze modrzewi.
Wracamy inną drogą wśród czerwonego, jesiennego poszycia skalnych roślin, które o tej porze roku, jesienią, są taką samą zjawiskową transformacją przyrody, jak wiosenne pola kwiatów. Wielu turystów fotografuje właśnie te partie niezwykłego przebarwienia roślin w malinowy, przechodzący do szlachetnych cynobrów i złota.
Gdy już wracamy samochodem, słońce jest nisko i następuje ten spokojny, błogi stan w przyrodzie, kiedy wszystko zamiera i staje, a powietrze jest ciepłe i zmęczone. Docieramy do Elbe i tam wchodzimy do jednego ze stojących wagonów pomalowanych na wiśniowo ze złotym napisem MT. RAINIER RAILROAD DINING CO. W środku stoliki ustawione są tak jak w wagonie restauracyjnym i dowiadujemy się z obrazków na ścianie, że właścicielami kolejowego biznesu jest rodzina, która od 1987 dorobiła się motelu, sklepu z pamiątkami, restauracji i klubu nocnego.
Do restauracji wchodzi się jak do wagonu, po drewnianych schodkach, przechodzi przez sklep z pamiątkami: pocztówkami, kubkami, koszulkami, bibelotami z pociągiem, słodyczami, mydłami i balsamami domowej roboty, świecami, brelokami, magnesami na lodówkę, szklankami, kartami do gry, puzzlami, biżuterią i wieloma innymi rzeczami wymienionymi w „Lokomotywie” Tuwima.
Jesteśmy bardzo głodni, godzę się na wszystko. Syn zamawia Deep Fried Calamari, Home-cut, Cheddar Fries, Makaron Primavera, wędzonego grillowanego kurczaka i dużo sałatek. Wszystko to na tacach wnosi córka założyciela biznesu, która już jest niemłoda, bo wszystko w tym miejscu ma znamiona szybkiego starzenia się, nawet jak jemy w pociągu, który już raz na zawsze stanął i nigdy nie pojedzie.
do ściągnięcia:
Rainier The Mountain 2009 w rozdzielczości BluRay

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Dziennik amerykański (26)

