Dwadzieścia pięć debiutanckich wierszy w tomiku spiętym tytułem wiersza „Fabryka tanich butów” jest sztandarowym przykładem polskiej poezji dzisiejszych trzydziestolatków, wyzbytych wewnętrznych powodów poetyckiego zapisu. Fabrykowanie wierszy nie jest tanie, potrzebuje odbiorcy, festiwali, konkursów, turniejów, absorbowania masy ludzi, by je ukonkretnić, zuniwersalizować, by wyszły z nadajnika do odbiorcy. Najczęściej dzieje się tak, że dla świętego spokoju odbiorca ulega pod presją inwazji i terroru, gwałtu na duszy i działaniami znienacka i z zaskoczenia. Czasami bogu ducha winien miłośnik poezji zostaje nagle spętany i uwikłany siecią nie tylko internetową, ale mnóstwem towarzyskich zależności, jakimiś łańcuszkami szczęścia, dociera do wierszy, które mają większą moc przebicia zupełnie z innych powodów, niż ich jakość. Średniość dzisiejszej poezji, która zyskała popularność wskutek samouwielbienia, wmówienia i na mocy zasady rewanżu grup wsparcia, staje się powoli normą, umacnia się i zdaje się docelowa.
Poezja Magdy Gałkowskiej właśnie chodzi w takich tanich butach. Taka ubogość daje polskiej poezji takie same oszczędności, jak koza Mahatmy Ghandiego, którego finansowanie spektakularnej ascezy i licznych głodówek było o wiele kosztowniejszym obciążeniem dla dworu, większym, niż wydatki normalnie jedzących i funkcjonujących władców innych państw.
Zakres zainteresowań poetyckich Magdy Gałkowskiej nie wychodzi poza badanie jednego człowieka, powołanego w tym celu narratora, który jest kobietą ze złamanym sercem, który lubi wróble, spędza miłosną noc w Warszawie, przekracza wiek chrystusowy i zna brzydkie wyrazy. Słowem, z tak nieciekawie prezentującej się bohaterki bardzo trudno coś zrobić, dlatego autorka ją trochę przyozdabia w egzystencjalny heroizm istnienia, bo wiadomo z filozofii, że samo istnienie jest samym w sobie problemem. Przy tak niewielkim wkładzie znaczeniowym i zupełnie nieruszonych pokładów podświadomości, nadświadomości i zwyczajnej świadomości – bo czasami czytelnik przyłapuje się na tym, że podejrzewa, że podmiot liryczny jest dziewicą nieuświadomioną, która zbyt późno dowiaduje się o wszystkim w osiedlowej bramie – wierszowane utwory literackie wnoszą wyłącznie wypełniacze, czyli mówią o sprawach bez znaczenia. Bez znaczenia dla poezji jak i poetyckiej perswazji.
I tak, jak rozumiem, jest z najważniejszym z zestawu wierszem, który dał tytuł całemu tomikowi. Wiersz „fabryka tanich butów”, jak się dowiaduję po przeczytaniu na portalu liternet.pl nie mówi o fellatio, ale o konformizmie. Niestety, nie dowiadujemy się, dlaczego postawa na kolanach jest obowiązująca, rozgrzeszona i nagminna. Pozycja ta, znana od starożytności, zmuszająca do chodzenia też na czworakach, nie jest wynalazkiem naszych czasów i gorycz tych wersów nie bardzo jest zrozumiała:
„możesz ugiąć kolana, maleńka,
jeśli wytrzymasz w tej pozycji,
nabrać w usta. i tylko ruchy zdradzą,
co dzieje się tutaj naprawdę.(…)”
[fabryka tanich butów]
Co się dzieje naprawdę niestety nie dowiemy się nigdy. Wieloznaczność tego wiersza polega właśnie na tym tajemniczym zawieszeniu, gdzie spotykamy się oko w oko z uniwersalnością. Możemy sobie dowolnie fabularyzować i mistyfikować tę przestrzeń zupełnie porzuconą przez autorkę, to pole na interpretację oddane za darmo czytelnikowi.
Taki bezwzględny sposób traktowania czytelnika, gdzie wszystko znaczy wszystko odnajdujemy w pozostałych dwudziestu czterech wierszach. Ponieważ czytałam je na różne sposoby, od początku do końca, od końca do początku, potem po przekątnej, zorientowałam się, że mają swoją chronologię i zdecydowałam się na potrzeby ich rozbiórki, ją utrzymać.
W pierwszym wierszu podmiot liryczny kończy 33 lata i ubolewa nad upływem czasu, zgłasza buńczucznie pretensję do sił wyższych, jest po przejściach, ale się podnosi, odradza:
„(…)leczę rany
po wybuchu, wystawiam na słońce, jak twarz.”
[trzydzieści trzy].
Jest to typowa wypowiedź, mająca na celu wzbudzić w odbiorcy pożałowanie i współczucie. Zgodnie z schopenhauerowskim odkryciem, że miłość nie istnieje, natomiast istnieje współczucie, dostajemy na dzień dobry takie oto humanitarne zobowiązanie: jesteśmy ludźmi i musimy powołanemu do istnienia podmiotowi lirycznemu, przynajmniej na czas czytania tych wierszy, współczuć.
Wiersz „Vaya con dios” najprawdopodobniej tytułem nawiązujący do radosnego pochodu prostytutek ulicą miasta, skrótowo prezentuje sposoby damskiego wabienia, uwodzenia i finalizacji miłosnych zbliżeń. Mimo urody tytułowej piosenki i wyliczenia splendorów ludzkich godów, gorycz nie opuszcza podmiotu lirycznego. Nie znamy motywów biograficznych autorki, możemy tylko snuć spekulacje, co do hiszpańskiego rodowodu tytułu, czy pojawienia się rywalki o hiszpańskim imieniu Rita. Przesłanie tego wiersza ma podobną wagę mentalną jak wszystkie złote myśli zawierające mądrości życiowe traktujące o tym, jak to żyć się nie opłaca wcale. Więcej mówi podmiot liryczny w wierszu następnym. Tam dowiadujemy się, że mimo spełnionej miłości kochanków, bohaterka wierszy ulokowała nogi „w nieodpowiednich butach”. Być może symbolicznie chce czytelnikowi w zakamuflowany sposób przemycić myśl dotyczącą wrocławskiego periodyku „Rita Baum”:
(…)klatka schodowa pachnie jak pół roku temu,
a koty są teraz bardziej podobne do Rity.(…)
[o konieczności trzymania bambusa w przegotowanej wodzie]
Dlatego pewnie, licząc na sukces wydawniczy w Ricie Baum, bohaterka wierszy, która jest poetką, zaniedbuje inne szanse:
(…)nie wysyłam wierszy na konkursy,(…)”
[o konieczności trzymania bambusa w przegotowanej wodzie]
Jednak koniec wiersza tak przepełniony różnymi tkaninami (biała firanka, czerwona sukienka) symbolizującymi różnorakie życiowe aktywności poetki, kończy się na próbie ucieczki w alkohol i egzystencjalną czerń ubioru:
„(…)poetka z nogami w czarnych rajstopach
puszcza do mnie oczko, jakby mi zależało.”
[o konieczności trzymania bambusa w przegotowanej wodzie]
Następny wiersz mówi o zemście. Zemsta jest hiszpańska i nie wiadomo, czy obiekt skrzywdzony i żądny zemsty został skrzywdzony przez Hiszpana. Nic na to nie wskazuje, przekleństwa, rzucane pod adresem krzywdziciela są zwykłą bramową rzeczywistością polską. Natomiast definitywne pożegnanie wypowiedziane jest po angielsku:
„(…)bo prawda pochodzi z głębi. na powierzchni
brzmi jak song to say goodbye.(…)”
[venganza]
Opuszczona bohaterka wierszy, pozbawiona „pieszczoty języka”, witalna i sprawna seksualnie, przystępuje do samozaspokojenia, czyli onanizmu niemego i bezjęzycznego. Onanizm jest w poezji pustą plamą niemą i trudno rozwiązywalną formalnie. Narzędzia pierwotne, pozbawione są swojej przynależności narodowej – w każdym razie moment szczytowania nie odbywa się ani po angielsku, ani po francusku, ani po hiszpańsku, ani po polsku:
„(…)wprawnym ruchem wygładzam zagięcia,
nie słucham bełkotu przy uchu (…)”
[psychokinetyczne niedorozwinięcie migdałków]
