Dziennik amerykański (27)

17 październik 2010, niedziela. Susan daje mi czapkę, rękawiczki, puchową kurtkę i buty, na Mt. Rainier jest śnieg. Syn jeszcze robi kawę do termosów i wsiadamy do samochodu, by jechać pustawą w niedzielne przedpołudnie trasą przez centrum Seattle do Tacomy. Po lewej stronie autostrady wyłania się z porannej mgły biały kształt Rainiera. Miał mieć po tubylczemu imię Tacoma, jednak kapitan George Vancouver w końcu osiemnastego wieku pierwszy Europejczyk, który zobaczył wulkan, nazwał go Rainier, na cześć swego przyjaciela, kontradmirała Petera Rainiera. Potem już tylko zwyczajowa eksterminacja i holokaust plemion Nisqually, Puyallup, Muckleshoot, Yakama i Taidnapam.
Jedziemy wzdłuż Nisqually River, rzeki nieuregulowanej, w jej szerokim korycie płynie teraz wąska strużka wody, ale wzdłuż brzegu widać ślady potęgi żywiołu: sterty gałęzi, konarów, a nawet całych drzew. Dojeżdżamy do Elbe, małej osady potomków niemieckich emigrantów, stoją tutaj zabytkowe parowozy już nieczynnej linii kolejowej Scenic Railroad (MRSR). Są jeszcze tory, które przechodzą przez gęste lasy. Kilka sklepów z pamiątkami, pozostałości po stacji kolejowej, kasy, małe sklepiki spożywcze, budki z hamburgerami, pizzą i kawą. Na wagonach reklamy w kształcie hamburgera lub gałek lodów. Mijamy tablice informujące o pomocy bezdomnym. Mijamy wagony kolejowe, przerobione na restauracje z widocznymi jarmarcznymi kolorowymi lampkami, które nocą jeszcze bardziej kuszą romantyczne i nostalgiczne. Stajemy tutaj, Susan z synem idą do sklepiku po orzeszki i kanapki, ja idę trochę torami zobaczyć rzekę, jakiś człowiek z daleka macha mi na dzień dobry przyjaźnie.
Potem wjeżdżamy już na teren Parku, przed wjazdową bramą w stylu pruskim pole biwakowe. Duże wagony – przyczepy zaadaptowane na domy wyraźnie zamieszkałe, wylatują dwa rasowe psy radosne i przyjazne. Tu jeszcze stoi Gateway Inn, zajazd wybudowany w1930 roku i prowadzony przez potomków założycielskiej rodziny do dzisiaj. Byli tu, jak głoszą reklamy, John Wayne i William Holden. Zabudowania są faktycznie ubiegłowieczne, disneyowskie, mała restauracja, sklepik z pamiątkami, kolonia domków campingowych przezierająca zza wysokich drzew iglastych przypomina kadry z „Królewny Śnieżki”. Okna drewnianych, tylko impregnowanych domków traperskich z bali mają czerwone okiennice i serduszka. Przyjechali tu motocykliści na harleyach, ale przed bramą wjazdową z dużych, drewnianych bali, gdzie na czarnej desce prosty biały napis: MT. RAINIER NATIONAL PARK ustawiają się raczej tylko samochody. Trochę stoimy, patrzę na te pomalowane na zielono drewniane barierki i budkę telefoniczną, w której ktoś właśnie jest i telefonuje i zastanawiam się ile samochodów zanieczyszcza ten park, bo inaczej się go raczej nie zwiedza. Powietrze jest w dalszym ciągu zupełnie inne, kryształowe i absolutnie czyste, chce się żyć, słońce będzie cały dzień bez ani jednej chmurki. Wszystko, co zobaczę tutaj to tak jakbym już to wszystko widziała w innej formie, w jakimś umownym, zniekształconym dzieciństwem kodzie, jednak jest to deja vu poddane preparacji przez kulturę popularną i teraz bardzo trudno spotkać pierwowzór nie odnosząc się do tych utrwalonych obrazów. Gdy syn wręcza strażniczce kartę płatniczą, a ona mu potrąci z niej piętnaście dolarów, zobaczę w niej jedynie Strażnika Smitha Parku Yellowstone, z którym miś Yogi miś Boo Boo mieli zawsze na pieńku. Kobieta ma taki sam kapelusz z płaskim rondem i harcerski strój skauta, wykonuje swoją pracę w skupieniu i automatycznie, wabi, jak kelnerki w amerykańskich restauracjach, jest jakoś bardziej nastawiona na zniechęcanie, a w najlepszym razie na brak aprobaty.