16 październik 2010, sobota. Susan kupiła nam wcześniej drogie bilety przez Internet, mimo naszych protestów, że wystarczyłby jeden bilet w rodzinie, wszystko sobie przecież opowiemy, tak jak wanna u emigrantów polskich lat osiemdziesiątych w Niemczech, gdy nalewało się raz w tygodniu ciepłą wodę i po kolei kąpała się cała rodzina.
Wyjeżdżamy z domu o dziewiątej, dojeżdżamy do Pierwszej, potem Union, z Uniwersyteckiej widzimy już kolejkę stojącą przez zamkniętym jeszcze Seattle Art Museum (SAM), trochę krążymy, by zaparkować i syn decyduje się na podziemny parking miejski, który windami ma połączenie z budynkiem muzeum. Parking
Russell Investment Center Garage jest ważny w tej opowieści, bo już do jego wind wsiadają seattleńczy, by razem z nami wysiąść na trzecim z sześciu pięter, które nazywa się New York, ci szczupli, białowłosi ludzie o szlachetnych twarzach, ubrani sportowo, będą towarzyszyć nam do końca, bo zobaczenie stu pięćdziesięciu obiektów dotyczących Picassa trwa mniej więcej tyle samo dla wszystkich: dwie godziny. Więcej się nie da, więcej to już jest wyskakiwaniem jak z sauny, mniej, to nienasycenie i żal.
Nikt nie pojmie magii Picassa, ale raczej się do tego nie przyzna, być może tylko sam Picasso ją pojął będąc najwierniejszym kolekcjonerem własnych dzieł. Ten zestaw pochodzi z jego kolekcji, czyli z Paryża, z Musée National Picasso, aktualnie będącego w remoncie, dlatego może wystawa doszła do skutku. Informują o tym wymalowane na parkiecie oranżowe napisy prowadzące na ostatnie piętro ruchomymi schodami do sal ekspozycji czasowych, zawsze za specjalną opłatą, oprócz wstępu ogólnego, udostępnianych tylko raz, bez możliwości bezpłatnego powrotu. Po całym Muzeum, we wszystkich ekspozycjach na piętrach można spotkać znak graficzny z pomarańczowym okiem, z krótką notką dotyczącą wszelkich koligacji i odwołań do tej „centrali”, czyli wystawy, ono mruga, wabi i udaje zrozumienie, podpowiada koligacje, ale to wszystko mylne tropy. Picasso jest nieobliczalny i nieprzewidywalny, jak każdy geniusz epoki kpi sobie ze wszystkich przyporządkowań, szufladek i powiązań. Przychodzi niespodzianie, jest bardziej demonem, niż demiurgiem, a jednak uciążliwość wystaw Picassa zawsze jest w końcu magnetyzmem, a nie torturą. Z jednej strony Picasso przyciąga niezorientowanego widza brakiem jakiegokolwiek ukłonu w jego stronę i właściwie widz zignorowany taką arogancją próbuje się już jedynie dowiedzieć, dlaczego artysta to robi. Najczęściej, po każdym spotkaniu z Picassem odbiorca nie dowiaduje się absolutnie niczego, nic nie wynosi z tego spotkania, a to, że nie wynosi żadnych ran na swojej duszy jest jego triumfem. Zawsze po tych wszystkich moich spotkaniach – po wielkiej wystawie grafik w Katowicach, Wrocławiu, po Picassach oglądanych w Beaubourg w Paryżu, Muzeum Puszkina w Moskwie, w Muzeum w Filadelfii i w MoMA w Nowym Jorku, stojąc przed znanymi obrazami z reprodukcji, zawsze odczuwa się tę bezczelność i wzgardę wobec patrzącego i zarazem zawsze arystokratyzm komunikatu, nawet jeśli są to niewielkie, robione od niechcenia prace. Picasso jakby nie istnieje we własnej teraźniejszości, nie liczą się producenci „picassów” z okresu, kiedy tworzył, zawsze stwarza go na nowo wystawa, zawsze kolaże są ciut starsze, szlachetniejsze i zmieniają swoje kolory, konsystencję, jak natura, a nie jak starzejący się człowiek. Gitary lepione z byle czego, z odpadów, z deszczułek, opakowań, koza pospawana z wyjętej ze śmietnika kierownicy – to godzenie się na rozpad, nie tyle na rejestrację rozpadu, co na uleganie mu. Picasso spełnia wszystkie warunki artysty świadomego, doskonale wykształconego, który nie kolaboruje z żadną pokusą – nie wybiera ornamentu i wirtuozerii rzemieślników, ponieważ mając 12 lat już opanował perfekcyjnie warsztat malarski i mógł go odrzucić. Doskonale zrozumiał załamanie malarskiej iluzji w momencie pojawienia się fotografii. Płaskość malarstwa Moneta uwalniała je z tego obowiązku i uczyniła dzieło sztuki rzeczą samą w sobie, do niczego nie służącą, samą w sobie wartością: że artysta ma tylko ograniczyć przestrzeń i nie ma praktycznie nic do roboty, poza tym trudnym problemem wyrwania jej światu. Że spotkania ze światem artysta ma rejestrować na własnej skórze, nawet jak boli i świat stwarzany w jego dziełach staje się, chcąc nie chcąc – jak powtarzał – jego dziennikiem.
Kolejka ustawia się do wejścia, do sal ekspozycji już i tak dobrze wypełnionych ludźmi. Co pół godziny panienka zmienia na tablicy godzinę wejścia przy pomocy pomarańczowych cyfr, by nikt nie próbował wejść powtórnie, inna pani chodzi wzdłuż kolejki i rozdaje nagrania elektronicznych oprowadzaczy. Tylko tutaj jeszcze można robić zdjęcia, przekraczając wejście jest absolutny zakaz. Na białych ścianach dyskretnie wypisano nazwy pomieszczeń, jest ich dwanaście, dwanaście „galerii”, które skrótowo chcą pokazać zamysł tej wystawy, mającej charakter też edukacyjny. Wystawa pragnie na podstawie przecież niewielkiego skrawka wydelegowanych do tego prac, pokazać myśl artysty, jego rozwiązywanie problemów malarskich i równolegle autobiograficzność jego twórczości ściśle powiązanej z pracą, jak i trzecim elementem, z historią, z doświadczonymi przez artystę czterema wojnami.
Galeria 1 początkuje ekspozycję, maleńki portret olejny „Śmierć Casagemasa” malowany po vangoghowsku, jakby kuratorzy wystawy chcieli udokumentować nie tylko zwrot artysty w życiu osobistym (samobójstwo przyjaciela), ale zwrot malarstwa, śmierć trójwymiarowej iluzji na rzecz płaskiego malowania pod wpływem malarstwa Wschodu. W sali są piękne akwaforty i wszystko, co jeszcze pozostało z akademickich studiów Picassa, piękny olej „Celestyna” (La femme la teie) z okresu Błękitnego, z tajemniczą, magiczną zaćmą w oku sportretowanej kurtyzany, mającej wgląd do wnętrza człowieka.