Ale język polski jest przyrodzonym językiem świata podmiotu lirycznego wierszy tego zestawu. Bohaterka wie, że choćby mówiła językami ludzkimi i anielskimi, a miłości by nie miała, stałaby się jako miedź brząkająca albo cymbał brzmiący. Wie, że miłości może poszukać jedynie w języku ojczystym, języku swojej prababci i tych, którzy tak jak dzisiaj, słodko wymawiają kurwa, pierdol się i wyjebałeś. Kolejny wiersz mówi o powrocie do dzieciństwa, o słodkości polskich rymów, które, jak znam z późniejszych wierszy Magdy Gałkowskiej, przyswoi z całym bogactwem ich mentalnych znaczeń:
„(…)a matka
znów na nas krzyczała, gdy ubłoconymi palcami
wypychaliśmy sobie usta. kapusta, głowa pusta,
świnia tłusta(…)”
[starszy odprawiacz pociągów]
Kolejny wiersz jest o urokach macierzyństwa, etosie matki wychowującej samotnie dziecko. Ale już w następnym bohaterka przystępuje do zabliźnień złamanego serca:
„(…)cześć Murzyn, kurwa, na której stacji wyjebałeś?(…)”
[piosenka o dziewczynie w stylu new romantic]
ni to cytat, ni to pytanie, ni okrzyk godowy rzucone jako motto w wierszu bynajmniej nie po to, by wskazywać bohaterce możliwości poszukania nowej miłości fizycznej:
„(…) zmienię wszystko jak podróżni peron.
dzisiaj zniszcz mnie w ten sposób.(…)”
[piosenka o dziewczynie w stylu new romantic]
zasugeruje bohaterka, która zdecydowała się jednak, wbrew intencji autorki na dużą rotację przygód erotycznych, na tak zwane pójście w Polskę, na suczą pielgrzymkę po Nocy Ciemnej. Dwa kolejne wiersze dydaktycznie przestrzegają polskie kobiety przed wyborem takiego stylu życia, po którym pozostają puste butelki i pełne popielniczki. Po „gigancie” bohaterka wraca na swoje podwórko szarzyzny dnia, czyli do ukochanych wróbli. Wiersz „wróble”, chyba najbardziej umiłowany wiersz Magdy Gałkowskiej na portalu liternet.pl jest tam bogato komentowany i nie chciałabym psuć tej apologii. Dalsze wiersze ilustrują kolejną degradację podmiotu lirycznego, a jej stan psychiczny porównywany jest do stanu ofiary drugiej wojny światowej. Zafundowane sobie cierpienie tym się różni od obrazów samogwałtu, że egzystencjalna glątwa staje się chroniczna. Tak jak orgazm przynajmniej kończy pewną mechaniczną czynność, to tutaj mamy pochód czarnych, mechanicznych obrazów sugerujących wnętrze bohaterki w ciągu nieskończoności. Właściwie już wszystkie kolejne wiersze do końca zestawu traktują tylko o tym: że skrzywdzona kobieta się nie podniesie nigdy, jest władna dawać cenne wskazówki swojej córce (wiersze dedykowane Romce), natomiast sama brnie w zatracenie się w alienacji, autodestrukcji i rezygnacji. Te najsłabsze z cyklu wiersze niewnoszące, obok rejestracji marazmu, nihilizmu i abnegacji niczego twórczego, są świadectwem pasywnej postawy nie tyle artystycznej, ale życiowej stworzonej na czas poezji postaci.
Wierszom natomiast nie można zarzucić poprawności budowy wersów i braku zawartego w nich ładunku emocji.
Szukając w polskiej poezji najnowszej formalnych rozwiązań dla poetyckiego opisu dzisiejszej młodej kobiety, nie odnajdujemy w „Fabryce tanich butów” niczego, prócz rejestracji beznadziei. Być może, że celem poetyckich wynurzeń było dydaktyczne pytanie, czy prześledzenie narzędziami poetyckimi przeciętnego losu ludzkiego da w rezultacie przestrogę matki, która mówi synowi idącemu na szafot „masz na co zasłużyłeś”.
Nie sądzę. Polską poezję dzisiejszą trawi mielizna publicznego przekazu. Nie każda konfesja wnosi coś ważnego w zbiorowość.