Jedziemy serpentyną, mając cały czas po jednej stronie niebezpieczny stok i dramatycznie wyglądające suche koryta rzek pokryte kamieniami i lawą wielkich rozmiarów, jakby przeszedł tędy beztroski olbrzym w swoich buciorach, powyrywał drzewa, a kopnięciem rozkruszył skałę. Wysiadamy, jadący przed nami Niemcy też wysiadają. Mają psa, psa wolno tu trzymać tylko na smyczy, właściwie niczego tu nie wolno, cały czas przypominają o tym białe tabliczki z przekreślonym ogniskiem, rewolwerem, psem i rowerem. Idziemy z Niemcami drewnianym japońskim mostkiem, faktycznie za chwilę tablica, że wykonali go Japończycy. Otwiera się, jak w kinie, widok na białą, przerażającą górę, która dla Indian na pewno była bogiem, a jeśli nie bogiem to na pewno jego powolnym narzędziem, bo oplute wokół tereny jak po wielkiej demolce przyrodniczej świadczą o tym, że istnienie tak kosztownej góry nie jest bezkarne, jak się pogniewa, to nie na żarty. Oszklona tablica mówi, że rzeczka przed nami to niebezpieczna Kautz Creek, dopływ Nisqually, jest stromo, koryto pokryte błotnymi i rdzawymi resztkami po lawinach, jednak kiedy wzbierze, zalewa wszystko, niesie jakieś monstrualnej wielkości głazy, fotografie na tablicach ilustrują tę powódź i bezwzględność żywiołu.
Porośnięte stoki górską choiną, bo nie można nazwać tego choinkami, mają po30 m wysokości, igły niebieskawo zielone z purpurowymi szyszkami o tej porze roku dają uczucie majestatu i monumentalności. Pierzcha trochę infantylny Disney, ma się uczucie, że to wszystko nie przelewki. Wracamy do samochodu, za oknem dramatycznie ciągnie się obraz szarych koryt rzek pokrytych głazami, w których jak zapałki porozrzucane trzydziestometrowe pnie sosen, cedrów i świerków. Znowu się zatrzymujemy, tym razem przed wodospadami, które chciano przehandlować, na wody lecznicze, ale wszelkie nowojorskie ekspertyzy odrzuciły te indiańskie przekonania, zresztą wszystko tutaj dąży do odczarowania Parku, który czaruje sam sobą nawet najbardziej radykalnych ekologów, którzy uważają, że Parki Narodowe to kolejna bzdura i oszustwo chytrych korporacji. Restrykcje są cały czas egzekwowane, kary są tak duże, że nikt nie zaryzykuje ich łamania. W parku stoją toalety bo nawet odchody ludzkie mogą być zagrożeniem dla zwierząt. Nie wolno nie tylko palić papierosów na tak ogromnej połaci Wilderness Tip (około 150 km ścieżek okrążających wulkan, na które potrzeba dwa tygodnie). Tabliczki wskazują wiele stron, my pojedziemy do dużego parkingu do Paradise, ale jeszcze zatrzymamy się na trasie, gdzie próżno szukamy widniejących na tablicach unikalnych ptaków: jastrzębia gołębiarza, małej kaczki morskiej Arlecchino niezwykle kolorowej, a przede wszystkim popularnego teraz z filmików YouTube szafirowo-turkusowego ptaszka Columbian Steller Jay, identycznego jak nasz polski dudek, ale o czarnej główce i czubku, znanego z filmów Disneya jako wyjątkowo wrednego złośliwca. Niestety, ponieważ nie wolno przekraczać granicy asfaltu, mamy małe szanse na zobaczenie Bambi, który tutaj żyje jako jeleń czarno ogoniasty. Nie mamy szans na Niedźwiedzia czarnego, który jest mniej sympatyczny od misia Yogi i w opowiadaniu Sylvii Plath po prostu zjada biwakujących ludzi w parkach narodowych w Ameryce. Być może, że zobaczymy American Gray, czyli wróblowatą muchówkę, faktycznie ptaki są tu zupełnie inne niż w Europie. Nie mogąc iść do tzw. lasu przy tak wybujałej i wspaniałej roślinności wysiadamy jedynie ciągle z samochodu na oznaczonych ku temu miejscach wspinając się coraz wyżej i widzimy panoramę z coraz większej wysokości: rzeki, małe mostki przerzucone przez koryta wypełnione zwałami kamieni.
Dojeżdżamy do parkingu w górnej partii Paradise. Postawiono tu dwa lata temu w miejsce kosmicznego schroniska górskiego o talerzowatym dachu, nawiązującym estetyką do Iglicy w Seattle, nowe. Jest piękniejsze, wraca kształtem do praktycznych rozwiązań ubiegłowiecznej architektury Dzikiego Zachodu. Szarozielony budynek schroniska, gdzie mieści się turystyczne Jackson Visitor Center o surowym wyglądzie zewnętrznym w środku o ciepłym kolorze drewna zalany jest teraz górskim, kosmicznym światłem. W wysokiej 18 metrowej sali podpartej filarami, przyporami i kolumnami nawiązującymi do drzew w lesie wielkie, okna jak obrazy w ramach; od północy ujmują Rainier, a Tatoosh Range na południe.
Są tu toalety, prysznice, centrum informacyjne z mapami, księgarnia, sklepep z pamiątkami, bar. Na wystawach można zobaczyć w gablotach buty i ubrania pierwszych pionierów, stare zdjęcia pierwszych wypraw górskich, fotki wszystkich występujących tu gatunków zwierząt. Jest 56 gatunków ssaków, 11 gatunków płazów i pięć gatunków gadów, ponad 229 gatunków ptaków, 8 gatunków ryb. Wszystko to bogato udokumentowane, wzbogacone szczegółowymi opisami, rycinami i wspomnianymi fotografiami, aktywnymi elektronicznymi mapami, makietami. Dzieci naciskają guziki tras, światełka zapalają się na makiecie stojącej po środku hali. Na antresoli sklepik z niezliczoną ilością niedźwiedzi czarnych wszelkich rozmiarów i z wszystkim, co może kojarzyć się z tym miejscem. W wielkim, samoobsługowym barze hot dogi, hamburgery i napoje. Jedzą przy stolikach ludzie wszystkich możliwych ras, nawet ukrywa się wśród nich Indianin, ale przeważają Niemcy.