Galeria 2, okres Różowy- to „Dwóch braci” i „Kobiety biegnące po plaży” – maleńki obrazek, radosnych kobiet malowanych w zwalistych kształtach klasycznych, który stał się logo wystawy. Jest nie tylko w większości druków reklamowych, również na fasadzie budynku Muzeum jest jego ogromna reprodukcja- reklama sięgająca kilku kondygnacji. Trudno uwierzyć, że Picasso namalował to w niewielkim formacie, a jednak praca ta jest jednym z najdroższych tutaj eksponatów. Dalej czuły portret syna Pabla, w stroju Arlekina, piękna Olga Chochołowa i gwaszowy autoportret artysty z 1906. Tutaj chyba gromadzi się najwięcej ludzi, są i małe dzieci i młodzież ze swoimi nauczycielami. W dalszych częściach galerii świadomie czy nie – nie ma namalowanych części intymnych, tak chętnie multyplikowanych przez Picassa u malowanych kobiet, nawet ubranych. Widocznie z tak ogromnego dorobku artysty można było wybrać obrazy tzw. powściągliwe.
Galeria 3 to już przegotowanie do przełomu, do fascynacji Picassa sztuką Afryki i Oceanii widzianej po raz pierwszy w Muzeum Etnograficznym w Paryżu. Dlatego prace te zaczynają brzydnąć pod wpływem rozpadu jego małżeństwa, a i też pod wpływem rozpadu formy w sztuce. Tu jest wpływ Cezanne’a, jego retrospektywnej wtedy wystawy. Tu Picasso rozpoczyna nowatorskie prace, eksperymentatorskie, zamienia rzeźby na płaską powierzchnię płótna.
Galeria 4, lata kubizmu. By zilustrować ten trudny okres transformacji malarstwa pokazane są nie tylko obrazy, ale również rzeźby, rysunki, kolaże, grafiki. Miesza style, przylepia skrawki papieru. Ciekawe, że najwięcej dzieci zgromadzono właśnie w sali numer 4, tak jakby najtrudniejszy problem tego okresu, który współcześni Picassowi natychmiast odrzucili jako intelektualny bełkot, był zrozumiały dzieciom dzisiejszym. Kubizm Picassa jest tutaj piękny, pełen stłumionego koloru podporządkowanego konstrukcji, zdyscyplinowanego i zarazem przekraczającego wszystkie obowiązujące dotychczas normy. Widać wpływy i cytaty z Velázqueza, z malarstwa Maneta i Matisse’a, ale robi to poprzez ich zniszczenie, poprzez zaprzeczenie, tak, jakby zostawiał po sobie ślady zbrodni. Widać to w tych gitarach, w Sacré-Cœur, w drzewach, we wzajemnych wpływach z Georgesem Braque, gdzie obaj wprowadzają typ innego języka na płótna, który zrewolucjonizował wizerunek przestrzeni w sztuce. Jest to też walka z zagrażającą dominacją fotografii, zwrócenie się w stronę materii, w stronę zabawy deseczkami, biletami, fragmentami tapet, listów, kart do gry, wprowadzaniem tam tajnych literackich kodów, a wszystko w pięknej, monochromatycznej tonacji. Chyba najwięcej przystaje zwiedzających przed tą gablotą przestrzenną, przed tym pudłem muzycznych instrumentów, którego nie odda żadna reprodukcja.
Galeria 5 pokazuje, że Picasso resztę twórczości spędzi na zabawie, na korzystaniu z tych swoich wynalazków, na odwadze w łamaniu konwencji, stylów, na swobodnym ich mieszaniu. Diagilew zaprasza go do współpracy. Tu wraca Picasso do figuracji, maluje Olgę, projektuje scenografię do Baletów Rosyjskich. Wzdraga się przed abstrakcją.
Galeria 6 to wstrząsający „Pocałunek” z 1925, „Trzy Gracje kąpiące się” z 1932, głowy kobiet, mężczyzn, portrety psychologiczne pełne ekspresji, witkiewiczowskie, oszalałe, bardziej realne niż rzeczywistość. Znika odczucie rodzinnego bezpieczeństwa, dobra, postacie zniekształcone na obrazach się pożerają, są zdegenerowane agresją i walką.
Galeria 7 to zakochanie w siedemnastoletniej Marie-Therese Walter, tworzy teraz znowu najpiękniejsze, najdelikatniejsze obrazy. Czytająca, leżąca, rozebrana, piękne portrety i rzeźby.
Galeria 8 to już Dora Maar, ta z kotem została sprzedana za US, $95216000 jako jeden z najdroższych obrazów na świecie, wysyłana po kontaktach z Picassem do Jacquesa Lacana, tutaj jako „Płacząca”, jako „Portrait of Dora Maar”(1937), jeden z najpiękniejszych portretów kobiecych – siedząca w fotelu z wykwintnymi, długimi palcami i ostrymi paznokciami, i charakterystycznym pikasowskim nosem z dwiema dziurkami profilu, postać o ostrych kątach malowana agresywnymi, czystymi barwami.
Galeria 9 to „Korrida” z 1933, agresywne prace nawet w martwych naturach, to czasy wojny, rzeźby zwierząt pełne symbolicznych odniesień, ptaki, koty je zjadające, wpływy Goyi, całe cytaty z klasycznych obrazów batalistycznych. Tutaj przygotowania do Guerniki.
Galeria10 czasy powojenne, malowanie kobiet, odalisek, wpływy Matisse, kolory czyste, powtarzanie tematów, produkcja Picassów już dla zarobku, eklektyzm, swobodnie i z całą premedytacją wolnego człowieka, pewnego swojej wartości. Wariacje na temat Cranacha, Delacroix, Velazqueza i Maneta.
Galeria 11 matadorzy, kobiety na poduszkach, rzeźby z recyklingu, grafiki, późne ogromne prace malarskie, dalsze przetwarzanie samego siebie, zawsze dobre, nigdy nie schodzące poniżej własnego poziomu. Pełne erotyzmu grafiki ze scen mitologicznych, ostatni przedśmiertny wysyp dzieł starca, który nie może przestać żyć.
Galeria12 to dokumentacja fotograficzna z przepięknych, szklanych negatywów, same sławy, same znane wizerunki geniuszy epoki, Picasso na wakacjach w swoich amerykańskich krótkich spodniach do kolan, w marynarskim podkoszulku, wśród mnóstwa dzieci, które nieustannie płodził i nieustannie się z nimi okazyjnie fotografował.
Jeszcze posiedzimy na kanapach, gdzie na ekranach pokazują Picassa, jak maluje byka na szklanej tafli, jak żyje i jak się uśmiecha, jeszcze popatrzę na wyłożony i rozłożony na wysokim postumencie album, niczym Biblia na kościelnym ołtarzu, a wydanym z okazji tej kosztownej wystawy. Jeszcze pooglądamy tego czarnego chłopca w dredach, który przy wejściu do windy pilnuje ustawionego stoiska ze wszystkim, co wyprodukowano w związku z tą wystawą. Jeszcze pozostaje nam tylko poszukać samochodu w mrocznych tunelach podziemnego garażu, ale na całe szczęście zapisałam numer na ulotce z reklamą wystawy Picassa i jest to D311, gdy wsiadamy numer już jest tak nieważny, jak te wszystkie szyfry zapisane w kolażach Picassa.

Bardzo się ucieszyłam, że w sobotni wieczór jedziemy na przedstawienie modern dance, gdzie syn niemal od początku, od przeniesienia się dyrektora teatru Donalda Byrda z Nowego Yorku do Seattle, rejestruje fotograficznie i filmowo występy baletu Spectrum. Byłam kilkakrotnie na ich przedstawieniach w Moore Theatre w Seattle, w tym pięknym zabytkowym teatrze w centrum Seattle zbudowanym jeszcze na początku ubiegłego wieku z okazji światowej wystawy Alaska-Yukon-Pacific Exposition 1909. Moore był teatrem z jedną z największych sal widowiskowych w USA w tym czasie, zrobiony z luksusowych materiałów i ozdobiony kosztownymi dekoracjami. Górny balkon był wybudowany zgodnie z obowiązującą wówczas segregacją rasową, dla izolacji czarnych widzów od reszty sali teatralnej. Były oddzielne wejścia i do dziś są oddzielne schody.
Dzisiejszy występ odbywa się w Parku Madrona, tam, gdzie Spectrum Dance Theater ma Dance Studio, do którego jedzie się wzdłuż jeziora Washington przez Arboretum Park pośród pięknych domów. Spectrum Dance Theater znajduje się w środku Madrona Park, skąd jest widok na Góry Kaskadowe i Bellevue i panoramę z ciągle zmieniającą się pogodą.
Dzisiaj jedziemy tam gdy już jest ciemno, ale niebo jest bezchmurne, rozgwieżdżone, odbija się w wodzie. Jednopiętrowy budynek Studio świeci się żółtym światłem. Donald Byrd wita wszystkich wchodzących. Poznaje mnie, dwa lata temu częstowałam go kutią na ulicy Melrose, jadł po raz pierwszy w życiu taką potrawę i bardzo mu smakowała, zrobiłam z maku, miodu i pszenicy, wszystko przywiozłam z Polski. Proszę, by nam syn zrobił zdjęcie do mojego bloga (Donald Byrd też prowadzi bloga http://spectrumdance.org/company/donald-byrd-blog/ ).
Za chwilę zespół w sali prób rozpocznie spektakl, są to dawne choreografie Donalda Byrda, chwilowo porzucił poruszanie spraw ogólnoświatowych – jak konflikt izraelsko palestyński – i wrócił do spraw bardziej przyziemnych, czyli alkowianych. „Peering Into the Ballroom” to składanka trzech odsłon, trzech „tańców” mówiąca o odwiecznym konflikcie płci, o odpychaniu i przyciąganiu, umiejscowiona w dziewiętnastowiecznym konwenansie, tak, jakby Byrd chciał dociec korzeni tego zjawiska jednocześnie się z niego nabijając i podkreślając artystyczne piękno powstałych wtedy romantycznych dzieł.
Siadamy już w wypełnionej, niewielkiej sali, która podzielona jest na nas i ich, czyli tancerzy, bez proscenium. Zamysłem choreografa Byrda jest podglądanie widownią tych na scenie i stwarzanie celowo dwóch sztucznych światów – jakby ujętych w ramki i w obrazek (w ostatniej odsłonie zresztą zostaje wniesiona złota rama z celofanu imitująca tę właśnie teatralną iluzję i podkreśla sztuczność struktury teatru) symbolizująca dawną kurtynę a jedynie dająca do zrozumienia sztuczność nie tylko dotyczy tych za ramą, ale i nas, widownię. Dlatego to „zaglądanie” jest o tyle demokratyczne i zrównane jednakowym poziomem podłogi, że cały czas tkwimy w nierzeczywistości, której tylko teatr uchyla rąbka tajemnicy.
„Zaglądanie do sali balowej” rozdziela Teatr Studio na dwie części. Tam wewnątrz jest pięknie, aksamitnie, wiszą kryształowe żyrandole, pokój z XIX wieku, mieszczański salon. Całość nawiązuje do teatralnych, malowanych scenografii retro, ale ten fałsz już niczego nie imituje, jest jedynie poetycką metaforą.
– To hiper-sztuczne “kadrowanie” starszych swoich moich utworów czyni je szczerszymi, ponieważ ich nieautentyczność jest uwydatniona i podkreślona, niczego nie udając – napisał Byrd o tym spektaklu na swoim blogu.
I tak zaglądamy do tej dziewiętnastowiecznej sali balowej gdzie tancerze mają ledwie zasugerowane stroje historyczne, wszystko odbywa się w absolutnej umowie “podwójnej rzeczywistości”.
Pierwszym „tańcem”, pierwszym aktem La Bal Noir z muzyką Johannesa Brahmsa. Donald Byrd wyprowadza tancerzy z aksamitnej ciemności, wielkie lustra sali prób są częściowo pozasłaniane czarnymi kotarami aksamitu, ale my, publiczność odbijamy się w nich fragmentarycznie uczestnicząc też i w tańcu fragmentarycznie, nie wiemy nic o bohaterach, tyle, co nam pokażą. Ty (Aleksander Cheng, najlepszy tancerz grupy, odwiedzający nas na Melrose), siedzi z początku na krześle, gdy po prawej stronie widowni para nowożeńców odtańczy swój triumfalny, radosny taniec. Tancerz Kylie Lewellan odgrywa samca podporządkowującego sobie tabuny kobiet, tańczy wśród nich, to omdlewających, to żywiołowych; Joel Myers odgrywa kobietę rozkochującą – w wyniku małżeńskich niepowodzeń i tzw. kobiecego odegrania się – siedzącego na krześle Ty, którego w konsekwencji porzuca, on tańczy solo dramatyczny taniec cierpienia i złamanego serca. Wszystkie literackie konwencje ujęte tu są skrótowo z należną postmodernizmowi ironią i dystansem, a jednak pełnym mimo wszystko wzruszenia i dramatyzmem. Główni tancerze Kylie Lewellan i Joel Myers wykonują śmiałe skoki, rzucają swoimi ciałami w bardzo pięknych, zmysłowych gestach. Scena porzucenia przez Myers kochanka (Ty) jest niezwykle wzruszająca. Straceńczy jest ruch tancerzy o otwartych, nigdy nienasyconych ramionach, zaklętych w swej samotności z partnerami, w których poszukują spotkań duchowych, nie tylko cielesnych, w odwiecznym pragnieniu odkrywania siebie.
„La Valse” z cudowną muzyką Maurice Ravela jest drugim aktem po przerwie, na którą idziemy piętro niżej, do lustrzanej sali z bufetem z winem i wykwintnymi zakąskami (nic nie kupujemy).
Jest najbardziej taneczny i tańczący. W jednej z sekwencji bardzo śmieszne koło tancerzy goniących się suczo i samczo, wygląda tak, jakby ten przyrodzony gatunkowi ludzkiemu pęd ku śmierci poprzez seksualność był celowo tak zwariowany, tak wirujący i tak witalny. Po kilku szybkich scenach wzajemnej agresji, czułe sceny przyciągania do siebie kochanków zachwycają publiczność swoją siłą perswazji tanecznego języka. Jest to popis umiejętności Byrda, użycia ruchów ostrych, nagłych kroków baletowych z wykrzywionymi górnymi partiami ciała, szybkimi zmianami kierunku, zwłaszcza w odniesieniu do czterech tancerzy męskich. Linia żeńska tak samo agresywna i drapieżna, jednak po kobiecemu miękka. Płcie są tutaj bardzo wyraźnie jeszcze oddzielone, szczególnie ilustruje to scena brutalnego obmacywania kobiet stojących w szeregu z mężczyznami, jak zwierząt na targu. A później wybuch przemocy, przemocy romantycznej pomiędzy czterema kobietami i mężczyznami w symulowanych aktach płciowych nie mającej jednak nic wspólnego z seksualnością przedstawianą realistycznie. Tancerze leżą na podłodze, ich uda dalekie są od wszelkich potocznych aluzji i kontekstów, a jednak taniec jest niezwykle zmysłowy i erotyczny. Potem szaleńczy taniec na parkiecie, który następnie zostanie brutalnie zatrzymany. Ciężko oddychają, wycofują się, odpychają, mają do siebie obrzydzenie. Mają mokre od potu koszule, mężczyźni przenoszą jeszcze tancerki nad głową, robią perfekcyjne piruety i pozostawiają je na podłodze. Kobiety lśnią od potu, mięśnie ich długich nóg są napięte. Opadają na krzesła, na podłogę, są wycieńczeni, zużyci, zmarnowani.
Jest przerwa i krążę po Studio, obserwuję ludzi, którzy w lustrzanej sali piją wino na stojąco, odbijają się w wysokiej sali luster z drążkiem do baletowego treningu. Oglądam szafki pełne baletek w koszu rzeczy zagubionych i odnalezionych.
Ostatni akt to „Tęsknota” do muzyki Johannesa Brahmsa, najkrótsza i zarazem najbardziej stabilna część tryptyku. Symbolicznie brakuje jedne osoby, jest już tylko siedmiu tancerzy. Na sali ustawiono krzesła, dzięki czemu publiczność i tancerze mogą trochę odpocząć od intensywności przeżyć. Tu już rozgrywa się językiem tańca dramat rozstań, nieodwracalnego rozszczepienia kochanków, romantycznego, bezpowrotnego rozbicia, brak powrotu do ubiegłowiecznych form.
Wielki profesjonalizm tancerzy i choreografia Donalda Byrda zostają nagrodzony owacjami na stojąco. Kelly Ann Barton, Ty Alexander Cheng, Kylie Lewellan, Vincent Lopez, Amber Mayberry, Joel Myers, Tory Peil, Patrick Pulkrabek, Bonnie Boiter-Jolly, Sarah Poppe kilkakrotnie wychodzą i się kłaniają.
Potem na scenę stawiane są dwa krzesła, na którym siada Donald Byrd i prowadzący spotkanie młody mężczyzna i rozpoczyna się dyskusja o spektaklu z widownią.

W tę piękną sobotnią noc październikową, wyjątkowo ciepłą, z jeziora Washington jedziemy do centrum Seattle na moją ulubioną ulicę Broadway, idziemy do kawiarni Dilettante Mocha – wbrew swobodnemu, punkowemu charakterowi ulicy, gdzie odbywają się parady gejowskie i halloweenowe – do wyjątkowo ekskluzywnego lokalu znanego z drogich wyrobów czekoladowych. Czekolady nie znoszę i do ust nie biorę, toteż po tym, jak doczekaliśmy się, stojąc u wejścia, wolnego stolika dla czterech osób, do którego nas powiodła usłużna kelnerka, syn zamówił mi szarlotkę z bitą śmietaną, a oni zjadali czekoladowe torty z kawą, która miała na powierzchni filiżanki brązowo kremowy wzór z mleka i kawy. Obok nas siedziały randkowe pary przy stolikach blisko okna mając prze sobą całą wspaniałą, ruchliwą w ten rozświetlony wielkim miastem wieczór ulicę.
Dilettante Mocha Martini Bar na Broadwayu reklamowany jest jako najbardziej romantyczne miejsce, jest ogromny, posiada jeszcze inne sale, pełne o tej porze gości przy stolikach z zapalonymi świeczkami i puddingami, wszystko tutaj płonie tak, jakby miało za jedyny cel być konkurencją dla rozgwieżdżonego nieba i rozświetlonych, pnących się w górę wieżowców.

Dyrektor Spectrum Dance Theater Donald Byrd z autorką bloga

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 4 komentarze

Dziennik amerykański (25)

15 października 2010, piątek. Próbuję właśnie na moim sieciowym blogu zamanifestować inny świat, którego doświadczam i który za kilka dni się już skończy, gdy w drzwiach pojawia się syn i powie, by się zbierać, bo za pięć minut jedziemy do Laurelhurst do baru na obiad.
Sand Point Grill jest w dzielnicy, gdzie przyszedł na świat Bill Gates w którymś tutaj stojących zamożnych domach, lokal, do którego wchodzimy, jest niewielki, ale bardzo elegancki. Tęga kelnerka prowadzi nas, jak kogoś wyjątkowego, do czteroosobowego stolika w rogu sali, skąd mogę dowoli obserwować sąsiedni stół zapełniony Japończykami. To chyba licealna młodzież, jeden chłopak jest otyły, zachowują się hałaśliwie i swobodnie. Siedzą z dziewczynami przy długim stole po czterech w jednym rzędzie, ubrani w podkoszulki lub sportowe bluzy, dziewczyny mają ładne, długowłose, czarnowłose i szczupłe. Przy innych stolikach siedzą rodziny z dziećmi lub pary przyjaciół, w środku każdego stolika jarzy się w pucharze świeczka, cały bar tonie w przyjemnym i bezpiecznym stanie poczucia odpoczynku i sytości. Kelnerka wnosi coca colę z lodem, co nadpijemy, to uzupełnia, syn walczy ze mną, chcę cały czas coś zaoszczędzić i za karę zamawia mi monstrualny półmisek frytek z pieczoną rybą i mnóstwem sałatek i sosów. Zanim to w kuchni wykonają, dostajemy na stół przekąski z serami, migdałami, oliwkami i paprykowymi chipsami na długim fajansowym, białym półmisku, a Susan opowiada, jak było u jej rodziców w Teksasie. Porcje są nie tylko niemożliwe do zjedzenia dla mnie, ale Susan też nie daje rady, zabierają nam talerze i zwyczajem amerykańskich restauracji dostajemy niezjedzoną część potraw w tekturowych pudełkach do zabrania do domu.
Robi się późno, do baru wchodzi coraz więcej ludzi i coraz więcej siada za kontuarem z alkoholem, więc wychodzimy, syn mnie i męża zawozi do domu, sami jadą jeszcze do sklepów kupić komodę, a ja otwieram laptop i znajduję list od Profesora donoszący, że Leszek Chudziński, założyciel Radia Wisła, a przede wszystkim poeta, chce się ze mną spotkać. Odpisuję, że jeśli, to tylko teraz, jutro idziemy na balet, pojutrze jedziemy do Mount Rainier. Dostaję wiadomość, że za pół godziny po mnie przyjadą.
Nim zdążyłam wybiec z najniższej kondygnacji domu, gdzie jest nasza sypialnia, otworzyć drzwi, rozległ się drugi dzwonek. Państwo Chudzińscy, zaniepokojeni absolutną ciemnością pierwszego piętra już się oddalali, ale jeszcze są, witamy się, przedstawiamy, chcę z nimi wyjść, oni wchodzą, bałagan straszny, nic nie przesunęło się w układaniu rzeczy, jak w komedii pomyłek nagle ja znowu wchodzę do domu, państwo Chudzińscy wchodzą. Okazało się, że wskutek złego zinterpretowania maili, nasze spotkanie miało odbyć się tutaj, o czym dowiedziałam się dopiero od zaproszonych, jak w bajce Brzechwy, gdzie Pchła Szachrajka bal organizowała u Szerszenia nie powiadomiwszy go o tym. Siadamy wśród tego monstrualnego bałaganu, próbuję jakoś zdjąć ze stolika papiery, gdzie pan Leszek stawia białe wytrawne wino. Przynoszę kieliszki i herbatę, siadamy na kanapie, którą też szybko udaje mi się uwolnić od kotów i zwałów narzut i jaśków. Szukam wyłącznika światła, by włączyć intymniejsze oświetlenie, spanikowana lecę do męża, on leży w łóżku i po porannej wycieczce na rowerze i kolacji, jest nieprzytomny, już zasypia, państwo Chudzińscy milcząco czekają, przestaję się przejmować i siadam z nimi. Wino nam jakoś pomogło, okazało się, że jesteśmy wszyscy z różnicą jednego roku w tym samym wieku, pijemy winem bruderszaft. Bożena jest ze Szczecina, Leszek studiował w Poznaniu, wyemigrowali w latach siedemdziesiątych. Wspominamy Zenona Laskowika, z Leszkiem prowadził na uczelni kabaret. Jak kabaret „Tej” przyjechał na naszą uczelnię do Wrocławia, to ich występ z racji antyrządowych skeczów był elitarny, tylko do jednego występu dla wąskiego kręgu, ale po tych czterdziestu niemal latach bardzo dobrze ich pamiętałam. Przywołany obrazek, doświadczenia dane naszemu pokoleniu nas zbliżyły. Leszek drukował już swoje wiersze w pismach literackich przed emigracją, teraz chce coś w Polsce wydać, ja do żadnego wydawnictwa nigdy w życiu nie startowałam, nie mogę nic poradzić, polecam stronę portalu liternet.pl, gdzie cały czas są aktualizowane napływające do redakcji tomiki wierszy i jak się na nie naciśnie, to można spisać adresy wydawnictw mniejszych, które w Polsce wiersze wydają. Jest ich mnóstwo, na wypadek, jakby te główne i najsławniejsze nie odpowiedziały, są też i takie możliwości. Leszek wręcza mi wizytówkę, jest pracownikiem tej najpiękniejszej biblioteki na świecie, strasznie mi jest żal, że nie wiedziałam wcześniej, może by mnie oprowadził, objaśnił funkcjonowanie, może bym i nawet zajrzała do maszynerii automatycznego sortowania książek. Ale za to zdradza tajemnice wypożyczeń, skończył rusycystykę już w Seattle i jest odpowiedzialny za zakupy literatury rosyjskiej, zdradza mi, ile Rosjan wypożyczyło w Seattle rosyjską wersję „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną” Doroty Masłowskiej. Jestem zachwycona tym, że ma taką wspaniałą pracę, mówi, że też jest bardzo zadowolony. Ostatnio pozwolił sobie na dowcip i napisał wiersz po angielsku i wysłał pracownikom urzędu miejskiego odpowiedzialnym za likwidację budki, która stała zawsze na przystanku autobusowym i chroniła pracowników, którzy spod biblioteki wsiadali i wracali do domu. W tym deszczowym mieście budka nam jest potrzebna, zakończył wiersz mniej więcej w tym stylu Leszek Chudziński, Senior Librarian The Seattle Public Library.
Z Bożeną Chudzińską rozmawiamy o „Bambino” Ingi Iwasiów, na której spotkanie zorganizowane w Klubie Książki Polskiej stawiła się cała Polonia. Bożena Chudzińska jest rodowitą szczecinianką i opisywała inaczej doświadczenia z lat przedstawionych w „Bambino”. Potem zeszliśmy na wulkan Reiner polecany gorąco, natomiast Chudzińscy jechali w przyszłym tygodniu do Kalifornii i San Francisco.
Po powrocie do domu Leszek przysłał mi mailem swój wiersz, „Polna rapsodia”, który jeszcze czytałam, kiedy mąż już spał i zastanowiłam się nad jego modernistyczną formą, uwikłaną w zużyte już w ubiegłej epoce rekwizyty i obrazowanie, ale tutaj brzmiące bardzo świeżo, jak poetycki żart, tak zrytmizowane silnie skoczne frazy, jakby zachowane i zarezerwowane tylko dla tego, kto mówi na co dzień innym językiem. Zastanawiałam się, jak my, uwięzieni w tym języku, skazani na niego, wyrażamy go, czy on nas wyraża i na ile jego sztuczność wynika z potrzeby stworzenia wiersza, a na ile stworzenia nim siebie. Jeszcze na dodatek Leszek jest trójjęzyczny i ma zamiar pisać wiersze w języku angielskim, a ja, która nie znam żadnego właściwie języka dobrze, nawet polskiego, zastanawiałam się zasypiając, jak niewiele trzeba, by ograniczyć go tylko do tej ożywczej siły, która zmienia nastrój i zaczyna zastępować niezmienność mitycznej poezji na panowanie przeszłości nad teraźniejszością. Stwarzamy się poezją na nowo, ciągle się odradzamy, przyporządkowujemy się wspólnotom, które zaświadczają o naszej gorącokrwistości, o tym, że stanowimy inteligentną formę istnienia białka.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , , , , , , | 9 komentarzy

Dziennik amerykański (24)

14 października 2010, czwartek. Czekam na panią Aleksandrę, ma po mnie przyjechać na umówione spotkanie do restauracji Sunlight Cafe. Jestem sama w domu, Susan już chyba od siódmej rano jest w pracy, mąż pojechał gdzieś na rowerze, a syna i Bryana też dzisiaj nie widziałam, pojechali kręcić film do szpitala. Gdy rozlega się dzwonek, właśnie jestem w trakcie odpisywania Profesorowi na mail, ale szybko zamykam laptop i wychodzę schodami w górę, by otworzyć. Z Hanią, pomysłodawczynią ponownego spotkania przeszłam na ty w trakcie rozmów na blogu, Pani Aleksandrze podaję oficjalnie rękę na powitanie. Wkładam buty, zapominam torebki, wracam w dół schodami, wrzucam w torebkę aparat fotograficzny i szminkę do ust. Pani Aleksandra tymczasem rozgląda się po domu zdezorientowana, bałagan jest tu astronomiczny, w holu stoją nierozpakowane walizki i zrzucony sprzęt fotograficzny leży na podłodze tak, że trzeba przeskakiwać. Gdy już jedziemy jej czerwonym samochodem przyznaje się, że jednak wchodząc do domu była i tak mile zaskoczona, bo była pewna, że mieszkamy w tym domu, który się wczoraj spalił, a który dzisiaj wygląda jak melina. Jedziemy w górę, w obszar ulicy Roosevelta, w północne Seattle, widocznie Hania wybierała tę knajpę ze względu na odległości naszych domów, jednak Franklin Delano Roosevelt zawsze będzie kojarzył się z Jałtą i jego wielką nieskrywaną miłością do Stalina, Polska dla Roosevelta była tyle co nic, nic go nie obchodziła nasza niepodległość, nasz los, jak nas przehandlowywał ubóstwianemu Stalinowi, jak robił z nas mu prezent, jak nas mu dawał na pożarcie. Widocznie masochistycznie to nasze babskie, pokoleniowe spotkanie musi się odbyć na tej wspaniałej ulicy, która była podobno zwyczajną ulicą Dziesiątą i którą przemianowano by tego fatalnego dla Polski prezydenta uhonorować.
Pani Aleksandra parkuje przed restauracją, wrzuca w bankomat monety, wchodzimy do lokalu o dużych oknach, ścianach wypełnionych malarstwem lokalnych artystów, wystrój jest prosty, stoły mają drewniane, ekologiczne blaty. Na blogu restauracji przeczytałam, że jest najstarszą wegetariańską restauracją w mieście prowadzoną przez hipisów z lat siedemdziesiątych.
Pojawia się już Hania z Panią Leną, Hania przyjechała z córką, ale zostawiła ją w sklepie przy tej samej ulicy, wybiera tam koraliki, jest teraz zafascynowana biżuterią. Pani Lena pokazuje z dumą bransoletkę z bursztynów zrobioną przez córkę Hani. Nie mam pojęcia, w jakim wieku są te kobiety, ale ponieważ ja w każdym towarzystwie czuję się jakbym miała 300 lat, więc jako najstarsza z miejsca proponuję przejście na ty, co zostaje od razu zaakceptowane. Wznosimy bruderszaft wodą z lodem w oszronionych zimnych szklankach, śliczny kelner od razu uzupełnia je, równocześnie przynosząc karty dań. Nie mają tutaj mojego ulubionego szejka, widocznie nie jest to napój wegetariański, chłopiec przynosi mi w zamian koktajl owocowy, skład i nazwy owoców wymienia przez kilka minut. Dziewczyny zamawiają zupę wegetariańską i jakieś skomplikowane dania, których zawartości ani składników nie identyfikuję, a nie chcę się tak wścibsko dopytywać. Lena na razie – nim kelner przyniesie jedzenie i spyta po raz kolejny, czy nam jest dobrze – podsunie mi przyniesiony album wydany przez Muzeum Śląskie w Katowicach, gdzie upamiętniono jej brata. Brat Leny, żołnierz AK zmarł 14 lat temu w Polsce, był w wieku mojej mamy, nazywał się
Zdzisław Stanek. Jak czytam w albumie, to jeden z mniej znanych członków grupy St-53, a jednocześnie jeden z wierniejszych uczniów jej patrona – Władysława Strzemińskiego. Dalej Julian Przyboś ogłasza go za najzdolniejszego i najbardziej utalentowanego z całej grupy. Znam wszystkich artystów, którzy w czasach szalejącego stalinizmu zakładali tajne stowarzyszenia i grupy artystyczne na Górnym Śląsku, ponieważ co jakiś czas odbywają się w naszym regionie wystawy upamiętniające ich heroizm, ale niestety, brata Leny nie znałam i nie pamiętałam. Faktycznie, w tym albumie, który sobie po powrocie dokładniej zobaczę w Bibliotece Śląskiej lub w sklepie Muzeum Śląskiego, brat Leny Zdzisław Stanek jest, jak to zazwyczaj bywa z najzdolniejszymi i najwartościowszymi, mało eksponowany. Gdy ja już miałam roczek – tylko dzięki refleksowi mojej mamy zawdzięczam, że urodziła mnie w Przemyślu, a nie w Stalingradzie – Zdzisław Stanek zakładał z Konradem Swinarskim i innymi sławnymi potem ludźmi kultury polskiej grupę malarzy, której możność zaistnienia zawdzięcza nazwie ST-53, która aparatczykom od kultury mogła wydać się apologią nowej nazwy Katowic, wymyślonej przez sławnego pisarza śląskiego, Gustawa Morcinka. Wewnętrznie – nazwa mogła odnosić się do nazwiska Strzemińskiego, też do samego Stanka, założyciela Grupy, zewnętrznie – do Stalinogrodu.
Oddaję album Lenie, by go nie poplamić, już wnosi nasz śliczny kelner dania. Krępuje mnie to stawianie mi jedzenia, szczególnie, że własnych pieniędzy nie mam, jak uda mi się przechwycić jakieś dolary między płatnościami kartą płatniczą syna, jak on coś kupuje, to przeznaczam na upatrzony strój Gucia wyprodukowany przez firmę Disneya dla dwuletniego synka mojej bratanicy. W końcu ja też miałam brata.
Nie wiem, jak wyrazić Lenie swój zachwyt i podziw dla odległej działalności jej brata. Tacy utopiści – a przecież Władysław Strzemiński to utopista, zapłacił za utopię wysoką cenę – to jednak wartość jedyna, w konsekwencji tylko ona po nas zostaje. Jedynie te idee. Brat Lena Wrożyńskiej pół wieku temu robił zupełnie coś innego niż mu kazali, niż było modne, knował właściwie w jakiejś abstrakcyjnej sprawie, w kompletnie nie rokującej beznadziei, a jednak tylko ten sprzeciw wtedy był ważny, bo co można było zrobić jak Państwo zniewoliło w socrealistycznej, obowiązującej doktrynie wszystkich obywateli, granice zamknięto? Ola, absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie opowiada o czasach nowszych, z rodziną opuściła na zawsze Polskę w stanie wojennym, mówi, że nie mieli innego wyjścia. Emigracja polityczna, to był wybór w jedną stronę. Mówi, że obiecali im roczną naukę języka angielskiego i było tak dużo emigrantów, że nie sposób było się dostać, czekali następny rok na ten kurs… Wszystko chyba w sumie było trudniejsze, niż dla emigracji politycznej w Europie. Przenosimy się teraz z rozmową do Seattle, do Radia Wisła, które grzecznie chwalę za to, że pomaga tym, którzy przyjeżdżają, że też można tam dawać ogłoszenia, szukać pracy, korzystać z doświadczeń rodaków, czuć ich przychylność, wsparcie. Ale Radio ma ambitniejsze założenia, częścią Radia jest Klub Książki Hanny Gil, ponieważ ona na fali radiowej też o swojej działalności w nim opowiada. A mówi o najnowszych dokonaniach polskiej literatury. Radio jest dla bardzo dużej części Polaków w Seattle, więc musi być bardzo otwarte na różne potrzeby. Aleksandra Monk w Klubie „Oko” przypomina tam polskie filmy stare i najnowsze. Czytanie dobranocek dla dzieci, wierszy Tuwima, to przecież nie konkurencja dla dostępnych już audiobooków, ale przypominanie Polakom, by hodowali dzieci dwujęzyczne. Rozmawiamy więc o Radiu jako o czymś sygnalizującym, czymś społecznym, publicystycznym, a nie artystycznym. A jednak żal mi tego miejsca, które musi być takie, jakie jest, bo przecież nawet charytatywna, społeczna praca tych tu siedzących przy stoliku Polek, mówiących najczystszą polszczyzną nie zdoła wpłynąć na całą Polonię i na jej bardziej intelektualny charakter, ponieważ przeznaczone jest dla wszystkich członków wspólnoty mówiącej tym samym językiem, ale o różnorakich zainteresowaniach.
Piję swój pyszny koktajl przez szeroką słomkę tak, by kawałki owoców mogły być wessane i już na nic nie nalegam, bo wiem, że nie ma jak dla Chrystusa, miejsca na moją głowę na tej ziemi, tak i nie ma w Radiu Wisła. Lena mówi, bym pisała „Listy z Polski”, najlepiej nagrywała i słała pliki, ale obie wiemy, że jest to niemożliwe. Ja mam słać? O czym? Mam opisać mój cmentarz, który faktycznie na Wszystkich Świętych wygląda ładnie w nocy, ale tylko wtedy, jak nie widać tych potwornych pomników z lastrico w kształcie łóżek. Literatura? Nie mam co szukać w Klubie Książki Polskiej Hanny Gil, ponieważ nic nigdy nie wydam, a tam w bibliotece publicznej w Seattle omawia się książki na polskim topie, książki wydane i nagrodzone. Mój sprzeciw dzisiejszej sztuce, a szczególnie literaturze, jest nikomu niepotrzebny, ponieważ książek uznanych jest tak dużo, poziom samozadowolenia i zachwytu tak ogromny, że przelewa się nawet na ostatnie przyczółki artystycznej wolności, na portale sieciowe. Portalom literackim, startującym z wielką energią po polskich przemianach zdawało się, że Internet w przejściu z artzinów do Sieci pomógł i nagłośnił, tymczasem powoli wchłania ich ruch oficjalny, by z roku na rok wszystko umartwiać. W tej chwili na portalach literackich wszelki głos wolnościowy jest natychmiast uciszany i paraliżowany. Dąży się do deprecjonowania Sieci, ośmieszania jej najszlachetniejszych przejawów. Pogląd, że sprzeciw wobec słabizny poetyckiej może pochodzić jedynie od słabego poety jest już powszechny i utrwalony.
Zresztą Polonia, kultywująca w kółko opłatek wigilijny i Święto Niepodległości, nie ma pojęcia, co tu się tak naprawdę dzieje. Bo co taki Polak może wiedzieć w Seattle o tym, że pójdzie na manifestację w tym najbrzydszym miesiącu roku 11 listopada 23 pochody, które trzeba w Warszawie osłaniać, asekurować, a i tak wszystko zakończy permanentną awanturą i tak to świętowanie wygląda, w dalszym ciągu jest to jakiś sado masochizm, a nie radość i wolność. Co Polak w Seattle ma ze świadomości przynależności plemiennej do wspólnoty, która się samo unicestwia. Przecież i tak nigdy nie pojmie, co się w Polsce dzieje, ponieważ nawet Polacy nie są tego świadomi doświadczając swojego absurdalnego żywota, na co dzień. Jeśli, jak napisał w swoich książkach Profesor Kazimierz Poznański pożarliśmy już majątek kilku pokoleń Polaków, to teraz pożeramy samych siebie nie korzystając z tego, że świat jest otwarty i zupełnie inny, niż im się wmawia.
Ale rozmawiamy już o czymś innym, nasze spotkanie staje się coraz żywsze i przyjemniejsze, nie mówimy już na tematy poważne, śmiejemy się, kończymy obiad, kelner robi nam zdjęcia aparatami Leny i Oli, dziewczyny płacą rachunek, Lena obiecuje, że jak będzie w Polce w maju, to mnie odwiedzi. Idziemy jeszcze do sklepu Alexander’s Bazaar Bead, gdzie czeka na mamę szczupła dziewczynka, córeczka Hani i trzyma tackę z wybranymi koralikami.
Sklep jest imponujący, oprócz wiszących na niekończących się regałach sznurów korali, niezliczone kaszty z przegródkami stoją pod nimi z kamieniami szlachetnymi, w gablotach za szkłem widać prawdziwe perły i klejnoty, wszystko to albo do hobbistycznego nizania, albo do wyszywania strojów, lub zamawiania gotowej biżuterii według własnych projektów. Stoimy w tym nadmiarze, ulica Roosvelta jest zalana światłem, wpada tu przez oszklone witryny, sączy się ze wszystkich kinkietów i białych paneli sufitowych na iskrzące się, barwne wspaniałości, a my wkładamy dłonie w tę gigantyczną, stojącą po środku skrzynię wypełnioną szlachetnymi, szlifowanymi minerałami tak, jakby sezam z Baśni tysiąca jednej nocy otworzył się na nasze hasło, nam tylko znane.


Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , | 7 komentarzy

Dziennik amerykański (23)

13 października 2010, środa. Susan przylatuje z Teksasu po południu, syn postanawia teraz pojechać do Centrum Handlowego i kupić stół pingpongowy, na którego zakup złożyli się z Bryanem i postawią go na zadaszonej werandzie najniższego poziomu domu.
Syn montuje na dachu samochodu bagażnik i wyjeżdżamy w ten kolejny, upalny dzień, ja w swojej kretonowej sukience drukowanej w buzie dziecięce, kupionej w Portlandzie, z którą nie mogę się rozstać, pomagam mu. Jedziemy już słoneczną, czteropasmową autostradą do kolejnego molocha sklepowego, do całego kwartału handlowego Seattle, gdzie w krytych pasażach wielopiętrowych mieszczą się sklepy Aeropostale, Ann Taylor, Banana Republic, Bath & Body Works, Bed, Bath & Beyond, Burlington Coat, Eddie Bauer, Old Navy, Adidas, Ann Taylor, Banana Republic, BCBG Max Azria, Burberry, Calvin Klein, Coach, Gap Outlet, Guess, J. Crew, Kenneth Cole, Nike, Polo Ralph Lauren, Tommy Hilfiger i wiele innych, i nasz – Sports Authority – do którego jedziemy kupić stół.
Parkujemy w podziemnym garażu, windą jedziemy na wyższe kondygnacje poziomów betonowych, jest ich osiem, ale Sports Authority znajduje się zaledwie na trzecim. W windzie dużo kobiet ubranych w zakutane wschodnie stroje, długie spódnice i chusty, więc moja długa sukienka nie robi na nikim wrażenia. Kobiety wożą windami plastikowe, czerwone wózki, krążą wśród tych pięter i sklepów jakby nikomu nie przynależne, zostawiane dopiero na dole w garażu. Mąż z synem zostawiają mnie w ogromnym sklepie sieci Ross, gdzie są markowe ubrania, kosmetyki i różnorakie przedmioty w cenach o ¾ niższych, ponieważ nie sprzedają się dobrze, bądź końcówka serii, lub mają uszkodzone opakowania, są olśniewające i wspaniałe, jednak i tak w moim pojęciu bardzo drogie, nic tam nie kupuję, pozostaję przy kontemplacji Barbie i Kena, mają teraz nogi, które można zginać, wydają też odgłosy, te przebrane za postacie disnejowskie mają mrugające ubrania wmontowanymi żaróweczkami i nagrania w brzuchach całych melodii filmowych sygnalizujących dziecku to, że zaraz odbędą się czary. Jest ascetyczny nurt lansujący małą czarną, która w latach sześćdziesiątych była problemem dla mojej mamy, bo mała czarna musiała być szyta z czystej, cienkiej wełny, której nie można było dostać nawet na ubranka komunijne, obowiązkowe na Śląsku w tym kolorze. Kilkadziesiąt Barbie nosi tylko czarną, krótką sukienkę w różnych wariantach, Ken natomiast wraca do garniturów z szorstkich, o przytłumionych barwach materiałów, a obok są jedynie barwne ich cienie, przebrane karnawałowo i halloweenowo. Ten sztywny podział jest może zapowiedzą lat nadchodzących, kiedy wróci sztywna elegancja, na razie Amerykanie na ulicy chodzą w dalszym ciągu w luźnych, wygodnych i różnorodnych strojach i dzięki temu wszyscy stają się jednakowo ważni, barwni i witalni.
Syn z Markiem idą kupować stół, tak duża rzecz jest w czeluściach magazynowych na najniższej kondygnacji, musimy czekać, wchodzę tymczasem do hali Sports Authority przypominającej bardziej hangar samolotowy niż sklep. Na dodatek jest zupełnie pusto, toteż odprowadzona pytającymi spojrzeniami obsługi czuję się nieswojo oglądając to, co jest mi tak duchowo obce, czego z całego serca nie lubię. Już jako dziecko stawiałam opór przymusowemu oglądaniu Wyścigu Pokoju, co należało do sakralnych obrzędów, nie tylko polskiego domu, ale osiedla, szkoły, państwa. Ktoś, kto nie kibicował Królakowi nie miał czego szukać w żadnej wspólnocie, a ponieważ nie było też żadnej alternatywy do tego patriotycznego zrywu, kumulowano w ten ostatni odcinek wjazdu kolarzy na Stadion Dziesięciolecia w Warszawie wszystko, co Polak zdołał jeszcze z przedwojennego entuzjazmu zachować. Wymykałam się wtedy sama z mieszkania, cicho, by mnie nikt nie zauważył, zresztą i tak nikt by nie zauważył, ale tak chciałam wierzyć, że jednak by zauważył, że robiłam to cicho, brałam skakankę i skakałam sama na zupełnie pustym, majowym podwórku, gdzie żadne dziecko nie ośmieliło się przyjść, wyłamać i nie uczestniczyć w patriotycznym misterium.
Tu też jest tak samo cicho, widocznie wszyscy są gdzieś indziej, ja zostałam sama, wydana na pastwę tym wszystkim przedmiotom, których przeznaczenia nigdy nie odkryję, tych narzędzi tortur psychicznych i fizycznych, a jednak tak zachwycających formą, kolorem i materiałem. Stoją tu w koszach piłki wszelkiego kształtu, od tych wrzecionowatych do amerykańskiego footbolu, do włochatych piłeczek tenisowych, i śliskich golfowych. Golf ma tutaj specjalne kwatery, nie wiedziałam, że potrzebuje ta, zdawałoby się, prosta gra, aż takich kosztownych akcesoriów, aż takiego zużycia szlachetnych drzew. Pod sufitem sterczą kajaki, rowery, dziwne pojazdy, wózki. Całą ścianę zajmuje sprzęt zimowy. Nie kończą się szeregi wieszaków różnych strojów, butów, nakryć głowy, okularów, rękawiczek i butów.
Wychodzę oszołomiona i zmęczona inwazją takiego nadmiaru, siadam na ławce i rozmyślam nad tym fenomenem ping- ponga, w którego nigdy nie lubiłam grać. Jak kupiłam pole na wsi i założyłam pasiekę, do remontu zajętego, małego domku nie udawało nam się nic kupić. Podobno w latach osiemdziesiątych były jakieś przydziały na cement, drewno, ale nikt nie wiedział, czy to jest prawda. Myśmy więc domku nie remontowali, poprzestając na tym, co kupić było można. A można było kupić tylko paździerz. Płyty paździerzowe nie nadawały się do remontu, ponieważ w nieogrzewanym w zimie pomieszczeniu paździerz pęczniał i pleśniał, natomiast idealny był na stół pingpongowy. Pomalowane na zielono płyty z białą obwódką emulsją, bo białego lakieru też nie można było dostać, stawiane na nasz stół ogrodowy przyciągnął całą dzieciarnię wsi, i całe wakacje w naszym ogrodzie odbywały się mecze ping-pongowe.
Nie mam pojęcia, jak doświadczenie tego okresu wpłynęło na dzisiejszą potrzebę posiadania przez syna profesjonalnego stołu ping-pongowego, w każdym razie zobaczyłam ich, syna i męża, rozradowanych, nadchodzących schodami, z daleka dających znaki, że już kupili. Trzymali w rękach sandwicze kupione w sieci Jimmy John’s, od na czarno ubranych chłopaków w białych fartuchach i czarnych, bejsbolowych czapeczkach z czerwonym haftem dwóch liter JJ. Wątpię, by ulegli reklamie: „Twoja mama chce jeść w Jimmy John’s!”, co jest zupełną nieprawdą, bo za te pięć dolarów od kanapki chcę kupić sobie Barbie. Byli po prostu głodni i im nie wypadało, kupili mi też dziesięciocentymetrową bułkę francuską faszerowaną tuńczykiem zmieszanym z selerem, cebulą, kiełkami lucerny, ogórkiem, sałatą, pomidorem. Na to ser Provolone oddzielony awokado, majonezem, musztardą Dijon, polane olejem, octem i oregano, czyli sosem vinaigrette.
Poszliśmy z kanapkami do windy, by wsiąść do samochodu i pojechać do doku, czyli kolejnej gigantycznej hali, gdzie odszukaliśmy w jej mroku i ziemnej wilgoci szarych, betonowych słupów i przęseł napis Sports Authority loading only, rozjarzony światłem prostokąt wejścia magazynu sklepu, gdzie dwaj ubrani w czerwone podkoszulki chłopcy już na nas czekali. Kiedy mąż z synem pomagali im wciągnąć na dach samochodu dwie płyty stołu ping-pongowego w tekturowych pudłach i je tam umocować, obserwowałam rozpoczynający kołowanie po pustej przestrzeni hangaru białego tira z namalowanym cynobrem kołem firmy Target Corporation. Logo czyli czerwona, oszczędna tarcza strzelnicza i słowo TARGET w niemal japońskim znaku, w szarości, przy monumentalnym, powolnym rozpoczynaniu jazdy zwalistego samochodu oszczędnie, by jego długi odwłok mógł się zmieścić w za małej dla niego w dalszym ciągu przestrzeni – miało coś z wojny, z bitwy samurajskiej i jej precyzji.
Gdy tir wyjechał i zrobiło się całkiem pusto, a ja jeszcze w lusterku samochodu zobaczyłam oddalające się dwie plamki czerwieni pleców chłopców sklepowej obsługi, ruszyliśmy niepewnie asekurując bagaż na dachu.
Mąż z synem nie zdążyli już zagrać, bo w trakcie montażu stołu syn pojechał po Susan na lotnisko, toteż pierwszy mecz Marek rozegrał z Bryanem bijąc jego sprawność i młodość 4:0.
Zrobiło się ciemno, Bryan poszedł coś zjeść, a my pogrążyliśmy się w pokoju w swoich laptopach, kiedy nagle w drzwiach stanęli Susan i syn z okrzykiem, że się pali, i że nawet, jakbyśmy się spalili, to byśmy nie zauważyli. Zapach pieczenia odczuwalny od jakiegoś czasu i dym poczytywaliśmy, jako dochodzące z kuchni smażenie kiełbas przez Bryana, bo już od kilku dni z kurczaków przeszedł na kiełbasę.
Wybiegliśmy z domu, gdzie stało już pięć samochodów strażackich. Widok był wspaniały. Ich mrugające, czerwone, żółte, niebieskie i białe światła odbijała mokra ulica, oświetlała krwawe karoserie, roziskrzał nikiel drabin, tłoczenie pomp rytmizowało i energetyzowało akcję ratunkową. Łuna ognia z sąsiedniego domu biła w niebo. Mieszkający tam narkomani, którzy przeznaczali kredyt na remont domu na inne cele byli nieobecni. Płomienie ogarniały już cały dach przesuwając się na domy sąsiednie. Po całej ulicy jak węże, ciągnęły się brązowe szlauchy, które co jakiś czas biegający nerwowo strażak przesuwał i prostował, by nie ograniczać wody płynącej do sikawek trzymanych przez kilku stojących strażaków. Stanowiły złotawą, połyskującą plątaninę. Biegły równolegle do srebrnego potoku płynącego wzdłuż krawężnika i kończyły się w klapach gulików pootwieranych na całej, piętrzącej się w górę ulicy. Kiedy ogień zamienił się w syczący dym, a bijący sztywno strumień nagle opadł i ledwo zakapał, cały stojący tłum sąsiadów, wyległy w piżamach i strojach domowych jakby odetchnął w milczeniu z ulgą i zamarł. Nikt się nie odzywał. W tej ciszy, uzbrojony w kask i ognioodporny mundur strażak, asekurowany przez kolegów, kopnął w drzwi, które bez oporu puściły i wyleciała z nich kolejna porcja dymu.
Ludzie powoli rozchodzili się, karetki straży pożarnej opuszczały ulicę, a jeden wóz strażacki czekał, aż ekipa strażaków dokona wstępnej ekspertyzy w środku domu.
Kiedy mąż, syn i Bryan rozgrywali mecze z Susan, która jest bardzo dobrą tenisistką, lampom na werandzie towarzyszyły, niczym świetliki, latarki strażaków, fruwające po czerni sąsiedniej posesji, krążyły, wracały, penetrowały i ten świetlny nocny język mieszał się z bielą piłeczki ping-pongowej, która co i raz wlatywała w rododendrony, gdzie kot Adams się krył, bo się bał i piłeczek, i zagadkowych świateł latarek.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Dziennik amerykański (22)

12 października 2010, wtorek. Po wczorajszym i przedwczorajszym wysiłku w Portland postanowiłam trochę sobie poleżeć z laptopem i zastanowić się nad moim blogiem sieciowym, który zaczął oddzielać się od Polski tak gwałtownie, jak moje ciało rzucone za ocean. Dzisiejszy mail od Hani, którą poznałam w Seattle dzięki blogowi, wyrażał chęć zaproszenia mnie do lokalu z Leną Wrożyńską, założycielką i redaktorem naczelnym polskiego Radia Wisła oraz Aleksandrą Monk, współtwórczynią Radia, założycielką polish film club ‘oko’ i przewodnikiem blogerką Japońskiego Ogrodu w Seattle. Koresponduję więc z Anną Gil – prezesem Klubu Polskiej Książki w Seattle, ustalamy czwartek. Amerykański zwyczaj obowiązkowego zaproszenia do lokalu, czego nie dopełnienie jest podobno grubym nietaktem – pewnie obowiązuje Polaków mieszkających już tak długo w Ameryce. Nie jestem jednak pewna, co do zasadności tego spotkania. Wchodząc na strony Klubu książki, dowiaduję się, że Hania zaprosiła ostatnio Kingę Iwasiów, której książkę „Bambino” dokumentnie zjechałam na blogu i po zapoznaniu się z witryną „Radia Wisła” orientuję się, że mam spotkać coś zupełnie przeciwnego z tym, o co ja przez dziesięć lat w Sieci walczę. Jednak, ponieważ w sensie czysto ludzkim pamiętam te Panie z naszego pierwszego spotkania, zaraz po moim przyjeździe do Seattle, jako niesłychanie miłe osoby, ustalamy nasze spotkanie na czwartek i Ola po mnie przejdzie samochodem. Być może, da się z tego Klubu zrobić jakąś anarchizująca organizacje w stylu „wolnej Europy”, lub „Głosu Ameryki”. Spotkania odbywają się w sali mityngowej w filii biblioteki miejskiej i przecież amerykanie nie zorientują się, o czym się rozmawia. Może zdołam też Dom Polski całkowicie zdemoralizować? Nie udało mi się z żadną organizacją w Polsce, z żadnym Domem Kultury, z żadnym MOK-iem, z żadnym BWA, z żadnym Związkiem Polskich Artystów Plastyków, z żadnym Muzeum Archidiecezjalnym, z żadnym Centrum Kultury. Może uda się tu, na wolnej ziemi, wśród tych Elojów, którym trud życia i zdobywania pożywienia jest obcy, którzy zajmują się jedynie sprawami duchowości polskiej, jej pielęgnacji i przetrwania po wsze czasy, którzy już pokonali gębę pokazaną w „Transatlantyku” i są wolnymi, światowymi ludźmi znającymi literaturę anglojęzyczną w oryginale, doskonale obeznani z najnowszymi prądami intelektualnymi, nieuwikłani w żadne układy, kliki, wydawnictwa, i mogą nareszcie nie knować, a głosić to, co im w duszy gra? Pokolenie inteligencji polskiej, najlepsze pokolenie skazane stanem wojennym na banicję, jaśniejsze, wykształcone na polskich uniwersytetach jeszcze siłami lwowskich profesorów, a nie docentami marcowymi, pokolenie zbuntowane, pamiętające wszystkie szlachetne polskie zrywy antykomunistyczne, pokolenie polskich hipisów, potomkowie akowców i Sybiraków pomoże mi? Może mi coś konkretnego zaproponują? Współpracę? Może nie będę już tak beznadziejnie bezprizorna ze swoim blogiem wystawionym na ciągłą niezgodę polskich internautów, permanentnie oburzonych, zniesmaczonych, niezadowolonych moim bezczelnym istnieniem w Sieci? Bo przeciwko czemu się buntuję? Przeciwko Fidelowi, jak ta słynna Yoani Sanchez, której blog właśnie wydają w Polsce w formie książki? Jej bunt jest przynajmniej bunt wyrazisty. Mojego buntu nikt nie ma zamiaru zrozumieć, bo wszyscy, którzy na mnie natrafiają podczas sieciowego żeglowania, natychmiast traktują mnie jak znalezione w lesie grzyby, które się napatoczyły tym, którzy poszli do lasu, by się tylko przewietrzyć. I patrzą, a tu grzyby jadalne. Więc się cieszą, zabierają, bo się trafiły, bo są za darmo. Trochę ich mierzi perspektywa ich przyrządzania, ten dodatkowy wysiłek, ale jednak decydują się je pozbierać. Po konsumpcji już o mnie zapominają.

Mąż pojechał na rowerze Burke aż pod Space Needle, ale przyjechał zachwycony, bo pogoda jest przepiękna, jakby zrobiła tylko na czas naszego pobytu wyjątek dla zazwyczaj deszczowego Seattle. Przywiózł wspaniałe zdjęcia i liczi zerwane, z drzewa, kolczaste przepiękne owoce, które z synem natychmiast wyrzuciliśmy do kosza, jako trujące i nie wiadomo, czy mąż nie umrze, bo jedną jagodę zjadł, podobno smaczna i słodka.
Udało mi się przy tych owocowych problemach przechwycić komórkę i pogadać z kuzynką w Nowym Jorku, bo Iwonka nie nauczyła się jeszcze obsługi komputera pogrążona od początku emigracji w swoim wielodzietnym macierzyństwie na Queensie. Stanęło na tym, że lecę do niej w przyszłym roku na miesiąc, syn opłaci mi tylko przelot, co może będzie o połowę tańsze niż bilet do Seattle i polecę wtedy, gdy uda się je kupić tanio. Iwonka mówi, że emigracja ‘80 to inteligencja, natomiast ta wcześniejsza, to ludzie najczęściej niewykształceni, tylko do robót fizycznych. Iwonka chodzi na wszystkie imprezy polskie na Greenpoint i zna całą Polonię, ale o nazwisku profesora Kazimierza Poznańskiego nie słyszała.
Dzwonię jeszcze do Kalifornii do kolegi klasowego, którego bardzo trudno zastać, bo cały czas pracuje. Ma krańcowe odmienne poglądy od moich, republikańskie, przedyskutowane już mailowo, jak startował na prezydenta Obama. Mówi, że nie ma nic wspólnego z Polonią, bo to wszystko komuchy. Pytam, czy emigracja ‘80 to też komuchy, a on mi mówi, że wyłącznie komuchy. Bardzo się zresztą rozrzewnił i wzruszył moim głosem, którego nie słyszał czterdzieści lat, ale natychmiast mi podał nazwisko naszego wspólnego kolegi, do którego wysłał po studiach pocztówkę z zagranicy i którą mu zaraz na UB pokazali.
– Wszyscy donosili! – płakał do słuchawki. Nawet on!
Jak to?.. – mówię mu przestraszona – ja nie donosiłam… to nie żaden dowód… ta pocztówka… skąd masz pewność…?!
– Ewa, nie żaden dowód? Skąd by mieli tę pocztówkę? On ją dostał, dziękował mi za nią! Że ja to tam napisałem…Oni mi powiedzieli, że jak nie będę składał raportów, to już paszportu nie dostanę. I nie mogłem już wrócić…

Syn ma do wysłania przesyłki, więc jadę z nim na lokalną, małą pocztę, gdzie wbrew prognozom, że maile zniszczą zapotrzebowanie na usługi pocztowe, jest wielu klientów.
Niesie w słońcu dużą paczkę ładna dziewczyna w czarnych legginsach, obok pies, przywiązuje swojego owczarka szkockiego obok cytrynowej tablicy informującej, że wolno przed pocztą parkować 30 minut za darmo. Wchodzi na pocztę, ja za nią w mojej długiej, bawełnianej sukience wczoraj kupionej w Portland. Odbijam się od szyby a za mną cała ulica przeciwległa, pełna tych drewnianych, wypielęgnowanych domów nabrzeża jeziora Washington. Syn staje przy miejscu z napisem automated postal center, gdzie można przesyłkę samemu sobie zważyć i ostemplować i wrzucić do otworu, płacąc kartą. Ale obok stoi dość długa kolejka gdzie czarna kasjerka robi wszystkie operacje sama pytając za każdym razem klientów, witając ich, dziękując i żegnając. W drugim skrzydle ciągną się ściany skrytek, wszystkie mają kolor mosiądzu z ciemniejszymi ramkami. W środku drzwiczek wieloramienna gwiazda z wejściem na kluczyk i szafirową tabliczką, na której wytłoczone są białe numery złożone z pięciu cyfr.
Wychodzimy już, mijamy wolno stojące przed pocztą białe skrzynki FedEx-u, dziewczyna też wychodzi, zdążyła nadać swoją paczkę, teraz klęczy przy swoim psie i odwiązuje smycz, i oddalają się, a przed nimi kroczą ich wydłużone cienie, bo zbliża się wieczór.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz