WROCŁAW

Tak to już jest, że do retuszu
niewiele jest właściwych ruchów. Świat się nie wzruszy brakiem
duchów, ani nie zdziwi się ich stanem, kiedy zdychają tak, jak ryby
zduszone lodem Odry szczelnym. Tak to już jest, że nieśmiertelny ten,
co śmierć sieje i zniszczenie. Tak to już jest, jak zamierają cienie przykazań…

I nic się przecież nie zmieniło, od kiedy ludzie na Zachodzie
marzyli o stabilnym chłodzie, by bez żywiołu dumnych postaw
z dnia na dzień żyć. Co się zdarzyło, nieziszczalne
zaciska krtań,
a miasto trwa jak zapis w dziejach, martwe bezwładem,
tylko jemioła pęta drzewa, zjadając Wrocław.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | 19 komentarzy

MOJE MIASTO

Miasto jest snem, poważnym majakiem. I drżeniem w nim powieka
pnie się nieba skłonem w nienaruszalną głębię,
popatrz przez białko oka, pustą źrenicą czas zwleka
nawet, jak nie jest sennie…

W arterię szyn wepchnięci, stoją. Zza szyb przeźroczystych,
łączą się, zaznaczając w śniegu marszruty przeciwległe.
Tłum obojętnie tłumny, jak wyciąg z badań ankiet,
śnieg prószy, mażąc bielą czernie
porżniętych światłem cieni przechodniów. Flara iskier
z witryn pulsując bije na śniegi,
na tramwaj i na ludzi, i na karpie,
na lepkie ciepło przeżycia, im bliżej, tym przyjemniej,
tym się na wskroś rozszerzy
próżnia kosmiczna, prześwit, ujście, wyjścia smuga
poprzez komunikację słaną drogą,
zapchane są podziemia, świadczenia w usługach.
Inwencja niczego nie zastąpi z innych możliwości.
Lustro dzieli
jedynie nas weneckie, możliwe podglądactwo tłumu
rozpozna mnie dzisiaj jak zbrodniarz, co pamięta świadka,
a koszmar się znów rozrzedzi i zniknie w wydatkach
na prawdę, którą próżno poszukuje prawo,
bo jest nas tak niewielu, że liczyć nie warto,
ani nie skryjesz imienia pod fałszywą dumą,
nigdy nie zdołasz uciec. Będzie nam w mieście za ciasno,
nawet, jak tłum się wzburzy, nawet, jak pokażą,
że prąd masz podłączony, że nie jesteś martwą
zagadką taką, jak miasto.

Zaszufladkowano do kategorii 2010, Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , | Dodaj komentarz

Nominowani do XII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina Ewa Brzoza Birk „Krajobraz po meblach” (2009)

Lektura 33wierszy zawartych w tomiku „Krajobraz po meblach” daje bardziej obraz toczącej recepcję poetycką choroby, niż jakiegokolwiek braku, co sugerowałby tytuł. Brakiem w nich jest brak selekcji przyswajanych obrazów. Dzieje się tam coś odwrotnego do autentycznego procesu twórczego, gdy wprawne oko malarza, pisarza czy muzyka zamienia na swoje media bodźce chwytane ze świata, poddaje je wstępnej eliminacji, a dopiero potem zamienia na artystyczne tworzywo.
U najsławniejszej polskiej poetki portalowej, u Ewy Brzozy Birk następuje pewne zaburzenie właściwe małym dzieciom, kiedy zdezorientowane ogromem bodźców ulegają oniemieniu i niemocie. U Ewy Brzozy Birk ta przypadłość skutkuje odwrotnie: słowotok, nie ujęty logiką, zostaje schwytany i uwieczniony w postaci wiersza. Jednak ta struktura początkowego bezładu pozostaje. Na domiar złego, Ewa Brzoza Birk nie ma wyostrzonego zmysłu obserwacji, nie ma wyszkolonego oka, jak dzieje się u nieustannie malujących malarzy i ucha, jak dzieje się u muzykujących, czy komponujących muzyków. W konsekwencji otrzymujemy poetycką przypadkowość, jesteśmy zdezorientowani licznymi skokami w obrazowaniu przeżycia poetyckiego, a sam przekaz jest mentalnie niezwykle ubogi.
Oczywiście, choroby psychiczne nie są przeszkodą w tworzeniu, niejednokrotnie wzbogacają swoją aberracją światy ludzi pozbawionych dostępu do światów innych ludzi o odmiennej percepcji przeżywanego. Ale tutaj nie ma mowy o żadnej jednostce chorobowej, natomiast cały czas napotykamy na jej symulację.

Wiersze, jak dowiaduję się z wywiadu z poetką, powstały na okoliczność zamknięcia pewnego etapu w jej życiu, pozostawieniu umeblowanego świata w Polsce i przejściu do nowego meblowania w innym państwie, w Danii. Proces adaptacji do emigracji poetki już ukształtowanej, w wieku dojrzałym, do innej kultury i innego języka, do kraju ojca swojego dziecka, zostaje w wierszach bardzo drobiazgowo udokumentowany.
Wiersz „Koleje” wieloznacznością sugeruje nie tylko sposób przemieszczenia się podmiotu lirycznego z Warszawy do Świnoujścia koleją, i dalej promem do Danii, ale też koleje losu. I nawet ten obraz z podróży, pełen niepokoju i wewnętrznego zamieszania, gdyby oprócz zwykłego opisu transportu przekazał nam coś więcej, mógłby skrótową formą rzecz zuniwersalizować. Dostajemy jednak jedynie zagmatwanie fabularne, gdzie podmiot liryczny nie może się zdecydować na fantastykę przestrzeni miasteczka Twin Peaks, czy na zwykły realizm. Rozdarcie i gonitwa myśli, symboliczny brak zakotwiczenia „w rękach nie mam żadnego gwoździa”, elementy horroru, wszystko to jest bardzo pojemne i czytelne. Natomiast bardzo trudno tę zwyczajną sytuację życiową odczytać tak, jak czyni to podmiot liryczny, ponieważ sam w sobie jest zbyt nieciekawy, by mógł kogokolwiek zainteresować, prócz samego siebie. Reisefiber podany w ten sposób czytelnikowi wydaje się jedynie histerią. Liczne rozgałęzienia, rozbiegane myśli dotyczące pozostawionych w kraju bliskich są jedynie napomknięciem i tak, jak wcześniej napisałam, intrygują jedynie autorkę i stworzone w wierszach postaci.
Od artysty zależy, czy z przeżytego materiału stworzy nową jakość artystyczną, czy wręcz przeciwnie, zastany świat zuboży i popsuje swoim artefaktem. Dotarcie na miejsce, co następuje w wierszu „Wizyta” to zakotwiczenie w nowym dla bohaterki świecie, które podane jest w sposób tak banalny, że zastanawiam się, dlaczego ludzie, którzy przysyłają mi pocztówki z podróży, ślą esmsy, piszą telegramy i zostawiają wiadomości na sekretarce, nie mają wieczorków literackich, nie wykłócają się na portalach literackich i nie wiedzą, że są o wiele większymi poetami od Ewy Brzozy Birk.
W wierszu „Umowa” następuje wysiłek przeniknięcia zagadki bytu w zestawieniu ziemi z kamieniem, ale z tej metafory nic nie wynika. To że podmiot liryczny, kobieta, mówi, że „Czasem wyrywam się; dla nowego/mężczyzny znajduję trochę czułości(…)”, nie oznacza, że zostaje coś tutaj rozwikłane.
Natomiast autorka w innych utworach próbuje, jako środków artystycznego wyrazu, użyć kalamburów i porównań polegających na grze słów, co rzecz jeszcze bardziej trywializuje:

(…)Deszcz nie zostawił na grzbiecie dachu
suchej nitki. Kamień rósł w krtani;
delikatnie wkładałam pończochy
i jedwabny głos.(…)

[Bez dobytku]

Dalsze wiersze opisują heroizm adaptacji w nowym miejscu. Jest on przetykany wątpliwymi filozoficznie konstatacjami:

„(…)Nie ma zła, zanim się od niego nie umrze.(…)
[Czynności]

Wiersz, który obiecująco zaczyna się zaskakującą myślą „Jestem zmęczona, tyle wokół pierdół(…)”
kończy się pensjonarskim marzeniem:

„(…)Wszystko można pojąć, rysując
na papierze skrzydła ptaków, potem odlecieć.(…)”

[Zakręt]

Kolejne wiersze mówią o beznadziei w na nowym terytorium, do którego została przeflancowana chyba wbrew własnej woli bohaterka utworów. W wierszach autorka umieszcza nieszczególnie w jej oczach prezentujące się duńskie miasteczko, uliczki, przedmioty, zapachy, jest w tych wszystkich opisach głos rozkapryszonego dziecka, który nie wie, czego chce, któremu zabrano jego bibeloty, ale ta strata to tylko pretekst, by zobrazować heroizm życia w nowym miejscu.

Czytelnik, który już poznał bohaterkę wierszy w połowie tomiku zaczyna jej zwyczajnie nie wierzyć i zgodnie z zasadą, że neurotyków się nie lubi, też i nie lubić.
Po doświadczeniach stanu wojennego w Polsce, trudno uwierzyć właśnie tak zbudowanej postaci, która w latach osiemdziesiątych znalazła się, jak pisze w kraju wikingów.

Rozgrymaszenie na swój los narasta z wiersza na wiersz. Z pułapki psychicznej wskutek zamierania instynktu poznawczego nowego miejsca, bohaterka wierszy próbuje się wydostać na mocy magii:

„(…)Połknęłam pigułkę, złamałam kod – będę na ciebie czekała
w czwartym wymiarze.(…)

[Tzolkin]

Dalsze doniesienia egzystencjalne oscylują na poziomie przerażających trudności życiowych:

„(…)Od kilku miesięcy więcej słońca, ale nikt z nas nie mówi,
co się stało. Zamknęli dopływ wody, skończyło się
wino – między domami zrobili lepsze niebo, morze i ziemię.
Prosty Dekalog.(…)”

[Kanon]

Aż dziw, że przy tak szczegółowej skardze słanej światu na duński los polskiej emigrantki lat osiemdziesiątych do Danii nikt jej nie przysyła z kraju paczek z żywnością, ubraniem, winem i bolsem.
Ale nie to zastanawia w tej nikomu, prócz autorce, niepotrzebnej poezji, którą taką metodą można mnożyć w nieskończoność poprzez pracowicie codzienne odnotowywanie kobiecych nastrojów. Zastanawia fenomen jej wieloletniego przetrwania bez żadnych odżywek i powietrza. Nie ma w nich śladów jakichkolwiek lektur, zainteresowania czymkolwiek, prócz swojego, niczym niewypełnionego wnętrza i fantazji erotycznych.
Poezja Ewy Brzozy Birk jest typowym, wręcz sztandarowym przykładem dzisiejszej maniery poezjowania, nazwanej przez poetkę w wywiadzie własnym stylem.
Być może, że poezja powstała z uporu narzucenia sobie literackiej profesji będzie materiałem doświadczalnym i przyczynkiem do badań naukowych nad tym dziwnym zjawiskiem hartu ducha, który każe wzbudzać w sobie wewnętrzny imperatyw artystowski nakazujący: pisać, pisać, pisać.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , | 50 komentarzy

NAGRODA GŁÓWNA XIV Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina Magdalena Gałkowska „Fabryka tanich butów” (2009)

Dwadzieścia pięć debiutanckich wierszy w tomiku spiętym tytułem wiersza „Fabryka tanich butów” jest sztandarowym przykładem polskiej poezji dzisiejszych trzydziestolatków, wyzbytych wewnętrznych powodów poetyckiego zapisu. Fabrykowanie wierszy nie jest tanie, potrzebuje odbiorcy, festiwali, konkursów, turniejów, absorbowania masy ludzi, by je ukonkretnić, zuniwersalizować, by wyszły z nadajnika do odbiorcy. Najczęściej dzieje się tak, że dla świętego spokoju odbiorca ulega pod presją inwazji i terroru, gwałtu na duszy i działaniami znienacka i z zaskoczenia. Czasami bogu ducha winien miłośnik poezji zostaje nagle spętany i uwikłany siecią nie tylko internetową, ale mnóstwem towarzyskich zależności, jakimiś łańcuszkami szczęścia, dociera do wierszy, które mają większą moc przebicia zupełnie z innych powodów, niż ich jakość. Średniość dzisiejszej poezji, która zyskała popularność wskutek samouwielbienia, wmówienia i na mocy zasady rewanżu grup wsparcia, staje się powoli normą, umacnia się i zdaje się docelowa.

Poezja Magdy Gałkowskiej właśnie chodzi w takich tanich butach. Taka ubogość daje polskiej poezji takie same oszczędności, jak koza Mahatmy Ghandiego, którego finansowanie spektakularnej ascezy i licznych głodówek było o wiele kosztowniejszym obciążeniem dla dworu, większym, niż wydatki normalnie jedzących i funkcjonujących władców innych państw.
Zakres zainteresowań poetyckich Magdy Gałkowskiej nie wychodzi poza badanie jednego człowieka, powołanego w tym celu narratora, który jest kobietą ze złamanym sercem, który lubi wróble, spędza miłosną noc w Warszawie, przekracza wiek chrystusowy i zna brzydkie wyrazy. Słowem, z tak nieciekawie prezentującej się bohaterki bardzo trudno coś zrobić, dlatego autorka ją trochę przyozdabia w egzystencjalny heroizm istnienia, bo wiadomo z filozofii, że samo istnienie jest samym w sobie problemem. Przy tak niewielkim wkładzie znaczeniowym i zupełnie nieruszonych pokładów podświadomości, nadświadomości i zwyczajnej świadomości – bo czasami czytelnik przyłapuje się na tym, że podejrzewa, że podmiot liryczny jest dziewicą nieuświadomioną, która zbyt późno dowiaduje się o wszystkim w osiedlowej bramie – wierszowane utwory literackie wnoszą wyłącznie wypełniacze, czyli mówią o sprawach bez znaczenia. Bez znaczenia dla poezji jak i poetyckiej perswazji.

I tak, jak rozumiem, jest z najważniejszym z zestawu wierszem, który dał tytuł całemu tomikowi. Wiersz „fabryka tanich butów”, jak się dowiaduję po przeczytaniu na portalu liternet.pl nie mówi o fellatio, ale o konformizmie. Niestety, nie dowiadujemy się, dlaczego postawa na kolanach jest obowiązująca, rozgrzeszona i nagminna. Pozycja ta, znana od starożytności, zmuszająca do chodzenia też na czworakach, nie jest wynalazkiem naszych czasów i gorycz tych wersów nie bardzo jest zrozumiała:

„możesz ugiąć kolana, maleńka,

jeśli wytrzymasz w tej pozycji,

nabrać w usta. i tylko ruchy zdradzą,

co dzieje się tutaj naprawdę.(…)”
[fabryka tanich butów]

Co się dzieje naprawdę niestety nie dowiemy się nigdy. Wieloznaczność tego wiersza polega właśnie na tym tajemniczym zawieszeniu, gdzie spotykamy się oko w oko z uniwersalnością. Możemy sobie dowolnie fabularyzować i mistyfikować tę przestrzeń zupełnie porzuconą przez autorkę, to pole na interpretację oddane za darmo czytelnikowi.
Taki bezwzględny sposób traktowania czytelnika, gdzie wszystko znaczy wszystko odnajdujemy w pozostałych dwudziestu czterech wierszach. Ponieważ czytałam je na różne sposoby, od początku do końca, od końca do początku, potem po przekątnej, zorientowałam się, że mają swoją chronologię i zdecydowałam się na potrzeby ich rozbiórki, ją utrzymać.

W pierwszym wierszu podmiot liryczny kończy 33 lata i ubolewa nad upływem czasu, zgłasza buńczucznie pretensję do sił wyższych, jest po przejściach, ale się podnosi, odradza:

„(…)leczę rany

po wybuchu, wystawiam na słońce, jak twarz.”
[trzydzieści trzy].

Jest to typowa wypowiedź, mająca na celu wzbudzić w odbiorcy pożałowanie i współczucie. Zgodnie z schopenhauerowskim odkryciem, że miłość nie istnieje, natomiast istnieje współczucie, dostajemy na dzień dobry takie oto humanitarne zobowiązanie: jesteśmy ludźmi i musimy powołanemu do istnienia podmiotowi lirycznemu, przynajmniej na czas czytania tych wierszy, współczuć.
Wiersz „Vaya con dios” najprawdopodobniej tytułem nawiązujący do radosnego pochodu prostytutek ulicą miasta, skrótowo prezentuje sposoby damskiego wabienia, uwodzenia i finalizacji miłosnych zbliżeń. Mimo urody tytułowej piosenki i wyliczenia splendorów ludzkich godów, gorycz nie opuszcza podmiotu lirycznego. Nie znamy motywów biograficznych autorki, możemy tylko snuć spekulacje, co do hiszpańskiego rodowodu tytułu, czy pojawienia się rywalki o hiszpańskim imieniu Rita. Przesłanie tego wiersza ma podobną wagę mentalną jak wszystkie złote myśli zawierające mądrości życiowe traktujące o tym, jak to żyć się nie opłaca wcale. Więcej mówi podmiot liryczny w wierszu następnym. Tam dowiadujemy się, że mimo spełnionej miłości kochanków, bohaterka wierszy ulokowała nogi „w nieodpowiednich butach”.  Być może symbolicznie chce czytelnikowi w zakamuflowany sposób przemycić myśl dotyczącą wrocławskiego periodyku „Rita Baum”:

(…)klatka schodowa pachnie jak pół roku temu,

a koty są teraz bardziej podobne do Rity.(…)
[o konieczności trzymania bambusa w przegotowanej wodzie]

Dlatego pewnie, licząc na sukces wydawniczy w Ricie Baum, bohaterka wierszy, która jest poetką, zaniedbuje inne szanse:

(…)nie wysyłam wierszy na konkursy,(…)”
[o konieczności trzymania bambusa w przegotowanej wodzie]

Jednak koniec wiersza tak przepełniony różnymi tkaninami (biała firanka, czerwona sukienka) symbolizującymi różnorakie życiowe aktywności poetki, kończy się na próbie ucieczki w alkohol i egzystencjalną czerń ubioru:

„(…)poetka z nogami w czarnych rajstopach

puszcza do mnie oczko, jakby mi zależało.”

[o konieczności trzymania bambusa w przegotowanej wodzie]

Następny wiersz mówi o zemście. Zemsta jest hiszpańska i nie wiadomo, czy obiekt skrzywdzony i żądny zemsty został skrzywdzony przez Hiszpana. Nic na to nie wskazuje, przekleństwa, rzucane pod adresem krzywdziciela są zwykłą bramową rzeczywistością polską. Natomiast definitywne pożegnanie wypowiedziane jest po angielsku:

„(…)bo prawda pochodzi z głębi. na powierzchni

brzmi jak song to say goodbye.(…)”

[venganza]

Opuszczona bohaterka wierszy, pozbawiona „pieszczoty języka”, witalna i sprawna seksualnie, przystępuje do samozaspokojenia, czyli onanizmu niemego i bezjęzycznego. Onanizm jest w poezji pustą plamą niemą i trudno rozwiązywalną formalnie. Narzędzia pierwotne, pozbawione są swojej przynależności narodowej – w każdym razie moment szczytowania nie odbywa się ani po angielsku, ani po francusku, ani po hiszpańsku, ani po polsku:

„(…)wprawnym ruchem wygładzam zagięcia,

nie słucham bełkotu przy uchu (…)”
[psychokinetyczne niedorozwinięcie migdałków]

Ale język polski jest przyrodzonym językiem świata podmiotu lirycznego wierszy tego zestawu. Bohaterka wie, że choćby mówiła językami ludzkimi i anielskimi, a miłości by nie miała, stałaby się jako miedź brząkająca albo cymbał brzmiący. Wie, że miłości może poszukać jedynie w języku ojczystym, języku swojej prababci i tych, którzy tak jak dzisiaj, słodko wymawiają kurwa, pierdol się i wyjebałeś. Kolejny wiersz mówi o powrocie do dzieciństwa, o słodkości polskich rymów, które, jak znam z późniejszych wierszy Magdy Gałkowskiej, przyswoi z całym bogactwem ich mentalnych znaczeń:

„(…)a matka

znów na nas krzyczała, gdy ubłoconymi palcami

wypychaliśmy sobie usta. kapusta, głowa pusta,

świnia tłusta(…)”
[starszy odprawiacz pociągów]

Kolejny wiersz jest o urokach macierzyństwa, etosie matki wychowującej samotnie dziecko. Ale już w następnym bohaterka przystępuje do zabliźnień złamanego serca:

„(…)cześć Murzyn, kurwa, na której stacji wyjebałeś?(…)”
[piosenka o dziewczynie w stylu new romantic]

ni to cytat, ni to pytanie, ni okrzyk godowy rzucone jako motto w wierszu bynajmniej nie po to, by wskazywać bohaterce możliwości poszukania nowej miłości fizycznej:

„(…) zmienię wszystko jak podróżni peron.

dzisiaj zniszcz mnie w ten sposób.(…)”
[piosenka o dziewczynie w stylu new romantic]

zasugeruje bohaterka, która zdecydowała się jednak, wbrew intencji autorki na dużą rotację przygód erotycznych, na tak zwane pójście w Polskę, na suczą pielgrzymkę po Nocy Ciemnej. Dwa kolejne wiersze dydaktycznie przestrzegają polskie kobiety przed wyborem takiego stylu życia, po którym pozostają puste butelki i pełne popielniczki. Po „gigancie” bohaterka wraca na swoje podwórko szarzyzny dnia, czyli do ukochanych wróbli. Wiersz „wróble”, chyba najbardziej umiłowany wiersz Magdy Gałkowskiej na portalu liternet.pl jest tam bogato komentowany i nie chciałabym psuć tej apologii. Dalsze wiersze ilustrują kolejną degradację podmiotu lirycznego, a jej stan psychiczny porównywany jest do stanu ofiary drugiej wojny światowej. Zafundowane sobie cierpienie tym się różni od obrazów samogwałtu, że egzystencjalna glątwa staje się chroniczna. Tak jak orgazm przynajmniej kończy pewną mechaniczną czynność, to tutaj mamy pochód czarnych, mechanicznych obrazów sugerujących wnętrze bohaterki w ciągu nieskończoności. Właściwie już wszystkie kolejne wiersze do końca zestawu traktują tylko o tym: że skrzywdzona kobieta się nie podniesie nigdy, jest władna dawać cenne wskazówki swojej córce (wiersze dedykowane Romce), natomiast sama brnie w zatracenie się w alienacji, autodestrukcji i rezygnacji. Te najsłabsze z cyklu wiersze niewnoszące, obok rejestracji marazmu, nihilizmu i abnegacji niczego twórczego, są świadectwem pasywnej postawy nie tyle artystycznej, ale życiowej stworzonej na czas poezji postaci.
Wierszom natomiast nie można zarzucić poprawności budowy wersów i braku zawartego w nich ładunku emocji.

Szukając w polskiej poezji najnowszej formalnych rozwiązań dla poetyckiego opisu dzisiejszej młodej kobiety, nie odnajdujemy w „Fabryce tanich butów” niczego, prócz rejestracji beznadziei. Być może, że celem poetyckich wynurzeń było dydaktyczne pytanie, czy prześledzenie narzędziami poetyckimi przeciętnego losu ludzkiego da w rezultacie przestrogę matki, która mówi synowi idącemu na szafot „masz na co zasłużyłeś”.
Nie sądzę. Polską poezję dzisiejszą trawi mielizna publicznego przekazu. Nie każda konfesja wnosi coś ważnego w zbiorowość.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , | 38 komentarzy

Kazimierz Kutz „Piąta strona świata”(2010)

Bohaterem debiutu prozatorskiego Kazimierza Kutza nie jest symboliczna enklawa, gdzie żyją chachary. To nie jest o tym. Wbrew intencjom autora, usilnego kierowania uwagi czytelnika na gawędę i na takie ocalenie śląskich elementów, z których zbudowana jest osobowość artystyczna Kazimierza Kutza, cały czas przenika przez strony powieści dramatyczny głos mówiący o losie żyjących na Górnym Śląsku ludzi. Poza umiejscowieniem tego regionu w Kosmosie, Kutz wypełnia historyczny czas snuciem opowieści o doli bliskich mu osób, sąsiadów domu rodzinnego, krewnych, snuje w sposób konsekwentny, a wybór ma zawsze nadrzędny cel – ten właśnie ogólny. W tym determinującym zamysł autora porządku kryje się nieustanie powtarzany, jak refren, ton nie tyle nostalgii, co jakiejś bezpowrotnej utraty, ale nie żywotów, a śląskiej energii. Bowiem Kutz nie tyle jest tutaj patriotą swojej śląskiej ziemi, ale jawi się jako bardzo uczciwy, czuły jej syn, który staje się poprzez swój losowy udział za nią odpowiedzialny.

Przyznam się, że dopiero po powtórnym przeczytaniu tej książki odebrałam płynącą z niej moc w sposób bardzo dramatyczny i przejmujący. Nie ma w niej krzty artystowskiego ględzenia o ziemi jałowej. Nie ma tam płaczu o degradacji i zaniku śląskich wartości wypracowanych w codziennym, znojnym trudzie. Wtręty gwary śląskiej, mające na celu umiejscowić leksykalnie śląskiego ducha, nie są estetycznym ozdobnikiem. Z kart książki przemawia dojrzałość i głęboka wiara w sens pozytywnych działań ludzkich, w możliwość przezwyciężenia przeciwności słanych historią i cywilizacją.
Jednak mimo tych wszystkich zadowalających zalet, które autor wypracował pisząc książkę piętnaście lat, są w niej nieodgadnione pustki niczym niewypełnione i ten brak jest odczuwalny. Jeśli autor idąc za rozsądkiem nie pisze o wszystkim, co się wydarzyło przed wojną w dzielnicach dzisiejszych Katowic – w Szopienicach i Roździeniu – omija wszystkie dziennikarskie dokumenty zebrane przez Małgorzatę Szejnert w „Czarnym Ogrodzie” (o książce pisałam tutaj), to poniekąd słuszne, bo nie można pisać równocześnie o wszystkim. Jednak książka Janoscha „Cholonek czyli dobry Pan Bóg z gliny” mówiąca o tym samym i w bardzo podobny sposób, tylko pokazująca Ślązaków po stronie niemieckiej w Zabrzu, przedstawia te czasy bardziej złożenie i problemowo.

Warto na potrzeby analizy utworu Kutza przywołać – jak sam Kutz przyznaje – arcydzieło Janoscha, powstałe pół wieku temu i które Kutz chce jeszcze przed śmiercią zekranizować.
W spotkanym na dworcu w Gdańsku najmłodszym bracie rodziny Poloków z roździeńskiej ferajny, narrator odnajduje ludzką wredność, ale „Piątej stronie świata” to rzadkie epizody, „wypadki przy pracy” pejoratywnego mówienia o ludziach tu mieszkających. Ich wady Kutz podnosi nie tyle do zalet, on je widzi oczami dobrotliwego proboszcza pasącego swoje owieczki, ufającego – mimo ich grzechów – w ich wrodzoną dobroć. Już nie mam pretensji, że Kazimierz Kutz amputuje ze swoich zapisków zapachy domu śląskiego, tak zmysłowo zilustrowany sanitariatami zabrzańskich familoków przez Janoscha w swoim „Cholonku…”. U Kutza mamy za to opis krocza matki narratora w trakcie obierania kartofli, widok determinujący chłopięcą pożądliwość, Ale to wszystko mało. Kutz sam się cenzuruje, sam dokonuje selekcji. Przegrywa tutaj artysta z politykiem na całej linii. Kutz nie posiada wolności naturszczyka Janoscha, artysty bez szkolnego wykształcenia, którego awans społeczny odbywał się jedynie mocą wrodzonego talentu. Kutz ucząc się, jak mówi narrator „Piątej strony świata” polskiego języka literackiego jak obcokrajowiec, pozbył się też jego pierwocin. Wchodząc w łódzką filmówkę, która wydała genialnego Romana Polańskiego i który utrzymał swoją niezależność wewnętrzną, Kazimierz Kutz odwrotnie, utrzymał ją tylko zewnętrznie, estetycznie i folklorystycznie, nie zdołał ocalić swojej tożsamości. Nasiąkając warszawką pozbył się rabelaisowskiego humoru o korzeniach plebejskich, ponieważ panowała tam moda na artystowski Kabaret Starszych Panów. Jego humor jest stylizowany, cepeliowski, z drugiej ręki. Jeśli w „Piątej stronie świata” rozpaczliwie, dzięki artystycznym narzędziom chce się dowiedzieć, kim jest, to zamiast odważnie stawić temu czoła, jak wszyscy wielcy, którzy pod koniec życia pisali swoje spowiedzi, Kutz robi unik. Kutz się wycofuje. Robi drobne podmiany i te szczegóły są istotne. Kutz bardzo prawdziwie opisze sznuptychlę, czyli chustkę do nosa w postaci ogromnej, brudnej kuli, ale już na inne przedmioty, części ciała, jest zbyt delikatny. Opisy spraw płciowych bliższe są zachichranemu dowcipowi śląskiemu, bliższe są świntuszeniu, niż obyczajowej, rubasznej odwadze. Podobnie jest z odwagą polityczną. Kutz nie napisze o usuwaniu Żydów z ich maleńkich biednych biznesików uliczek Górnego Śląska, jak robi to Janosch niedwuznacznie opisując rodzinę Stanika Cholonka, dla której za rządów Hitlera naturalną dziejową koleją rzeczy było przejęcie biznesu po swoim pracodawcy, który nagle zniknął. To już więcej o kontrowersyjnej postawie Ślązaka uwikłanego w służebność kolejnym panom przejmujących tereny Śląska pisze Szejnert w „Czarnym Ogrodzie”.
Natomiast światowe kariery Ślązaków, jak i zdobywane majątki, o których pisze z nieukrywaną dumą, są podane w ten sposób, że są zasługą jedynie jakiś nieprawdopodobnych talentów, które mogą pokonać wszystko. Kutz niewiele pisze o momencie wejścia wojsk radzieckich na Górny Śląsk. Polonizacja wojewody Grażyńskiego jest też nie za bardzo czytelna. O wiele więcej można się dowiedzieć o bezwzględności nowych władz, o bezwzględnych nakazach generała Zientka wobec obywateli mówiących po niemiecku z książki Szejnert. Janosch opisuje bolesny exodus Ślązaków do Niemiec. Kutz opisuje ich konformizm afirmująco.
U Kutza po bardzo dramatycznych i naprawdę wielkich i szczerych fragmentach o niewolniczym losie śląskiego wieśniaka niewolonego katorżniczą pracą w rodzącym się na Górnym Śląsku przemyśle kopalnianym przyrównanym do losu amerykańskiego Murzyna widać wielkie, humanitarne współczucie. I gdy pisze o śląskim bluesie, o tym bezradnym, wolnościowym śpiewie, który zamilkł raz na zawsze w trakcie pacyfikacji kopalni Wujek w grudniu 1981. O nagminnie fundowanych rodzinom śląskich potwornościach wysyłających swoich chłopców do wojsk na frontach światowych wojen pod różnymi sztandarami. O powstaniach śląskich, o kontrowersjach decyzji polskiego rządu, o plebiscytach. O Korfantym. Kazimierz Kutz pisze naprawdę i pisze prawdę.

Ale to wszystko za mało. Dzisiaj bardzo trudno jest odkłamać Górny Śląsk w jego teraźniejszości, w bezwzględnym egoizmie rozdrapywanego publicznego majątku, panującego tu teraz dzikiego kapitalizmu i nadzieja na ten proces w książce Kazimierza Kutza zgasła.
Zgasła, bo to jest książka soft. A takie soft, to mieliśmy cały PRL. Najwyższa pora, by literatura z anegdoty i gawędy przeszła na to, do czego naprawdę służy człowiekowi: do artystycznego świadectwa czasów, którym artysta świadkował.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , , , , , , , , , , | 9 komentarzy

Leszek Z. Chudziński „niedzielni poeci” (2010)

Tomik Leszka Chudzińskiego zawiera pięćdziesiąt pięć skromnych wierszy pisanych w różnych latach, połączonych jedną ideą pisania ich mimochodem.
Cały czas towarzyszy czytelnikowi przy odbiorze tych ledwie zarysowanych strof poczucie zaniechania wypowiedzi poetyckiej i wybrania odpoczynku niedzielnego. Jest w nich ironiczne podszywanie się pod niedzielnego artystę – zasiadanie do pisania wiersza, jak czynią to malarze niedzielni, czyli tacy hobbiści i amatorzy, co to lubią tak sobie w wolnych chwilach pomajsterkować w niedzielę – i wyraźna przyjemność tworzenia. Ale to tylko pozór i zmylenie. W tej kokieterii mieści się dojrzałość aktu twórczego, przekłuwanie balonu poetyckiego namaszczenia ma tutaj podwójny sens: wycofywanie się w porę w dawaniu ostatecznej odpowiedzi, której przecież tak naprawdę nigdy nie ma, jak i zakreślenie bardzo dużego obszaru poetyckich przechadzek, po których Chudziński nie tyle stąpa, co je muska, zaczepia i odlatuje.
Wszystkie te wiersze równe jakościowo jednocześnie odzwierciedlają postawę życiową poety, powściągliwą i pogodzoną ze sobą i całym światem. Wychłodzony ton tych pogodnych wierszy czytelnik doświadcza poprzez odczuwalną afirmację świata, jak i nim zabawę. Nie oznacza to jednak powierzchownych diagnoz dawanych awansem. Przeciwnie. I ten myk, to umykanie powadze, ostateczności, ten końcowy skręt w ironię i absurd, czyni poezję Chudzińskiego lekką, a zarazem i melancholijną:

(…)wiersz – jak papierowy parasol/otwiera się z każdym słowem/aż przesiąknie do cna ciała/ a może i duszy[…] – powie Chudziński w jednym ze swoich krótkich wierszy i odniesie się od razu do słynnego powiedzenia, że poezja to „krzyk duszy”. Jednak to spłycenie roli poezji jest tylko pozorne. To takie chińskie symbole lekkości działania, osłaniania, maskowania, jak wiemy, w kulturze Wschodu niezwykle skuteczne i dające ludzkiej egzystencji moc. Mamy tutaj zarazem i wachlarzowaty, delikatny parasol, jak i papier do pisania słów. Wszystko kruche, ulotne, nie warte świeczki, a jednak jakże ważne i skuteczne.

Bardzo piękny jest wiersz zaczynający się od słów gdybym potrafił/niebo malowałbym na niebiesko(…)[…]
Wiersz składa się właściwie z samych banałów, takiej dziecięcej wyliczanki-malowanki, który pod wpływem zaczarowania poetyckim szykiem słów staje się litanią pobożnych życzeń, wcale nie nierealnych, a niezmiernie prostych i celowych. Czytając ten wiersz, jak mędrzec, czytelnik bije się w czoło i zachodzi w głowę, dlaczego ludzkość jest taka głupia i nie słucha postulatów Chudzińskiego.

Olśniewająca jest prostota tych wierszy, a ich nieprawdopodobna oczywistość zdrowiem. Przenikają je witalne impulsy zadowolonego z życia człowieka, pełnego radości i bezinteresownego dzielenia się nią z czytelnikiem. Chudziński rezygnuje w nich z wszelkich ozdób, z całej poetyckiej rekwizytorni, to są wiersze nagie i bose, chadzające jak Duch Święty, kędy chcą, czyli po wszystkim, co podsunie poetycka wyobraźnia.
Wiersz „licentia poetica” to credo poetyckie Leszka Chudzińskiego. Tutaj poeta jasno wyraża sposób poetyzowania, właściwie zapisu poetyckiego słowa, które ma według niego być jedynie stwarzaniem i niczym więcej:
(…)najłatwiej poetom

wymyślają niestworzone rzeczy

by się jakoś odnaleźć

bóg patrzy z politowaniem

na ich liryczny podmiot

niedorzeczność poczynań

dialektykę wiersza(…)
[licentia poetica]

W tym wierszu chodzi cały czas o przekroczenie, o przezwyciężenie i w sumie o afirmację poetyckiej pracy. Na końcu poeta dochodzi do wniosku, że te wszystkie banialuki, o jakich pisze na początku, są poecie niezbędne, celowe i właściwe. Ten krótki, powiedziałabym nawet „programowy” wiersz, to taki „Dezyderat” dla poety, jak ma tworzyć, jak żyć w tym przecież niemożliwym świecie.

Podobnie rzecz się ma w wierszu o Księżycu. To taki już przecież zużyty poetycki motyw i wydawałoby się, że się nic nie da napisać o Księżycu, by się nie ośmieszyć. W wierszu zaczynającym sie od słów księżyc to nie pomarańcza / wystrzelona w niebo/ albo srebrny dolar nad bankiem(…)[…] jest nie tyle przywróceniem wagi słowu „księżyc” ile poprzez zaprzeczenie istnienia ciała niebieskiego, poprzez konkluzję (…)księżyc

prawdę mówiąc/nie istnieje(…) poeta osiąga podwójny cel: przeczy astronomii w sposób oczywisty, by ocalić poetycki księżyc i jego znaczenie w wierszu, w sztuce, w teatrze, w teatrze życia. To jest takie trochę stwierdzenie, że artystą się jedynie bywa, ale nie całkiem. Bo ten wiersz jest bardzo konkretny i stanowczy i opowiada w dalszym ciągu o kruchości języka poetyckiego. W dalszym planie tego wiersza możemy dośpiewać sobie, że poeta uczula nas, czytelników, że to wszystko nie jest takie oczywiste i że nawet mickiewiczowski romantyzm wywyższający oko nad szkiełkiem nie jest wcale w stanie tego ocalić.

Dlatego w tych radosnych wierszach odkrywam też podskórną melancholię i jakieś zaniechanie, jakąś mimo wszystko rezygnację i powątpiewanie:

siekierę do wiersza

gałęzie

jak metafory

na bruk

historyczna heca

ogień roznieca

pali paryż bruno

a złote runo

za górami

za lasami

za morzami
[historyczna heca]

Niewiele jest jednak wierszy, odwołujących się do poetów polskich tak jak tutaj, do Brunona Jasieńskiego. Raczej większość rozrachunkowych wierszy z rzemiosłem poetyckim rozgrywa się na bardzo prostych planach i przykładach życia codziennego, na filozofii tzw. chłopka roztropka, któremu cały czas patronuje tarotowy Głupiec, a któremu cały czas czytając te wiersze, my patronujemy, sprzyjamy i kibicujemy. Według Leszka Chudzińskiego poeta to wariat, poeta to ktoś, kto nabija się taki w obłokach/i spada potem na ziemię/

na pysk(…)[poeta] ktoś w sumie zawsze jednak skrzywdzony jak dziecko, i nic mu nie pomoże


(…)ani Leśmian

ani Białoszewski

ani Pan Cogito –(…)
[nie czytaj wierszy]

Nie jest to ani skarga, ani pretensja, ani też zaniechanie poezji. Tutaj mamy bardzo precyzyjny katalog niemożności bycia poetą i jak i nim nie bycia i to odwieczne pytanie każdego artysty nie staje się ani krztynę banalne. W sumie te kolejne rozważania w poszczególnych wierszach za i przeciw mają coś z plebejskich dowcipów: czy się ożenisz, czy nie, będziesz i tak zawsze nieszczęśliwy. Jednak absurd tej poezji polega właśnie cały czas na przewrotności i na nieustannej poetyckiej dyscyplinie. To bluźniercze „ale” zawsze znajduje wytłumaczenie i zawsze jest zasadne nie tylko w kontekście filozoficznego przekazu, ale pełni też funkcję estetycznego przeżycia zrozumienia intencji poety. Inteligencja poety koresponduje z odbiorcą nie typu: „wyjąłeś mi to z ust”, ale w konsekwentnie przyznawanej przekazowi poetyckiemu racji.

Są w tym zbiorze piękne, bardzo oszczędne, jedynie zasugerowane, spotkania z przyrodą, bardzo zmysłowe. Opisy plaż, nadmorskich ptaków, ludzkiego zachwytu doznaniem prostej przyjemności wakacyjnej dają poczucie współuczestnictwa i udzielającej się rozkoszy. Jest kilka tych wspaniałych wierszy na końcu tomiku, mówiących o dostojeństwie goszczenia przyjaciół, o doznawaniu codzienności w sposób sakralny i podniosły, i wszystko to przy użyciu minimalnych środków poetyckich. Wersy są krótkie, składają się z jak najkrótszych słów, poszukanych tak, że wieloznacznie obsługują całe obszary wyobrażeń. Są wiersze o upływie czasu, o pogodzeniu sie ze śmiercią i odchodzeniem. Są i o miłości, czułe strofy poświęcone żonie Bożenie.

W sumie, wracamy do sytych klimatów czarnoleskich, do Kochanowskiego, do życia, które jest cenne w każdej swojej pokojowej, epikurejskiej formie.
Tomik jest niedzielny, bo jest odświętny. Odświętnością nie celebry, ale egzystencji, która zawsze jest świętością.





Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , | 75 komentarzy

Kazimierz Poznański „Prawie piękne”(2010)

To poemat oniryczny na cześć pewnego miejsca na ziemi, umownie można nazwać go mitycznym, archetypicznym i na potrzebę tej analizy nawet wyjątkowym i jedynym na świecie.
Poemat Kazimierza Poznańskiego zbudowany jest tak samo, jak jego poprzedni tomik, „Długi wiersz” z bloków poetyckich, gdzie optycznie osiem wersów zbliża się do geometrycznych kwadratów tak, jakby ten zabieg formalny przemagał perswazję, jakby stawał się blokami wykutymi z dna pamięci, z przemagania nieposłusznej materii czasu. Determinująca te strofy dyscyplina budowy utworu porządkuje narrację, wprowadza chronologię i poszczególne sceny poetyckie obrazowane są tak, jak zatytułowane rozdziały, jakby zahasłowane. One też pełnią rolę symboliczną i demiurgiczną.
Narrator, który zdaje się być zarówno bohaterem tych strof, jak i Kazimierzem Dolnym i też czytelnikiem, już na wstępie rozpływa się w poetyckiej przestrzeni wychodząc z korzeni parku krajobrazowego. Poeta umiejscawia swojego bohatera w lessowych wąwozach kazimierzowskich obrzeży, skąd rozpoczyna swoją poetycką wędrówkę, by nimi, tymi symbolicznymi korzeniami dojść do współczesności, czyli do realnego dzisiejszego Rynku w Kazimierzu Dolnym. Korzenie tu mają jak najbardziej prahistoryczny charakter, podmiot liryczny rozważa swoje pochodzenie, analizuje labirynty losu i sugeruje, że właściwie WĄWÓZ jest w pewnym sensie uwięzieniem, że prowadzi tylko w jedną stronę. Determinizm jego egzystencjalnego dramatu ludzkiego życia jest banalny i powtarzający się zawsze, toteż duchowa podróż kończy się zderzeniem z wszechogarniającą materią:

„(…)grząska koleina na ślepo błądzi
a kiedy urywa się na rynku
nie ma już stamtąd powrotu (…)”

Dlatego inkubacja, pojawienie się na archaicznym rynku w małym historycznym miasteczku w centrum Polski nad rzeką Wisłą jest o zwykłe i normalne, jak każdy poród, gdy odchodzą wody płodowe i pojawia się człowiek. Stąd może ten drugi obraz zatytułowany POTOP, gdy oko narratora, ślizgające się od niechcenia po architekturze, po starożytnych domach, studni, rejestrujące destrukcję i entropię, nagle zderza się z żywiołem wody z nieba, z innego źródła. To zewnętrzność teraz atakuje i rządzi, to ona przemienia rzeczywistość.
Pięknie Poznański, jakby malował wodnymi farbami, odmalowuje zmywane domy, obnażające się nagle, pokazujące bezwstydnie swoje wnętrza, synteza tych obrazów jest nieprawdopodobna, tu już nie ma czasu, zwykłej kolei losu, porządku, tu wszystko staje się płynne i nawet śmierć zostaje zdegradowana:

„(…)Życie naprawdę nie ma końca
to tylko marny wymysł poetów(…)”

To w dalszym ciągu nie jest pytanie ani o swoje początki, ani łatwe przetwarzanie obrazów na fabułę. Poeta cały czas panując nad materią poetycką, wykonuje wielki wysiłek stwarzania na nowo rzeczywistości kazimierzowskiej mając do dyspozycji zaledwie jej ułamki, powidoki, nędzne strzępy zachowanych obrazów.
I na tej arenie, gdzie miasto rozmywa się na swych krańcach, poeta buduje następną część zatytułowaną KRESY i to jest poświęcone ojcu. Ojciec przywołany jest kilkoma pociągnięciami, właściwie go nie ma, jest w malwie, w krzemieniu, w zapomnianej gitarowej melodii, ale staje się mityczny i demiurgiczny, ponieważ trwa w jakimś bardzo ważnym dla narratora wewnętrznym doświadczeniu, budującym go i ocalającym. Ojciec staje się tutaj zarówno zewnętrznością jak i wewnętrznością, pełni rolę spajającą i integrującą narratora. Tytułowe KRESY to nie tylko Krzemieniec, rodzinne miasto ojca powiązane symbolicznie z kamieniem, który pełni rolę talizmanu, dawcy światła i wiedzy o otaczającym świecie:

„(…)Ciągłe noszę mały lśniący kamyk
co potarty przez ojca pośpiesznie
wykrzesywał(…)”

Kolejny obraz „NAGOŚĆ”, to takie trochę kadry z „Umarłej klasy” Kantora, ale w przeciwieństwie do zawartej tam śmierci, tu są pełne witalności i życia. Bohater jest nieumiejscowiony w czasie, w dalszym ciągu pokonuje, jak we śnie jakieś odległości jak w miodzie, konsystencja otoczenia jest słodka, a zarazem niemożliwa:

„(…)patrzysz wyraźnie w mą stronę
ale wiem że nie myślisz o mnie(…)”

Doświadczenia seksualności są ujęte w erotyczny hymn przezwyciężenia gatunkowej zwierzęcości. Wysiłek przewartościowania pożądania w miłość poeta wyraża najsubtelniejszymi strofami, mamy tutaj bardzo czuły opis kochanków leżących nago, których ciała są ledwo zarysowane i których współistnienie jest tak samo nierealne i tak samo piękne jak otaczające ich miasto.

Być może, że kolejny obraz ŻYDZI, mający na celu oddanie schulzowskiego klimatu miasteczka, zamieszkałego przed wojną przez ludność żydowską nawiązuje bezpośrednio do figury własnego ojca jak i Ojca –Demiurga, mitycznego Jakuba z Drohobycza. Tu jednak dzieje się coś odwrotnego – tu nie ma Boga Stwórcy, wszystko odbywa się poprzez odejmowanie. Zostaje miasto, ślady po ludziach, elementy żydowskich rytuałów religijnych są jeszcze rozpoznawalne, ale powoli się zacierają. Natomiast holocaustowy duch niebytu tu trwa nieustannie i nie jest to w dalszym ciągu doświadczenie śmierci, ale jakiejś nieprawidłowości w naturze. Ten niepokój i zachwianie równowagi kosmosu świadkujący teraz miastu narrator doświadcza na wskroś, jest tym nie tyle zaniepokojony, co skrzywdzony:

„(ale nawet jeśli ostatni z żyjących
przepadnie w kolejnej pożodze
ten który ich wszystkich stworzył
pozostanie żeby ich opłakiwać(…)”

Aż dwa rozdziały poematu Poznański poświęca miłości. MIŁOŚĆ jest tutaj idealnym scaleniem się z kosmosem, i nawet, jeśli nie wszystko w naturze sprzyja, jeśli otaczająca przyroda nic o niej nie wie, to ta integracja jest cały czas doświadczana i namacalna. Miłość jest zawsze transgresją, jest skandalem i sprzeniewierzeniem się pośledniości i normalności, ale jest też wysiłkiem akceptacji przemiany:

„(…)Noc zapada tego kolejnego dnia
dachy mieszają się ze ścianami
resztka światła szuka schodów(…)”

Strofy tutaj jak muzyka wpadają w chropawe tony dramatycznych skrętów, by w jakimś niezłomnym poszukiwaniu się kochanków i umiejscawianiu się w rzeczywistości nie utracić też egzystencji w całkiem osobnym, wsobnym świecie:

„(…)proszę nie zostawiaj mnie tak
bez mojego wiernego odbicia
mogę w zamian oddać to co mam
jak chcesz zabierz moje życie(…)”

powie narrator błagalnie w następnej części poematu zatytułowanej DZIECKO. To jest kontynuacja miłosnego wątku sublimującego się w owocu, przywołanym symboliczną jabłonią na początku, by rozwinąć się hymnem radości z posiadania, z wzbogacenia i z możliwości kochania. Bohaterką jest mała dziewczynka pojawiająca się w życiu bohatera jak dar losu, jak zagadka i jak mityczna istota, tajemnicza i tak samo ważna jak narrator, czułe wersy poświęcone dziecku mieszają się z próbą umiejscowienia go w tym mikrokosmosie, który był już równowagą, a teraz stał się pełnią.
Kiedy poemat rozpoczynał się wiosną, leżały resztki śniegu u stóp dzieci z pisankami pod kościelną farą, a pod koniec poematu mamy obfitość owoców, lato, które mija, jest szczodre i orgiastyczne. Owoce nie tylko są w okolicznych sadach Kazimierza, ale i na rynku, na targu. Lecz ta obfitość i szczodrość natury nie łagodzi nękającego ludzi losu pełnego sprzeniewierzeń i sprzeciwów. W części zatytułowanej PO ŻAR, podmiot liryczny dręczony jest nienasyceniem i pożądaniem, którego nie gasi schultzowski cynamon, ponieważ już sklepów cynamonowych nie ma, są sklepy jedynie ze świerszczykami. Dlatego MATNIA, to uwikłanie w mrok zależności, to wolność utracona wskutek nieprawości świata i ludzkiej natury, to też próba nieustanna wyzwolenia i pokonania, to kolejna transgresja i metamorfoza wewnętrzna.
Wchodzimy z bohaterem w kręgi piekła niezawinionego, w czarną magię i w gnostycką nieprzychylność koła losu:

„(…)mogę zostać oskarżony o mord
którego wcale nie popełniłem(…)”

Minorowość tych strof tchnie autentycznym bólem i pogubieniem, czymś bezradnym i ostatecznym. Sekunduje dramatom miasto pełne scen ilustrujących stan duchowy bohatera, szalona bryczka wiezie pijaną, ordynarną parę, pojawia się motyw cyganki i ludzkiego fałszu.
Jest to w dalszym ciągu poemat egzystencjalno symboliczny i zastanawiam się, czy surrealizm ma tutaj jakieś znaczenie, bo przecież wszelkie zanikania, rozpływania i przemiany czegoś w coś innego nie są jeszcze surrealizmem. Ostatni akapit zatytułowany niebo, to stoickie pojednanie się z losem, to hymn na cześć przezwyciężenia rzeczywistości nie poprzez antagonizm, tylko właśnie symbiozę. Harmonia wraca do ostatniej części zatytułowanej NIEBO:

„(…)Jak od mego zaklęcia z pełnej tęczy
po krótkim deszczu zachowało się
wyłącznie jedno różowe pasmo(…)”

Tu jest piękny opis bukolicznej przyrody kazimierzowskiej, gdzie następuje idealne połączenie widzianych fragmentów pejzażu, gdzie wszystko do siebie pasuje, jest współzależne i właściwe. Następuje po ciągłej karuzeli antagonizmów natury i kosmicznych sił równowaga w tej bezustannej przemianie roślin ludzi i pejzażu. Pogodzenie i afirmacja takiego stanu poeta potwierdza w szczerej i prostej konstatacji niemal dziecięcej, że

„(…)aż tak piękny jest czasem tu świat
jeżeli jest jakiś lepszy nie wierzę (…)”

To zakończenie odnoszące się do tytułowego „prawie” jest też zabezpieczone słówkiem „czasem”, odwołując się zarazem filozoficznie – mimo doświadczanej odwieczności – do jednoczesnej tragicznej naszej kruchości.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , | 89 komentarzy

Dziennik amerykański (29)

19 października 2010, wtorek. Rano byliśmy już spakowani, udało mi się jeszcze wcisnąć półkilową torbę lukrecji, walizki wyniesione już są na schodach do holu, ja ubieram na podróż bezrękawnik z wełny bouclé, podarowany przez Susan, szary i z powycinanymi na dole zębami, takimi, jak miał Blaszany Dzwoneczek w „Piotrusiu Panu” u Disneya, kiedy zadzwonił dzwonek. W drzwiach stanął Profesor Kazimierz Poznański, przyszedł się pożegnać i przyniósł mi właśnie przysłany z polskiego wydawnictwa tomik „Długi wiersz”. Napisał mi w nim dedykację i dał w kopercie ksero swojego drugiego tomiku, który jeszcze się nie ukazał.
Nie żegnaliśmy się na zawsze, bo jego wystawa kartonów kazimierskich odbędzie się w Galerii Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym w maju przyszłego roku, i pewnie się spotkamy.
Profesor jechał na uczelnię, a my jeszcze do centrum, bo samolot odlatywał o 14 i mieliśmy jeszcze trochę czasu popatrzeć na wybrzeże Elliott Bay, gdzie miasto wystawione jest w całej okazałości na panoramiczny, pożegnalny widok.
Zawsze, jak opuszczam ukochane miasta to wiem, że jest to opuszczenie na zawsze i nawet, jak los dopuści do ponownych odwiedzin, to przeżywam tę ostateczność zawsze tak samo. Tak miałam, gdy jechałam mając dwanaście lat tunelem pod Havana Bay i jak samochód wiozący nas na lotnisko wyłonił się na powierzchnię wiedziałam, że skończyło się coś, co jest nieodwracalne i kiedy po dwóch latach ponownie tam poleciałam, ponownie jechałam tunelem i ponownie wiedziałam, że to już się nie wróci. I się nie wróciło nigdy i nawet, jak po powrocie do Polski były jakieś sporadyczne korespondencje z poznanymi tam Polakami, to wszystko było tak letnie i tak mdłe, że odetchnęłam z ulgą, kiedy pocztówka na Boże Narodzenie już nie nadeszła.
Jechaliśmy teraz tunelem do Tacomy, pewnie wykonanym w tym samym czasie, co Tunel w Hawanie, bo archaiczne kremowe kafelki, jakich użyto do wyłożenia ścian i sufitu, były dziwnie znajome, obrazy nakładały się z tych wspomnień tak długo, aż wyjechaliśmy na zalane słońcem Seattle i te ostatnie spojrzenia przez szybę samochodu seattleńskich ulic upewniło mnie jeszcze bardziej, że nigdy tu już nie powrócę.
Każdy lot samolotem jest błyskawiczny, nigdy nie odczuwa się go z celebrą romantycznych kolei, dworców, na których się czekało w szczególnej przestrzeni czasowej. Podróż samolotem człowieka nie różni się wiele od podróży jego bagaży, które lecą tak samo wygodnie jak ludzie, mają też swoje miejsca i są podawane z rąk do rąk. Syn porozmawiał z młodą, ładną Murzynką, pracownicą Lufthansy i ona specjalnie na osobnym kartoniku wydrukowała nam godzinę przesiadki we Frankfurcie do Katowic, mimo, że mieliśmy wyjątkowo łatwy powrót, jedynie z jedną przesiadką, było to absolutnie niepotrzebne. Panienka poleciła nam też negocjacje z sąsiadem, który będzie siedział między nami, by się zamienił na miejsca.
Potem już wchodząc na taśmę security, gdy znaleźliśmy się po drugiej stronie i pomachaliśmy jeszcze synowi ręką na znak, że może już jechać do domu, widziałam, że odetchnął z ulgą. Ostatnio, kiedy leciałam, w tym samym miejscu zatrzymano mnie, był alarm na lotnisku i grupa uzbrojonych pracowników lotniska wyjęła z mojego bagażu podręcznego medium do końcowego malowania obrazów, taki współczesny werniks do farb akrylowych, oparty na alkoholu i polichlorku winylu. Włożyłam resztę przelaną do słoika w ostatniej chwili, bo to jest w Polsce bardzo drogie i widocznie taki sam skład chemiczny mają bomby na lotniskach przewożone przez takich jak ja anarchistów. Słoik oddano synowi i on teraz też czekał na coś, co zabrałam pospiesznie, ukryłam tajnie. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Pojechaliśmy ze swoimi małymi walizeczkami na kółkach do windy, syn zniknął już w drzwiach i skierował się do parkingu. Kolejka rozwożąca pasażerów po lotnisku w Seattle-Tacoma wprowadza w nastrój podróży ciepłym głosem zapowiadającej kolejne bramki kobiety. Nasza była ostatnia i kiedy szliśmy już marmurowymi posadzkami lotniska, by dołączyć do długiej kolejki ustawiającej się do właśnie podstawionego samolotu transatlantyckiego, słońce zza wysokich, ciągnących się od posadzki do sufitu szyb, zalewało cały terminal, sylwetki siedzących na ławeczkach kolorowego tłumu były obwiedzione białą, fosforyzującą linią światła padającego zza ich pleców. Ta sama, czarnoskóra panienka, która na dole drukowała nam bilety, przyjechała tu trzymając pod pachą spis pasażerów w grubym portfelu, ogłosiła przez słuchawkę, że ładowana będzie w pierwszej kolejności klasa pierwsza, a potem kaleki i rodzice z dziećmi. I wchodzili, jak do Arki Noego, najpierw ludzie bogaci – oni zajmowali pierwszą część samolotu – potem wolno przetaczały się wózki z pasażerami i dzieci na rękach, w kołyskach samochodowych, nosidełkach. Wyglądało na to, że najczęściej samolotami podróżują teraz maleńkie dzieci, żywioł nie do poskromienia w czasie tej wyłącznie nocnej podróży, bo tym razem będziemy lecieć w czasie spania.
Ten, który miał siedzieć między nami, okazał się młodym, przystojnym Niemcem, z kitką związaną gumką z tyłu. Natychmiast zgodził się na zamianę miejsca pełen grzeczności i jakby przepraszając, że taka sytuacja, za którą nagle poczuł się odpowiedzialny, była możliwa do zaistnienia, że nie sprzedano nam biletu obok siebie. Natomiast za nami siadła para starych Pakistańczyków, którzy od razu usadowili się do snu waląc w nasze oparcia siedzeń pięścią, byśmy je podnieśli. Ponieważ nasi poprzednicy mieli schylone do spania przestraszeni i jeszcze zobligowani nadmierną grzecznością Niemca, siedzieliśmy potulni. Na dodatek stewardessa przyniosła w międzyczasie bilecik z Business Class i wręczyła mężowi pomyłkowo, mając polecenie dostarczyć go kierując się numerem miejsca, które mąż zamienił z Niemcem. Kiedy sytuacja się wyjaśniła i Niemiec dowiedział się, że czeka tam na niego kobieta, zniknął z pola widzenia, a nam z mężem nie pozostało nic innego, jak spędzić tę noc w czymś na kształt namiotu indiańskiego, w ograniczonej przestrzeni przez maksymalnie wychylone fotele przed nami i nasze przechylone do przodu..
Mąż wyjął mały laptop i postanowiliśmy zobaczyć zaległe filmy z portalu Alterkino, które wcześniej nagrane, czekały na zobaczenie. Za oknem widać było góry, lecieliśmy już ponad jakimiś przerażającymi granitowymi szczytami, lekko tylko pomazanymi śniegiem, tak nisko nad nimi, że widać było ścieżki i to mnie całkiem rozbiło, bo boję się gór, a zobaczenie ich jeszcze z tak nieprzyzwoitej perspektywy, wydawało mi się przerażające. Ale na całe szczęście samolot wzbił się wyżej i chmury zalały wszystko pod spodem odsłaniając czyste słońce i krwisty zachód, który powoli zamierał, by pogrążyć samolot w absolutnej ciemności. Pasażerowie pogasili już swoje ekrany, starali się spać mimo nieprzerwanie płaczących dzieci, bo jeśli któreś zasnęło z zabawką-kaczką roznoszoną na tacy przez stewardessy, to w drugim końcu samolotu ryk zapoczątkowywał lawinę płaczu, tak, jakby dzieci porozumiewały się ze sobą własnym językiem i podróż przeznaczały na to, by odegrać się na dorosłych za wszystkie świństwa, jakie im oni w ich życiu wyrządzą. Myśmy otworzyli laptop z izraelskim filmem “Stalagi” o komiksach i literaturze pornograficznej. Nawet się ucieszyłam z takiego filmu, bo po powrocie do Polski będę kończyć mój komiks o Kubie i mam tyle pracy takiej niepewnej… Przecież komiksu „Kasztany” nikt nie chce wydać, więc może ten film naprowadzi mnie na pomysł sukcesu finansowego. Wiadomo, że tylko sukces finansowy może mnie uratować przed kompletną zagładą. I tak już od kilku lat funkcjonuję w internetowej komie, w społecznej śmierci czepiając się mojego sieciowego bloga jak kot klozetu, który jeszcze walczy z kolejną falą spuszczanej wody. Film niewiele pokazał obrazków ze scenami sadomasochistycznymi w Oświęcimiu, nie mogłam też z nich wyciągnąć dla siebie żadnych pouczeń dotyczących zamiany ich na gotówkę. Natomiast starał się wyjaśnić, dlaczego były tak popularne. Nie znoszę pornografii w żadnej postaci, nawet ten wariant soft jest dla mnie niestrawialny. Kiedy na Famie w latach siedemdziesiątych w Świnoujściu pokazano studentom stłoczonym do niemożliwości soft porno pt.: „Emmanuelle” i zapamiętałam scenę kopulacji romantycznej w samolotowym ustępie, już wiedziałam, że to wszystko szyte grubymi nićmi, bo nie dość, że do toalet samolotowych są cały czas kolejki, to jeszcze nie jest możliwe, by pomieściła w na tak niewielkiej przestrzeni dwie osoby, które muszą w pewnych momentach się od siebie oddalać. Trudno mi było pojąc fenomen komiksów „Stalagów” i książki „House of Dolls” żydowskiego pisarza uratowanego z Oświęcimia, działającego po wojnie w Tel Awiwie pod pseudonimem, Ka-Tzetnik 135633, którego książka opisuje burdel w Oświęcimiu w jednym z bloków, gdzie według jakiejś żydowskiej kobiety filmowanej na tle tego właśnie obozowego budynku zwożono z Rzeszy Niemców, by akurat tam zaznawali rozkoszy. Nigdy nie byłam w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, zawsze, jak przejeżdżamy przez Oświęcim szosą wzdłuż Muzeum Auschwitz-Birkenau, odczuwam z tamtej strony to nie do pokonania promieniowanie śmierci i nie wierzę, by kiedykolwiek ono ustało. Jest to coś zupełnie przeciwnego seksualności ludzkiej, która jest życiem. Już nie ma tam dotkliwego zapachu spalenizny, którego przez całą niemiecką okupację doświadczali mieszkańcy miasta, ale pomijając obowiązujący w czasie wojny zakaz pod karą śmierci kontaktów seksualnych Niemców z Żydami, trudno dowierzać dokumentalnemu charakterowi książki „Dom lalek”, z której dzieci się w Izraelu uczą w szkołach, jak było.
Pakistańczycy za nami pogrążyli się we śnie chrapiąc, obok para z bliźniakami, które nie ukończyły jeszcze drugiego roku życia walczy cały czas z ich wyciem. Jedno pod wpływem ekranowej kreskówki wreszcie zasnęło, drugie młody chłopak zaczął w nosiłkach obnosić między fotelami już bez zwracania uwagi na przepis ograniczający wychodzenie z foteli tylko do wizyt w ustępie.
Gdy zaczęło dnieć, stewardesy poroznosiły wodę i soki wysuszonym podróżnym i zaczęły przygotowywać gorący posiłek, który zawsze jest rozdawany na krótko przed lądowaniem, by pasażerowie wychodzili z dobrym wrażeniem sytości. Bardzo lubię posiłki samolotowe, są w niewielkich ilościach, poporcjowane, różnorakie, smaczne. Strasznie mi się podoba taki minimalizm i chyba tak powinien wyglądać każdy posiłek na całej kuli ziemskiej, starczyłoby dla wszystkich i nie byłoby grubasów.
Wychodzimy na frankfurcki, szary poranek trochę połamani, żegnamy się ze stewardessami gorącym AUF WIEDERSEHEN, faktycznie, były bardzo miłe i zawsze uśmiechnięte, teraz też, stojąc u wyjścia na żelazne schodki niezmiennie żegnają wszystkich indywidualnie i życzliwie mimo zmęczenia nieprzespaną nocą.
We Frankfurcie mamy trzy godziny do odlotu samolotu do Pyrzowic i postanawiamy już nigdzie nie łazić, tylko zostać w tej bramce, z której będziemy lecieć. Idę jeszcze do sklepu lotniska zobaczyć, jaki teraz panuje w Europie styl noszenia się Kena. Ken jest tutaj bardzo drogi, ubrany w garnitur z czystej wełny, trochę mnie to smuci, bo będę musiała coś takiego mu szyć, co nie jest łatwe. Znajduję też na naszym terminalu darmowe automaty z trzydziestoma gatunkami napojów i przynoszę mężowi kawę w czerwonym, kartonowym kubku. On oddaje się w tym czasie ukradkowemu obserwowaniu azjatyckiej dziewczyny z wózkiem dziecięcym, nieruchomo siedzi pod ścianą i też czeka na ten sam, co my, samolot. Ma na głowie błękitną chustkę, nie ma chyba dwudziestu lat i jest niezwykle urodziwa. Przy niej siedzi chłopak, który właśnie zarzuca białą chustę w czarne pasy na głowę i tak siedzi nieruchomo. Dziewczyna nie zwraca na niego uwagi, je z torebki chipsy. Kiedy coś zaczyna ruszać się w wózku, podaje niemowlęciu z torebki kawałeczek. Chłopak tymczasem zdejmuje tkaninę, odsłania twarz, obwiązuje się jakimiś rzemieniami, wkłada coś na głowę, odwraca do ściany, kłania się jej, zamiera, potem znowu wykonuje gesty modlitewne. Młoda kobieta jest wyraźnie nieobecna, pogrążona niemo w swoim oczekiwaniu, nawet dziecko zamilkło i już nie potrzebuje niczyjej uwagi.
Powoli pasażerów przybywa, przez słuchawkę stewardessa ogłasza moment wpuszczania nas na pokład małego samolotu Lufthansy lecącego do Katowic- Pyrzowic. Autobus wiezie nas jeszcze długo po płycie lotniska. Ostatni odcinek podróży przebiega błyskawicznie, bo co to za odcinek wobec pokonanej właśnie przez nas podróży i już jesteśmy w Polsce. Powrót jest zawsze ponury, bo nawet już nie siedzą na posterunkach, jak dawniej, służby graniczne w polskich mundurach polskiego wojska i nie oglądają nam paszportów. Nie ma to jak w Ameryce, oglądanie dna oka, odciski palca. Budki, w których niedawno jeszcze siedzieli urzędnicy, teraz są puste i martwe, mijamy je i ze wszystkimi z samolotu idziemy od razu na karuzelę, gdzie już wystawiane są pierwsze bagaże.
Gdy wyszliśmy na zewnątrz autobus do centrum już odjechał, a nowy, który już stał, miał odjazd za godzinę. Oprócz nas i jeszcze jednej pani, która zajęła miejsce w tyle autobusu, nie było nikogo chętnego. Kierowca, o rasowym profilu faustowskiego Mefistofelesa zaofiarował się, że skoczy nam po coś do picia, bo idzie do sklepu poza lotniskiem. Na lotnisku nie kupuje, bo za drogo. Miałam tylko odliczone złotówki na dwa bilety kwotę czterdziestu złotych na bilet autobusowy, więc grzecznie podziękowaliśmy i obiecaliśmy pilnować autobusu w czasie jego nieobecności. Ale nikt nie dosiadł i gdy on zdenerwowany przyszedł i pił z butelki jakiś płyn, w napięciu patrzyliśmy, jak obserwuje pasażerów wysypujących się z oszklonych drzwi lotniska, którzy kierowali się albo do taksówek, albo do aut, które po nich przyjechały. Było już dobrze po terminie odjazdu i zrozpaczony kierowca spytał nas nieśmiało, czy możemy z nim poczekać kolejną godzinę, bo na pewno z tego różowego samolotu, właśnie kołującego nad lotniskiem, ktoś się zdecyduje na jazdę jego autobusem. Nic innego nam nie pozostawało, jak tylko czekać i go pocieszać, i wysłuchiwać dziejów jego firmy, która jest i nie jest przynależna lotnisku. Trudno nam było się połapać w skargach organizacyjnych komunikacji lotniska z miastem, bardziej byliśmy skupieni, na wewnętrznym obstawianiu, czy ten oto idący w naszym kierunku toczący walizkę na kółkach wejdzie, czy nagle, niemal się ocierając o autobus, skręci i pójdzie dalej. Autobus tymczasem podjechał tak, by stanowił wręcz przeszkodę dla wysypu lotniskowego, i każdy, kto poszukiwał taksówki, czy samochodu, potykał się o nas. Niewiele to dało. Gdy zrezygnowany kierowca zapuścił już silnik, okazało się, że międzyczasie wylądował kolejny samolot i tym razem ludzie zaczęli biec i machać, byśmy nie odjeżdżali. W sumie udało się wygenerować razem z nami i panią z naszego samolotu dziesięciu pasażerów, kierowca był wniebowzięty. I kiedy wsiadła Amerykanka, nie znająca słowa po polsku i pokazała nam wszystkim karteczkę z adresem Szybu Wilson, powiedziałam głośno, że to galeria sztuki na Nikiszu.
– A, to Kopalnia Wieczorek?! – przypominał sobie kierowca rozmyślając, jak dziewczynę podrzucić, by miała najbliżej. Ustalaliśmy, że najbliżej będzie miała autobusem miejskim z Dworca PKP. Wtedy ten mężczyzna obok przejął inicjatywę i fatalną amerykańsko polską mieszanką zaczął zupełnie skołowanej dziewczynie tłumaczyć, jak i gdzie ma wysiąść i do czego wsiąść.
– Nie uczyli nas w szkole angielskiego – rzucił tak na cały autobus, jakby na usprawiedliwienie, ale widać było, że się nie wstydzi tego swojego języka przed dziewczyną, tylko przed nami. A dziewczyna była bardzo ładna.
Poszli więc w kąt autobusu, gdzie nikt już z nas im nie przeszkadzał w tym tłumaczeniu.
Nas kierowca wysadził niedaleko domu. Kiedy doszliśmy do klatki schodowej z ulgą zobaczyliśmy, że nasz samochód po miesiącu na osiedlu stoi tam nadal. Ale akumulator był wyjęty, pojechałam do centrum coś kupić do jedzenia na rowerze. Listopadowa pogoda była ponura i miasto witało nas jeszcze bardziej szare. Przed empikiem na ławkach siedzieli jak zwykle ludzie. Przywiązałam rower do ławki, niczego innego tam nie ma i jak wychodziłam z hipermarketu, odwiązałam i od razu wsiadłam na rower z zakupami. I ten mężczyzna siedzący na ławce wtedy ryknął: złaź stara krowo z trotuaru!

Zaszufladkowano do kategorii 2010, dziennik ciała | Otagowano , , , , | 10 komentarzy