Susan wybiera dla nas jedną z kilku tras biegnącą z Paradise do Camp Muir. Na wielkim placu przed budynkiem Jackson Visitor Center stoją ławki, a na nich wygrzewający się w słońcu weekendowi turyści. Jak w jakimś wielkim kosmicznym pałacu, zachowana jest symetria. Na wprost stoi majestatyczny, czynny wulkan Reinier, cały jak w bitej śmietanie i do niego prowadzą schody, jak do mauzoleum, na których stopniach wypisano sentencję Johna Muira z 1889 roku. Idziemy tymi schodami, gdzie skacze mała wiewiórka czikari między wchodzącymi ludźmi, podobna jest do disneyowskich postaci Chipa lub Dale, równie bezczelna i nic sobie z nikogo nie robiąca. Będzie się jeszcze wielokrotnie pokazywała na trasie, jak będziemy siadać na przeznaczonych do tego głazach i jeść przywiezione z Polski energetyczne batony musli, nie będziemy jej nic dawać i nikt nie będzie tego robić, a jednak wszędzie wiewiórki się będą pokazywały, by znikać nagle i pojawiać się w najbardziej niespodziewanych momentach, polując na okruszki lub po prostu się zaciekawiając tak, jak zwierzęta w „Królewnie Śnieżce”. Ich futerka w paski będą wszędzie identyczne i nigdy nie będziemy wiedzieli, czy w ciągu tych kilkunastu godzin, jakie oddaliśmy na to, by troszeczkę przybliżyć się do góry Reinier tak, by te sine i niebieskie płaszczyzny między szczelinami śniegu stały się ciut wyraźniejsze, nie będziemy wiedzieć, czy to cały czas ta sama wiewiórka czy jest ich tak dużo, by towarzyszyły nam na każdym przystanku. Wszyscy idący szlakiem – a mijamy ciągle kogoś – kłaniają się, uśmiechają, nie ma przypadku, by ten różnojęzyczny tłum nie przywitał się w jakiś sposób z nadchodzącymi bądź schodzącymi. Po drodze rozbieramy się z kurtek i czapek, potrzebne są jedynie okulary słoneczne. Za nami wzrasta pasmo Gór Kaskadowych, przed nami piętrzy się Reinier. W wyższych partiach spotykamy ludzi niosących narty, deski do snowboardu. Idą też rodziny niosące niemowlęta, spotykamy wracającą zapłakaną dziewczynę w pantoflach na korkowej podeszwie z kokardkami w czerwone grochy, jakby przeszła obok nas Minnie Mouse. Ale przyroda przywraca rzeczywistość, patrzymy na gęste, słodkie sosny, zarastające wolne od skał miejsca, na ich lekkie, pierzaste gałęzie, skłaniane prawie do ziemi, na sztywne świerki, na warkocze modrzewi.
Wracamy inną drogą wśród czerwonego, jesiennego poszycia skalnych roślin, które o tej porze roku, jesienią, są taką samą zjawiskową transformacją przyrody, jak wiosenne pola kwiatów. Wielu turystów fotografuje właśnie te partie niezwykłego przebarwienia roślin w malinowy, przechodzący do szlachetnych cynobrów i złota.
Gdy już wracamy samochodem, słońce jest nisko i następuje ten spokojny, błogi stan w przyrodzie, kiedy wszystko zamiera i staje, a powietrze jest ciepłe i zmęczone. Docieramy do Elbe i tam wchodzimy do jednego ze stojących wagonów pomalowanych na wiśniowo ze złotym napisem MT. RAINIER RAILROAD DINING CO. W środku stoliki ustawione są tak jak w wagonie restauracyjnym i dowiadujemy się z obrazków na ścianie, że właścicielami kolejowego biznesu jest rodzina, która od 1987 dorobiła się motelu, sklepu z pamiątkami, restauracji i klubu nocnego.
Do restauracji wchodzi się jak do wagonu, po drewnianych schodkach, przechodzi przez sklep z pamiątkami: pocztówkami, kubkami, koszulkami, bibelotami z pociągiem, słodyczami, mydłami i balsamami domowej roboty, świecami, brelokami, magnesami na lodówkę, szklankami, kartami do gry, puzzlami, biżuterią i wieloma innymi rzeczami wymienionymi w „Lokomotywie” Tuwima.
Jesteśmy bardzo głodni, godzę się na wszystko. Syn zamawia Deep Fried Calamari, Home-cut, Cheddar Fries, Makaron Primavera, wędzonego grillowanego kurczaka i dużo sałatek. Wszystko to na tacach wnosi córka założyciela biznesu, która już jest niemłoda, bo wszystko w tym miejscu ma znamiona szybkiego starzenia się, nawet jak jemy w pociągu, który już raz na zawsze stanął i nigdy nie pojedzie.
do ściągnięcia:
Rainier The Mountain 2009 w rozdzielczości BluRay

Informacje o admin

Ewa Bieńczycka urodzona w 1952 roku w Przemyślu. Artysta malarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii 2010, dziennik ciała i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *